– Dzień dobry – Gdzieś w tle odezwał się nowy głos, którego nigdy wcześniej nie dane było Księżycowi słyszeć. – Czy jest tutaj ktoś?
Nie odezwał się, a jedynie "słuchał" przybysza. Jego kroki, ciężar, nawet oddech. Jeśli tu po coś przyszedł, to pewnie żeby odwiedzić starsze, gwiezdne kociaki albo zadać pytania mamie. Siedział więc cicho, wracając do swojego rozrywania suchych liści pazurami. Wydawały przy tym naprawdę przyjemny dźwięk.
– No dzień dobry! Piękny dzień dzisiaj, prawda? – Nowy głos zjawił się bardzo blisko, zapalając w głowie malca czerwoną lampkę. Same kroki też się zbliżały i dzięki temu kociak mógł się bardziej im wsłuchać i zapamiętać jak brzmią. Brzmiały... żywo. Tylko trochę staro.
– ... Że... że ja? – Kocię wydawało się być nieco zdezorientowane, odpowiadając dopiero po chwili, gdy nikt inny wojownikowi nie odpowiedział. Z resztą, głos zdawał się być wystarczająco blisko, by uznać, że zwracał się do Księżyca. Chyba, że ktoś siedział jeszcze obok, Księżyc go nie wyczuł i przez to teraz wyszedł na idiotę.
– Tak, dokładnie Ty! - Odpowiedział czekolad z entuzjazmem, siadając obok kociaka. – Jak masz na imię?
– Księżyc – Przedstawił się, przełykając niezręczne uczucie. Zazwyczaj to mama mówiła innym, jak mieli na imię. Jakie to było głupio krępujące! I to całkiem bez powodu!
– Oh, jakie ładne imię! - Skomplementował kocurka. – Takie bardzo dźwięczne. Ja jestem Barszczowa Łodyga! Miło mi Cię poznać, Księżycu! Posłał mu łagodny uśmiech.
– Dzień dobly – Skinął głową, chociaż nie całkiem w kierunku Barszcza, a w jakimś losowym, najbliższym źródła dźwięku – A czemu ma pan takie imię?
– Czemu pytasz...? - Spytał tamten, jakby zaskoczony. – Cóż, nadali mi takie imię tutaj w Klanie. Tobie Twoje nadała mamusia, prawda? – Nie było to wyjaśnienie, a jedynie wprowadzenia kocięcia w jeszcze większe zmieszanie. Co ma jedno do drugiego?
– Ale co to Barszcz... – wymamrotał nieco ciszej, pytająco.
Wojownik wydał z siebie zdziwione "aaaaaah!", zdaje się, że orientując się, o co chodziło kociakowi w pierwszej kolejności.
– To taka roślinka zielona. Można ją znaleźć niedaleko siedlisk dwunożnych, wiesz? Podobno jest jadalna, ale nigdy nie próbowałem.
– Aha – Zaakceptował przedstawioną mu prawdę. Nigdy owej roślinki nie widział. Znaczy, no, w ogóle nie widział. Ale też wcale nie słyszał! Znał mak, wrzosy, wrzośce, stokrotki i inne takie, najbardziej popularne, które mógł pomacać i powąchać, szczególnie jeśli chodzi o mlecze, gdyż tych było teraz sporo. Dodatkowo nauczył się, że kiedy za bardzo się w nie wwącha, to zostawiają żółty ślad na pyszczku. – A co to dwunożni? – Kolejne pytanie opuściło jego głowę. Jaka śmieszna nazwa, wcale mu się nie podobała. Nie brzmiała ładnie w jego głowie.
– To takie istoty, które mogą być dla nas niebezpieczne. Czasami łapią jakieś koty, innym razem wchodzą na nasze tereny! - Opowiedział. - Raczej rzadko można je spotkać, bo ich Siedlisko jest daleko stąd, więc nie masz się co bać!
– Jak lisy? – Spytał, poruszając uszami. Łapią koty, to okropne. Ciekawe czy po to, by ich potem zjeść. – Ale czemu się nazywają dwunożni?
– Tak, trochę jak lisy! –- Odpowiedział jeszcze starszy na pierwsze pytanie. - Oh, nazywają się dwunożni, ponieważ mają tylko dwie nogi! I na nich chodzą!
– I nie upadają?
– Wygląda na to, że nie. Może u nich inaczej działają te nogi. Jak u ptaków, one też chodzą na dwóch łapkach.
– Tesz potrafią latać jak ptaki? – Skoro chodzą na dwóch nogach…? Kiedyś wymacał ptaka, jak przyniesiono go dla karmicielek a potem wyjaśniono, że te pierzaste części wcale nie służą do chodzenia, tylko do latania. Jak się wtedy zdziwił! I strasznie popadł w zazdrość. On miał tylko cztery łapy i brak skrzydeł i chociaż próbował, okazało się, że machanie łapkami nie zapewni mu wystarczającej siły żeby wzbić się w powietrze. Podobnie jak powtykanie pierza w futro i kocurek nie mógł sobie uzmysłowić, dlaczego jego próby nie działają.
– Tego nie wiem – odparł. – Masz bardzo ładne futerko, wiesz?
– Nie wiem – Odpowiedział zgodnie z prawdą, niezbyt szczęśliwy ze zmiany tematu, ale obawiał się dopytywać. Nie chciał naciągać cierpliwości kocura, którego nawet nie znał.
– Hmm? Naprawdę? Nie widziałeś go jeszcze? Cóż, może kiedy podrośniesz to zobaczysz swoje urocze pręgi! – Miauknął z entuzjazmem.
– Nie, raczej nie – Pokręcił głową – Nie mogę łapami zobaczyć tekstury pręg, a medycy mówią, że mi mgła pokryła oczy... czy coś takiego. Nie wiem.
– Ojej, wybacz mi – oznajmił czekolad ze skruchą. – Nie wiedziałem, że jesteś niewidomy. Bardzo dobrze sobie radzisz bez wzroku, aż mnie zmyliłeś, haha!
– Tylko siedzę... – Zauważył nieco nieśmiało, speszony, zauważając prawdę. Jak na razie jedynie płaszczył zadek i rozmawiał, a do rozmowy wzrok nie był potrzebny. Nie trzeba było nikomu patrzeć w oczy... z jakiegoś powodu zdawało się być to nieco krempujące, chociaż przecież nie miał prawa tego doświadczyć.
– Ah tam, niczym się nie przejmuj! – Miauknął starszy, pozwalając sobie dotknąć kocurka łapą w plecy. – Wujek Barszcz Ci we wszystkim pomoże!
– Jest pan moim wujkiem? – Spytał, jakby ożywiony. Nigdy o wujku nie słyszał... znaczy podobno miał wujka, nawet dwóch... albo trzech? Chociaż szczerze miał to gdzieś, niezbyt interesowały go koty z rodziny, nawet tej bliższej. Równie dobrze mogły dla niego nie istnieć, nie były w końcu tak blisko jak reszta.
<Barszcz?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz