BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mały Wilk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mały Wilk. Pokaż wszystkie posty

31 stycznia 2021

Od Małego Wilka CD Kawczego Lotu

 Puścił uwagę brata mimo uszu. Ostatnie na co miał ochotę, to wielkie przemądrzanie się Kawki. Prychnął cicho, sam nie był zadowolony, że jeden z jego bachorów tak, jak on nie ma dwóch kończyn, jednak zdusił tą uwagę w gardle. Przed oczami już miał obraz żałosnego życia, które czeka tą małą drażniącą kulkę futra. O ile ich cudowny lider nie wpieprzy go do starszyzny na resztę życia, to jeśli zostanie wojownikiem to z pewnością tylko z litości, jak on. Miał ochotę wydrapać Iglastemu ślepia za to. W dupę niech se wsadzi litość.
— Niedługo pozbędę się problemu.
Mruknął średnio wyraźnie, po czym odszedł, zostawiając brata samego z tą myślą. Jego ogon przecinał powietrze ilekroć poruszał nim by złapać równowagę i nie wywalić się na krzywy pysk.

* * *
To "niedługo" zamieniło się w kilka ładnych księżyców, bo szczeniaki miały już cztery i strasznie go drażniły. Nie oszukując - ojcem był chujowym i nawet nie zamierzał bronić się przed tym określeniem, jednakże to, co zamierzał zrobić było dla niego najlepszym wyjściem z możliwych. Dlatego dzień po zgromadzeniu, pod osłoną nocy zakradł się do żłobka. Wszyscy spali poza Śnieżką, która pilnowała maluchów, widząc ojca kociąt skinęła mu głową. Szylkretka już wcześniej pożegnała się z synem, dlatego też teraz pozwoliła Małemu bez słowa go zabrać. Widział w jej oczach ból i rozpacz, jednakże oboje mieli świadomość, że tak będzie najlepiej. 
Wyszedł z kociarni z Jeżynkiem w pysku, który spał niczego nieświadomy. Poruszył niespokojnie uszami, kierując się do wyjścia.
— A ty co? Idziesz gówniarza utopić? — zatrzymał się, słysząc głos Kawki. Prychnął zirytowany.
— Nie. Oddać do dwunogów. 
— Aha — nie potrafił odgadnąć emocji z pyska brata chyba pierwszy raz w życiu. Chciałby wiedzieć, co mu tam po łbie lata — A jak się Wróbel dowie?
— Coś ty taki nagle troskliwy? W dupie mam Wróbla. Nie chcę, żeby gnojek miał tak chujowe życie jak ja — miauknął, zaciskając szczęki, by rudzielec nie upadł na ziemię. Jeszcze żywego alarmu mu brakowało — Wrócę, jak coś mnie nie zabije — mimowolnie zaśmiał się pod nosem. Oczywiście, że wróci do tego zasranego klanu, kto by przecież drażnił tego pachołka Borsuk? No i Kawka też powinien lepę na ryj otrzymać. No ale to jak wróci.
* * *
Łapy bolały go jak nigdy w życiu. Wzrok powoli się rozmywał, zaś Jeżynek piszczał i wyzywał go od gównojadów, byleby tylko wypuścił go z pyska. Parł jednak na przód, widząc w oddali farmę. Dotarłby tu wcześniej, gdyby nie cholerny patrol klifiaków, którzy zatrzymali go, gdy przechodził wzdłuż granicy. Obstawiał, że gdyby nie miał ze sobą dzieciaka oraz posiadał wszystkie zdrowe kończyny, to by skończył jako wycieraczka w legowisku Berberysowej Gwiazdy.
— Wojowniku! Tutaj! — usłyszał przed sobą głos Alfreda. Rudy kocur siedział na trawie, tuż obok płotu zaś na jego szyi wisiała niebieska listki obróżka w listki z jakąś plakietką.
— Opiekujcie się nim — mruknął, stawiając kociaka przed pręgusem.
— Ej, co to ma niby być! Ktoś mnie o zdanie zapytał?! — zasyczał Jeżynek, strosząc futerko — Gdzieś ty mnie zabrał ciołku jeden? — zwrócił się do ojca, plując mu pod łapy.
— Idziesz do dwunogów. Nie będziesz już mieszkać w klanie wilka. Zadowolony? 
— No! Nareszcie żeś mózgiem ruszył. To co, idziemy nowy tato? — czarny poczuł ukłucie w klatce piersiowej na słowa syna. Nie dał po sobie tego poznać. Pożegnał się z Alfredem, ostatni raz spojrzał na swego potomka, po czym udał się w drogę powrotną. Tylko... nigdy nie dotarł do rodzimego klanu. W pewnym momencie przed nim pojawił się wielgachny cień. Niezrozumiałe słowa dwunogów dotarły do jego uszu z opóźnieniem, gdy coś łupnęło go z całej siły w głowę. Upadł na ziemię brocząc krwią. Powieki mu opadły a gdy się ocknął, zrozumiał, że jest w miejscu, do którego idą wszystkie dobre zdechlaki. Teraz brak przednich łap nawet mu nie przeszkadzał, czuł się tak, jakby miał cztery kończyny co przyjął z radością i ulgą. Może i zdechł ale zyskał święty spokój, zaś jego rodzinka niech się chrzani. On miał już wszystko gdzieś.

< Dzięki za sesję <3 >

Od Małego Wilka

Sprawa Jeżynka mierziła go niemiłosiernie. Może i nie był cudownym i genialnym starym, bo krótko mówiąc - miał dzieciaki w dupie, tak mimo wszystko, wolał być pod jednym względem lepszy niż ten wyliniały szczur, który go spłodził. Oczywistym było, że jeśli Borsuk nie zacznie pieprzyć od rzeczy na ucho Wróblowi, ten najpewniej by posłał swojego bratanka do starszyzny, gdzie siedziałby do usranej śmierci.
Jak Szczurza Łapa.
Młody kocurek dawał też srogo znać, że życie klanowe to on ma gdzieś i rzyga na te wszystkie zasady. Wielokrotnie Śnieżka żaliła mu się, jak to rudzielec brynczał, że już wolałby zdechnąć, nie urodzić się. Brzmiało to cholernie znajomo. Coś tam jeszcze narzekał, że woli zostać pieszczochem, niż gnić tu uderzenie serca dłużej.
Czarny uznał więc, że wyśmienitym pomysłem będzie wciśnięcie bachora jakimś pieszczochom na wychowanie. Własnego dzieciaka nie miał za bardzo ochoty kropnąć, także to był wręcz idealny sposób, by wilk był syty a i owca cała. Dlatego tak cholernie się ucieszył, gdy podczas polowania wyłapał fetor kotów dwunogów. Ruszył śladem, licząc, że nikt przed nim go nie wyczuł i nie przepędził w trzy wiatry.
Miał szczęście - pieszczochy znajdowały się tam, gdzie kończył się trop. Mały zastrzygł uszami, obserwując jak kotka i kocur rozpaczliwie kogoś wołają. 
"Rubinku! Chodź do nas! Nie chowaj się!"
Skrzywił pysk, gdy wrzaski zabolały go w uszy. Obstawiał, że jakiś gówniak im się zgubił, dlatego tak się drą i latają jak kot z pełnym pęcherzem o poranku. Zmarszczył brwi. A może... Może uda mu się wepchnąć im Jeżynka? Toż to była genialna myśl! Pozbędzie się tej małej glisty! Zamruczał z aprobatą na własny pomysł, po czym wylazł zza jeżyn.
— Nie powinno was tu być — burknął, marszcząc brwi — Za włażenie na teren klanu by was rozszarpali — dodał zaraz, przysiadając długość lisiego ogona od rudego kocura i białej kotki. Ci zamrugali z zaskoczenia, zamierając w bezruchu. Wlepiali w niego przerażone ślepia, jakby nie wiedzieli co mają teraz zrobić.
— P-przepraszam pana. My tylko szukamy naszego synka... zgubił się — miauknął niemrawo rudzielec, kładąc po sobie uszy — Pół wschodu słońca go szukamy — wyjaśnił szybko. Mały Wilk machnął ogonem w zadumie.
— Czy wasze dwunogi potrafią zapewnić odpowiednie życie kotu bez łap? — wypalił, nim zdążył pomyśleć. Pręgus nastroszył futro, patrząc na wojownika i przechylając łeb na bok.
— C-co?
— Odpowiedz.
Pieszczochy wymieniły ze sobą przerażone spojrzenia. Mruknęli coś do siebie, po czym kotka skinęła głową.
— O-oczywiście, że tak! Nasza przyjaciółka, Beatka, nie ma trzech łap i radzi sobie wyśmienicie! — biała kocica uśmiechnęła się mimowolnie. Mały kiwnął głową. Czyli na jedno odpowiedź już znał. Przymknął ślepia, czekając uderzenie serca, aż zada kolejne.
— Ile księżyców ma wasz syn?
— Pięć — tym razem odezwał się kocur.
— Pomogę wam go znaleźć. Jednak pod jednym warunkiem, musicie wziąć pod swoją opiekę mojego syna - Jeżynka. W klanie wilka nie ma dla niego miejsca
— No... zgoda. Tylko niech pan pomoże nam szukać syna!
Kiwnął głową, węsząc. Parszywy zapaszek żarcia pieszczochów i mleka unosił się w powietrzu. Był w szoku, że te półgłówki nie zdołały zwietrzyć tej woni, jednak było mu to na łapę. Mógł się teraz wykazać i pozbyć tego małego gamonia, który wiecznie narzekał na miejsce, w którym się urodził.
Przyspieszył kroku, gdy usłyszał żałosne zawodzenie kocięcia. Przedarł się przez krzaki oraz zarośla, które chlastały go boleśnie po pysku, by kilkanaście uderzeń serca później, mieć przed sobą obrazek kociaka, który wlazł na pieniek po ściętym drzewie i nie mógł teraz zejść.
— Ja pierd- — urwał, gryząc się w język. Kruszynka, bo tak nazywała się kotka, wyminęła go pospiesznie razem z Alfredem, gdy wytulić mocno malucha. Wojownik pokręcił zrezygnowany głową — Przy farmie. Juro o wschodzie słońca — mruknął, zaś gdy otrzymał twierdzące miauknięcie, ruszył w drogę powrotną do obozu, gdzie zebrał serię durnych komentarzy, że jak to capi pieszczochami i dwunogami. Zlał je mimo uszu. Liczyło się to, że znalazł wyjście z problemu. Wieczorem, zanim nastąpił wymarsz na zgromadzenie, powiedział jej na osobności o wszystkim. Kotka niechętnie przystała na jego propozycję, jednak słysząc tłumaczenia kocura - zgodziła się.

26 grudnia 2020

Od Małego Wilka CD Wróblowego Serca

 Jego matka zdechła. Ponoć ktoś znalazł ją sztywną i zimną o porze wschodzącego słońca. Mały czuł się... dziwnie. Co prawda przez ostatnie dziesięć księżyców, może mniej, może więcej, unikał rodzicielki. Coś słyszał, że ponoć chorowała i miała problemy z pamięcią, jednak średnio w to wierzył. Przecież mama zawsze była mamą i jakaś zafajdana choroba by jej nie ruszyła. Nie ją.
No a jednak nie dała rady. Teraz po burej, wielkiej i wściekłej wojowniczce pozostał tylko żałosny kopczyk. Mały Wilk położył po sobie uszy, widząc, że jego durny brat siedzi nad grobem matki. Średnio miał ochotę na konfrontacje z zastępcą, jednak coś go tchnęło i nim zdążył zawrócić, wykonał krok w przód, później kolejny i kolejny. Machnął ogonem, kładąc kwiatek na udeptanym piachu, po czym usiadł obok. 
— Przepraszam. Za wszystko — mina Wróbla wyrażała wszystkie znane mu emocje. Od dziwienia, po przerażenie aż po "Bracie, nie pierdol, co brałeś?". Mały warknął rozdrażniony. Robił tylko to, co matka chciała - godził się z tym zapchlonym kłakiem ze skunksiej dupy. Nie miał zamiarów wysłuchiwać jojczenia swojej matuli, która przylezie do niego zza światów we śnie, że jest be i fuj bo z braciszkiem nie spijają sobie z dziubków. Oblizał pysk. No i też było mu głupio za jego własne humorki. No ale tylko trochę.
— Mama by nie chciała, żebyśmy żyli w niezgodzie — miauknął mimowolnie buras, niebieskie ślepia wbijając w kwiatek, który przywlekł jego brat. Czarny wojownik poruszył się nerwowo, atmosfera tak zgęstniała, że spokojnie mógł ją pazurem kroić — Jak tam ze Śnieżką? Mama wcześniej pytała o was — pręgus uśmiechnął się trochę pod nosem — Chciała wiedzieć, czy może nazywać ją synową, czy jednak nie.
No cóż. To został wbity w ziemię. Brązowooki milczał, co rusz otwierając pysk, jednak jakimś cudem nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, by wyrazić to, co kłębiło mu się w głowie. W błogiej ciszy minęło kilkanaście uderzeń księżyca.
— Cóż... do dupy — skwitował krótko, nie mając zielonego pojęcia jak to inaczej wyjaśnić tak, by ten to zrozumiał — Nie jesteśmy razem.
— Ojej... Szkoda, wiesz?
— Mhm
— To... jesteście przyjaciółmi?
— A cholera wie — wzruszył barkami, prychając pod nosem. Ponownie zamilkł, szykując się na wyznanie, które miało zwalić jego z brata z łap wprost na pysk — Ej, Wróbel?
— Tak?
— Wujkiem będziesz. Chyba. Bo najpewniej żeśmy kociaki zmajstrowali. Więc szykuj się na niańczenie gówniaków.
Odpowiedziała mu długa, błoga cisza przerywana jedynie krakaniem wrony.

< Wurbel? >

14 grudnia 2020

Od Małego Wilka CD Kawczego Lotu

 Mały uderzył ogonem o ziemię ignorując brata, po czym odwrócił się do niego dupą i... na tym skończyła się ich jakakolwiek interakcja. Księżyce mijały a bracia pozostawali wobec siebie tak samo wrodzy jak zawsze, Mały Wilk czasem zastanawiał się, czy serio są braćmi, jednak taką myśl szybko porzucał. Bardziej skupił się na Śnieżce, która ostatnimi czasy rzygała dalej niż widziała.
Jakby tego było mało nagle żądała od czarnego kocura jakichś porąbanych rzeczy - a to wrzuć mi do legowiska szyszkę, bo będzie mi się lepiej spało, to przynieś mi drozda, to wronę czy inne cholerstwo... Zdaniem Małego Wilka kotka dostała na łeb i teraz wydziwiała, problem był tylko taki, że nie miał zielonego pojęcia jak to wszystko odkręcić. Jeszcze tego mu brakowało, żeby baba mu na łeb wlazła. 
Żeby dodatkowo bardziej zaognić całą sytuację, szylkretka zrobiła się też niesamowicie tulaśna, non stop ocierała się o jego policzek czy bok, szepcząc na ucho różne słodkie słówka i lepiej by było, żeby nikt poza nim ich nie słyszał. On sam jakoś tak nabrał bardziej ochoty na bliski kontakt z wojowniczką, która potrafiła chociaż raz dziennie wyciągnąć go poza obóz gdzieś, gdzie mogli być sami.
— Gdzieś ty był kaczkochodzie — na samym wejściu do obozu usłyszał niezadowolone warknięcie brata. Mały otrzepał się, układając zmierzwioną sierść — Miałeś być debilu na patrolu, zamiast ciebie musiałem iść ja! — kocur syknął, uderzając ogonem o ziemię.
— Zamknij się, łysolu — niepełnosprawny wojownik również nie pozostawał mu dłużny. 
— Odszczekaj to kaczkowężu!
— Bo co mi zrobisz zasrany klifiaku?!
— Nasram ci na łeb obrzygany nocniaku!
Patrzyli na siebie z piorunami w oczach, bijąc wściekle ogonami o ziemię. Mały uśmiechnął się pod nosem. Oboje wiedzieli, że nie żaden z nich nie odpuści w przepychance słownej, młodszy z braci miał jednak coś, co mogłoby zwalić Kawkę z łap, że aż zaryje mordą o ziemię.
Zrobił krok w przód, ocierając się o bok brata i mrucząc cicho, po czym zbliżył pysk do jego ucha.
— Ja przynajmniej spałem z kotką, przegrywie — szepnął.

