Pora Zielonych Liści była bezlitosna dla każdego kota bez względu na wiek. Jednym z Burzaków, który ucierpiał przez palące słońce, był Poczciwy Dziwaczek. Wojownik w ostatnich dniach nie był sobą, co martwiło Szakłakową Łapę, jednak po którymś zapewnieniu burego, że wszystko w porządku, uczeń jedynie za zmartwieniem obserwował mentora. Zielonooki sam wyszedł z inicjatywą, by wstrzymać treningi na parę dni, dopóki starszy nie poczuje się lepiej. Jednak ten odmówić, twierdząc, że Szakłak musi robić postępy w szkoleniu, by zostać w końcu wojownikiem.
Uczeń się zbytnio nie spierał ze słowami Dziwaczka, czując, jak żołądek mu się skręca na samą myśl, że już tak długo oblega posłanie w legowisku uczniów, nie czyniąc jakichkolwiek widocznych postępów. Miał wrażenie, że jest obciążeniem dla klanu i zamiast iść do przodu jak inni, on stał w miejscu, jakoby mając łapy uwięzione w płytkiej wodzie, która nie chciała go puścić. Każda próba postawienia niewielkiego kroku kończyła się zbędnym wysiłkiem. W przeciągu tylu księżyców nic się nie zmieniło, nawet on sam — nadal był przeklętym kociakiem z sojuszniczego miotu, który nie umiał się odnaleźć we własnym klanie ojca.
Pogrążony w odmętach własnych ponurych myśli, przebywał w legowisku uczniów, chroniąc się przed Wysokim Słońcem. O tej porze mało kto zapuszczał się poza obóz bądź legowisko — nawet zwierzyna wolała opuszczać swoje nory w czasie chłodnych poranków lub wieczorów, kiedy to temperatura powoli spadała po parnym dniu. Oprócz niego w norze znajdowali się inni uczniowie, prowadzący w głównej mierze dość głośne dywagacje. Niemal każdy brał w nich udział — oprócz Szakłakowej Łapy, który samotnie leżał na uboczu, niczym zapomniany przez wszystkich kawałek mchu, którym każdy kociak dawniej się bawił.
Z przymkniętymi oczami zwinął się jeszcze bardziej w kłębek czarnego futra, jakoby to miało sprawić, że zapomni o doskwierającej samotności, której sam z własnej woli nie wybrał. Swym długim ogonem zakrył pyszczek, ignorując fakt, że nawet w norze jest nieco cieplej niż w czasie innych pór. Chciał po prostu zniknąć, wtopić się w cień, który go wołał, zachęcając do dołączenia. Nim to jednak nastąpił, tuż przed nim nagle pojawił się Oskrzydlona Łapa, sprawiając wrażenie, że wyrósł spod ziemi. Szakłak nie wiedział, kiedy rudy zaszczycił go swoją obecnością i najważniejsze, dlaczego to zrobił. Przecież taki towarzyski uczeń na pewno ma sporo znajomych, więc po co zawraca sobie głowę kimś takim jak Szakłakowa Łapa? Dla czarnego nie miało to najmniejszego sensu, jednak nie pytał — nawet nie zareagował na młodszego. Przynajmniej na początku, ponieważ niebieskooki nie poddawał się i cierpliwie wpatrywał się w ciemną kulkę futra na posłaniu.
W końcu starszy uchylił powieki, podnosząc głowę, by niepewnie skierować wzrok na nieco natrętnego ucznia.
— Em... Czy coś się stało Oskrzydlona Łapo? — spytał cicho, cudem przebijając się swym niepewnym głosikiem przez niosące się rozmowy innych. — Potrzebujesz czegoś? — dopytał, nieco nerwowo rozglądając się. Jeśli faktycznie coś rudy potrzebował, to czemu zwrócił się z tym akurat do niego? Przecież jest tyle innych uczniów młodszych od niego, którzy umieli prowadzić konwersację i pomagać. A Szakłak? On potrafił się wywalić na prostej drodze — zdecydowanie nie był dobrym wyborem do czegokolwiek.
<Oskrzydlona Łapo?>
[497 słów]
[przyznano 10%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz