— Trójoki Zającu!
Spojrzał na szylkretkę, gdy zorientował się, że coś do niego mówiła. Zmarszczyła brwi. Nie mieli czasu do stracenia, nie mogli go tak marnować… nie mógł go tak marnować. Zaczął sapać, nabierając łapczywie oddechy. Dawno nie wpadł w taki stan, jednak to nie on był tutaj pokrzywdzony, jakim był egoistą, zachowując się w ten sposób.
— Biegnij po pomoc!
— Musimy go przetransportować do obozu! On… on… — zamiauczał gorączkowo, przeskakując ślepiami to na leżącego, to na swoją partnerkę, nie mogąc widocznie się uspokoić. Kocica strzepnęła nerwowo końcówką ogona. Fale morza, wzburzone, obijały się o piaszczysty brzeg, mocząc go słoną cieczą. Klangor mew niósł się echem po wysoko pnących się klifach. Ptaki o rozłożystych skrzydłach krążyły nad wodą, jakby obserwowały całe to zajście. Gdyby nie przytrafiła się tragedia, nazwałby to miejsce nawet urokliwym.
— Pomóż mi go ułożyć na plecach — poleciła mu, a Trójoki Zając, wahając się przez moment, skinął głową. Kukułczy Wdzięk była od niego szczuplejsza, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Musieli mu pomóc. Zaczął przeklinać siebie w myślach za to, że nigdy nie interesował się ziołami. Tak bardzo by mu się to teraz przydało… Poczuł nawet, że jego stronienie od spożywania ich było w tej chwili godne mysiego móżdżka, jednak nie bez powodu ich przecież unikał. Obiecał Kukułce i trzymał się tego do tej pory. Chwilę będą musieli go ponieść razem, a potem zajmą się nim ci, którzy się na tym znali. Chwycił go najostrożniej, jak potrafił za skórę na karku, uważając przy tym, żeby nie pogorszyć stanu jego łapy. Nie wiedział, czy uraz głowy był na tyle poważny, że nie mogli go przenieść. Musiał zaryzykować. Gdy łaciaty znalazł się na grzbiecie szylkretki, Trójoki Zając stanął tuż obok niej, sporą część ciężaru przenosząc na siebie. Ruszyli na tyle szybko, na ile pozwalały im łapy, a także równowaga, w stronę obozu. Trójokiego Zająca oblał zimny pot, miał wrażenie, że ilekroć myślał o stanie syna, łapy same uginały się pod nim. Nie wolno mu było teraz się poddać. Musiał być silny, dla swojej rodziny. Firletka go potrzebował.
W oddali zaczął malować się wysoko postawiony wodospad. Przez całą drogę dwójka nie mówiła do siebie nic, Zając nie był nawet pewien, czy powinien cokolwiek mówić. Wiedział, że w umyśle jego partnerki musiało zachodzić obecnie wiele myśli w jednym czasie, dlatego też nie chciał jej dokładać własnej dawki zmartwień, musiał jakoś sobie z nimi poradzić. Przeszli sprawnie przez tunel i znalazłszy się wystarczająco blisko legowiska medyka, Trójoki Zając oddał swoją część syna na barki partnerki, wparowując pospiesznie do środka jamy. Wewnątrz zastał całą trójkę medyczek. Woń strachu była u niego tak wyraźna, że zaalarmowała jeszcze parę kotów, z którymi nie miał nawet czasu rozmawiać.
— Jagnięcy Ukłonie, pomocy! Firletkowa Łapa spadł z klifu! — krzyknął. Ćmia Łapa, która do tej pory wyglądała na senną, teraz wyraźnie pobladła na licu. Jagnięcy Ukłon momentalnie poderwała się ze swojego miejsca, jakby rozglądając się za poszkodowanym. W umyśle kocura krążyło na tyle wiele myśli, że nie był w stanie wykrztusić z siebie nawet pomruku więcej, przynajmniej teraz. W gardle zacisnął mu się mocny supeł, a krótki ogon podrygiwał z podenerwowania. Cała ta reakcja, wszystko, trwało dla niego wieczność.
— Czy już poszedł ktoś tam do niego? — zapytała, a serce wojownika zapadło się. Nie mieli na to czasu! Trzeba było mu pomóc!
