BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krwawnik x Nikt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krwawnik x Nikt. Pokaż wszystkie posty

30 kwietnia 2023

Od Nikogo CD. Krwawnika

— Jeśli poczuje potrzebę, to sam cię przywołam. Trening ciebie był niezwykle nużący, wyniszczyłeś swoją nieudolnością moją całą siłę i jeszcze oczekujesz, że będę się z tobą bawił? — prychnął. — Idź zajmij się czymś pożytecznym, z dala ode mnie. Nie jesteś kociakiem, nie trzeba ci niańki — zauważył z przekąsem w głosie.
Położył po sobie uszy słysząc słowa mentora. Prawda. Za dużo nadużył już jego cierpliwości. Cieszył się z tego, że pod jego skrzydłami udało mu się zostać wojownikiem. Był wdzięczny. Bardzo. Skinął mu głową, po czym odszedł, nie spodziewając się, że to będzie ich ostatnia rozmowa, ostatnie spotkanie, które będzie przewijać mu się w głowie do końca życia. 

***

Patrzył na padające ciało kota, który był dla niego niczym ojciec. Jego ostatni dech, charknięcie, gdy krew zalewała mu gardło. A w tym wszystkim ona. Jego ukochana, którą wielbił ponad niebiosa, z którą spędzał dzień za dniem, opowiadając jej, jak bardzo kochał kocura, który dał mu poczucie bezpieczeństwa oraz cel w życiu. Obserwował z niedowierzaniem to, jak odebrała mu go na rozkaz szaleńca, który nie miał godności, aby stanąć do pojedynku. Poczuł jak coś w nim na raz pękło. Świat... zmienił barwy. Nie był już kolorowy, drzewa nie miały w sobie tego pięknego nasycenia zieleni, a niebo odbiegało od błękitu. Był ból, przeraźliwy, rozdzierający go na kawałki. 
Wrzasnął. A ten wrzask był tak okropny, że nie zdziwiłby się, gdyby większości tu obecnych sierść stanęła dęba. Wojownicy trzymali go, chociaż jeszcze wcześniej wyrywał się, aby powstrzymać ten wyrok. Teraz jedynie co był w stanie zrobić to płakać. Płakać z bezsilności nad tym co się wydarzyło. Płakać nad ciałem ojca, który przez Miodunkę od niego się oddalił. 
Teraz zrozumiał, że to wszystko było jej winą. Od początku najpewniej to planowała. Była fałszywa i dwulicowa. Marzyła o tej chwili, śmiejąc mu się w twarz. Nienawidził jej. Nienawidził tak bardzo, że był w stanie ją tu i teraz zabić, dołączając tym sposobem do Krwawnika. 
Nie bał się już śmierci. Strach odszedł. Rozgorzała w jego sercu czysta i niepodważalna siła, która wykrzywiała mu pysk w grymasie szaleństwa. 
Ugryzł swojego strażnika, który syknął i zdjął łapę z jego ciała. Wyrwał się mu i podbiegł do ciała zmarłego, czując jak łzy spływają po jego policzkach. 
— Tato... Przepraszam... Za późno zrozumiałem. Za późno... Wybacz — szeptał do ucha wojownikowi, którego ciepło ulatywało w przestrzeń. Już mu nigdy nie odpowie. Już nigdy nie spędzą tego czasu razem. Nie usłyszy jak bardzo się na nim zawiódł, nie poczuje jego twardej łapy na swoim ciele. 
Skąd te wspomnienia? Czyżby nareszcie coś do niego wróciło? Coś ważnego, co jego umysł ukrywał przed nim przez tyle księżyców? Odsunął to na drugi plan. Teraz to nie było ważne. Nie było. Nieważne jaka była przeszłość, Krwawnik był dla niego całym światem. 
Poczuł jak wojownicy znów dopadają do niego, odciągając od ciała. Zaczął się wyrywać, próbując pogryźć ich, odebrać życie. Chociaż nie... To nie ich powinien winić. Tylko... ją. 
Zabije ją. Rozszarpię i zje. Swoją miłość, swoją ukochaną, która tak bardzo w tym momencie go zraniła. Która doprowadziła do tego, że smutek, ból i łzy na nowo zagościły na jego pysku. Pragnął jej śmierci, tak samo jak śmierci Komara. Był wyszkolony, dałby radę obalić go bez problemu. Problemem jednak było co innego... Wojownicy, którzy cieszyli się z kary nadanej przez tego świra. Byli współwinni. Cały Owocowy Las okazał się jego wrogiem, przeciwnikiem. 
— Zostawcie mnie — syknął w stronę Szpaka, któremu w końcu udało się go wepchnąć do legowiska wojowników, każąc mu tam zostać. 
Jego ogon ruszał się na boki w złości. Żądza krwi rwała się przez jego pysk. 
— Przyprowadź Miodunkę... Proszę... — rzekł za niebieskim, który słysząc te słowa tylko prychnął. 
Czyżby wiedział co planował? Czyżby przeczuwał, że w jego głosie był fałszywy smutek? Czyżby wiedział co to znaczy pogoń za zemstą? 
— Dla twojego dobra radziłbym ci się nie wychylać — powiedział kocur, po czym odszedł, nie spełniając jego prośby. 
Wydał z siebie wściekły syk, zaciskając kły na najbliższym mchu. Nie potrafił się opanować. Nie był tak silny jak ojciec. Nie był... Nie umiał udawać tak długo kogoś kim nie był. Wiedział, że teraz go zawodził. Znów słyszał w głowie jego głos, który mówił do niego te okrutne słowa. Ale nie potrafił usiedzieć w spokoju w miejscu. Nigdy nie wybaczyłby sobie tego, że nic nie zrobił. Nic, aby zemścić się na zabójcach Krwawnika. Dlatego też wziął się w garść, uspokajając oddech. 
— Zabije ją... obiecuję ci... — szepnął w przestrzeń, mając nadzieję, że dusza czarno-białego go usłyszała. Chociaż najpewniej były to dla zmarłego płonne obietnice. Jednak on wierzył, że był w stanie sprawić prawdziwe piekło tym, którzy ośmielili się go zabić. 

Żegnaj mentorze [*]

20 listopada 2022

Od Krwawnika CD. Nikogo

podczas przeprowadzki

Ich dotychczas nudne życie, przepełnione wymuszaną uprzejmością i sztuczną dobrocią utraciło swą całą wiarygodność. Pełne dziwactw zgromadzenie czterech klanów uświadomiło go, że wszędzie występuje nadmiar stukniętych jednostek, przez które świat pełni jedynie funkcję miejsca do utrzymania wariatów blisko siebie. Nie sądził, by dało się to kiedyś odmienić. Pasożytów było zbyt wielu, aby wyplenienie ich było w ogóle realną opcją.
Irytowało go to. Zresztą, jego nerwy przeżywały ostatnimi czasy próbę. Co rusz ktoś bądź coś próbowało je nadszarpać, a on z całych sił starał się zachować wewnętrzny spokój. Śmierć Brzoskwinki i to nie z jego pazurów pozwoliła zdać mu sobie sprawę z tego, że wśród nich może kryć się ktoś podobny mu. Nie miał jednak pewności, czy morderca był równie spragniony krwi, czy jedynie nużył go byt i jedyną formą rozrywki, na jaką przyszło mu wpaść, było zabijanie.
Krwawnik czuł się jak na odwyku. Tylko takim nie z jego woli. Niczego nie trzeba mu było teraz bardziej, aniżeli czerwieni, która pokryłaby otaczające go tereny. Trzymał się z dala od reszty, by nie kusić losu. Nie pozwalał sobie na sytuację, aby został z kimś sam na sam, jeszcze gdzieś na uboczu. Zrodzenie się myśli, która pchnęłaby go do dokonania zbrodni, mogłaby być jednoznaczna z jego zgubą.
Wtem rozległ się ten cichy, pełen żałości głos. Położył nisko uszy po sobie. Jeszcze tego mu tu brakowało, byłego ucznia, którego sam widok powodował w nim niechęć do życia. A zadane przez niego pytanie było tym, czego nienawidził.
— A jak ma być? Normalnie, wędrujemy — prychnął, odwracając wzrok. Dawał mu prostą aluzję, by odszedł. Uczepił się go jak rzep psiego ogona, co wywoływało w nim coraz więcej złości. Ta cała przeprowadzka była już sama w sobie ciężka do zniesienia, a jego towarzystwo sprawę jedynie pogarszało.
Nic nie szło jednak po jego myśli. Stał tam dalej, czuł jego zapach i kątem oka dostrzegał drżenie ciała. Owszem, trening go zmienił i zdecydowanie zmężniał. Nie miał już tej kocięcej postury i był zdecydowanie silniejszy, a mimo to tak jego wady wciąż tkwiły na wierzchu.
— M-może pójdziemy razem na p-polowanie? — zasugerował młodszy, czym całkowicie przekroczył jego granicę wytrzymałości.
— A po co? Sam nie umiesz? — rzucił ozięblej, rozglądając się dookoła. Zero świadków. Zarazem dobrze i źle. — Męczyłem się z tobą masę księżyców. Znosiłem twoja obecność, chociaż w życiu nie miałem do czynienia z większą porażką życiową. A ty masz czelność przychodzić do mnie z takim durnym pytanie? — fuknął. — Masz znajomych w swoim wieku, idź się z nimi pobaw. — Dla odstraszenia kocura kłapnął zębiskami w jego stronę. Gdyby nie przeklęty zdrowy rozsądek, posunąłby się o krok dalej.
Ostrzeżenia nie była jednak wystarczające, bo Nikt wciąż przed nim stał, jakby łapy wrosły mu w ziemię.
— A-ale... Mówiłeś, że... Będziemy jeszcze chodzić na jakieś eksperymenty... — Zwiesił łeb, kładąc po sobie uszy. Ta skruszona mina, którą wojownik widywał tak często przez czas ich nauki, tylko go dobijała.
— Jeśli poczuje potrzebę, to sam cię przywołam. Trening ciebie był niezwykle nużący, wyniszczyłeś swoją nieudolnością moją całą siłę i jeszcze oczekujesz, że będę się z tobą bawił? — prychnął. — Idź zajmij się czymś pożytecznym, z dala ode mnie. Nie jesteś kociakiem, nie trzeba ci niańki — zauważył z przekąsem w głosie. 

<Nikt?>

13 października 2022

Od Nikogo cd Krwawnika

Poprowadził go w miejsce, które odkrył, gdy chował szczątki samotnika. Było... straszne, ale wierzył, że kocurowi się spodoba. Nie wiedział, że kiedyś w tym miejscu żyły koty i ten cmentarz był ich smutną historią, która wydarzyła się przed wieloma księżycami. Miał nadzieję, że go zaskoczy. Chciał przecież tego, prawda? A jak mógł spełnić jego wole, gdy w głowie szumiało pustką? To coś mogło go wybawić od kolejnego zawodu, jaki mu przynosił. 
Gdy dotarli na miejsce, wskazał ogonem na kocie szczątki, które walały się po ziemi, przyprószone śniegiem. Niektóre czaszki były otwarte, jakby w agonalnym krzyku, inne leżały bezwładnie na boku. Szkielety odpowiadały historię, której nie znał, lecz musiała brzmieć bardzo tragicznie. 
Wojownik z podziwem przyglądał się zakamarkom tego miejsca. 
— I co dalej? — mruknął, oczekując pewnie na coś jeszcze.
Zestresował się, bo nie wiedział właśnie co dalej. Liczył, że to zaskoczy kocura. W końcu było tu pełno szczątków kotów, które leżały sobie od tak na ziemi, niczym zastygnięte w czasie figury. Coś co lubił. Miejsce pełne śmierci. 
— N-no znalazłem tu coś takiego... Wtedy, gdy chowałem samotnika. Sądziłem, że ci się spodoba... 
Nerwy zjadały go od środka, czekając na jego słowa. 
— No fajne, fajne — mruknął od niechcenia. — Ale liczyłem na coś jeszcze. Na coś więcej. Brakuje mi tu czego, wiesz? — zamruczał.
Nie za bardzo rozumiał czego mogło tu brakować. Spojrzał na niego pytająco, lecz zaraz wpadł na pomysł. Przecież Krwawnik lubił przyglądać się jak jadł samotników. Może o niego mu chodziło? Pewnie miał zostać tu przyniesiony, by spoczął wśród reszty martwych. 
— Chodzi ci o martwego kota, którego jadłem? M-m-mogę go tu przynieść jeśli chcesz... — zaproponował. 
— Nie, nie o niego mi chodzi, choć podoba mi się twój tok rozumowania — odrzekł. — Za to zdradzę ci, że jesteś blisko
Był blisko, ale nie był to martwy kot, którego jadł. Spojrzał na mentora, próbując wejść w jego skórę i zobaczyć świat takim jakim on go widział. Było to trudne, ale gdy zrozumiał, co mógł mieć na myśli, po grzbiecie przebiegł mu dreszcz. Co mogło mu się jeszcze podobać? Co by natchnęło go radością, której pragnął? 
— J-ja m-martwy? — pisnął ze strachem. 
— Oh, to jedno z większych marzeń, ale i tego nie mam teraz na myśli — odparł. — Ale wciąż jesteś blisko.
Nie miał pojęcia czy cieszyć się, że nie miał tego akurat na myśli, czy płakać, gdy dowiedział się, że to było jego marzenie. Czyli... Czyli tym dla niego był? Kolejną ofiarą? Wywalił szybko tą myśl z głowy, nie chcąc by dopadła go panika. Nie mógł tak się poniżyć. Nie, gdy kocur go obserwował. 
Był blisko... Czego jednak mógł pragnąć? 
— M-martwa Brzoskwinka? Chcesz władzy? — zasugerował. 
On na przykład za nią nie przepadał, a gdyby był takim o psychopatą pozbawionym uczuć, to na pewno wziąłby na cel kogoś takiego jak ona. 
— Aleś ty głupi — parsknął. — Nie. Nie potrzebna mi banda idiotów do kontrolowania, myśl... Bardziej szczegółowo.
Szczegółowo? Czyli to musiało być coś w tym miejscu. Przyjrzał się szkieletom, po czym wrócił wzrokiem do mentora. Jedyne co mógł uznać za szczególne, to szczątki. Nie miały jednak mięsa, więc nie mógł ich zjeść. Nie rozumiał! Liczył na podpowiedź, bo powoli dopadała go frustracja, a nie chciał rozryczeć się przed kocurem. 
— Mam zrobić coś z tych kości? — zasugerował.
Mentor przewrócił oczami. 
— Tak, puknij się jedną w łeb. 
Posłał mu zdezorientowane spojrzenie, niemrawo zwracając wzrok na szczątki wojowników. Gdy się do nich zbliżył, Krwawnik cicho syknął. 
— Nie mówiłem tego na poważnie. Jesteś mało domyślny, więc ostatnia podpowiedź. Ten śnieg jest za czysty. Zbyt biały. Nie uważasz, że w tak chaotycznym miejscu zbrodni brakuje nam jakiegoś... Urozmaicenia? Przydałoby się więcej kolorów...
Naprawdę chciał puknąć się nią w łeb! Nie zrozumiał ironii, przez co oblała go fala wstydu. Słysząc w końcu co miał tak naprawdę na myśli jego mentor, przyjrzał się śniegowi. Rzeczywiście. Było tu tak biało, czysto, a skoro pełno tu było trupów, zrozumiał w końcu, że mogło tu chodzić o rozlanie krwi. Tylko... czyjej? Na pewno nie mentora, bo wiedział, że prędzej by go stłukł na kwaśne jabłko, jak zresztą to już raz zrobił. A więc... Spojrzał na swoje łapy. Strach ścisnął go w piersi, ale musiał to zrobić. Dla niego. 
— D-dobrze... Zrobię tu kolorowo — miauknął, wyciągając pazury i przejeżdżając sobie nimi po łapie. Ból był okropny, a pierwsza krew zabarwiła biel jego futra na czerwony odcień. Nie lubił tego zapachu. Kojarzył mu się z tym do czego został zmuszony. 
Zaczął przechadzać się pomiędzy kośćmi, kulejąc i wycierając czerwień o śnieg, do czasu aż jego rana przestała cieknąć. Miał nadzieję, że zaimponował czarno-białemu i go pochwali. 
— Lepiej? — zapytał, czekając na jego werdykt
Krwawnik spojrzał z powagą na skupisko splamionej bieli. Pokręciło nosem, a następnie uśmiechnął się lekko. 
— Może. Ale brakuje mi tu jeszcze czyjejś krwi... — Podszedł zbyt blisko do niego, lekko wypinając klatkę piersiową do przodu. — Pozwól, by tę ziemię splamiła jeszcze i moja krew.
Otworzył z szokiem pysk. Jego krew? Gapił się na niego, nie wiedząc co zrobić. Miał go zranić czy zrobi to sam? Nie cierpiał tego. Nie chciał krzywdzić kocura, bo w wielu przypadkach go nie rozumiał, przez co popełniał głupie błędy. Gdy kazał się krzywdzić, miał przed oczami lanie jakie mu sprawił, szpecąc do końca życia. Bał się powtórki. Zadrżał, kiwając lekko głową, oczekując na jego decyzję w tej sprawie.
— W jakim celu wykonujesz gest zrozumienia, skoro teraz i tak stoisz jak jeż z dupą przymarzniętą do ziemi? — spytał z lekkim niedowierzaniem. — Zaatakuj mnie. Zrób mi krzywdę — wycedził.
Położył po sobie uszy, wysuwając pazury. Musiał skrzywdzić mentora. Nie chciał, ale kazał... Nie będzie przecież zły, skoro tego chciał, prawda? Jakie trudne było życie u jego boku, gdy nie rozumiał, czy ten dzień będzie jego końcem, czy może zrobi coś poprawnie. Wbił mu się w łapę, obserwując jak  z rany cieknie czerwona ciecz. Poczuł od razu strach spowodowany wykonanym czynem, cofając się od mentora, spuszczając wzrok na swoje łapy. 
— J-już...
Czarny pochylił głowę, patrząc na swoją łapę. Obserwował ją przez chwilę w milczeniu, nim odwrócił się gwałtownie.
— Marna robota. Nie będziesz jednak poprawiał, zawiodłeś mnie. Wracamy do obozu — oświadczył chłodno i ruszył we wspomnianym kierunku.
Zawiódł go. Zawiódł. Zawsze zawodził. Spuścił łeb smutny, kiwając głową. Zresztą nie chciał bardziej go krzywdzić! To było... okropne co zrobił! Nie powinien! 
Nie przeprosił jednak, bo wiedział, że kocur tego nie chciał. Wrócili do obozu i tam rozeszli się do swoich spraw. Nie potrafił jednak o tym zapomnieć, przez co dzisiejszy dzień męczył go jeszcze przez długi czas.

***

Został wojownikiem, a teraz wędrowali ku nowym terenom. Musiał przyznać, że nieco odżył, gdy mógł spać nieco wcześniej w legowisku wojowników, kończąc raz na zawsze to tulenie się do niego córki Plusk. Gdy zmuszeni byli opuścić stare tereny, ta znalazła lukę w prawie i nie dawała mu spokoju. Ale... Ale ostatecznie z nią zerwał z czego się cieszył. To sprawiło, że było mu tak jakoś lżej na sercu.
Gdy zatrzymali się na postój, skierował łapy do dawnego mentora, siadając obok. Gdyby tylko wiedział co wyczyniał, to na pewno dałby mu po głowie, rzucając teksty, jak on go zawiódł. Musiał przyznać, że brakowało mu tych ich wspólnych treningów, nawet jeśli były strasznie wymęczające, a czasami nawet okrutne. Był z Krwawnikiem przecież od drugiego księżyca życia! Praktycznie go wychował. Na dodatek pamiętał, że mówił mu, że będą czasem wychodzić wspólnie w teren, gdy mu da znak. 
— J-jak tam w-wędrówka? — zagadał do niego, licząc że uda im się gdzieś razem pójść. 

<Krwawniku?>

29 września 2022

Od Krwawnika CD. Nikogo

Krwawnik dołożył drugi kamyczek, oczekując jakiegokolwiek błędu ze strony ucznia, za który będzie mógł go porządnie skarcić. Widział, że całe jego ciało drży, a łapy coraz bardziej uginają się pod ciężarem ułożonej na jego głowie stercie. Czarny musiał sięgnąć po jeszcze jeden, niewielki głazik, aby ta niewielka konstrukcja w końcu runęła. Nikt ledwo co stał, a kończyny najwyraźniej coraz bardziej odmawiały mu posłuszeństwa.
— Ah, wciąż z ciebie ciamajda — burknął wojownik i jakby nigdy nic powalił go ja ziemię. Uwielbiał patrzeć, jak ten marny wypłosz sięgał dna. — Mógłbyś się w końcu postarać i przestać sprawiać mi zawód. Nie chcę cię szkolić aż do śmierci — prychnął. Nie interesował go na ten moment sukces arlekina. Dzierżył już naprawdę sporą dawką siły, a nawet nie ukończył 10 księżyców, więc w porównaniu do niego osiągnął więcej.
Żółte ślepia spojrzały na niego z determinacją, a ich właściciel podniósł się z powrotem na łapy, przyjmując poprzednią pozycję z ćwiczeń.
— Jeszcze raz — oświadczył z powagą.
— A czy ja wydałem polecenie, abyś robił to jeszcze raz?
Odpowiedziała mu głucha cisza. Uśmiechnął się triumfalnie, mierząc ucznia wygórowanym spojrzeniem.
— Może nie chcę patrzeć więcej na twoje porażki? — parsknął, na co Nikt położył nisko uszy i garbiąc się, zwiesił łeb.
— A co byś chciał, panie? — spytał niemrawo, a Krwawnik ledwo co powstrzymał się od rzucenia mu się do gardła. Chciał wiele, ale nie wszystko, co leżało w jego marzeniach, było do zrobienia.
— Sam już nie wiem, może zaradniejszego ucznia? — rzucił z tonem głosu, wskazującym, że to coś oczywistego. Na to młodszy zareagował tylko skinięciem łba, jakby godził się ze swym losem.
Bicolor przyglądał mu się chwilę w myśleniu, nim nie westchnął głośno i przewrócił oczami.
— Dobrze, masz szansę na poprawę. Zaskocz mnie czymś. Zrób coś, co sprawi, że uznam cię za lepszego od tej całej bandy idiotów — polecił, oblizując pysk. Nudził się coraz bardziej i trzeba mu było jakiejś sensownej rozrywki.  
Liczył, że od razu dostanie niezły pokaz, jednak arlekin wpatrywał się w niego z niepewnością, rozglądając się niemrawo po otoczeniu. Przez krótką chwilę wydawało się, że w jego głowie zrodził się już jakiś pomysł, jednak momentalnie zanikł.
— Nie wiem... Co mogłoby cię zaskoczyć... — przyznał z żalem, kopiąc łapą w śniegu.
— Myśl. Myśl intensywniej, bo póki co stale mnie żenujesz — syknął. — Mam z każdym dniem coraz bardziej dosyć naszych treningów. Zero z ciebie pożytku — stwierdził oschlej, krzywiąc się z powodu coraz to niższej temperatury. Najchętniej wróciłby do obozu, jednak wpierw miał ucznia do zahartowania.
— D-Dobrze. — W końcu wstał na łapy i zaczął prowadzić mentora w nieznanym mu kierunku. Przeszedł przez ogrodzenie, czekając na kocura po drugiej stronie.
— J-jeszcze kawałek — zapewnił go, by się nie zraził i nie zawrócił.
Krwawnik westchnął ze znużenia, ale ruszył dalej za nim.
Przez moment naszła go myśl, że kocur będzie próbował zaciągnąć go z dala od terenów Klanu i ubić.
On by tak chętnie nieraz zrobił z Janowcem, kiedy w czasie treningów, odsuwali się od obozu i umykali od wścibskich spojrzeń. Ostatecznie coś go zawsze powstrzymywało. Jaka szkoda, że Nocniaki go uprzedziły z morderstwem. Staruszek i tak egzystował zdecydowanie za długo.

<Nikt?>

11 września 2022

Od Nikogo cd Krwawnika

Widząc jak podchodzi, stracił całą pewność siebie oraz radość z dobrze wykonanej roboty. Przełknął ślinę, bo zdawał sobie sprawę, że to mu się nie spodoba. Ile razy ostrzegał go przed zgubnym wpływem przyjaciół? A właśnie miał kogoś takiego, chociaż powoli ich relacja przerodziła się w coś dziwnego, co zaczęło go niepokoić.
— O-ona jest b-bardzo miła i... i wykorzystałem t-twój sposób, b-by wziąć ją na li-litość — miauknął. — A odkryłem b-bo... b-bo ona... ona się mną zainteresowała i... i tak... tak samo wyszło...
— Zainteresowała? — powtórzył z namysłem. — Chcesz mi powiedzieć, że rozkochałeś w sobie pierwszą lepszą gówniarę, a ona wyśpiewała ci takie informacje?
Wiedział. To było do przewidzenia. Jego tonacja jasno wskazywała, że się na nim zawiódł. Musiał naprawić to, nim pogrąży się bardziej w jego oczach. 
— N-no niezbyt rozkochałem... O-ona... sama jakoś... tak nagle. Ja nawet nic nie zrobiłem. J-jak byłem kocięciem to pamiętam, że chciała się ze mną przyjaźnić, ale jej tego odmówiłem. Była na mnie zła, lecz teraz... odbiło jej. J-ja jej nie kocham, naprawdę! — starał się go o tym zapewnić. 
Naprawdę nic nie czuł do kotki! Była dziwna i nieco go przerażała. Na dodatek wolał nie mieć nikogo bliskiego, by nie denerwować mentora. 
— Tyle dobrego, miłość zrobi z ciebie mięczaka z dwiema lewymi łapami. Ignoruj ją, chyba, że powie ci coś jeszcze ciekawego. Ale poza tym nie pchaj się za głęboko w takie gówno, bo potem z tego nie wybrniesz.
— Nie zamierzam się w nic pchać. Mi na niej nie zależy. Nic nie sprawi, że ją pokocham. To głupie marzenie, które sama snuje, a ja tylko... wykorzystałem jej słabość.
Uniósł zaskoczony brwi. 
— O wiele lepsza odpowiedź niż wcześniej — rzekł pochwalenie. — Zero zawahania. Kpina z cudzej naiwności. Robisz w końcu  postępy dzieciaku — dodał.
Te słowa. Były takie cudowne. Pochwalił go? Niemożliwe! Jednak dobrze słyszał. Uśmiechnął się szerzej z dumy. W końcu udało mu się spełnić oczekiwania mentora. A już bał się, że przez Miodunkę dostanie po pysku. 
— Dziękuje. Powiedziałbym, że się staram, ale nie chcę dawać ci pustych obietnic. Pokaże to czynami.
— To co mówisz brzmi dobrze, ale masz rację. Wolę to widzieć, niż o tym słyszeć — oświadczył. — Cóż, może to dobry dzień, by zobaczyć, jak ci wychodzi wspinanie się po drzewach. Nie po to dbałem o ich siłę, byś teraz nie potrafił wejść na pierwszego lepszego dęba.
Kiwnął głową, podchodząc pod drzewo i prezentując mentorowi jak sprawnie i szybko dociera do gałęzi, a potem następnej i następnej, by w końcowym efekcie zejść tą samą drogą, zeskakując na ziemię.
— Jest lepiej?
— Powiedzmy... — rzekł niechętnie. 
Nie skomentował tej niechęci w głosie mentora. Usiadł przed nim grzecznie, oczekując na kolejne polecenia. Ta pochwała dodała mu skrzydeł. Pragnął ich usłyszeć więcej, co oznaczało, że musiał się bardzo postarać, by nie popełnić przed wojownikiem żadnego błędu. 
— Wstań i podnieść jedna łapę przednią i przeciwległą tylna do góry. I tak stój, dopóki nie powiem, że koniec.
Zrobił to bez zbędnych pytań. Przyzwyczaił się już do wykonywania dziwnych poleceń czarnego. Musiał jednak przyznać, że stanie w taki sposób, było ciężkie. Dzięki jednak nauce lawirowania po ogrodzeniu, nabrał wprawy nad rozkładaniem środka ciężkości. To pozwoliło mu nie wywalić się za pierwszym razem, a stać tam całkiem stabilnie. 
Zauważył jak niebieskooki rozejrzał się, wynajdując pod śniegiem pewną wypukłość. Wyciągnął drobny kamyk, taki, który bez problemu złapał w pysk i postawił go na jego czubku głowy. 
— Nie zrzuć — polecił.
Ta dodatkowa trudność sprawiła, że zachwiał się. Może i ciężar nie był jakiś olbrzymi, ale z łatwością dekoncentrował. Starał się trzymać głowę w jednym miejscu, by nie zwalić kamyka. Na szczęście dał radę z czego był zadowolony.

<Mentorze?>

Od Krwawnika CD. Nikogo

Czarny ziewnął, znużony jego kolejnymi próbami. Nie mógł nic poradzić na to, że kocur go nudził swoją bezradnością. 
Ilekroć sprawiał wrażenie, że dokonywał postępów, to zaraz zawodził go, upadając. Nie tylko w rzeczywistości. Krwawnik czuł, że we wnętrzu arlekina co rusz zachodzą nowe zmiany. 
Naprzemiennie staczał się i odbijał od dna. Z tym, że zdecydowanie częściej gryzł piach. 
— Dobra, nie ośmieszaj się już dłużej. Kończymy na dziś — rzucił w końcu, zawracając do obozu bez czekania na niego.
 
***
po wojnie z Klanem Nocy
Widział, że uczeń dużo mu się przypatruje. Sytuacja w klanie wciąż była śmieszna, a ten wyglądał, jakby w ogóle go to nie cieszyło.
Przecież nie tak dawno zwyciężyli w wojnie, w której młody miał okazję nawet zabić. Na co narzekał? 
Bezkarne morderstwo na oczach dwóch klanów.  Brzmiało jak nierealne marzenie, a jednak wystarczył konflikt między dwiema grupami i można było beztrosko dokonywać niemoralnych czynów.
— Coś ty taki zwieszony jak mokry kundel? — prychnął, widząc smutek w żółtych ślepiach. — Idziemy na trening. Dzisiaj zobaczymy, jak sprawnie radzisz sobie na drzewach — oznajmił. — A wierz mi, że w tej kwestii mocno w ciebie wierzę.
Nie bez powodu skupiał się na wytrenowaniu łap u Nikta. Sam nie dzierżył w nich zbyt dużą siłą, więc chciał wykorzystać młodszego. 
To, z czym miał największy problem, co było jego najbardziej dobijającą słabością, uczynił silną stroną u swego ucznia. 
— Powiedzmy... — rzekł niechętnie. Nie będzie go za dużo chwalił, bo się jeszcze rozleniwi.
— M-mam dla ciebie informację, panie — odezwał się tak nagle, przerywając plątające się w jego głowie myśli. 
— Co? — Spojrzał na niego przelotnie. — Czy zamierzasz zanudzać mnie i dołować kolejnymi historiami o tym, jak ktoś cię zlał, czy jednak wolisz powiedzieć coś sensownego? — mruknął. — Zastanów się dwa razy, bo nie będę marnował czasu na słuchanie twoich lamentów — ostrzegł z warkotem. 
— T-to nie będą lamenty, panie. Mam informację o władzy jak i o Agreście, które powinny cię zainteresować — miauknął, schylając pokornie łeb
Krwawnik zatrzymał się gwałtownie, unosząc zaciekawione spojrzenie na arlekina.
— Agrest? A co mi istotnego możesz powiedzieć na jego temat? — prychnął. — Znowu spoufala się z Krzemieniem? Że też ten dziad się jeszcze niczego nie nauczył...
— Dowiedziałem się, że jest nam przychylny. Jest za tym, by dać mi i mojej siostrze prawa, byśmy byli prawdziwymi Owocniakami, a nie... podkotami. Ma jakąś znajomą, co jej nocniaki kociaki porwały, jednak nie znam szczegółów. Na dodatek klei się do niego Kuklik. Chyba są parą... — zdradził. — Z tego co wiem, to Krzemień już się z nim nie zadaje — dodał na pocieszenie. 
Bicolor mimowolnie przewrócił oczami. Gadanie o niczym, po co mu prawa dla jego ucznia?
— Sam dbaj o swój biznes i prawa, nikt nie powinien tego za ciebie załatwiać — fuknął. — Świetnie, że odpuścił sobie Krzemienia. Ale co to za znajoma? Zdradza dla niej klan? — dopytywał. 
Gdyby takie brudy wyszły na światło dzienne, załatwiłby sobie dodatkową rozrywkę w klanie. 
— N-nie wiem tego panie. J-jeżeli w Owocowym Lesie nie znasz nikogo, komu Klan Nocy porwał kocięta, to musi być ktoś z zewnątrz. Może Burzak lub samotnik? Tylko z nimi mógłby się spotykać — podzielił się z nim swoimi przemyśleniami na ten temat.
— Ciekawe — rzekł, powoli trawiąc te informacje. — Powiedzmy, że ta wiedza może mi się kiedyś przydać. Teraz gadaj, co wiesz o władzy — zażądał.
— Janowiec był mordercą. To on zabijał te koty w lesie. Prawdopodobnie. Wiem, że w przeszłości też mordował. Szantażował liderkę, dlatego ta się go słuchała. Dyrygował nią z ukrycia. To on naprawdę rządził w Owocowym Lesie. Miał tu swoich popleczników, którzy mu w tym pomagali. Komara i Wiatra, i podobno jeszcze kogoś. Komar został zastępcą z jego woli, bo rozkazał tak Brzoskwince.
Oniemiał, słysząc to wszystko. Brzmiało tak dokładnie, że aż nieprawdopodobne było, iż jego uczeń zdobył taką wiedzę.
— Skąd to wiesz? — spytał podejrzliwie, zastanawiając się, czy młody po prostu nie nazmyślał w tym momencie.
— Od Miodunki. Brzoskwinka jej się wygadała... - miauknął. — Zapytałem się jej, czy znała Janowca i tak samo poszło.
— Liderka wygadała się byle jakiej gówniarze? — parsknął, kręcąc głową z niedowierzania. — Co za idioci zasiadają u władzy...
— T-tak... też nie mogłem w to uwierzyć, ale Miodunka to jej wnuczka... No i jest strasznie uparta. Pewnie naciskała na nią... Jednak prosto z niej to dało się wyciągnąć...
— To jej wnuczka? — spytał. — Aha. Rodzina. Wszyscy tutaj to taka wielka słodka do usrania rodzina — prychnął ze znużeniem. — Osłabiają siebie nawzajem, ale może i dobrze. Nam łatwiej wykorzystać ich słabość.
— Prawda... Ja... Ja właśnie wykorzystałem jej słabość. — Uśmiechnął się lekko. — I dzięki temu zdobyłem te informację. Tak jak ty, panie.
— A co jest w takim razie jej słabością? — spytał, robiąc ku niemu krok. — I jak to odkryłeś?
 
<Nikt?>

20 sierpnia 2022

Od Nikogo cd Krwawnika

Wszedł na ogrodzenie, czując jak zakołysało się pod tym ruchem. Szron zleciał z niego na ziemię, gdy starał się dostać na szczyt. Było to trudniejsze od wspinania się na drzewa, bo cienkie przestrzenie, wbijały mu się w łapki. W końcu jednak podciągnął się i wbijając pazury w oblodzony metal. Było ślisko. Bardzo. Gdy zrobił pierwsze kroki, ogrodzenie rozbujało się mocniej, a lód sprawił, że łapa mu się omsknęła. Skrzywił się, gdy padł rozkrokiem na pręt, ale ostrożnie ponownie wstał i kontynuował wędrówkę. Jeszcze kilka razy to się powtórzyło. Raz prawie zwichnął sobie przez to łapę, ale nie spadł, co było sporym osiągnięciem. Gdy dotarł do końca, zwrócił kontynuując ten niebezpieczny trening. Przez ten cały czas Krwawnik nie spuszczał z niego wzroku. Wodził za nim spojrzeniem, drgając z ekscytacji za każdym razem, gdy łapa mu się omsknęła. 
— A teraz zejdź na ziemię — polecił. — I powtórz zadanie. Tylko szybciej. W takim tempie to pierwsze lepsze wściekle stworzenie by cię zjadło.
Zszedł na ziemię z ulgą, a słysząc jego dalsze słowa, ponownie wskoczył na siatkę, krzywiąc pysk. Nie lubił tego. Miał iść szybciej? To równało się z upadkiem, lecz zdolny był zaryzykować, by zadowolić mentora. Kiedy stanął na szczycie, starał się iść nieco sprawniej, ale dość szybko się poślizgnął, uderzając pyskiem o pręt i prawie zlatując. Jedynie uczepienie się pazurami siatki sprawiło, że nie zleciał. Ponownie wszedł na górę i tym razem mocno się odbił, skacząc. Gdy łapy tylko dotknęły lodu, od razu zjechał, w ostatniej chwili łapami, zahaczając o siatkę. Skrzywił się z bólu, bo złamał mu się przez to jeden pazur. Sapnął, wciągając się na górę i kierując się z powrotem do mentora. Znów skoczył, mocno tuląc się do pręta, gdy znów niewygodnie na niego upadł. Brzuch go zabolał, a pysk skrzywił. Wstał jednak i zrobił kolejny skok, który prawie wyszedł, lecz łapy źle się ułożyły, przez co spadł w śnieg, tuż przy mentorze, który odsunął się, skrzywiony jego zachowaniem. Od niechcenia kopnął w jego stronę więcej śniegu, patrząc ze zmrużonymi ślepiami na jego dalsze poczynania. 
— I to jest twój cały pokaz siły? Kiedy skończysz bawić się w błazna i zajmiesz się swoim zadaniem? Nie mamy całego dnia — charknął.
Obolały wstał chwiejnie na łapy. Niezbyt chciało mu się to kontynuować, lecz znał mentora. Nie odpuściłby mu. Wrócił więc do ogrodzenia z olbrzymim bólem serca, znów się tam wspinając i zaczynając to piekło od nowa. 

<Mentorze?>

[przyznano 10%]

18 sierpnia 2022

Od Krwawnika CD. Nikogo

Upewnił się, że jego uczeń nie zmienił wersji wydarzeń. Uważnie obserwował go, gdy ten niemalże spowiadał się ze zdarzenia nieopodal granicy. Sam starał się ukazać sobą strach związany z tą całą akcją. Drżał, nerwowo przełykając ślinę. Słowa arlekina potwierdził z trochę większym spokojem, a następnie przemknął do siebie, znudzonym przedstawieniem, które zrobili.
Bo cóż to za sztuka, gdy na scenie nie ma trupa?

***

Wciąż miał na pysku posmak krwi. Tak przyjemnie słodki, gdy ciała wojowników o nieznanych mu imionach padały bezwładnie na ziemię. Nawet gdy nie był sprawcą ich śmierci, przyjemnie patrzyło mu się na śmierć.
Żałował, że nie wybili się wszyscy nawzajem. Przynajmniej szkoda mu było przetrwania tych słabych jednostek. Można było wrzucić ich na pierwszy ogień, to padłyby najszybciej, a oni mieliby, chociaż żywe tarcze.
Był nawet w szoku czynem ucznia. Skoczył na zakradającego się zza jego pleców napastnika, który łatwo mógłby pozbawić go życia.
Uratował go. Tylko po co? Chciał się podlizać? Zaimponować mu?
Odnalazł wspomnianego kota i z niewinnym uśmiechem zaprosił go na spacer. Wojownicy nie zwracali zazwyczaj na nich uwagi. Czasami niektórzy tylko dziwili się, że Krwawnik jest tak miły dla odmieńca pokroju Nikta. Zyskiwał ich sympatię przez tak banalny sposób. Nie musiał wdawać się z kimkolwiek w dyskusję, aby pokazać, że jest grzecznym i wychowanym kocurem.
W bezpiecznej odległości od obozu zwrócił się ze spokojem do ucznia, który dreptał spięty od czasu minięcia pierwszych drzew. Rany po ich ostatniej zabawie nie zagoiły się, ale blizny, których się nabawił, polepszyły jego wygląd. Może to i kwestia tego, że dorósł, jednak niebieskooki nie musiał czuć już aż tak wielkiego zażenowania samym jego istnieniem.
— W bohatera zachciało ci się bawić, co? — parsknął, znudzony obserwacjami.
Arlekin spojrzał na niego z przerażeniem, przełykając głośno ślinę.
— Nie... — miauknął, kładąc po sobie uszy. — Po prostu tamten wojownik wcześniej i mnie zaatakował. Musiałem mu się odpłacić...
Uniósł zaskoczony brwi. Takiej odpowiedzi się nie spodziewał i była zdecydowanie ciekawsza niż brnięcie w kłamstwa, że mu zależało na jego życiu, czym po prostu chciałby się podlizać i mieć łaskawsze traktowanie.
— I dobrze. Jeśli czujesz w sobie żądze zemsty, nie pozwól jej umrzeć. Wykorzystaj ją. Odpłacaj się tym, którzy na to zasłużyli — polecił, podnosząc łapę i przyglądając się z bliska swoim pazurom. Na ich spodzie wciąż widniały resztki zaschniętej krwi. Wojna była zdecydowanie pięknym i wartym uwagi widowiskiem.
Nikt jedynie kiwnął głową na jego słowa.
— Co będziemy dzisiaj trenować? — zapytał, nie odnosząc się więcej do poprzedniego tematu.
— Pójdziemy do ogrodzenia dwunożnych. Nauczysz się po nim chodzić — oznajmił, a widząc jego minę, prychnął cicho. — Wiem, że jest cała oblodzona, ale nie obchodzi mnie to. Będziesz miał dodatkowe utrudnienie, a to i nawet lepiej. Każdy gówniarz przeszedłby się po nim, gdyby nie było śliskie.
Ruszył, nie czekając na jakiekolwiek słowa ucznia. Nie chciał słuchać jego mamrotania i wymówek, miał zamiar zrobić z niego któregoś dnia porządnego wojownika, aby zyskać pozytywny rozgłos w obozie.
Obserwował kątem oka arlekina. Zatrzymał się wprost przed metalową siatką, a następnie zawrócił wzrok na mentora, czekając na zgodę, by rozpocząć ten dziwny trening
Skinął mu w odpowiedzi głową, nie spuszczając z niego wzroku. Ciekawiło go, co działo się teraz w łbie kocura, kiedy był w pobliżu miejsca swojej drugiej zbrodni. To bezbronne niegdyś kocie zrobiło się niezłym potworem do zabijania.
Krwawnik nie zamierzał pozwolić tej stronie umrzeć. Kocur miał stać się najgorszy. Tego właśnie chciał.
— Wchodź na górę. Następnie zadanie jest proste. Masz się przejść wzdłuż i nie spaść, a potem zawrócić.

<Nikt?>

[przyznano 5%]

Od Nikogo cd Krwawnika

To było okropne! Nigdy, przenigdy nie mógł zdenerwować ponownie tak kocura. Doskonale zdawał sobie sprawę z aluzji, którą starał się mu przekazać starszy. Nie chciał by się nad nim znęcano. Ten ból, upokorzenie... Nie pragnął takiego życia. 
Woda była lodowata, gdy w niej tak stał parskając, by pozbyć się jej z nozdrzy. Powoli tracił czucie w pysku, a ciało wręcz chciało wyrwać się i uciec od rzeki. To nie była najlepsza pora na kąpiele. Walka o oddech, gdy mróz wody szczypał w głowę, nie był przyjemny. 
To tak bardzo bolało. 
Słysząc jego słowa załkał, wpatrując się w ciemną tafle, po której sunęły resztki lodu.
— N-n-nie chcę. N-n-nie mało. J-j-ja chcę... w-w-yjść z wo-ody —  Dygotał. — B-b-błagam.
Czuł, że dłużej tego nie wytrzyma. Padnie gdzieś osłabiony, a wojownik go zostawi na żer wygłodniałemu ptactwu. 
— Nie. Miałem powiedzieć, że to będzie ostatni raz, ale zmieniłeś moje zdanie. Wykąp się jeszcze ze dwa razy i możemy wracać do obozu — oznajmił.
Jeszcze dwa razy i mogli wracać? Nie myślał długo nad tą decyzją. Skinął mu głową, po czym zanurzył się jeden raz, a potem drugi, wychodząc z wody i otrzepując się z ulgą. Jego krok był sztywny i ciężki. Łapy zaczęły go palić, jakby wszedł w ogień, gdy dotknął tylko śniegu, a pysk szczypał potwornie od mrozu. Nigdy nie chciał tego powtarzać. Nigdy. 
Krwawnik patrzył na niego ze znużeniem. Nagle szarpnął go za ogon, jednak zamiast go ku sobie pociągnąć, wyrwał mu sporą kępkę sierści. 
Z gardła uciekł mu krzyk. Zachwiał się i upadł pyskiem na ziemię. Spojrzał zdumiony na mentora, który stał z jego czarnym futrem w swoim pysku. Szybko podkulił ogon pod siebie, patrząc na niego z przerażeniem. To jeszcze było mu mało?! Sądził, że już go należycie ukarał! 
— Chyba ci za ciepło, czyż nie? Choć, pomogę ci się bardziej ochłodzić — mruknął zaczepnie.
Z każdym jego słowem, strach zalewał go coraz bardziej. Bał się go. Tak potwornie bał... Pokręcił głową, drżąc z zimna. Przecież widział, że nie mógł powstrzymać swojego ciała od wstrząsów! Wcale a wcale, nie było mu gorąco!
— Z-z-zimno — miauknął smętnie, bardziej zwijając się w puchatą kulkę. 
Mieli przecież wrócić do obozu! Chciał już zniknąć w swoim legowisku i nie wychodzić z niego, póki nie rozgrzeje się wystarczająco dobrze. 
— Owszem, ale czy spieszy nam się? Chyba nie bardzo — westchnął czarny, łapą dla zabawy atakując jego ogon. — Ciekawe czy bez niego byś sobie poradził.
Słysząc to, rozszerzył oczy. Od razu schował obiekt jego zainteresowania bardzo mocno pod siebie, że wyglądało to tak, jakby już go nie miał. 
— N-n-nie p-proszę — zaskomlał.
— O co prosisz, mój drogi? Przecież nic ci nie zrobię. Czy ja bym cię kiedykolwiek skrzywdził? — spytał, uśmiechając się niewinnie.
Przecież... Przecież właśnie go skrzywdził! I to przed chwilą, gdy wyrywał mu sierść z ogona, o ranach nie wspominając. Zaskomlał bardziej. 
— Ch-chcę do o-o-obozu, p-proszę.
— A ja nie chcę. — Zbył go, odgarniając śnieg z kawałka ziemi i siadając tam. — Tu mi się podoba.
Zacisnął pysk. Leżał tam w pozycji obronnej, chroniąc swój ogon i patrząc na niego ze strachem. Zadrżał bardziej, a z nosa pociekł mu glut. Czuł, że jeszcze chwila i zejdzie tam na zawał. Wydał z siebie jakieś niezrozumiałe piśnięcia.
Krwawnik skrzywił się, patrząc na niego z obrzydzeniem. 
— Znowu się mazgaisz — prychnął. — Mam cię dosyć.
Położył po sobie bardziej uszy, zamieniając się w puchatą kulkę, która doskonale stapiała się z otoczeniem. Nie odpowiedział na to, chowając łapki pod siebie, by je ocieplić.
— Co ty teraz odpierdalasz? — fuknął, patrząc, jak ten po prostu się kładzie. — A w dupie z tobą, ja wracam do obozu. Jak chcesz, to idź ze mną. A jak nie, to padnij tu trupem.
Słysząc to od razu się podniósł i ruszył posłusznie za kocurem, nadal broniąc swój ogon przed odgryzieniem. Cieszył się, że nagle zmienił zdanie. Może też mróz dał mu w kość i stwierdził, że nie warto dać się tu zamrozić? Miał nadzieję, że po tej kąpieli się nie rozchoruje. 
Krwawnik spoglądał na niego ze znużeniem, kiedy szli, aż w pewnym momencie wystawił łapę, zatrzymując go. 
— A teraz powiedz mi. Jak usprawiedliwisz się w obozie, gdy zapytają cię o blizny?
Zatrzymał się, drżąc. Bał się, że ten znów wpadł na genialny pomysł pobicia go. Słysząc jednak jego pytanie, odetchnął w duszy z ulgą, że chodziło tylko o to.
— S-s-samotnik mnie za-atakował, a-a-a ja nie umiałem so-obie poradzić... A-a-a ty mnie ocaliłeś, b-bo na twój widok uciekł — Spuścił łeb.
Przewrócił na to oczami. 
— Powiedz, że wpierw mu przywaliłem. Będzie brzmiało realistycznej i bardziej bohatersko. Ale też nie dawaj upustu wyobraźni, po prostu raz dostał po pysku i uznał, że jak nas dwóch jest, to nie ma szans.
— D-d-dobrze. P-p-powiem tak — zgodził się na jego wersje, patrząc na niego niepewnie, bojąc się kolejnego opieprzu.
Wojownik ku jego uldze skinął głową i ruszyli dalej. Śnieg skrzypiał pod ich łapami, a ślady, które zostawiali, chwila moment znikały pod prószącą bielą. 
— Jeszcze raz — nakazał. — Powiedz jeszcze raz, co im wyśpiewasz.
— S-samotnik mnie zaatakował. T-tak nagle. A-a ja nie potrafiłem sobie po-oradzić. A-a ty widząc to, po-odbiegłeś, uderzyłeś go, zwa-alając go ze mnie. I u-uznał, że z nami dwoma nie ma sza-ans i u-uciekł.
— A mógłbyś przestać zachowywać się jak ledwo narodzone kocie po zobaczeniu własnego cienia? — westchnął. — Twoje roztrzęsienie powinno pomóc, ale obrzydza mnie widok czegoś tak... Słabego.
Spróbował się nieco wyprostować, by wyglądać silniej. Serce nadal jednak mu łomotało w piersi, a wzrok przesiąknięty był strachem, gdy ten na niego patrzył tak oceniająco. 
— W-wybacz... — miauknął, starając się, by głos mu bardziej się nie załamał
— Nie chcę pustych słów, ile razy mam ci to mówić? — prychnął. — Ruszaj się szybciej, nim od tych ran padniesz mi tu trupem.
Przyspieszył kroku. Czuł się tak okropnie! Nieważne co by zrobił czy powiedział, zawsze nie dogodzi mentorowi. 
Gdy dotarli do obozu, oczywiście wcisnął im kit, który kazał mu powiedzieć wojownik. Chyba w to uwierzyli, bo przecież nikt by nie posądzał tak dobrego kota jakim był Krwawnik, o znęcania się nad swoim uczniem.

<Krwawnik?>

[przyznano 5%]

Od Krwawnika CD. Nikogo

Żaden z nich się nie poruszył. Obydwoje najpewniej oczekiwali ruchu drugiego, chociaż Krwawnik podejrzewał, że uczeń czeka na jego zgodę. Stał tak ze spokojem wymalowanym na pysku i obserwował każdą reakcję jego ciała na panującą, niezręczną ciszę. W końcu parsknął przelotnym śmiechem i machnął ze znużenia ogonem.
— Ruszaj się wypłoszu, nie mamy całego dnia — oświadczył poważnym tonem.
Arlekin podniósł na niego wzrok, a jego żółte ślepia wypełnione były obawą. Skierował swe kroki ku rzece, toteż niebieskooki ruszył za nim. Gdy dotarli na miejsce, spostrzegli, że tafla jest skuta lodem. Młodszy podszedł niepewnie do brzegu, rozglądając się po niegdyś piaszczystym otoczeniu.
— Trzeba zrobić dziurę w lodzie — poinformował, kończyną testując wytrzymałość przezroczystej warstwy.
— To zrób — polecił beztrosko bicolor, przewracając oczami. — Tylko nie kombinuj za bardzo. Walnij z całej siły łbem i zobaczymy, co się stanie — zaproponował, zaciekawiony, czy uzyskał jego oddanie na tyle, by ten był gotów ryzykować swoim życiem dla zapewnienia mu rozrywki.
Jak na razie spiął się, jednak w końcu z najwyższą ostrożnością wszedł na lód. Patrzył przez chwilę na niego, nim w końcu bezmyślnie wykonał polecenie, uderzając głową w podłoże, na którym stał. Zaraz po tym zachwiał się i cofnął o krok, a jego kończyny od razu zapadły się w mule.
Krwawnik bez wahania podszedł do niego i przednią łapą pchnął jego łeb pod taflę wody. Sam poczuł jej chłód, ale tylko skrzywił się, nie pozwalając kocurowi podnieść głowy.
— Tylko wymyj porządnie pysk! — upomniał, choć nie wiedział, czy ten go nawet słyszy z zalanymi uszami.
W odpowiedzi dostał zniekształcony krzyk, a bąbelki powietrza uciekły ku powierzchni. Nikt zaczął się szarpać, nie pozwalając mu dłużej czerpać satysfakcji z tej chwili.
Krwawnik przeklnął się za słabe łapy. Młodszy wyrwał mu się, zaczerpując łapczywie powietrza.
Mentor nie zastanawiał się i wykorzystał to zdezorientowanie, po czym na nowo dopchnął go pod wodę.
— Nie ruszaj się! — syknął.
Wojownik puścił go na chwilę, dając moment na oddech i ponownie przeszedł do działania. Tym razem łapą mu się omsknęła i nie zdążył zatopić kocura. Ten gwałtownie odsunął się na bok.
— Wracaj tu — nakazał niebieskooki. — Wiesz dobrze, że cię nie zabije, więc czego się boisz? Pomagam ci się lepiej umyć, a ty jak zwykle jesteś niewdzięczny... — westchnął z udawanym żalem.
— Ja... ja sam... chce... umyć — wyskomlał, kładąc po sobie uszy.
— Nie — rzekł stanowczo. — Sam tego porządnie nie zrobisz, a ja nie będę potem tłumaczył się z tej krwi na twoim pysku — syknął. — Chyba że mam wspomnieć kto stoi za zabójstwem Księżyca? Nie lubią cię, a nie jesteś już taki mały, byś nie był zdolny do zrobienia tego — zauważył. — I masz motyw. Byłeś źle traktowany, więc chciałeś się zemścić. A ja nie mam problemu przyznać się do współpracy z tobą, jeśli na koniec swojego życia będę widział twoją porażkę — snuł dalej. — Nie ma oczywiście pewności, że mieliby nas zabić. Mogliby przegonić naszą dwójkę gdzieś hen daleko — dodał.
— N-nie... wole... jednak twoją pomoc, panie. — Spojrzał na wodę pod swoimi łapami, na co Krwawnik uśmiechnął się. Dostał to, co chciał, więc od razu wepchał mu głowę pod wodę. Przytrzymał go dłużej. Chciał zobaczyć, na ile arlekinowi pozwoli przetrwać siła jego organizmu. więc zignorował jego wiercenie się. Jeśli będzie chciał żyć, to sam wytrwa.
Ten jak zwykle nie mógł zachować spokoju, tylko wyrywał się we wszystkie strony, aż w końcu skutecznie wyszarpał się spod sił wojownika.
— Wciąż jesteś brudny — stwierdził niezadowolony ze swej porażki kocur, kładąc łapę na jego pysku. — Bardzo brudny — dodał ze śmiertelną powagą, chcąc zmotywować go tym.
Udało mu się, bo Nikt wziął głęboki oddech i sam się zanurzył, choć nie na długo, bo zaledwie po chwili już miał nos w górze. Prychał i kaszlał niczym umierający.
— Le-e-e-piej? - zapytał niewyraźnie, gdy udało mu się ustabilizować oddech.
— Nieee — zamruczał błękitnooki, patrząc na jego drżące ciałom. — Jeszcze. Jeszcze raz — powtarzał zawzięcie.
Zrobił to. Jeszcze szybciej niż poprzednio, ale chociaż spełnił swoje zadanie.
— Świetnie się bawię, a ty? — zapytał wojownik, uśmiechając się lekko. — Może będziemy się tak bawić cały dzień? Co ty na to? — kontynuował, a jego droga ofiara od razu zaczęła kiwać głową na boki.
— Prze-e-epraszam. Zro-ozumiałem ju-uż a-aluzje — zaszczękał zębami, wbijając wzrok w wodę
— Ale jaką aluzję, mój drogi? O czym ty mówisz? Ja tu jestem śmiertelnie poważny — kontynuował. — No już, raz-dwa, moczymy pyszczek w wodzie o tak. — Przyszpilił go znienacka łapą pod wodę. Było to na tyle delikatne, że ten zaraz się uwolnił.
— Ju-uż nie-e-e będę — obiecał.
— Już nie będziesz "co"? Nie wiem kompletnie, o co ci chodzi, mój ukochany uczniu — zgrywał dalej. — Oh, przecież jest idealny dzień na kąpiel. Nie lubisz się tak bawić? Przecież z innymi kochasz spędzać czas w ten sposób.
— N-n-nie k-k-kocha-a-am — Zadrżał. — Z-z-zimno — poskarżył się na swój stan.
— Chyba najwyraźniej kochasz, skoro jesteś już taki poobijany i ciągle ci mało — mruknął z żalem. — Oj niewdzięczny, bardzo niewdzięczny bachor... — wzdychał głośno dalej. 

<Nikt?>

[przyznano 5%]

15 sierpnia 2022

Od Nikogo cd Krwawnika

Wstał ciężko na łapy, pozwalając łzą dalej spływać po swoim pysku, mieszając się z krwią. Ruszył wolno w stronę dźwięku. To nie było zwierzę. Dawno nie widział już w lesie niczego, co dałoby się upolować. To musiał być... ktoś kogo zwabiły krzyki. Dreszcz przebiegł mu po grzbiecie. Cicho podkradł się do nieznajomego, po czym rzucił na niego, przyszpilając do ziemi. Wyszczerzył kły, a widząc, że to tylko jakiś zabłąkany samotnik, spojrzał na niego z szokiem. Nie... Tylko nie to. Nie to. 
- Przepraszam! Zgubiłem się! - palnął podrostek, otwierając szerzej oczy, gdy ujrzał jego zakrwawiony pysk. 
Coś ścisnęło go w piersi. Nadal go trzymał, nie za bardzo wiedząc co z nim teraz zrobić.
Krwawnik zaraz odnalazł go z jego nową zdobyczą, a on już doskonale zdawał sobie sprawę, jak skończy ten biedak.
- O, widzę że pierwotny instynkt się odezwał. Idealnie na zimę, gdy tak mało zwierzyny - zamruczał, zbliżając się. - Na co jeszcze czekasz? Zabij go i jedz. Udowodnij, że jesteś czegokolwiek warty. Chociażby życia.

*Uwaga! Mord i kanibalizm*

14 sierpnia 2022

Od Krwawnika CD. Nikogo

tw: brutalne sceny
Wzdrygnął się na ten akt słabości. Jakim prawem ten tutaj śmiał się nazywać jego uczniem, skoro do swojej porażki przyznawał się z takim spokojem? Czy on zdawał sobie sprawę, na jaki wstyd go nieustannie narażał?
— Dałeś mu dokonać zemsty? — powtórzył z niedowierzaniem. — Aż tak kochasz być okaleczany? Uwielbiasz, jak ci się krew z ryja leje? — Skrzywił się, patrząc na niego z obrzydzeniem.
— N-n-nie! N-nie lubię! - zapewniał. — J-ja... on... S-spanikowałem, b-bo oderwałem mu ucho! O-on... t-to wnuk liderki! — tłumaczył z przejęciem.
— I co z tego? Ta liderka to zwykła idiotka, a nie ktoś, kogo należy się bać! — Wręcz emanował wściekłością. Z pyska pociekła mu ślina. Widział przed oczami krew cieknącą ze zmasakrowanego ciała arlekina. Gdyby tylko mógł, doprowadziłby go do najgorszego stanu. — Przyznaj się, jesteś pieprzonym masochista, lubisz być oszpecany, tak? Dobrze, skoro tego chcesz — urwał, prostując się — to spełnię twoje pragnienie.
Bez żadnego ostrzeżenia przejechał mu łapą z wysuniętymi pazurami wzdłuż pyska, zahaczając o oko.
Młodszy wrzasnął, a ze zranionego miejsca prócz krwi pociekły łzy.
— N-nie! N-nie jestem! — załkał, drżąc na całym ciele. — Nie lubię! Nie! — pisnął.
— Na pewno nie lubisz? — warczał dalej, z każdym słowem podnosząc głos coraz bardziej. Sieknął mu łapą po pysku. — Dalej kłamiesz mi prosto w mordę, ty zapchlona kupo futra? Dobrze zdajesz sobie sprawę, że zawsze będziesz nikim i zasługujesz jedynie na żarcie gówna. Najpierw ryczysz, że się boisz, a teraz przychodzisz po spełnieniu swoich fetyszów? Żałosne. Ale dobrze, skoro tak to kochasz, to może sprawie ci jeszcze trochę więcej radości? — spytał, uśmiechając się i pazurami przedzierając drugie oko. — Tak lepiej, jak z dwóch stron, prawda? Ah, ty to masz pecha do tych samotników, znowu cię jakiś urządził? — Nachylił się, nie zwracając uwagi na jego płacz. — Mam nadzieję, że jasno dałem ci do zrozumienia, co o tobie myślę — mruknął, po raz kolejny lekko go przyduszając do ziemi.
Charknął, próbując mu się wyrwać. Zakaszlał, po czym kopnął go tylną łapą w pierś, by go z siebie zrzucić.
— Nie! — wrzasnął uczeń, pociągając nosem.
Krwawnik skrzywił się z bólu, jaki rozszedł się po jego ciele. Odsunął się na parę kroków.
— Nie dosyć, że sprzeciwiasz mi się, podnosisz na mnie głos, to jeszcze śmiesz używać wobec mnie przemocy? — prychnął z rozbawieniem zmieszanym ze zirytowaniem. Brzmiał jak histeryk. — Niedorzeczność. Wyciągasz do kogoś pomocną łapę, a on ci ją całą ujebie — dodał niczym w transie, bez wahania rzucając się z powrotem na niego i pazurami wczepiając się w jego bok.
Arlekin zdążył jedynie zjeżyć sierść. Nie udało mu się w porę zareagować, przez co mentor zadał mu cios. Znów wrzasnął, po czym odwrócił się i dał mu łapą po pysku. Nie silił się na delikatność.
— Zostaw mnie! — krzyknął.
— Znowu? — prychnął starszy, ignorując jego żądania i ocierając się po uderzeniu. — Jesteś bezczelny. Niewychowany. Bezwartościowy — wymieniał, wyrywając mu sierść z grzbietu, bo tylko tam udało mu się chapsnąć zębiskami. — Spróbuj, chociażby tylko jeszcze jeden raz mnie tak mocno uderzyć, a zadbam, byś gryzł piach na zawsze — zagroził ze śmiertelnie poważnym tonem głosu.
Wrzask uciekał młodszemu z gardła, a ciało wręcz odmawiało mu posłuszeństwa z bólu. Upadł na śnieg, mocząc go krwią i łzami.
— Przepraszam! — darł się. — Przepraszam! Nie uderzę! Nie uderzę! Nigdy! — łkał w ziemię
— Nie wierzę już w ani jedno twoje słowo, parszywy śmieciu — syknął, widząc jego zachowanie.
Sam musiał otrzepać się z kurzu i doprowadzić się do porządku, by choć na moment odzyskać sił. Nie zamierzał jednak stopować. Spodziewał się podporządkować sobie ucznia na zawsze. Liczył na jego wierność i oddanie, a zamiast tego dostawał to. To, co stworzył poprzez liczne treningi, próbowało go zniszczyć.
— Ostro przesadziłeś — syknął, mrużąc oczy i podchodząc do niego na nowo. — Kiedy chciałem, byś zadał mi ból, nie zrobiłeś tego. Teraz kiedy miałeś mi być posłuszny, sprzeciwiłeś się — mruczał z grobową powagą w głosie. — Powiedz mi, czy ty wiesz, co to znaczy dla mnie? Kiedy poświęcam się dla ciebie, pozwalam stawiać się w centrum upokorzenia? A ty... Ty jesteś po prostu niewdzięczny. — Stanął nad nim, a łapę postawił na czubku jego głowy i wbił pazury, ciągnąc czaszkę do tyłu. Nachylił się do jego ucha. — Nie zasługujesz na wszystko, co dzięki mnie osiągnąłeś. Beze mnie byłbyś nikim na zawsze, a jeśli zamierzasz dalej posuwać się do takich czynów, zostawię cię i pozwolę ci przepaść na zawsze. Będziesz jak robak, skryty w ziemi. Twoje wyjście na wierch równa się spotkaniu z głodnym ptakiem. Krótko mówiąc — westchnął — czeka cię śmierć.
Arlekin wrzasnął po raz kolejny. Obsmarkał się, a gluty zwisały mu z nosa, gdy próbował przełykać łzy, gromadzące się w gardle. Łapał oddechy, próbując się uspokoić, a jego ciało drżało. Zamknął oczy, nie odpowiadając mu.
— I teraz nagle co? Nic nie potrafisz powiedzieć, nic nie potrafisz zrobić? — prychnął. — Gdyby była tu kałuża, zobaczyłbyś teraz swoje odbicie i to, jak fatalnie wyglądasz. Katastrofa. Koszmar. Beznadzieja — wymieniał, patrząc na jego postrzępione uszy. — Nawet mi nie jest przykro. Zamiast docenić szansę, którą ci dałem, postanowiłeś zostać potworem.
Uczeń schylił łeb, kryjąc pod sobą ogon.
— J-ja już nie chcę — szepnął.
— O proszę! Znowu to samo! On znowu nie chce — krzyknął maniakalnie, odsuwając się od ucznia i stając naprzeciw niego. Pazur wbił w jego podbródek, unosząc go do góry. — Otwórz te zakrwawione ślepia. Spójrz na mnie i powiedz. Kim jesteś?
Otworzył oczy, które przesiąknięte były bólem i strachem.
— N-Nikim. J-jestem nikim. — załkał.
— Głośniej — nakazał. — Powiedz to głośniej. — Wydał z siebie cichy pomruk zadowolenia, przejeżdżając pazurami w bok jego szyi. — Krzycz.
Młodszy przełknął ślinę, ponownie drąc się z powodu bólu.
— Jestem nikim! Nikim! Nikim! Nikim!
— I zawsze nim będziesz. Straciłem nadzieję na twoje odkupienie — stwierdził, unosząc wzrok i rozglądając się na dźwięk trzasku gałęzi. — Nie mazgaj się. Zapoluj. Coś tam siedzi i wie już o naszej obecności.

<Nikt?>

[przyznano 5%]

12 sierpnia 2022

Od Nikogo cd Krwawnika

Przełknął ślinę. Nie rozumiał pragnienia mentora. On by nigdy w życiu nie prosił nikogo o lanie do krwi! To było... niepokojące. Powoli się do niego zbliżył i dał mu pazurami po boku. Zrobił to jednak lekko, by poczuł ból, ale by nie krwawił zbyt mocno. Bądź co bądź, nie chciał krzywdzić kocura, który budził w nim niepokój i strach. 
- P-p-proszę - wyjąkał, cofając się. 
- Tylko tyle potrafisz? - prychnął. - Gorsze rany zadawałem sobie sam w młodości, twoje lekkie draśnięcie nic nie zdziała, gdy przyjdzie ci stając do prawdziwej walki - mruknął, nie ruszając się z miejsca. - Jeszcze raz. Tylko tym razem mocniej.
Nadal będąc nieprzekonany do takiej formy treningu, znów spróbował go zaatakować, uderzyć mocniej, ale nadal nie aż tak, by mu upuścić krwi. Nie był w końcu zagrożeniem, z którym trzeba było  lać się na śmierć i życie. Nawet jeżeli wojownik tego pragnął, to było dla niego za wiele. 
Krwawnik widząc jego nieumiejętne ataki westchnął. Sam wziął zamach łapą, przerysowując pazurami jego łopatkę. Wydał z siebie pisk. Spojrzał z paniką na mentora, krzywiąc się z bólu. Bolało. I to potwornie. Krew zaczęła ściekać po białym futrze. 
- Tak to właśnie powinieneś zrobić. Powtórz. - rozkazał. 
Zacisnął pysk, zmuszając całą swoją wole do uderzenia mentora w taki sam sposób. Wbił pazury mocno w jego sierść, przerażony tym co właśnie robił. 
Wojownik wstrzymała oddech, czując nacisk na skórze. Wręcz uśmiechnął się, ignorując ból. 
- Widzisz? Leci krew - Spojrzał na skapującą ciecz. - Bardzo dobrze...
Pociągnął nosem, patrząc na swoją zakrwawioną łapę. Skrzywdził go... a ten się jeszcze z tego cieszył?! Jego umysł nie potrafił tego pojąć. 
- T-to nienormalne! - miauknął do niego z wyrzutem. - N-nie powinieneś się z tego cieszyć. T-tylko być zły.
- Czemu miałbym byś zły? - prychnął. - Dobrze czynisz, uczysz się lepiej, niż inni, bo masz porządną praktykę. Tak, jak będzie to w rzeczywistości, nie jak reszta cieniasów, którzy atakują patyki - burknął.
- A-ale sprawiam ci ból, rany i... i to złe. Szpecę cię... N-nie powinieneś być moim workiem treningowym. J-jesteś w końcu moim mentorem. A-a co jeśli cię uszkodzę, że już nie wstaniesz? - podzielił się z nim swoimi obawami. 
- Takiej siły nie masz. Jak na razie - mruknął, uśmiechając się przelotnie. - Ale kto wie? Klan osądzi cię o bycie mordercą, albo zabiją, albo wygnają...
To wcale nie pomogło! Jeszcze bardziej nie chciał krzywdzić kocura, nawet jeżeli miała to być tylko forma treningu. Właśnie z tego powodu! 
- D-dlatego nie chce cię krzywdzić, panie! - pisnął, by w końcu do niego ta informacja dotarła. 
- Przecież takimi atakami przez długi czas mnie jeszcze nie będziesz w stanie zabić! - syknął. - Nauczysz się to kontrolować. Zresztą, jak mnie przypadkiem ubijesz to się bić nie stanie. Będziesz miał co jeść.
Ostatnie zdanie go przeraziło. Nie zamierzał go zjeść! Czemu mówił takie straszne rzeczy? Jak to nic się nie stanie? Właśnie, że stanie! 
Pokręcił szybko głową. 
- Nie zjem cię, panie - wyskomlał.
Po tym obwieszczeniu, kontynuowali trening dalej. Mimo, że się starał, nie było widocznych efektów. Ciągle miał w głowie te jego słowa, które towarzyszyły mu nawet podczas snu. 
Nie ma mowy, by się spełniły. 

***

Lukrecja nadszarpnął mu uszy, jako zemsta za oderwane ucho. Nadal czuł te jego ostre pazury, które bawiły się jego małżowinami. Tak bardzo żałował, że go wtedy z tej gałęzi za nie chwycił! Gdyby nie to, gdyby nie ta przeklęta randka nad rzeką... Nie zostałby oszpecony. Widział się w zamarzniętej tafli lodu. Te dwie szramy na jednym i drugim uchu, których nie był w stanie ukryć przed mentorem. Bał się tego jak zareaguje. Zdawał sobie sprawę jaką miał opinię na temat ulegania silniejszym. Powinien walczyć. Nie dać się. 
Z ciężko bijącym sercem, usiadł przed wyjściem z obozu, oczekując na zjawienie się Krwawnika. Już przygotowywał się na bure stulecia. Był pewien, że dzisiejszy trening nie skończy się dla niego miło. 
Wtem poczuł ciepły oddech na swoim karku. Cichy charkot zasygnalizował mu, o obecności znajomego kocura tuż za jego plecami. 
- Co to ma znaczyć? - oziębły głos wręcz przeszył chłodem jego ciało.
Czyli jego piekło właśnie się zaczyna... Skulił się, odwracając się powoli do mentora przodem. 
- C-co ma znaczyć? - pisnął, mając nadzieję, że nie będzie dopytywał. 
- To, co widzę - prychnął, odsuwając się, by lepiej przyjrzeć się uczniowi. - Uszy. Co jest z twoimi uszami? Kto ci to zrobił?
Położył je po sobie. Nadzieja matką głupich. Teraz musiał się z tego wytłumaczyć. 
- M-może nie w obozie, panie? - zasugerował. Nie chciał, by kocur zaczął na niego drzeć się przy świadkach. Miał przecież dbać o swój wizerunek dobrego i strachliwego kota, a nie potwora, który wyżywa się na uczniu. Dlatego też wyszedł z obozu, udając się głębiej w las, nie zastanawiając się nad tym, że postępuje źle. 
- Już spierdalasz? - syknął wojownik, podążając za nim. - Kto ci w ogóle pozwolił iść pierwszy? Od kiedy to się tak rządzisz, co? - Gdy tylko znaleźli się w bezpiecznej odległości od obozu, głęboko na terenach Owocniaków, przyszpilił go do ziemi, a raczej wepchnął w śnieg. - Zaczynasz uważać się za lepszego?
- N-nie chciałem by wszyscy zobaczyli jak się na mnie wydzierasz. Sam mówiłeś, że w ich oczach chcesz być miłym i słabym kotem - miauknął, kuląc pod siebie ogon. - Przepraszam, panie. Nie chciałem cię obrazić.
- Trzeba było myśleć, zanim w ogóle zdecydowałeś się na jakikolwiek czyn - fuknął, zsuwając łapę na jego szyję i mocniej przyciskając do ziemi, uśmiechnął się. - Dobrze, a teraz gadaj, co się stało z twoimi uszami. Dokładnie, ze wszelkimi szczegółami.
Skrzywił się, czując jak ten go dociska. 
- T-to... ja i Lukrecja byliśmy na spacerze... O-on wszedł na drzewo wraz ze mną i zaczął bujać gałęzią. Prawie spadłem, ale złapałem go za ucho i... i urwałem mu je. Upadłem na ziemię, a on... a on mnie za karę pobił i poszarpał mi uszy - wyskomlał. - A p-potem ktoś się zjawił. Jakiś wojownik i zrzucił to na... na jakiegoś samotnika...

<Mentorze?>

[przyznano 5%]

10 sierpnia 2022

Od Krwawnika CD. Nikogo

Usłyszał odgłosy przyspieszonych kroków. Prychnął i odsunął się w bok, czując tylko, jak kocię uderza głową w jego bok. Boleśniejsze od tego było nawet wpadnięcie samemu przypadkiem na drzewo.
— Nie biegaj tak, bo tupiesz jak dzik i słychać cię z daleka. Jak ktoś ma dobry refleks, to prócz tego, że zdąży zrobić unik, to ci jeszcze przyłoży — ostrzegł. — Skradaj się. Po cichu i powoli, ale jak najbardziej za plecami wroga, by cię kątem oka nie zobaczył. Masz dużo białego, więc niestety rzucasz się w oczy.
Młodszy przysłuchiwał mu się chwilę, kiwając głową. Zawrócił i znów się skrył w krzewach, więc Krwawnik powrócił do dreptania po okolicy. Wiedział, że arlekin już za nim idzie. Patrzył jednak tylko po boki, żeby dać mu szansę naskoku z tyłu.
Owszem, czasem był dla dzieciaka zbyt dobry.
Zatrzymał się gwałtownie, chcąc zobaczyć, czy ten szybko zareaguje i również się zatrzyma, czy jednak w niego walnie. Janowiec z nim tak czasem ćwiczył i tak naprawdę to była jedyna przydatna rzecz w treningach z tym niedołężnym starcem. Sporo rzeczy podpatrywał od innych, bądź sam udoskonalał, opierając się na intuicji.
Coś zza jego grzbietu poruszyło się. O dziwo niespodziewanie poczuł pacnięcie w bok, ale tak lekkie, że nie był nawet w stanie stwierdzić, czy to jego uczeń, czy po prostu mocniejszy podmuch wiatru. Mimo to skrzywił się, zatrzymując się w miejscu i znosił niewielki ból z pokorą.
— Uderz mnie mocniej — nakazał, zdając sobie sprawę z obecności czarnego po prawej.
Ten spojrzał na niego z takim zaskoczeniem, jakby co najmniej oświadczył mu, że jest wiewiórką, a nie kotem. Młodszy cofnął się skulony, co tylko utwierdziło Krwawnika w przekonaniu, iż czeka go jeszcze dużo pracy, aby ta sierota cokolwiek osiągnęła.
— Czemu, panie? Skrzywdzę cię... — mruknął speszony, rozglądając się na boki.
— O to mi chodzi. Masz mnie skrzywdzić. Zostawić ślady na moim ciele — rzucił. — Rób to.
Arlekin dalej wyglądał na zdziwionego i patrzył się na mentora w taki sposób, jak gdyby ten mówił nie po kociemu. W końcu ożył i pokręcił głową, cofając się powoli, co spotkało się z warkotem wojownika.
— Gdzie ty znowu uciekasz? — westchnął, zbliżając się do niego. — No już. Bij mnie. Aż do krwi.
Nikt zrobił wielkie oczy i przełknął głośno ślinę.
— J-j-jak do krwi? A-ale... N-nie chcę cię s-skrzywdzić. C-co powiesz w obozie, jak wrócisz tak... pobity?
— Że coś nas zaatakowało i stanąłem w twojej obronie. A ty pokiwasz grzecznie głową, jasne? — mruknął. — Możesz się rozpłakać i dodać, że to było dla ciebie stresujące, bo się bałeś, że zginę — dorzucił od niechcenia. Już i tak mają go za słabego, więc taka zabawa w bohatera dla niczego niewartego życia już bardziej mu opinii nie zbruka.
— N-nie podoba mi się ten pomysł. Skrzywdzę cię, by skrzywdzić? To nie ma sensu. W-wole nie. B-b-boje się — jąkał dalej. Widać po nim było, że naiwnie wierzy w zmianę zdania bicolora.
— Tobie się przecież nic nie stanie, tu nie ma czego się bać! — syknął zirytowany. — Przestań się tak trząść i sikać pod siebie, masz mnie zaatakować i nie wrócimy do obozu, dopóki nie poleje się moja krew.
— J-j-ja nie chcę cię krzywdzić! M-może i zasługujesz, ale... ale ja nie dam rady. J-jesteś moim mentorem. N-nie powinienem. To brak szacunku — tłumaczył się.
— Chwila co? — przerwał mu podniesionym głosem. — ZASŁUGUJĘ?! Dlaczego według ciebie na to zasługuje smarkaczu zapchlony? — syknął, stając wręcz za blisko niego. — Zaraz będzie zmiana planów i to ja przeryję pazurami ciebie.
Podkulił ogon, patrząc na niego z przerażeniem.
— P-p-przerpaszam! T-to przez to, że... że jesteś zły. A-ale ja nie chcę cię b-bić, b-bo to... nieładnie. W-widzisz, że sam jesteś j-już zły na mnie — mamrotał w pośpiechu.
— Jestem zły, bo nie chcesz mnie bić. Gdybyś mnie zaatakował jak prawdziwy wojownik, to bym się może ucieszył — syknął.
Ten znowu załkał.
— N-n-nie rozumiem. Czemu ci na tym zależy. P-p-przecież to boli. Bardzo. To brak szacunku. J-jak mam cię u-uderzyć tak m-mocno? L-lubisz gdy cię biją? J-ja nie lubię...
— Jak zaraz dostaniesz po swoim pustym łbie, to zmienisz nastawienie i polubisz — burknął, patrząc na niego wrogo. - No dawaj, ile ja mam czekać, aż coś zrobisz? — warknął zniecierpliwiony.


<Nikt?>

[przyznano 5%]

03 sierpnia 2022

Od Nikogo cd Krwawnika

 Spojrzał na niego wielkimi, załzawionymi oczami. Dlaczego mu to robił? Czemu nie mógł tak jak wcześniej, zająć się jego treningiem? Zwisanie z gałęzi było znacznie przyjemniejsze niż siedzenie tutaj. Sam fakt, że znów go zmuszał do tego okropnego czynu, był okropny. Żałował, że wcześniej uważał go za kogoś mądrego i wspaniałego. Teraz, gdy pokazał przed nim brutalną rzeczywistość oraz własną mroczną stronę, zaczął się go bać. Czy jak nie będzie się spisywał, to odda go komuś innemu? Kiedyś właśnie tak mu groził. Że wymieni go, bo był bezużyteczny i słaby. Czy istniał choć cień szansy, by jednak do tego doszło? Wolał już być trenowany przez Szpaka, który wciskałby w niego wodorosty niż jego! Nie mógł jednak sam odejść... Mógł go zabić i nakarmić nim Nic. Był psycholem. Dlaczego nikt w Owocowym Lesie jeszcze tego nie dojrzał? 
- J-ja chcę tylko... tylko trenować. Bez jedzenia. T-tylko t-tyle - miauknął smutno.

*uwaga kanibalizm*

31 lipca 2022

Od Krwawnika CD. Nikogo

Upewnił się, że arlekin trafił prosto do swojego legowiska, bez jakichkolwiek zaniepokojonych spojrzeń rzucanych w ich kierunku, czy też co gorsza potencjalnych pytań o to, co robili i z jakiego powodu młody aż tak się rozryczał. Ich wymówka nie była może najlepszą, ale pasowała do całego wizerunku żółtookiego, a zważywszy na głupotę kotów, pośród których żyli, nie było problemu z uwierzeniem w tak banalne wyjaśnienia. Powinni to łyknąć, bo przeklęte dziecię było dosyć samotne, więc wzięcie ślimaka na przyjaciela wydawało się czymś normalnym w jego przypadku.
Nie wiedział teraz, co myśleć o tym, co powiedział Księżyc. Raczej nie przejmował się tym bardziej, choć jeśli rzeczywiście był jego ojcem, to dobrze było wiedzieć, że już nie żyje. Prawie jak cała jego rodzina, nie licząc siostry. Teraz to wszystko nabierało większego sensu i wydawało się coraz bardziej oczywiste. Kręcił się przy Poziomce jak naćpany, a jego oklapnięte uszy były identyczne posturą jak te, które posiadała Winogrono. A sam Krwawnik miał tak samo czarne futro i niebieskie oczy. Nawet, jeśli chciałby się teraz wyprzeć tego faktu z głowy, nie był w stanie. Zbyt wiele rzeczy na to wskazywało.

