BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jafar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jafar. Pokaż wszystkie posty

26 października 2024

Od Jafara CD. Bluszczu

Nie potrafił zapomnieć tych słów. Bastet... Odeszła. Zostawiła go. Co z tego, że odebrała Białozorowi łapę, kiedy dalej przebywał w niewoli i nic się w jego sytuacji nie zmieniło? Co to był za głupi plan? Czym było jej poświęcenie, kiedy to nie zyskała na tym absolutnie nic? Jedynie rozgniewała samotnika, który chodził od tamtego czasu z iście morderczymi zamiarami. Jeśli jego życie można byłoby nazwać piekłem, to teraz zapewne zmieni się na gorsze. Samo to, że cierpiał po stracie ukochanej wbijało się w jego serce niczym cierniowe kolce. Czy tak właśnie umrze? Osamotniony w tej klatce? Bez nadziei na wolność? 
Słysząc znajomy głos, uniósł zmęczone spojrzenie na syna. Przynajmniej on mu pozostał, on i jego córki. Jeśli jego życie miało się ku końcowi, mógł zapewnić im lepszy byt. Jakże śmiesznie, że o tym teraz myślał, kiedy to powicie na świat tego potomstwa było zwykłą wpadką. Wpadką, która miała za zadanie przedłużyć jego ród, jego imperium. W swojej dumie był gotów nawet ich zabić, gdyby nie nadawali się na jego dziedziców. A teraz? Zaczął się przejmować. Może nie był zbyt dobrym ojcem, ale czas w niewoli sprawił, że spokorniał, a jego myśli kierowały się ku najbliższym, którzy mu pozostali. 
Zbliżył się do prętów, wbijając swój wzrok w młodego kocura. Rozejrzał się na boki, ale jego strażnicy nie wydawali się zainteresowani ich dwójką. Być może ich myśli zajmowała ostatnia afera, po której Białozór jednego z nich zabił. 
— Synu... Powinieneś pomyśleć o sobie. Bastet obiecała mi wolność, lecz zawiodła. Tym bardziej wy, moje dzieci. Lepiej odpuścić... Ratujcie siebie. Mi i tak wiele czasu nie zostało. Nie wiem czy... — zawahał się, jakby w obawie jak kocur zareagowałby na tą informację. — Nie wiem czy ma wolność jest możliwa... — szybko dopowiedział, zmieniając szybko sens słów. 
Bo czy jeśli kiedykolwiek powróciłby do swojego domostwa, to czy umiałby zapomnieć o tym piekle? Czy byłby w stanie przypomnieć sobie te chwilę, kiedy był przepotężny, a świat przed nim drżał? Nie... To już stare dzieję. On... się zmienił. Teraz jedynie o czym marzył to o rychłym końcu, by uwolnić swą rodzinę od brzemienia w postaci chronienia go. Był ich słabością, na litość! Czemu tego nie widzieli? Czemu nie chcieli się go pozbyć, aby wejść na szczyt, tak jak niegdyś to on zrobił ze swoją rodziną? 

<Bluszcz?>

14 lipca 2024

Od Jafara CD. Bluszczu

 Spojrzał na syna surowym acz zmęczonym wzrokiem. Nie za bardzo pojmował o co mu chodziło. Był na niego zły? Niby o co? Zresztą... nie powinien rzucać roślinami! Nie tego go uczył! 
— W co w ciebie wstąpiło? — zadał pytanie oczekując na odpowiedź. 
— Co we mnie wstąpiło? Co w ciebie wstąpiło! Mówiłeś mi, abym chronił nasze receptury, a ty je od tak sprzedałeś! I teraz pracujesz dla Białozora! Nie wstyd ci?!
Jafar wziął głęboki oddech, po czym zwiesił po sobie uszy. Prawda, że złamał swoje postanowienie. Ale nie był już dłużej wolnym kotem. Na jego pysku widniała paskudna blizna, symbol jego upokorzenia. Nigdy tego nie zmyje. Będzie z nim do końca życia. Teraz mało co go obchodził zewnętrzny świat... Szukał jakiegokolwiek sposobu na to, aby polepszyć swój byt. Nie był w stanie dłużej znieść tego cierpienia i upokorzenia. Jego hart ducha został złamany. Poddał się.
— Nie sprzedałem ich... Sprzedałem siebie... — wyszeptał.
— Co takiego? — Bluszcz wydawał się zdezorientowany jego słowami. 
— Nie znają receptur. Nie powtórzą ich poprzez przyglądanie się, do tego trzeba księżyców wprawy. Owszem... pomagam Białozorowi, ale proszę cię synu... Musiałem to zrobić. Nie chciałem umrzeć we własnych wymiocinach niczym nieporadny starzec! Chciałem... jeszcze na coś się przydać. Bastet nam nie pomogła. Dalej jesteśmy więźniami. Skoro tutaj ma skończyć się moje życie, chcę umrzeć z godnością... Dlatego nie oceniaj mnie, synu. Mam po prostu... tego wszystkiego dość. Ta praca, którą wykonuje pozwoli mi przeżyć kolejne księżyce bez bólu. Zrozum to... — wyjaśnił, po czym chwycił rozsypane rośliny i na powrót kontynuował pracę, już więcej na niego nie patrząc. 

<Bluszczu?>

23 kwietnia 2024

Od Jafara CD. Bluszczu

— Nie próbuj uciekać — gdy to usłyszał miał ochotę się zaśmiać Bluszczowi w pysk. On? Uciekać? Chyba kocur nie wiedział co się działo tu na dole, skoro sądził, że był tak głupi, aby rzucić się do wyjścia. Klatka to była jego jedyna bezpieczna przystań, w której czuł się bezpiecznie. — Jesteś za słaby, nie dasz rady. A teraz przybliż się trochę do mnie — rozkazał i położył przed ojcem liście wierzby. 
Przyjął zioła bez zbędnych słów. Te wymioty mocno nadszarpnęły jego żołądek... Nie dość, że śmierdziało jeszcze gorzej, to gazety wręcz się od nich kleiły, przez co nie dało się nie mieć torsji. A sądził, że niżej nie dało się upaść... Najwidoczniej dało. Syn jednak zauważył jego stan i jakimś cudem udało mu się przekonać Białozora, aby mógł go wyleczyć. Dobrze, że szkolił się w uzdrowicielskich praktykach. Teraz jego umiejętności ratowały mu życie. 
Samo jednak to w jakim był stanie i co musiało oglądać jego dziecko, wprawiało go w zażenowanie. Podano Bluszczowi jakiś materiał nasączony wodą i pozwolono mu go napoić. Woda... Woda była taka zbawienna. Spijał ją złakniony, czując jak jego żołądek na powrót się skręca. Na szczęście jednak leki powoli zaczynały działać. 
— Wyniesiesz te gazety? — Wskazał na upaćkane przedmioty. Nie wyzdrowieje w takich warunkach. Przecież nie dało się tu nawet oddychać! Cud, że ten kot, który pilnował Bluszcza, aby ten nie zrobił nic głupiego, tu jeszcze sam nie padł. 
Syn jak to dobry syn, zgodził się i wyniósł zarzygane śmieci. A już sądził, że tu umrze... Najwidoczniej to nie był jeszcze jego czas. Kiedy już nie było nic do roboty, jego syna wygoniono, a on znów został sam. 

***

Może i dawny on nie pochwaliłby go za to co zrobił, ale... ale jego szczęścia było co nie miara, gdy tylko obiecany koc trafił w jego posiadanie. Nie był jakiś szczególnie wykwintny, przypominał jakąś starą szmatę w beżowym odcieniu, ale to... to znaczyło dla niego tak wiele. Od razu zaciągnął go w swój kąt i wszedł pod niego, owijając się nim niczym najprawdziwszym skarbem. Nie potrafił powstrzymać łez szczęścia. Miał kocyk! Nareszcie mógł poczuć chociaż odrobinę wygody pod grzbietem. W Porze Nagich Drzew nie będzie już tak marzł, a jego dotyk na ciele, przypominał mu o bardzo przytulnym miejscu. No i mógł się do niego przytulić! Ewidentnie ten kawałek materiału był ponad wszystko inne. Miał gdzieś zioła, gdzieś swoje receptury. To... To było teraz dla niego najcenniejsze. 
Gdyby mógł nie rozstawałby się z nim. Dawał mu poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Mógł się w nim ukryć przed całym światem. Chronił go. Był jego jedynym przyjacielem. 
Ale niestety... czasami trzeba było wrócić do rzeczywistości. Szczęk otwieranej klatki spiął jego całe ciało. Wynurzył łeb spod koca, aby sprawdzić kto do niego zawitał. Dwóch samotników, tych samych co go pilnowało, kazało mu wyjść. Nieco się bał, bo nie znał ich intencji, a kojarzył ich z dość brutalnego znęcania się nad nim. 
— Wyłaź. Idziesz do roboty — prychnął jeden z nich podirytowany jego bierną postawą. 
Robota. Ah, no tak! Czyli przynieśli zioła? Ostrożnie wyczołgał się z klatki, ponieważ dalej miał trudności z utrzymaniem się na czterech łapach. To był dopiero początek jego kuracji po tym, jak codziennie był bity na arenie, przez co jeszcze nie doszedł do siebie, by móc ustać samodzielnie na swych kończynach. Samotnicy to wiedzieli i podnieśli go za kark. Ach, co to był za ból, gdy jego łapy się wyprostowały. Od razu się osunął na bok ochroniarza, który go podparł ze swoim kolegą. Udali się... w inne miejsce niż dotychczas chodził. Na dole była arena, a tu musiał wspinać się na górę. Długo mu to zajęło. Bez pomocy tych dwóch, którzy wciągali go za kark, zapewne nie doszedłby na piętro. Pomieszczenie, w którym się znaleźli było nieco zapuszczone, ale od razu co rzuciło mu się w oczy to masa ziół. Jego ziół. Aż się wzruszył. Pamiętał w końcu każdą kiść, która tu leżała. Na dodatek dojrzał swojego syna, który układał zapasy. Musiał się na jego widok bardzo zdziwić, w końcu nigdy go tu nie wpuszczano. 
Samotnicy zaciągnęli go w kąt, gdzie miał pracować, z dala od okien i drzwi. Jeden usiadł nieco z boku, a drugi spoczął na jego ogonie, jak gdyby to miało go powstrzymać od ucieczki. No... W zasadzie to było to skuteczne. Bez ich pomocy jedyne co by robił to się czołgał. Zauważył, że był jeszcze trzeci kot, który pilnował drzwi, a czwarty obstawiał okno. No naprawdę niesamowite, że sądzili, że był w stanie w ogóle im zbiec. 
— Tato? Co tu robisz? — zapytał zdumiony Bluszcz, który do nich ostrożnie podszedł, patrząc z lekkim strachem na jego strażników. 
— Pracuje — odparł, nie wdając się w szczegóły. — Będziesz przynosił mi zioła i odpowiednie narzędzia, bo raczej mnie nie puszczą. Najpierw woda do obmycia łap, a potem standardowe składniki, o których cię uczyłem. — Rzucił mu takie spojrzenie sugerujące, aby nie wymieniał nazw i nie pytał o nic więcej. Chciał mimo wszystko nie oświecać tutejszych dryblasów jak nazywały się konkretne składniki. — I daj trochę proszku, bym miał do niego dostęp. A wy. — Tu spojrzał na gangsterów. — Nie chuchajcie mi nad uchem, bo jeśli się pomylę nie będzie dobrej zabawy, a śmierć, jasne? 
Kocury spojrzały po sobie, ale pokiwały głowami. No. Przynajmniej nie byli głupcami i dadzą mu nieco przestrzeni. 

<Bluszcz?>

Od Jafara

 Leżał przodem do krat, ledwie muskając je swym nosem i obserwował otoczenie. Koty wchodziły i wychodziły, tu ktoś coś powiedział, tu ktoś się zaśmiał. Nic nadzwyczajnego. Za to zadziwiające było pojawienie się Białozora tuż przed jego pyskiem wraz z Melasą. Usiedli, zasłaniając mu widok swoimi łapami, lecz na to nie zareagował. Dalej wpatrywał się pusto przed siebie, jedynie wydając głuche westchnienie, świadczące o tym, że zarejestrował ich przybycie. Czego znowu od niego chcieli? Bo jakoś nie wierzył w to, aby świadomie przyszli rozmawiać o biznesach tuż obok niego. W zasadzie... I tak żadnej informacji nie wykorzystałby przeciwko nim, ponieważ nie mógł nic zrobić, gdy był tu uwięziony, więc nie mieli o co się martwić, ale wciąż... to było dziwne.
— Ostatnio zrobił się jakiś grzeczniejszy, nie sądzisz? — zwrócił się Białozór do swojego kompana, gdy zmierzył byłego pieszczocha krótkim i przelotnym spojrzeniem. 
— To prawda. Może dlatego, że miałem z nim bardzo edukująca rozmowę. Żalił się na swoje życie, a ja go pocieszyłem. W końcu... Jak można na to narzekać? Ma co jeść, ma dach nad głową, towarzystwo. Mogło być przecież gorzej, a ten wiesz co zrobił? Poryczał się niczym baba — Melasa rozgadał się i jak prawdziwa plotkara nieco podkoloryzował pewne kwestie. — Chyba już mu siada na łeb. Gdy wychodzi na arenę krzyczy niczym szaleniec „śmierć”, a tłum to podchwytuje i potem jacyś durnie chcą go naprawdę zabić. Ogarnianie tego syfu jest takie męczące. — Powachlował się łapą. — Przydałoby się więcej kotów do ochrony. 
Gdyby nie czuł się pusty w środku, parsknąłby śmiechem. To prawda, że nieco mu już odbijało. Rzeczywiście szukał śmierci w walce, licząc że jakiś dureń ukróci jego cierpienie. Na razie jednak bez powodzenia, przez co jego kolejne dni w tym miejscu były już tylko żmudną rutyną. Wstać, jeść, spać, walka, spać, jeść, trochę popłakać i wszystko zaczynało się od nowa. 
— Nie powinno cię to dziwić —  zauważył jednooki samotnik na komentarz Melasy odnośnie jego poryczenia się. —  Przecież zawsze był miękki jak kotka. Choć... to obraza dla kotek. Takim tchórzostwem nikt nie może się pochwalić. Mówisz, że już mu odbija? Nie ma mnie zbyt często na walkach, ale zdążyłem zauważyć, że nawet cierpienie już go tak bardzo nie rusza. Musiałem doprowadzić go na skraj... Perfekcyjnie. Chcesz większej ilości ochroniarzy, Melaso? To da się załatwić...
— Dziękuję. Zdecydowanie się dodatkowa pomoc przyda — Potaknął czarny kocur. — Trzeba w końcu pilnować, aby nie umarł. — Tu zniżył swój łeb, aby nawiązać kontakt wzrokowy z Jafarem. — Prawda, że nie chcesz umrzeć Księżniczko? Nie moglibyśmy się wtedy tak razem wspaniale bawić. Kuci, kuci. — Wsadził pazur pomiędzy kraty i pomiział go po nosie. Dawny pieszczoch nie zareagował, wpatrując się mętnym i pustym wzrokiem jedynie przed siebie. — No... Taki chyba zepsuty — uznał po chwili, prostując się. — O! Bastet! — wydał zdumiony okrzyk, co spowodowało, że Jafar jakby natychmiast ożył. Poderwał szybko łeb i docisnął go do krat, jakby chcąc dojrzeć swoją ukochaną. Gdzie ona była? Gdzie? Przyszła mu na pomoc? Naprawdę to się działo?! — Ha! Żartowałem. Czyli jednak jeszcze myśli... — Melasa zwrócił się do Białozora, chichrając się pod nosem, dostrzegając rozpacz na pysku więźnia, który na powrót się położył. 
Nie wierzył, że dał się tak nabrać! Na serio sądził, że Bastet się zjawiła. W jego wyobraźni jawiła się niczym bohaterska wichura, która wskakuje do Kołowrotu i dwoma pacnięciami łap pozbywa się wszystkich jego ciemiężycieli. Czasami miewał sny, gdzie przychodziła, rozrywała pręty klatki dwoma pociągnięciami łap i razem odlatywali ku zachodzącemu słońcu. Ah... To były piękne sny. Gdy się budził pozostawał tylko żal i rozpacz, że to nie okazało się prawdziwe. Ale no naprawdę... Gdzie ona była? Czemu nie miał żadnych informacji? Czemu nawet Betelgeza, którą widywał wychodzącą z tego miejsca, nie mówiła mu na jakim etapie było to jego "uwolnienie"? Odpowiedź była prosta. Porzucili go. Nikt po niego nie przyjdzie. Został sam. Ta świadomość bolała. 
Białozór mruknął coś pod nosem, a gardłowy, chrapliwy pomruk wydarł się z jego gardła. Przewrócił jedynym okiem.
— To dość smutne, że po tylu księżycach w niewoli wciąż ma nadzieję na powrót swojej ukochanej. Prawie zaczynam mu współczuć... Prawie — mruknął i stuknął pazurami w kraty. — Tak prędko nie umrzesz, Księżniczko. Jesteś nam potrzebny. Dużo mi za ciebie płacą...
Jafar spojrzał na kocura zbolałym wzrokiem. Tak... tym tylko teraz był. Niewolnikiem. Tych piszczek, których stosy walały się w piwnicy, gdy kierował swoje kroki na arenie to nawet we własnym brzuchu nie widział! Zawsze dostawał najmarniejsze resztki, które błąkały się po kanałach. Nic więc dziwnego, że był tak osłabiony, gdy jakość posiłków pozostawiała wiele do życzenia. A wraz z tym, cierpiało jego morale. Jego umysł, który opętany został przez ból, pragnął zrobić wszystko, aby odzyskać chociaż namiastkę dawnej swobody. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że zostanie tu na zawsze i umrze w okropnych cierpieniach. Nie... Nie chciał tak skończyć. Już ile wylał łez przez te księżyce łudząc się jak głupiec, że ktoś jeszcze o nim pamiętał. Wszyscy jego sojusznicy wypięli się na niego i o nim zapomnieli. Musiał więc sięgnąć po ostateczność. Musiał zawalczyć sam o siebie. Tak jak dawniej, gdy był na dnie. 
Otworzył pysk, jednakże zadrżał mu, gdy miał już wypowiedzieć te słowa. Bał się, bał, że samotnik go wyśmieje, że zmieni jego życie w jeszcze gorsze piekło, gdy okaże się to niewystarczające do zmiękczenia jego zimnego serca. Ale podjął już decyzję. Czasami trzeba było się poniżyć i przyznać do winy, by zacząć życie na nowo. To było jedyne wyjście. Nawet córka mu to doradzała, lecz był zbyt dumny, by choćby spróbować. Teraz jednak... nie widział innego sposobu, aby przejść do układania się z tym sadystą. Gdyby wypalił z grubej rury, zapewne odebrałby mu jedzenie na resztę dnia. Dlatego też z pełni żałości wzrokiem, wyglądając niczym ostatnie nieszczęście, zrobił to co powinien już dawno temu.
— Prze-epraszam — w końcu uciekło mu z pyska. — Przepraszam za to, że o-odebrałem ci wszystko! — Z jego oczu pociekły łzy, gdy zaniósł się szlochem. Nie wierzył, że do tego się posuwał, ale taka była prawda. Sam doprowadził do stanu w jakim teraz się znajdował. Gdyby nie to, że niegdyś zniszczył Białozorowi życie, przez co ten musiał żyć na skraju ubóstwa, sam nie straciłby swojego majątku. Dalej byłby wpływowym pieszczochem, a jego gang byłby potężny. Ale czy wtedy nie znalazłby się ktoś inny, kto zająłby miejsce niebieskiego vana? Być może tak czy siak, skończyłby na samym dnie. Nie był w końcu dobry. Ktoś taki w Betonowym Świecie nie miał prawa przeżyć długo. Robił to co musiał, aby powiększyć swoje wpływy, zastraszał i mordował, aby trzymać swoich wrogów na dystans. A teraz? Teraz ci wracali niczym koszmar, próbując odpłacić się za te cierpienia, które na nich zesłał. 
Melasa rzucił Białozorowi spojrzenie i dyskretnie się ulotnił, wyczuwając, że kocur zapewne zaraz go pogoni, nie chcąc, aby słuchał o "ich" sprawach z młodości. I w sumie rozsądnie. To była sprawa pomiędzy nimi. Ich relacja niczym jątrząca się rana rozpalała żądzę zemsty i gniła od środka. W jego jednak przypadku ten ogień wygasł. Teraz jedyne o czym marzył to uciec do jakiejś nory i z niej nigdy nie wychodzić. Przecenił swoje możliwości. Przegrał i niczym tchórz chciał schować łeb w piasek, aby nie być dalej częścią tego przedstawienia. 
Jafar przejechał swoimi łapami po łbie, starając się uspokoić, ale z każdą chwilą drżał coraz bardziej. To tak wiele go kosztowało. Ciężko mu było patrzeć na kocura, gdy zwierzał mu się ze swych grzechów, przyznając mu rację, którą od zawsze mu powtarzał. Był głupcem. 
— Byłem naiwny i głupi. Zaślepiła mnie władza. Odebrałem ci Kasztelana, wpływy i dom, zabiłem nasz gang, bo byłem zły. Zły i butny, aby zaakceptować waszą krytykę. Chciałem udowodnić tylko, że... że jestem w stanie coś osiągnąć będąc pieszczochem. Abyście przestali się ze mnie śmiać. I ja to zniszczyłem. Przepraszam cię. To przeze mnie taki się stałeś, to ja cię stworzyłem. Ja zniszczyłem ci życie. Ja za to wszystko odpowiadam. To moja wina. Moja. Zasłużyłem na swój los, dlatego... dlatego nie mam prawa prosić cię o wybaczenie, ale wiedz, że bardzo żałuje. — W końcu spojrzał mu w oko, co wywołało w nim kolejne dreszcze. — Wygrałeś. 
Białozór prychnął, ale nie odpowiedział nic, jakby bił się z własnymi myślami. Wreszcie mięśnie pod płachtą długiego futra napięły się i kocur przywalił pazurami w kraty powodując, że przerażony pieszczoch odskoczył aż na przeciwległą ścianę klatki. Metaliczny zgrzyt poniósł się echem po budynku. Gdyby nie te kraty, które oddzielały od siebie kocury, szaleńczy cios samotnika pewnie sprawiłby więźniowi kolejną szramę. 
— I mówisz mi to teraz, jak nie masz nic? — Białozór tak obniżył głos, jakby miał się zaraz zaśmiać. Gniew rozpierał go od środka i nie trzeba było być szczególnie spostrzegawczym, by wiedzieć, że w środku samotnika krył się prawdziwy wulkan emocji. — Jesteś jeszcze gorszy i durniejszy niż myślałem. — Odwrócił głowę, a jego ciało poszło za nią w ślad, sprawiając, że siedział pod kątem, częściowo odwracając się plecami do klatki. Strzepnął niechętnie ogonem. — Wiesz co, Księżniczko? Te przeprosiny możesz sobie włożyć pod ogon. Szkoda, że nie raczyłeś choćby na mnie spojrzeć, zanim cię do tego nie zmusiłem.
Serce łomotało mu w piersi z szaleńczą prędkością, gdy ze wstydem wbijał spojrzenie w swoje łapy. 
Prawda, że długo kocur był dla niego niczym więcej jak robakiem i przeszkodą na drodze. Dopiero, gdy po raz kolejny się spotkali, to się zmieniło. Dostrzegł go, lecz było za późno, aby naprawić tą przegnitą przez księżyce relację. Na dodatek nie miał nic... nie miał nic... Prawda. Pozostawał na łasce jednookiego samotnika. Sięgnął dna. Ale nie do końca był skończony. Coś posiadał. Coś cennego, coś co mogło zagwarantować mu lepsze życie. 
Ostrożnie przysunął się z powrotem do krat, siląc się wydobyć z siebie resztki odwagi, która kryła się w jego zastraszonym ciele. Nie dało się ukryć, że bał się Białozora, a każdy jego najmniejszy ruch powodował w nim kolejne dreszcze. Dlatego też dziękował w duchu za odgradzające ich kraty. W nich był bezpieczny. 
— J-ja... J-ja coś mam... — wychrypiał, jakby niedowierzając, że te słowa padają z jego pyska. — Mam coś t-tak cennego, o czym nikt inny nie wie. Nawet Jago czy Bastet... — Oblizał nerwowo pysk. — I do tego je-jeszcze coś... Mo-mogę ci to dać. W-wiem, że mi nie wybaczysz. Zaakceptowałem swój los. Ale... Ale mogę poprawić twój. Odpłacić się, spłacić dług, który nigdy zapewne nie zostanie spłacony. O ile zechcesz mnie wysłuchać... — Wpatrywał się w niego ostrożnie, jak gdyby samotnik znów miał się na niego rzucić. 
Usłyszawszy te słowa, uszy Białozora podniosły się, a sam kocur ostro obrócił głowę, wlepiając w niego uważny, zainteresowany wzrok pomarańczowego ślepia.
— To nie pomoc — powiedział nagle. — Ja pomocy nie przyjmuję. A już zwłaszcza od ciebie. Nie potrzebuję jej. To spłacenie długu — zaznaczył, jakby nie było to dość jasne dla ich obu. — Co masz do powiedzenia?
Jafar pokiwał ostrożnie głową, jakby bojąc się, że bardziej gwałtowny ruch może zniweczyć całe to zainteresowanie, które wytworzył tymi słowami. To była jego ostatnia karta. Ostatnia szansa na poprawę swojego losu. Jeśli samotnik odmówi... będzie skończony. Jego życie nie będzie miało dłużej sensu. 
— Jak wiesz... Za-zajmowałem się wytwarzaniem mieszanek, które działały różnorako na koty. Mało kto wie-wiedział gdzie to było i z czego one były robione. Tym czym faszerujecie się w Kołowrocie... To nie to samo co ja posiadam. Mam ca-cały magazyn wysuszonych ziół wszelkiego rodzaju. Od takich zwykłych, po cenniejsze, które w Betonowym Świecie nie rosną. To mój największy skarb. Niektóre z nich zdobywałem księżycami. Oczywiście... są bezwartościowe, gdy ktoś nie wie z czym ma do czynienia i jak należy je obrobić, by wytworzyć coś... niezwykłego. D-dlatego... Będę dla ciebie pracował. Wtedy wszyscy ci, którzy czyhają na twoje życie, staną się twoimi przyjaciółmi. Długo eksperymentowałem nad takimi mieszankami, które są w stanie zniewolić kota i uzależnić od towaru. Wtedy dochód jest... lepszy. B-bo ciągle wracają, muszą, jeśli chcą przeżyć. Ta władza... może być twoja. O-odbiłbyś się i ukrywał część dochodu przed Entelodonem, który od ciebie brałby tylko liche resztki w porównaniu z tym, jaki biznes będziesz na tym kręcił. A-ale... a-ale mam warunki... — zawahał się, ponieważ wiedział, że teraz schodził na bardzo delikatne tematy. — Zro-zrobię z ciebie bogacza jeśli zapewnisz mi t-trzy posiłki dziennie, k-koc oraz do-dostęp do medykamentów wraz ze stałą o-opieką uzdrowicielską. O-oczywiście będę dalej walczyć na arenie, ale rzadziej. D-dwie walki na księżyc. To wszystko czego-o pragnę. I porzuć myśl, że da się tych receptur nauczyć przez obserwacje. To wymaga księżyców wpra-awy. Moje dzieci musnęły ledwie podsta-awy, więc nie wytworzą ci czegoś co podbije rynek. Moja wiedza i umiejętności. To co mi pozostało. 
Białozór wbił w niego przenikliwe, prawieże mordercze spojrzenie, sprawiając wrażenie, jakby miał ochotę rozerwać kocura na strzępy. Jafar skulił się, przełykając z trudem ślinę. Już czuł jak jego nieuchronne pasmo cierpień tylko się powiększa. Już słyszał odmowę i już widział jak jego ciało zamienia się w jedną wielką galaretkę. 
Zaraz jednak pysk samotnika przybrał spokojniejszą barwę, jakby ten zrozumiał, jak wiele może na tym zyskać.
— Czyli teraz śmiesz jeszcze żądać ode mnie lepszych warunków? — prychnął, ale zaraz machnął łapą. — Dobrze. Trzy posiłki dziennie, koc, dostęp do medykamentów ze stałą opieką medyków, ale nie ma mowy o dwóch walkach na księżyc. Będziesz walczyć co ćwierć księżyca i umowa stoi.
— Dobrze — zgodził się od razu. To i tak było dla niego niesamowicie dużo, że ten w ogóle postanowił zastanowić się nad jego warunkami i znaczną ich większość zaakceptował. Być może w końcu uda mu się odbić od dna... być może... Wziął głębszy oddech, czując jak powoli napięcie go opuszcza. Usiadł nieco swobodniej, czując najprawdziwszą radość, która wycisnęła mu z oczu aż kolejne potoki łez. Dostanie kocyk! Najprawdziwszy! No i oczywiście więcej jedzenia, więcej spokoju od walk i nareszcie będzie mógł wykurować swoje rany. Miał ochotę paść mu do łap i dziękować. 
— W moim domu jest piwnica. Trzeba tam zejść. Któreś z mych dzieci zaprowadzi twoje koty. W skrzynkach na ziemi są zioła. Mnóstwo ziół. Trzeba je przenieść wszystkie, jeśli nie chcemy pominąć żadnego składnika podczas ich obróbki. Powinny być w wyśmienitym stanie, starannie o nie dbałem, by przetrwały mnóstwo księżyców w wysuszonym stanie. Dodatkowo... Są tam słoiki bez wieczek. To będzie ciężko przenieść... Jest w nich biały proszek. Bardzo cenny. Mój tajny składnik. Nie radzę, aby ktoś tego próbował, bo jeśli choćby zanurzy w tym język, to od razu umrze. W mniejszych dawkach powoduje odpowiedni efekt, z którego tak jestem znany. Pozyskanie go jednak będzie teraz bardzo trudne, więc jeśli chcesz być bogaty, musisz traktować to niczym największy skarb... Jeśli choćby zgubią parę ziaren... Wywalą w błoto wiele piszczek — podzielił się z nim bardzo cennymi informacjami, które chronił przez te wszystkie księżyce. 
Jednooki pokiwał głową.
— No, no, potrafisz być użyteczny, jak chcesz, Księżniczko. Dobrze. Poślę po zioła odpowiednie koty, a przenoszenie proszku będę nadzorować osobiście. W końcu nie chcemy, by coś się zmarnowało... Ale ta wiedza, Jafar, powinna zostać przekazana mi. Mi i tylko mi. Nikomu więcej nie powiesz ani słowa na temat swojego fachu.
O nie... Nie, nie, nie. Nie było szans. Musiał uświadomić kocura, że nie zamierzał go uczyć, a tym bardziej zdradzać w jaki sposób wykonuje się jego najcenniejszy towar. Znał Betonowy Świat. Gdyby tylko to zrobił, wróciłby do klatki pozbawiony swoich przywilejów, a Białozór żyłby w dostatku, sam wytwarzając dochód. 
— Nie jestem głupi... Gdybym nie chronił swoich sekretów, każdy wiedziałby jak wytwarzać takie mieszanki. Musisz jednak wiedzieć... że n-nie przekaże ci o tym wie-edzy. Ni-nigdy. To moja gwarancja, że nie zostanę wy-wykorzystany, a potem oszukany. Tylko ja będę je robił. Nikt i-inny. Jeśli tego nie uszanujesz za-zabiorę te informacje do grobu... — przestrzegł go przed potencjalnymi konsekwencjami niedotrzymania umowy. Musiał w końcu mieć zabezpieczenie, gdyby okazało się, że Azorek go wystrychnie na dudka. Nie urodził się w końcu wczoraj. 
Białozór uniósł brew.
— Nawet w klatce i cały zmizerniały masz odwagę, by ze mną negocjować — prychnął z pogardą. — Niech ci będzie. Ja dotrzymam swojej części umowy, a ty swojej. Ale jeśli ją złamiesz, nie licz na to, że kiedykolwiek wysłucham twoich próśb.
— Już nic mi nie pozostało do stracenia... — Na pysku pieszczocha pojawił się pierwszy uśmiech od tak dawna. — Nie złamie jej. Byłbym głupcem. Przypomniałeś mi jak działa świat... Wykonam swoją powinność względem ciebie — obiecał. — Nie zawiedziesz się. Nie tym razem — i mówił to całkowicie szczerze. Nie mógł zawalić. Wiedział jak to by się skończyło. Wolał już naprawdę ugiąć kark przed kocurem i dzięki temu robić to co kochał, czyli eksperymentować z ziołami, niż dalej być traktowany jak zwykły niewolnik, którego jedyną rolą jest dostarczanie rozrywki na arenie. 
Na pysku Białozora pojawił się pytający wyraz. Otworzył pysk i zaraz go zamknął, jakby miał mnóstwo do powiedzenia, ale kompletnie żadnej możliwości, by skleić to wszystko w spójne zdania.
— Muszę przyznać, że mnie zaskoczyłeś — mruknął w końcu. — Skąd w tobie taka nagła przemiana? Potrzebowałeś cierpienia, żeby zrozumieć swoje błędy?
Jafar położył po sobie uszy, a jego nie tak dawna, wręcz biznesowa poza, zniknęła. 
— Musiałem sobie przypomnieć, że moje życie jest w mych własnych łapach, a świat samotników różni się od tego pieszczochów. Zatraciłem się... Chciałem być jak... oni. Chciałem dotknąć zakazanego świata — westchnął. — I tak... gdy kończy się na dnie, życie przelatuje przed oczami. Wraca się do początków. Dużo rozmyśla i analizuje... A potem dochodzi się do wniosku... Jakim było się zapatrzonym w siebie durniem. 
— Oni? — powtórzył Białozór, jakby tylko te słowa go zainteresowały. — Jacy oni?
Jafar dłuższą chwilę milczał, jakby szukał odpowiednich słów. Sądził, że van wiedział, a przynajmniej mógł się domyślić kogo miał na myśli. Przecież dobijał nie tak dawno targu z jednym z ich przedstawicieli. Ale w sumie... nie powinno go dziwić, że kocur miał zbyt małą ilość informacji, aby mieć szerszy obraz na tą klasę, która niechętnie wychodziła do świata samotników.  
— Konsorcjum. Widziałem u ciebie Nefret... Nie wiem jakim cudem się poznaliście, ale uważaj na nich. Ja poznałem czym oni są bardzo późno. Próbowałem się do nich wkręcić... Nie przyjmują w końcu byle kogo. Dla nich samotnicy to zwykłe śmiecie. Ale to jak żyją... — cofnął się wspomnieniami. — Z racji tego, że miałem całkiem spory majątek i rozległą posiadłość, a także status pieszczocha i nienaganne maniery, zapraszano mnie na bankiety, gdzie dobijaliśmy targów. To inny świat. Pełen spisków, intryg, ale jakże satysfakcjonujący. Co oni tam jadają, co piją, a co najważniejsze jak wyglądają. To prawdziwa śmietanka towarzyska. Może i nie byłem rodowym pieszczochem i często patrzyli na mnie z góry, ale ich sposób bycia był dla mnie wzorem. Nie radziłbym ci dobijać z nimi żadnych interesów — przestrzegł go tylko. — Na pewno już wiedzą jak mnie potraktowałeś... Oni bardzo, ale to bardzo boją się skończyć na dnie bez swych majątków. Pogoniliby cię. No może prócz Nefret — prychnął na wspomnienie kocicy. — Ona zapewne szczęśliwa z mojej niedoli. W końcu zrobi wszystko, aby udowodnić tym bucom, że kotki też mogą zarządzać własnym biznesem. W ich świecie to rzadkość i skandal... Ale Nefret ma swoje sposoby, aby dalej być w grze. Niezbyt... przyjemne. 
— To był przypadek. Poznaliśmy się przez przypadek — Białozór mruknął oszczędnie w odpowiedzi na jego pierwsze słowa. — A więc mówisz, że jakimś trafem udało ci się wbić do towarzystwa wysoko urodzonych pieszczochów? Nigdy w życiu nie słyszałem o żadnym Konsorcjum. Przynajmniej nie tyle, żeby móc stwierdzić, co to jest — prychnął. — Ochh, a więc okazuje się, że nasza Księżniczka tylko w gronie samotników miała sławę i szacunek, czyż nie? U arystokratów — i tutaj przybrał bardziej pogardliwy ton, prawie jakby miał zamiar splunąć, ukazując tym samym, jak bardzo gardził pieszczochami i wszystkim, co się z nimi łączyło. — Wcale nie jesteś taki świetny. W końcu samotnik zawsze będzie samotnikiem, nieważne, jak dużą ilością jedwabi i ozdóbek się okryje — Więzień na ten komentarz położył po sobie uszy, a samotnik na jego kolejne słowa zaśmiał się. — Nie jestem głupi, żeby się z nimi spoufalać. Zresztą wiesz, Jafar, jak bardzo nie znoszę elity. A Nefret? Ile ty możesz o niej wiedzieć? Czego jeszcze nie wiem?
— Cóż... Na pewno wiem więcej od ciebie. Je-jeśli masz z nią jakiś interes... jeśli coś jej zdradziłeś... wiedz, że już wszyscy o tym wiedzą. Ona manipuluje takimi kotami jak my... Te jej słodkie słówka to jest tylko i wyłącznie fałsz. No i... — Przełknął ślinę. — Jest straszna. Jeśli ją obrazisz to obudzisz się łysy — i mówił to na poważnie. Krążyły w końcu po pieszczochach plotki, że Nefret tak właśnie załatwiała koty, które śmiały z niej zakpić. Sam... był jakby to ująć... prawie jej ofiarą, gdy podczas jednego ze spotkań, obraził ją tym, że nie miała sierści. No bo... Kto by się nie oparł, aby rzucić kąśliwym komentarzem w stronę takiego szczura? No i co? I jędza go otruła. Już wtedy sądził, że zapewne umrze, ale okazało się, że roślina, którą mu podała w pokarmie, powodowała tylko czasowy paraliż kończyn, a nie ważnych narządów. Przeżył, ale z jaką traumą! Już nigdy więcej nie chciał widywać Nefret na oczy. 
Białozór prychnął.
— Wiem, że jest śliska i jadowita. Jak każdy w mieście. Tutaj nie ufa się nikomu, bez względu na to, czy to bogaty pieszczoch, czy zmokły szczur żerujący na ulicznej padlinie — rzucił. Widać było, że na wzmiankę o interesie stał się bardziej nerwowy; przyłożył pazury do klatki i przejechał nimi w dół, a ostry, nieprzyjemny zgrzyt zadzwonił w uszach kocurów. — Nie nabierze mnie na swoje manipulacje. Nie jestem tępy, wiem, na czym jej zależy. I gdybym mógł, pozby... — zaraz zamknął pysk, jakby zrozumiał, że nie powinien mówić Jafarowi zbyt dużo. 
Więzień nie skomentował tego, patrząc na niego z taką miną, która sugerowała jednookiemu, że on wie. Wie co chciał przekazać i dlaczego się zawahał. Nie zamierzał jednak ciągnąc go za język. Miał pokorę, którą nabył przez księżyce w tym miejscu.
Cofnął się ostrożnie w swój kąt uznając, że starczy już tych rozmów, nim zapędzą się oboje tak, że będą tego potem żałować. 
— Będę czekał na koc... — mruknął tylko, kładąc się z bólem na gazety. 
Osiągnął swój cel. Na dodatek ta rozmowa go strasznie wymęczyła. Czuł jak jego zdarte gardło na nowo nieprzyjemnie go drapie, powodując ból przy przełykaniu śliny. Nie używał głosu, a tym bardziej nie rozmawiał z nikim na biznesowe tematy już od tak dawna... 
Białozór odszedł, nie mając nic do dodania. Nikt z nich nie spodziewał się, że tak zakończy się ten dzisiejszy dzień. 

20 kwietnia 2024

Od Jafara

*tw opowiadanie zawiera przemoc fizyczną jak i psychiczną oraz depresyjne myśli*

03 kwietnia 2024

Od Jafara

*księżyc później*

— Proszę Państwa, otoooooo… Księęęężniiiczkaaaa! — głos Melasy poniósł się echem po piwnicy, w której zagrzmiało od ryków. Nie miał pojęcia, która to już jego walka, lecz każda zaczynała się i kończyła w taki sam sposób, jego porażką. Mimo to samotnicy przychodzili oglądać kolejną jego klęskę. Płacili jedzeniem, by dostać się tylko do Kołowrotu, aby zobaczyć tylko kto go teraz zmiesza z błotem. Najwidoczniej jeszcze bardziej został rozsławiony i w Betonowym Świecie tylko rozmawiano o tym ile jeszcze wytrzyma. Każdy chciał być świadkiem tego jak zabiera go śmierć. Czuł to w ich spojrzeniach, w ich dopingach, gdy wołali „Księżniczko, zdechnij wreszcie!”. Liczyła się dla nich tylko jego krew. Przybyli tu by zaspokoić swoje krwiożercze pragnienia. 
— Jak dobrze wiecie, Księżniczka na swoim koncie nie ma ani jednego zwycięstwa. Czyż mu nie wstyd, że umiejętnościami dorównuje pieszczoszkowi? — zapytał komentator, a po tłumie rozległy się potwierdzające słowa. „Wstyd! Buuu!”. Ktoś trafił w niego resztką ryby, która zawisła mu na szyi. Nie zareagował na to, stojąc z cierpiącym wyrazem twarzy. Nie dlatego, że drwiny go ruszały, a dlatego, bo jego rany nie były zaleczone po ostatnim razie i samo chodzenie sprawiało mu istny ból. 
— Dzisiaj zmierzy się z Łopianem! Brawa dla chętnego. Jak się czujesz z tym, że dzisiaj wygrasz? Hm? — zwrócił się do pewnego siebie młodzika, który wystąpił naprzód.
— Wspaniale! Już nie mogę się doczekać, aż poleje się krew! — ryknął do tłumu, a ci odpowiedzieli mu tym samym. 
— A więc… Niech rozpocznie się show! — Rozległ się dźwięk uderzenia o metalową pokrywę kosza i zaczęło się. 
Kroki Jafara były chaotyczne i niezbyt przemyślane. Ból w nim powodował dość niecodzienny styl walki, skupiony bardziej na jak najmniejszym nadwyrężaniu mięśni. Był napięty i gdy odskakiwał robił to delikatnie niczym sarna. Łopian się zaśmiał, ponieważ dla niego to była zwykła zabawa, która miała przysporzyć mu chwałę, a dla niego… Dla niego to było być albo nie być. 
Jego zmęczony umysł nie garnął się do wymyślania strategii mającej na celu pokonanie młodzika. Robił zwykłe przedstawienie, najmniejszym kosztem, aby tylko spełnić krwiożercze pragnienia widzów. To był cel. Poskakać, dostać najmniej cęg i na końcu poudawać, że uderzenie go znokautowało. Wtedy mógł wrócić do klatki. Zresztą… udawanie nie było wcale takie udawane, bowiem gdy upadał na ziemię, ból jaki go przeszywał wystarczał, by miał ochotę umrzeć. 
Jednak… zauważył, że ten młodzik nie był wcale taki dobry jak poprzedni jego przeciwnicy. Nie był szybki, a nawet i zwinny. Gdyby tak… go przechytrzyć? 
— Ależ co za taniec! Księżniczka chyba zaczyna nabierać wprawy w unikach. Haha! — zaśmiał się Melasa, zaczynając podgrzewać walczących do bardziej bezpośredniego starcia. — Nie bój się Łopianie, postaw na wszystko! Co może nasza kochana Księżniczka? Jedynie połaskota cię po brzuszku — rzucił żartem, z którego wszyscy się zaśmiali. 
I to był błąd samotnika. Gdy ten tylko zapędził Jafara w kozi róg, by nareszcie zadać mu rany, ten wykrzywił się z bólu. 
— A co to takiego? Już Księżniczkę boli od samego spojrzenia tego młodziaka! Tego to jeszcze nie wiedzieliśmy moi drodzy! — miauczał Melasa z zaintrygowaniem przyglądając się rozgrywającej się scenie. 

*tw brutalny opis śmierci*

02 kwietnia 2024

Od Jafara CD. Betelgezy

Wpatrywał się przerażonym spojrzeniem w córkę, która zaczepiła się o niego pazurami. Był zbyt zaskoczony, aby zareagować. Chociaż wiedział, że to wszystko jest po to, aby Azorek jej nie zabił za to, że ta z nim rozmawiała, tak sama świadomość bolała, tak jak rozdarte na powrót rany. I choć kiedyś twierdził, że byłby w stanie zabić swe dziecko, jeśli zwróciłoby się przeciwko niemu, to walka z wyrośniętą samotniczką dała mu popalić. Była w zdecydowanie lepszej formie od niego. Widać było, że miała nad nim przewagę, zwłaszcza że jego ciało było osłabione przez liche posiłki i ciągły ból. Odkąd wepchnięto go na arenę, wiedział, że był na straconej pozycji. Tu nie było mowy o wyrównanych szansach. 
Bronił się niczym desperat, próbując odgonić nacierające ataki. Nie udawał, nie dawał jej forów. Bał się. Nie chciał czuć kolejnej fali bólu. Nie, gdy świadomość podpowiadała mu, że osoba przed nim nie była już jego córką, a zagrożeniem, które mogło odebrać mu życie. To powodowało, że strach coraz bardziej przejmował nad nim kontrolę i zmuszony był kąsać oraz wbijać pazury w ciało Betelgezy. Nie było to jednak umiejętne. Kocica była szkolona przez Bastet i doskonale o tym wiedział. Widział to w jej ruchach, w jej spojrzeniu. Mógłby przysiąc, że w pewnej chwili zamroczony przez ogarniającą go słabość, widział w niej swoją lewą łapę. Czuł, że jej matka byłaby dumna... Chociaż może nie w tym momencie. W końcu... miała go chronić, a nie zadawać mu ból. 
— Ah! Proszę państwa! Księżniczka znowu sobie nie radzi! Każdy z nas jednak wie, że to pieszczoszek, a nie samotnik! Nic więc w tym dziwnego. Ałć! Ale to był cios! Mamy kolejną porcję świeżej krwi! — miauczał Melasa, gdy kotka położyła po sobie uszy i bez cienia widocznego zawahania wyłożyła przed swoim ojcem serię uderzeń - raz to wyrżnęła mu z łapy w policzek, tak, że aż z ust spłynęła mu krew, a raz przyłożyła mu z całej siły w bok, jakby miała zamiar pokruszyć mu żebra na małe kawałeczki. Przy każdym jej ruchu mina pozostawała kamienna, dając kocurowi przerażająco realne uczucie nienawiści płynącej z żył jego córki. Syknęła głucho, gdy dostała od czarnego kolejne z rzędu ugryzienie. Sącząca się z barku krew spowolniła jej następne ruchy, choć wciąż miała przewagę nad zbolałym i wymęczonym ojcem. Podcięła mu nogi łapami, licząc, że się przewróci.
— Niesamowita akcja! Widać, że młoda wdała się w Bastet! — komentował czarny, gdy Jafar upadł jak długi na ziemię, charcząc od krwi, która wypływała mu strumieniem z pyska. Nie był już w stanie nic zrobić. Ból wręcz paraliżował jego mięśnie. Zamknął oczy, oddychając z widocznym trudem, tak jakby kocica rzeczywiście pogruchotała mu żebra i czekał. Czekał na cios ostateczny, kończący ten teatr. Chociaż bardzo liczył na to, że on nie nadejdzie. Tłum krzyczał coraz głośniej "dobij go!", a Melasa nadawał jak katarynka, nakręcając ich tylko coraz bardziej. 
— Betelgeza! Betelgeza! — tłum skandował w oczekiwaniu licząc, że kocica rzeczywiście dobije leżącego.
Kocica wskoczyła na niego, dodatkowo przygniatając go swoim ciężarem. Nieodparte nawoływania tłumu sprawiły, że chwyciła luźną skórę na jego karku, unosząc jego głowę do góry. Nie pozwoliła sobie na ani moment zawahania i zbliżyła pysk do jego ucha, by wyszeptać:
— Przepraszam za to, co teraz zrobię — gdy tylko wypowiedziała ostatnie słowo, na jej pysk wpełzł podły uśmiech, wyraźnie po to, by zmylić tłum.
I nie pozostawiając mu ani uderzenia serca na choćby przyjęcie tych słów do świadomości, cisnęła jego głową o zimną posadzkę, jakby co najmniej odbijała piłeczkę, a nie krzywdziła własnego rodzica. 
Poczuł tylko ból, gdy nastała ciemność. 

***

Gdy się obudził czuł się tak, jakby był wciąż ogłuszony. Świadomość wracała do niego z trudem. Słyszał jedynie pisk w uszach i odległe bulgotanie, jak gdyby tkwił pod wodą. Otworzył oczy, lecz świat był zamglony. Coś się poruszało. Jakieś cienie. Nie był jednak w stanie ich rozpoznać. 
Dopiero po mijających uderzeniach serca, które zdawały mu się trwać wieczność, obraz do niego powrócił, tak samo jak dźwięki. Rozejrzał się powoli po otoczeniu i spostrzegł, że jego przebudzenie spowodowało niemałe poruszenie. Usłyszał "obudził się, będzie żyć", a zaraz potem jakiś uzdrowiciel zaczął go cucić klepaniem po pysku. Tak jakby mało już po nim dostał... 
— No Księżniczko, tak tobą grzmotnęła, że trzy dni byłeś nieprzytomny. Już myśleliśmy, że po tobie.
Trzy dni?! Szczęka go rozbolała, więc jedynie się skrzywił i nic nie powiedział. Trzy dni... To dopiero było absurdalne. Jeszcze nikt go tak nie znokautował, by tak długo pozostawał poza światem realnym. A jego córka... Przypomniał sobie jej ostatnie słowa. Wiedział, że musiała to zrobić. Wiedział, ale jednak... Jednak świadomość tego była dla niego druzgocąca. Mogli w końcu udawać! Nie musiała potraktować go dosłownie w taki sposób! Przecież zdawała sobie sprawę z tego, że nie był na siłach. A mimo to... Zrobiła to. Ku uciesze widowni jak i samego Białozora. 
Gardło mu się ścisnęło. Walczył z trudem ze wzbierającymi łzami. Do jego uszu dotarło jak uzdrowiciel mówił komuś, że doznał wstrząsu mózgu, więc tak szybko się nie pozbiera jak sądzono. Tak... Czuł się dziwnie. Na szczęście nie stracił pamięci! Słyszał w końcu takie historie... 
Kiedy uniósł głowę dojrzał Białozora. To z nim rozmawiał samotnik. Zapewne przybiegł tu czym prędzej, aby sprawdzić czy rzeczywiście żył. 
Opadł łbem na zimną posadzkę i nawet nie spostrzegł kiedy odpłynął. Jednakże, gdy otworzył na powrót oczy obraz za kratami się zmienił. Nie było już Białozora i innych ciekawskich kotów, którzy do niego zaglądali. Dojrzał zamiast tego znajomą postać, kierująca ku niemu swe kroki. Wspomnienia z nie tak dawno odbytej walki sprawiły, że cofnął się jak najdalej w kąt, jak gdyby ciało wciąż znajdowało się na arenie, a nie w bezpiecznym schronieniu. Dalej czuł ból w głowie i zapach krwi, który ją oblepiał. Nie potrafił zapomnieć obrazów, które towarzyszyły mu podczas tamtego wieczoru. Bólu, który przypomniał o sobie ze zdwojoną siłą, gdy w końcu córka stanęła mu po raz kolejny naprzeciw. 
Nic nie powiedział, nie wiedział po co przyszła. Wątpił, że to był ratunek. W tym stanie nie byłby w stanie nawet doczołgać się do wyjścia. Zakaszlał, ponieważ suchość w gardle dała o sobie znać i czekał. Czekał aż wyjawi mu swój cel wizyty. 

<Córko?>

31 marca 2024

Od Jafara CD. Bluszczu

Zdumiał się, gdy usłyszał głos syna. Sądził, że wszyscy byli uwięzieni, a Białozór nie pozwalał im tu schodzić, nie mówiąc już o odwiedzinach. W pierwszej chwili nie zareagował. Nie chciał pokazać w jak żałosnym był stanie. W końcu od zawsze był kreowany na tego silnego, strasznego przywódcę gangu oraz surowego ojca, który nie wybacza błędów dzieciom. A teraz? Teraz kim był? Workiem do bicia dla tutejszych samotników. Na dodatek nie dostawał profesjonalnej opieki zdrowotnej. Jedynie opatrywano mu rany, co nie uśmierzało jego bólu. 
Czuł także... wstyd. Wstyd, że dał się oszukać, że skazał swe potomstwo na obserwowanie jego niedoli. Jeszcze tego mu brakowało, aby poryczał się przed Bluszczem, ukazując coś, czego się brzydził. Ale nocami, gdy wszyscy spali, dość często oddawał się rozpaczy. Nie potrafił wytrzymać tego stresu, który go pożerał każdego dnia. 
Jednakże... kolejne słowa kocura sprawiły, że jego łeb się uniósł, ukazując jego zaschnięte od krwi oblicze. Co zrobił? Nic przecież nie zrobił! Dalej tu siedział! Dalej tu tkwił! A on?! Był poza kratami. Dziwił się, że jeszcze nie dał nogi. Czegoś ich matka musiała nauczyć. Na dodatek się rozryczał, nic więcej nie tłumacząc. Przecież się nie domyśli o czym mówił! Gapił się na niego w konsternacji. 
— O czym ty mówisz? — wydał z siebie ochrypły dźwięk, który miał być słowami. 
— Ja... Ja... — Bluszcz zaczął przez łzy, jednak nie był zdolny do wypowiedzenia tego co cisnęło mu się na język. — Zmusił mnie... Mówił, że z-zabije was wszystkich! — Zjeżył sierść, przypominając sobie tamten dzień. — Ale t-teraz nie mogę powiedzieć... Tu jest ich za dużo... Jak któryś się d-dowie... — mruknął ciszej. — Ten jednooki chyba nie z-zna się na ziołach... — powiedział bardziej do siebie, ale że był blisko klatki z ojcem, ten jako jedyny, zdołał usłyszeć słowa arlekina.
Zamarł, a sierść mu się aż uniosła. Zioła... Grożenie... Powoli wszystko układało się w klarowną całość. Oczywiście nie mógł być pewien, że do tego doszło, póki Bluszcz mu nie potwierdzi, ale łapy aż go świerzbiły, by złapać syna za ramiona i dać mu po pysku. Zamiast tego, westchnął głęboko. Nie był w stanie się ruszyć, aby podejść bliżej, pozostało mu więc doczołganie się do prętów z bólem wymalowanym na pysku. 
— Zdradziłeś receptury? — syknął cicho z pobrzmiewającym gniewem w głosie. — Jeśli tak to ciesz się, że siedzę w tej klatce i nie doświadczysz mego gniewu — rozkaszlał się zaraz od zdartego gardła. — Mógłbyś ten jeden raz na coś się przydać i zamiast tu siedzieć i ryczeć, przyniósłbyś mi coś co uśmierzy mi ból. I uważaj... — dodał już nieco łagodniej. — Mogą ci coś zrobić za rozmowę ze mną. Chociaż prawdopodobnie już powiadomili Białozora, że tu jesteś. Idź już. A jeśli cię zacznie pytać... — Co jego syn mógł niby powiedzieć samotnikowi? To jasne, że nie uwierzy w nic co powie. Nie był tak sprytny jak jego siostra. Był zbyt delikatny i szczery, by łatwo cokolwiek przed nim ukrył. — Przysięgnij mu lojalność lub ucieknij. Ocal przynajmniej swoje życie. Bo moje... jest już skończone — westchnął ciężko. 

<Bluszcz?> 

25 marca 2024

Od Jafara

Został wyprowadzony z klatki, z której po ostatnich dniach nie chciał się za nic w świecie ruszyć. Stanowiła może i jego więzienie, ale też dzięki niej czuł się bezpieczniej, gdy pojawiały się świry, którzy grozili mu odgryzieniem kończyn. A patrząc po tym jak został ostatnio skopany, w jego głowie opuszczenie zakratowanego pomieszczenia oznaczało tylko kolejne problemy. Jednakże na nic zdał się jego upór. W większej ilości samotnicy stanowili mur nie do przeskoczenia i z łatwością sobie z nim radzili. Nawet jeśli próbował gryźć i drapać, tak gwałtowne szarpnięcie odbierające mu dech i kilka kępek sierści, przywracało go do porządku. 
Szli nieco dłużej niż się spodziewał, bowiem opuścili główny salon i zaczęli schodzić po schodach. Czuł, że zmierzali do piwnicy. Wilgoć w powietrzu, drgające światło zapajęczynionej żarówki, która oświetlała ze znikomym skutkiem masę skrzyń, sygnalizowała, że znajdowali się coraz bliżej celu. 
Ale nie to go przerażało. To głosy. Gwar rozmów, przekrzykiwań i rozgardiaszu. I już wiedział co się stanie. To co przekazał mu nie tak dawno jeszcze Białozór, właśnie miało stać się prawdą. To koniec. Po nim. Dziś zakończy się jego era. 
Strażnicy się zatrzymali, a on wraz z nimi. Rozejrzał się po otoczeniu, czując jak nerwy powoli dają mu się we znaki i wtedy go ujrzał. Melasa. Jego odwieczny wróg, którego nienawidził całym sercem, nawet bardziej od Azorka, liczył piszczki. Był to dość sporawy stos i go aż zemdliło na myśl, że to wszystko to była zapłata za ujrzenie jego śmierci. Ale nie potrafił myśleć teraz o swym końcu, bo znów obudziła się w nim ta złość, gdy tylko samotnik kręcił się w pobliżu. Budził w nim odrazę i przypominał o wszystkim co najgorsze. 
Czarny słysząc wrogie pomruki, które wyszły mimowolnie z jego gardła, uniósł wzrok, a jego pysk rozjaśnił się od razu w uśmiechu.
— Księżniczko! Jak wspaniale cię widzieć. Nie spodziewałem się, że zejdziesz tu tak szybko. Myślałem, że będą problemy, ale proszę, proszę. Zaraz cię zapowiem — miauczał, przerzucając pokarm. — Spójrz! Widzisz ten stos? To wszystko twoja zasługa. Jesteś jak kura znosząca pozłacane jajka. Każdy chce ujrzeć twój haniebny koniec. Twój szef zbije na tobie fortunę! 
— To nie jest mój szef! — wydarł się, nie mogąc znieść tego jego zadowolonego tonu.
— Och — zachichotał, klepiąc się łapką po miejscu, w którym Jafar miał u siebie bliznę. — Ten znak mówi co innego. No, ale już, już, nie denerwujmy się tak. Zachowaj siły na walkę. Nie możesz nas zawieść. Nikt na ciebie nie postawił, a szkoda byłoby przeżyć rozczarowanie twoim zwycięstwem. Postaraj się jednak przetrwać jak najdłużej, aby nieco rozkręcić show. — I odszedł tanecznym krokiem, wskakując sprawnie na beczki. 
Co za zafajdane, małe, pokraczne, lisie łajno! Gdyby nie to, że jego straż ściskała go z obu stron swoimi ciałami niczym imadło, ruszyłby za nim szybko i zabił niczym psa. Samo jego brzmienie głosu doprowadzało go do wściekłości. Wzrokiem prześledził stos, który stanowił dochód Białozora z tego przedsięwzięcia i się skrzywił. Naprawdę? Jak można lubić jakieś walki? To nie była rozrywka na poziomie, a zwykłe dno. Nie wierzył, że miał wystąpić w tam w charakterze worka do bicia. 
— Panie i Panowie! Dziękujemy za tak liczne przybycie — rozległ się głos Melasy, a szmery rozmów od razu ucichły. Nie widział go, ale na pewno szczerzył się głupio do widzów, niczym tandetny komediant. — Nadeszła ta chwila! Usiądźcie wygodnie, bowiem za moment doznacie niesamowitych wrażeń! Oto ten, który wzbudzał niegdyś w Betonowym Świecie strach, teraz jedynie zasługujący na śmiech. Morderca, bez krzty litości dla swych wrogów, obcinacz języków i zmora topielców! Tak o nim mówiono. Stek bzdur i kłamstw, którymi was karmił. Oto nasz ukochany pieszczoszek! Niewiasta w opałach, pragnąca jedynie kocimiętki i dobrej zabawy! Księęężniiiczkaaaa! 
Gdy rozbrzmiały te słowa, został wepchnięty na środek pomieszczenia. W końcu zobaczył widzów zasiadających na skrzyniach, skandujących jego przezwisko. Białozór leżał w najwyższym punkcie niczym pan i władca, przyglądając się temu wszystkiemu z uśmiechem. 
A on... go paliło do ubicia Melasy tu i teraz za te bzdury, które wygadywał! 
— Zabiję cię przeklęty kłaku! — Ruszył w jego stronę, lecz czarny sprawnie umknął wyżej z dala jego łap, a bliżej Azora.
— Ohoho, już rwie się do bitki. Brawa dla Księżniczki — i rzeczywiście, rozległy się gwizdy i wiwaty, że aż go skręciło. — Jego przeciwnikiem będzie ktoś kto nieźle zapłacił, aby zostać pierwszym kotem, zdobywającym tytuł "Pogromcy Księżniczek". A chętnych było sporo, naprawdę. Gdy to ujrzałem zacząłem współczuć naszej gwieździe, ale tylko odrobinkę — zarzucił żartem. — Nie obawiajcie się jednak, każdy będzie miał swoją szansę. Powitajmy naszego zwycięzcę - Betoooonaaaa! 
— Beton! Beton! — zaczęły się skandowania, gdy na arenie wkroczył postawny, dość wysoki, niebieski kocur. 
— Z doświadczenia wiem, że zderzenie z betonem boli, ale takim na czterech łapach? To dopiero będzie masakra moi mili — komentował Melasa, w końcu ogłaszając. — Zaczynajmy nasze show! 
Ktoś walnął w metalową pokrywę kosza na śmieci, a przeciwnik ruszył w kierunku Jafara z zawrotną prędkością. Pieszczoch ledwo to uniknął, potykając się o swoje łapy ku radości oglądających.
— Nie wiesz jak długo czekałem na tą chwilę! — sapnęła góra mięsa, trafiając go pazurami w bok, nadpruwając mu sweterek. — Zabiłeś mego brata, a teraz ja przerobię cię na krwawą miazgę! 
Nie miał pojęcia o kim samotnik mówił. Owszem, nie był czysty, miał za swoimi uszami grzeszki. Wierzył jednak w to co wypowiadał. Mógł rzeczywiście odebrać komuś brata. Wszak pozbawił życia wielu, których wspomnienia już dawno się zatarły. Jednak świat nie zapominał. Uświadamiał mu to boleśnie, gdy raz po raz, upadał na ziemię, pod ciosami silniejszego. 
Zaczęli się szarpać, przez kilka chwil krocząc na tylnych łapach. Bronił się swymi kłami i pazurami, lecz przeciwnik wcale nie słabł wraz z lejącą się krwią. Coraz bardziej się rozjuszał, a krzyki tłumu tylko napędzały go do działania. A Jafar? Słabł z każdym uderzeniem, z każdą raną, która piekła go od kolejnych trafień. Sweter dawał mu jakąś ochronę, bowiem nie był byle jaki. Jednakże i on pruł się coraz bardziej, gdy pazury o niego zahaczały. 
Melasa komentował wszystko co się działo niczym podekscytowane kocię. To nie pozwalało mu się skupić, wytrącało z równowagi. Był niczym mucha brzęcząca koło ucha, której nie dało się odgonić. 
— Co za cios! Księżniczka leży! A co to? Proszę państwa mamy to! Pierwsza krew z pyska! — miauczał na widok spluwającego krwistą posoką pieszczocha. 
Beton nie zatrzymywał się jednak, wciąż wirując z nim w tańcu. Widać było, że był wyszkolony. Wiedział jak walczyć i w co uderzać. Jafar nie miał tu przewagi. Raz po raz, dostawał cęgi, a przeciwnik wykorzystywał jego coraz bardziej urwany oddech i wypełniający go strach. 
— Cios prosto w gardło! Ależ musiał teraz zachłysnąć się śliną! 
Jafar zakaszlał, ledwo co stojąc na łapach. Starając się ignorować komentarze i nawoływania tłumu.
— Dobij go! Dobij! — wrzeszczeli. 
W końcu Beton chwycił go za kark i rzucił nim w skrzynie, na której pozostał krwawy ślad. Wydał bojowy okrzyk, a widzowie oszaleli. 
Jafara to uderzenie zamroczyło, jednak powoli pozbierał się na łapy. Nie zdążył jednak zareagować w porę, gdy potężna łapa uderzyła go w pysk, a on stracił dech. Upadł jak długi, a świat zalała ciemność. 
Czyżby oślepł? Nie wiedział. Wszystko zdawało się takie odległe. Głosy stały się przytłumione, jak gdyby znalazł się pod wodą. Ale chyba miał otwarte oczy? Co się działo? 
Czuł, że świadomość zaczęła do niego docierać dopiero wtedy, gdy ktoś go ciągnął po ziemi. Zaraz jednak to ustąpiło, bo został wrzucony komuś na grzbiet. Chyba szli po schodach? Tak... chyba tak, bo na szczycie rzucili nim niczym worem kartofli, ponawiając ciągnięcie. Wzrok powoli mu się wyostrzał. Widział ciągnącą się za nim krwawą smugę, ale wciąż nie słyszał wyraźnie. 
Oddech mu wyraźnie przyśpieszył, gdy tylko zamknęli go z powrotem w klatce. Cały drżał, ledwo mogąc nabrać powietrze. I chociaż nadal nie słyszał, tak z jego pyska wydobywały się urwane dźwięki - ni to piski, ni skomlnięcia. Dla jednak postronnego obserwatora widać było, że cierpiał. I to potwornie. 
— I jak pierwsza walka? — odezwał się dziarski, niski głos, należący do Białozora. Sądząc po jego tonie, był zadowolony. — A wiesz, co w tym wszystkim najzabawniejsze, Księżniczko? Koty nie przychodzą tu po tanią rozrywkę, przychodzą po zemstę. Nienawidzą cię, choć dotąd nie mieli jak cię dopaść. Miałbyś dwukrotnie mniej problemów, dwukrotnie mniej klientów, gdybyś nie był takim zadufanym w sobie, rozpieszczonym pieszczoszkiem. A co mówił Beton? Pamiętasz w ogóle imiona tych, których zabiłeś lub oszukałeś? — i nie dając mu czasu na odpowiedź, dokończył. — Och, oczywiście, że nie. Kanalie takie jak ty zasługują na potępienie. Wyleczcie go — rozkazał pobliskim uzdrowicielom, wskazując na kocura łapą od niechcenia. — Znaj moją litość, szczurza wywłoko.
Zaraz po tym usłyszał kroki i poczuł jak ktoś zajmuje się jego ranami. Sam dotyk bolał. Z pyska wyrywały mu się raz po raz, pełne boleści okrzyki, gdy wcierano mu w sierść jakieś ziołowe maści, zalepiane sprawnie pajęczyną. Czuł się okropnie. Tak jakby był chory. Nie miał sił, by się podnieść czy też, aby myśleć o słowach vana. Wiedział jednak, że go obserwował. Obserwował i czerpał satysfakcje z tego, że w końcu doprowadził go do takiego stanu. 
A gdy uzdrowiciele skończyli robotę, nie czuł się wcale lepiej. Ból pozostał, chociaż już nie krwawił. Nie dali mu nic, aby mu ulżyć w cierpieniu. Na dodatek chłód jaki panował w pomieszczeniu, przyprawiał go o dreszcze, nasilając to nieprzyjemne uczucie. 
Zasnął z trudem, chociaż ten moment był dla niego niczym zbawienie, bo gdy tylko odpłynął do krainy snów, wszystko zniknęło. Cała boleść, całe zimno i wszystkie zmartwienia. 

20 marca 2024

Od Jafara

*tw okaleczenie*

Kolejny dzień rozpoczął się z przytupem. Z każdej strony dobiegały jakieś dźwięki i rozmowy, ale z perspektywy więźnia tkwiącego w klatce brzmiały bardziej jak niewyraźny bełkot, jakieś wołania i polecenia. 
Atmosfera była jakaś dziwnie napięta już od pierwszych godzin poranka. Białozór przechodził koło klatki wielokrotnie, ale nie zatrzymał się ani razu, nie wypowiadając żadnego słowa. Dopiero, gdy pojawił się po raz kolejny w towarzystwie kilku swoich popleczników, wszystko stało się jasne.
Klatka została otwarta, a samotnicy szczelnie pilnowali wszystkich możliwych wyjść. 
— Teraz nie jesteś już szefem gangu, Księżniczko — głos Białozora wybrzmiał donośnie, ponad wszelkie inne hałasy i rozmowy. —  Mówi się, że arystokraci mają niebieską krew. Może czas przekonać się, ile w tym prawdy?
Jafar wpatrywał się uważnie w tą delegacje, która go nawiedziła. Nie podobało mu się to. Sam wydźwięk tych słów brzmiał jak kłopoty. Nie ruszył się ze swojego miejsca, a może nawet i bardziej cofnął w głąb klatki, zniechęcony wizją wparowania w czekające na niego łapy. Znów by powtórzyła się scena z nie tak odległego czasu, gdzie zmiażdżono mu łapę. Nie zamierzał nabrać się drugi raz na tą sztuczkę.  
— Czego chcesz? — rzucił, licząc na to, że ten przejdzie do rzeczy i oszczędzi sobie wywodów. Nie za bardzo uśmiechało mu się go słuchać. 
— Czego chcę? — ton głosu Białozora tak mu się obniżył, jakby miał co najmniej parsknąć śmiechem. — Na zbijanie interesów był czas dawno temu. Teraz nie ma o co się z tobą targować. Jesteś teraz częścią mojego cennego dobytku. Chciałbym więc, żeby odtąd każdy o tym wiedział, widząc twój szkaradny pysk. — Jak na zawołanie, gdy tylko wypowiedział ostatnie słowo, paroby, które go otaczały, ruszyły w stronę klatki, mając zamiar zaciągnąć go przed oblicze jego nowego szefa, który uśmiechał się tylko od ucha do ucha. — Długo myślałem nad znakiem, który powinien zagościć na pyskach moich gangsterów. Skrzydło okazało się doprawdy świetnym wyborem! Do pracy, chłopaki. Nie mogę się doczekać, by zobaczyć tę jego śliczną, nietykalną buźkę oszpeconą.
Serce prawie mu stanęło w gardle, gdy dotarł do niego sens tych słów. Samotnicy go pochwycili, a on 
zaczął się szarpać i zapierać, aby pod żadnym pozorem nie dać się wyprowadzić z klatki. Jednakże siła kilku osób była wystarczająca, aby znalazł się poza nią. Oczywiście, chciał się z niej wydostać, ale nie w takich okolicznościach. Mimo wszystko nie przestawał się szarpać, bowiem żarty się skończyły. Białozór zdradził swój nikczemny plan, który spowodował w nim strach. 
— Nie! — syknął, gdyż jego wielkość właśnie zostawała poddawana próbie. 
Został jednak przyciągnięty i na powitanie skopany. Dostał w brzuch, pochylając aż z wrażenia łeb, a inny zacisnął kły na jego karku, ściągając go na ziemie. Gdy tylko tam skończył, od razu zwalił się na niego ciężar, który uniemożliwił mu nawet poruszenie kończynami. Samotnicy trzymali go mocno, a na dodatek poczuł na swojej głowie łapę, która skutecznie dociskała mu pysk do ziemi, odsłaniając idealnie miejsce, w którym ich szef mógł zatopić pazury. I nie podobało mu się to ani trochę. 
Całemu widowisku Białozór zdawał się przyglądać z nutą rozbawienia. A gdy Jafar leżał już przed nim obolały i zbity jak pies, wysunął pazury. Zanim chociażby wyrył nimi znak, przesunął je delikatnie przy oku Jafara, aby doprowadzić go do jeszcze większej paniki.
— Szkoda by było, żeby taka ładna twarz została poraniona, co? Wyobraź sobie minę twoich dawnych poddanych, gdy zobaczą, że nosisz na swojej twarzy mój znak. Nie patrz się tak na mnie, przecież jak robię dokładnie to samo, co ty zrobiłeś mi... Pamiętasz incydent z zapachem? A może już zapomniałeś? Niechaj więc ci przypomnę.
Widząc pazur tak blisko oka zmroził go strach. Zaczął ciężej oddychać, a z gardła mimowolnie uciekł mu pisk. On oszalał! Kompletnie oszalał! Przecież to nie było to samo! Zapach łatwo dało się zmyć, a blizna pozostawała do końca życia!
— Nie... — wycharczał. — To nie to samo. To zupełnie co innego. Nie rób tego. Nie możesz mi tego zrobić — wyskamlał, walcząc o wolność, jednakże z wielkim trudem, bo jego ciało ledwie drgnęło. 
— No dalej, powiedz to. Błagaj mnie o litość, a może cię oszczędzę — zamruczał zawistnie dawny przyjaciel, kreśląc pazurem znak w powietrzu centymetry od jego oka. 
Zacisnął oczy, a także pysk, jak gdyby nie chcąc wypuścić tych słów na światło dzienne. To dopiero byłoby upokorzenie! Jednakże wiedział, że Białozór był zdolny do spełnienia swoich gróźb. Widział to w jego spojrzeniu. Wziął głębszy oddech i spojrzał na niego po raz kolejny. Odliczał uderzenia serca, czekał na znak, pojawienie się Bastet lub kogokolwiek kto to przerwie i go uratuje, ale nie zjawił się nikt. Świadomość rzeczywistości dotarła do niego niczym zimny deszcz. Musiał to zrobić. Dla swej urody, dla uniknięcia znamienia, które będzie mu towarzyszyło do końca życia.
— Błagam — rzekł tak cicho, że brzmiało to jedynie jak kolejny jęk. Próbował głośniej, ale głos go zawodził. Czuł jak ze stresu zaczyna drżeć mu broda, jak gardło się zacieśnia, gdy widział kto tu był górą. — Błagam, nie rób mi tego. 
Białozór zaśmiał się mu głośno w twarz.
— Wiesz co? Jesteś żałosny. Naćpałem cię, uprowadziłem, zamknąłem w klatce, głodziłem i zagroziłem twojej ukochanej, ale pierwszy raz, gdy błagasz mnie o litość, to wtedy, gdy mam zrobić parę krwawych krech na twojej głupiej mordzie. Jesteś tchórzem, ot co, a ci, którzy mówili, że zmiękłeś przez to, jak rozpieścił cię los, mieli rację. — I wysunąwszy pazury, bez chwili zawahania nakreślił na oku kocura krwawy znak, symbol ptaków, od których on i jego wspólniczka dostali swe imiona. Robił to powoli, tak, by napawać się słabością i cierpieniem starego wroga.
Jafar wrzasnął, gdy poczuł jak pazury zagłębiają się w jego ciele. Ból dodał mu siły i zaczął bardziej rzucać się po ziemi, jednakże łeb tkwił w nienaruszonej pozycji. To było prawdziwe piekło. Nie bolało jakoś szczególnie mocno, lecz jego dusza wyła nad utratą cennego dla niego piękna. Nikt nigdy jeszcze nie ośmielił się go zabliznować. Owszem, zdarzali się tacy, którym udawało się go zadrapać, ale zwykle nie pozostawał po tym ślad. Blizny po znakach były jednak inne. Robiono je z rozmysłem, wbijając pazury głęboko, by ciało nie poradziło sobie z ich zaleczeniem. On nie stosował tego zabiegu na swoich poddanych. Uznawał to za odrażającą praktykę. A teraz... teraz czuł jak go piętnowano, jak obdzierano wręcz ze skóry. 
Bał się, strasznie. To uczucie wręcz wykręcało mu trzewia. Krzyczał, nie przestawał nawet na moment, nawet jeśli Białozór w tym czasie przerwał. Nie był w stanie powstrzymać swego głosu, który uwidocznił jego przerażenie. 
A gdy to dobiegło końca, czuł tylko nieprzyjemne pieczenie dookoła swego oka. Do nosa dotarł zapach krwi, która spływała mu po policzku wprost na ziemię, żłobiąc w futrze krwiste smugi. Łapał oddech niczym tonący, czując jak boli go zdarte od krzyków gardło. Chciało mu się płakać, jednak nie uronił łzy. Nie. Jedynie zamknął oczy, pragnąc znaleźć się w innym miejscu. Pragnąc, aby to okazało się jedynie złym snem. 
— Nie przesadzaj, Księżniczko. Nie jest tak źle. Będzie dopiero wtedy, gdy zaczną tu przychodzić kolejni samotnicy i zobaczą, że teraz należysz do mnie — Białozór wypowiedział te słowa z niebywałą radością. — Ta blizna będzie ci to przypominać już zawsze. — Gdy odsunął się o krok, grupka trzymających dotąd kocura gangsterów poluzowała chwyt, by następnie złapać go za kark, czekając na kolejne polecenia. — Pozwalam wam zadać mu tyle ran, ile to konieczne. Byleby nie były śmiertelne. A gdy będzie po wszystkim, specjalnie dla ciebie przyniesiemy lustro, żebyś mógł podziwiać swoje nowe, szpetne oblicze. Nie rozpoznałaby cię własna matka. 
Jafar wydał z siebie ostatni zbolały krzyk, gdy to usłyszał. Czuł jak wypełnia go potworna żałość. Nie był w stanie obronić swego honoru. Rana piekła go i przypominała o swym istnieniu, lecz ujrzeć ją we własnym odbiciu? O nie, to dopiero będzie piekło. Gdy samotnicy dostali pozwolenie na zabawienie się jego kosztem, poczuł, że miał dość. To był błąd, że poluzowali uścisk. Pierwszy, który nachylał się w jego stronę, dostał zaskoczony z główki. Kolejny, który próbował się zamachnąć łapą, napotkał jego kły. Teraz kto inny krzyczał, a do nich powoli docierało, że pieszczoch nie podda się bez walki. Dlatego ponownie go unieruchomili, a następnie skopali. Bolało go całe ciało. Nigdy nie czuł się tak, nawet po silnych zakwasach. Zakaszlał, gdy pociągnięto go za obroże, która odebrała mu aż dech, gdy się napięła. Nie pękła jednak, była w końcu nie byle jakim kawałkiem skóry. Na koniec rzucono go z powrotem do klatki, przez którą się przeturlał, zatrzymując dopiero, gdy natrafił na tylną ścianę. I chociaż go już zostawili, bo usłyszał trzask zamykanych drzwi, tak ciało go paliło od zadrapań i ugryzień. Dyszał ciężko, nie potrafiąc znieść tego uczucia. Nie poruszył się. Leżał i jedynie drgania jego ciała oraz głębokie oddechy z syknięciami bólu wskazywały na to, że żyje. Ale co to za życie? 
W czasie, gdy Białozór przypatrywał się swoim jedynym okiem na cierpienie jego odwiecznego wroga, grupka samotników ostrożnie przytargała małe, stare lustro, pozostawione przez poprzednich właścicieli lokum wraz z wieloma innymi gratami. Było zamglone i częściowo połamane, ale dało się przez nie zobaczyć swoje odbicie. To wystarczyło.
— Jak ci się podoba twój nowy wizerunek, hm?
Nie chciał tam spojrzeć. Wręcz zacisnął oczy, czując jak żółć zbiera mu się w gardle. Nie. Nie spojrzy. Nie. Nie zrobi tego. Lecz z każdą chwilą ciekawość, chęć upewnienia się, że wcale to się nie stało była silniejsza. Nie wytrzymał. Spojrzał. Dostrzegł swoje zakratowane odbicie - rozczochrana sierść, żałosny wzrok i świeżą ranę. Były to zadrapania, każde jedno odchodzące od jego oka, tworząc swym kształtem wzbijającego się do lotu ptaka. Wrzasnął wręcz z szoku, że po raz kolejny wszyscy obecni w Kołowrocie zaczęli rzucać w jego kierunku spojrzenia. Nawet nie spostrzegł jak był zaraz na łapach, wbijając nos w kraty, by się przypatrzeć. Znów wrzasnął i odskoczył. To było dla niego za dużo. Dotknął nawet ran łapą... Nie zniknęły. Dalej tam były. Aż się najeżył, bo to wyglądało okropnie! Został oszpecony! Nosił na twarzy piętno wroga! Co jego wzrok kierował się na lustro, z gardła uciekał mu pełen niedowierzania i paniki wrzask. Nie był w stanie tego powstrzymać. Po prostu to się działo. 
— Jak mogłeś mi to zrobić! — wyrzucił z siebie roztrzęsiony. Białozór był nienormalny. Był wariatem! Szaleńcem! Zaczęła go ogarniać czysta rozpacz, a także strach co do jego osoby. To nie był ten kot, którego znał. To był potwór! 
— Teraz to już całkiem nie wyglądasz na arystokratę — Białozór zaśmiał się wręcz maniakalnie. Nieciężko byłoby stwierdzić, że szczerze nienawidził Jafara. Nie chodziło tu już nawet o zwykłe sprawienie mu cierpienia, chodziło o napawanie się nim jak pokarmem niezbędnym do przeżycia. — Już nie jesteś ani piękny, ani młody, Księżniczko. Teraz jesteś mój. Nagle straciłeś chęć do wywyższania się nad innymi?
Zacisnął pysk, posyłając kocurowi palące spojrzenie, które miało w sobie szczyptę nienawiści, strachu i obawy. Cofnął się od prętów, czując rosnącą gule w gardle. Nie chciał jednak dać mu tej satysfakcji i nie pozwolił sobie na łzy. Jednakże, gdy jego wzrok mimowolnie kierował się na lustro, widział jak bardzo jego pysk jest wykrzywiony w boleści. 
— Zabierz to lustro — miauknął tylko, odwracając głowę zraniony tym wszystkim co go spotkało. 
— No proszę, popatrzcie tylko, poraniony i oznaczony, a dalej ma czelność mi rozkazywać! — zawołał Białozór i odwrócił się w kierunku swoich gangsterów, którzy tylko przytaknęli mu na te słowa. — Wiesz co, Księżniczko? Wkrótce będziesz jeszcze bardziej szkaradny, bo razem z Melasą przygotowaliśmy dla ciebie istnie powalającą zabawę! — Nie powiedział, o co chodzi, wypatrując reakcji kocura, jakby spodziewał się zobaczyć na jego twarzy kolejną udrękę. 
I nie mylił się, ponieważ pysk Jafara szybko przybrał wspomnianą emocję. Ogon mu zadrgał, a ciężar na duszy tylko wzrósł. Nawet nie spodziewał się, że zabrzmiało to jak rozkaz. Po prostu nie chciał patrzeć w kierunku lustra! Co tam zerkał, widział ranę, widział swoje upokorzenie, a wewnątrz wył. Jednakże wzmianka o Melasie wyrwała z jego gardła wrogi warkot. Ten wstrętny plotkarz?! Od razu skierował wzrok na Białozora, licząc że powie coś więcej. Co oni knuli? Na pewno nic dobrego skoro wspomnieli o byciu szkaradnym. Nie spodziewał się także, że z kochanka Chwały może być taki sadysta. Jak żałował, że jego mordercy, których nasłał na czarnego nie wypełnili swojej roli. Wtedy... nie musiałby o nim dłużej słyszeć. 
— Co masz na myśli? — zapytał po dłuższej chwili. Czyżby planowali jego śmierć? Cóż... Widowisko na pewno z tego będzie wspaniałe. Niepokój coraz bardziej nim zawładnął. Nie chciał umierać. Zdecydowanie pragnął żyć. Tak było odkąd tylko zaznał pierwszego głodu. Szukał wygód i dostatku, by nie walczyć o życie każdego dnia. 
— No, z tą zabawą może trochę przesadziłem. To zabawa dla widowni. Dla ciebie kolejny koszmar. — Uśmiechnął się. — Co powiesz na walki samotników? Ach, pomyśl tylko o spojrzeniu miejscowych włóczęgów,  gdy usłyszą, że będą mogli zmierzyć się z samym Jafarem! I jakiż będzie wstyd, gdy kot, który stawiał się niemal na równi z Entelodonem, nie da rady pokonać byle przybłędy. A twój stary kumpel, Melasa, pomoże mi nakręcić rozgrywkę, komentując każdą bójkę.
Zamarł. Walki... samotników. Słyszał coś o tym, jednakże wizja siebie w tym wydaniu sprawiła, że zrobiło mu się słabo. Zachwiał się i osunął się po tylnej ścianie klatki. Czyżby miał zawał. Być może, bo nagle zrobiło mu się zimno, a oddech przyśpieszył. A więc tak to miało wyglądać. Zginie na arenie rozszarpany przez wściekły tłum ku radości swych wrogów. Zamknął aż oczy czując, że obroża odbiera mu dopływ powietrza. Był świadom tego, że to będzie katastrofa. Dawno nie walczył. Od tego miał koty. Jego siła spadła, gdy wylegiwał się i zajadał przysmakami, gdy inni ciężko pracowali. I teraz za to zapłaci. Jeśli myślał, że przeżył najgorsze upokorzenie to się mylił. Gdy walki się zakończą, wszystko straci. Dobre imię, chwałę, szacunek. Gdzie była do kroćset Bastet?! Gdzie była, gdy jej potrzebował?! Przecież kończył się mu czas! Co ona myśli, że odbierze jego martwe ciało i będzie dobrze? Nie będzie! 
— Obyś sczezł — wysyczał w końcu. Rzucił się na pręty, uderzając mocno o nie łapami, szczerząc wściekle kły do jednookiego. — Jeśli nawet przyjdzie mi zginąć w tym twoim spektaklu wiedz, że to nie koniec. Znajdzie się ktoś kto cię zniszczy, słyszysz?! 
— To chyba tobie jest bliżej do pomarnięcia — zamruczał Białozór w odpowiedzi na jego pierwsze słowa. — Może ktoś mnie zniszczy. Może nie. Koniec końców będę wiedział, że przed śmiercią zdążyłem cię upokorzyć tak, że nawet, gdy zdechniesz, będą mówić o tobie, że jesteś tchórzem i zniewieściałym, byłym szefem gangu, który nie potrafi walczyć. Skąd taki nagły przypływ odwagi, Księżniczko? Czyżbyś się bał?
Położył po sobie uszy, biorąc głębszy oddech, wciąż wczepiony łapami w pręty klatki. Trafił w punkt. Strach często uwidaczniał się na różnorakie sposoby. Wystarczyło się bliżej przypatrzeć, by stwierdzić, że jego łapy drżały. Czyżby tak umierali samotnicy? Ze strachem w sercu, jednak z bojowym nastawieniem? Nie zamierzał mu na to odpowiadać. Każda odpowiedź tylko by go pogrążyła. Wręcz cofnął się, czując jak powraca mu racjonalne myślenie. Ale i tak panikował. Chciał tu i teraz wyważyć drzwi swojego więzienia i uciec. Jak najszybciej potrafił, jak najdalej, jednakże... Te kopniaki, które dostał, skutecznie uniemożliwiały mu ruch. Bolało. Teraz tym bardziej, gdy tak chaotycznie zareagował. Cofnął się pokonany, kładąc z syknięciem na ziemi. Białozór w taki sposób dostał swoją odpowiedź. 

19 marca 2024

Od Jafara

Mijające dni były dla niego bardzo wyniszczające. Białozór spełnił swą obietnice i rozgłosił wieści, że był w niewoli. Liczył, że skoro zrobił taką głupotę to szybko zostanie uwolniony przez swe sługi, lecz ci... odwrócili się od niego. Znaczy... Mógł się tego spodziewać, ale ujrzeć na własne oczy, gdy postanawiają przyłączyć się do wroga, było naprawdę dobijające. 
Widział jak samotnicy, którzy odwiedzali posiadłość niebieskiego vana, rzucali w jego stronę zaciekawione spojrzenia. Większość była pełna zdumienia, że to co słyszeli okazało się prawdą, inni podśmiechiwali się z jego niedoli. Już nie musieli obawiać się nazywania go Księżniczką, bo nie był nawet w stanie urwać im łbów. Nie wyrwie też i języków. Byli poza jego łapami. Od świata oddzielał go blask metalowych krat. Teraz to naprawdę przypominał bezsilnego pieszczocha i dobrze o tym wiedział. 
Zjawiali się też i tacy, którzy nasłuchali się o nim historii, których w Betonowym Świecie było od groma i musieli go zobaczyć dla zwykłej, kociej ciekawości. 
Starał się nie wpadać w panikę, chociaż było to trudne. Na szczęście pierwsze emocje już dawno go opuściły. Nie odpowiadał na zaczepki, w zasadzie to starał się ignorować pojawiające się towarzystwo. 
Czuł się jednak z każdym dniem coraz żałośniej. Coraz bardziej, gdy liczni wrogowie, przychodzili w "odwiedziny", rzucając swoje cyniczne komentarze. Coraz bardziej, gdy widział znajome pyski na usługach Białozora. 
— Zdrajcy — szeptał tylko pod nosem, gdy jego dawni kamraci znajdowali się w zasięgu jego słuchu. 
Nigdy mu nie odpowiedzieli. 
Na dodatek warunki w jakich przyszło mu żyć pozostawiały wiele do życzenia. Spał na gołej ziemi, pierwszy raz w życiu ciesząc się ze swetra, który stanowił pewną izolację przed zimnem. Pragnął jedwabnych poduch, atłasowych kocy, a nie miał nic. Z załatwianiem swoich potrzeb też był problem, co wprawiało go w zdegustowanie. A jedzenie? Myszy, ptactwo - z tych drugich chętnie zbierał piórka, by stworzyć jakieś prowizoryczne posłanie. To nie była jagnięcina z kawiorem przyprawiona ziołami. To nie było zbyt smaczne na jego wygustowane podniebienie. Ale i tak... to było dużo jak na Betonowy Świat, bowiem zdawał sobie sprawę z tego jak trudno coś tu złapać. Dlatego pomimo gardzenia, zjadał kąski, gdy głód był na tyle silny, by tak się upokorzył. Ale sama świadomość tego gdzie to biegało, dość długo uniemożliwiała mu przełknięcie choćby kęsa. Czemu nie mogli tego żarcia umyć? Przecież to było takie niehigieniczne! 
Jednakże najbardziej czego wyczekiwał to momentu podawania pokarmu. Wtedy też Białozór ze swoimi przydupasami otwierał jego cele. Kraty były zbyt wąskie by przecisnąć pokarm, więc to była jego jedyna szansa na ucieczkę. Wojował z nimi w pierwszych dniach długo. Za każdym razem, gdy otwierali drzwiczki, rzucał się przed siebie by się przez nich przedrzeć. Ci jednak wpychali go z powrotem, wraz z jedzeniem, zamykając mu wyjście tuż przed nosem. Ale ostatnio się wycwanili. Ledwie łapę wystawił, a ci zamknęli klatkę. Ah, co to był za ból! Wrzasnął tak potwornie, że aż wszyscy obecni w salonie spojrzeli w jego kierunku. Oczywiście pozwolili mu cofnąć kończynę, gdy po raz drugi uchylili wyjście, ale od tamtej pory przeminęła mu chęć na pchanie łapsk ku wolności. 
Łapa bolała go długo, była ewidentnie zmiażdżona. Nigdy jeszcze nikt go tak nie potraktował. Obraził się. Gdy Białozór się zbliżał, nie odpowiadał. Leżał zwrócony tyłem do całego tego cyrku, cierpiąc fizycznie jak i psychicznie z powodu traconej z dnia na dzień godności. Dodatkowo powoli łapał go dół oraz nuda. Jedyne co mógł robić to słuchać tego co działo się dookoła. A co się działo? Wolał o tym zapomnieć. Azorek świetnie wykorzystywał jego kontakty do powielenia swoich wpływów. A gdy padała nazwa Kasztelanu, to czuł, że zaraz tam wykituje. Jego dorobek... Wszystko stracone. 
Jednak pewnego dnia, gdy już zbliżała się kolejna, koszmarna noc w tym miejscu. Gdy większość gangu ułożyła się do snu, a go czekała kolejna noc pełna bólu, bowiem łapa wtedy rwała go zdecydowanie mocniej, zwrócił się do vana, gdy ten przechodził obok.
— Białozorze... Już dość zrobiłeś. Osiągnąłeś swój cel. Pozwól mi odejść... — Co za płonna nadzieja. Wiedział co odpowie, a i tak próbował. — Albo... Jeśli nadal nie odpłaciłem swych grzechów... — Skrzywił się. — To przynajmniej poczuj się i napraw moją łapę. Nie jestem może uzdrowicielem, ale widzę, że mi zgnije i odpadnie jak nic nie zrobisz!
— No proszę, czyżby stary, dobry Księżniczka, jeden z najmożniejszych miejskich panów, któremu żołądek podchodził do gardła na myśl o przespaniu się gdzieś indziej niż na wielkich, jedwabnych posłaniach, teraz błaga mnie o pomoc? — Białozór przypatrywał się temu żałosnemu widowisku z uśmiechem, choć w jego żyłach płynęła złość, dużo bardziej personalna, a w jego głosie dało się wyczuć urazę. Wcale nie zapomniał grzeszków starego przyjaciela. — Czemu miałbym cię wypuszczać? Byś uciekł z podkulonym ogonem do swojej marnej kochanki i tej starej Wyprostowanej? Byś jadł z najlepszych źródeł i i tak narzekał, że jedzenie nie jest odpowiednio przyprawione? Nie. Może gnicie w tej klatce nauczy cię trochę pokory. To lekcja, którą już dawno temu powinieneś dostać.
Odwrócił łeb niczym obrażona diva, gdy wspomniał o utraconych wygodach, za którymi tęsknił. Coraz bardziej chęć na rozmowy mu mijała. Jednak nie podobało mu się to, że ten nawet jeśli wziął go na jeńca, to nie spełniał zasad dobrego wychowania i nie załatwił mu podstawowej opieki uzdrowicielskiej. 
— Nie błagam cię. Tak jeszcze nisko nie upadłem. Po prostu proszę — odparł, machając niezadowolony ogonem. — Proszę by tylko ktoś wykwalifikowany zerknął na moją łapę.
— To, że nie użyłeś słowa "błagam" nie znaczy jeszcze, że to nie błaganie — odparł samotnik. — Łapę zraniłeś sobie tylko dlatego, że pchałeś się do ucieczki. Trzeba było myśleć. I jak miałoby mi się to opłacać?
Co on mu tu wmawiał? Że niby błagał, choć zdecydowanie tego nie robił? Ha! Ale miał o sobie mniemanie! Nie było szans! Zdecydowanie rozpoznawał, kiedy zaczynało się błaganie. Wtedy kot pozbywał się resztek swojej godności i był w stanie zrobić absolutnie wszystko, aby dostać to czego pragnie. A on? On nie był takim desperatem! Chociaż życie z bólem było naprawdę bardzo niewygodne. Zbyt to na niego wpływało i powodowało, że przestawał myśleć, bo skupiał się jedynie na tym rwącym uczuciu. 
Dalej utrzymując swoją postawę obrażonego arystokraty odpowiedział.
— Boli mnie. A raczej chcesz świętego spokoju, prawda? Może zacznę zawodzić skoro i tak nic mi już nie pozostało... Wszystkim wam odpadną uszy od nieprzespanej nocy. Na pewno twoje "koty" będą wtedy wydajne — zadrwił, bo owszem, chętnie by zobaczył jak cały plan Białozora się sypie za jego sprawą. To wyglądałoby zdecydowanie komicznie. On tu zamknięty w klatce, a narobił takich szkód jakich mało. 
— Jeśli będziesz krzyczeć, Księżniczko, to zadamy ci tyle bólu, że krzyku odechce ci się na całe lata. Lepiej nie próbuj się buntować, a zwłaszcza nie w tak... Infantylny sposób. Choć nie wiem, czy kiedykolwiek mogłem się po tobie spodziewać jakiejkolwiek dojrzałości.
— Aha?! — sapnął niedowierzająco. Co on sobie myślał?! Że go porwie, zastraszy i będzie siedzieć grzecznie niczym trusia?! Miał wymagania! Powinien je spełnić jeżeli tak miało wyglądać to życie. Nie był w końcu żadną rzeczą! Kocur może i był na wygranej pozycji, ale to szybko mogło się zmienić. Wierzył w końcu w to, że zostanie uratowany, a gdy to nadejdzie to zapamięta sobie to, jak ten go potraktował. — Wiesz ty co! Powinieneś się cieszyć, że nie zacząłem narzekać, a mam na co. Może zacznę. Otóż zimno tu, mógłbyś sprowadzić jakieś koce, najlepiej jedwabie, chociaż lniane mogą też być. Żarcie to jakaś komedia, zero w tym przypraw ani dobrego wyczucia smaku. Nie wiadomo gdzie to się w końcu pałętało tymi swoimi brudnymi łapkami. Nie ma łaźni, pachnideł, normalnie biedota i ty zwiesz się szefem gangu? Więc widzisz... moje wymagania są większe, a proszę cię tylko o uzdrowiciela, który da mi coś na tą łapę, aby przestała mnie boleć. To nie kosztuje wiele! Wiem, bo przecież byłem w tym biznesie. Zarzucisz im mysz i się zgodzą... 
— Ty kretynie — warknął Białozór. Po raz pierwszy tego dnia widać było, że stracił swoją powłokę cierpliwości. — Naprawdę jesteś tak głupi, że nie rozumiesz, że to koniec luksusów? Koniec jedwabnych koców i kwiecistych perfumów? Będziesz siedzieć tu w takich warunkach, że będziesz błagać mnie o to, żebym wypuścił cię z tej przeklętej klatki. Wcześniej planowałem posłać po ciebie uzdrowiciela, ale teraz... Za takie roszczeniowe gadanie... Gnij. Jeśli łapa ci odpadnie, to i lepiej.  Powinieneś być wdzięczny, że jeszcze nie zadałem ci tortur.
Jafar zacisnął pysk, że aż mu zgrzytnęły zęby. Można było zaobserwować, że coś się zmieniło w jego spojrzeniu. Było zdecydowanie mroczniejsze i poważniejsze. Zwykle pojawiało się, gdy przestawał żartować, a zaczynał rozdzierać koty na kawałki. Bo tak. Teraz wręcz miał ochotę zrobić to z Białozorem. Napięcie wzrosło, ale pomimo swego coraz bardziej morderczego stanu, pręty powstrzymywały go od wszystkiego co właśnie przeleciało mu przez myśli. 
— Wrrrrah! — warknął jedynie gardłowo, płonąc ze wściekłości. To otoczenie go tłamsiło. Nie pozwalało na nic! Zmieniało w zwierzę, które gotowe było porozrywać pręty kosztem uzębienia! Na szczęście jego racjonalna strona to powstrzymywała. Nie przeżyłby bycia szczerbatym tak bardzo, jak samego okaleczenia. 
— Torturujesz mnie przez cały czas! Ale jeśli choćby przyjdzie ci przez myśl skrzywdzić mnie fizycznie, na pewno zyskasz braki w sługusach, którzy tylko do mnie podejdą — przestrzegł go przed zbliżaniem się do niego w tym celu. 
Może jeśli van zacznie ignorować jego istnienie, to czekanie na pomoc będzie znośniejsze? Chociaż był wściekły nie tyle na kocura, jak na Jago i Bastet, które się ociągały! Już powinny wiedzieć gdzie był. Czy naprawdę było tak trudno się tu dostać, sklepać jego strażników i uciec? Cóż... w jego myślach rzeczywiście wyglądało to prosto. 
— Nie dostaniesz jutro śniadania — uciął Białozór, prawie wcielając się w rolę rodzica, który niesamowicie długą kłótnię z dziećmi kończy jednym zdaniem, a każdy sprzeciw miałby skutkować jeszcze większą karą.
Zdumiała go ta reakcja. Odmawiał mu pokarmu?! Zatkało go, a to co ciążyło mu na sercu zostało przytłumione przez konsternacje. Gapił się na niego tak, jakby sprawdzał czy żartuje. Nie żartował... To było... nie do pomyślenia! Nie sądził, że ponownie przyjdzie mu żyć niczym biedak, o burczącym brzuchu. Te czasy miał dawno już za sobą. Odwykł od brudnego życia. Właśnie dlatego je porzucił, by móc pławić się w luksusach. 
Syknął jedynie pod nosem, ponieważ nie było sensu się z nim wykłócać skoro wszystko co mówił odbijało się od niego niczym od muru. Odwrócił się, wracając w swój kąt, który służył mu za legowisko, bowiem to było jedyne względnie czyste miejsce, w którym nie musiał aż tak wstrzymywać oddechu, a następnie ułożył się na tyle wygodnie jak potrafił, rzucając tylko Białozorowi zbójeckie spojrzenie. 

17 marca 2024

Od Jafara

To był zwykły dzień. Nie zapowiadało się na nic szczególnego. Cieszył się leniwym popołudniem, gdy zjawił się kot, który przekazał mu ciekawe wieści. 
Azorek chciał się z nim spotkać? To... To było niespodziewane. Uśmiechnął się jednak pod nosem, a z jego pyska wyrwało się mruczenie. Może się stęsknił? Przez to, że zajmował się sprawami gangu, jaki i dziećmi, które zechciały się u niego doszkalać, nie miał dla niego wiele czasu. Ba! Nie widzieli się od kilkunastu księżyców. Jak nic van mógł uznać, że o nim zapomniał, a wcale tak nie było! Wciąż w jego umyśle jawiła się ta, ah, ta przystojna buźka. Nie miał pojęcia, dlaczego tak bardzo się w nim zauroczył, w końcu próbował go zabić i to powinien być powód, dla którego należało trzymać się od niego z daleka. Ale miłość nie sługa, bywała ślepa, tak samo jego przekonanie o własnej nieomylności. 
Dlatego też nie pomyślał, że mogłoby się coś święcić. 
Samotnie przemierzał uliczki, w powoli chylącym się ku zachodowi słońcu. Nie poinformował nikogo o tym, że wychodził. Bo po co? Czuł się pewnie na swoim terenie. Wierzył, że tak czy siak ktoś go obserwował i chronił jego plecy. A zresztą... kto normalny by go zaatakował? Życie tego kogoś byłoby zdecydowanie niemiłe. 
— Witaj, Azorku... Nie spodziewałem się tej wiadomości po tobie... Zaskoczyłeś mnie — wymruczał, docierając do zaułka, w którym czekał na niego kocur. Ah, jego widok rozpalił jego serce na nowo. Ta rozłąka sprawiła, że w jego oczach jawił się niczym wschodząca gwiazda, a może nawet i sam bóg. To ciało, pełne silnych mięśni, te blizny, krzyczące o niebezpieczeństwie. Jak nic ciągnęło go do szemranych typów, ale nie uważał tego za coś złego. 
— Najwidoczniej jestem świetny w robieniu niespodzianek — odparł jednooki samotnik swoim niskim, gardłowym głosem, pozbawionym jakiegokolwiek entuzjazmu. — Duma nigdy by cię tak nie zaskoczył, co? — powiedział w następstwie pół-żartem, jakby po to, by poluzować panującą między nimi atmosferę. — Nie skłamałbym, mówiąc, że jestem poważnie zaskoczony faktem, że ruszyłeś się ze swojego domu, by do mnie przyjść. Nie żal ci twoich arystokratycznych łap? Ulice bywają brudne — zaznaczył. Mimo słów, które mogły zdawać się prowokacją, ton głosu kocura sugerował bardziej, że próbował się z Jafarem nieofensywnie przekomarzać.
Zaśmiał się perliście słysząc to. Nie skomentował jednak tych słów. Cóż... Duma... To Duma. Umiał zaskakiwać, lecz nie w ten sposób, który cechował Azorka. Jednooki kocur był dla niego zagadką, a więc tym bardziej wzbudzał jego ciekawość i chęć do bliższego poznania. Kto nie chciałby odkryć tej tajemnicy, której skrywał? 
— Szedłem sprawdzonymi drogami. Nie mocze łap w jakichś brudach, gdy nie muszę. Od tego mam koty — stwierdził, a na pysku pojawił mu się uśmieszek. — Uznałem, że to ważne. Długo się nie odzywałeś. A więc? O co chodzi? Co było takiego pilnego, że zapragnąłeś w końcu mnie zobaczyć... — wymruczał gardłowo. — Czyżbyś... zmienił zdanie co do mej osoby? 
Białozór wysunął podbródek i zmrużył swoje płomienne oko, wertując wzrokiem czarno-białego kocura. Wreszcie wystąpił parę kroków do przodu i ustał tak, by jego pysk wisiał praktycznie nad pyskiem wpływowego pieszczocha.
— Nie jest to może sprawa zbyt nagląca, ale owszem, przemyślałem co nieco. Stare więzy mogą się zakurzyć, ale jeszcze się nie przecięły. Byłeś i jesteś może i krętaczem jakich mało, ale idzie się do takich przywiązać. A ty? Nie tęskniłeś za tuleniem się w moją miękką sierść, stary druhu?
Słysząc to pytanie, jego serce zabiło szybciej w klatce piersiowej. Był... W całkowitym szoku. Nie spodziewał się, że kocur tak bezpośrednio zaproponuje mu coś, co zostało przecięte tak dawno temu. W końcu... to on się z nim droczył, że chętnie wznowiłby z nim taki typ relacji, ale to było spowodowane tym, że Azorek pięknie się wtedy na niego denerwował. Dlatego też ta przedziwna odmiana, bardzo go ucieszyła. Oczywiście. Było to podejrzane, ale jego pragnienia były silniejsze. Nawet jeśli to mogło być niebezpieczne, ciągnęło go do tego. Och, czuł że Bastet go zabije. Pragnął jednak zaryzykować. Poczuć tą niepewność, tą adrenalinę, której mu tak brakowało odkąd ten zniknął z jego życia. 
— Hm... No nie wiem — nie przyznał się tak od razu i odwrócił łeb, lecz zaraz spojrzał na niego kątem oka, zaciskając pysk. Czy powinien? Bił się z myślami. Jednakże im dłużej go widział, serce wygrywało nad rozumem. Zbliżył się nieco, ostrożnie, wahając się przez moment, by dumnie wyprostować się i usiąść tuż obok niego. — Ah, może odrobinę — przyznał, ocierając się o niego łbem. 
— Hm, życie smakuje trochę inaczej, gdy się do siebie tulimy. Przyzwyczaiłem się do tego, że za każdym razem, gdy cię widziałem, pragnąłem rzucić ci się do gardła —  zażartował, patrząc z błyskiem w oku, jak Jafar się o niego ociera. — Ale, muszę przyznać, że trochę byłoby mi szkoda widzieć twoją mordkę martwą. Zbyt długo się znamy, by to mogło zakończyć się w ten sposób —  zrobił krótką pauzę, po czym uniósł brwi. —  Znowu chcesz na mnie przetestować ten twój podstęp z zapachem, czy faktycznie aż tak ci brakowało tych przytulasów? —  jego ton głosu był dużo bardziej rozluźniony.
— No proszę... To dopiero ciekawe. Ale jakże radosne dla mego serca, bowiem ja także wolałbym nie pozbawiać tego pyska życia. Tęskniłem... — w końcu powiedział to na głos, tuląc się do jego umięśnionego torsu. Aż mu ciarki przeszły po grzbiecie, jednakże było to miłe uczucie. Po tylu księżycach, po tylu bezsensownych wojnach... Spełniały się jego marzenia. — O nie wiesz jak bardzo...Odkąd tylko pojawiłeś się pod murami mego rewiru... Czekałem na tą chwilę. W innych okolicznościach spędzilibyśmy noc u mnie... Jednakże biegają tam pewne problemy... — westchnął na wspomnienie kociąt, które przypadkiem wyszły z Bastet. Były już znacznie większe i nie przypominały swych mniejszych kopii, ale dla niego dziecko to dziecko, w końcu powstały z jego krwi. No i na dodatek ojcowanie zaczęło się w nim odzywać, w tym ochrona tych nicponi. O nie... Zapraszanie Białozora do jego rezydencji było wykluczone! 
— Ach, więc doczekałeś się i kociąt? No proszę, któż by się spodziewał — wąsy vana zadrżały. — Przynajmniej nie musisz się martwić o przyszłość swojego majątku. Muszę ci to przyznać, że podziwiam, że jeszcze nie zwariowałeś. Podobno kocięta zmiękczają serce... Tego bym nie zniósł. To nie dla mnie. Czuję, że gdybym miał spędzić z takimi choć noc w jednym dachu, pozabijałbym je wszystkie — na chwilę przerwał i ułożył swój puchaty ogon tak, by otaczał Jafara. — Nie mam może wielkich posiadłości, jak ty, Księżniczko, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by spędzić tam razem tę noc. Jest wiele rzeczy, których nie miałem okazji ci powiedzieć, odkąd nasze relacje się posypały.
— To była wpadka... Jednakże zachowałem je już, bo krew Bastet. Rozumiesz. Z nią kocięta mogłem mieć. Nie przyniosą hańby, nie to co z inną, która nie spełniałaby moich oczekiwań — wytłumaczył, a na propozycje kocura znów to poczuł. Niepokój połączony z pożądaniem. Nie... To było głupie, wiedział o tym. W posiadłości Białozora? Mogło tam wydarzyć się wszystko. Ale z drugiej strony... Czemu nie? Bez ryzyka nie było nigdy zabawy, a on w końcu tak długo na to czekał. Ah! Co miał robić? Widać było, że bił się z myślami. Nie mógł być tak głupi! — No nie wiem czy u ciebie czułbym się swobodnie. Zwłaszcza, że zmieniłeś ostatnio zamieszkanie i mało kto wie gdzie teraz się chowasz. Nawet moja Bastet nie była w stanie cię namierzyć... Chodźmy może... do Kasztelana — zaproponował. — Tam mam prywatne miejsce dla mnie i dla mych gości. 
Zdecydowanie doskonały pomysł! W Kasztelanie miał ochronę, która w razie co rzuciłaby się mu na ratunek. Nie musiał się tam obawiać o swoje bezpieczeństwo, za to spędzą miło czas... we dwoje. Ah, czemu tak się tym ekscytował niczym ledwo co wyrośnięty kocur? Białozór może i był jego niespełnioną miłością z lat młodzieńczych, ale żeby to uczucie wciąż w nim było? Czy miłość była aż tak okrutna? Nie mijała pomimo upływu czasu? 
Po chwili namysłu samotnik pokiwał głową.
— Nie ufasz mi. Nie winię cię za to. Też bym sobie nie ufał — stwierdził i podniósł się z miejsca. — Jeśli tam właśnie chcesz nocować, niech tak będzie. Ruszajmy, nie mamy czasu do stracenia.  Noc z tobą będzie czystą przyjemnością, Księżniczko.
Słysząc ten głupi pseudonim, który mu nadał, prychnął tylko, ale uśmiechnął się i odkleił od jego sierści. 
— A więc zapraszam. — Ruszył przodem, bardzo dumnym krokiem, omijając wszelakie kałuże czy inne podejrzane substancje, których na drogach Betonowego Świata było od groma. A w duszy krzyczał ze szczęścia, że oto nareszcie samotnik spojrzał na niego inaczej. Nie jak na obiekt nienawiści i głupiej zemsty, a jak na partnera, z którym życie rozkwitnie wieloma barwami. 

***

Znajdowali się w prywatnej części Kasztelana, w której głosy bawiących się kotów były zagłuszone, by nie przeszkadzały podczas rozmowy. Rozłożył się miękko na poduszkach, które specjalnie rozkazał swym parobkom, dawno temu przytachać ze swojego domu i wskazał na niewielkie wiadro, które robiło za stół. Na nim znajdował się dość sporej wielkości pęczek kocimiętki. Nie jadał w końcu tych śmieci, które wciskał innym. On cenił swoje zdrowie psychiczne, nie to co niektórzy. 
— Częstuj się. Mam tego mnóstwo. Jak już szaleć to na całego — mruknął zjadając jeden listek, delektując się nim niczym ktoś z wyższych sfer. 
Białozór poczęstował się jednym listkiem, ale zatrzymał go na podniebieniu, jedynie udając, że przełyka.
— Czuję się prawie tak jak wtedy, gdy byliśmy w jednym gangu. Pamiętasz, jak razem okradaliśmy idiotów, którzy nie chronili dostatecznie swoich własności? Albo jak walczyliśmy z mniejszymi gangami? To były czasy... Czasem żałuję, że nie mogę do nich wrócić. Ale możemy mieć zawsze namiastkę tego właśnie tutaj. — Przysunął kocimiętkę do Jafara. — Śmiało, nie zgrywaj takiego dżentelmena. Nie ma dobrej nocy bez dobrej zabawy.
— Tak, pamiętam. Byliśmy wtedy nikim, ot, brudnymi szczurami. Ja niechętnie cofnąłbym się do tych czasów — Przyjął roślinę i ugryzł ją nieco śmielej, przełykając. W końcu miał rację, należało się zabawić. Kasztelan właśnie po to istniał. Aby przywracać radość w tym zapomnianym przez boga miejscu. — Bycie sługą zapchlonego szefa nie jest mnie warte. Podoba mi się to co teraz widzę przed swym pyskiem. Ty i ja, tutaj, razem. U łap całe miasto... To życie, które mnie satysfakcjonuje. 
— Gdybym teraz miał wszystko, być może bym się z tobą zgodził. Ale przez to, ile życia spędziłem na samym dole hierarchii społecznej... Wierz mi, że przestało mi już tak zależeć na władzy, na bogactwie. Kiedyś to było całe moje życie, zresztą i dziś miastem rządzi chciwość. Teraz? Teraz wystarczy mi to, z czym wiążę najlepsze wspomnienia. Jesteś jedną z tych rzeczy. Jeśli pod moimi łapami ma być Betonowy Świat, to tylko wtedy, gdy będę u twojego boku. Przestałem dążyć do osiągania czegoś, co i tak stracę i to chyba sprawiło, że się na ciebie otworzyłem. Może powrót do korzeni wcale nie jest taki zły — mówiąc to jednooki, cały czas częstował go ziołem, jednocześnie utrzymując z nim kontakt wzrokowy.
Czuł się... wspaniale, gdy tak to opisywał. To było coś co miło łechtało jego ego. Białozór poddał się, zrozumiał, że nie ma co z nim walczyć. Chciał być u jego boku. Służyć mu i dzielić się trudami życia, a raczej... jego wygodnym obliczem, do którego przywykł przez te księżyce. A podobno pieszczoch nie może nic osiągnąć w Betonowym Świecie, a tu proszę. Był na samym szczycie! Jego wrogowie całowali go po łapach. Był władcą! Niedługo, gdy Entelodon odejdzie z tego świata, to on będzie najbardziej wpływowym kotem! 
Gdy tak marzył, oko samotnika cały czas patrzyło na niego, a pysk wyginał się w formie uśmiechu. Również się uśmiechnął. Nie dało się ukryć, że van oczarował go swym głosem, swym uśmiechem, a także tym okiem tak, że podjadał kocimiętkę mimowolnie, skupiając całą swą uwagę na jego pysku. Ah, jakże mu słodził. O tak, z nim u boku... żyłoby się wspaniale. Taki gangster mógłby przysłużyć mu się na różne sposoby. 
— Mówisz? — wymruczał, przytulając się do jego boku z rozmarzonym wzrokiem. Powoli czuł jak kocimiętka zaczyna uderzać mu do głowy. — Szkoda, że władza cię nie pociąga... Przy mnie... Byłbyś ponad samego Entelodona. Wiesz... On już jest staaary. Ktoś musi go zastąpić... — Nawinął sobie jego sierść na pazur, bawiąc się nią w ten sposób. — Ma synów, owszem, ale nie mają tego co ojciec. Tak wielkich wpływów. Chwała leci na wredne kanalie co mnie oczerniają, Duma - on jedyny mi bliski, na pewno pomógłby mi zdobyć większe poparcie, a Litość? On boi się kocurów! — zachichotał. — Odrzuca moje zaloty, rozumiesz? Brzydzi się tą samą płcią, co za... co za absurd. I mu matka matkuje, a taki stary już chłop! Haha! Mój miły... — wymruczał. — Mój Azorku... Nie ma cofania się w przeszłość ku hańbie, gdy przyszłość jawi się w tak pięknych barwach. 
— Ach, nonsens, Jafarze — Białozór machnął łapą zbywająco. — Mogę wspierać cię w twojej sprawie i patrzeć z tobą znad szczytów, ale to nie jest już dłużej mój cel. Ale ty pewnie nieraz marzyłeś o byciu jeszcze potężniejszym od Entelodona, nieprawdaż? Byłbyś dobrym panem miasta, pewno budziłbyś jeszcze większy strach, niż obecnie. Ha, synowie Entelodona... Zawsze byłem ciekaw, czy są równie dumni, co ich ojciec — przerwał, myśląc nad ostatnim zdaniem czarno-białego kocura. — Skoro tak twierdzisz, nie będę się sprzeczać. Jestem pewny, że dla ciebie przyszłość jawi się w szczególnie pięknych barwach. I może będzie tam miejsce dla mnie.
— Oczywiście. To mój cel — powiedział. — Twa przyszłość... Owszem będzie, będzie bardzo piękna, przecież cię nie wyganiam, Azorku. Jesteś mym druhem, a dziś być może i partnerem... — Posłał mu zalotny uśmiech, coraz bardziej zrelaksowany. — Zasługujesz na wszystko. Wszyściuśeńkooooo! — Ułożył się wygodniej na posłaniu i zaczął się rozciągać, prezentując swój brzuch. Kocimiętka coraz bardziej wpływała na jego postrzeganie świata. Odpływał w kolorowy świat, mówiąc to co ślina na język przyniosła. Na dodatek jego chęć na przytulasy tylko się nasiliła. 
— Jestem zaszczycony, że sam Księżniczka tak wysoko mnie ceni — zaśmiał się i zaraz podniósł się od stołu będącego w rzeczywistości wiadrem. — A byłbym jeszcze bardziej zaszczycony, gdybyś przyjął moją skromną propozycję... Jest taki piękny wieczór, czemu mamy siedzieć tu, w środku, zamiast wyjść na świeże powietrze? Po co ci ten Kasztelan, Księżniczko? Chcę pokazać ci piękne miejsce. I romantyczne... Idealne dla nas.
Nadstawił uszy i uśmiechnął się szerzej. Piękne miejsce? Romantyczne? Idealne dla nich? To go zaciekawiło. Podniósł się z gracją na łapy, przejeżdżając kocurowi ogonem pod brodą, chwiejąc się lekko. Ale nie musiał się obawiać, bowiem obok miał kogoś, o kogo mógł się oprzeć. 
— Nie wiedziałem, że z ciebie taki rrrromantyk — wymruczał. — Chętnie sprrrawdze czy mówisz prawdę, ty niegrzeczny kocurze. Ty, ty, ty — Pacnął go łapą po nosie, śmiejąc się głupkowato. — Zresztą... Jakby mnie porwali to mnie ocalisz, mój ty wybawicielu... Prawda? 
— Jestem pewien, że nawet Duma nie jest takim kokieterem jak ja, Księżniczko — zamruczał jednooki, cierpliwie znosząc pacanie po nosie. — Och, z całą pewnością! O to się nie martw. Jeśli ktoś tylko spróbuje cię dotknąć, to zostanie z niego tylko proch i pył. No dalej, chodźmy — mruknął i poprowadził go w kierunku wyjścia, wymieniając porozumiewawcze spojrzenie ze swoją wierną kompanką, która utłukła popleczników czarno-białego i teraz kryła się w zakamarku budynku. — A kiedy już będziemy na miejscu, padniesz z wrażenia. Mogę ci to obiecać.
Jafar ruszył u jego boku, nieco chwiejnym krokiem. Wodził po nim rozmarzonym wzrokiem, nie zwracając uwagi na otoczenie, więc nie dostrzegł śladów krwi, które plamiły ziemię. Wierzył w końcu, że był przy nim bezpieczny, że w razie czego go ocali i miło spędzą noc. Zresztą... Kto chciałby im przerywać? On był tu panem. Teraz nie miał czasu dla żadnych popychadeł, nie gdy u jego boku szedł taki przystojny kocur. 
Zaśmiał się, gdy po raz kolejny potknął się o własne łapy. 
— Te drogi są jakieś takie... krzywe. Nie chcesz ponieść mnie na grzbiecieeee uukochanyyyy? — Otarł się o niego. 
— Oczywiście, mój drogi. Inaczej jeszcze byś się potknął i rozwalił swoją główkę... Szkoda by było — zaśmiał się krótko i zniżył się tak, by Jafar mógł wejść. — Właź, Księżniczko. 
Dumnie starał się wkroczyć po grzbiecie kocura, ale skończyło się tak, że po prostu tam padł jak kłoda. Jakoś nie było mu z tego powodu źle. Mamrotał coś pod nosem wisząc na samotniku, bujając się w rytm jego kroków. 
W zasadzie to czuł, że chyba za dużo zjadł tej kocimiętki, bo humor mu coraz bardziej dopisywał. Chichrał się do siebie i mógłby przysiąc, że stał, a jednak szedł. Niesamowite... Pierwszy raz coś takiego widział. 
Dopiero, gdy bujanie ustało, przypomniał sobie, że był tu z nim Białozór. Uniósł łeb i rozejrzał się zamroczonym wzrokiem po otoczeniu.
— Jesteśmy?
— W rzeczy samej — miauknął Białozór i pokazał mu swoje skromne włości. Nie był to może lokal najwyższej jakości, ale jak na opuszczone miejsce był całkiem zadbany. Wkroczyli przez szerokie wejście do budynku, a na parterze ukazało im się przytłaczająco puste pomieszczenie. Było tam jeszcze parę stolików pozostawionych przez Wyprostowanych, przeżartych przez robaki krzeseł, a nawet lekko podniszczona kanapa. To, co jednak było najważniejsze, to klatka - a raczej coś na jej wzór - ustawiona wręcz idealnie, by każdy mógł podziwiać tego kto się w niej znajdzie. — Proszę, wejdź do środka. Jest bardzo przestrzenna, będzie ci tu dobrze.
Przyjrzał się klatce, próbując skupić na niej wzrok. To było to całe romantyczne miejsce? Inna speluna? Chociaż było tu ciszej, musiał przyznać, a nawet jakoś zrobiło mu się senno. Nie wiedział jednak czy to dlatego, że bujanie go nieco uspało czy aura tego miejsca tak na niego wpłynęła. 
— Ah, rozumiem. Azorku ty mój wspaniały. Nie spodziewałem się, że weźmiesz sobie moje słowa do serca. To zabawa w uratuj księżniczkę? Ha! Ależ z ciebie żartowniś. Takiego cię lubię. Romantyczna noc w nawiedzonym domu! Tego mi było trzeba! — powiedział, wciąż rozglądając się po miejscu z zachwytem. 
— Nie gadaj tyle, bo jeszcze ci się język zaplącze — mruknął Białozór. — No, widzisz, nie ma nic lepszego niż miły dreszczyk emocji. A teraz wchodź. — I  "pomógł" zniewiaściałemu kocurowi, wpychając go do klatki. —  Twoim zadaniem jest czekanie, aż twój wybawiciel przyjdzie, wybudzi cię ze snu swoim pocałunkiem i uwolni z więzienia. A żeby to zrobić, musisz zasnąć. Dobranoc — mówił to wszystko na jednym tchu, prawie jakby nie mógł się doczekać, aż Jafar się zamknie. Dosłownie i w przenośni.
Nie za bardzo rozumiał co się właściwie stało. Wpadł do środka i gdy ledwo stanął na łapach, widział świat zza krat, a Azorek miauczał tak, jakby psy go goniły i zaraz miały użreć go w ogon. Rozejrzał się mimowolnie czy tak, aby rzeczywiście nie jest, ale prócz światełek, które widział tylko on w stanie po zażyciu kocimiętki, nic nie rzuciło mu się w oczy.
— A więc poczekam. Jednak nie biegnij tak w miejscu, bo się zasapiesz, a ja nie widzę tu żadnych psów. 
Być może to miejsce też wpływało na kocura, też wiedział, że to nawiedziony dom. Położył się z wdziękiem na ziemi, ale nie mógł jakoś zasnąć. Chichrał się jeszcze dłuższy czas, miaucząc pod nosem jakieś bzdury nim nie odleciał do krainy snów. 