— Tak, Kukułczy Wdzięk. Jagnięcy Ukłonie, proszę, pomóż nam! — wydobył z siebie jeszcze ledwo, wyglądając teraz wyjątkowo żałośnie, a przynajmniej w ten sposób się czuł. Niczym zagubione kocię we mgle. Nim się zorientował, Księżycowa Aldrowanda wyszła z legowiska i pomogła bezpiecznie przetransportować ucznia, układając go teraz delikatnie na posłaniu. Całej tej akcji kocur przyglądał się tak, jakby był jedynie obserwatorem. Czuł się oderwany od rzeczywistości, a jego umysł przysłoniła swego rodzaju mgła. Jagnięcy Ukłon wydawała jakieś polecenia, które nie docierały do jego uszu. W pewnym momencie poczuł, jak ktoś szturcha go lekko w bark, z pewnością niecelowo, a dlatego, że wybrał sobie niefortunny skrawek. Jak z tym wszystkim czuła się Ćmia Łapa? Kukułczy Wdzięk? Spojrzał na szylkretkę. Czy była na niego zła? Nie byłoby to dziwne, w końcu to on nie upilnował ich syna. Pozwolił na to, żeby spadł z klifu. Jakim ojcem był? Czy mógł siebie jeszcze nazywać tym mianem?
Kremuska, mimo że radziła sobie w porządku z wydanymi jej poleceniami, wyglądała z jednej strony na zagubioną. Łapy jej się trzęsły, wydawała się nieobecna. Gdy Trójoki Zając słuchał o złamaniach ze strony Księżycowej Aldrowandy, przysunął się do Kukułczego Wdzięku i zerknął na nią, jakby upewniając się, czy było to w porządku. Wreszcie, wtulił się lekko w jej bok, próbując dodać zarówno liliowej, jak i sobie otuchy. Z każdym kolejnym ruchem, przeżutym ziołem, Ciemka wydawała się coraz bardziej zagubiona. Kocur, gdyby tylko mógł, zabrałby ją stąd i nie pozwolił, żeby patrzyła na krzywdę brata. Rola medyka jednak na to nie pozwalała… kto wie, może w przyszłości będzie musiała opatrzyć nawet i jego?
***
Kto by pomyślał, że sielankowy dzień, podczas którego Firletkowa Łapa tak doskonale się wykazał, przynosząc do azylu parę gryzoni, skończy się taką tragedią? Trójoki Zając z żalem spoglądał na ryjówkę, która pozostała na stercie. Wiewiórką zajęły się karmicielki. Na samą myśl oczy zaczynały go szczypać, a serce przyspieszyło bicia. Kukułczy Wdzięk nie chciała opuszczać boku syna, a kremowemu nakazano ochłonąć poza jamą. Gdyby tylko mógł, zamieniłby się z nim miejscami. Przed niebieskim było przecież jeszcze całe życie. On miał za sobą już tak wiele, że gdyby wylądował w legowisku starszyzny, może i by stracił, ale z pewnością mniej, niż jego syn. Jeśli to było złamanie, nie wszystkie goiły się tak wspaniale, jak mógłby sobie tego życzyć.
— Klanie Gwiazdy, proszę, czuwaj nad moim synem. Jest jeszcze taki młody, jeszcze tyle przed nim. Czym on mógł zawinić? — szepnął do siebie, zamykając oczy i kładąc uszy po sobie. Jeśli obserwowano go ze Srebrnej Skóry, chciał wierzyć, że przodkowie mogli zrobić cokolwiek, co pomogłoby szaremu. Ryk wodospadu zagłuszał wszelki śpiew świerszczy na zewnątrz, Trójoki Zając nie był nawet pewien, kiedy czas tak zleciał. Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, rzucając długie cienie wewnątrz jaskini Klifiaków. Pręgus nie czuł nawet odrobiny zmęczenia, jego umysł pochłonięty został przez obawy o Firletkę. Wcześniej, Przepiórcza Wichura próbowała z nim rozmawiać, aczkolwiek ich konwersacja była zdawkowa, głównie z jego strony. Wreszcie, szylkretka westchnęła i gdy spróbowała również wejść do legowiska medyka, została grzecznie poproszona o to, żeby wyszła. Jedynie Kukułczy Wdzięk trzymała się pozostania u boku Firletki na tyle, iż uzdrowicielki w pewnym momencie się poddały, pozwalając jej na to. Jagnięcy Ukłon wyłoniła się z wnętrza i przez parę uderzeń serca szukała czegoś wzrokiem, aż wreszcie zawiesiła go na czekającym kocurze. Podeszła do niego spokojnym krokiem, a zielonooki śledził każdy jej ruch. Przysunął się do niej, patrząc na starszą, jakby spodziewał się werdyktu.
