Pomrok zerknęła kątem oka na Zalotkę. Kocica złudnie przypominała Jasnotę, co sprawiało jedynie, że jej gardło ściskało się z tęsknotą, gdy ta pojawiała się obok. Podobne futro, również szylkretowe, jednak o innym odcieniu. Takie same brązowe oczy. Im dłużej się jej jednak przypatrywała, tym więcej widziała różnic; postrzępione, liczne blizny, czy nawet ostra, groźna iskra w jej ślipiach, której u prawdziwej matki nigdy nie spotkała. Obserwowała, jak końcówka ogona kocicy uderza o ziemię, gdy tylko dojrzała kogoś w wejściu do legowiska, a na jej pysk wstępuje subtelny grymas. Nie lubiła tej miny. W sumie, to nie lubiła żadnej z min, które robiła kocica – ani tej groźnej, ani tej spokojnej, gdy przymilała się do niej, Słoty lub Cienia. W jej oczach nadal była jedynie obcą kocicą. Kocicą, która chciała zająć miejsce jej mamusi, jej przyjaciółki.
Jej spojrzenie przeniosło się na przybysza. Znała już tę osobniczkę. Skrzyżowała spojrzenia ze starszą, niebieską kotką. Nie tylko ona była znajoma – zwitek ziół w jej pysku, który przypominał jej o drapaniu w gardle i kaszlu, także widziała już parę razy.
— Pomroku — słowa Zalotki były stanowcze, zdecydowane. Nie mówiła, czego oczekiwała, jednak każdy wiedział, o co chodzi. Posłusznie przydreptała do niej, dając się owinąć ogonem. Miejsce przy brzuchu kocicy zajmowała już Słota; podobny wyraz niezadowolenia na jej łaciatej mordce. Gdy matka zwróciła w stronę dymnej czujne spojrzenie, młodsza zrobiła to samo. Ich oczy przekazywały jej tą samą wiadomość, co za każdym razem – Pamiętaj, co Ci mówiłam. Uważaj.
Nie miała pojęcia, czemu zakazywała rodzeństwu kontaktu z całą grupą kotów. Dla niej nie było między nimi żadnego powiązania, pomijając biologiczne dzieci kocicy czy trójkę medyków. Jak na razie te wszystkie zakazy i nakazy nie wpływały na nią za bardzo; ze żłobka wybywała i tak tylko pod okiem przybranej matki, więc szans do nawiązywania kontaktów za wiele jeszcze nie miała. Jej słowa utknęły w jej pamięci – Trzymaj się od nich z daleka. Nie rozmawiaj z nimi. Nie wiedziała, dlaczego; może byli niebezpieczni, może coś innego. Pomimo braku zaufania wobec kocicy dała się wrobić w przezstrzeganie tych zasad.
— Cisowe Tchnienie — wzrok Zalotki zwrócił się z powrotem na przybyszkę. — Myślałam, że już zostawisz nas w spokoju. Mówiłam Ci, że Pomrok czuje się już dobrze. Prawda, Pomroku?
Ton jej głosu był stanowczy. Koteczka zamrugała i przeniosła spojrzenie z matki na medyczkę.
— Prawda — miauknęła krótko. Ogon starszej musnął jej grzbiet z aprobatą. — Już nic mi nie jest!
Nos niebieskiej zmarszczył się nieco. Nie minęło nawet uderzenie serca, zanim jej głową schyliła się do poziomu legowiska, a ucho znalazło się tuż obok klatki piersiowej Pomroku. Zalotka szarpnęła się z miejsca, a jej łapa odciągnęła dymną do tyłu, owijając się wokół jej brzucha.
— Spokojnie — syknęła Cisowe Tchnienie, mrużąc oczy. — Chcę tylko sprawdzić, czy jej płuca się oczyściły.
Uścisk Zalotki poluźnił się lekko, jednak jej spojrzenie pozostało czujne, aż do momentu, w którym medyczka nie skończyła i cofnęła się do tyłu.
— Wszystko jest w normie — mruknęła, zbierając z powrotem swoje zioła. Posłała kocicy poirytowane, zmęczone spojrzenie, zanim wycofała się na zewnątrz. Pomrok obserwowała, jak jej ogon znika między liśćmi, po czym przeniosła wzrok na matkę.
Szylkretowa prychnęła cicho, jej pysk nadal skierowany w stronę wyjścia, a wargi wygięte w lekkim grymasie. Bardzo dużo się tak krzywiła. Może ona też powinna? Po chwili uniosła lekko podbródek i pokazała ząbki, naśladując Zalotkę – kąciki jej pyszczka uniosły się nieco, a z gardła wyrwał się cichy, robawiony pomruk.
<mamo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz