BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Motyli Trzepot x Kunia Norka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Motyli Trzepot x Kunia Norka. Pokaż wszystkie posty

15 grudnia 2022

Od Kuniej Łapy (Kuniej Norki) CD Motylego Trzepotu

— Ciebie szukałam — podeszła do niej Motyli Trzepot i zaczęła mówić ochrypłym głosem. — Mogę prosić cię o nasiona maku czy cokolwiek innego, co wyzbędzie się ze mnie bólu głowy? Tak mnie piecze w skroni, że mam ochotę roztrzaskać sobie łeb o kamienie — dodała niechętnie. Kunia Łapa natychmiast wzięła się do szukania.
— Oczywiście — odparła, starając się brzmieć jak najnaturalniej i najradośniej, gdy zanurkowała w legowisku medyka w poszukiwaniu ziaren maku. Zapuściła się w nie głęboko i... odetchnęła z ulgą, że szylkretka na nią nie patrzy. Gdy tylko ona patrzyła na Motyli Trzepot jedyne o czym myślała to śmierć jej syna, o której tak chciała zapomnieć. Przypominała jej o tym jednak każda osoba w otoczeniu, a zwłaszcza Ośnieżona Łąka. Próbowała jak najbardziej ograniczyć z nią kontakt, ale to w połączeniu z byciem uczniem kotki było bardzo trudnym zadaniem. W końcu jednak odnalazła zagubione nasiona maku, które podała cierpliwie czekającej Motylemu Trzepotowi. 
— Dziękuję — kotka zjadła kilka z nich z widocznym poczuciem ulgi w bólu. Kuna uśmiechnęła się, widząc to.
— Teraz radzę ci zrobić sobie drzemkę. I tak za chwilę od tych nasion poczujesz się sennie. Z resztą, odpoczynek w każdym przypadku dobrze ci zrobi. Masz moje lekarskie zalecenie — zaśmiała się delikatnie.
— Dobrze, jeszcze raz dziękuję. Do zobaczenia.
— Cześć! — pożegnawszy się odwróciła się i zadrżała ze strachu. Stała zaraz za nią Ośnieżona Łąka, a jej wyraz pyska nie był łagodny. Czego od niej znów mogła chcieć?
— Motylemu Trzepotowi pomagasz? Miło z twojej strony — burknęła sarkastycznie. Kunia Łapa położyła po sobie uszy. Wiedziała, że Śnieg już jej nigdy nie wybaczy tego, co zrobiła. Chciała ją przepraszać tyle razy, błagać o przebaczenie, ale nic by to nie dało - w oczach płowej kocicy była już stracona. Cudem trzymała się jeszcze na posadzie, co też było wątpliwe. Wiedziała, że zawiniła, będąc na tyle idiotyczna by pomylić truciznę z lekiem i podać ją kociakowi. Czy Ośnieżona Łąka nie mogła jednak zrozumieć, że to był wypadek? Być może oczekiwała na zbyt wiele. Być może świat nie był tak różowy, jak jej się zdawało że był i była wyrzutkiem.
— Tak — wyksztusiła w końcu z siebie, unikając świdrującego spojrzenia mentorki.
— Możesz w takim razie potrzymać oko na kociętach, może by się czegoś nauczyć. Jestem pewna, że karmicielki docenią twoje towarzystwo — mruknęła, odwracając się na pięcie, by zatonąć w legowisku medyka. Pozostawiła tylko Kunią Łapę samą w przejściu, gdy z jednego z jej oczu spływała łza. Bura nie mogła zrozumieć, dlaczego Ośnieżona Łąka była dla niej tak niemiła. Oh, dałaby wszystko, by wrócić do ich relacji sprzed tego durnego wypadku. — Dalej, wciąż tu jestem i cię widzę — pośpieszyła.
Kuna otarła pośpiesznie łzy i westchnęła. Oh tak, ukochana kociarnia...

***

Zaczęła się pora zielonych liści, tak przez wszystkich wyczekiwana. Chłód zamienił się w przyjemną, letnią temperaturę. Przy tym słońce nie grzało na tyle mocno, by spiec jej skórę na węgiel. Mimo wszystko brakowało jej skwaru lata, tej satysfakcjonującej ciepłej fali. Korzystała z ciepełka i wygrzewała się w obozie z innymi kotami w błogiej ciszy, przerywanej jedynie ćwierkaniem ptaków. Z jakiegoś powodu lato kojarzyło się Kuniej Norce z Goryczką. Może to przez te wszystkie ich wspólne spacery, wypady i głupotki. Albo przez naturę tej żywiołowej i ciepłej jak pora zielonych liści kotki? Nie, nie mogła o niej tyle myśleć, obowiązki czekały...
— Przepraszam, ale — szturchnął ją ktoś w plecy — mogłabyś mi pomóc? — spytał dodając czekoladowy uczeń, niechętnie. Kania Łapa, prawda? Chyba zgadła. Wydawał się być całkiem miły.
— Pewnie, tylko chodźmy do legowiska medyka — przeturlała się na drugi bok i wstała. — Nie zastałeś Deszczowej Chmury w legowisku medyka?
— Był zajęty — Kania kuśtykał na przednią łapę, co od razu wychwyciła. Gdy dotarli do legowiska medyka od razu ją zaczęła oglądać. Był w niej ostry, błyszczący kamień, który ostrożnie wyciągnęła, by bardziej nie pokaleczyć ani Kaniej Łapy, ani siebie. Ranę przemyła i delikatnie odkaziła szczawiową papką.
— Może szczypać — ostrzegła zanim nałożyła leczniczą maść na uraz. Złowiła uchem jak kocur cicho pod nosem szemra jakieś przekleństwo, ale udawała, że tego nie usłyszała. 
— Dziękuję, do widzenia — mruknął uprzejmie, zanim wyszedł. Zaraz za nim poszedł Szczurzy Cień, który pojawił się wręcz znikąd w legowisku. Okazało się, że w głębi leży Deszczowa Chmura z garścią ziół. Ah tak, przecież był zajęty...
Podeszła do medyka, by położyć się przy jego boku. Jej kochany Deszcz, jedna z najcudowniejszych osób, które w życiu poznała. Zawsze miły, opanowany i troskliwy. Przylgnęli do siebie nosami na powitanie. 
— Hej, jak się dzisiaj czujesz?
— Nie tak źle, by nie móc pomóc członkowi Klanu w potrzebie. Nie musisz się mnie o to pytać codziennie — zaśmiał się cicho — chociaż to miłe.
— Chcę mieć pewność, że wszystko jest w porządku.
— Na spokojnie, wszystko jest dobrze. Oprócz bolących stawów, chrypki, chudnięcia, głuchoty... — wyliczał żartobliwie medyk, co jednak Kunia Norka wzięła na poważnie.
— Naprawdę? Nie chcesz, bym nałożyła ci maść ze stokrotek na te stawy? Albo dać jakąś wrotycz na obolałe gardło? Albo może mysz ci przynieść? — spytała zatroskana.
— Nie trzeba, naprawdę. Nie musisz mnie niańczyć.
— Ale ja chcę! Nie chcę, by starość ci doskwierała bólem, skoro nie musi.
— Oj, już długo doskwierać nie będzie...
— Nie mów tak. 
Spojrzała się na niego stanowczo, opuszczając uśmiech. Nie chciała dopuścić do siebie myśli, że Deszczowa Chmura może ją niedługo opuścić. Fakt, miał już swoje lata, ale nie chciała go stracić. Nie była na to gotowa. Rudy sam westchnął, nie dodając od siebie nic. Nie chciał dyskutować na ten temat.
Po tym jeszcze przyszła do niej Ważkowe Skrzydło z ohydną, przy tym dziwną gorączką. Razem z Deszczową Chmurą zastanawiali się przez naprawdę długą chwilę co jej dolegało. W końcu stary kocur odnalazł pośród kępek sierści dorodnego, opitego krwią kleszcza, który został już raz nieumiejętnie wykręcony. Teraz Kuna zrobiła to raz a porządnie, a Deszcz zajął się resztą.
Kunia Norka odetchnęła z ulgą, gdy Ważkowe Skrzydło wyglądała już lepiej. Kleszcze to nie były przelewki. 
Wyszła na chwilę z legowiska medyka za potrzebą, lecz wpadła przy tym na przechadzającą się Motyli Trzepot. Na Klan Gwiazdy, powinna patrzeć gdzie lezie.
— Przepraszam!

<Motyli Trzepocie?>

Wyleczeni: Ważkowe Skrzydło, Szczurzy Cień, Kania Łapa

10 sierpnia 2022

Od Motylego Trzepotu CD. Kuniej Łapy

— Można tak powiedzieć — odparła z rozbawieniem, przypatrując się uważniej każdemu z nich po kolei, podziwiając te piękne futerka, tak zadbane i starannie przez nią wymyte. Tylko Jastrząbek miał dziwnie odstającą kępkę sierści na czubku głowy, ale jej nie była w stanie zwalczyć. Ilekroć próbowała przyklepać upierdliwy kosmyk językiem, ten i tak odskakiwał, nadając kocięciu wyglądu naburmuszonego, białego jeża. - Teraz zrobi się ciaśniej — mruknęła, niechętnie podnosząc wzrok na potomków Zakrzywionej Ości.
Nie przepadała za kotką i wolała, by jej ukochane i ułożone dzieciaki nie zadawały się z tymi podmiotami diabła. Jeśli jej intuicja mówiła jej, że tak będzie lepiej, to wolała sobie zaufać. Nie wiadomo, skąd ta pokraka tak naprawdę się przypałętała.
— Nim jej dzieci podrosną, twoje zdążą zostać mianowane na uczniów — rzuciła wesoło bura, dostrzegając najpewniej niezadowolenie na pysku tortie. Ta pokręciła głową, mamrocząc cicho pod nosem.
— Niby tak, chociaż... Nie wiem, jak będzie z nim — westchnęła, patrząc na białego. — Wiesz dobrze, że jest z nim coś nie tak i może nie dać sobie rady jako wojownik. Ani nawet jako medyk... — burknęła, wzdychając.
— Na pewno sobie w czymś poradzi! — zapewniła ją optymistycznie.
Motyl mimowolnie uśmiechnęła się. Miło było słyszeć takie pokłady radości w czyimś głosie, szczególnie w tych czasach, gdy wszystko wydawało się walić. Cały świat oszalał, a oni utknęli w jego centrum.
— Cieszę się, że masz z kim rozmawiać, ale praca na nas czeka. — Ośnieżona Łąka wysunęła się zza burego grzbietu, patrząc oczekujący na uczennice. Ta pokiwała energicznie głową, zwracając się po raz ostatni do szylkretki.
— Kiedyś cię jeszcze odwiedzę! — obiecała, a gdy wyszła, płowa na moment pochyliła się ku Motylej i musnęła nosem czubek jej głowy, na co wojowniczka zamruczała.
— Dobrze się trzymasz? — zapytała uzdrowicielka, spoglądając kątem oka na poczynania swej uczennicy.
Kotka skinęła łebkiem, uśmiechając się lekko w stronę przyjaciółki. Śnieżynka aż tak bardzo nie zmieniła się od czasów żłobka. Co najwyżej spoważniała, ale wciąż była tą miłą i uroczą koteczką. Tortie bez niej by oszalała, bo jej bracia byli upierdliwymi gnojami, więc dobrze było mieć normalną koleżankę.
— Ja? — spytała. — Zawsze.

***

Nie czuła się dobrze. Małe, bezwładne białe ciałko zapadło w jej pamięci. Bezbronne i niewinne niczemu kocię padło wycieńczone przez jakąś nieznaną bądź niebezpieczną chorobę. Sama już nie pamiętała, co medycy mówili na ten temat. Była zbyt zajęta wylewaniem strumieni łez, by przejmować się dokładną przyczyną zgonu.
Ważne, że pozostałe pociechy był zdrowe i przeszły mianowanie. Nie mogła zaprzeczyć, że Jastrząbek był dziwny i agresywny. Mimo tego, że składał się z samych wad, przyjęła go jako swego syna i teraz życie wydawało się puste. Nawet nie wiedziała, co by się z nim stało, skoro nie słyszał, ale wierzyła, że jego egzystencja miała trwać długo i szczęśliwie.
Jak w tych głupich opowieściach. Zakończenia nigdy nie były realistyczne.
Teraz zostało mu siedzieć w Klanie Gwiazdy. Może patrzył na nią, wraz z jej ukochaną babcią, Jastrzębiem Podmuchem? To imię miało dla niej tak wiele znaczeń. Po części kojarzyło jej się z kochanym członkiem rodziny, a z drugiej strony przypominało o tamtym starym, burym gburze, który od dłuższego czasu wąchał kwiatki od spodu.
Do tego miała Gęsią Łapę. Podwędzonego Cisowej Kołysance, ale skoro i ją świat zabrał na drugą stronę, to najwyraźniej tak miało być. Motyl trochę żałowała, że ostatnimi czasy była taka niemiła dla byłej mentorki. Może i nie zasługiwała na to, ale szylkretka nie potrafiła zwalczyć zazdrości o możliwość zajścia w ciążę. Kiedy trafi do Klanu Gwiazdy, odnajdzie srebrną i może ją przeprosi.
Na władzę Mrocznej Gwiazdy machnęła łapą. Nie obchodziło jej już to. Może było lepiej, może gorzej, wszystko okaże się wraz z biegiem czasu. Wielu zostało ukaranych, ktoś przez to uciekł, a jeszcze inny został zamordowany na środku obozu.
Głowa bolała ją od natłoku myśli. Jeszcze ten śnieg, przez który nie dało się chodzić, a jej łapki marzły i co jakiś czas brudziły się w błocie. Skrzywiła się, zmierzając w stronę legowiska medyków.
Śnieżki nie widziała, ale bure futro Kuny przemknęło jej przed oczami.
— Ciebie szukałam — zaczęła, dosyć ochryple i groźnie, bo przez zimno lekko się przeziębiła, a do tego była zmęczona i nie miała na nic sił. — Mogę prosić cię o nasiona maku czy cokolwiek innego, co wyzbędzie się ze mnie bólu głowy? — westchnęła. — Tak mnie piecze w skroni, że mam ochotę roztrzaskać sobie łeb o kamienie — dodała niechętnie.

<Kuna?>

16 lipca 2022

Od Papli (Kuniej Łapy) CD Motylego Trzepotu

za czasów kary, czyli dawno
— Hej, Paplo — miauknęła do niej Motyl, uśmiechając się łagodnie. — Co tam u ciebie? Radzisz sobie jakoś?
— Jest dobrze. — bura kotka uśmiechnęła się, patrząc na szylkretkę. Takie koty udowadniały jej, że nie wszystko stracone. Miło jej było za każdym razem, kiedy ktoś podchodził i po prostu zachowywał się jak dawniej. Albo pytał, czy wszystko z nią dobrze. Potrzebowała od Klanu Wilka tylko jednej szansy, by udowodnić im, że jedna porażka nie skreśliła jej życia w Klanie. Papla zawsze miała dobre serce i nie chciała, by ten błąd sprawił, że do końca będzie postrzegana jako zdrajczyni. 
— Cieszę się, że tak jest. Niczego nie potrzebujesz?
— Chyba tak. — czarna spojrzała na Irgę i jej kocięta. Wyglądało na to, że wszyscy byli najedzeni, napojeni i szczęśliwi. — Definitywnie tak.
— W takim razie pójdę się przespać. — miauknęła wojowniczka, odwróciła się na pięcie i wyszła ze żłobka, machając na pożegnanie swoim puchatym ogonem.
— Słodkich snów!

***

Niedawno do żłobka wilczaków zawitały trzy małe, słodkie dusze. Od dawna współczuła problemów Motylego Trzepotu. Los okrutnie ją obdarzył bezpłodnością, co uniemożliwiało jej spełnienia marzeń związanych z rodzicielstwem. Wyglądało jednak na to, że przygarnięte dzieci, chociaż nie były jej, wystarczały szylkretce w zupełności. Cieszyła się widząc szczęśliwą rodzinę. Miała nadzieję, że wszyscy będą tam zdrowi. Kunę nawiedziły ostatnio straszne migreny, z których Ośnieżona Łąka nie była zadowolona. Właściwie, doszło między nimi do nie najmilszej wymiany zdań. Bura wolała tego nie wspominać.
Zamachnęła się ogonem, siedząc w wejściu do legowiska medyków. Wpatrywała się w żłobek. Uciekały z niego przygłuszone odgłosy kocięcych harców. Zastanawiała się jak by to było mieć partnera i dzieci. Wiedziała, że i tak nigdy tego nie zazna ze względu na swoją fuchę. Nie ciągnęło jej też do zajmowania się miotem. Jednocześnie brakowało jej kogoś. Niby miała u swojego boku tak cudowne koty jak Mysikrólik albo Goryczka, lecz chciała zaznać przysłowiowego "czegoś więcej". Niestety, zaakceptowała już dawno wymogi do obecnie pełnionej roli. Wolała pozostać im lojalna tak długo jak to było możliwe. Machnęła ogonem. Nie chciała jeszcze bardziej wzbudzać gniewu u Klanu Gwiazdy. Wystarczyli już jej przodkowie, których tak usilnie się trzymała. Była pewna, że oni tam są. Nocna Tafla powiedziała jej o nich wiele. Czuła ich obecność bardziej niż tą Klanu Gwiazdy, choć ich również widziała. Widziała ich w gwiazdach, za każdym razem gdy te pojawiały się na niebie. Oni... istnieli. Razem, w symbiozie. Klan Gwiazdy i jej przodkowie. Wciąż nie była pewna dlaczego to akurat oni ją skusili. Czemu nie odrzuciła historii o nich, jakby były bajeczkami. W końcu od dawna każdy jej wpajał, że istnieje tylko moc gwiazd. Nocna Tafla sądziła, że nie chcą dopuścić, by powstały wojny, dlatego nikt nie pozwalał szerzyć innych religii. Przytaknęła jej wtedy, wydawało jej się to być sensowne. Wzniosła pysk w górę i wzięła głęboki wdech. Zupełnie jakby wraz z powietrzem miała wciągnąć ducha tego świata. 
Nagle na jej nos wzleciał niewielki, zielony listek, przyniesiony tu podmuchem wiatru. Zdezorientowana zdjęła go i przytrzymała łapą na ziemi. Rozpoznała w nim osikę. To drzewo nigdy nie rosło na terenach wilczaków zbyt bujnie...
Czyżby dostała swój pierwszy znak?
Podekscytowała się, patrząc na liść. Przodkowie dali jej łaskę! Pokazali, że im na niej zależy! Akurat w chwili gdy o nich myślała!
Wzięła zielony liść w pysk, by zanieść go swojej mentorce i podzielić się z nią wieściami. Nie pamiętała kiedy to ostatnio się zdarzyło. 
— Ośnieżona Łąko! — miauknęła radośnie, zapuszczając się głębiej w legowisko medyków. Na swoim posłanki leżała właśnie pływa medyczka, która łypnęła na nią okiem.
— Coś się stało? — mruknęła zaspanym głosem.
— Nie uwierzysz! Klan Gwiazd zesłał mi znak!
— Co? — jasnobrązowa momentalnie zerwała się z miejsca, z zaciekawieniem i podekscytowaniem nawet większym niż tym u uczennicy. — Jak? Gdzie? 
— No...
— Gwiezdni nie odzywali się do nas przez długie księżyce! Musisz być specjalnym kotem, by to otrzymać! Opowiadaj!
Kunia Łapa podsunęła jej liść drżąca z podniecenia łapą.
— Widzisz? Spadł mi na twarz z podmuchem gorącego wiatru!
— Oh. — Ośnieżona Łąka popatrzyła najpierw na osikowy listek, a potem na swoją uczennicę.
— I co?
— To nie żaden znak. — miauknęła zrezygnowana, odpychając liść. — To najzwyklejszy liść. Nie zawracaj mi tym głowy. 
Usłyszała westchnięcie kotki.
— Ale! — próbowała bronić swoich racji — Ja to czuję! Ja wiem, że zesłali mi go przodkowie!
— W takim razie spróbuj odkryć, co to niby znaczy, skoro to przepowiednia. Ja wrócę do spania. — mruknęła płowa wracając na leże. — Boli mnie głowa, wiesz? 
Kuna spojrzała ukradkiem na kocicę ze współczuciem. Może... może to faktycznie nie było nic specjalnego? Zwykły kawałek zielonki jak każdy inny? Wbiła wzrok w swoje łapy ze zdegustowaną miną. Powinny zaakceptować, że gwiezdni milczą. 
Wyszła na chwilę z legowiska uzdrowicieli i skierowała się w stronę sterty ze zwierzyną. Zauważyła na niej ładną srokę, którą ktoś musiał tu odłożyć niedawno. Zadowolona wzięła ją, ale gdy uniosła głowę mając już ptaka w pysku pojawił się za nią cień.
— Proszę proszę, a kogo my tu mamy? — miauknęła zgryźliwie Borówkowy Krzew. Kuna odwróciła głowę, by na nią spojrzeć. Spora vanka wyglądała jakby właśnie znalazła złodzieja, którego lada chwila ukarze. 
— Co?
— Ah, to ty! — miauknęła okrągła kotka i zachichotała. — Pomyliłam cię ze Szczurzą Łapą. Podobni jesteście. Ten zgrywus nie przyniósł mi wczoraj chociaż mysiego ogona, dzisiaj też się nie zanosi! Muszę z nim pogadać. Możesz iść z tą zwierzyną.
Medyczka patrzyła tylko jak niebieska odchodzi. Uważała, że obżarstwo Borówki wychodziło już poza bezpieczną skalę. Kotka wydawała się być otyła, nie ruszała się za dużo. Bała się jednak chociaż najbardziej ogródkowo zasugerować, że coś jest nie tak. Z resztą, wystarczyło że spojrzała na siebie. Byłaby wredna mówiąc komuś, że ma nadwagę, samemu wyglądając jak dzik. Odgoniła od siebie te myśli. Nie potrzebowała się smucić.
Powłóczyła łapami do groty, chowając się w cieniu kamieni. Śnieg nie spała. Oblizała jednak pysk, widząc zdobycz. Kuna usiadła, a potem położyła się na brzuchu obok niej. Podsunęła jej zwierzynę, którą przyjęła.
— Smakuje wybornie.
Zapadła cisza, przerywana mlaskaniem. Cętkowana wsłuchiwała się w świst wiatru. Pewnie spodziewano się burzy. Kolejne niby-przepowiednie latały wokół obozu. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że to nie biegnący wicher, a oddech jej mentorki.
— Nie brzmisz za dobrze.
— Co?
— Oddech. Nie przeszkadza ci?
— Oh, możliwe. — przerwała jedzenie — Miałam wziąć jakieś zioła, ale wypadło mi to z głowy.
— Już ci coś niosę! — zerwała się z miejsca Kuna, nie czekając nawet na odpowiedź Ośnieżonej Łąki. Podbiał powinien załatwić sprawę raz-dwa. Nie było go najwięcej. Będzie musiała pozbierać. Dała liść dymnej kotce, która przeżuła, połknęła i wróciła do sroki.
Kunia Łapa zaczęła myśleć, patrząc na kotkę. Chciała być z nią bliżej. Podczas kary były dobrymi przyjaciółkami, ale coś zmieniło się, kiedy została jej uczennicą. Jakby obecność młodej kotki, którą musiała szkolić nieco ją irytowała.
— Brakuje mi Deszczowej Chmury.
— To był jego czas, by odejść. Kariera każdego kiedyś się kończy.
— Ale wcale nie musiała. Nie był aż taki stary.
— Cóż, wydaje mi się, że przynajmniej nie stracił uśmiechu.
— Decyzje Wielkiej Gwiazdy mi się nie podobają.
— Niestety, jesteśmy tylko medykami. Nie mamy głosu co do tego.
— Pasuje ci to? — spytała zaskoczona Kuna.
— Tego nie powiedziałam. Nie chcę mówić też nie. — westchnęła płowa — wiesz, tak czasami jest. Wiśniowa Gwiazda byłaby dobrą liderką, a Mała Róża nie najlepszym wyborem ze wszystkich. Ale skoro tak chciał Klan Gwiazdy, to co mamy do gadania?
— To niesprawiedliwe — mruknęła.
— Świat jest niesprawiedliwy. Ciesz się, że to nie na wyższość kocurów padło. Pożegnałybyśmy się z fuchą. 
Bura sapnęła. 
— Być może.

***

— Hej, Deszczowa Chmuro! — miauknęła słodko i radośnie Kuna, wchodząc do legowiska starszych. Rude kocury uniosły głowę, ciesząc się z obecności odwiedzającego. Zwłaszcza były medyk. Czasami go odwiedzała, w przerwach w pracy oraz zajmowaniu się przyjaciółmi. Wbrew pozorom, tego czasu było naprawdę dużo. Usiadła przed nimi. Przez listowie krzewu wpadały do środka pojedyncze promyki światła, tworząc na ziemi i kotach cętkowany wzór. Położyła dwie nornice obok nich, by mogli w spokoju zjeść kolację.
— Jak ci idzie trening? — spytał Dymne Niebo, uśmiechając się.
— Świetnie! Myślę, że niedługo zostanę medyczką.
— Powinnaś zostać już dawno. — Deszczyk otarł się o nią głową, mrucząc. — Odkąd miejsce asystenta się zwolniło tak być powinno.
— Nie powinno się ono zwalniać w ogóle. 
— Światu nie dogodzisz. Nie jest mi tu aż tak źle, jak od księżyców sądzisz. — miauknął rozchmurzony brązowooki. — Kiedyś musiałem tu przejść, prawda? Mam towarzystwo Dymnego Nieba i mogę oglądać jak rośniesz, rozwijasz się. Niczego więcej nie potrzebuję, by spędzić starość szczęśliwie.
Końcówka ogona Kuny zgięła się, a ona sama położyła na ziemi, obok kocura. Przytuliła się do jego boku. W obecności uzdrowiciela zawsze czuła spokój. Od Deszczowej Chmury nigdy nie biły negatywne emocje, nie był na nią zły, nie miał złych dni, podczas których mogłaby bać się do niego odezwać. Ufała mu mocno. Gdyby to on był jej mentorem, byłaby w niebie. Wciąż jednak z podstarzałym kocurem była blisko, bardzo blisko. Ciche mruczenie obu kotów przerwał dopiero drugi mieszkaniec legowiska starszych, lekko zachrypłym głosem.
— Wyglądacie jak ojciec i córka. — zaśmiał się rudzielec. — Albo jak dziadek i wnuczka.
Wszystkim zadrgały z rozbawienia wąsy. Właściwie nie było w tym aż tak dużo żartu. Kuna nigdy nie poznała własnego ojca i znalazła go w najmilszym kocurze, jakiego tylko mógł podarować jej świat. Nie potrzebowała nikogo innego. Chociaż gdyby Różana Słodycz nadal żyła...
— Kuno, tu jesteś! — w wejściu stanęła Śnieg, łypiąc okiem na parkę. — Rozumiem, że chcesz spędzić czas z Deszczową Chmurą, jednak mamy zamieszanie!
Oczy kotki ze znudzonych kolejną dawką obowiązków rozszerzyły się w strach. Momentalnie wstała, zostawiając zaskoczonego Deszcza w tyle. Prawdopodobnie chciał coś powiedzieć, ale bura była zajęta rozmową z medyczką.
— Co się stało?
— Niedługo rozpocznie się poród Zakrzywionej Ości. — Śnieg machnęła niezadowolona ogonem. — Kiedy masz karmicielkę w zaawansowanej ciąży, musisz sprawdzać przynajmniej kilka razy dziennie co u niej! Powtarzam ci to od dawna.
— Przepraszam.
— Przepraszam nie nakarmi za ciebie Klanu. Lepiej zbierzmy zioła i pamiętaj na przyszłość. Kiedyś mnie na tym świecie zabraknie i zostaniesz sama. — miauknęła Ośnieżona Łąka, wchodząc do swojego legowiska. Kotki zaczęły się krzątać.
— Za ile się to zacznie?
— Góra z dwie godziny, nie więcej. Właściwie, idę ją skontrolować. Uszykuj wszystko co potrzebne, żeby potem nie skakać z lewej do prawej. — momentalnie cętkowana została sama, wraz z gorzkim zapachem ziół. Liście malin na jedną kupkę, coś na drugą. Dla pewności przygotowała też rumianek, jak gdyby coś szło nie po ich myśli. Ogon młodej kotki kręcił się na wszystkie strony, wzburzając kurz. Spojrzała z wyczekiwaniem na wyjście z legowiska - wyglądało na to, że Śnieg zostanie tam jeszcze dłużej. Ponownie jej wzrok zawędrował na medykamenty. Wpatrywała się w nie, później znowu posłała spojrzenie na wyjście. W uszach dźwięczały jej słowa Deszczowej Chmury, który powtarzał jej zawsze, że medyk musi zachowywać spokój. Zacisnęła powieki. Tylko sobie pomoże. 
Chwyciła za jeden z białych kwiatów. Poczuła soki na języku. Połknęła, od razu czując jakiś rodzaj ulgi. Jakby to sam fakt zjedzenia zioła już działał jak ukojenie. 
Westchnęła, czując się winna. Nie powinna marnować leków na swoje głupie występki. To oczywiste, że się stresowała. Przecież tyle rzeczy mogło przejść nie po ich myśli. Zakażenie, krew, zanik parcia, zaklinowany kociak, śmierć. Do końca życia będzie sobie wspominać, że zamiast opiekować się matką pozwoliła jej umrzeć, samemu biorąc niepotrzebne leki! 
Musiała przestać dramatyzować. Wziąć się w garść. Wzięła trzy głębokie wdechy. 

***

Zakrzywiona Ość przeprowadziła poród o którym każda matka marzyła. Wraz z Ośnieżoną Łąką jedynie obserwowały sytuację, pozwalając jej rodzić naturalnie. Trójka kociąt przyszła na świat zdrowa i to było wszystko, z czego powinny się cieszyć. 
Motyli Trzepot leżała tutaj, wpatrując się we własne dzieci, które zmęczone spały obok jej brzucha, otulone ogonem. Uśmiechnęła się, widząc szylkretkę. Upewniła się, że z liliową i jej dziećmi wszystko dobrze i podeszła do przyjaciółki. 
— Przepraszamy w zakłócaniu spokoju, ale taka nasza praca. — zaśmiała się — Maluchy śpiące po długim dniu?

<Motyl?>

Wyleczeni: Kunia Łapa, Ośnieżona Łąka, Motyli Trzepot

[przyznano 25%]

24 kwietnia 2022

Od Motylego Trzepotu CD. Kuny(Papli)

— O, Motyli Trzepocie, może teraz masz czas, by pogadać?
Mała Róża nie była tym kotem, z którym chciałaby co chwilę rozmawiać. Ogólnie, wchodzenie w jakąkolwiek interakcję z czekoladową kończyło się tym samym. Zawsze tematem była wyższość kotek nad kocurami.
Szylkretka machnęła ogonem, próbując stworzyć na szybko dobrą wymówkę, ale rozproszył ją widok burego kociaka. Wydawało jej się, że to jeden z dzieciaków Sosnowej Igły. Mała istotka uśmiechała się do niej, co na moment rozczuliło jej serduszko i odwzajemniła ten gest.
—- Hej, Motyli Trzepocie! Coś ty taka zamyślona? — odezwała się Mała Róża, machając jej łapą przed pyskiem. — Mogłabyś powiedzieć co nie co o tym, jak bardzo nasz lider faworyzuje kocury. Trzeba uświadomić Kunę, że kotki nie mają w tym klanie łatwo — mruknęła, wskazując na młodszą.
Żółtooka skrzywiła się, wstrzymując się od jakiejś kąśliwej uwagi względem tego czynu, a następnie zniżyła swój wzrok na wspominane kocię.
— Przecież ja nic nie wiem w tym temacie — westchnęła, jęcząc pod nosem, bo wiedziała, że tak szybko spokoju nie zazna. Skupiła się na burej, w której ślepiach błyszczały iskierki zainteresowania.
— Twoi bracia zostali mianowani bardzo szybko, a ty, biedna, niedoceniona, musiałaś czekać tak długo, by Jastrzębia Gwiazda w ogóle raczył zwrócić na ciebie uwagę! — mruknęła, kręcąc głową z niedowierzaniem. — Musimy zaradzić tym wszystkim niesprawiedliwością...
Przekręciła oczami. Nie miała ochoty słuchać po raz kolejny jej wywodów, które niczym nie różniły się od poprzednich. Odejść tak po prostu nie może, bo żal jej było Kuny, która skazana była na przebywanie w towarzystwie czekoladowej.
Nastawiła uszy i lekko drgnęła, jakby nagle sobie coś przypomniało.
— O właśnie, Mała Różo, Wiśniowy Świt chce z tobą porozmawiać. Mówiła, że to pilne. Narzekała na postawę Jastrzębiej Gwiazdy i stwierdziła, że coraz gorzej lideruje, więc może dobrze by było, gdybyś poszła z nią porozmawiać? — zagadnęła, mówiąc to, co pierwsze przyszło jej do głowy.
Kotka spojrzała na nią nieufnie, mrużąc oczy.
— W sumie to miałam z nią porozmawiać, więc dobrze się składa. Poczekajcie tu, idę załatwić swoją sprawę, a potem pomyślimy wspólnie, jak zaradzić tym wszystkim niesprawiedliwościom - poleciła i odeszła żwawym krokiem.
Motyl odetchnęła z ulgą, spoglądając na małą.
— Nie słuchaj jej. Gada by gadać, nie ma w tym żadnego sensu — mruknęła. — A ty wydajesz się mądra i szkoda, by cię popsuła — dodała, uśmiechając się życzliwie. — Ja bym ci poleciła jej unikać, ale jeśli wróci, to powiedz, że przyszedł ktoś po mnie i musiałam zmykać na patrol — poprosiła.
Kuna skinęła głową. Według Motylego Trzepotu bure futro było dosyć nudne i przeciętne, ale za to bardzo podobała jej się biała plamka na podbródku kocięcia.
Niewiele myśląc wyszła, w obawie, że Mała Róża zaraz wróci i zacznie dalej zamęczać ją swoim podejściem do życia.

***


Przyglądała się w skupieniu Ośnieżonej Łące. Płowa kręciła się przy stosiku ziół, zbierając najpotrzebniejsze medykamenty, które zaradzą na problemy szylkretki.
— Powinnaś przyjść tu znacznie wcześniej, kiedy miałaś tylko skręconą łapę. Przez to zwyrodnienie będziesz potrzebowała więcej czasu na powrót do zdrowia — stwierdziła, zatrzymując się obok.
— Byłam zajęta — odparła, myśląc z żalem o nieudanym podrywie lidera, który okazał się zwykłym prostakiem. Nic nie raniło jej bardziej, niż obraza jej pięknego, a wręcz idealnego futra.
— To na przyszłość stawiaj swoje zdrowie na pierwszym miejscu, ono powinno być dla ciebie najważniejsze — rzekła.
Motyl skinęła głową, obserwując Deszczową Chmurę, walczącego z infekcją Mleczowego Pyłu. Kocur przyznał, że został wcześniej ugryziony przez szczura, ale nie sądził, że będzie to tak poważne.
— Dobra, możesz zmykać, tylko nie biegaj za dużo, daj swoim kościom odpocząć — poleciła medyczka.
— Jestem młoda, na odpoczynek przyjdzie czas za kilkadziesiąt księżyców — odparła, spoglądając na nią z wdzięcznością.
Wyszła z legowiska uzdrowicieli, czując się niczym nowo narodzona. Od dziś będzie bardziej o siebie dbać, w końcu zasługiwała na to, co najlepsze. I nikt nie wmówi jej, że było inaczej.
Zawędrowała do kociarni, zobaczyć, czy przebywające tam karmicielki niczego nie potrzebują. Ostatecznie jej uwagę zwróciła Papla. Znana jej wcześniej Kuna podpadła na jednym ze zgromadzeń, narażając ich klan na atak ze strony Nocniaków. Teraz odbywała swoją karę, co było słuszne, choć Motylej i tak było jej w jakiś sposób żal.
— Hej Paplo — miauknęła, uśmiechając się łagodnie. — Co tam u ciebie? Radzisz sobie jakoś? — spytała, starając się brzmieć jak najbardziej przyjaźnie. 

<Paplo?>

Wyleczeni: Motyli Trzepot, Mleczowy Pył

03 marca 2022

Od Kuny do Motylego Trzepotu

Zaśmiała się. Przygotowała ciało do skoku i zaatakowała. Pac! Kociak spadł na ziemię.
- Modliszka! Czemu jesteś taka silna?
- Jestem od ciebie starsza. I mądrzejsza. 
- Nie jesteś!
Starała się po raz kolejny pokazać potęgę jej pulchnych łapek, ale ciosy jak od pluszowego misia nie robiły na niewiele starszej kotce wrażenia. Tylko chichotała, patrząc jak Kuna zaczyna się wkurzać.
- A kiedy ja będę uczniem?
- Niedługo. Zobaczysz jaka to frajda!
- A co się robi? - usiadła obok uczennicy, chcąc wysłuchać jej relacji.
- Masz mentora i on cię uczy. Głównie polowania, ale też jak tropić, jak walczyć, jak się wspinać po drzewach.. wszystkiego. Niestety trzeba się przy tym trochę wybrudzić, ale potem nie jest źle. Właśnie. - strząsnęła łapą jakiś listek czy inną igiełkę z głowy Kuny. - ty bałaganiaro. Patrz czasem, czy nie wyglądasz jak śmietnik.
- Dopiero się bawiłam z Mysikrólikiem! Było fajnie. A on jest jeszcze bardziej brudny. Sosnowa Igła do teraz wyciąga mu rzepy z ogona.
- Oboje jesteście niechluje. - zaśmiała się srebrna. - Najlepiej jest jak masz fajnego mentora. Ja mam Małą Różę. Jest spoko. Lubię ją, chociaż czasem zachowuje się jak mysi móżdżek.
Jak na zawołanie pojawiła się za rozmawiającymi "siostrami" mentorka Modliszki, o której plotkowały.
- Modliszkowa Łapo, tu jesteś. Z kim rozmawiasz? - głos Małej był tak piskliwy, że Kuna chciała zakryć uszy. Na Klan Gwiazdy, co to jest?
- Z Kuną.
- O, jakie maleństwo. Córka Sosnowej Igły, prawda?
- Prawda. - powiedziała bura, podchodząc bliżej do arlekinki.
- Ojej, nigdy nie miałaś ojca, jeśli dobrze pamiętam?
Czarna osłupiała na chwilę. 
- No.
- Widzisz, jakie kocury są złe?
- Zaczyna się. - przewróciła oczami Modliszka i powolutku, po cichutku wycofała się.
- Chyba nie są. Mam fajnych braci.
- Jesteś jeszcze młoda i nie wiesz, co mogą zgotować w przyszłości. A uwierz mi, taki Jastrzębia Gwiazda, taki Mroczny Omen, taki Trójka co czynią? Samo zło. Jesteśmy w tej jaskini właśnie przez nich. Gdyby na skale siedziała jakaś kotka, byłoby normalniej. I lepiej.
- A czym się różnimy od kocurów?
- My jesteśmy bardziej opanowane, a nie trzaskami pazurami, zębami i pazurami tam gdzie nie trzeba. Jesteśmy ignorowane, bo wszyscy myślą że jesteśmy słabe, a tylko kocury silne i mądre. Ale tak naprawdę to kotki mają większe mózgi. Jesteśmy lepsze.
Kiwnęła tylko niepewnie głową. Nie do końca wierzyła Małej Róży, ale jej słów (oprócz faktu, że jej głos był jak odgłosy pękającego szkła) słuchało się przyjemnie. To wyjaśnia, dlaczego zawsze wygrywa zabawy z Mysikrólikiem! Ma duży mózg. A on mały. 
Czekoladowa wojowniczka uniosła łeb, jak gdyby zobaczyła starego znajomego.
- O, Motyli Trzepocie, może teraz masz czas, by pogadać?
Kuna odwróciła się, by spojrzeć na szylkretkę. Uśmiechnęła się na jej widok. Ładna. Może zostanie jej kolejną przyjaciółką!
<Motyli Trzepocie?>