***

Rano, gdy się ocknął zauważył, że nie był w domu. Świadomość docierała do niego z trudem, odganiając powoli mgłę wczorajszej nocy. Potarł pysk i rozejrzał się po prętach, które dzieliły mu przestrzeń. Otworzył usta i tak patrzył... patrzył... a potem wszystko do niego dotarło. Przerażenie wypełniło jego oczy, gdy zerwał się na równe łapy i próbował znaleźć drogę wyjścia. Tyle, że nie widział jej. Czyżby złapał go hycel? Ah, tak kończą się nocne wycieczki! Ale na pewno zaraz wróci do swego domostwa, miał wszak obroże, a po niej Wyprostowani orientowali się, że taki kot nie był bezdomny. 
— Co to ma znaczyć?! — warknął zły, szukając dużej istoty, która go pojmała.
— Mam nadzieję, że w tej klatce ci wygodnie — rozległ się głos Białozora, który poniósł się echem po dużej, pustej przestrzeni opuszczonego domu. — Nie miałem szerokiego wyboru... Ale ta chyba jest wystarczająca. — I już niedługo za kratami ukazał się pysk rywala, który rozwarł się w lekkim, cynicznym uśmiechu. 
Co? Co on tu robił? Co on mówił? O czym on do świętej kocimiętki mówił?! Totalnie go zatkało. Nie... To niemożliwe. Nie mógł tego zrobić! Gdzie była jego ochrona?! Mieli go przecież pilnować w Kasztelanie! Sam tu przyszedł? A może go zaniósł? Na języku czuł ledwo zauważalny posmak minionej nocy. Jak do tego doszło?! Był pewien, że ten się zmienił, a on... A on wbił mu pazury w plecy! Zatkało go. Totalnie zatkało. Nie wiedział co powiedzieć. Jedynie gapił się z otwartym pyskiem w kocura, a jego pazury aż zaczęły go świerzbić od ogarniającego go żalu i gniewu. 
— Ty... Ty... — ciężko mu było wykrzesać z siebie jakiekolwiek słowa, bowiem drżał z ogarniającej go wściekłości. — Natychmiast mnie wypuść! Wiesz kim ja jestem? Nie masz prawa mnie przetrzymywać w tych... koszmarnych warunkach! Jak śmiałeś w ogóle to zrobić?! Jak...?! — Walnął w pręty swojego więzienia, jednakże nawet jego łapa nie była zdolna wydostać się na zewnątrz, by zadrapać tego drania po tej jego paskudnej mordzie. 
— Czyżbyś tak szybko przestał mnie kochać? — zacmokał van. — A jeszcze tamtego wieczoru wyznawałeś mi miłość. Ktoś tu jest bardzo niezdecydowany. — Usiadł tak, by patrzeć z góry na tkwiącego w klatce Jafara. — Kim jesteś? Obawiam się, że teraz już nikim. Twoje koty zobaczą, że ich pan był na tyle słaby, że nie był w stanie wygrać z jakimś przybłędą, a wtedy przyłączą się do mnie. Wiesz, jak jest... Władza jest przemijalna, a w mieście każdy jest lojalny tylko sobie. Skądś to pamiętam... Ach, no tak! Mówiłem to tobie. Ostrzegałem cię tyle razy, Księżniczko, a ty byłeś tak durny, że nie domyśliłeś się, co planuję. Żałosne, nawet jak na kogoś takiego jak ty.
— Sądziłem, że przejrzałeś na oczy! Tyle czasu minęło, a ty wciąż niczym kocię rozpamiętujesz dawne urazy! — zasyczał na niego. Był w szoku. Nie potrafił uwierzyć, że aż tak stracił czujność. Owszem, Bastet przestrzegała go przed tymi amorami, ale wiedział lepiej. Naprawdę wierzył w to, że w końcu się ogarnął i postanowił mu się poddać! Był tak długo cicho, nie wychylał się i te wczorajsze słowa... Aghh! — Nie możesz mi tego zrobić! Byłem tak blisko osiągnięcia szczytu! Jak już musisz ukraść co nie twoje to mnie zabij! Zabij! Daj mi umrzeć z godnością i w chwale w walce, nie bez niej w nędzy! — Zaczął szarpać za pręty. To było najgorsze co mogło go spotkać! Jego bogactwo, jego sława! Wszystko przepadło przez te piękne oko, które go zauroczyło. Położył po sobie uszy, bowiem powoli dochodziła do niego prawda. Przegrał. To... to niemożliwe. Niemożliwe. 
Teraz uśmiech na pysku Białozora rozszerzył się. Kocur zaczął się śmiać, głośno i przeraźliwie, ukazując swoją prawdziwą stronę - sadystyczną i wcale nie lepszą od tej Jafara.
— Naprawdę sądziłeś, że po tym wszystkim, co mi zrobiłeś, po tym, co mi odebrałeś, tak po prostu ci wybaczę? I jeszcze przyjdę do ciebie z podkulonym ogonkiem? Jesteś naiwny, naiwny i durny. Zawsze byłeś. Te twoje... sentymentalne zamiłowanie do niezobowiązujących romansów i przekonanie o własnej nieomylności. Zawsze mnie irytowało. Powinienem zarżnąć cię od razu, ale oszczędzę ci tej przyjemności. Będziesz żyć, Księżniczko, żeby każdy widział twój upadek. O, tak. Będą podziwiać to, jak marniejesz w tej klatce, jak widzisz, jak wszystko, co zbudowałeś, wali się na twoich oczach. Wyobraź sobie minę tej twojej ukochanej Czaszki, gdy dowie się, że jej kochaś wpadł przez swoją własną głupotę. Ha! Znienawidzi cię.
— Nie! Nie zamierzam być twym żywym trofeum! To nie przysporzy ci sojuszników! Gdy tylko Duma się dowie rzuci mi się na ratunek. Nie chcesz wojny z synami Entelodona. Głupiec może stary, ale żywy. Ma ze mną sojusz. Zniszczy cię i mnie uwolni, a Bastet... Ona nie jest taka! Nie znasz jej. Gdybym tonął w najgorszym bagnie, ta nie porzuciłaby mnie nigdy. A tym bardziej nie przyłączy się do ciebie. Nie zrobi mi tego... — powiedział, siląc się, aby brzmieć groźnie i pewnie, chociaż wewnętrznie zżerał go strach, że wszyscy ujrzą jego hańbę. To dopiero byłby wstyd! Musiał się jakoś stąd wydostać. Musiał. Nim Azor zrobi z niego przedstawienie na całe miasto! — Słuchaj... Dogadajmy się — spróbował podejść do sprawy dyplomatycznie, chociaż drgała mu już żyłka na czole na samą myśl, by pójść na ustępstwa dla zachowania honoru.
— Jafar, litości... — Białozór spojrzał na niego z politowaniem, jak na dziecko, które próbuje przekonać dorosłego, że walczy jak najpotężniejszy samotnik w mieście. — Nie żyjesz w Betonowym Świecie od wczoraj. Myślisz, że komukolwiek na tobie zależy? Porzucą cię, bo nie jesteś dłużej wartościowy. Byłeś zbyt słaby, by się przede mną obronić. Skąd pewność, że Entelodon byłby w stanie poświęcić swoje koty, by ciebie ratować? By ratować żałosnego piecucha, który sam dał się zamknąć w klatce? A nawet jeśli miałbym walczyć z Dumą i całą resztą... Nie boję się tego. Nie jestem tchórzem jak ty, Jafar. Nie zastraszysz mnie. Jeśli ktoś będzie próbował cię odbić, będę szybszy i zabiję cię, nim zdążą to zrobić. I nawet, jeśli umrę, będę świadomy, że odebrałem ci wszystko, co powinienem był odebrać ci już dawno temu — zaśmiał się gardłowo. — Księżniczko, przez własną głupotę i zamiłowanie do patologicznych romansów zaprzepaściłeś cały swój majątek i wszystkie bliskie osoby. Myślisz, że Bastet wybaczyłaby ci to, że samolubnie zniszczyłeś życie jej i swoim bachorom? Obawiam się, że starania twojej małej zjawy nic ci już nie dadzą. Jeśli będzie próbowała cię uwolnić, zabiję ją i wasze dzieci. — Gdy usłyszał część o "dogadywaniu się", omal nie wyplułby swoich płuc, tak zaczął się śmiać. — Mam się dogadać? Z tobą? Nagle zebrało ci się na zbijanie interesów, gdy wcześniej nie chciałeś mnie słuchać? Nie. Zgnijesz tu i całe miasto zobaczy, jak w rzeczywistości prezentuje się "potęga" ich pana. 
Zaczął krążyć niespokojnie wokół krat. Nie, nie, nie... To nie tak miało być! To wszystko... brzmiało jak zły sen, nieśmieszny żart! 
— Azor! — wypluł z siebie wręcz rozkazująco. Chciał nim potrząsnąć, obić mordę, a potem jeszcze ją urwać, by tylko zmazać z jego pyska ten uśmieszek. — Tylko ich tknij... Tylko spróbuj, a nie żyjesz! Słyszysz?! Nie żyjesz! Powinieneś lepiej operować słowem. Myślisz, że co? Wszyscy przyjdą do ciebie, a ty będziesz od razu opływał w bogactwo? Mylisz się. Ja tworzyłem specyfiki, które potem światowe giganty rozprowadzali po Betonowym Świecie. Nikt nie zna receptur. Z tą swoją "władzą", to jedyne co ci przyjdzie to handel kocimiętką. Nie wspominając, że połowa twoich klientów umrze, bo nie weźmie odpowiedniej mieszanki, do której przywykli, bo jej nie będziesz miał na stanie. Ja tak czy siak tu jestem górą. Bez mej wiedzy o ziołach jesteś tylko kolejnym gangsterem, nie mającym nic do zaoferowania, tfu! — Splunął na niego, lecz oczywiście flegma zatrzymała się na siatce. 
— Obawiam się, że zamknięty w klatce niewiele możesz zrobić z tymi swoimi mieszankami, Księżniczko. Z pewnością mam do zaoferowania więcej, niż kot, który siedzi zamknięty w czterech ścianach. Mieszanki ziołowe to nie jedyne, za co większość samotników oddałoby duszę. Wystarczy siła, autorytet, arsenał dobrze wyszkolonych i doinformowanych gangsterów, których wiedza jest na wagę złota. I rzecz jasna, piękne młode kotki, mnóstwo jedzenia i schronienie. To wszystko jestem w stanie zapewnić moim kotom. Myślisz, że opowiedzą się po kimś, kto siedzi i ryczy w klatce nad utraconym życiem? Pokazałeś im słabość, a ja wystawię ją na światło dzienne, by każdy mógł widzieć, że jestem od ciebie silniejszy, że trzymanie się ze mną da im więcej. A jeśli to nie wystarczy, znajdę tysiąc innych sposobów. O to nie musisz się martwić, Księżniczko.
— Ty... TY mysi móżdżku! Ja ci właśnie powiedziałem, że przez twoją głupotę, umrą koty! A ty dalej zadzierasz nosa! I ha! Już widzę skąd to wszystko bierzesz. Ta twoja speluna nie pachnie żarciem za grosz! — mówił dalej w złości, dygocząc już od tego wszystkiego. 
— Tak, wylewaj na mnie swoje żale, bo nie potrafisz zaakceptować, że sam sprowadziłeś na siebie ten los. Czemu mnie to w ogóle dziwi? Zawsze taki byłeś. Obwiniałeś za swoje błędy innych... Widziałeś problem we wszystkich, tylko nie w sobie — prychnął kocur. — Mam wśród swoich popleczników trochę pieszczochów. Wyprostowani potrafią robić naprawdę niezłe żarcie, Księżniczko. Powinieneś to wiedzieć. I od kiedy ty się przejmujesz życiem kogokolwiek innego, niż samego siebie? Nagle zrobiłeś się miłującym swoich poddanych panem? Nie obchodzi cię ich życie, przyznaj. Ani trochę. Zależy ci tylko na twoim własnym majątku.
Zasyczał na niego wrogo, bo miał rację. Nie obchodzili go. Ich śmierć to nie był jego problem. Chodziło o jego władze, wolność i majątek, który dzięki nim posiadał. Nie mógł uwierzyć, że kocur chciał to wszystko zniszczyć, jego wspaniałe imperium, dla stworzenia czegoś tak przyziemnego, co przypominało to co tworzył przez te księżyce Entelodon. 
Nie odpowiedział mu, ponieważ szkoda było się kłócić z tym pacanem. Jednakże musiał coś zrobić, musiał! Ale co? Nie zniży się przecież do błagań. Pff, nie. To nie było w jego stylu. Jednakże to, że był postawiony pod ścianą, bez żadnych perspektyw go przerażała. 
— I co? Będziesz mnie tak tu po prostu trzymał? Bawi cię to? — ugryzł się w język, no oczywiście, że go to bawiło. Nie musiał pytać. — Wypuść mnie. Nie jestem twoim pieszczochem na utrzymaniu! Jak nie koty, to moja niewolnica zacznie mnie szukać. Rozumiesz?! 
— Tak. Twój spektakularny upadek, który będą mogli podziwiać wszyscy samotnicy — odparł kocur. — Twoja Wyprostowana? Raczej wątpię, że zna koci język na tyle, by dowiedzieć się, gdzie jesteś.  A może kupi sobie kolejnego kota, hm?
— Jak to kupi?! Czy tu uważasz, że byłem jakąś tam rzeczą?! To ja nią władałem, ja! — Coraz szybciej zaczął krążyć po swojej celi. — Nie zgadzam się na żadne podziwianie mej osoby! Nie możesz mi tego zrobić! — wręcz wypiszczał. — To cios poniżej pasa, tak się nie godzi! Rozejdźmy się i zapomnijmy o tej sprawie, to najlepsze wyjście! — zaczął powoli panikować, że ten spełni swoje groźby. 
Świat nie mógł go zobaczyć w tym stanie! Będzie pośmiewiskiem! Już nigdy nie zdobędzie szacunku na dzielnicy. Nie chciał też umrzeć w ten sposób! Nie przejdzie do legendy. Jego życie będzie jednym wielkim żartem opowiadanym przez miastowe koty. Bał się tego. Tego poniżenia, które go czekało. 
— A raczej chciałeś, by inni tak myśleli — poprawił go jednooki samotnik. —  To nie ty tu wydajesz rozkazy, Księżniczko. Więc twoje żałosne krzyki na nic się nie zdadzą.
Wrzasnął z frustracji, bo tylko na tyle było go stać. Odsunął się w ciemny kąt i tam ułożył się na zimnej i niewygodnej ziemi, obrażając się na kocura. Nie chciał już z nim rozmawiać. Jego świat właśnie runął. Nie miał już nic. Był nikim. Jego rodzina była zagrożona, a niedługo całe miasto będzie się z niego śmiało. Zwinął się w kłębek, czując jak bezsilność go coraz bardziej ogarnia, jak wyciska mu niechciane łzy z oczu, które skrył przed światem we własnych łapach. 
Białozór parsknął, kręcąc głową z niedowierzania.
— No proszę, i to ma być ten wielki pan miasta, z którym sojusz zawarł sam Entelodon? Szczyt komedii.
Płonął. Płonął i nie był w stanie tego pożaru ugasić. Był skończony. 
SKOŃCZONY.