BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mgiełka (OL). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mgiełka (OL). Pokaż wszystkie posty

17 stycznia 2025

Od Mgiełki

Mgiełka truchtała sobie wesoło przez las. Nie wiedziała, po co tak właściwie, gdziekolwiek idzie, ale chciała się przespacerować. Minęło dużo czasu, odkąd uciekli razem z Pszczółką, Porankiem i Murmur przed tą wariatką Daglezjową Igłą z Owocowego Lasu, który był ich ukochanym domem. Bardzo tęskniła za Świergot i Gruszką, za Mrozkiem, za Jeżyną i Czernidłakiem też. Wróciłaby do Owocowego Lasu, jakoś odnalazłaby drogę, ale nie chciała zostawiać rodzeństwa samego. Niby mieliby tu Murmur, ale nadal jej by z nimi nie było. A zresztą ta stara wariatka prawdopodobnie jeszcze żyje, więc lepiej nie ryzykować. Wrócą za księżyc, dwa może trzy. Lub później. Wiedziała jedynie, że na pewno wrócą, a przynajmniej ona sama.Przystanęła na uroczej leśnej polance, usłanej najróżniejszymi kwiatami. Przycupnęła na środku i poczęła je zbierać. Parę niezapominajek wsadziła sobie za ucho. Gdy już uzbierała pokaźny bukiecik, udała się w drogę powrotną. Spacerowała powoli między wysokimi drzewami. Mimo iż jest teraz starsza i większa, nadal są tak ogromne. W sumie nie urosła zbyt wiele, zarówno Poranek, jak i Pszczółka są wyżsi. Murmur też nie przerosła. Nadal jest niską puchatą kulą kłaków. I gdy ta niska puchata kula kłaków wreszcie dotarła do ich tymczasowego obozowiska, naszła ją myśl. Mogłyby pójść zapolować z Pszczółką. Polują najlepiej ze wszystkich, w końcu nie są medykami. Mgiełka sama szkoliła się na zwiadowczynię. Obawia się, że jak wróci do Owocowego Lasu, nie pozwolą jej zostać zwiadowcą, bo nie skończyła treningu i zbyt mało umie, dlatego teraz chciała przećwiczyć wszystko, czego zdołała się nauczyć i sama się trochę podszkolić. Co prawda nie ma przy niej jej mentora Czernidłaka, ale mimo to chciałaby nie stać w miejscu. Nadal pamięta, czego uczył ją czarny, umie wspinać się na drzewa, odróżniać ich gatunki, polować, walczyć. Choć z tym ostatnim idzie jej trochę słabiej, ale się stara. Nie chce być słabym kociakiem; ona jest dorosłą silną kotką. I nikt nie ma prawa temu zaprzeczyć, a każdego, kto się ośmieli, spotka poirytowane spojrzenie i syk Mgiełki. Może nawet jej ostre pazury, jeśli akurat będzie nie w humorze. Odłożyła zebrane kwiatki przy swoim własnoręcznie ułożonym posłaniu. Wyszła poszukać siostry. Nie było to trudne; szylkretowa kręciła się w okolicy krzaczka poziomek niedaleko. Podbiegła do niej.
— Hej Pszczółko! Nie zjedz mi wszystkich poziomek! — poprosiła siostrę. Lubiła poziomki tak samo, jak ona. — Może poszłybyśmy razem na polowanie. Nie mamy już żadnej zdobyczy.
— Możemy pójść. Poranek nie poluje tak dobrze, jak my. Złapiemy mu coś. I Murmur.
— Tak. Chodźmy!
Oddaliły się na odległość kilkudziesięciu ogonów lisa od obozowiska. Mgiełka już po chwili wyczuła subtelną woń myszy gdzieś niedaleko. Przybrała pozycję łowiecką i stawiając cicho kroki, by nie spłoszyć stworzonka, poczęła się skradać. Skradała się z brzuchem nisko przy ziemi, jednocześnie nie trąc nim po podłożu. Gdy była już na tyle blisko zwierzątka, że była w stanie zobaczyć je z między kępki trawy, w którym siedziało i jednocześnie na tyle daleko by ono nic nie podejrzewało, wykonała sus. Chwyciła niewielką w porównaniu do niej myszkę o jasnobrązowej barwie futerka. Zanim zwierzak zdążył pisnąć, przegryzła mu niewielkie gardziołko i podeszła pod jedno z drzew. W ziemi pod nim wykopała niewielki dołek, wsadziła tam piszczkę i przysypała ziemią, po czym wróciła do polowania. Zaczęła uważnie nasłuchiwać czy aby coś niewielkiego nie tupta gdzieś w trawie. Gdy udało jej się usłyszeć kolejną mysz, ponownie przybrała pozycję łowiecką, zaczęła się skradać i oddała zgrabny sus, łapiąc kolejną zdobycz. Tą również zakopała i wróciła do polowania. Złapała jeszcze jedną czy dwie myszki, wykopała spod ziemi te wcześniejsze i wróciła do siostry.
— Co złapałaś? — spytała się Pszczółka.
— Cztery myszy. A ty?
— Ja też mam cztery. Myślisz, że wystarczy?
— Powinno wystarczyć. Ja zjem jedną, ty zjesz jedną, Poranek i Murmur też i jeszcze zostanie na następny posiłek. A jeśli zjemy po dwie, po prostu szybciej pójdziemy razem na kolejne polowanie.
Wróciły do obozowiska. Wzięły po jednej myszy i usiadły z boku. Rozpoczęły wspólny posiłek.
— Wiesz, tęsknie już za Owocowym Lasem. Chcę do domu. — wyznała siostrze.
— Ja też. Ale co jeśli Daglezja jeszcze bardziej oszalała? Ona nadal tam jest.
— Właśnie to mnie martwi. Chciałabym do domu, ale nie powinnyśmy ryzykować.
— Szczególnie jeśli chodzi o nasze życie. Mi w sumie tutaj dobrze.
— Ja tęsknie za resztą kotów, która tam została. Szczególnie za mamusiami, najbardziej to za Świergot, za Jeżyną i Czernidłakiem też tęsknię. A co jeśli Daglezja coś im zrobiła? Po takich wariatach wszystkiego można się spodziewać. Murmur nie mogła się pomylić co do znaku danego nam przez Wszechmatkę, skoro reszta za nim nie poszła i go nie dostrzegła, powinniśmy ją błagać, aby uchroniła ich przed Daglezjową Igłą, jej wariactwem i gniewem.
— Miejmy nadzieję, że temu głuptasowi Mrozowi nic nie zrobiła. Wszyscy poszliśmy, a on jeden mówi, że zostaje. Jeśli coś mu się stało to jego wina, że tam został. Choć nadal byłoby mi go szkoda, w końcu to nasz brat.
— Mi też... Jak myślisz, ile musimy odczekać, by było już na pewno bezpiecznie?
— Nie mam pojęcia. Może Wszechmatka da nam znak, by wrócić.
— A jeśli go nie da? Może zróbmy tak, jeśli w ciągu trzech księżyców nic się nie stanie, to wracamy do domu. Już wystarczająco długo tutaj tkwimy.
— Jestem za. A co z resztą?
— Jeśli będą chcieli, to wrócą z nami, jeśli nie, niech zostaną. Choć mam wrażenie, że Promyk by nas samych nie puścił, poszedłby z nami. — Stwierdziła Mgiełka. Znała swojego brata, wiedziała, że można na nim polegać i on by ich samych nie zostawił ani nie puścił nigdzie. Jej brat jest najlepszym bratem na świecie.

* * *

Siedziała w lesie. Było ciemno, tak że ledwie mogła cokolwiek dostrzec. Z drzewa dało się słyszeć pohukiwanie sowy. Było trochę strasznie. Drzewa wydawały się gigantyczne, jakby sięgały samego nieba i zasłaniały je tak, że do ziemi nie docierał najmniejszy promień słońca. Bała się, była sama, w ciemności, w nieznanym jej przerażającym wielkim miejscu. Usłyszała głośne kroki, tak ciężkie, że aż trzęsły ziemią. Mgiełka nie miała pojęcia, jakie zwierzę może być tak wielkie i potężne. Nagle, z cienia zaczęło wyłaniać się pokaźne zwierzę, łamiąc drzewa ogromnymi łapami. Już kiedyś widziała takie stworzenie, jednak wydawało jej się to bardzo, bardzo dawno. To był jej największy koszmar. To Borsuk. To stworzenie, które kiedyś prawie by ich zabiło; ją i jej rodzeństwo. Ślepia lśniły czerwonym blaskiem, z wielkiego pyska toczyła się piana, a ostre kły lśniły złowieszczo, jakby zaraz miały wbić się jej w kark. Borsuk był ogromny i przerażający, a ona mała i słaba jakby kociak. Nagle ogromny potwór zamachnął się potężną łapą, przewracając Mgiełkę. Wrzeszczała o pomoc, strach tak ją paraliżował, że nie mogła się ruszyć. Nagle, dał się słyszeć głos.
— Mgiełka! Mgiełka? Wszystko w porządku?
— AAAAAAAAAAAAAAA POMOCY BORSUK, BORSUK! — wrzasnęła tylko. Nagle cały obraz zniknął jej sprzed oczu, a zamiast tego zobaczyła zatroskanego Poranka wpatrującego się w nią, miotającą się na posłaniu.
Poraneczku, jakie to było straszne! Tam był borsuk, taki ogromny i on chciał mnie pożreć, i był tak wielki, że pod jego łapami łamały się drzewa! O Wszechmamusiu, jak ja się strasznie bałam, jak ja się bałam! — Zaczęła opowiadać, żywo gestykulując. — Jak dobrze, że to tylko zły sen, borsuki są okropne. — dodała, wtulając się w białe futerko brata. — Pamiętasz, jak kiedyś uratował nas patrol Owocowego lasu? Jak dobrze, że nas wtedy znaleźli i ocalili; nie chciałabym stać się przekąską dla borsuka. Promyczku… Ja chcę do domu. Wymyśliłyśmy z Pszczółką, że zaczekamy sobie kilka księżyców na znak od Wszechmatki, a jeśli wcześniej się nie pojawi, wrócimy do Owocowego Lasu jak miną te trzy księżyce, lub coś koło tego. — powiedziała, po czym wróciła na posłanie i położyła się spać. Na szczęście nie śnił jej się już żaden inny koszmar i dobrze, jeśli zobaczyłaby kolejnego borsuka, z pewnością dostałaby zawału.

* * *

Leżała sobie na gałęzi drzewa. Lubiła siedzieć na drzewach, dobrze, że nauczyła się tego, zanim opuścili Owocowy Las. Było ciepło, świeciło słońce. Była Pora Nowych Liści. Mgiełka bardzo lubi tę porę, jest wtedy ciepło, ale nie ma upału, przyroda budzi się do życia po Porze Nagich Drzew, na świat przychodzą nowe ptaki, myszki i inne stworzonka. Pora Nowych Liści jest wspaniałą porą. Wpatrywała się w gałęzie drzewa nieopodal tego, na którym siedziała. Znajdowało się na nich gniazdko. W gniazdku przesiadywała ptaszyna wraz ze swoimi pisklętami. Maluchy poćwierkiwały i przepychały się nawzajem, każde z nich chciało być blisko matki. Zrobiło jej się smutno na myśl o jej mamie. Ich mama zostawiła ich w niebezpieczeństwie, porzuciła na pastwę borsuka. Tak nie robią prawdziwe, kochające rodzicielki. Skoro nawet pisklęta są przy swoich, małe myszki przy matce myszy oraz wszystkie inne małe zwierzątka żyją ze swoimi mamami, czemu Mgiełkę, Mrozka, Pszczółkę i Poranka ich zostawiła? To było bardzo niesprawiedliwe. Mgiełka obiecała sobie, że jej kocięta będą miały zapewnioną jej miłość i opiekę oraz nigdy ich nie porzuci. W życiu nie postąpi jak jej mama. Będzie bardziej niczym kochana Świergot i Gruszka, które się nimi zajęły. Chciałaby bardzo mieć kociaki, ale nie czuła się jeszcze gotowa. I w sumie nie miała partnera.
— Może w następną Porę Nowych Liści… I ja zostanę mamą. — powiedziała sama do siebie. Bardzo by tego chciała, ale pewnie będzie musiała poczekać trochę dłużej. Ale z pewnością będzie warto. Teraz skupi się na oczekiwaniu powrotu do domu.

[1507 słów]

[przyznano 30%]

13 września 2024

Od Mgiełki CD. Jeżyny

Mgiełka spojrzała na małą burą bicolorkę. Pomarańczowe oczka wpatrywały się w nią uważnie. Hmmmmm…. Jaki listek pasowałby jej do oczu… Pomarańczowo-złocisty. Z pewnością. Pani… zachichotała.
- Nie jestem żadną “panią”, mam na imię Mgiełka i jestem uczennicą! A wracając do twojego pytania… Myślę że do twoich ślicznych oczu pasowałby liść w kolorze złocisto-pomarańczowym. - Uśmiechnęła się do puchatej koteczki.
Spojrzała jak wybiera ze swojego stosu listek we wskazanym kolorze i się mu przygląda.
- Oooo też masz swoją kolekcję! - krzyknęła zauważając zbiór najróżniejszych skarbów w kącie żłobka. - Ja zazwyczaj zbieram kwiatki i robię z nich bukiety, albo coś nimi przyozdabiam. Aaaa i takie pytanie… Jak masz na imię jeśli można spytać? - spytała kotkę i znowu się uśmiechnęła.
- Mam na imię Jeżyna! - odpowiedziała entuzjastycznie Jeżyna po czym kontynuowała. - Może potem razem pójdziemy poszukać skarbów? Jeśli oczywiście chcesz…
- Oczywiście że chcę! - odpowiedziała szylkretka, mrużąc złociste oczka.

***
- Jeżynko… chcesz się pobawić w śniegu? - spytała się przyjaciółki. Łatwo było jej się zaprzyjaźniać z innymi kotami, już z paroma kotami jej się udało.
- Czemu by nie? - odpowiedziała młodsza. - A co zrobimy?
- Może coś ulepmy! Spróbujmy na razie coś wymyślić i zacznijmy, a potem zobaczymy o z tego wyjdzie!
- Tak! - odpowiedziała jej podekscytowana bura.
Wzięły się do roboty. Mgiełka na początku nie wiedziała co zrobić, chwilę pomyślała, miała wiele pomysłów, ale żaden jakoś szczególnie jej się nie spodobał, więc z braku lepszego pomysłu zaczęła toczyć kulę. Najpierw od niechcenia jedną łapą, a potem, jak zrobiła się większa, pchała ją już dwiema, a kula robiła się coraz większa i większa… W końcu przestała ją toczyć, odsunęła się kawałek w tył i przypatrzyła. Wyglądała jak… kula. Duża śniegowa kula. W tym czasie obok niej przetoczyła się kula pchana przez Jeżynkę, którą ta po chwili namysłu wepchnęła na kulę Mgiełki. W sumie fajnie to wyglądało. Odgrzebała parę patyków z pod śniegu i wbiła je w kule, ich dzieło zaczynało coś przypominać.
- To coś wygląda jak kot! - stwierdziła Jeżyna.
- Ej, no! Kot jak prawdziwy! - pisnęła Mgiełka. W sumie fajnie wyszło. Tylko czegoś tutaj brakowało. Tylko czego?
- Zróbmy oczy! - krzyknęła. - Może z kasztanów? Zostało mi kilka zebranych jesienią! Chyba nawet jeszcze za bardzo nie wyschły - stwierdziła, po czym pobiegła do legowiska uczniów, chwyciła kasztany i wróciła na dół do Jeżyny i śnieżnego kota. Wcisnęła je w miejsce oczu. Cofnęłą się i przyjrzała ich wspólnemu dziełu. Coś jej przypominało. A raczej kogoś.
- Cudnie wyszło! - skwitowała, po czym wróciła do swoich przemyśleń kogo jej to przypomina. - Trochę przypomina Jarząb… - stwierdziła. Kot ze śniegu był biały tak samo jak starsza albinoska, która niedawno zmarła. W sumie tylko oczy trochę się różnią, poza tym jest dosłownie jak prawdziwa Jarząb. Fajnie im wyszła, podobało jej się, ma nadzieję że nie zrobi się zbyt szybko ciepło i śnieżna Jarząb im się nie rozpuści.

< Jak ci się podoba nasza Jarząb Jeżynko? >
[452 słowa]
[przyznano 9%]

04 września 2024

Od Mgiełki CD. Poranku

- Nie wiem jak to jest nie pamiętać swojego imienia… ale chyba to trochę jak nie pamiętać kim się jest - stwierdziła po głębszym zastanowieniu - Chyba że nie czujesz się Porankiem a Chwastem… albo nie wiesz kim się czujesz, czyli w sumie kim jesteś… Hmmm… W każdym razie, mamusia uważa, że to źle, że mówisz na siebie Chwast i częściowo ma rację, bo chwasty źle się kojarzą ponieważ zakłócają rosnące kwiaty, szybko się rozrastają, są upierdliwe… Jeśli sam uważasz się za Chwasta to w sumie możesz tak siebie nazywać w myślach, ale pamiętaj że na zewnątrz jesteś Porankiem i mówisz o sobie jako o Poranku, a jak zapomnisz swojego imienia, spójrz na wschodzące słońce o poranku, to od razu ci się przypomni, chyba że akurat będzie inna pora dnia, to możesz przyjść i zapytać się mnie, ja ci powiem. - Uśmiechnęła się kończąc swój długi monolog składający się z głośnego myślenia i tłumaczeń. Było jej trochę żal Poranka, w sumie nie wiedziała dlaczego. Cieszyła się że pamięta swoje imię, lubiła je i nie chciałaby zapomnieć że jest Mgiełką, ale na szczęście jak na razie jej to nie groziło.
 
***

Było zimno. Bardzo zimno. Na zewnątrz padał śnieg i jego gruba okrywa przykrywała calutką ziemię, było jej też trochę na drzewach. Znowu siedziała z Porankiem i mamusią w legowisku Medyka, bo tam mogła zarówno spędzać czas z porankiem, jak i słuchać opowiadań Świergot o Wszechmatce, poza tym obóz podczas śnieżnej wichury która od tak postanowiła sobie przyjść nie był najlepszym miejscem do zabaw, było chłodno, jej sierść robiła się cała przemoczona od stania w śniegu i robiło jej się jeszcze bardziej zimno. Brrrr.
Dlatego też siedziała w przytulnym, suchym legowisku chroniącym przed wiatrem i śniegiem. Siedziała tak już długo i zaczynało jej się nudzić, ale na szczęście śnieg przestał padać, wiatr wiać i wyszło słoneczko, słabe, zimowe ale jednak.
- Poranek! Chodźmy pobawić się na śniegu! - krzyknęła widząc innych uczniów bawiących się w bielutkim puchu.
Poranek nie dał się długo prosić wybiegli z legowiska i niby wszystko fajnie ale… Gdy tylko wyskoczyła z legowiska zapadła się w śnieg po uszy. Głupi niski wzrost, zawsze tylko uprzykrza życie.
- Poranku Pomocy Pomocy! - wrzasnęła gdy tylko poczuła zimno z każdej strony. - Zapadłam się i nic nie widzę! - Z boku wyglądało to dosyć śmiesznie. Z zagłębienia wystawały jej tylko uszy, a jak zaczęła podskakiwać by zobaczyć coś więcej niż biały puch. Wyglądało to jeszcze zabawniej, ale jej nie było do śmiechu. Była nieszczęśliwa że jest tak niska, rozgoryczona tym że psuje jej to zabawę i wściekła że nie może się normalnie bawić jak inni tylko od razu zapada się cała, a nie jak taki na przykład Poranek, któremu śnieg sięga może do ramion, z pewnością nie dalej. To bardzo niesprawiedliwe.

< Poranek help me skacze tak ciągle i mnie zimno >
[450 słów]
[przyznano 9%]

19 sierpnia 2024

Od Mgiełki

Leżała w legowisku uczniów na świeżym mchu i drzemała. Do legowiska ktoś pospiesznie wybiegł i zaczął zakłócać jej odpoczynek niepotrzebnymi krzykami.
- MGIEŁKA! MGIEŁKA! BORSUK PO NAS PRZYSZEDŁ AAAAA MGIEŁKAAAA! GDZIE JEST RESZTA??? TRZEBA OSTRZEC WSZYSTKICH!!!
Mgiełka wstała poirytowana i spojrzała na hałasującego.
- Czego się drzesz. - Spojrzała chłodno na Mroza, jakby chcąc go zmrozić. Po czym dotarły do niej jego słowa. - BORSUK? GDZIE? - wrzasnęła.
- Teraz ty się drzesz. Widziałem… kawałek za obozem. Wyszedłem za potrzebą i i i…
- Nawet nie waż się znowu krzyczeć. Musimy coś z nim zrobić.
- Co się dzieje? - spytała zaspana Pszczółka, a zaspany Poranek, wcześniej przywleczony tu przez Mroza, już zdążył ponownie zasnąć. Tuż obok niej wpatrzył się w nich, a jego zaspane spojrzenie mówiło: „Po co mnie budzicie? Jest środek nocy, to aż tak ważne?”
- Borsuk. Kawałek za obozem. Widziałem na własne oczy, chował się w krzakach. Był taaaaki ogromny i paskudny. - Wprowadził resztę rodzeństwa Mróz.
- Może bądźmy trochę ciszej, jednak reszta uczniów nadal śpi. Musimy ustalić, co zrobić z tym borsukiem, zanim przyjdzie tu i nas zje.
- BORSUK CHCE NAS ZJEŚĆ? UCIEKAJMY - Mgiełka w samą porę wcisnęła Pszczółce łapę w pyszczek, zanim obudziła cały obóz.
- Ciii Pszczółko, my właśnie chcemy coś zrobić, by nas nie zjadł. Urządzimy na niego zasadzkę. Czy coś w tym stylu… - Zamyśliła się. Nie wiedziała jeszcze jak złapać tego borsuka, ale coś się wymyśli.
- Weźmy wejdźmy na drzewa i rzucajmy w niego owocami!
- Wykopmy dół do którego wpadnie!
- Rzućmy się na niego!
- Nie!
- Tak!
- Nie! Zabije nas!
- Wcale że nie! To my go zabijemy!
- Ale my nie umiemy jeszcze zbyt dobrze walczyć!
- C-co?
- Brawo geniuszu, obudziłeś resztę legowiska!
- To nie ja!
- Właśnie że ty!
- A może ty?!
- MRÓZ!!! JAK JA CIĘ ZARAZ…
- PRZESTAŃCIE SIĘ KŁÓCIĆ!
Po chwili zarówno ona, jak i naburmuszony Mróz, zostali wypchnięci z legowiska przez Poranka i Pszczółkę. Wytłumaczyli oni po krótce obudzonej przez nich przed chwilą Pieczarce, Przepiórce i Skałce o co chodzi, po czym wyszli i dołączyli do nich.
- Teraz musimy ustalić plan działania, ale może odejdźmy nieco dalej, by nie obudzić całego obozu - powiedział Poranek.
- Dobry pomysł.
Mgiełka wyszła razem z grupką niewielki kawałek poza obóz. Zatrzymali się na naradę.
- To jaki w końcu mamy plan?
- Może najpierw ustalimy zasady? - Zaproponowała najstarsza z nich, Przepiórka.
- Dobry pomysł - stwierdziła Mgiełka. - Może na początek nie drzemy się, słuchamy innych i nie wykłócamy się z siostrą? - powiedziała wpatrując się w Mroza, który na to tylko wywróćił oczami.
- Kto pytał?
- Przepiórka jeśli nie pamiętasz - odpowiedziała z przekąsem. A teraz przechodząc do rzeczy. Jeśli chcemy coś zrobić to musimy się ogarnąć i ustalić wreszcie najprostsze zasady. Czy to dla nas takie trudne? Nie wydaje mi się. Ma ktoś jeszcze jakieś propozycje zasad?
- Ja mam nie tyle zasadę, co powinniśmy wybrać lidera grupy dla porządku. Jacyś kandydaci?
- JA! - wrzasnął oczywiście Mróz, bo jakże mogłoby być inaczej?
- Ja! - zgłosiła się już nie krzycząc. Może i Mróz widział borsuka, ale ona nada się do tego bardziej.
- A może liderem powinien zostać ktoś inny? Może na przykład Pieczarka, ona lepiej zna te tereny i przynajmniej nie wykłóca się bez przerwy jak wy - stwierdziła Pszczółka. 
- Zgoda - zgodziła się na to, by to Pieczarka była liderem grupy, nie tylko ze względu na argumenty, ale także dlatego, że według niej nie ważne kto będzie liderem, każdy będzie lepszy od Mroza. A dlaczego? Bo tak.
Po ustaleniu planu działania musieli znaleźć tego borsuka. To już nie będzie tak wielki problem, raczej nie odszedł zbyt daleko odkąd Mróz go widział. Muszą wyciągnąć z niego więcej, aby łatwiej go namierzyć.
- Mróz? Gdzie był ten borsuk?
- O gdzieś tam lub tam, ooo tam! - Wskazał łapą
- A jak dokładnie wyglądał?
- A to ty nie wiesz jak wygląda borsuk?
- Wiem. Tylko w sensie jak duży był, czy miał jakieś charakterystyczne plamki czy coś, co by go wyróżniało?
- Nie wiem. Był duży, ciemny i wgapiał się we mnie tymi malutkimi złowrogimi oczkami, jakby chciał mnie pożreć. Albo ciebie. - Uśmiechnął się złośliwie. Puściła tę uwagę mimo uszu.
Szli dalej w kierunku wskazanym przez niebieskiego. Miała nadzieję, że brat nie pomylił kierunków i nie będą teraz się kręcić w kółko po lesie albo co gorsza nie zgubią się w nim lub nie wejdą na terytorium innego klanu. Znając ich szczęście, nie byłoby to wcale takie trudne. Było już ciemno, oni prawie wszyscy z wyjątkiem starszych uczniów prawie nie znają terenów i jeszcze są zaspani. Cudnie!
- Spójrzcie na niebo! - powiedziała, patrząc w górę, na przebijający się z nad koron drzew kawałek nieba i księżyc na nim. - Jest już prawie pełnia. A to znaczy, że będzie zgromadzenie! Ciekawe kto tym razem pójdzie… mam nadzieję, że tym razem my też pójdziemy. - Spojrzała na rodzeństwo.
- Noo fajnie by było!
- Jeszcze jak!
- A tak właściwie, jak jest na zgromadzeniach? - Wlepiła spojrzenie złocistych oczu w starsze koleżanki. One już były na zgromadzeniu, muszą wiedzieć, jak to jest.
- Wiesz… krótko mówiąc jest ciekawie. Przekonasz się jak sama na nie pójdziesz. Zazwyczaj po prostu przywódcy mówią jak tam w ich klanach, można z kimś porozmawiać, a czasem coś ciekawszego się wydarzy. Ciekawe jak będzie na tym… - odpowiedziała jej Przepiórka. Aha.
- To tutaj! - krzyknął Mróz. Był tam! W tamtych zaroślach!
Ostrożnie zbliżyli się i przeszukali dokładnie krzaki oraz rozejrzeli się po okolicy, ale nic nie znaleźli. Prawie nic.
- Ślady! - krzyknęła Pszczółka
- Czy to ślady borsuka?
- Nie wiem.
- Chodźmy ich tropem!
Ruszyli tropem borsuka. W każdym razie mieli nadzieję, że należą one do borsuka. Bo do czego innego mogłyby należeć? Nie ma tu borsuka, nie czuć w powietrzu borsuka, oczywiście że to trop borsuka! Nie zastanawiając się dłużej, nadal szli jego tropem. W końcu zobaczyli ciemną sylwetkę.
- A to on nie ma za małej głowy? - spytała się Pszczółka. 
- Nie wiem - odpowiedział Poranek. 
- A jak to sprawdzić? - zadała kolejne pytanie.
- Nie mam pojęcia. - Znowu nie wiedział. W sumie nic dziwnego, Mgiełka nie wiedziała skąd którekolwiek z nich miało by się nauczyć, jak sprawdzić czy jakiś borsuk nie ma za małej głowy.
- W sumie? Zastanawialiście się kiedyś, jak sprawdzić, czy on ma za małą tę głowę? A jeśli ma, to jak ją naprawić?
- Hmmm. Ciekawe.
- Nie wydaje mi się, by mama miała na to zioła…
- Ciiiii - syknęła Przepiórka. - To nie czas na gadanie.
W końcu udało im się względnie uciszyć i przygotować do akcji. Zgodnie z planem Mgiełka i jej rodzeństwo, z racji iż nie potrafią walczyć jak starsze uczennice, będą atakować borsuka rzucając w niego owocami z drzewa, o ile któreś będzie drzewem owocowym i na szczęście były nawet dwa. Teraz tylko problem jak wziąć te jabłko z drzewa i nie zjeść go przy okazji oraz trafić nim borsuka. Ale to już nie problem, poradzą sobie.
Akcja rozpoczęła się. Pieczarka, Przepiórka i Skałka otaczały potwora a oni czekali, by obsypać go deszczem jabłek, gruszek i co tam jeszcze mają. Wreszcie kotki zaczęły atak, a Mgiełka z rodzeństwem ciskali owocami.
- Ała! - wrzasnęła i usłyszała chichot Mroza. - To nie we mnie miałeś rzucać tylko w borsuka!
Oddała mu soczystą gruszką, oblizując pyszczek z soku innej gruszki ściekającego jej po pyszczku. Teraz nie tylko walczyli z borsukiem, ale przy okazji walczyli również między sobą. Na owoce. Fajnie.
Szturm trwał już chyba wieki, jak jej się zdawało, mimo iż tak naprawdę było to zaledwie parędziesiąt uderzeń serca. Nagle do ich nozdrzy zaczął dochodzić dziwny zapach. Widzieli, jak ich starsze koleżanki się wycofują, mimo iż szło im nieźle. Sami zsunęli się z drzew i pobiegli w pęd za nimi, byleby oddalić się od tego zapachu. W akcie desperacji sami rzucili się na zwierzę, jednak po tym, jak Pszczółka dostała od niego w nos i zapach, a raczej niemiłosierny smród, stał się nie do wytrzymania wszyscy pognali w stronę obozu. To znaczy za starszymi uczennicami, które jako jedyne w pełni orientowały się, gdzie są. Już poznawała drzewa. Prawie są w obozie. Jeszcze chwila. Zaczął padać deszcz. Nagle dało się słyszeć plusk. To Pszczółka poślizgnęła się w kałuży. Pomogła jej wstać.
- No pięknie, teraz nie tylko goni nas borsuk, ale jeszcze wszędzie śmierdzi, pada deszcz, a my jesteśmy całe mokre - stwierdziła wyraźnie niezadowolona.
Szli dalej, mokrzy, brudni i zmarznięci. Chyba udało im się zgubić borsuka. Ale co jeśli im się nie udało… Obóz na horyzoncie. Oby tylko Mróz nie krzyknął i…
- AAAA TAM BYŁ BORSUK I ŚMIERDZI RATUNKU ON NAS ZJE! CZY ON NAS NIE GONI? - krzyknął Mróz. Już za późno. Cały obóz obudzony, brawo ty braciszku.
- Co tak śmierdzi? - spytała Pszczółka.
- Chyba… chyba my - skwitował Poranek. 
- To przez tego borsuka. Ale to chyba nie był borsuk… tak mi się dziwnie wydaje - stwierdziła Mgiełka. Może był zepsuty i ta małą głowa to tylko problem widoczny na zewnątrz… ale wydało jej się, że to nawet nie jest borsuk, a jakieś inne dziwne zwierze.
- Też mi się tak wydaje - stwierdziła Przepiórka.
- Boję się, co się stanie, jak Daglezjowa Igła albo mama się o tym dowie… - powiedziała.
- WIELKIE NIEBA. - Dosłyszała głos Świergot osłupiałej na ich widok. Teraz mają przerąbane.
- Widzisz. Mówisz, masz. Wykrakałaś. - Szepnął jej Mróz na ucho z uśmieszkiem.
- Co wy robicie mokrzy i brudni, o tej porze…? Czemu Mróz krzyczy i co tak pachnie?
- My… Bo Mróz zobaczył borsuka jak poszedł w krzaczki i my poszliśmy go złapać, i nie udało się. Coś zaczęło śmierdzieć i my zaczęliśmy uciekać, ale nie wiemy, czy on nas nie gonił i boimy się, że on chce nas zjeść, bo wcześniej kiedyś nas jakiś zaatakował i może to ten sam przyszedł nas pożreć, bo mu się wcześniej nie udało. Ale chyba nie, bo ten miał jakąś małą głowę i w ogóle jakiś niedożywiony chyba był… No i my przybiegliśmy tutaj i Mróz zaczął się drzeć, a ja byłam zbyt daleko, żeby zatkać mu pyszczek łapą no i wydarł się o tym borsuku, i wszystkim, i nie wiemy, co tak pachnie i lepiej uciekać zanim ten borsuk nas dogoni! - Skończyła mówić i spojrzała na Świergot. 
Mama nie wiedziała, czy się śmiać, czy płakać.

[1628 słów]
[przyznano 33%]

Od Mgiełki CD. Poranku

- Nie martw się, kwiatków mi wystarczy! - Wyciągnęła zza siebie cały stos kwiatów i wskazała bratu. - Widzisz? Ja zawsze mam ich dużo! Tobie pasowałyby białe stokrotki lub rumianek i chaber oraz niezapominajki. Można dodać trochę tych twoich zielonych chwastów i będzie pięknie! - Błyskawicznie ułożyła kwiatki na rudym łebku braciszka, odsunęła się i przyjrzała uważnie. Uśmiechnęła się.
- Awwwwwwwww wiedziałam że będzie pięknie! A jak ci się podoba Poraneczku?
- Jest… ładnie - odpowiedział krótko rudzielec.
- Teraz sobie też zrobię... tylko przydałyby się jakieś różowe kwiatki, kocham połączenie różu z błękitem i bielą!

***

- Poraneeeeek… Nudzi mi się - powiedziała do brata, przeciągając się rozwalona na trawie. Akurat skończyli na dzisiaj trening i tak właściwie nie chciało jej się już trenować ale musiała sobie znaleźć jakieś zajęcie. A najlepszym sposobem na to było spytanie się o to Poranka.
- To się czymś zajmij. Na przykład… - Nie zdążył skończyć, bo nagle wpadła na pomysł.
- Wieeeeem! Pójdziemy razem na spacer. Chodź!
- No nie wiem…
- A ja wiem! No chodź! Będzie fajnie! Albo wiem. Chodźmy popatrzeć na mrówki. Mrówki są fajne. - Wybiegła na parę długości ogona z obozu i wpatrzyła się w niewielkie mrowisko. Wpatrzyła się w nie z rozdziawionym pyszczkiem. Mrówki raz wchodziły do mrowiska, raz z niego wychodziły. Widziała kątem oka jak kilka z nich coś niesie. Ciekawe co. Patrzyła się tak przez dłuższą chwilę.
- Może… Może w sumie pójdziemy na ten spacer? - W końcu przerwał ciszę Poranek.
- To może w sumie chodźmy - stwierdziła. 
Wstała i w podskokach ruszyła za bratem. Wiedziała, że nie mogą odejść zbyt daleko, jako że są tylko młodymi uczniami, ale to zawsze coś. Trochę pochodzili aż w końcu zmęczyli się i wrócili na miejsce z którego przyszli i Mgiełka znowu zaczęła się nudzić. Może jednak lepiej jest w kółko trenować, w końcu wtedy się coś robi. Hmmmm. Trening. No właśnie. Ma takie jedno pytanie do Poranka.
- Braciszkuuuu… a jak to jest być uczniem medyka? - spytała się wpatrując się w brata. Sama szkoli się na zwiadowcę i raczej nie myślała, jak to by było być uczennicą medyka, ale fajnie by było wiedzieć, a że i tak jej się nudzi, to czemu by się nie spytać. Na pewno jest to choć trochę fajne, bo chyba Porankowi się podoba.

<Braciszkuuu… powiedz… :0>

[362 słowa]

[przyznano 7%]

Od Mgiełki CD. Czernidłaka

- Chcesz posłuchać jakichś historii? - zapytał się jej czarno-biały kocurek o niebieskich oczach. Mgiełka widziała go w patrolu który uratował ich przed tym okropnym paskudnym borsukiem, gdy ich mama ich porzuciła, ha tfu na nią! Ale wracając, co on powiedział!
- Tak, tak, tak! Opowiedz historyjkiiiiii! - wrzasnęła podskakując. Była taka mała, strasznie ją to irytowało.

***

Ułożyła sobie na łebku kompozycję składającą się z niezapominajek i stokrotek. Lubiła niezapominajki, były takie, takie… nie wiedziała jak to określić. Ale z pewnością były ładne. Wyślizgnęła się z legowiska uczniów i zaczęła rozglądać za Czernidłakiem. Czernidłak był jednym z kotów które uratowały ich przed borsukiem kilka księżyców temu, a potem czarny okazał się być naprawdę fajny i Mgiełka się z nim zaprzyjaźniła, a teraz jest jej mentorem. Będzie szkoliła się na zwiadowcę. Jest ciekawa jak to będzie jako dorosła zwiadowczyni, na razie jest tylko uczniakiem i zamierza się pilnie uczyć, by kiedyś móc się dowiedzieć jak to jest być tym zwiadowcą. O! Już jest! Podbiegła do mentora.
- Czego się dzisiaj uczymy!? - zapytała zanim ten zdążył cokolwiek zrobić. Z szerokim uśmiechem na pyszczku wgapiała się w niego złocistymi ślepkami. Wyglądał coś niemrawo, trochę ospale i jakby nie czuł się najlepiej.
- Co ci jest? - wypaliła.
- Nic mi nie jest, nie przejmuj się.
- Aha. Okej. - Potem się tym przejmie, jak na razie powiedział, że nic czyli nic.
- Tooooo…. czego się dzisiaj uczymy?
- Dzisiaj zrobimy lekcję polowania.
- Jeeej!!! Upoluję największą mysz, o taaaaką wielką! - Pokazała wielkość myszy żywo gestykulując łapkami.
- Jak na razie musisz się nauczyć podstaw! - Odpowiedział Czerni śmiejąc się. Zastanawiała się z czego ale nie mogła zrozumieć.

***

- Czy tak dobrze? - Spytała się mentora próbując powtórzyć po nim pozycję, w jakiej był, skradając się w kierunku wyimaginowanej zdobyczy. Łapki jej się trochę plątały i nie wiedziała czy dobrze to robi, ale była dobrej myśli. Kiedyś w końcu się tego nauczy, prawda? W końcu wszyscy wojownicy i zwiadowcy kiedyś byli uczniami i kiedyś się tego uczyli, więc ona też może na razie nie umieć…chyba. Przecież Czerni kiedyś powiedział “Wyszkolę cię na najlepszego zwiadowcę w całym Owocowym Lesie”, a jeśli ma być najlepszym zwiadowcą chyba powinna od razu polować lepiej. Ale jej mentor nigdy jej nie okłamywał, więc zapewne tylko sobie wmawia głupoty i zaraz już będzie potrafiła polować, walczyć i w ogóle wszystko.
- Tak. Szybko się uczysz. - Czyli jednak, już za chwilę będzie potrafiła polować, a za parę dni zostanie zwiadowcą.
- To kiedy już zostanę zwiadowcą? Jak już prawie umiem polować to chyba dobrze, prawda? Czyli niedługo już będę wszystko umieć i i….
- Szkolenie trwa nieco dłużej Mgiełko… To nie jest wszystko takie proste, teraz musisz się nauczyć polować na inne gatunki zwierzyny, walczyć, wspinać na drzewa, robić legowiska w ich koronach… ale nie martw się, damy radę.
- Okej, to poczekam nieco dłużej. - Uśmiechnęła się. - A teraz wracajmy do szkolenia, chcę szybko się tego wszystkiego nauczyć!

***

Tak jak myślała, Czernidłakowi coś było i jak wrócili do obozu, poszedł do medyka. Stwierdziła, że musi go tam odwiedzić, bo musi mu tam być naprawdę nudno.
- Hej Czerni!!! Przyszłam bo chcę ci potowarzyszyć. Musi ci być tutaj straaaaaasznie nudno. - Uśmiechnęła się. - Miałam rację. - Tym razem na jej pyszczku zawitał wyraz triumfu. - Coś ci było, tylko nie wiem co, ale to już nieważne. - Usiadła z boku i z nie wiadomo skąd wytrzasnęła swoje bukieciki i sterty kwiatków.
- Skąd one się tutaj wzięły? Przecież nie przyniosłaś ich ze sobą - spytał się jej Czernidłak.
- Mam je poukrywane w całym obozie. Są wszędzie. Nigdy ich nie zbierzecie, są skitrane w miejsca których nikt sobie nawet nie wyobrazi. Komponowałam je, suszyłam i chowałam na całe dwa księżyce w żłobku. Teraz w wolnym czasie układam je nadal. Są pochowane wszędzie od koron drzew po podszycie.
- Jak je schowałaś w koronach drzew?! Przecież byłaś jeszcze kociakiem, nie umiesz się wspinać a poza tym jesteś ma… - Kocur zamilkł gdy tylko wbiła w niego swoje spojrzenie.
- NIE JESTEM MAŁA - powiedziała. Nie znosiła, gdy ktoś mówił, że jest mała. - A co do tego jak to zrobiłam… na początku próbowałam podrzucać ale nie wychodziło. Potem owszem, starałam się wspiąć na drzewo ale łapki mi się ześlizgiwały i coś mi nie szło. Chciałam też oswoić wiewiórki…
- Wiewiórki? Oswoić wiewiórki? Mgiełko, przecież my na nie polujemy.
- Wiem. Poza tym, nie udało mi się. W końcu poprosiłam jakiegoś miłego wojownika czy zwiadowcę, jak sobie przypomnę kogo, to ci powiem, by mi pomógł je tam schować. Ale co do tych wiewiórek… Fajnie by było mieć swoje oswojone wiewiórki!!! Można by się było z nimi bawić, poza tym są takie urocze i puchate awwwwwwwww!!! - rozmarzyła się. Szkoda że nie może mieć swoich wiewiórek… ale mówi się trudno.
- A może zamiast tego myszki!? Nie, ich też się nie da oswoić… ehhhhhh… Choć w sumie tak sobie myślę… chyba jednak nie muszę niczego oswajać, mogłabym potem mieć problem z zabijaniem zwierzyny na pożywienie a tym bardziej jedzeniem jej i mogłabym paść z głodu… Wystarczą mi moje kwiatki i reszta tego co mam. - Uśmiechnęła się szeroko. Zdecydowanie, to wszystko jej wystarczy do szczęścia. Bo w sumie nie ma tak mało… teraz ma nawet dużo jak już mieszkają w Owocowym Lesie, a nie gdzieś tam Wszechmatka wie gdzie… Chyba najfajniejsze co teraz w pewnym sensie mam to mamusie i Czerni jako przyjaciel i mentor... - Stwierdziła. Choć nie można powiedzieć że ma, bo to nie jest jej wyłączna własność… Poza tym zapomniała o rodzeństwie. Jakkolwiek zazwyczaj się z nimi nie dogaduje to Poranek w sumie jest fajny. Taki rudy. Fajny. Tylko czasem trochę zbyt długo stoi nieruchomo, ale da się przyzwyczaić…

<Czerniiiiiii… co ty na to?>
[906 słów]
[przyznano 18%]


Wyleczeni: Czernidłak