***

Przysiągłby, że własny uczeń go unika. Z początku uznał, że mu się wydawało, ale teraz był już tego więcej niż pewien. Udało mu się jednak zapędzić go w miejsce bez ucieczki. Niestety nie mógł wygarnąć mu wprost wszystkiego, bo byli za blisko obozu, a mu wystarczyły problemy w postaci Agrsesta i Krzemienia. Uśmiechnął się życzliwie, jak taki miły młodzieniec z sąsiedztwa, co zawsze dzień dobry mówi.
— Tutaj jesteś! Szukałem cię — zaczął, siląc się na dobroć w głosie, choć za tę całą zabawę w ganianego miał ochotę wepchnąć mu gałkę oczną do gardła. — Czas na trening, nie uważasz? Spójrz, masz już takie piękne mięśnie na łapach, z pewnością jesteś już niesamowicie silny!
Gula na gardle kociaka poruszyła się. Przełknął głośno ślinę, patrząc na niego niepewnie.
— Ja... mój ślimak umarł i... i nie chcę iść dzisiaj na trening. M-m-musze go opłakiwać, by nie był na mnie zły — wyjaśnił, na co Krwawnik skrzywił się, wzdychając głośno.
— Przecież ja ci kazałem wmawiać, że ślimak ci zdechł — wycharczał ciszej. — Więc nie rób ze mnie idioty. Lecimy na trening — syknął ostrzej, nadając swojej wypowiedzi władczego tonu.
— P-p-powiedziałem tak... jakby ktoś... podsłuchiwał, panie — miauknął cicho. — J-j-ja nie chcę... na trening. N-nie dzisiaj
— A dlaczego nie? — spytał z pogardą. — Chcesz być słaby do końca życia? Z takim podejściem nie dotrwasz jutra — stwierdził zirytowany, że nie mógł tu podnieść na niego łapy. Wciąż był taki mały, więc jedno odpowiednie uderzenie mogło by spowodować spory rozlew krwi. — Każdy dzień opuszczonego treningu przybliża cię do śmierci.
— A-a-ale nie be-edziemy je-eść m-mięsa? P-proszę — miauknął, pełen nadziei.
— Nie, to specjalne mięso zjadłeś wczoraj. Nie możesz jeść go dzień w dzień, bo cię brzuszek rozbili - rzucił z krótkotrwałą troską w głowie. Oczywiście, że kłamał. Widok zapłakanej gęby, z trudem przełykającej każdy kawałek swojego byłego dręczyciela, był najbardziej satysfakcjonującym widokiem, o jakim nawet nie śnił. — Ale nie możesz też opuszczać treningów. Zrobisz się taki słaby, że łapki same ci odpadną.
Arlekin po dłuższej chwili namysłów odetchnął głośno z ulgą.
— No dobrze... to możemy iść na trening — miauknął z entuzjazmem, idąc w stronę ich miejsca treningów. Krwawnik uśmiechnął się lekko. Cóż za naiwne dziecię, jak łatwo przekupić go kilkoma słówkami. Ruszył za nim, przeganiając go i obserwując kątem oka, jak zwalnia przy ich ulubionym drzewie.
— Dalej — rzucił. — Musimy iść dalej.
Kocurek zatrzymał się, zdziwiony.
— Ale... ale jesteśmy na miejscu, panie — uświadomił go.
— Nie, nie jesteśmy na odpowiednim miejscu — poprawił go delikatnie. — Od dziś nasze treningi przez pewien czas będą odbywały się gdzie indziej. Nie powinieneś zresztą zadawać takich zbędnych pytań. Zacznij wykonywać moje polecenia i robić to, co ci każę — upomniał go.
Żółtooki niepewnie ruszył za mentorem.
— I-idę.
Tylko tyle powiedział. Starszy zaprowadził go tam, gdzie było ciało. Wprost pod krzak, chociaż dostrzegł pewne zawahanie i opory u kociaka, gdy ten zaczął rozpoznawać teren.
— Nie zwalniaj, jeszcze trochę — poinformował.
Ten gwałtownie zatrzymał się.
— N-n-nie! O-okłamałeś mnie! — pisnął, cofając się
— Cicho! — syknął. — Nie uciekaj! Stój! Wracaj! Nie okłamałem cię! Mówiłem, że musimy coś zrobić! — warknął, rzucając się w jego stronę z zamiarem pociągnięcia go za kark do ciała. Okazało się to łatwe, bo jego ofiara rozryczała się, upadając na tyłek, bo wystraszył się atakującego go mentora. Przybrał pozycję embrionalną, gdy kły Krwawnika zatopiły się w jego skórze.
— N-n-nie, panie! Ja nie chcę! Proszę! Nie!
Nie zważając na jego płacze, zaciagnął go pod krzak.
— Nic się jeszcze nie zadziało. Nie panikuj przedwcześnie — nakazał, rozchylając łapą gałęzie. — Wykop ciało.
Kociak załkał bardziej, kręcąc głową.
— N-n-nie chcę go... go... wy-wykopywać... nie...
— Bo? — spytał. — Boisz się, jak jakaś koteczka, że sobie łapki pobrudzisz? — miauknął pogardliwie.
— N-n-nie b-bo bo ja wiem... c-co będzie później. A-a on powienien zo-ostać tam. N-nie wykopie g-go — drżał cały, cofając się od krzaka powoli.
Wojownik przewrócił oczami i ponownie szarpnął go za nadmiar futra na karku i odstawił przy roślinie. Usiadł tuż za nim, umożliwiając mu całkowicie ucieczkę.
— Nie. Jesteś chudy jak patyk, więc skoro w klanie cię nie karmią, to ja cię wykarmię.
Młody pisnął z bólu. Cofnął się i tak od krzaka, uderzając grzbietem o jego brzuch.
— J-ja nie chcę jeść trupa! — płakał. — T-trupa twojego taty! W-wole jeść myszy! N-nie jego! Proszę! O-one też mi pomogą. Nie twój tata!
— Nie pierdol głupot, ten tutaj ma więcej wartości odżywczych, niezbędnych do twojego prawidłowego rozwoju — mruknął, gładząc łapą ziemię, pod którą leżał Księżyc. — Mało kto mówi o tym, że po zjedzeniu kota ma się najwięcej sił, bo boją się, że wszyscy zaczną się zjadać. Nawet nie wiesz, ile masz szczęścia, że trafił ci się prywatny posiłek.
— I-i-i tak nie chcę... — przełknął ślinę, drżąc i patrząc ze strachem na ziemie. — N-nie chcę. N-nie. P-proszę. N-nie — wpadł w panikę i odwrócił się do niego przodem, chowając pysk w jego futrze na brzuchu.
Skrzywił się i z obrzydzeniem odsunął kocie od siebie.
— Nie tul się tak do mnie. Nie jestem twoją matką ani koleżanką do zabawy. 
 
<Nikt?>

[przyznano 5%]

28 lipca 2022

Od Nikogo cd Krwawnika

 - A-ale to... to było wczoraj... w-w-ieczorem - miauknął. - To z t-tobą, Najwspanialszy.
Jak miał go wtedy powiadomić? Pewnie szykował się do snu albo robił coś innego, za co pewnie dostałby po głowie.
- To należało przybiec do mnie od razu. Każda sekunda zwlekania to tylko ryzyko na to, że stanie się coś złego - stwierdził oschle, myśląc coraz to intensywniej, jak poradzić sobie z tą dwójką. - Niektórzy wpychają nos nie tam, gdzie trzeba.
Teraz będzie o tym pamiętał. Nie chciał, by mentorowi stała się jakaś krzywda. Jeżeli ktoś przeciwko niemu spiskował, to nie był dobrym kotem.
- C-chcesz panie wrócić już do obozu, by ich ukarać? - miauknął niepewnie, widząc jego reakcję.
- Nie mogę ich ukarać, gdy mają przewagę - syknął, zirytowany jego głupotą. - Ale muszę wyjaśnić kilka spraw, skoro tak chcą się bawić - rzekł, wysuwając pazury.
Och... No tak. Ich była dwójka, a kocur był jeden. Nie pomógłby mu, bo sam nie potrafił walczyć. Jeszcze nie poznał tej drogi wojownika.
- To na dziś koniec? - miauknął do niego niepewnie. Chciał trochę odpocząć, bo łapki nadal go bolały od wiszenia.
Czarny głęboko syknął, jakby powstrzymywał się, przed zrobieniem mu krzywdy. Nie brzmiało to zbyt dobrze, więc spiął się cały, czekając na to co powie.
- Przebiegnij się jeszcze z kilka razy stąd, do tamtego dużego kamienia i tak, możemy wrócić. Nie myśl sobie jednak, że w obozie czeka cię odpoczynek. Masz nie spuszczać wzroku z tamtej dwójki i słuchać, co mówią, jasne? - spytał.
Ufff... tylko tyle? Chyba był w stanie jeszcze się do tego zmusić.
- Oczywiście! - miauknął gorliwie, ruszając biegiem w stronę skały. Przebiegł się od niej do mentora, czując jak oddech ponownie mu przyspiesza. Było to ciężkie, bo łapki miał jak z waty, przez co kilka razy zaliczył potknięcia, jednak spełnił dzisiejszy cel. Mogli wrócić już do obozu.
Krwawnik od czasu pochwycenia nowych informacji nie zwracał na niego uwagi. Ciągnął za sobą łapy smętnie, kierując się w stronę obozu. Bardzo go to zaskoczyło. Też zmęczył się treningiem? Cóż... ciągle się denerwował, więc mógł opaść z sił.
Dojrzawszy już z daleka Krzemienia ze swoją kochanką, mentor pacnął go w bok.
- Leć, mój mały szpiegu, wsłuchaj się w każde jego słowo i przekaż mi wszystko - polecił, po czym sam oddalił się w przeciwnym kierunku, by nie wzbudzać podejrzeń.
Ruszył w stronę wojowników, za poleceniem czarnego, kryjąc się w krzakach. Był mały, więc nie powinni zwrócić na niego uwagi. Zresztą, mało kto zwracał. No chyba, że chcieli go podręczyć. Nadstawił uszy i podsłuchiwał starszych. Nie rozmawiali o niczym ciekawym, jednak trwał na stanowisku, ignorując ssanie żołądka.

***

Gdy pierwsze promienie słońca wpadły do legowiska uczniów, obudził się i od razu podbiegł do mentora, gdy tylko zauważył, że ten się do niego zbliża. Czas było zacząć kolejny trening. Nie mógł się go doczekać. Spełnił swoją rolę szpiega idealnie! Miał nadzieję, że wojownik był z niego dumny, nawet jeśli te informację nie były zbyt ciekawe.
Czarny od razu westchnął, widząc jego zainteresowane spojrzenie, wędrujące między nim, a wyjściem z obozu.
- Najpierw chcę, byś mi coś powiedział - mruknął. - Wymień imiona tych, którzy cię prześladowali, bądź wskaż mi ich dyskretnie - szepnął, chyląc ku niemu pysk, gdy tylko usiadł obok niego. - Dyskretnie, rozumiesz? - powtórzył ostrzej, ale i ciszej.
Zdziwiony uchylił pysk, rozglądając się dyskretnie. Obóz tętnił życiem i nikt nie zwracał na nich uwagi. Nie dojrzał nikogo ciekawego do czasu, aż jakaś znana sylwetka wojownika, nie skierowała kroków do stosu ze zwierzyną.
- O-on - szepnął. - Ten czarny w białe łatki, co idzie coś zjeść. Kazał bić mi siostrę i sam mnie bił - wyjaśnił mentorowi.
Nadal to pamiętał. Ten ból... Nie chciał krzywdzić swojej siostry, ale ten był nieugięty. Zmusił go do tego, bawiąc się nimi jak zabawkami, ignorując ich uczucia.
Krwawnik powlókł wzrokiem w stronę wspomnianego kocura.
- To, że kazał bić ci siostrę, to akurat dobrze - mruknął cicho. - Ale siebie nie powinieneś dawać bić. Tylko ja mam prawo podnieść na ciebie łapę.
Te słowa niezbyt mu się podobały. Jego siostra nie zasługiwała na żadną formę przemocy. Nie wytknął jednak tego kocurowi, nadal pamiętając o "pozbyciu się" kotki, jeżeli ta byłaby dla niego kimś ważnym.
- T-tak, panie. Unikam go... to nie udało mu się mnie znów zaczepić - wyjaśnił. - Jeszcze... dręczy mnie... Miodunka, Lukrecja, Miód i Szpak - dodał, bo w końcu kazał mu wymienić wszystkich. - Komarowi też raz się zdarzyło...
Wielki Bóg skrzywił się.
- Komara rozumiem. Ale reszta? Żebym ja wiedział jeszcze, kim oni są. Gdyby byli ważni, słyszałbym ich imiona już dawno. Czy ty naprawdę dajesz się poniżać grupie bezwartościowych śmieci? - parsknął, przewracając oczami. - Dobrze, w takim razie czas zmienić strony - stwierdził, przyglądając się w skupieniu Księżycowi.
- Zmienić strony? - powtórzył za nim niepewnie. - Jak, panie? Staram się im przeciwstawiać. Czasem wychodzi. Lukrecja boi się i mi odpuszcza, jak go straszę, że komuś o tym powiem. - zdradził, czując pewna nutkę dumy, że potrafił wystraszyć starszego ucznia.
- Żałosne. Kończ z byciem ofiarą, od teraz to ty masz być oprawcą - warknął, rozglądając się po obozie. - Poczekaj, aż Księżyc zostanie sam. Sprowokuj go, albo po prostu każ mu iść za sobą . Masz być jego władcą, nie pozwalaj, by żaden marny robak był ponad tobą. Skieruj się w tamtą stronę. Idź tak długo, aż miniesz nasze ulubione drzewo. Nie zatrzymuj się tam, tylko udaj się bliżej granicy. Będę czekał, zobaczysz mnie - oświadczył. - Nie chcę cię jednak widzieć samego. Pojaw się z nim - orzekł i bez dalszych wyjaśnień odszedł w kierunku wspomnianego miejsca.
Nie miał pojęcia o co chodziło mentorowi. Jak to miał stać się oprawcą? Zamierzał jednak zrobić tak jak kazał. Obiecał mu w końcu, że będzie mu posłuszny. Wziął głęboki oddech i podszedł do Księżyca, gdy nikt przy nim nie był. Ten zmierzył go spojrzeniem pełnym wyższości. Skulił się pod jego naporem, ale dotarł aż pod jego łapy.
- Ja... Chciałbym byś zrobił mi coś złego... - miauknął cicho, by nikt ich nie usłyszał.
Zainteresowało to kocura, który zabrał go na ubocze. Dojrzał, że nikt się tym nie zainteresował, więc nie powinno być problemu, gdy oboje znikną.
- Aż tak ci się ostatnio podobało? - zakpił czarny.
- T-tak... Chciałbym... tego więcej, ale... ale nie tu... Pójdziesz ze mną? - zaproponował, czując mdłości na samą myśl, jak teraz się upokarzał. Dobrze, że Krwawnik wyszedł i tego nie słyszał! Pewnie liczył z jego strony na coś lepszego.
- Czemu miałbym? - prychnął starszy.
No tak... Był wolnym kotem i nie musiał go wcale słuchać. Po co miał gdzieś z nim iść? To było jednak głupie!
- Bo... bo jak nie, to powiem Brzoskwince, że się nade mną znęcasz... - zagroził mając nadzieję, że to na niego zadziała jak na Lukrecję.
Kocur zaśmiał się, kręcąc głową.
- Myślisz, że obchodzi ją twój los, robaku?
No nic... to musiał wdrożyć w życie plan B. Użarł go w łapę, po czym odbiegł. Zadziałało. Wściekły wojownik od razu ruszył za nim w pogoń. Miał nadzieję, że da radę dobiec w wyznaczone miejsce, nim ten go dopadnie. Zawiódłby mentora, który zmartwiłby się tym, że nie dotarł i odnalazł jego zwłoki leżące niedaleko obozu. Czuł presję i strach, które go motywowały. Wybiegł z obozu, czując na karku jego wściekły oddech. Czuł rządzę krwi wojownika, jednak na szczęście jeszcze dzielił ich spory dystans. Dotarł do znajomego drzewa, lecz minął je i biegł dalej. Dyszał i czuł powoli, że zaczyna się męczyć, ale adrenalina pchała jego łapy do przodu.
- Chodź tu smrodzie! - zakrzyknął. - Nie uciekniesz mi! Już po tobie! - groził wojownik.
I wtedy, gdy sądził, że kocur go dopadnie, dostrzegł mentora. Szybko zanurkował mu pod łapy, kryjąc się w jego sierści przed wściekłym Księżycem.
Czarny zatrzymał się, dostrzegając drugiego osobnika. Zmrużył oczy, a jego pysk zadrżał, jakby wahał się nad tym, co chce powiedzieć.
- Co tu się dzieje? - mruknął podejrzliwie, przeskakując wzrokiem to z jednego, to na drugiego.
- To pytanie chciałbym ci zadać osobiście - odparł Krwawnik, uśmiechając się lekko. - Chciałeś skrzywdzić to małe, niewinne życie? - spytał ze smutkiem w głosie.
- Nie jest wcale taki niewinny, to tylko pozory - odburknął, machając na boki ogonem z niezadowolenia. - Użarł mnie gnój w łapę i zaczął uciekać, należy mu się odpowiednia kara za przemoc wobec starszych - rzekł.
- To ja tu jestem od ustalania kar dla mego ucznia. I tylko ja mam prawo skrzywdzić go, jeśli uznam to za konieczne - wyjaśnił, powoli wysuwając pazury i wbijając je w grunt. - A z tego co doszło do mych uszu, raczyłeś już wcześniej podnieść na niego swoją obrzydliwą łapę. A to kocie przecież dopiero co się rozwija, źle zadany cios może spowodować dożywotni uszczerbek na jego zdrowiu - wymruczał z udawaną troską. - Pomyślałeś o tym, gdy rzucałeś się na niego? A może w głowie ci były o wiele bardziej odrażające myśli? To tylko młody kocurek, więc cóż samotny staruch miałby od niego chcieć? - Gdybał. - Parszywy zboczeniec i pedofil - warknął ostrzej.
Słowa mentora brzmiały pięknie. To jak troszczył się o jego dobro, aż go samego zaskakiwał. Przysłuchiwał się tej wymianie zdań, uspokajając oddech.
- Nic z tych rzeczy! - syknął starszy, na swoją obronę, strosząc futro. - Dostał to, na co zasłużył. Już go tak nie broń! Dziś jakiś wyjątkowo wygadany jesteś, zważając na twoje ciągle ryki po kątach obozu - rzucił z wyższością.
- Rodzina mi umarła, ma mnie to cieszyć? - prychnął, powoli odpychając swojego ucznia na bok. - W sumie masz rację. Jak o tym słyszę, to aż uśmiech sam wchodzi na pysk! - dodał.
Wielki Bóg cierpiał po stracie rodziny? Nawet o tym nie wiedział! Zawsze uważał go za silnego i kogoś kto nie byłby zdolny do uronienia łez. Zrobiło mu się go od razu żal. Przecież dokładał mu teraz kolejnych zmartwień! Na dodatek nie wyróżniał się na tle innych, był słaby, a on chciał mieć silnego ucznia... Naprawdę nie zasługiwał na takiego mentora jakim był.
Księżyc skrzywił się, robiąc krok w tył.
- Co? - Niemrawo przekrzywiła głowę. - Poziomka była dla mnie ważna! Nigdy nie powiedziała wam, że to ja...
- Oh zamknij mordę plugawy podmiocie - prychnął młodszy wojownik, rzucając się w jego stronę z wysuniętymi pazurami.

*Uwaga! Gore, krew, trup, kanibalizm. Nie tykaj kijem, jeżeli nie jesteś na to gotowy*

22 lipca 2022

Od Krwawnika CD. Nikogo

— Nie. Powisisz sobie jeszcze trochę, będziesz miał więcej siły w łapach — zapewnił, ziewając i siadając wygodnie. — Ja sobie chwilę popatrzę, jak bawisz się w liścia — dodał. Arlekin był bezradny, nie miał innego wyjścia, niż słuchać jego poleceń. To było cudowne uczucie, mieć władzę, nawet nad i tak bezsilnym dzieciakiem
Wtem usłyszał ciche zaskomlenie, a po chwili trzask. Przed oczami przeleciał mu czarno-biały kształt.
— Ała... — jęknął obolały.
— Nie mamrocz, utkaj pysk i mnie nie denerwuj — wycedził wojownik, unosząc wzrok na leżące przed nim kocie. — - Jesteś z siebie dumny? Trafiłeś tam, gdzie twoje miejsce. Na samym dnie.
Ten położył po sobie uszy, patrząc na kocura.
— Już nie mogłem... ale... ale długo wisiałem! — rzucił na swoją obronę.
— Długo, ale czy wystarczająco? — mruknął, gwałtownie podrywając się na równe łapy. Zaczął obchodzić arlekina, z każdym okrążeniem zbliżając się coraz bardziej. — A co, gdybyś wisiał tak na gałęzi, a pod tobą byłaby sfora wściekłych i głodnych psów? Spadłbyś prosto w ich paszczę... — zniżył głos i kłapnął zębiskami przy jego uchu. — O tak. Jeden gryz i po tobie.
Malec skulił się, cofając mocniej uszy ze strachu.
— Ja... Umarłabym wtedy... — miauknął z niepewnością. Krwawnik skrzywił się z powodu jego głupoty, ale uczeń po chwili zrozumiał, co mentor chciał mu przekazać. — Ale na pewno wyrobie się jeszcze! To był pierwszy trening, panie
— I co z tego? — prychnął. — Spójrz na to z innej strony. Teoretycznie, dopiero jak ukończysz 6 księżyców, będziemy mogli wychodzić na prawdziwe treningi. Nikt się tobą nie przejmuje, więc zabieram cię tutaj już teraz. A wiesz dlaczego? — zapytał, ale nie czekał na odpowiedź. — Bo jesteś słabszy. Gorszy od reszty, przez co musimy nadrabiać — syknął. — Dokładasz mi więcej roboty, niż mają inni mentorzy. Tacy, którym nie trafiły się ofermy.
— Bo ja nie urodziłem się jako bóg, jak ty panie. Jestem nikim i moja siła wam się nie równa — miauknął smutno. — Ale i tak cieszę się ze wspólnych treningów. To najszczęśliwsze chwile mojego życia
— To doceniaj je, bo patrząc na twoje postępy, nigdy nie wiadomo, czy nie będą ostatnimi — stwierdził, przewracając oczami i wpatrują się w skupieniu w ziemię. — Za co los mnie kara, że dostałem akurat ciebie jako ucznia? — westchnął, nawet nie oczekując wyjaśnień. To zapewne głupi przypadek, bo liderce znając życie, zależy, żeby każdy wojownik wytrenował chociaż jednego terminatora, ot, dla zasady. W końcu żyli w pełnym kłamstw klanie, gdzie wszystko było podkoloryzowane i przesłodzone. Wszystko musiało być idealne i trzymać się schematów.
— Na pewno później będzie mi lepiej szło. Słyszałem w obozie o tym wiele rzeczy... Znaczy... Bo... Bo jak mentorzy wracają ze swoimi uczniami do obozu, to często ich chwalą lub nie i ja... ja słyszałem — miauknął spięty, jakby zrobił coś złego.
Krwawnik na moment uniósł zaciekawiony wzrok.
— To dobrze. Jeśli masz lepszy słuch, to go wykorzystaj. Podsłuchuj innych, jeśli i tak nikt nie zwraca na ciebie uwagi, to nawet nie zobaczyliby, że stoisz blisko. Jeśli dowiesz się czegoś ciekawego, to zwróć się od razu do mnie — nakazał.
— Ja... słyszałem coś ciekawego... — Spojrzał na mentora z błyskiem w oku — Jakiś Krzemień komuś coś o tobie wspominał...
— Krzemień? — powtórzył, a wcześniej ogarniające go znudzenie całkowicie z niego wyparowało. — Ten czarny z bliznami? — prychnął. — Z kim gadał? I o czym dokładnie? — Wstał i zbliżył się do kociaka, nie spuszczając z niego wzroku.
— On... z jakimś czekoladowo-białym kotem rozmawiał. Nie znam jego imienia, panie. Mówił, że nie zaobserwował nic jeszcze podejrzanego i że ten drugi ma zachować uwagę i dalej mieć na ciebie oko. A potem wyszli gdzieś z obozu.
Gdyby był dwunożnym, to by pobladł. W tym momencie stał sparaliżowany, patrząc się z bezsilnością na kociaka. Krzemień i Agrest, cóż za duet upierdliwców się trafił. Śledzą jego każdy ruch? Świetnie, musi zachować ostrożność. Albo i nawet odwalić jakieś upokarzające sceny na środku obozu, by zmyć z siebie podejrzenia. Nie szło po jego myśli. To oni wykazywali mordercze podejście, nie on. Przecież był tylko niewinnym kocurem bez ojca, który stracił niedawno matkę i siostrę. Nie rozryczy się, nie da rady aż tak się zniżyć. Chociaż kto wie, może to był jedyny dobry pomysł? — Czy to wszystko, co wiesz? — spytał, formując w głowie plan.
— Tak — odparł.
Wojownik pokiwał głową, podnosząc łapę i widząc, jak kocię kuli się w oczekiwaniu na uderzenie. Zamiast tego Krwawnik lekko pogłaskał go po czubku głowy, starając się trzymać pazury schowane, choć kusiło go wysunąć je i wbić mu głęboko w czaszkę.
— Rozumiem. Dobra robota dzieciaku, trzymaj się blisko Krzemienia i słuchaj, co mówi. Na tego czekoladowego też zwracaj uwagę, Agrest się nazywa. Im więcej będziesz wiedział, tym bardziej zasłużysz sobie na miejsce jako mój sługa — zaoferował.
Uczeń uśmiechnął się do niego.
— Tak, panie. Podsłuchiwanie jest łatwe, bo jestem mały, to mnie nie widzą. Mogę się ukryć w jakimś krzaku nawet — dodał rozpromieniony.
— Zastanawia mnie tylko jedno — zaczął niebieskooki, spoglądając na niego w skupieniu. — Dlaczego mówisz mi o tym dopiero teraz? Widać, że nie myślisz. Jeśli ktoś mówi o mnie, powinieneś informować mnie o tym natychmiast, nie po takim czasie — upomniał ostrzej. 

<Nikt?>

[przyznano 5%]

21 lipca 2022

Od Nikogo cd Krwawnika

 Zostawił go samego w tym dole, na pastwę nocnych stworzeń. Siedząc tak grzecznie, próbował uspokoić szaleńcze bicie serca. Bał się, że coś go tu znajdzie i zje. Nie mógł jednak wyjść, bo kocur mógłby się tego dowiedzieć i kazać mu tu zostać już na zawsze. Niezbyt optymistyczna wizja. Skulił się więc, przytulając się do liści z nadzieją, że dzień nastanie szybko, a wojownik wróci. 
Z każdym uderzeniem jego serca robiło się ciemniej i zimniej. Wiatr szeleścił liśćmi, a gwiazdy zaczęły przebijać się przez czarniejące niebo. Zaczęła się noc. Nic nie widział, nawet tego co było tuż przed jego nosem. Dół dawał poczucie jakby siedział we własnym grobie. Coś zahuczało, a on podskoczył aż ze strachu. Skulił się bardziej czując, że nie da rady zasnąć. 
Węszenie... rozległo się niedaleko. Zamarł. Czyżby to był jakiś potwór? Przestał oddychać, czując napięcie, które unosiło się w powietrzu. Kilka szczeknięć, szmerów, coraz bardziej się zbliżali. Udawał, że go tu wcale nie ma. Nie chciał umrzeć jako kolacja dzikich stworzeń. Samotna łza uciekła mu po policzku, ale nie odważył się na więcej, by nie wybuchnąć płaczem. Wtedy na pewno zdradziłby wszystkim, że tu jest... a potem... marny byłby jego los. 

***

Nie spał dobrze, wręcz prawie wcale. Siedział w dole, który zmoczył, po tym jak nie mógł już wytrzymać uciskającego parcia na pęcherz. To było takie żałosne... Jednak dalej tu tkwił, nawet jak zrobiło się jasno, a słońce zdawało się coraz wyżej. Był głodny i śmierdział. Wielki Bóg o nim zapomniał? Miał nadzieję, że nie. 
- Ej ty, żyjesz? - Spojrzał do góry, a widząc kocura zalała go fala ulgi. 
Jednak przyszedł! Jak dobrze! 
- Żyje - miauknął, skręcając się z głodu. - Zdałem test? Głodny jestem... - wystękał, pragnąc już wydostać się na wolność. 
- Głodny jesteś? - powtórzył z rozbawieniem. - To niedobrze, okazujesz słabość. Chyba będę musiał zostawić cię tu na jeszcze kolejna noc... - miauknął w skupieniu. 
Od razu pokręcił głową, próbując uratować się od takiego losu. Nie chciał tu dalej tkwić! Kto wie czy i tej nocy, potwór w końcu go nie dopadnie i nie zajrzy do dziury!  
- Wcale nie jestem głodny. To taki żarcik... ha, ha. Jestem silny i gotowy na wszystko, o Najwyższy! - miauknął gorliwie, patrząc na niego z pewnością w oczach, ukrywając fakt, że naprawdę był bardzo głodny.
Krwawnik przypatrywał mu się dłuższą chwilę ze znużeniem. 
- Próbujesz kłamać mi prosto w pysk? - obruszył się. - Tyle dla ciebie zrobiłem dobrego, a ty jeszcze masz czelność nadużywać moje dobre serce? - dramatyzował dalej.
Od razu cały jego dobry nastrój wyparował. Racja. Przecież... to było złe. Znów mu się nie udało być takim, jakim pragnął wojownik. Okłamał go tak perfidnie. Naprawdę był zwykłą larwą, która tylko sprawiała mu problemy. Zwiesił łeb, wpatrując się w swoje łapy. 
- Masz rację... Jestem do niczego. Lepiej mnie tu zostaw na jeszcze jedną noc. - miauknął smętnie pod nosem. Nigdy nie będzie idealnym sługą, nigdy. Zawszę będzie popełniał błędy i denerwował wojownika. Chciał pokazać, że był silny, a teraz już nigdy mu nie zaufa. Z jego oczu wydostały się łzy, które szybko starł łapką, by Wielki Bóg tego nie dostrzegł.
Krwawnik zmrużył oczy, przypatrując się dokładnie jego pyskowi. 
- Jesteś tak żałosny, że aż mi ciebie nie żal - rzekł, wyciągając go mocniejszym szarpnięciem za kark i odrzucając na ziemię. - Leć do obozu. W tamtą stronę, cały czas prosto. Nie pójdę z tobą, ale właśnie powierzam ci MOJE zaufanie, że nikomu nic nie powiesz. Pamiętasz chyba, co ci zrobię, jeśli mnie zdradzisz? - spytał z ostrzegawczym syknięciem.
Upadł na ziemię z głuchym stęknięciem. Szybko pozbierał się na łapy, kiwając głową. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Nie miał zamiaru jednak go zdradzać. Nigdy. Obiecał mu to. Musiał przynajmniej w czymś innym być dobrym, nie nadwyrężając jego dobroci. 
- Wiem - miauknął tylko nic już nie obiecując, by kocur bardziej się na niego nie pogniewał. Ruszył do przodu, biegnąc i biegnąc, aż nie dotarł do celu. Szybko przemknął do żłobka, udając że wcale a wcale. nie spędził nocy poza obozem.

***

Został uczniem. To był najpiękniejszy moment w jego życiu. Brzoskwinka go wywołała, odmówiła formułkę, a następnie wskazała mu mentora. Krwawnik. Świat wręcz stanął w miejscu, gdy zdumiony wojownik podszedł do kociaka, stykając się z nim nosem. Wybrał go... I teraz był jego mistrzem. To musiało być im pisane! Nie było innego wyjścia! 
Jego siostra dostała za to Perkoza. Nie znał go, ale miał nadzieję, że pomoże Nic nauczyć się polować, by i ona była użyteczna dla Owocowego Lasu. Nikt jednak podczas mianowania nie krzyczał ich imion. Nie zasługiwali na to, bo ich nie mieli. Nie był jednak z tego powodu smutny. Cieszył się. Bardzo. Bo teraz z Wielkim Bogiem mógł spotykać się codziennie! Nauczy go wszystkiego co sam umie, a to... to był dopiero wielki zaszczyt. 
– Posłuchaj – zaczął ostro, gdy w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby mieć problem co do jego metod wychowawczych. – Bądźmy szczerzy, jesteś ofermą życiową i zrobienie z ciebie kogoś godnego miana wojownika jest po prostu niemożliwe – mruknął. – Nie chcę jednak, byś przyniósł mi wstyd. Skoro jestem twoim mentorem, poniekąd prezentujesz moje umiejętności. Jeśli nie będziesz robił jakichkolwiek postępów, to mnie uznają za słabego. A nie chciałbyś raczej narażać się na boski gniew i ściągnąć na siebie śmiertelne klątwy, brudząc imię swojego pana, prawda? – spytał, starając się wzbudzić w nim na tyle obaw, by rzeczywiście przyłożył się do pracy.
- Nie chcę. - Skulił się. - Będę się starał najmocniej jak potrafię, by cię nie zawieść i być silnym wojownikiem, godny bycia twoim uczniem, panie. - miauknął, starając się zapewnić kocura, że zrobi co w jego mocy, by być silny. Nawet tego pragnął.
- Nie ukrywam, że wolałbym kogoś bardziej kompetentnego od ciebie. Spójrz na to sam, dlaczego komuś tak wspaniałemu jak ja ofiarowali kota twojego pokroju? - prychnął. - Słabszego, poniżanego i pod każdym względem gorszego? Uważasz, że na to zasłużyłem? - spytał, strosząc futro.
Nie podobało mu się to. Wspaniale. Czyli jednak go porzuci i nie zdoła udowodnić nikomu w Owocowym Lesie, że zasługuje na imię. 
- Nie, Panie. Nie zasłużyłeś. Ja też... się zdziwiłem. Wiem, że nie jestem godny szkolenia pod twoją łapą. - Spuścił po sobie uszy. - Ale zrobię wszystko co zechcesz. Naprawdę.
- Który raz ci mam powtarzać, że to, co mówisz, to tylko puste słowa? Nie pierdol tyle, tylko zacznij działać. Choć chciałbym teraz, byś udzielił mi odpowiedzi na jedno pytanie - orzekł, wysuwając pazury. - Ktoś zwrócił się do ciebie mianem "Porost". Takie masz imię? Żałosne.
Skąd... skąd on o tym wiedział? Usłyszał? A może Miodunka za bardzo się rozgadała i ta wiadomość dotarła do uszu kocura? Nienawidził jej za to. Przecież wojownik mógł teraz go ukarać! 
- To... to... Miodunka. Ona mi je nadała - Skulił się. - W żłobku podczas zabawy, by na mnie jakoś wołać... Ja nie... Ja go nie wybrałem, panie.
- I godzisz się na to, by jakieś marne kocię zwracało się do ciebie tak upokarzającym zwrotem? - parsknął, a następnie rozejrzała się uważnie i z całej siły walnął go łapą w pysk, patrząc, jak ten upada. - Powstań, abym mógł uderzyć cię jeszcze raz. I odpowiedz mi, czy godny bycia wojownik godzi się na takie poniżanie, na jakie ty dałeś innym przyzwolenie?
Ból był okropny. Łzy pojawiły mu się w oczach i spłynęły po policzkach. Jednak zasłużył. Miał rację, nie powinien, aż tak im ulegać. Nie umiał jednak inaczej. Wstał zaciskając oczy, oczekując na kolejny cios, który zapowiedział. 
- Nie... nie godzi się. 
- A wiesz, co jeszcze nie przystoi prawdziwemu wojownikowi? - spytał. - Upokarzać słabością swojego mentora. Myślisz, że nie słyszałem o tym, że dałeś się podtopić? I że zeżarłeś wodorosty? - syknął, stając bliżej niego i ponownie unosząc łapę do ataku, jednak tym razem z wysuniętymi pazurami. - Jesteś kotem czy rybą? Tak ci się to podobało? Pływanie, łykanie wody? Proszę bardzo, możemy powtarzać to częściej, skoro ci się to marzy! - Znów go uderzył. - Ale nigdy więcej nie pozwalaj krzywdzić się innym. Plugawisz me imię.
O nie. I o tym się dowiedział? Skulił się, kiedy znów został uderzony. Położył po sobie uszy. Już nie rozumiał... miał być posłuszny kotom z Owocowego Lasu, ale nie dawać się im krzywdzić? W sumie nie dziwił się złości kocura. On był kimś wielkim i wspaniałym, a dostał go pod swoje skrzydła. Na dodatek nie chciał powtórki z wodnej kąpieli.
- Nie marzy, panie! Oni mówili... coś o tym, że chcieli sprawdzić ile we mnie jest nocniaka! - pisnął. - Nawet nie wiem czemu wpadli na taki pomysł. Przecież nie jestem nocniakiem!
Niebieskooki zaczerpnął głośno powietrze, a z jego nozdrzy wydobył się pełen irytacji świst. 
- Nie obchodzi mnie, skąd pochodzi twoja krew. Przodkowie, cokolwiek, tu nic nie ma znaczenia. Nie liczy się miejsce urodzenia ani rodzina, tylko to, co ty sam sobą jesteś w stanie zaprezentować - oświadczył. - Urodziłem się tu, w w tym zapchlonym społeczeństwie pełnym idiotów, ze słabej matki i byle jakiego kocura, którego nawet nie znam. Ale jestem ponad nimi. Nie prezentuję tej słabości i głupoty, która w nich tkwi. Stałem się silny i bez tego, więc utkaj mordy tym sierotom i nie przynoś mi więcej wstydu. W przeciwnym razie przestaniesz nazywać się moim uczniem. Pójdę specjalnie do liderki i zmieni ci mentora na któregoś z tych oferm życiowych. Uczynią z ciebie równego sobie pustaka - burknął, nachylając pysk do jego ucha. - A ja mogłem uczynić cię silnym... - Odsunął się gwałtownie, machając niedbale łapą. - Szkoda, że nie doceniasz tej szansy.
Nie! Nie mógł go porzucić! Nie zniósłby tego! Los dał mu szansę i chciał z niej skorzystać. 
- Doceniam! - załkał. - Doceniam bardzo. Chce być silny, by móc im się sprzeciwić. Ale oni... oni mnie łapią i ja... Nieważne.
- Nieważne? - powtórzył wojownik, prychając wyniośle. - Olewasz ten temat? Nie szukaj zbędnych wymówek, tylko zacznij nad sobą porządnie pracować. Drap na oślep, najlepiej w oczy bądź gardło, a nie ryczysz teraz, że "Oni straszni!" - prychnął.
Drap i gryź? Przecież... zabiliby go za to! Wielkiemu było pewnie prosto zrobić takie rzeczy, lecz on? Ktoś kto był na samym dnie marginesu społecznego? Kto pewnie dostałby za to wygnany? 
- A nie ukarają mnie za atak na nich? - miauknął niepewnie.
- Jeśli będziesz silny, nie będą szli po zemstę - odparł. - A jeśli dalej będziesz słaby, to pozostanie ci wciśnięcie innym historyjki, że to w samoobronie i rozbeczenie się na potwierdzenie tego.
To było mądre. Nie wpadłby na to, a czuł, że to mogłoby się udać. Pokiwał głową. Następnym razem postara się być silnym, tak Wielki Bóg, by nie sprawiać mu już więcej zawodu. Tylko pytanie... Czy będzie w stanie? 
- Co dzisiaj trenujemy, Panie? - postanowił zmienić temat, bo szkolenie go interesowało. 
- Zamykanie pyska, kiedy twoje gadanie zaczyna czynić cię irytującym - odparł czarny, wzdychając z nudów. - Nie wiem, na ile mogę sobie pozwolić. Zazwyczaj w twoim wieku słucha się tylko o teorii, ale ty już byłeś poza obozem i nikt nie miał do tego problemu, więc czemu by i nie drugi raz spróbować? - parsknął, oświecony. - Oh, a nawet połączymy praktykę z teorią. Zobaczymy, jak będziesz sprawnie odpowiadał w obliczu śmierci - rzucił. - Idziemy pod nasze ulubione drzewo.
W obliczu śmierci? Nie brzmiało to zbytnio optymistycznie... Ruszył jednak za mentorem, starając się nadążyć za jego krokami. Nie podobało mu się to, że wracali pod to drzewo. Miał z nim wiele nieprzyjemnych wspomnień. Łapki od razu zaczęły nieprzyjemnie piec, pamiętając jak zostały poharatane, a jeszcze inna złamana. 
Gdy dotarli na miejsce, Krwawnik wskazał mu na jedną z niższych gałęzi. 
 - Wejdź tam - nakazał. - Masz szczęście, że potrzebuję cię żywego, bo zapierdalałbyś na sam szczyt.
Spojrzał na drzewo. Już na nie wchodził, więc wiedział jak tam się znaleźć. Wczepił się pazurkami w korę i znalazł się chwilę potem na wymienionej gałęzi. Wspinaczka szła mu już całkiem nieźle, po tym jak zmuszony był zrywać swoją zaschniętą krew z rośliny. Był ciekaw po co miał tu wejść. Myślał, że chodziło mu o jakiś słowny test, a nie nabieranie wprawy w łażeniu po drzewach. 
- Dobrze, a teraz złap się przednimi łapami za gałąź, a tylne puść luźno w dół. Masz wisieć, a ja w międzyczasie zadam ci parę pytań. Jest odpowiesz na wszystkie dobrze, będziesz mógł się wciągnąć. Jeśli popełnisz błędy, skazę ci się puścić i spaść na ziemię. Ot, tak na zachętę, byś miał większą motywację - oświadczył mentor.
Serce mu przyspieszyło na te słowa. Nie brzmiało to zachęcająco. Spojrzał na gałąź i przełknął ślinę. I tak nie miał nic tu do gadania.
- D-dobrze... - Musiał to zrobić, więc zmusił swoje ciało do przylgnięcia do gałęzi, mocno obejmując ją łapkami, a nogi spuszczając ku ziemi. Już czuł, że to było nieprzyjemne doświadczenie. Zacisnął pyszczek, próbując wytrzymać i nie spaść na dół. 
Krwawnik podniósł wzrok ku górze, obserwując piękny widok, majtającego się to do przodu, to do tyłu kocięcia. 
 - Pierwsze polecenie. Opisz pozycję łowiecką - rzucił. - Na pewno nie raz ją widziałeś - dodał, sugerując mu, że ma ruszyć głową i nie płakać, że nie wie.
Pozycja łowiecka? Przecież nie trenowali nigdy tego! Musiał jednak ją widzieć, skoro ten tak twierdził. W żłobku były kociaki, bawiły się czasem w polowanie. Może to go zainspiruje?
- Trzeba ugiąć łapki, być cicho i nie machać ogonem. Tak... trzeba się skradać. Powoli - odpowiedział. 
Wojownik skrzywił się, licząc pewnie na bardziej satysfakcjonującą odpowiedź. 
- Wymień przynajmniej pięć zwierząt, na które mógłbyś zapolować w lesie - polecił, obserwując, jak ten dalej kołysze się na gałęzi.
Zadowolony, że odpowiedział poprawnie, zastanowił się nad kolejnym pytaniem, czując jak łapki go bolą od zwisania coraz bardziej.
- Mysz, ptak, kot, owady, ryby... - miauknął szybko, zbyt przejęty tym by nie upaść, niż myśleniem o formach posiłku. 
- Koty? - powtórzył czarny z zaskoczeniem. - Od kiedy... - zawahał się. - Albo nie. Dobra odpowiedź, to największe szkodniki w tym lesie, należy tępić tę rasę, bo w większości to słabe jednostki. Jak ty na przykład - rzekł. - Kolejne pytanie. Czułe punkty podczas walki. Gdzie najlepiej atakować, aby zabolało najmocniej, bądź by uśmiercić? - spytał z uśmiechem na pysku. 
- Chyba... trzeba udusić... to gardło? I... oczy... bo wtedy kot nie widzi i łapy, bo jak nie ma łap, to nie może atakować - wystękał. Chciał już się wspiąć. To było takie dla niego ciężkie! Nie miał pojęcia, że trening może być tak bardzo męczący! 
- Sądzisz, że dałbyś radę oderwać kotu łapę? - spytał z zainteresowaniem. - Znalazłbyś w sobie taką siłę?
Łapę? Co on wygadywał? Raczej nie byłby w stanie tego zrobić. To... byłoby straszne! 
- Nie wiem panie... Jestem mały, a większe koty są duże i mają ode mnie więcej siły. - miauknął, czując dziwny dreszcz, gdy o tym wspomniał. Miał nadzieję, że wcale nie chciał tego u niego testować.
- Co to za wymówka, że jesteś mały? - prychnął starszy. - Miałem już zadać ostatnie pytanie, być łaskawy, pozwolić ci zejść, ale widzę, że wolisz wisieć i niepotrzebnie przedłużać - stwierdził.- Nie tak zachowuje się prawdziwy wojownik. Tak postępuje zwykły tchórz.
Położył po sobie uszka, mocniej tuląc łapkami gałąź. 
- Raczej nie dałbym rady - poprawił się.
Krwawnik przewrócił oczami. 
- Dobrze, to jeszcze jedno. Ale teraz masz udzielić precyzyjnej odpowiedź i zawrzeć jak najwięcej szczegółów - nakazał. - Rozumiesz? Chcę wiedzieć wszystko - oświadczył, odchrząkując. - Co byś zrobił teraz, gdyby ci, co cię topili, znowu próbowali by to zrobić?
Zdziwił się na to pytanie. Co by zrobił? Pewnie uciekł, ale nie tego oczekiwał jego mentor, a dłużej nie chciał tu wisieć, bo czuł, że jeszcze moment i się puści, upadając mu pod łapy. 
- Ja... powiedziałbym im, że nigdzie z nimi nie idę. A jakby próbowali mnie złapać, bym dał im pazurami po nosie i uciekł - odpowiedział. 
- A czemu byś od razu uciekł? Dlaczego nie spróbowałbyś walczyć do końca? - spytał. - Powiedziałem coś. Chcę jak najwięcej szczegółów i twoich przemyśleń. Nie uważam ucieczki za coś złego, pod warunkiem, że dasz do tego sensowny powód.
Zaczął gorączkowo myśleć, czując jak ból coraz bardziej rozchodzi się po jego zmęczonych mięśniach. 
- Uciekłbym, bo ich jest dwójka, a ja jeden. Nawet jakbym walczył, drugi by mnie złapał. Nie udałoby mi się wydostać, gdyby mnie pochwycili za kark, bo nie dałbym rady ich uderzyć łapkami i od razu wrzuciliby mnie do wody.
- Dobra odpowiedź - uznał. - Trzeba umieć ocenić swoje szanse w starciu z większą grupą. A gdybyś jednak był sam na sam z jednym z nich i miał szansę zemścić się i doszczętnie go skrzywdzić, to co byś zrobić? - Patrzył dalej, jak ten się kiwa, z nadzieją, że zaraz spadnie.
Yhhh... coraz trudniej było mu się utrzymać na gałęzi. Czuł jak łapki zaraz nie wytrzymają takiego napięcia, ale zacisnął pyszczek i odpowiedział starszemu.
- Ugryzłbym w łapę i unikał jego ciosów, by mnie nie złapał. Może też w ogon... albo sypnął piach w oczy
Mentor uśmiechnął się szerzej, zadowolony z rozwoju jego myśli.
- A gdyby przeciwnik leżał wręcz konający u twych łap, byłbyś w stanie go dobić? - spytał.
Dobić? Jak to dobić? Że zabić? Przez to pytanie, prawie zapomniał, że wisiał nad ziemią. Na szczęście jednak w porę się opamiętał, zmuszając się do wytrzymania jeszcze trochę, odrobinkę. 
- A... a czemu miałbym? - zdziwił się. - Znaczy... Skoro leży i nie wstaje, to nie jest w stanie zrobić mi krzywdy. Jest pokonany...
- Chwilowo. Jest pokorny, dopóki jest słabszy. Ale wystarczy chwila regeneracji i będzie próbował się zemścić - rzucił. - Nie daje się nikomu drugiej szansy. Jeśli masz szansę się bronić, to wykańczasz przeciwnika, żeby on potem nie zniszczył ciebie.
- Mh... - Skrzywił się, bo powoli już nie dawał rady tak wisieć. Zaczął dyszeć, a łapki zaczęły mu aż drżeć. - To... brzmi strasznie. I... mogę wejść już na gałąź? Proszę.

<Krwawnik?>

[przyznano 5%]