— Udało nam się doprowadzić stan Firletkowej Łapy do stabilnego, jeszcze się nie obudz-...
Już miał kiwać głową ze zmartwieniem, gdy do jego uszu dobiegły słowa:
— Jagnięcy Ukłonie, obudził się! — Z wewnątrz zawołała Księżycowa Aldrowanda, a Trójoki Zając momentalnie poderwał się na łapy, wchodząc przed medyczką do środka. Kukułczy Wdzięk siedziała tuż obok, a kocur ułożył się tak blisko, jak tylko był w stanie. Firletkowa Łapa, wraz z uchyleniem powiek stęknął, z pewnością dotarł do niego ból. Serce zastukało mu boleśnie, nie mógł patrzeć na cierpienie syna. Po paru uderzeniach serca wzdrygnął się i wrzasnął na tyle głośno, że kremusowi podniosło się krótkie futro na karku.
— Synu? — miauknął do niego niepewnie, gdy niebieski umilkł i mrugał nieprzytomnie oczami. Kukułczy Wdzięk położyła delikatnie poduszkę łapy na jego boku, jednak uczniak nawet nie zareagował. Jęknął i przestał, cokolwiek próbował zrobić.
— Nie wiem, czy cię słyszy — powiedziała smutno, przenosząc na moment spojrzenie z syna, na partnera.
— Możliwe, że zioła powoli przestają działać. Damy mu następną dawkę niedługo, żeby mógł jeszcze pospać. Sen najlepiej regeneruje ciało, w tym umysł — poinformowała ich Jagnięcy Ukłon, a kocur pokiwał głową. Jeśli dzięki temu Firletka by nie cierpiał, to chciał, żeby zrobiono wszystko, co tylko było możliwe, żeby mu pomóc w wyzdrowieniu. Spojrzał na wszystkie te opatrunki i zioła, martwiąc się o niego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Ćmia Łapa w pewnym momencie również się przysunęła, muskając futrem boki rodziców. Trójoki Zając objął ją łapą, tuląc do siebie ciasno. Nadal drżała, niczym osika smagana mocnym wiatrem. Ciepło rodzica, zdawało się, dołożyło jej pewnej dawki otuchy, a przynajmniej tak chciał myśleć.
— Już wszystko dobrze, już dobrze. — Zaczął delikatnie nią kołysać, jak za czasów kocięcych, jakby próbował sprawić, by rozluźniła mięśnie i może nawet się przespała. Nie chciał, żeby była przemęczona następnego dnia, mimo że jej umysł z pewnością przyćmiewało zmartwienie. Nie był pewien, czy Kukułczemu Wdziękowi udało się zasnąć, czy jedynie potrzebowała chwilowej drzemki albo oddania się ciszy panującej w legowisku. Nie mógł wiedzieć, czy Firletka nie obudzi się niedługo z kolejnym wrzaskiem bólu ani czy jego łapa zagoi się poprawnie. Jedynym, co mógł teraz zrobić, to spróbować jakoś pocieszyć jedno ze swoich kociąt. — Świetnie się spisałaś — mruknął do młodej jeszcze, uśmiechając się smutno. Zaczął mruczeć pod nosem, odnosząc wrażenie, iż ta metoda działała. Jagnięcy Ukłon ułożyła się w swoim posłaniu wygodnie, obserwując ich jeszcze, co nie przeszkadzało mu szczególnie. Uczennica przymrużyła oczy, układając się wygodniej i wtulając w ojca. Głucho westchnął z ulgą. Jej bok zaczął delikatnie unosić się, a potem opadać.
Tak bardzo chciał porozmawiać teraz z synem, ale nie było to możliwe w żaden sposób. Chciał, żeby odpoczywał jak najwięcej i szybko wrócił do zdrowia. Był gotów zrobić wszystko, byleby wszystko wróciło do normy. Nie miał jednak świadomości, że nic nie mogło być już takie, jak wcześniej. Kukułczy Wdzięk położyła głowę na łapach, przymykając oczy, gdy zielone ślepia kocurka na nowo się przymknęły. Trójoki Zając zaś polizał Ciemkę parokrotnie pomiędzy uszami, w celu dodania jej otuchy. Była to jego wina i nie wolno mu było dopuścić do tego, żeby więcej rzeczy poszło nie tak z jego powodu. Oby tylko jego rodzina go nie znienawidziła… Oby Firletkowa Łapa wyzdrowiał.
<Poznajesz mnie, synu?>
[1918 słów - trening Firletkowej Łapy]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz