BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Omszona Mordka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Omszona Mordka. Pokaż wszystkie posty

12 maja 2021

Od Omszonej Mordki

 Strzepnął ogonem, nie zamierzał tłumaczyć się nikomu z tego, co działo się na jego treningach. Nawet przed samym zastępcą. Może i miał dobrą relację z byłym mentorem, jednakże w obecnej sytuacji Miętowy Strumień mógł mu co najwyżej nasrać na legowisko. Widział w oczach kocura, jak rośnie w nim furia. Omszony uśmiechnął się paskudnie, oblizując pysk.
— Ktoś widział cię, jak robisz krzywdę jednej wojowniczce nocniaków, to prawda? — Miętowy napiął wszystkie mięśnie, zaś niebieski kocur zaśmiał mu się tylko w pysk.
Ciekawe kto go widział-
Pewnie ta cholerna, czarno-biała zakała!
Źrenice zmniejszyły mu się do wielkości niemalże ziarna piasku, gdy zrozumiał, w jak chujowej sytuacji się znalazł. Poruszył nerwowo końcówką ogona, milcząc jak zaklęty.
— Odpowiadaj! — zastępcy najwidoczniej zaczęły puszczać już nerwy. Kocur wysunął pazury, stając sztywno na swoich kończynach. Syn Żywicznej Mordki nie poruszył się jednak ani o kocięcy krok. Po prostu siedział i wlepiał pomarańczowe ślepia w rudego zastępcę.
— Do czego jesteś zdolny, co? — niski warkot wydobył się z pyska starszego kocura. Jego długa sierść na karku unosiła się, sprawiając wrażenie, iż ten wyglądał na dwa razy większego, niż był w rzeczywistości. W odpowiedzi Omszony uśmiechnął się tylko paskudnie, oblizując pysk.
— A jak myślisz? Dlaczego jesteś zastępcą? — zaśmiał się cicho, jakby wspominał zabicie robaka, gdy był jeszcze kociakiem. 
Trwali tak w bezruchu przez kilka uderzeń serca. Ostatecznie, niebieski wojownik wstał i odwrócił się. Stawiał kroki spokojnie, nawet nie myśląc o tym, by jakkolwiek się pospieszyć. Nie miał żadnych patroli, żadnego treningu do odhaczenia.
Przystanął jednak na moment, będąc lisi skok od Miętowego Strumienia. Kocur stał, wbijając pusty wzrok w dawnego wychowanka. Mięśnie na jego pysku drżały, powoli odsłaniając białe, ostre jak brzytwa kły.
— MORDERCA! Zabiłeś Berberys!
Nie zdążył nawet zareagować, rudy zastępca rzucił się na niego szybciej niż błyskawica, która rozcina nocne niebo. Nie było szamotaniny, wrzasków, syknięć ani tumanów kurzy, które mogły wzniecić dwa walczące koty. Jeden trzask i było po wszystkim. Ciało wojownika upadło bezwładnie na ziemię z hukiem. Jedynie krew cieknąca z pyska oraz nosa wskazywały na to, że ktoś pomógł mu zejść z tego świata.
Nie było już nic. Zaaferowane koty podeszły bliżej, przyglądając się zdarzeniu. Miętowy Strumień udał się do lidera złożyć raport o całym zajściu. 
Jesteś ze mnie dumna, babciu?

24 kwietnia 2021

Od Omszonej Mordki

 Patrol o poranku był dla kocura niczym innym aniżeli kolcem w dupie. Nie dość, że musiał zwlec się przed świtem z posłania, to początek dnia miał zacząć od kontaktu z pizdowatym uczniem, którego przydzielił mu ich nowy liderek. Aroniowa Łapa to była największa beksa, jaką w swoim krótkim życiu widział, jakby tego jeszcze było mało, uczennica bała się byle gówna, aż Mech miał ochotę rozszarpać ją w mgnieniu oka. Nienawiść sięgała zenitu, gdy zamiast wykonywać jego polecenia, ta mała pizda zaczynała trząść się i zalewać krokodylimi łzami. 
Nie szczędził więc rękoczynów, przez co kotka wróciła kilka razy z treningu srogo posiniaczona. Mówił wtedy, że pierdalnęła się w drzewo czy inną cholerę. Reszta wierzyła mu i łykała ten kit niczym kaczki, z resztą… kto by chciał podważać zdanie mentora, którego uczeń ma renomę niedojdy i łamagi?
Jakby tego było mało - kolejny zasraniec, znany lepiej jako Fałszywa Łapa, zapierdalał za nim niczym nawiedzony, patrząc na łapy. Kilka razy przegonił gówniarza, jednak miał doskonałą świadomość tego, że point tak szybko się nie podda. Na szczęście Droździa Łapa nawet w paradę mu nie wchodził, na kocurka wystarczyło dmuchnąć głośniej a już spierdalał się ukryć.
— RUSZ SIĘ DO CHOLERY JASNEJ! — ryknął, ukazując ostre jak brzytwa pazury oraz białe kły. Aroniowa Łapa skuliła się, chowając ogon między swoje tylne łapy, po czym przerażona nastroszyła futerko — Mam ci to wytłumaczyć siłą czy jak!? Rusz się bo cię zabiję! — wrzasnął, uderzając uczennicę w grzbiet. Zamachnął się raz jeszcze, jednakże nim uderzył - zatrzymał się słysząc trzask gałązki.
Poruszył wąsami, nastawiając uszu. Na szczęście była to tylko wiewiórka, która szybko czmychnęła między liście dębu. 
Przeniósł wzrok na swoją podopieczną, mając ochotę zarżnąć tą niedojdę.

< Aronia? >

07 marca 2021

Od Omszonej Mordki

 Uderzał ogonem ze wściekłości o ziemię, zaś pazurami walił w każdy napotkany kamień. Jego posrana stara stwierdziła, że nie oddadzą bachora Jesionowego Wichru tylko będą go kurwa trzymać, aż ojczulek sam se po niego przylezie. Zasadzki jej się zachciało, jakby już nie dostała po mordzie wystarczająco porządnie na wojnie. Jeszcze ta zasrana polana, którą im zabrali.
Tego dnia czara goryczy została przelana. Podczas treningu wściekłość kocura sięgała zenitu. Wbijał pazury w przeciwnika nie mając litości, prawie by go rozerwał na strzępy, gdyby inny kot nie interweniował. Zziajany ale nadal wściekły, dyszał ciężko, wyładowując swoją frustrację na spróchniałym drzewie. 
— Uspokoisz się? — strzepnął uchem, gdy usłyszał nad sobą warknięcie. Uderzył łapą w gałąź, odłamując ją z trzaskiem.
— Nie — wysyczał sfrustrowany — Wkurwia mnie ta raszpla — kolejny raz uderzył w niewinne drzewo, zostawiając na nim ślady swoich pazurów. Warknął, kiedy usłyszał cichy śmiech.
— To się ucieszy. Klan Gwiazdy chce żeby zginęła. Tak jest zapisane w gwiazdach — Sroka, a przynajmniej Mech twierdził, że właśnie nią jest rozmyta postać, wzruszyła barkami — Twoim zadaniem jest ją zabić. Przodkowie wybrali ciebie na wybawiciela klanu klifu, spod jarzma tej wariatki — dodała zaraz, mrucząc cicho. Mech milczał przez wiele uderzeń serca. On? Zakała rodziny? Został wybrany przez sam klan gwiazdy do tak ważnego zadania? Uśmiechnął się pod nosem. Był wybrańcem. Zbawicielem. Cała reszta mogła mu naskoczyć.
Skinął łbem twierdząco, wybudzając się ze snu.
Ocknął się w swoim legowisku, tuż przy samym wejściu z leża wojowników. Ziewnął, rozglądając się. Noc trwała w najlepsze, kilku wojowników spało, większość była w drugim legowisko oraz w legowisku medyków. Kocur wstał po cichu, wychodząc z obozu. Szukał tego jednego, cholernego krzaka, którego widział niedawno.
Czarne jagody błysnęły w blasku księżyca.
Uśmiechnął się pod nosem, zbierając kiść. Wrócił pospiesznie, upewniając się, że wszyscy spali, zakradł się do legowiska swojej matki. Szylkretowa kocica oddychała spokojnie, pogrążona we śnie. Przez chwilę zawahał się. Zaraz jednak poczuł, jakby jakaś niewidzialna siła go pchnęła.
Złapał kępkę mchu, po czym rzucił się na liderkę, przyciskając roślinę do jej pyska. Kocica szarpała się, wydając z siebie bliżej nieokreślone dźwięki. Przydusił ją swoim ciężarem ciała tak, by leżała w miejscu.
Sapnął, gdy zrozumiał, że to wszystko będzie trudniejsze niż myślał. Złapał ją szybko za kark, łamiąc go jednym, sprawnym ruchem.
Kocica padła na ziemię martwa. Omszony uśmiechnął się pod nosem, po czym ułożył ją tak, jakby spała. Kiść jagód śmierci ułożył na jej łapie, zaś kilka wepchnął do pyska, brudząc go. Zadowolony ze swojego dzieła zatarł wszystkie ślady, wychodząc na zewnątrz. Gdzieś trawa zaszeleściła a skulona sylwetka Koperkowego Futra przemknęła mu przed oczami. Ten mały gnojek!
W kilku susach dopadł do niego, pazurami przyciskając do ziemi. Wielkie ślepia spoglądały na niego z przerażeniem. Po jego policzkach spływały powoli łzy.
— Wygadaj się, że mnie tu widziałeś a skończysz jak ona — splunął kocurkowi w pysk, na potwierdzenie swych słów, drapiąc go po pysku, po czym pozwolił mu uciec. Obserwował jak wojownik ucieka z podkulonym ogonem a kilka uderzeń serca później, sam udał się na swoje legowisko, by zapaść w sen.
Jeden problem załatwiony.
Pozostało mu jeszcze kilka.

05 marca 2021

Od Omszonej Mordki CD Bursztynowej Łapy

 Przegonił dzieciaka, a przynajmniej tak myślał. Cholerny odmieniec. Jeszcze kolejnego wykolejeńca w rodzinie im brakowało. Mech syknął, ruszając przed siebie, wymijając kilka kęp wyższej trawy. Żwir gruchotał mu pod łapami niczym kruszone kości wszystkich, którzy jakkolwiek zaleźli mu za skórę. Po drodze chapnął jakąś pokrzywę, czy inne paskudnie wyglądające zielsko.
Kilkadziesiąt uderzeń serca dotarł nad grób tego cholernego wyliniałego śmiecia. Rzucił na zarośniętą młodą trawą ziemię, po czym mruknął kilka słów. Gdzieś tam tęsknił za Czerńcem, lecz prędzej by się zesrał, niż to przyznał. Kocur najeżył futro, gdy usłyszał trzask łamanej gałązki. Rzucił się na Bursztynową Łapę, gdy jego futro mignęło mu przed oczami. Tylko fakt, że uczeń był od niego o trochę szybszy ocalił ucznia od solidnego wpierdolu.

* * *
Sroczy Żar nawiedzała go w każdej, możliwej chwili, to już nawet nie było szeptanie do ucha a trenowanie podczas, gdy kocur spał. Co prawda babcia jeszcze ani razy nie pokazała mu się w pełni, raz była głosem a innym razem rozmytą kocią sylwetką, jednakże mimo wszystko cieszył się. Cieszył się, że miał z nią jakikolwiek kontakt. Kocica wielokrotnie powtarzała mu, że klan gwiazdy ma względem niego jakieś plany, jednakże nie chciała zdradzić jakie. 
Naturalnym więc było, że w ciągu dnia wydawał się być cholerne zmęczonym, dochodziło do tego rozdrażnienie, które nie poprawiało wizerunku kocura, który czasem darł pysk o byle co. Tak było i tym razem, gdy trafił do medyków z podrapaną mordą przez wiewiórkę.
— BOLI DO CHOLERY! — wrzasnął w stronę Firletkowego Płatka, która skuliła uszy — A ty co się gapisz, gówniarzu — wysyczał w stronę kremowego ucznia.

< Bursztyn? > 

Od Omszonej Mordki CD Zimorodkowego Blasku

 Popatrzył na brata, nawet nie kryjąc pogardy w swoich oczach. Nie sądził, że kocur będzie AŻ takim debilem, żeby łyknąć każde jego słowo. Mech po prostu miał w tym momencie zrobić sobie płukanie ślepi, mimo wszystko olał go, nawet nie odpowiadając, czy rzucając kąśliwej uwagi. Po prostu spieprzył rzygać w krzaki. Od tego wszystkiego miał ochotę nażreć się jagódek czy innych gównianych jabłek, dzięki którym by wpadł chociaż na chwilę w stan nieważkości oraz radości. Nie znalazł jednak nic ciekawego, co mogłoby mu pomóc, jednakże dzięki swojej przechadzce znalazł jagody śmierci, które mogłyby pomóc mu w inny sposób.

* * *
Popatrzył na nowy obóz, będący jeszcze częściowo zacieniony. Słońce mimo tego iż weszło już na niebie wysoko, nadal nie zdążyło oświetlić kilku zakamarków. Podniósł zmęczony głowę, dzisiejszej nocy również spędził czas ze swoją babcią, a przynajmniej tak uważał. Kocica ponownie opowiadała mu, jak bardzo by chciała, żeby Berberys nareszcie zdechła. Kolejne rany pojawiły się na jego boku, przez pazury zmarłej. 
Westchnął cicho, wymijając kilku klanowiczów, których humory nie były najlepsze. Nic dziwnego, najpierw poprzedni obóz im się rozpieprzył a teraz ta kretynka, zwana ich liderką, sprawiła, że pobawią się w wojenkę, dzięki czemu większość kotów była podminowana. Jakby tego było mało, bachory Maślak zaczynały się awanturować, że na wojnie były a jeszcze nie są mianowane.
— Omszona Mordko!
— Ja pierdole... — kocur westchnął na głos swojego brata, który leciał na łeb na szyję w jego kierunku — Czego chcesz? 
— Mam syna! Ja i Kwaśny Język mamy syna!
— Co kurwa
Tylko tyle i aż tyle był w stanie z siebie wydusić. Rzucił zdziwione spojrzenie wojownikowi, którego mordę zdobił szeroki uśmiech. Kocur rzucił radosne "chodź, pokażę ci", po czym ciągnąc omszonego za ogon, zaprowadził go do legowiska staruchów. Sokolego Skrzydła, czy raczej ich klanowego dilera od ćpańska nie było, za to na legowisku leżał jakiś niebieski pokurcz.
— Śliczny, prawda?! — miauknął Zimorodek, wtulając się w krótkie futerko.
— Jaki niedorobiony. Skąd żeś go wytrzasnął? Bocian czy przyniósł, czy z jajka się wykluł?
— Na spacerze znaleźliśmy!
— Ja pierdole...  — Mech potarł pysk. Przebywanie w towarzystwie debili zdecydowanie mu nie służyło — Nie chrzań, że nasza nawiedzona stara pozwoliła ci go zatrzymać.
— Pewnie, że pozwoli! O! Nawet tu idzie! Mamo! Mamo! Możemy go zatrzymać!
— Już ci mówiłam, że możecie, przyda się nam — Mech zastrzygł uchem, czyżby ta wariatka miała jakiś plan? Prychnął, niech znowu wypowie jakiemuś klanowi wojnę, przecież mają kurwa zbyt dużo terenów!
— No chyba cię posrało — warknął w stronę liderki, nawet nie kryjąc złości — Co wychowasz go na szpiega, żeby wlazł do obozu nocniaków i dla nas ich śledził? — prychnął.

< Zimorodek? >

01 marca 2021

Od Omszonej Mordki

 Szepty, szepty i jeszcze raz szepty. To cholerstwo męczyło go już kilkanaście dobrych księżyców, jednak ostatecznie - ustały, zamiast nich jednak miał przyjemność być nawiedzanym przez niebieską, pręgowaną postać. Kotka przedstawiła mu się jako Sroczy Żar, jego babcia, która jako jedyna nie była totalną pizdą w tej zasranej rodzinie.
Zafascynowany Mech kontynuował spotkania, które im częściej były, tym dłuższe się stawały. Ostatecznie kocica pojawiała mu się w snach co noc. Opowiadała o swoich przygodach, lojalności oraz nienawiści do Berberysowej Gwiazdy.
A on słuchał, niczym małe kocię. Wsiąkał każdą informację od zmarłej, jakby był jakąś cholerną gąbką i im dłużej miał z nią kontakt - tym dłużej upewniał się, że ta szylkretowa ździra powinna zdechnąć razem z jego cudownym zasranym liliowym braciszkiem.
Wielbić psychola Lisią Gwiazdę im się zachciało. "Bo był dla nich dobry".
Mieli nasrane we łbach bardziej niż się spodziewał. Jeszcze teraz jego powalonej starej zachciało się wojny z klanem nocy, przez co idiotka straciła łapę a ich klan praktycznie całą polanę, aż do orlego drzewa. Wściekłość wręcz wylewała się z kocura, jedyne o czym myślał to to, aby nareszcie tego pożałowała. Miał ochotę rozszarpać na oczach wszystkich członków klanu klifu. Liderka z psiej dupy się znalazła. Dlatego też z satysfakcją obserwował, jak ich pseudo przywódczyni kuleje po obozie. Jej odgryziona łapa się nie znalazła, co jednak kocur miał głęboko w dupie, prawdę mówiąc, miał ochotę poklepać Jesionową Gwiazdę po grzbiecie za to, co zrobił.

06 lutego 2021

Od Omszonej Mordki

Wystrzelił niczym z procy w ostatniej chwili łapiąc wróbla za jego pióra na ogonie. Ściągnął zwierzątko na ziemię, starając się je utrzymać, podczas gdy malutki ptaszek szarpał się i dziobał go w nos. Przydusił jego główkę łapą, szarpiąc.
Rozległo się głuche "trach" a  następnie zapadła cisza. Bezwładne bure ciałko zwisało mu z pyska, obijając się o brodę, gdy niósł je na stos ze zwierzyną. Świeży zapach zdobyczy przyprawiał jego nos o wariacje. Ślina ciekła z pyska kocura, mocząc opierzone stworzenie, kilka kropel upadło na ubity piach pod jego łapami. Zatrzymał się, rzucając go niedbale. Przejechał językiem po wargach, mrucząc samoistnie. Znowu ten cholerny szept zadźwięczał mu w uchu.
Swoje pomarańczowe ślepia przeniósł na wronę i niewiele myśląc - wziął ją w pysk, wynosząc poza obóz. Później znalazł roślinę, o której opowiadał mu tajemniczy głos. Czerwonawe cholerstwo rosło na skraju lasu, gdzie drzewa ostro się przerzedzały i niemalże zmieniały w łąkę. Nazbierał tyle ile tylko zdołał, po czym wyrwał kawał mięsa, odsłaniając wnętrzności zwierzęcia. Pluł piórami przez kilkanaście uderzeń serca, wyklinając każdego, kto mu tylko do głowy przyszedł.
Krzywiąc się, wyciągnął jelita pełne ziaren na zewnątrz, po czym wepchnął na ich miejsce roślinę. Tak przygotowaną piszczkę zawlekł ponownie do obozu, rzucając ją niedbale pod wejście do legowiska liderki. Jakiś czas temu Berberysowa Gwiazda zrezygnowała z posłania w gnieździe, przenosząc się do średniej wielkości dziury w zboczu, które otworzyło się po kilkukrotnym osunięciu kamieni. 
Kocur oblizał zakrwawiony pysk, obserwując z daleka, jak kotka z niepokojem w oczach przygląda sie "podarkowi".
Uśmiechnął się wilczo, przystając na propozycję głosu, by pobawić się trochę i napsuć krwi liderce.

Od Omszonej Mordki

Strzepnął uchem, warcząc pod nosem siarczyste "spierdalaj". Miał już zdecydowanie dosyć tych zasranych głosów jego głowie, które notorycznie podpowiadały mu jakieś zryte akcje. Wcześniej czuł jedynie czyjąś obecność, jakby dmuchanie na kark gorącym oddechem, teraz jednak, gdy zaczęły się szepty, zaczął chodzić jeszcze bardziej rozdrażniony. Bywały momenty, gdy w środku nocy zrywał się ze snu, wrzeszcząc by ten ktoś spieprzał w trzy dziady i przestał szeptać mu na ucho. Niektóre rzeczy były jednak wybitnie ciekawe, chociażby wizja topienia Szczawiowego Liścia w kałuży błota i obserwowania jak gardło kocura wypełnia brązowata breja. Głównie dlatego jeszcze nie dostał na łeb. Nie wiedział kto, co a ni w jaki sposób podpowiada mu te wizje, jednak postanowił poczekać jak to się rozwinie. 
Medykom nie powie, bo jeszcze podkablują go własnej starej, która wyśle go do starszyzny. Nie potrzebuje łatki wariata. Starczy, że cała jego familia nadal truła mu dupę, że nie sra tęczą tak, jak oni. Właściwie co by mu to dało? Oni jakoś byli milutcy do zesrania a pozdychali i teraz wąchali kwiatki spod ziemi. Nie było mu szkoda ani Zroszonej, ani Dalii czy tego frajera Fiołka. Nawet się cieszył, że nie zdołał go poznać. Kojtnąć zaraz po mianowaniu na wojownika. Myślałby kto.
Jedynie ojca było mu szkoda, jednak tak trochę, ociupinkę. Może gdyby Żywiczna Mordka nie miał takiego pizdowatego koloru futra, jak większość jego rodzeństwa, to może inaczej by się do niego odnosił.
Może.
— Gównianego dnia w krainie zdechlaków — burknął pod nosem, rzucając na grób ojca wymemłany, zabiedzony kwiatek, którego nazwy nawet nie potrafił wymówić, żeby sobie języka nie połamać. 
Zawrócił, kierując się w stronę obozu, po drodze natrafił na swoją matkę wesoło rozmawiającą z jakimś kotem, którego jednak nie mógł zidentyfikować w pierwszych uderzeniach serca. Później wyczuł zapach Sokolego Skrzydła. 
Skrzywił pysk widząc rodzicielkę. Ponownie dosłyszał ten cholerny szept. Wysunął pazury, ignorując sugestię, by rzucił się na kotkę. Nie ważne jak bardzo nienawidził tej pupilki psychola, nie miał zamiaru męczyć się z nią dziewięć razy. Potrząsnął łbem, wzdychając.
Wrócił do obozu, nawet nie zdradzając swojej obecności.

26 stycznia 2021

Od Omszonej Mordki CD Zimorodkowego Blasku

Uśmiechnął się pod nosem, gdy Zimorodek dreptał w jego stronę. Czyli ten palant na coś jednak się przydał. Kocur zastanawiał się tylko, jak wcisnąć temu baranowi kit, żeby się od niego odwalił. No i przede wszystkim co mu powiedzieć? Zastanowił się, mógłby kazać mu zeżreć ropuchę czy ptasie łajno. Na samą tą myśl jego żołądek wywrócił się do góry nogami a on sam nie rzygnął. 
— Załatwione! Nie musisz iść na patrol. To teraz pooookaż!
Wywrócił ślepiami, słysząc zwodzenie brata, mimo wszystko skinął mu łbem, po czym skierował kroki w stronę wyjścia z obozu. Niebieski kocur podążał za nim, stawiając ciężkie, głośne kroki co wywołało niezadowolenie na pysku wojownika. Chodził jak cholerny czołg. Czy serio musiał robić taki hałas?
— Tooo... kiedy?
— Sza!
Syknął ukazując zęby, po czym wznowił marsz. Wolał znaleźć się jak najdalej obozu. Ostatnie czego chciał to to, żeby spieprzono mu reputację przez jego brata idiotę. Kocur stęknął coś pod nosem ale wiernie podążył za Sroczkiem, aż nie znaleźli się przy lasku, na granicy z klanem nocy. 
Wziął głęboki wdech, czując zatęchły swąd ryb, po czym ominął świerk oraz kilka krzewów, znikając w gęstwinie.
— Sprawa jest prosta. Łapiesz zębami za kark, a później przechodzisz do rzeczy — miauknął krótko, zatrzymując się obok pieńka porośniętego mchem. Zimorodek przekrzywił ten swój durny łeb, wlepiając w wojownika wielkie gały. Omszony prychnął pod nosem — Co? Za szybko i móżdżek nie nadąża? — warknął, nawet nie kryjąc irytacji, uderzał ogonem o ziemię, oczekując odpowiezi.
— Nie, nie — niebieski pokręcił pospiesznie głową, marszcząc brwi — Aleeee... to wszystko? I miałeś pokazać! Nie mówić! — stęknął, tupiąc łapą o ziemię.
Oh przodkowie.
— A czego się spodziewałeś? Smug światła i gratulacji duchów z klanu gwiazdy? — zakpił — Jak znajdziesz mi jakiegoś fra- Erghm... Znaczy się chętnego być obietkem ćwiczeń to spoko, pokażę. Póki co właź na ten pieniek okrakiem — mruknął, łbem wskazując coś, co kiedy było drzewem. 
Zimorodek popatrzył na niego nieufnie, jednak wykonał polecenie brata.
— I co teraz?
— Teraz... 
— mruknął, podchodząc do niego, łapą przesunął po mchu, który pokrywał pniak — Łapiesz zębami. O tu, gdzieś powinien być kark — mówiąc to, nakreślił na roślinie punkt swoim pazurem — No i tyle. Tak się robi kocięta mysi móżdżku. Spodziewałeś się czegoś fajniejszego? — kocur liznął sterczące futerko na swojej klatce piersiowej, po czym zamruczał z lekka rozbawiony.
— A czy... czy z drzewem też można?
Omszona Mordka uniósł brew w zdziwieniu. On chyba sobie jaja robił.
— Ah, ależ oczywiście, że można! Nawet trzeba! 
— miauknął, starając się brzmieć jak najbardziej wiarygodnie.

< Zimorodku? >

06 stycznia 2021

Od Omszonej Mordki CD Bursztynowej Łapy

Widok bratanka ani trochę mu humoru nie poprawił, wręcz przeciwnie - zadziałał jak płachta na byka. Omszona Mordka odsłonił odruchowo zęby licząc, że smarkacz załapie, że nie chce mieć z nim jakiegokolwiek kontaktu. Jakie było zdziwienie niebieskiego, gdy szczyl nie uciekł z podwiniętym pod siebie ogonem. Cóż, najwidoczniej błędnie liczył, że Miodowa Chmura przekaże swoje najlepsze geny potomstwu. Czyli kolejny debil do kolekcji. To ile ich już było w tej cholernej rodzinie? Sześć, nie licząc jego samego i Rumiankowej Pręgi? Ta, chyba coś koło tego. Strzepnął ogonem w myślach prosząc babcię, by ta pierdolnęła w tego gluta piorunem - na próżno jednak. Uderzenia serca mijały a pioruna jak nie było, tak nie ma. Niebo było czyste jak łza.
— Cześć — miauknął Bursztynowa Łapa, patrząc prosto na niego. Niebieski kocur liczył w myślach ile powinien dać gówniarzowi czasu, żeby ten zdążył trochę uciec, zaś on sam miał trochę frajdy w gonieniu tego gnojka — Blask twojego futra prawie mnie oślepił, oczy... Przykuły mądrością i pięknością.
Milczał, czując jak go nosi. Wysuwał i chował pazury na zmianę z wymyślaniem kolejnych sposobów na zamordowanie tego futrzaka. Jakim cudem to coś jeszcze żyło? Jeszcze bardziej go zastanawiało tylko, jakim cholernym sposobem jego siostra wypluła z siebie to coś. Liczył, że chociaż ona nie ma zrypanych genów po ich ojcu. 
— Spadaj, dzieciaku. Nie jestem niańką — warknął, strosząc futro ostrzegawczo. Liczył po cichu, że uczeń medyka podwinie kitę i odejdzie. Nie miał ochoty na kolejne kazanie swojej matki. Wzdrygnął się, od jakiegoś czasu czuł dziwną obecność. Tak, jakby jakiś kot zimną łapą dotykał jego barku, lub tego chuchał mu w kark. Nikogo poza nim i tym pokurczem w pobliżu nie było.
— Dlaczego jesteś taki niemiły? Ja tylko chcę cię poderwać — gotowało się w nim. Jak cholera się w nim gotowało. Miał ochotę rozwalić pysk Bursztynowej Łapy już teraz. Zaraz. Odsłonił kły, jednak ani nie drgnął z miejsca. 
— Masz siano we łbie?! Kolejny świr w rodzinie. Słuchaj gówniarzu, bo wyglądasz na ogarniętego. Trzymaj się z daleka od tego dziwaka zimorodka, bo tylko ci sieczkę zrobi — wstał, podchodząc do ucznia — I pamiętaj jedno. Kocur z kocurem, czy nawet te cholerne baby w związku. Albo jakiś kot uważający, że jest cholera-wie-czym. Dla mnie może być se nawet chmurką, ale to NIE JEST NORMALNE. Więc lepiej się pilnuj, bo jak tylko się dowiem, że jesteś kolejnym obrzydliwym wykolejeńcem, to gorzko tego pożałujesz. Uwierz mi, ciało spuszczone w rzece STRASZNIE ciężko później odnaleźć — splunął Bursztynowej Łapie prosto w pysk, po czym odwrócił się i skierował swoje kroki w stronę wyjścia z obozu. Miał w planach odwiedzić grób Czerńca i bawienie jakiego bachora ni trochę mu się nie podobało.

< Bursztyn? >

26 grudnia 2020

Od Omszonej Łapy (Omszonej Mordki) CD Zimorodkowego Blasku

Widząc wesoły pysk brata oraz słysząc słowa padające z jego pyska, niewiele myśląc - rzucił się na niego z pazurami i przeraźliwym wrzaskiem. Syczał, prychał i charczał za każdym razem, gdy udało mu się uderzyć zaskoczonego brata. "Ja powinienem być wojownikiem, a nie taka żałosna kupa gówna, jak ty!" - wrzeszczał wściekle. Opanował się dopiero, kiedy Miętowy Strumień ściągnął go siłą z brata, przyduszając przy tym jego pysk do ziemi. Syczał i rzucał się jeszcze przez chwilę, nim ochłonął chociaż trochę.
Podczas rozmowy z matką, o mało co nie wyleciał z klanu na zbity ryj.
***
Kilka księżyców temu został mianowany, co napawało go dumą, jednakże durne imię zaczęło mu przeszkadzać. Omszona Mordka, myślałby kto. Niebieski kocur nawet nie krył swojego zirytowania chociaż z początku ani trochę mu ono nie przeszkadzało. Przez śmierć Czerńca był w zbyt dużym szoku, aby przejmować się takimi pierdołami. Odpuścił też kręcenie się przy Kwaśnej Łapie, którego chciał polizać. Tylko tak inaczej.
Wzdrygnął się, czując jak wszystko podchodzi mu do gardła. Musiał jednak przyznać, że mimo iż czarno-biały kocur wywoływał w nim ochotę dania mu w pysk, to jednak było też coś, co sprawiało, że patrzyło mu się na niego miło. Mimo durnego wyrazu gęby.
— Wstawaj leniwy śmierdzielu — syknął, kopiąc Zimorodka w bok. Śpiący kocur stęknął coś pod nosem, po czym przewrócił się na grzbiet chrapiąc niczym niedźwiedź. Omszona Mordka warknął pod nosem, wysuwając pazury. Złapał niebieskiego za fraki, wlecząc go w stronę wyjścia z legowiska wojowników. Zadanie nie było jednak łatwe, Zimorodek był od niego znacznie większy, Mech miał nawet wrażenie, że dupa mu się spasła. Zacisnął szczęki mocniej.
— E-ej! — wypuścił kupę futra z pyska, słysząc zdezorientowany głos. Spojrzał od góry na leżącego na ziemi brata, który wlepiał w niego durne spojrzenie żółtawych oczy. "Sroczek" nie podzielił jednak entuzjazmu wojownika, przeszedł nad bratem, wychodząc na zewnątrz. Otrzepał się, oblizując pysk.
— Mamy iść na patrol — miauknął znudzony. Nie miał zamiaru czekać aż paniczyk podniesie opasłą dupę i się ruszy — Rusz się.
— Ale kupa nie będzie padać z nieba? — kocur wywrócił wściekle pomarańczowymi ślepiami zirytowany. Jeszcze tego brakowało. 
— Nie, nie będzie, a jeśli coś to schowasz się pode mną. Zgoda?
Odpowiedziało mu skinienie głową. Zimorodkowy Blask podszedł ostrożnie do wyjścia, wystawiając nos. Zaraz jednak cofnął się gwałtownie.
— CO ZNOWU?! — Omszonemu nerwy już serio puszczały, powieka zaczęła mu drgać, zaś pazury wysunęły się samoistnie — Nie, siki też nie będą padać. Na litość przodków, rusz dupę — tupnął łapą zirytowany, jednak gdy to nie przekonało bicolora, postanowił spróbować inaczej — Chcesz wiedzieć jak robi się kociaki?
— Coooo? A wiesz?! Ty? Serio? — Zimorodek w mgnieniu oka znalazł się przy nim, szeroko otwierając paszczę ze dziwienia. Niższy z braci policzył w myślach do trzech, po czym uśmiechnął się sztucznie. 
— Oczywiście, że wiem! Jak pomożesz wymigać mi się od patrolu, to ci pokażę! — miauknął z dumą, pusząc przy tym futro. 

< Zimorodku? >

15 grudnia 2020

Od Omszonej Łapy (Omszonej Mordki) CD Szczawiowego Liścia

 Od śmierci ojca przestał jakkolwiek integrować się z rodziną, zachowywał się tak, jakby nie istnieli. Jego cykl dnia opierał się na jedzeniu, spaniu i chodzeniu na treningi. Co jakiś czas rozmawiał z Czerńcem, jednak nie bardzo miał na to ochotę. Nie czuł się komfortowo, gdy rudy kocur obrażał martwego już Żywiczną Mordkę. Tego dnia było podobnie, wrócił z treningu i ignorując Szczawiowego Liścia potruchtał do stosu ze zwierzyną. 
— Ej, młody! — kocur strzepnął uchem, gdy do jego uszu dotarł głos Czerńcowego Mroku, który kroczył w jego kierunku z dziarskim uśmiechem na mordzie. Omszona Łapa rzucił mu znudzone spojrzenie, prychając cicho — Znalazłem sposób, żeby twoja powalona stara cię nareszcie mianowała. Chodź — niebieski musiał przyznać, że to go akurat zaciekawiło. Poruszył uszami, ignorując burczenie w brzuchu, po czym ruszył za kuzynem. Niemalże od razu zrozumiał, gdzie się kierują - grota szalonego dziadka. Przełknął gulę w gardle, czując jak futro na grzbiecie samoistnie mu się jeży. Położył po sobie uszy.
— Musimy...?
— A ty co, baba jesteś!? 
Czerniec uderzył wściekły łapą o ziemię. Omszona Łapa odruchowo odsłonił kły.
— Nie jestem! Po prostu pamiętam jak skończyła twoja siostra, kretynie! 
Mówiąc to, przekroczył ogrodzenie farmy, drżąc mimo wszystko ze zdenerwowania. Za cholerę nie miał ochoty spotkać tego popaprańca i skończyć jak Kalinka. Przełknął ślinę, gdy kury zaczęły wrzeszczeć.
— L-lepiej się stąd zbierajmy...
— Przymknij się cipo jedna, zabijemy go i zobaczysz, zaraz będziesz mianowany!
— Robisz to za darmo?
Niebieski kocur nastawił niepewnie uszy, nie widząc co ma powiedzieć. Czerniec skrzywił pysk, jednak mimo wszystko skinął głową. Jego płonące ślepia żywo wypatrywały celu ich wędrówki.
— Jesteś moim przyjacielem, durny pchlarzu. Nie tylko kuzynem. No i taki zły nie jesteś 
Czerniec uśmiechnął się pod nosem. Gdakanie kur było tak głośne, że aż uszy bolały i właśnie przez to nie słyszeli zbliżającego się niebezpieczeństwa. Dwunogi złapał rudego za skórę na karku charcząc wściekle. Mech podniósł głowę ku górze i widząc pianę wściekle toczącą się z pyska wroga, znieruchomiał. Serce biło mu jak oszalałe, dwoje małych, czarnych oczu patrzyło na niego z nienawiścią, której koty z bezgwiezdnej ziemi mogły pozazdrościć. 
— Spieprzaj stąd młody! — wrzasnął Czerniec, wyrywając się z łap potwora, po czym rzucił mu się na twarz, wrzeszcząc zajadle. Kilka uderzeń serca musiało minąć, nim niebieski uczeń doszedł do siebie. Niewiele myśląc puścił się biegiem do klanu, czując jak łzy powoli napływają mu do oczu. Nie ważne jak bardzo nienawidził wszystkich, nie chciał umierać. Obejrzał się za siebie, farma była co raz dalej, jednak nie widział na horyzoncie Czerńca. Serce zabiło mu mocniej, jednak nie zwolnił kroku, czuł jak łapy palą go żywym ogniem i powoli opada z sił, jednak zacisnął szczęki. Nie mógł się teraz poddać. 
Wpadł do obozu zwracając uwagę praktycznie wszystkich obecnych tam kotów. Dysząc ze zmęczenia stanął w rozkroku, spuszczając głowę w dół, niemalże dotykając nosem ziemi. Spieniona ślina skapnęła na piasek, zaś uczeń, czując jak drżą mu łapy, położył się, starając się uspokoić kołatające serce.
— Co się stało?!
Nad sobą usłyszał zaniepokojony głos matki. Nie podniósł jednak głowy.
— Czerniec... z-zabrał mnie do farmy... żebym został wojow-wnikiem... — szeptał na jednym wdechu, mając przed oczami czarne plamy — m-mieliśmy zabić... d-dziadka... żeby klan był... — nie zdążył dokończyć. W obozie rozległy się spanikowane głosy, gdy ruda kupa futra przekroczyła wejście. Omsozna Łapa z trudem odwrócił łeb w stronę kuzyna. Już chciał krzyknąć, że mu się udało, jednak gdy zobaczył przekrwione do granic możliwości oczy - zamarł. Syn Bluszczowego Poranka zwymiotował krwią oraz pianą z pyska, czerwona ciecz spływała również z jego nosa. Zrobił kilka kroków w przód wymiotując jeszcze kilka razy osoczem, po czym padł na ziemię.
— C-czerniec! — podczołgał się w jego kierunku, oddychając ciężko. Trącił ciało nosem raz, drugi, trzeci, z przerażeniem odkrywając, że ten nie oddycha. Ktoś szepnął między sobą, że teraz trzeba będzie pochować ciało. Mech szarpnął się, gdy ktoś próbował go odciągnąć. Ze łzami w oczach odwrócił się sycząc i prychając. Widok pyska Szczawiowego Liścia ani trochę nie złagodził sytuacji. Napuszył futro, odsłaniając kły.
— Zostaw mnie! Idź sobie, słyszysz?! WYNOCHA! — głos mu drżał a on sam czuł się tak, jakby ponownie był bezbronnym kociakiem — CHCIAŁEŚ ŻEBY ZDECHŁ TO PROSZĘ KURWA BARDZO! ZDECHŁ! A TERAZ SIĘ WYNOŚ! JUŻ! — uderzył ogonem w ziemię, chowając zaraz pysk w futrze jedynego przyjaciela. Kilka dni później został mianowany na wojownika, nie cieszył się z tego jednak. Już nawet tak durne imię jakie otrzymał - Omszona Mordka, nie przeszkadzało mu. Gdy tylko zakończył czuwanie, udał się na grób Czerńca.

< Szczawik? >

27 listopada 2020

Od Omszonej Łapy CD Żywicznej Mordki

Spojrzał z pogardą na ojca, wymijając go. Nie miał najmniejszej ochoty go widzieć, starczyło już, że Czerniec cisnął beke z niego, jakiego to ma frajerowatego starego w porównaniu do Bluszczowego Poranku. Młody uczeń warknął wściekle, kopiąc kamyk leżący przez jego łapami. Ostatni raz odwrócił się w stronę ojca, jakby licząc, że ten jeszcze go zatrzyma czy coś. Nic takiego się jednak nie stało, tak więc jeszcze bardziej wściekły Omszona Łapa pokłusował w stronę Czerńca i Melona. 
Był święcie przekonany, że jego lamerski stary będzie mu truł dupę jeszcze wiele, wiele razy. Nawet przywykł do nazywania go "Sroczkiem", wpieniało go tylko zawracanie mu ogona i próby naprawienia relacji. Kocur nie mógł jednak przewidzieć, że tamta rozmowa była ich ostatnią. Epidemia a klanie klifu pojawiła się nagle, powoli odbierając zdrowie kolejnym kotom. Jednym z nich był właśnie ojciec niebieskiego. Podczas rozmów z Czerńcem Meszek wielokrotnie żartował, że jego płodziciel zapewne się przekręci, schodząc z tego świata. W duchu jednak... Na swój dziwny, własny sposób nie chciał tego. Było ku nawet szkoda ojca? Chyba można tak to było nazwać. Żywica ponoć marniał w oczach, jego matka, która mimo skręconej łapy latała przed legowisko starszych i obserwowała Żywicę godzinami. 
Teraz jednak nie miała kogo obserwować. Omszona Łapa wpatrywał się w zasypany już ziemią dół w który wrzucono ciało martwego wojownika. Kocur czuł dziwną pustkę, jakby coś go tam gdzieś głęboko w środku wierciło i męczyło. Spuścił głowę, zaś jego uszy klapnęły. Pierwszy raz w życiu oszczędził sobie kąśliwych uwag, chociażby pod adresem Rosy, która smarkała Zimorodkowi w futro. Kolejni członkowie rodziny powoli opuszczali grób, dopiero gdy został sam zorientował się, że już zaczęło robić się ciemno. Siedział przy grobie prawie cały dzień. 
— I-i co? Zdechłeś chuju głupi — syknął w stronę kupki piachu, nawet nie kryjąc pretensji w swoim głosie. Potarł nos łapą — Myślałem, że będziesz się bardziej starał... — urwał na moment, rozglądając się dookoła, czy aby na pewno nikogo nie ma — ... tato. 
Pomarańczowe ślepia błysnęły mocno skrywanym żalem. 

Wyleczeni: Berberysowa Bryza

07 listopada 2020

Od Omszonej Łapy CD ZImorodkowej Łapy

Zerknął kątem oka na Czerńcowy Mrok, który uśmiechnął się z chorą wyższością, po czym machnął ogonem zachęcająco. Omszona Łapa przełknął ślinę, czując jak obiad podchodzi mu do gardła. W myślach niczym chorą mantrę powtarzał jak to zaraz rzygnie i jakie to całowanie kocurów jest obrzydliwe oraz nienaturalne. Przybliżył się czując na swoim nosie ciepły oddech płaskopyskiego syna Słodkiego Języka. 
— I-i co się gapisz? — stęknął, siadając na ziemi. Usłyszał za sobą śmiech Czerńca oraz kolejne durne pytanie Zimorodka. Pokręcił łbem, całą swoją uwagę przerzucając na Kwaśną Łapę. Wziął głębszy oddech, wysuwając język i liżąc młodszego ucznia po pysku. Odsunął się, wypluwając futro, które przykleiło się do jego języka. 
— Ej no, co to ma być — zawołał Czerniec, podchodząc bliżej dwójki zdezorientowanych młodzików — Zupełnie bez przekonania, Omszona Łapo... 
— To jak mam to niby zrobić? — Mech napuszył futro na całym ciele, przez co wyglądał teraz jak mała, puchata kuleczka. Starczy kocur zaśmiał się pod nosem, przesuwając powoli i ostentacyjnie językiem po swojej łapie. Niebieski kocurek przełknął ślinę. To był dla niego wręcz oczywisty znak JAK ma to zrobić, co ani trochę mu się nie podobało. Miał ochotę puścić bełta wprost pod łapy całej grupki. Zerknął na Zimorodka, który cieszył się jak głupi do sera, uderzając we własnym rytmie ogonem o ziemię. Ten durny parch działał młodszemu kocurkowi na nerwy, dlatego też wiedział, że musi zrobić WSZYSTKO aby zostać mianowanym przed tym... przed tym czymś. A przecież oczywistym było, że jego stara nagada coś temu rudemu frajerowi, żeby go na uczniaku dłużej przetrzymał. Wziął wiec głębszy wdech, podchodząc ponownie do Kwaśnej Łapy, który zdezorientowany wywalił jęzor ze swojego płaskiego pyska. Starszy uczeń zamknął ślepia licząc do dziesięciu, po czym zmusił się do tego, by przesunąć po języku kolegi swoim własnym. POwoli i ostentacyjnie tak, jak chciał ten rudy sadysta. Położył po sobie uszy, poruszając końcówką ogona, po czym ostrożnie położył swoje przednie łapy na barkach czarno-białego. Ponownie przesunął językiem po jego mordce, odskakując zaraz niczym poparzony, gdy tylko ZImorodek wydał z siebie donośny wrzask. Rzucił pełne pretensji spojrzenie bratu, fukając wściekle.

< Zimorodku? >

Od Omszonej Łapy CD Szczawiowego Liścia

Wywrócił ślepiami na słowa brata, prychając lekceważąco. Miał głęboko pod ogonem swojego ojca, braci, siostrę czy kogokolwiek innego z rodziny. Ba! Srał nawet na Lisią Gwiazdę. Jego zdaniem rudy lider dawno powinien wąchać kwiatki od spodu i nadal nie rozumiał dlaczego ta jego babcia nie strzeliła z chmur piorunem. W końcu jedno trafienie i bum, po problemie. Chociaż jednak po części rozumiał, dlaczego nie chciała jeszcze ubić tego pręgowanego śmierdziela, przecież wtedy jego posrana matka zostałaby liderką. 
No. 
W takim razie potrzeba dwóch piorunów. Kocurek popatrzył w niebo, wzdychając cicho. Właściwie... Babcia zdawała się być jedynym kotem, który rozumiałby to, w jakim gównie znalazł się niebieski. Tym bardziej był wściekły, że jej tu nie ma. Machnął końcówką ogona rozzłoszony, nareszcie przenosząc uwagę na swojego durnego, starszego brata. 
— Nie — odparł krótko, odsłaniając białe kły — Na co wy wszyscy liczycie? Że będę kochającym synalkiem?! Wasze niedoczekanie. W dupie mam ojca, was z resztą też! — napuszył futro wysuwając pazury ostrzegawczo. Szczawiowy Liść zamrugał zdziwiony ślepiami, otwierając pysk. Szybciej odezwał się jednak Miętowy Strumień. 
— Młody ma rację — rudy kocur zrobił krok w przód, wymijając swojego ucznia. Kocur nad  liliowym górował o jakieś pół głowy, może mniej, może więcej. Omszona Łapa nie przykładał do tego uwagi. Zdecydowanie bardziej wolał wyczekiwać momentu, w którym kocury zaczną lać się po pyskach aż do krwi — dlaczego calutka wasza pomylona rodzinka sadzi, ze młody będzie latał za swoim starym jak ostatni idiota?
Szczawiowy Liść nastroszył futro, obnażając zęby. Futro na jego grzbiecie zjerzyło się jeszcze bardziej, gdy tylko MIętowy Strumień wydał z siebie prześmiewcze parsknięcie.
— Bacz na słowa MIętowy Strumieniu — młody wojownik uniósł dumnie łeb, widocznie się uspokajając — Jestem synem zastępczyni więc radzę ci uważać
— Czy to groźba? — rudzielec podszedł bliżej, marszcząc gniewnie brwi. Wziął głębszy wdech, wysuwając pazury. Łapy miał sztywne, gotowe do bijatyki.
— Raczej przyjacielska wskazówka 
— Zatem chyba muszę ci przypomnieć kto jest SYNEM LIDERA — rudzielec uniósł łapę by zadać cios, jednakże zrezygnował. SPlunął liliowemu pod łapy, po czym położył oon na grzbiecie swojego wychowanka — Chodź, Omszona Łapo — warknął, rzucając starszemu bratu młodzika mrożące krew w żyłach spojrzenie. 

< Szawiku? >

18 października 2020

Od Omszonej Łapy CD Zimorodkowej Łapy

 *eeee, skip bo nie pamiętam już co tam było. jestem okropna i know*
Życie jakoś się toczyło, ledwo bo ledwo w tempie żółwia, jednakże Omszona Łapa delektował się ciszą i spokojem, którą zyskał od kiedy został uczniem. Co prawda miał już te jedenaście księżyców i nadal kisił stołek, co jego jak i Miętowy Strumień wpieniało ostro, jednak młodzik starał się doceniać chociaż fakt, iż żadne z jego rodzeństwa, a przynajmniej to, które wylazło na świat w tym samym miocie co on, nie próbuje truć mu dupy.  
— O ironio, dni mojego spokoju zostały zniszczone przez twój chorobliwie szpetny ryj — Czerniec skrzywił pysk na widok podchodzącego w jego kierunku niebieskiego kocura — Czego chcesz gówniarzu?
— Pogadać. I nie jestem gówniarzem.
— Ta, a ja nie kradnę kocimiętki Sokołowi. Gadaj szczylu czego chcesz, bo nie mam zamiaru bawić się w niańkę.
Omszona Łapa przez kilka uderzeń serca skłaniał się ku prawdziwości słów swojego starszego brata, lecz szybko odrzucił tę myśl. Czerniec tylko się z nim droczył. Nie było w tym nic dziwnego. W końcu byli kolegami. I to najlepszymi kolegami. Rudy podniósł się ciężko do siadu, waląc wściekle ogonem o ziemię.
— Wiesz, co mogę zrobić żeby szybciej skończyć trening? — burknął pod nosem, obserwując jak wojownik drapie się za uchem i ziewa. Westchnął zirytowany chowając i wysuwając pazury, robiąc przy okazji nimi ślady na topniejącym śniegu — Chcę być nareszcie wojownikiem a nie jakimś zasranym uczniem — stęknął niezadowolony, nadal wyczekując odpowiedzi. Czerniec przyglądał mu się chwilę.
— A co? Bycie chłopcem na posyłki się znudziło? — zakpił, uśmiechając się paskudnie.
— Może trochę, gadaj żesz!
— Ojej, kociak się niecierpliwi — oblizał pysk, zerkając z wylewną wręcz wyższością na ucznia, nim się odezwał. Z początku otworzył pysk, lecz szybko go zamknął. Złapał Omszonego za pysk, przyciągając go bliżej siebie. Serce ucznia zabiło szybciej, wyrwał się jednak z uścisku, czując wbijające się pazury w jego policzki. Kilka kropel krwi skapnęło na ziemię, gdy ostre szpony wojownika rozcięły delikatną skórę — Przeliż się z Kwaśnym, to może dam ci jakieś wskazówki.
— Posrało cię?! TO PRZECIEŻ KOCUR! — wykrzyknął oburzony. Aż się w nim zagotowało! Obrzydliwe i nienaturalne! Zasłonił łapą pysk, mając okropny odruch wymiotny — Nie, dzięki. Jeszcze mnie nie posrało — obnażył ostrzegawczo kły, strosząc futro na całym grzbiecie. Rudy kocur zaśmiał się jedynie, ocierając łzę z policzka.
— Aleś ty naiwny, słoneczko — z początku jego głos brzmiał słodko i miło, co z początku zbiło z tropu Omszonego. Zaraz jednak oblicze kocura zmieniło się o 180 stopni. Złapał go za gardło zniżając głos do szeptu — Słuchaj no. Idziesz tam i masz to zrobić, bo inaczej zobaczysz co to znaczy być uczniem do usranej śmierci. Prędzej czy później. Nie zmuszaj mnie, żebym skrócił twój żywot — wysunął ostrzegawczo pazury, luzując uścisk. Mech wyrwał się z jego łap, dysząc ciężko. Skinął jednak głową, po czym bez słowa wyszedł z kryjówki swojego przyjaciela, która znajdowała się za legowiskiem uczniów. Wziął głęboki wdech, ułożył futro, po czym podszedł do Zimorodka siedzącego w towarzystwie płaskopyskiego. Oba kocurki rozmawiały o czymś żywo, lecz widząc niebieskie futro zamilkły.
— Ojej! Hej Meszku! — miauknął brat kocura, na co ten skrzywił tylko pysk.
— Cze — mruknął Mech, błagając w myślach, by wskazówka Czerńca była tego warta — Ej, Kwaśny — miauknął, zwracając na siebie uwagę czarnucha — Chcesz się przelizać? To ponoć fajne. Ty też możesz, jeśli chcesz, Zimorodku — zaproponował, przyjmując najbardziej durnowaty i wesoły ton na jaki go było stać. Przecież jeśli chcesz żyć między wronami, musisz krakać tak, jak one.

< Zimorodku? Kwaśny? >

28 września 2020

Od Omszonej Łapy CD Żywicznej Mordki

Wpatrywał się w ojca bez słowa. Bo co miał zrobić, rzucić mu się na szyję i zesrać z radości? To, że reszta jego rodzinki tak zrobiła, ani trochę nie oznaczało, że on musiał. Czuł względem liliowej kupy futra swego rodzaju... obrzydzenie? Tak, chyba tak można było to nazwać. Nie rozumiał do końca tego uczucia, aczkolwiek nie przeszkadzało mu ono zbytnio.
Dlaczego Żywiczna Mordka wrócił?
Nie mógł po prostu zacząć nowego życia a nie spieprzyć to, które ułożyła sobie jego rodzina?
Mógł też zdechnąć, to zdaniem Omszonej Łapy wyszłoby mu najlepiej.
Zerknął pospiesznie spode łba na ojca, który podobnie jak on nie wiedział co miał robić. Żywica wpatrywał się w swoje łapy, zaś gdy odniósł głowę, by spojrzeć na syna, Mech szybko prychnął, po czym odwrócił się. Nie miał ochoty się z nim integrować tak, jak pozostała siódemka rodzeństwa. Dla niego był skreślony. A jednak... jakaś jego część chciała poznać go lepiej, porozmawiać, pośmiać się tak, jak czasem Bluszczowy Poranek i Czerńcowy Mrok. Pokręcił jednak szybko głową. To było nierealne, więc jedyne co mógł, to tylko pomarzyć.
— Ej! Mech! Bez jaj, że gadasz z tą sflaczałą podróbą kocura! — głos Czerńca sprawił, że miał ochotę zapaść się pod ziemię. Popatrzył na ojca z jeszcze większą nienawiścią.
— Ha! W życiu! Ta miernota nawet łap całować mi nie może! — zaśmiał się, wychodząc na zewnątrz. Strzepnął pajęczynę, która doczepiła się do jego pyska — Co tam? — miauknął, zwracając się do rudego kocura. Tylko co jakiś czas zerkał na Żywicę, niczym posłuszny piesek potakując za każdym razem, ilekroć Czerniec bluźnił na jego rodzinę.
Nie czuł się z tym cudownie, aczkolwiek... uważał, ze nie miał innego wyjścia.

< Żywico? Wybacz gniota >

15 września 2020

Od Omszonej Łapy CD Żywicznej Mordki

kochający synek pozdrawia tatusia <3
Nie miał pojęcia po jaką cholerę matka kazała mu usiąść na dupie obok siostry. Serio miał to gdzieś, że w klanie pojawił się kolejny samotnik. Było ich tu już na pęczki. Może matka znalazła se kolejnego chłopa i nim właśnie był ten przybłęda? Mech zmierzył przybysza niezadowolonym spojrzeniem. Cóż, to wyjaśniało dlaczego jego stara była taka dziwna, ot wolała mizdżyć się z babą. Obrzydliwe. Kocurek skrzywił niezadowolony mordkę, gdy zastępczyni przedstawiała go... temu czemuś. Coś mu się nie wydawało, że na przestawieniu ich sobie miało się skończyć. To byłoby zbyt piękne.
— Kochani, to... to wasz tata — ogłosiła trójce uczniów. Mech rozdziawił szeroko pysk. To coś to jego stary. Ten sam, który najpierw puknął jego matkę a później spieprzył z podkulonym ogonem. Nie wiedząc jak zareagować, po prostu ryknął ironicznym śmiechem, zwracając na siebie uwagę posranej rodzinki. Podniósł dupę z ziemi podchodząc do tego Żywieczngo Mordy czy jak mu tam było, starannie obwąchując liliowego. Smród natychmiast zmusił go do odsunięcia się na dwa kocięce kroki. Kichnął z obrzydzenia.
— Takiego wała jak to mój stary — warknął, spoglądając na zszokowanymi jego słowami matkę — Wygląda jak jakaś miękka pipa a nie prawdziwy kocur, co mógłby mnie spłodzić — kontynuował, obrażając rodzica w najlepsze.
— Meszku!
— Nie no, myślałem, że masz lepsze standardy, serio aż tak bardzo ci się chciało? Zawsze mogłaś iść do wujka Bluszcza — uniósł jedną brew ku górze, z rozbawieniem oglądając, jak zastępczyni desperacko stara się zachować spokój. Całe jej ciało drżało, zaś mięśnie były napięte.
— OMSZONA ŁAPO! — ryknęła wściekła, wysuwając mimowolnie pazury.
— Meszku-sreszku! To coś NIE JEST MOIM STARYM, rozumiesz? W dupach wam się chyba poprzewracało. Przecież to coś boi się własnego cienia! — wrzasnął, strosząc futro od grzbietu aż pod ogon. Na domiar złego jakby chcąc udowodnić swoją rację wydał z siebie głośne "bu!", na które liliowy z lekka drgnął — Widzisz!? O tym mówiłem! Wam serio już odebrało mózg! — krzyczał, oddychając ciężko. Nie potrafił się uspokoić, łzy powoli cisnęły się w kącikach oczu ucznia. Jego klatka piersiowa poruszała się chaotycznie, raz brał głębszy wdech, raz płytki — Nie było go przez PRAWIE ROK. PRAWIE DWANAŚCIE KSIĘŻYCÓW, a ty teraz go sobie przyprowadzasz i ojej bombelki to wasz tatuś, który miał was w dupie ale teraz wrócił, macie go kochać i akceptować buzi buzi — cofnął się o krok, nie potrafiąc uwierzyć, jak bardzo jego rodzina jest naiwna. Nie. To... to nie był jego ojciec. To był tylko chory koszmar. TO COŚ NIE MOGŁO BYĆ JEGO OJCEM!
— Wiecie co? Spadam stąd, a tobie lepiej radzę nie zbliżać się do mnie, bo gorzko tego pożałujesz — splunął w stronę Żywicy, trafiając mu pod łapy, po czym zwyczajnie uciekł.
* * *
Schował się za legowiskiem starszyzny, które ze względu na zapomnienie zarosło trochę pajęczynami oraz zielskiem. Mało kto przebywał w pobliżu tego miejsca, toteż Mech mógł pozwolić sobie na cichy urywany szloch uciekający z jego pyszczka. Wgryzał się w swoją prawą łapę, starając się brzmieć najciszej jak tylko się da. Chaos w obozie na szczęście mu to ułatwiał. Całe jego życie właśnie się waliło tylko dlatego, że jego stary nagle przypomniał sobie o rodzince. Nie zamierzał udawać, że wszystko jest okej. Praktycznie całe rodzeństwo przyjęło go z otwartymi ramionami, jednakże dlaczego on miał? Nie było go kiedy najbardziej potrzebował rodzica, więc niech się teraz w dupę pocałuje.
— O-h... n-nie wie-ed-działem, ż-że t-tu jes-steś S-srocz-czku.... — ciche, wystraszone miauknięcie spowodowało, że Mech natychmiast starł łzy z pyska i wytarł nos. Czy ta niedojda chcąc się schować musiała wybrać akurat TO miejsce?
— Omszona Łapo, jak już, kretynie — mówiąc to, spiorunował wzrokiem liliowego — Powiedz komuś o tym, co widziałeś a przysięgam, że będziesz rzygać dalej niż widzieć — zagroził.

< Żywico? >

Od Omszonej Łapy CD Szczawiowego Liścia

Szedł obok Miętowego Strumienia napuszony niczym paw. Pierwsza pochwała zaliczona! Mech był niesamowicie zadowolony z siebie, gdy rudy kocur pogratulował mu przybrania niemalże idealnej postawy do skradania! Co prawda, słowo "prawie" grało kluczową rolę, w końcu Omszona Łapa M U S I A Ł być idealny we wszystkim co robi, jednakże to wystarczyło, by jego wywindowało w górę, osiągając niemalże ten sam poziom co jego starszego brata - Szczawiowego Liścia. Niebieski kocur poruszył wąsami niezadowolony, widząc swojego brata podchodzącego do nich. Odszedł więc na bok, korzystając z faktu, że Czerniec gdzieś niedaleko wygrzewał się na słońcu. Ostatnio częściej rozmawiał z kocurem, jednakże z szerszej perspektywy przypominało to bardziej drwienie z młodego ucznia, gdy ten za wszelką cenę starał się kocurowi przypodobać.
— Radzi sobie, Miętowy Strumieniu? — mimowolnie poruszył uchem, ignorując kolejne obelgi wypływające  z pyska Czerńca.
— Jak nie, jak tak! — miauknął dumny z siebie, odwracając się w stronę brata, który stał kilka króliczych skoków dalej obok rudego mentora Meszka. Syn Bluszczowego Poranka sarknął coś wrednego pod nosem, po czym podniósł się i kuśtykając w przeciwną stronę oddalił się od usiłującego się zaprzyjaźnić z nim ucznia — Miętowy Strumień opowiadał ci jak skopałem dupy tym śmierdzącym nocniakom? Ha! Musiałbyś to widzieć! Najpierw było BAM! A później BUM! ZIUM! WZIUM! TRZASK! PRASK! OH NIE TO OMSZONA ŁAPA, TEN CUDOWNY UCZEŃ Z NAJLEPSZEGO KLANU KLIFU! RATUJ SIĘ KTO MOŻE! AAAAAAAAAAAA! — ostatnie zdanie wykrzyczał najbardziej piskliwym głosem jak tylko potrafił. Liliowy kocur roześmiał się rozbawiony, zaraz jednak spoważniał.
— Nie podoba mi się, że rozmawiasz z Czerńcem, to nie jest odpowiednie towarzystwo dla ciebie
— Pf! A dlaczego niby, dziadku? Znowu będziesz prawić mi morały jak matka? — oburzony kocurek nastroszył sierść. Nie miał zamiaru słuchać, że coś co robi jest złe, skoro każdy jego ruch czy gest był idealny. Szczawiowy Liść najwidoczniej nie potrafił pojąć jego doskonałości, dlatego też był zazdrosny! Tak! Liliowy był zwyczajnie zły, że jego super ekstra brat zadaje się z równie czadowym kotem, a on nie może! Niewiele myśląc Omszona Łapa pokazał obu kocurom język, po czym prysnął z ich pola widzenia, nim któryś z wojowników zdążył zareagować.
Mech jednak przewyższył swoje umiejętności nad zamiary i niedługo później, gdy słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Nieźle rozeźlony Szczawiowy Liść zmusił go do siedzenia na dupsku i słuchania uważnie.
— Co to miało być młody? W ogóle dlaczego tak się zachowujesz? Liczysz na jakiś szacunek czy co? Podpowiem ci jedno, to tak nie działa. Przyjaciół nie zdobywa się obelgami — mruknął kocur, zwężając ślepia w szparki — Nie myśl, że jestem głupi. Czerniec robi z siebie kozła ofiarnego, na którym może się wyżywać
— Nie! Skąd ci to przyszło do głowy?! Czerniec to mój przyjaciel! — zawołał rozeźlony, uderzając ogonem o ziemię.

< Szczawik?  >

09 września 2020

Od Meszka (Omszonej Łapy) CD Melona (Melonowej Łapy)

Prowokacyjne zachowanie nowego "kolegi" doprowadziło do ostrej bójki między dwoma kocurkami. Mech nie zamierzał popuścić jakiemuś spaślakowi, który śmiał naruszać jego godność, więc na chwilę opuścił maskę przyjemniaczka, którą przybrał dobre kilka księżyców temu. Nie zamierzał się cackać z nowym. Lał go gdzie tylko sięgał a pole do popisu miał spore. Melon jednak zdawał się nie odczuwać jego ciosów przez ochronną warstwę tłuszczu na swoim bebzonie. Meszek napuszył futerko wściekły, gryząc kocurka w łapki. Całą farsę i niesamowicie widowiskową wojnę przerwała Berberysowa Bryza, która złapawszy syna za skórę na karku przeniosła go do kąta, gdzie miał siedzieć aż do pory karmienia.
— Jeszcze się policzymy, nowy — warknął niebieski kocurek, marszcząc gniewnie brwi, po czym odwrócił się do reszty tyłem. Że też mieli czelność bezcześcić jego dobre imię i wątpić w to, że wina leżała po stronie kremowego. Wiedział jednak, że jest jeszcze zbyt małym pierdem, by ktokolwiek brał go na serio. Musiał jeszcze sporo urosnąć a fakt, że z pewnością zajmie mu to wiele księżyców ani trochę nie pomagał. Jedyne więc co mu teraz zostało to strzelić giga focha i kazać się wszystkim cmoknąć w dupsko. Tak miał zamiar też zrobić. 
* * *
Nareszcie i on został mianowany. Cieszył się z tego jak cholera, w końcu miał święty spokój od swojej matki oraz durnego rodzeństwa, dla którego musiał być do porzygu miły. Niebieski uznał też, że utrze wszystkim nosa i zostanie mianowany w wieku zaledwie dziesięciu księżyców albo jeszcze wcześniej! Jego mentorowi - Miętowemu Strumieniowi bardzo takie podejście odpowiadało. Rudy kocur miał okropną ochotę utrzeć nosa tym, którzy podśmiechiwali się z niego, że jeszcze nie dostał żadnego ucznia. Syn Wschodzącej Fali mimo wszystko pysznił się, że to właśnie jemu został przyznany syn Berberysowej Bryzy, kocur dobrze wiedział jak wielkim uznaniem przywódcy cieszy się kocica, on z resztą też. 
— Jak było na ostatnim zgromadzeniu? — miauknął wojownik, krocząc w stronę lasu, gdzie mieli odbyć pierwszy trening. Omszona Łapa wywrócił łapami, kolejny chciał się zaprzyjaźnić na siłę? Postanowił jednak nie być aż takim skurwibąkiem względem mentora. Bądź co bądź musiał się jeszcze z nim męczyć dobre cztery księżyce. A kto wie czy w przyszłości nie potrzebowałby jego poparcia czy czegoś w ten deseń. Ot zwyczajnie nie był półgłówkiem jak brat i myślał z wyprzedzeniem.
— Okej, jakaś franca chciała cisnąć bekę z liderów i wejść na kamień — mruknął, czując jak krótkie futro nieprzyjemnie przeszywa zimny wiatr. Zadrżał, krzywiąc pyszczek.
— Śmierdzące burzaki nawet zachować się nie potrafią — Miętowy wywrócił ślepiami, zatrzymując się na skraju lasu. Nasłuchiwał uważnie, rozglądając się przy tym ostrożnie. Co prawda Mech słyszał nadal plotki, że ich żałosny lider nie zdjął jeszcze zakazu, który obowiązywał tą część ich terenów, jednakże miał to pod ogonem, najwyżej zwali winę na mentora jak sprawa się rypnie. Wystarczy, że będzie grał słodkiego i przerażonego ucznia. 
— Miętowy Strumieniu! — rozległ się za nimi głos Piaskowej Wydmy — Pamiętasz przecież, że Lisia Gwiazda zabraniał nam tu polować a co dopiero trenować uczniów! — ton młodszego wojownika był pełen pretensji. Miętek wypuścił powietrze z pyska w akompaniamencie niezadowolonego pomruku, co powtórzył jego uczeń.
— I? — warknął rudzielec z pogardą. Były uczeń Szczawiowego Liścia otworzył szeroko pysk
— I? To, że tu jest niebezpiecznie! — zawołał pretensjonalnym tonem — Melonowa Łapo nie właź tam! — uwaga całej trójki zwróciła się na kremowego tłuściocha, który majstrował coś przy jakiejś norze wykopanej tuż pod drzewem.

< Melon? >