< Kawka? Sry za gniota >

11 grudnia 2020

Od Małej Łapy (Małego Wilka)

 Relacja ze Śnieżką była... dosyć skomplikowana, jeśli jakkolwiek można było to tak nazwać, kocur sam nie wiedział co ma z tym zrobić. Bo o ile czuł coś do szylkretowej kupy futra, o tyle zaraz przyćmiewała to wściekłość, która ogarniała go non stop. Szczerze mówiąc, czarnuch już nie wiedział kiedy ostatnio chodził z bananem na mordzie. Nawet w towarzystwie Śnieżnego Puchu ostatnio przestał się jakoś uśmiechać. Zmartwiło to kotkę, widział to po niej, jednak ilekroć widział jej pytający wyraz pyszczka - odchodził bez słowa. Problemy z pamięcią matki, do tego śmierć Skowronek, jej chłopa oraz dzieciaka... Westchnął cicho, patrząc na duży grób. Było mu... przykro, dziwnie się czuł, że stracił siostrę, szwagra oraz siostrzeńca za jednym zamachem. Strzepnął uchem, słysząc wściekle mamroczącą Borsuk, ktoś inny warknął, że z tym całym szajbusem Szczurem trzeba było zrobić już dawno porządek. Sam był podobnego zdania, nie lubił tego wypłosza i ani myślał, by jakkolwiek go bronić. Powinien zdechnąć dawno temu. Jak Wawrzyn. Czekał teraz, aż ten cały Kolec wyzionie ducha i będzie miał spokój od zarzygańca, który na siłę próbował się z nim zaprzyjaźnić. Szedł przed siebie z kwaśnym wyrazem pyska.
— Mały Wilku? — poczuł na swoim futrze ciepły język. Otrzepał się, spoglądając na wojowniczkę, która bez słowa oparła głowę na jego klatce piersiowej. 
— Mówiłem, żebyś tak się do mnie nie odzywała — mruknął pod nosem — Wiesz, że nienawidzę tego imienia — dodał zaraz, odsuwając się. Nie miał ochoty na jakiekolwiek czułości. Zmarszczył nos.
— Musimy porozmawiać. Poważnie — kotka położyła po sobie uszy, wzdychając cicho. Mały rozejrzał się dookoła. Nikogo nie było, czyżby aż tak zależało jej na rozmowie na samotności?
— O czym niby?
— O nas
Zaśmiał się, odchodząc na bok. Nie potrafił złapać wdechu, przez łzy spoglądał na szylkretkę, która chyba nie byłą pocieszona takim rozbawieniem. Mały Wilk strzepnął ogonem, ocierając łzy. Nie mieli przecież  czym rozmawiać, może i coś czuł do niej ale to było tak posrane, że nie miało prawa nic z tego wyjść. 
— Przestań Mały Wilku! — nastroszył odruchowo futro, widząc wściekłość wymalowaną na pyszczku wojowniczki. To był znak, że swoje durne żarciki może schować sobie pod ogon. 
— Między nami nic nigdy NIE BYŁO, NIE MA i NIE BĘDZIE! Co ja mam niby zrobić? Przestań być taka poważna! — bił ogonem o ziemię, wysuwając ostrzegawczo pazury w tylnych łapach. Śnieżny Puch milczała, odsłaniając raz po raz kły. Serce kołatało mu w klatce piersiowej jak oszalałe. 
— KOCHAĆ MNIE, TY ZASRANY, ZAPATRZONY W SIEBIE IDIOTO! — podeszła bliżej, wykrzykując mu wszystkie swoje żale w pysk. To jak znosiła jego humorki, jak starała się pocieszać, chociaż sama miała dosyć wszystkiego, jak próbowała naprawić jego relacje z rodzeństwem i w końcu... jak bardzo go kochała ale wiedziała, ze czarnuch najpewniej tego nie odwzajemni. 
Zbliżyli się do siebie jeszcze bardziej, patrzyli sobie nawzajem w oczy aż rzucili się na siebie.
I nie była to walka

15 października 2020

Od Małej Łapy CD Wróblowego Serca

Od odejścia większości burzaków minął dzień a te dwie kanalie nadal grzały tu dupy, co Małej Łapie ani trochę się nie podobało, co ostentacyjnie przekładał na swoje czyny. A to perfidnie nasrał na legowisko swojego "ukochanego mentora", to znowu zwymiotował mu na głowę posiłkiem zjedzonym chwilę temu, to oddał mocz na jego pysk, gdy ten stał za nim. Jakby tego było mało jeszcze bardziej próbował usilnie wysłać kocura na tamten światek. Przez te wszystkie księżyce uczenia Małej Łapy Lampart zdołał trafił do medyków w stanie ciężkim dobre kilka razy, przez co miał okazję zapoznać się bliżej z kotami, które chorowały. Między innymi z Wężowym Wrzaskiem, Gepardem, Wiśnią czy nawet Grzmiącym potokiem, którzy otwarcie gardzili Lampartem. Czarnego kocurka dziwiło to, jak dużą cierpliwość miał wojownik, w końcu to było oczywiste, kto stoi za tymi akcjami. W sumie trochę go to bawiło. Właściwie nie trochę a cholernie bardzo, w pewnym momencie Mały zaczął ignorować fakt, iż jego celem stało się zabicie innego kota.
— Mała Łapo, pora na trening — mruknął kocur, pojawiając się w legowisku uczniów. Syn Wilczego Serca wytknął mu jedynie język, plując mu przy tym w psyk.
— Nadal wali od ciebie rzygami — miauknął kąśliwie, uśmiechając się na samą myśl o tym, jak o dzisiejszym wschodzie słońca puścił pięknego bełta na futro mentora — A poza tym, nigdzie nie idę. Pocałuj mnie w dupę — fuknął, chcąc się odwrócić i walnąć dupskiem na legowisko, by dalej zlewać swojego nauczyciela, lecz silne szczęki zaciskające się na jego karku skutecznie mu to uniemożliwiły. Mała Łapa wyleciał z legowiska z donośnym piskiem, upadając na ziemię prosto w mieszaninę stopniałego śniegu oraz piachu. Podniósł pysk, dysząc ciężko i nim zdążył zareagować, cztery ostre jak brzytwa pazury przejechały po jego pysku. Zachłysnął się powietrzem, gdy dotarło do niego to, co właśnie się działo.
Lamparci Krok wpadł w furię.
Możliwe, że próbował go zabić.
Wygiął się, unikając silnego ciosu, jednak pazury wojownika zdążyły przeorać jego lewą tylną łapę. Zakwilił, przewracając się na grzbiet, gdy spróbował się podnieść. Burzak był co raz bliżej, zdesperowany uczeń kopnął go łapą w pysk, po czym doskoczył do szyi, wbijając swoje kły w ciało przeciwnika. Nie miał jednak szans, był zbyt słaby i wątły. Van z łatwością odrzucił go na bok, ponownie dotkliwie raniąc. Szykował się na swój koniec, widząc wściekłą mordę, jednakże najwidoczniej to nie był jeszcze jego czas. Wściekła Cętkowany Liść dopadła do burzaka, w mgnieniu oka korzystając z jego zdezorientowania i zaciskając szczęki na jego gardle.
Kilkanaście uderzeń serca i ciało przestało się poruszać.
Z żywego kota zostały tylko zwłoki.
Oddychał ciężko, wpatrując się w trupa, zupełnie nie dostrzegając matki, która podchodziła właśnie do niego. Wojowniczka trąciła swojego syna nosem, przyglądając mu się uważnie.
— Jak się czujesz? — jej głos był szorstki i groźny, chociaż uczeń dobrze wiedział, że gdzieś tam głęboko siedziała skryta troska. Czarny kocur szybko odwrócił głowę w bok, ignorując pieczenie policzka.
— Ja chciałem się go pozbyć — warknął cicho, tak, by niemalże nikt nie zdołał go usłyszeć.

< Wróblowe Serce? Druga cześć będzie w opku Igły>

Wyleczeni: Wiśniowa Pestka, Gepardzia Łapa, Skra, Płomień, Grzmiący Potok, Wężowy Wrzask

30 września 2020

Od Małej Łapy

Treningi z Lamparcim Krokiem należały do tej znienawidzonej czynności w ciągu planu dnia Małej Łapy. Nie było więc zbyt dużym szokiem, gdy nagle młody uczeń zaczął mieć je zwyczajnie w dupie. Doszło nawet do kilku sytuacji, gdy burzak wyciągał go za przysłowiowe uszy z legowiska. Oczywiście zdaniem czarnego starszy kocur mógł mu nasrać, dlatego też utrudniał mu życie jak tylko mógł. Kilka razy zdobył się nawet na zwrócenie posiłku wprost ma pysk śpiącego kocura. Oberwał za to srogo, jednakże nie żałował, nawet miał gdzieś zwierzynę, o którą było ciężko o tej porze roku. Było jednak warto. Ale! Mały ani myślał, by na tym poprzestać. Chciał dać tak bardzo do wiwatu swojemu durnemu mentorowi, że ten aż się przekręci. 
Im więcej czasu mijało, tym częściej Mały myślał o posłaniu kocura na tamten świat. Najchętniej zabiłby cały klan burzy, aczkolwiek nie bardzo wiedział jak miałby to zrobić, w końcu taki wypierdek jak on nie wleci na sam środek obozu wroga i wyrżnie wszystkich w pień. Strzepnął uchem podchodząc bliżej do jakiegoś czerwonego owocu wiszącego na krzaku.
— Nie dotykaj ich Mała Łapo! — miauknęła Pierzasta Mordka, odganiając kocurka od rośliny. Młody uczeń skrzywił pyszczek, wymijając córkę Iglastej Gwiazdy.
— Bo? — zagaił, ponownie zbliżając nos do rośliny. Pachniała... niegroźnie. Skąd więc taka panika u liliowej? Cóż, na odpowiedź nie musiał czekać
— Bo są trujące, ty mysi móżdżku!
Wywrócił lekceważąco ślepiami, mamrocząc pod nosem "tak, tak", po czym ruszył przed siebie. Patrol sam się nie zrobi. Wyniósł jednak mała korzyść, wiedział już, jak pozbyć się tego cholernego burzaka.
* * *
— I że co chciałeś niby zrobić? — Lamparci Skok podrapał się po klatce piersiowej, zerkając na swego wychowanka. Jego ton był taki, jak zwykle, pełny arogancji oraz dumy, aż chciało się takiemu walnąć w pysk.
— Przeprosić — Mała Łapa zdusił w środku ochotę na rzuceniem piszczką — Zachowywałem się karygodnie. Przysięgam, że się poprawię — chciał nakreślić na swojej klatce x na znak, iż jest to chlubna przysięga, jednakże brak przednich łap szybko go od tego odciągnął. Westchnął więc, podsuwając wojownikowi pod łapy martwą wiewiórkę.
— Zgoda, przyjmę twoje przeprosiny, jeśli zrobisz to publicznie. Jutro o porze szczytowania słońca.
— Dobra, niech ci będzie
Odszedł jak najszybciej, zerkając ukradkiem za siebie czy aby na pewno Lampart zjada przygotowaną na niego pułapkę. Mały uśmiechnął się z satysfakcją, gdy obserwował, jak kocur pochłania rude zwierzątko. Śnieg pod łapami ucznia zaskrzypiał, gdy wykonał kolejny krok. Cóż, warto było śledzić patrol łowiecki, by ukraść im jedno z zakopanych zwierzątek.
Miał gdzieś, czy zostanie o coś posądzony. Chciał się tylko pozbyć mentora i reszty burzaków.
Na efekty nie trzeba było długo czekać. Raban w obozie skutecznie wyciągnął Małego z jego posłania. Kocurek z satysfakcją obserwował, jak czarno-biały jest ciągnięty za fraki do legowiska medyków. Od Wiśniowej Pestki, który przebywał wtedy u medyków dowiedział się, że ten przeżył. Był w ciężkim stanie, ponoć rzygał dalej niż widział, nawet z tylnej części ciała, jednakże nie otarł się nawet za bardzo o śmierć. 
Wściekły uczeń nastroszył sierść. Najwidoczniej zebrał za mało albo nie to, czego było trzeba. Durna Pierzasta Mordka. Prychnął, uderzając ogonem o śnieg.
Cóż, najwyżej spróbuje jutro. 

Wyleczeni: Wiśniowa Pestka

09 września 2020

Od Małej Łapy CD Wróblowego Serca

Wpatrywał się we Wróblowe Serce z nieznaną dotąd złością, którą chyba można było przypisać powoli nienawiści. Mała Łapa był tym zwyczajnie zmęczony, miał dosyć całej tej chorej sytuacji. Nie miał ochoty całe życie słuchać "Bo Wilcze Serce". Ojca nie było na ziemi, był teraz jakimś niematerialnym cholerstwem, które zamiast dać mu spokój i tak próbowało umoralniać. Czarny kocurek uderzył ogonem o ziemię, demonstrując swój gniew. Zęby miał odsłonięte, jakby był gotów do ataku, jednak nie miał zamiaru krzywdzić swojego burego brata. Śnieżka niespokojnie przydeptywała z łapy na łapę, nie potrafiąc słuchać awantury między rodzeństwem. Syn Wilczego nie miał jednak zamiaru ustąpić. 
— Jesteś wilkiem i masz się jak wilk zachowywać! Pogódź się z tym! — ton jakim mówił Wróblowe Serce ani odrobinę nie przypominał tego ciapowatego kocurka, który wszędzie niósł radość i szczęście. Teraz widział w nim wojownika, którego psychika została poszarpana przez wojnę i straty, jakich doznał w całym swoim życiu. Uśmiech schował się gdzieś głęboko pod płaszczykiem frustracji, widział w jego oczach wątpliwość. Jakby bury sam podważał swój dotychczasowy obraz ojca, jaki wykreował w swojej głowie przez te wszystkie księżyce.
Mała Łapa oddychał ciężko, niczym po długim, wyczerpującym biegu. Serce łomotało mu mu w klatce piersiowej, sprawiając wrażenie, jakby było ptakiem uwięzionym w klatce, z której próbuje desperacko się wydostać. Słyszał szumiącą mu w uszach krew.
— A może ja nie zamierzam być tym cholernym wilkiem, co?! — wrzasnął wściekle. Nie myślał. Działał pod wpływem impulsu. Dopiero gdy nastała przeraźliwa cisza zrozumiał sens swych słów. Czuł się jakby sam sobie napluł w mordę, nie przyznał się jednak do błędu, twardo stojąc przy swoim. Bicie serca ucznia było jeszcze szybsze. Obserwował jak Wróblowe Serce na sztywnych łapach podchodzi w jego stronę, marszcząc wściekle nos. To nie był brat którego znał. Zamiast burej kulki słodyczy miał przed sobą zmęczoną i wściekłą kupę futra. Zdusił strach w zarodku ani myśląc, żeby jakkolwiek drgnąć. Miał wrażenie, że zaraz rzuci się na niego, albo wykrzyczy jak wielkim jest gównem ale... nic takiego się nie stało. Wściekłość zniknęła w zaledwie jednej chwili zaś jej miejsce zajęło... rozczarowanie. Mały nie zdawał sobie sprawy, że to właśnie ono podziała na niego ostrzej niż gniew. Mimowolnie odwrócił wzrok.
— Zawiodłem się na tobie, Mała Łapo — miauknął kocur zmęczonym, z lekka zachrypniętym głosem. Czarnuch odwrócił się do niego tyłem, odchodząc w stronę legowiska uczniów. Przełknął zaległą gulę w gardle, próbując się nie odwrócić, przegrał jednak. Potrzeba spojrzenia ostatni raz na brata była zbyt silna. Zaraz jednak przybrał niezadowolony wyraz mordki.
— Zostawcie wy mnie wszyscy — warknął, znikając z pola widzenia gapiów. 
Myślał, że to koniec, że rodzinka da mu spokój, jednak mylił się i to bardzo. Gdzieś późnym wieczorem, gdy księżyc znajdował się w samym centrum nieboskłonu Mały poczuł jak coś łapie go za kark. Stęknął głucho wiercąc się. Bolało jak cholera. Zaraz jednak spotkał się z twardą ziemią, a gdy podniósł wzrok, dostrzegł ostro wpienioną Borsuk.
— Macie się gnoje dogadać i nic mnie nie obchodzi jak to zrobicie — syknęła kocica. Jej postawa mówiła jasno, że lepiej nie podskakiwał. Zaspany uczeń przysiadł na tylnych łapach, otrzepując się z kurzu.

< Wurbel? >

Od Małej Łapy CD Kolczastej Skóry

Wpatrywał się gniewnie w Kolczastą Skórę, po czym zwyczajnie prychnął pogardliwie. Nie no, super, najpierw cisnął z niego beke, a teraz próbował podlizać się na siłę? Kocurek nie zamierzał być dla niego słodki do granic możliwości tylko dlatego, że są ponoć rodziną, chociaż jak tak na niego patrzył to śmiał w to wątpić. Po prostu dla dobra ich obu niech się odwali i znajdzie se jakąś frajerkę jak Wawrzyn, na której będzie wiecznie wisiał. Odruchowo napuszył futro, zezując na srebrnego.
— To tylko jeden wieczór. Jeśli nie chcesz to nie, nie będę cię do niczego zmuszać... — miauknął starszy rangą kot, po czym przeniósł wzrok na swój mech. Mała Łapa zdusił w sobie niezadowolony pomruk.
— Nie — bąknął niedbale, po czym zanurzył mech w wodzie, a gdy ten stał się już ciężki i wystarczająco wilgotny wziął go, ruszając wraz z innymi w drogę powrotną.
* * *
Był zły, smutny, zawiedziony... Wszystko na raz. Nie miał ochoty na konakt z rodziną. Niech sobie wychwalają jego ojca aż im uszami wyjdzie. Nie miał zamiaru w tym uczestniczyć, ani tym bardziej być wilkiem. Cholera jasna natura stworzyła go jako kota a nie jakiegoś durnego psowatego! Kocurek zwinął się jeszcze ciaśniej w kulkę, przywierając do boku Śnieżnej Łapy, która pochrapywała cichutko. Jego mentor nadal nie dosypiał. Nawet teraz słyszał jego przeraźliwe wrzaski. Westchnął cicho, podnosząc łeb.
Popatrzył na Śnieżkę.
Jej śliczne trójkolorowe futerko skąpane w blasku księżyca. Niewinny wyraz pyszczka, gdy mamrotała coś przez sen... To wszystko sprawiało, że jego serce przyśpieszało jeszcze bardziej, zaś sam kocur miał wrażenie, że płonie żywym ogniem. Jego uwagę przykuł trzask dochodzący z zewnątrz. Poruszył się niespokojnie, czekoladowe ślepia wlepiając w sylwetkę, której jasne futro odbijało srebrną poświatę. Swąd burzaka budził u niego wymioty nawet tutaj. 
Przez kilka uderzeń serca mierzyli się gniewnym wzrokiem. Żadne z nich nie ustępowało. W końcu Mała Łapa usłyszał jakieś niezadowolone warknięcie, było jednak ono tak niewyraźne, że nie rozumiał jaki problem ma do niego ta pokraka. Postanowił trochę jednak powkurzać tego zaśmiergłego bobkojada.
Wstał, przeciągnął się ostentacyjnie, po czym wyszedł z legowiska udając, że się potyka i wpada na kotkę. Ta syknęła wściekle, wyginając grzbiet w łuk.
— PATRZ JAK ŁAZISZ GÓWNIARZU! — furczała, plując mu w pysk. Mała Łapa zadowolony z siebie usiadł przed nią.
— Naucz się mówić, bo plujesz. I z mordy ci śmierdzi — mruknął, plując jej między oczy.
— Wracaj do środka, dobrze ci radzę. Póki mam jeszcze cierpliwość — Piasek uderzyła ogonem o ziemię, wzniecając odrobinę kurzu. Maluszek roześmiał się pod nosem. Było wesoło.
— Żaden bobkojad nie będzie mówić mi, co mam robić! — zaprotestował, pusząc futro i wypinając klatkę piersiową w przód. Kremowa kocica tak się napuszyła, że Mały miał wrażenie, że zaraz łeb jej wybuchnie albo z uszu wyleci para. Chcąc dolać jeszcze oliwy do ognia bezczelnie olał jej łapę, co tylko podziałało jako zapalnik. Burzaczka wybuchnęła furią, wrzeszcząc na cały obóz, że obedrze go ze skóry. No i prawie się jej to udało, gdyby nie Kolec, który rzucił się na kocicę, przygniatając ją do ziemi i ignorując diabelskie wrzaski.
— Przestań traktować mnie jak dziecko! Sam dałbym sobie radę! — warknął wściekle w stronę Kolczastej Skóry — Kolejny idiota, co strzela bohatera! — zawołał oskarżycielsko.

< Kolec? >

04 września 2020

Od Małej Łapy

Wpatrywał się w zalany krwią grunt tuż przed nim. Żadne odgłosy z zewnątrz nie docierały do kocura, sprawiając, że ten zwyczajnie był nieobecny Jedynie ciche popiskiwanie kociąt do niego docierało. Nie potrafił uwierzyć w to, co właśnie zaszło. To... to działo się zbyt szybko... Zacisnął ślepia, czując jak po jego policzkach spływają gorzkie łzy. Miał ochotę wrzeszczeć, rzucić się na ziemię niczym rozbestwiony kociak i pokazać swoje niezadowolenie. Był wściekły na wszystko, na klan gwiazdy, na potwory, które skrzywdziły klan wilka, nawet aktualnie względem klanowiczy i własnego domu żywił prawdziwą nienawiść. Miał szczęście, że przeżył, bez przednich łap nigdy nie będzie w stanie sam o siebie zadbać. Był balastem, skazując tym samym innych na to, by okazywali mu litość. 
Słońce goniło za księżycem po niebie sprawiając, że kolejne dni mijały jakby trwały tylko uderzenie serca. Mała Łapa nadal nie potrafił się odnaleźć, z czystym obrzydzeniem wpatrywał się w burzaki. Miał ochotę zabić każdego, jeden po drugim. Cholerne kanalie.
— Zasnąłeś czy nie? — warknęła rozgniewana Wężowy Wrzask. Uczeń potrząsnął głową, powracając do mozolnego wymieniania mchu świeżo upieczonej królowej. Był zły na Modrzewiową Korę, że nie kontynuują treningu, co prawda widział w jak kiepskim stanie jest kocur, jednak nadal bardzo chciał zostać już wojownikiem — No ja nie wiem co za cieloka mój dziadek mianował uczniem wojownika. Marnujesz tylko potencjał modrzewia! Nawet mchu wymienić nie potrafisz! — furczała kocica, wstając z posłania i bijąc ogonem o ziemię — Patrzyłeś ty kiedyś na siebie? NIGDY nie zostaniesz wojownikiem! — warknęła, strosząc futro.
Mała Łapa spuścił łeb. Miał świadomość, że czasem humorki ciążowe mogły dać jej się we znaki ale… to bolało. Pociągnął nosem, czując jak łzy spływają mu po policzkach. Najgorsze było to, że dotarło do niego jak bardzo szylkretowa królowa miała rację. Nigdy nie zostanie wojownikiem takim jak inni, nie ważne jakby się starał, oni trzymali go tu tylko z litości. Przełknął gorzkie łzy, czym prędzej opuszczając żłobek. Podświadomie szukał Śnieżnej Łapy, pragnąc czym prędzej wtulić się w jej miękkie, trójkolorowe futerko. Oddychał ciężko, nie potrafiąc zrozumieć dlaczego tak bardzo się denerwuje. Odetchnął głęboko, czując suchość w gardle.
— Maluszku? Wszystko dobrze? — zmęczony głos Wróblowego Serca dotarł do niego z opóźnieniem. Drgnął, odwracając się w stronę brata. Nadal był na niego zły, nadal nie chciał za bardzo z nim rozmawiać. I to wszystko dlatego, że ten bury idiota ryzykował swoje życie.
— Pomyślałeś ty kiedyś o nas? — miauknął z wyrzutem, ignorując jakąkolwiek grzeczność. Zmarszczył brwi, wlepiając czekoladowe ślepia w brata — Czy znowu próbowałeś być jak ojciec? — był zły, zwyczajnie zły. Dlaczego Wróbel tyle ryzykował? Mógł zginąć, mógł ich zostawić! — Tata też się bawił w bohatera i co? I nie żyje! W ogóle po co on nas robił, co? Kawka to kawka a ja NIGDY NIE BĘDĘ WOJOWNIKIEM! — wyrzucił z siebie to, co leżało mu na sercu — Nie mam już ojca, nigdy go nie poznałem i co? Mam zaraz iść nad grób brata bo ten chciał znowu być dobry dla wszystkich? — parsknął urywanym śmiechem, czując jak ponownie zbiera mu się na płacz — Ojciec też chciał być dobry, t-też robił w-wszystko dla innych. I co mu przyszło p-po tym? N-nienawiść, ś-śmierć, z-zostawił r-rodzinę. P-przestań myśleć o i-innych i b-bawić się w tego, k-który inn-nych o-ocali — poruszył się niespokojnie czując szturchnięcie w bok, uspokoił się z lekka widząc Śnieżkę, która zmartwiona otarła się o jego policzek. Z lekka już spokojniejszy zwrócił się ku starszemu bratu.

< Wurbel? >

01 września 2020

Od Małej Łapy

Zdawało się, że wszystko zaczęło powoli wracać do normalności. Wojownicy klanu wilka powolutku, acz skutecznie przybierali na wadze, z dnia na dzień stając się co raz bardziej silni. Problemem jednak były burzaki, którym ten ich posrany lider kazał zostać, by "opiekować się" klanem wilka. Mała Łapa jednak ani trochę nie wierzył w dobre zamiary Mokrej Gwiazdy, czarny kocur śmiał twierdzić, że zrobił to z chęci czystego zysku. Chciał ich zwyczajnie kontrolować, to właśnie kryło się pod płaszczykiem tej chorej troski. Kocurek zaczynał się czasem zastanawiać, czy lepiej by nie zrobił, gdyby uciekł z domniemanego domu. Ciągnęło go w wielki otwarty świat, jednakże obiecał Śnieżnej Łapie, że jej nie zostawi.
W końcu mieli trzymać się razem.
Młody uczeń sam nie wiedział, co się z nim działo. Niegdyś nie tęsknił aż tak do towarzystwa szylkretowej kotki gdy jeszcze była w kociarni. Miał wrażenie, że przez tą masakrę w klanie wilka jakoś tak... zbliżyli się do siebie. Lubił kiedy myła mu uszy, gdy leżeli zwinięci po wspólnym treningu, zaś ona niespecjalnie narzekała, gdy stykał ich wspólne nosy, gdy czuł się czymś zaniepokojony czy też zestresowany. To go zwyczajnie uspokajało. Lubił to i średnio miał ochotę zaprzestać. 
Nie lubił zmian, można powiedzieć, że wręcz ich nienawidził, dlatego tak bardzo cenił sobie codzienne nawyki, które wypracował sobie z kotką. Najbardziej lubił, gdy spędzali razem czas po treningach, opowiadając sobie nawzajem, co robili ze swymi mentorami. 
— Mała Łapo... — zaczęła nieśmiało, przerywając trwającą między nimi ciszę. Żadne z nich nie narzekało, lubili wtulać się w siebie i ogrzewać przez zimnym, jesiennym wiatrem. Zastanawiał się więc, dlaczego się odezwała. Uczeń podniósł głowę z jej grzbietu, przyglądając się kotce uważnie.
— Hm? — zanucił. Mordka uczennicy przybrała niecodzienny, zmieszany wyraz. Ze zdziwieniem, zastanawiając się, czego kotka może się wstydzić? Obawiać? Sam nie wiedział, jakie emocje mogłyby krążyć w jej głowie.
— Lubię cię — miauknęła cicho, liżąc go w policzek. Nie odpowiedział, ku rozczarowaniu szylkretki skinął niemrawo głową, po czym ponownie oparł głowę na jej grzbiecie, zamykając oczy. Mimo wszystko zrobiło mu się ciepło na sercu. Po prostu... nie wiedział jak zareagować.

22 sierpnia 2020

Od Małej Łapy CD Potrójnego Kroku

*jeszcze przed atakiem wroga na kw*
Wpatrywał się w leżącego pod jego łapami wojownika, zastanawiając się, czy ten ma rozum, czy jednak tak średniawo. Słyszał, że ta płowa pokraka już nie pierwszy raz załatwiła się na amen. No ale cóż, to nie on był medykiem i nie on musiał zajmować się takimi sierotami, co w życiu nie potrafią sobie dać rady i o siebie zadbać. Westchnął cicho na słowa Potrójnego Korku, kiwając łbem. Rozumiał przekaz, cel był jasno wyznaczony. Potrzebował jednak pomocy. O tyle, o ile mógłby zataszczyć nad wodę kawałek kory drzewa, której użył do przenoszenia patyków, tak mimo wszystko maczanie każdego skrawka mchu w wodzie było zdecydowanie szybsze, gdyby miał kogoś do pomocy. Na Kawkę liczyć nie mógł, reszcie rodzeństwa nie chciał przeszkadzać. Widząc jak Górski Szczyt siedzi znudzony, wygrzewając się na słońcu, postanowił poprosił o pomoc. Kocur zgodził się niemalże bez wahania, dzięki czemu od razu zabrali się do roboty.
Droga nad wodę była dosyć długa, a Leśny Świt potrzebował wody na już. Co prawda Trójka nie określił jego stanu na krytyczny, jednakże Mała Łapa wolał nie mieć na sumieniu czyjegoś życia tylko i wyłącznie przez to, że tak długo m uto zajęło.
— Nadal nie mogę uwierzyć, że pomagasz tej liliowej zrzędzie. I to z własnej woli! Jesteś szalony Mała Łapo — zaśmiał się pod nosem, krocząc przed siebie.
— Nie lubisz go? — miauknął zaciekawiony. Co prawda sam miał ochotę oberwać sobie uszy, gdy słyszał jojczenie medyka, lecz nadal uważał, że mimo wszystko jest okej. No a przynajmniej dało się znieść jego towarzystwo.
— Średnio. Co chwilę coś mu nie pasuje, jakby tego było mało nie mogę słuchać, jak narzeka na biedną Fasolkową Łapę, że ona jeszcze nie trzasnęła go w gębę — mruknął już bardziej do siebie, aniżeli do ucznia, po czym przyśpieszył kroku.
Z mchem uwinęli się dosyć szybko i niedługo później wrócili z dużą porcją wody do obozu. Mała Łapa wziął kilka kępek w mordkę, po czym podreptał w stronę leża medyków. Już od samego progu słyszał burzliwe trajkotanie Potrójnego Kroku, który chyba nie był z czegoś zadowolony.
— Mam wodę — oznajmił wchodząc do środka, po czym położył kępki rośliny przed sobą.

< Trójko? >

16 sierpnia 2020

Od Małej Łapy CD Potrójnego Kroku

Szedł przed siebie, szukając czegoś, co mogłoby mu posłużyć do przenoszenia większej ilości gałązek. Nie zamierzał dylać w jedną i w drugą stronę milion razy. Nie był głupi. To, że zaoferował pomoc kocurowi, nie oznaczy, że miał w planie zaiwaniać jak głupi osioł. Dokładnie rozglądał się po okolicy, aż nie dostrzegł fragmentu kory, który leżał pod drzewem, uśmiechnął się pod nosem, człapiąc w jego stronę.
— Nie tego szukamy, geniuszu — fuknął niezadowolony medyk. Mała Łapa wywrócił ślepiami, zupełnie ignorując upierdliwe narzekanie liliowego. Cholerny niewdzięcznik.
— Chcesz mojej pomocy, czy nie? — miauknął krótko. Nie zamierzał się płaszczyć i błagać o pozwolenie na udzielenie medykom pomocy w zbieraniu paru kijaszków. Nie to nie, jak coś mu nie pasowało, to czarny kocur zaraz mógł się odwrócić, walnąć mu ogonem w mordę i iść sobie w cholerę. Niech sobie frajer sam radzi, jak jest taki wyszczekany. Łaski mu nie robił. Odpowiedziała mu jedynie cisza i zawzięty wyraz pyska Potrójnego Kroku. Uznał to więc za zielone światło. Podszedł do kawałka kory, po czym popychając ją pyskiem, wywlekł ją na bardziej otwarty teren.
Westchnął cicho, po czym bez słowa zabrał się za szukanie patyków. Nosił jeden za drugim, czasem kilka w pysku, aż zrobił się całkiem ładny stosik. To był znak dla czarnucha, że pora już wracać. No i ruszył w stronę obozu, popychając wyładowaną patykami korę i co jakiś czas przystając, by upewnić się, że idzie w dobrym kierunku.
Potrójny Krok cały ten czas obserwował go uważnie, aż samemu uczniowi na karku zaczęła się robić gęsia skórka. Co prawda za gówniaka bardzo lubił medyków jednakże teraz? Czuł mieszane uczucia względem nich. Strzyżyk złamała kodeks i oberwała piorunem, Fasolkowa Łapa wydawała się bardzo sympatyczna, zaś Potrójny Krok... Cóż. Zdecydowanie gdyby Maluch musiałby go określić, to opisałby go jako kota, którego drzewo utkwiło głęboko w tyłku. 
Sam wiedział, że jest przewrażliwiony na punkcie swojego wyglądu, z resztą zbeształ za nawiązanie do niego Kolczastą Skórę, jednakże główny medyk klanu wilka zdawał być nie tyle co przewrażliwiony odnośnie swojego wyglądu, co zwyczajnie posiadał wybujałe ego, które przerastało o kilkukrotnie. 
— To co teraz? — zapytał, gdy dotarli na miejsce.

< Trójko? >

10 sierpnia 2020

Od Maluszka (Małej Łapy) CD Kawki (Kawczej Łapy)

Kątem oka widział, jak Kawka skrycie pokazuje matce język, po czym mimo wszystko idzie do tego cholernego kąta. No cóż, wzrok rodzicielki był tak ostry, że Maluszek też wykonał jej rozkaz. Z resztą, to była Cętkowany Liść! Jej nie dało się tak łatwo udobruchać jak Wróbelka, Skowronka czy cioci Miedzi! Mniejszy z braci nadął policzki niezadowolony dołączając do swojego druha niedoli, którego towarzystwo musiał jakoś przeboleć. Kawka mamrotał pod swoim nosem niezadowolony coś o jakimś durnym systemie i konfidentach, kryjących się na każdym rogu pod płaszczykiem przyjaciela. Poburczał na wujka Igłę, Fasolową Łapę, Owocową Pogoń i wszystkich, którzy mieli jakiekolwiek dobre relacje z liderem, bądź byli z nim spokrewnieni. Oczywiście brat Maluszka pominął całą ich familię, inaczej zapewne w stronę ich burego brata też by poleciało kilka niedobrych epitetów. 
— Więęęęęęc... — przeciągnął Maluszek, kołysząc się do przodu i do tyłu. Wystającym kiełkiem zagryzał swoją dolną wargę. Ogon uderzał o ziemię, zaś sam młodzik wzdychał ostentacyjnie, wkurzając tym brata — Cooo robimy? — mruknął, wyginając wargi, po czym wydał z siebie dźwięk przypominający przebijanie bańki. Kawka zjeżył sierść na grzbiecie.
— Ty zamykasz pysk kaczkochodzie a ja idę w kimę — ofuknął go nieźle rozeźlony, po czym popchnął łapą.
— Co, zazdrosny o Śnieżkę? Moja wina, że woli ładniejszego, wroni śluzie, czy jak cię tam matka nazwała? — zaśmiał się pod nosem Maluszek. Brat rzucił mu wyzywające spojrzenie i przez kilka uderzeń serca patrzyli sobie w oczy, nim rzucili się na siebie równocześnie.
Tego dnia chyba pierwszy raz w życiu klan wilka usłyszał tak wściekłą Cętkę.
* * *
Był zły! Po prostu zły! Jak wujek Igła mógł najpierw chcieć wcisnąć rolę medyka a później wziąć to śmierdzące coś na ucznia!? Mała Łapa myślał, że oszaleje ze złości i gdyby nie Śnieżka, która kolejny dzień mijający od mianowania uspokajała go, myjąc mu uszy, to z pewnością on i Srawcza Łapa po raz kolejny skoczyliby sobie do gardła. 
— Oj no, nie złość się tak! Zobaczysz, niedługo i ja zostanę mianowana — miauknęła miękko, unosząc kącik mordki ku górze — Jeszcze jeden księżyc! Będziemy chodzić wspólnie na patrole — zaśmiała się pod nosem, kolejny raz zabierając się za mycie prawego ucha czarnucha. Mała Łapa kątek czekoladowego oka dostrzegł swojego brata, który właśnie wchodził do obozu. Wyciągnął się i ostentacyjnie położył łeb na łapach Śnieżki. A niech będzie zazdrosny ten gęsipipek! A co mu tam!

< Kawko? >

09 sierpnia 2020

Od Maluszka (Małej Łapy) CD Kolczastej Skóry

Od tamtego dnia minęło trochę czasu. Teraz Maluszek przestał nim być i zmienił się w Małą Łapę, ucznia Modrzewiowej Kory. Przez te księżyce klan wilka zdążył przeżyć już dramę między Potrójnym Krokiem a Strzyżykową Pręą, przeklęte kocięta tejże medyczki, krwawe zgromadzenie, podczas którego każdy z liderów stracił po życiu, oraz... no właśnie, Mała Łapa nie wiedział, co o tym za bardzo sądzić. To, że strumyk, z którego pili był zakażony ani trochę nie dało się podważyć. Był to po prostu twardy fakt i tyle. Mimo to... Mały nadal się zastanawiał po co, jak i dlaczego ktoś to zrobił? Czy to możliwe, że to wina dwunogów?
Czarny kocurek westchnął cicho, skacząc na samym końcu patrolu, który właśnie wyruszył w stronę terenów klanu burzy, aby nasączyć mech wodą. Droga była długa i ciężka, szczególnie dla Małej Łapy, który... no nie posiadał przednich łap, więc musiał podskakiwać niczym kangur. Sam się zastanawiał, jak dadzą radę przeżyć bez wody pitnej, oraz jak długo klan burzy będzie ignorować intensywny zapach kotów obcego klanu przy granicy własnego terytorium. Poza tym... co jeśli woda zostanie zatruta już na zawsze? Na samą myśl o tym czarnucha przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Nie miał zamiaru jeszcze umierać.
— Te, młody, żyjesz? — miauknął Kolczasta Skóra, zwalniając kroku. Właśnie mijali kolejny patrol, który wracał właśnie ze świeżo nasączonym mchem.
— Ta, żyję — odparł, przystając na moment, by wyprostować kręgosłup. Zerknął ukradkiem na wojownika, który chyba nie podbił do niego tylko po to, żeby zadać jedno pytanie. Młody uczeń uniósł jedną brew ku górze, wyczekując na jakiekolwiek słowo z pyska srebrnego.
— Nadal nie wierzę, że jednak postanowiłeś szkolić się na wojownika — parsknął. Mała Łapa zmarszczył wściekle brwi. Serio? Podbił, żeby tylko oto zapytać?
— Kolejny — warknął pod nosem, ruszając w dalszą drogę — Znajdźcie se inny temat do plotek, co? Bo już mi się rzygać na to chce. Znudziło mi się wieczne oglądanie, jak robicie rybie oczy i pyski, bo wolałem uczyć się na wojownika — nastroszył futro ostrzegawczo. Tak na serio nie wiedział, czy Kolec miał jakiekolwiek dobre intencje, ani czy nie podbił, aby zagadać do czarnucha od tak, po przyjacielsku. Ruszył jednak temat, który niesamowicie denerwował syna Wilczego Serca. Nienawidził, gdy ktoś okazywał mu współczucie, czy chociaż sugerował nieświadomie, że nie powinien robić tego, na co się zdecydował. Reagował na to wtedy nie małym oburzeniem. Tak było i tym razem. Mała Łapa nie odezwał się do Kolczastej Skóry aż do momentu, gdy dotarli nad rzekę tuż obok zwalonego konara.

< kolec? >

Od Maluszka (Małej Łapy) CD Potrójnego Kroku

Posłusznie wypełnił polecenie medyka. Wystarczyło, że wrzasnął na jego mamę, a już wzbudził w czarnym kocurku pełen respekt i szacunek. Maluszek ułożył mech przez swoją mordkę, by po chwili wetknąć w niego nos i wydmuchać z niego powietrze z całej siły. Szczerze? Poczuł niewyobrażalną ulgę. Nareszcie mógł oddychać zupełnie normalnie! Na jego mordce zawitał wesoły uśmieszek, który... chyba nie przypadł liliowemu do gustu, bowiem wykrzywił jedynie pysk, mamrocząc coś pod nosem, co dla syna Wilczego Serca nie było ani trochę zrozumiałe. Nastawił jedynie uszu, przyglądając mu się uważnie. Przez moment miał wrażenie, jakby medyk burkał ciche "I na co się lampisz, szczylu?!", jednakże szybko odrzucił tą myśl. Ułożył się wygodnie na swym nowiutkim posłaniu, po czym znużony tym dniem, a przede wszystkim zmulony duszącym zapachem ziół, zasnął niczym kamień.
Obudziły go krzyki należące do Potrójnego Korku i... jakiejś kotki. Kocurek niechętnie otworzył ślepka, przyglądając się całemu zajściu. To Strzyżykowa Pręga najwidoczniej chciała wejść do środka, jednakże obecny "władca tych włości" skutecznie coś jej uniemożliwił. 
— GÓWNO MNIE TO ROZUMIE, SŁYSZYSZ?! ZŁAMAŁAŚ KODEKS, WIĘC WYPIEPRZAJ! — skulił się odruchowo, słysząc tak ostro brzmiące słowa. Obserwował w ciszy jak była medyczka odpuszcza i z podkulonym ogonem wraca do kociarni, w której znajdowała się od jakiegoś czasu — Czego? — mruknął, wpatrując się w przyszłego ucznia, któremu głos dosłownie uwiązł w gardle.
— Też uważam, że źle zrobiła i nie ma prawa tu wchodzić — bąknął jakby od niechcenia. Temat ucichł tak szybko jak się zaczął. Cętkowany podstawił młodemu pod pysk kolejną porcję ziół. Jakby tego było mało, okazało się, że Maluszek miał też pasożyty. Swoim szorowaniem tyłkiem po ziemi rozbawił z lekka Fasolową Łapę, jednakże znacząco wydłużył tym swoją kurację.
* * *
Był już uczniem. Nie potrafił tego za grosz zrozumieć. To wszystko... działo się tak szybko. W dodatku wujek Igła chciał go wykopać na stanowisko medyka. Też coś. Wystarczy, że szkoli się już Fasolowa Łapa. Poza tym, właśnie między innymi przez to Mała Łapa nie mógłby rozpocząć treningu, nawet jeśli bardzo by chciał. Właściwie to... Mały sam nie wiedział, czego chciał od życia. Z jednej strony pasowała mu wizja leczenia innych kotów, zaś z drugiej... niemalże cała rodzinka mu trajkotała nad uchem, jaką to by tworzył słodką parę ze Śnieżką, a przecież jako medyk nie mógłby mieć partnerki. Szalę jednak przelała właśnie propozycja wujka-lidera, którą młody odebrał jako łaskę i litość, a tego nienawidził bardziej, niż wysłuchiwania marudzenia Kawki. No więc był uczniem Modrzewiowej Kory, przyjaciela jego starszego brata. Mimowolnie na jego mordce zawitał łagodny uśmiech. Wziął głęboki wdech, po czym miauknął od progu leża medyka.
— Potrójny Kroku? Przyniosłem wam coś na ząb. Ja... wiem, że macie ostatnio łapy pełne roboty. Jest coś, co mógłbym dla was zrobić? Nie wiem no, nazbierać patyków czy czegoś innego? Modrzewiowa Kora dał mi wolne na resztę dnia. Dzisiaj i tak mieliśmy obchód terenów — zaproponował, nastawiając uszu. Słyszał już ostrzeżenie od Wiśniowej Pestki, że ma uważać, bo inaczej oberwie mchem czy innym kamieniem w mordę od Trójki. Wolał więc nie ryzykować i grzecznie poczekać.

< Trójko? >

25 lipca 2020

Od Maluszka

NIE RADZĘ CZYTAĆ TEGO PODCZAS JEDZENIA!

Od Maluszka

Kociarnia w obozie klanu wilka tętniła życiem i zdecydowanie wojownicy nie mogli narzekać na nudę. Kocięta dostarczały im gamy wszelakich rozrywek, głównym punktem przestawienia była mała wojna między Maluszkiem a Kawką, która toczyła się niemalże codziennie, kiedy tylko te dwa małe pierdy otwierały oczy. Prawda jest taka, że niektórych to bawiło niezmiernie, innym jednak do śmiechu nie było. Tym kimś była między innymi Cętkowany Liść, matka dwóch małych węgielków, która z pewnością dałaby wiele, aby znów wrócić do pełnienia obowiązków wojowniczki, no ale cóż jej się dziwić. Jej dzieciaki potrafiły dać nieźle do wiwatu!
Aktualnie kocurki przekrzykiwały się wzajemnie, rzucając to co raz to wybitniejszymi obelgami. Żadne z nich nie chciało ustąpić. Maluszek twierdził, że Kawka to morderca, bo zgniótł łapą motylka, zaś Kawka twierdził, że Maluszek to głupia rozdygotana i przewrażliwiona kotka, a motyl to tylko motyl. Tak czy siak by zdechł albo jakiś ptak go zeżarł.
— Pierdzistolec!
— Mysia larwa!
— Pokrzywowa kupa!
— Drewniane dupsko!
— A ty masz kija w tyłku!
— A ty jesteś głupi!
— Rybojad!
— Klifiak!
— Nie, bo ty!
— Nie, ty!
— Sam jesteś śmierdzącym klifiakiem!
— A właśnie, że nie!
— A właśnie, że tak!
— MAMOOO! ON ZNOWU MNIE WYZYWA!
— Kabel!
— Kapuś!
— MAMOOOOOOO!
Cętka ściągnęła uszy, sycząc wściekle na synów, którzy natychmiast zamarli, widząc wściekłe spojrzenie rodzicielki. Co jak co, ale z nią nie warto było walczyć, no a kocurki nie były tak lekkomyślne, by podskakiwać wściekłej karmicielce, która zapewne dałaby im taki szlaban, że aż by im w pięty poszło. Maluszek strzepnął uchem, słysząc kogoś przy wejściu żłobka. Czyli ewentualna droga ucieczki została odcięta, no cudownie. Pozostało mu więc siedzieć na zadku i słuchać kazania.

< Jak ktoś chce, to może dokończyć c: >

24 lipca 2020

Od Maluszka

Tuptał po obozie, rozglądając się dookoła. Codzienne życie wojowników toczyło się w najlepsze, niektórzy wyruszali na patrol, inni wracali z piszczkami w pyskach, zaś jeszcze inni wyruszali na treningi z uczniami i to im kocurek poświęcił najwięcej uwagi. Bardzo chciał być już w wieku sześciu księżyców i przejść mianowanie. Problem polegał jednak na tym, że... zwyczajnie nie wiedział kim chce zostać. Z jednej strony fajnie by było być medykiem i zbierać ziółka, jednakże za każdym razem gdy Maluszek słyszał, że MUSI nim zostać, bo do niczego innego się nie nadaje, dosłownie doprowadzała go do wściekłości. Miał ochotę zrobić innym na przekór i pójść ścieżką wojownika. Ot, by utrzeć innym nosa. Dla własnej satysfakcji, a co! Co prawda wiedział, że bez przednich łapek nie miał za bardzo jak łapać ofiary, jednakże wierzył, że będąc synem cudownego Wilczego Serca z pewnością da radę! Że pokaże Kawce, Mamie, Wróbelkowi i wszystkim innym, że nie mieli racji! Że on się nadaje!
— Szkoda, że nie ma cię tu tato — miauknął smętnie do siebie tak, byleby nikt inny go nie dosłyszał. 
Popatrzył w niebo szukając polaris, o której mówił mu brat, Wróblowa Łapa. Z rozczarowaniem stwierdził, że na niebie nie ma już żadnej gwiazdy, jedynie księżyc nadal widniał ledwie dostrzegalny na niebie. Nie pozostało mu więc nic innego, jak czekać aż ponownie niebo spowije czerń nocy.

Od Maluszka

Cętkowany Liść wpuściła kocurka z pyska, na co aż plasnął zadkiem o ziemię, stękając głucho. Kochał swoją mamę, wiedział, że ona go też, aczkolwiek miał wrażenie, iż kocica bywała aż nazbyt często brutalna. Westchnął cicho, oblizując cieknący nos, po czym kichnął, aż futerko na jego karku zjeżyło się gwałtownie. Jego mama coś mówiła do Potrójnego Kroku, który tylko mruczał coś pod nosem i kiwał twierdząco łbem, zerkając raz po raz na Maluszka, który nie był za bardzo rad z faktu, iż rozgniewane ślepia medyka mierzą go od uszu aż po ogon. Kocię odruchowo chciało schować się za ogonem matki, ta jednak skierowała się do wyjścia, rzucając do syna, by ten był grzeczny. Młodzik nie był jednak co do tego przekonany, popatrzył z dołu z przerażeniem w oczach na wnuka wujka Igły.
— Od dawna kaszlesz? — miauknął kocur, obchodząc go dookoła. Węgielek wodził za nim wzrokiem, obracając główką, aż ostatecznie upadł na grzbiet — Hm... zadziwiająco długo żyjesz... — wymamrotał Potrójny Krok, stając nad nim. Końcówka ogona medyka chodziła niespokojnie, uderzając o ziemię.
— C-co?
— Nic. No, Lisia Gwiazda zjadł twój język? Odpowiadaj na pytanie.
— O-od kilku d-dhni — kaszlnął, wypluwając trochę flegmy na ziemię. Kichnął, zaś z jego nosa zawisł glut, który szybko wytarł łapką. Czuł się dziwnie, z jednej strony gardło go bolało i czuł gorąco, zaś z drugiej, dosłownie w tym samym czasie było mu potwornie zimno. Cętkowany zaczął coś ponownie mamrotać pod nosem, koślawym krokiem ruszając w stronę jakiejś sterty ziółek. Syn Wilczego Serca zamrugał ślepkami, rozglądając się po wnętrzu leża. Zauważył jedną, konkretną rzecz - były trzy legowiska a widział, że ostatnio spali tu tylko Trójka i Fasolka. Zebrał się więc na odwagę, otwierając pyszczek.
— P-potrójny K-kroku... G-dzie Strzyżykowa P-pręga? — szepnął nieśmiało.

< Trójko? Wybacz za gniota ale opka trzeba nabić >