BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Latająca Ryba x Trzcinowy Szmer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Latająca Ryba x Trzcinowy Szmer. Pokaż wszystkie posty

24 lipca 2026

Od Latającej Ryby CD. Trzcinowego Szmeru

Pora Zielonych Liści zdecydowanie bardziej odpowiadała Latającej Rybie niż poprzednie księżyce. Woda była spokojniejsza, wiatr cieplejszy, a słońce w końcu przypominało sobie o istnieniu Klanu Nocy. Rozlewało złote plamy po kamieniach, ogrzewało futro i sprawiało, że nawet zapach mokrej trawy, za którym nie przepadała, wydawał się odrobinę mniej nieznośny.
Kotka przeciągnęła się leniwie tuż przed wyjściem z obozu, prostując grzbiet i z satysfakcją wystawiając bok do promieni. Gdyby mogła wybierać, zostałaby właśnie tutaj jeszcze przez kilka dobrych chwil. Patrol jednak pozostawał patrolem, a obowiązki wojownika nie znikały tylko dlatego, że pogoda wyjątkowo dopisywała. Poza tym, musiała dbać o swoją reputację. Wylegiwanie się pozostawało zajęciem dla pasożytów, a nie dla ambitnej i pracowitej wojowniczki, którą przecież była.
Spod przymrużonych oczu przyglądała się zbierającym się kotom. W zwyczaju miała ignorowanie tego, kto napatoczył jej się do grupy, jednak dostrzegając wielobarwne futro, które dobrze kojarzyła, zmrużyła oczy jeszcze bardziej. Ostatnim razem nie ugrała nic swoim spontanicznym polowaniem w towarzystwie Trzcinowego Szmeru. Jedyne, co wyniosła z tamtego dnia, to niepotrzebnie mokre futro. Przeszła porażka jednak nie była jednoznaczna z tym, że i dzisiaj nie odniesie sukcesu.
W zwartej, małej grupie opuścili obóz. Ostatnimi czasy wydarzyło się tyle, że niejeden kot miałby czym zaprzątać sobie głowę do końca życia. Obóz zdążył odetchnąć po napięciach, jedni odeszli do Klanu Gwiazd, inni wrócili do codziennych obowiązków, a jeszcze inni najwyraźniej odzyskali dawny spokój. Trzcinowy Szmer wyglądała właśnie na jedną z takich. Szła pewnym krokiem, bez oglądania się przez bark, bez nerwowego nastawiania uszu. Latająca Ryba nie potrafiła zdecydować, czy bardziej ją to irytowało, czy zwyczajnie zastanawiało. Sama chyba nie umiałaby tak szybko wrócić do codzienności, gdyby wokół jej bliskich wydarzyło się tyle zamieszania.
Chociaż w jej przypadku trudno było w ogóle mówić o kimkolwiek bliskim. Nigdy nie czuła potrzeby, by uzależniać swoje samopoczucie od obecności innych kotów. Nie potrzebowała partnera ani grona przyjaciół, żeby wiedzieć, kim jest i czego chce. W zupełności wystarczała samej sobie. To własnym umiejętnościom ufała najbardziej, na własnym rozsądku polegała od zawsze i tylko sobie zawdzięczała wszystko, co osiągnęła. Była przekonana, że właśnie dzięki temu nic nie mogło jej naprawdę złamać. Im mniej kotów dopuszczało się do własnego życia, tym mniej było rzeczy, które mogły później boleć.
Milczenie ciągnęło się między nimi zaskakująco długo. Przerywał je jedynie szelest wysokich traw i plusk wody obijającej się o kamienie. Ryba od czasu do czasu schylała się, by udać, że próbuje coś wywęszyć lub uważniej przyjrzeć się śladom pozostawionym przy granicy, jednak myślami coraz częściej wracała do kotki idącej obok. Nie wyglądała na spiętą. Po prostu wykonywała swoją pracę, a to było niewygodne. Znacznie łatwiej było wyrobić sobie o kimś opinię, kiedy sam dawał ku temu powody.
— Widzę, że Rezedowa Łapa nie daje ci zbyt mocno w kość — odezwała się w końcu, zerkając na nią przelotnie. — Albo po prostu masz więcej cierpliwości, niż sądziłam. Uczniowie potrafią skutecznie wystawić nerwy na próbę. Zwłaszcza kiedy uważają, że wszystko wiedzą najlepiej.
W jej głosie nie było złośliwości. Przynajmniej nie takiej oczywistej. Raczej zwykła ciekawość, pod którą, jak zawsze, kryło się coś więcej. Latająca Ryba lubiła słuchać. Im więcej ktoś mówił, tym łatwiej było wychwycić drobne zawahania, niepotrzebne szczegóły albo słowa wypowiedziane zbyt szybko. Nie musiała zadawać trudnych pytań. Czasami wystarczały te najprostsze.
— Ma swoje własne tempo treningów, ale staramy się nadrabiać wszelkie zaległości — odparła od niechcenia Trzcina. — Jeszcze będzie z niego wojownik.
Przez kolejne lisie długości szły już spokojniej. Nagle z pobliskich krzaków dobiegł głośniejszy szelest. Latająca Ryba odruchowo wzdrygnęła się i natychmiast skierowała spojrzenie w stronę granicy, a sierść na karku nastroszyła jej się niemal niezauważalnie. Nawet po tylu księżycach nie potrafiła przywyknąć do obecności tych przeklętych Burzaków. Co prawda od pewnego czasu nie widywała ich już tak często, lecz w pamięci wciąż miała okres, gdy pojawiali się niemal na każdym jej patrolu, wyrastając zza krzaków niczym grzyby po deszczu.
— Dziwnie cicho zrobiło się ostatnio w obozie — mruknęła bardziej do siebie niż do Trzciny. — Jeszcze niedawno miałam wrażenie, że codziennie coś się działo. Teraz każdy wrócił do swoich zajęć, jakby nic się wcześniej nie wydarzyło.
Wojowniczka odpowiedziała jedynie cichym pomrukiem, ani na moment nie zwalniając kroku.
Latająca Ryba nie należała do kotów, które łatwo odpuszczały, jednak z każdą kolejną wymianą zdań coraz wyraźniej dochodziła do wniosku, że i tym razem nie usłyszy niczego, co mogłoby okazać się choć odrobinę przydatne. Trzcinowy Szmer odpowiadała spokojnie, ważąc słowa i nie pozostawiając miejsca na potknięcia. Rybę irytowało to bardziej, niż chciała przed sobą przyznać. Nie potrafiła znaleźć choćby najmniejszej rysy, w którą mogłaby wsunąć pazur. Wszystko wskazywało na to, że ten patrol zakończy się równie bezowocnie, jak ich poprzednie spotkanie.

***

Czas mijał nieubłagalnie szybko, równie nieuchwytnie jak przemijająca młodość, czego rzecz jasna w ogóle nie odczuwała. We własnym mniemaniu wciąż była zwinna, młoda, piękna i wspaniała. Nie dostrzegała najmniejszych powodów, by sądzić inaczej. Nadal nieustannie skupiona przede wszystkim na sobie i własnych obowiązkach, rzadko interesowała się wydarzeniami rozgrywającymi się w obozie, dopóki ich skutki nie zaczynały odciskać piętna na codziennym życiu klanu. Plotki omijała szerokim łukiem. Większość z nich uważała za stratę czasu dla kotów, które najwyraźniej nie miały nic pożyteczniejszego do roboty.
Przede wszystkim w końcu dobiegł końca trening Szumiącej Łapy, teraz już Szumiącej Wyspy. Musiała przyznać, że mentorowanie nigdy nie należało do zajęć, które darzyłaby szczególną sympatią. Z jednej strony było to niewątpliwe wyróżnienie, bowiem ktoś dostrzegł jej doświadczenie, umiejętności i uznał, że nadaje się do wychowania kolejnego wojownika. Trudno było nie czuć z tego powodu pewnej satysfakcji. Z drugiej jednak strony młodzi byli nieznośnie nieporadni. Wszystko trzeba było im tłumaczyć, pokazywać, poprawiać. Rzadko kiedy wykazywali własną inicjatywę. Ona sama nie przypominała sobie, by podczas szkolenia aż tak polegała na swojej mentorce. Nie czekała, aż ktoś poda jej rozwiązanie pod nos. Obserwowała starszych wojowników, wyciągała wnioski, ćwiczyła do zachodu słońca i uczyła się na własnych błędach. Tak właśnie hartował się charakter. Dzisiejszej młodzieży brakowało tej zawziętości. Chcieli pochwał, zanim jeszcze zdążyli sobie na nie zapracować. Prawdziwi wojownicy starej daty byli zrobieni z zupełnie innej gliny.
Jeszcze większe niezadowolenie wywoływały w niej coraz dziwniejsze zmiany zachodzące w klanie. Mimowolnie kładła uszy po sobie, ilekroć docierały do niej kolejne informacje o nowych pomysłach Mandarynkowej Gwiazdy. Bo co to właściwie miało znaczyć, że nagle pojawili się jacyś "namiestnicy"? Dotychczas klan doskonale funkcjonował bez podobnych wynalazków. Nie rozumiała, po co tworzyć kolejne stanowiska, skoro każdy wojownik powinien po prostu wykonywać swoje obowiązki najlepiej, jak potrafił. Jeszcze bardziej zastanawiał ją sam wybór. Trzcinowy Szmer, Źmijowcowa Wić i ich dzieci. Przez chwilę próbowała doszukać się w tym jakiegoś głębszego sensu, ale szybko zrezygnowała. Nie śledziła klanowych układów ani rodzinnych powiązań. Wolała wiedzieć, kto dobrze poluje i walczy, niż kto z kim dzieli legowisko. Mimo wszystko trudno było jej nie unieść brwi z lekkim niedowierzaniem. Skąd oni właściwie się urwali? Czy naprawdę w całym klanie nie było nikogo bardziej odpowiedniego?
Jakby tego było mało, z obozu ponownie zniknęło kilka kotów. Z każdym kolejnym odejściem coraz mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że współczesnym wojownikom dramatycznie brakowało kręgosłupa. Tchórze. Składali przysięgę, obiecywali lojalność, zapewniali, że dobro klanu będzie dla nich najważniejsze, a kiedy nadchodził pierwszy poważniejszy kryzys, kulili ogony i znikali bez oglądania się za siebie.
Szczególnie nie potrafiła zrozumieć postawy Borówkowej Słodyczy. Niegdyś kotka naprawdę wydawała się pracowita, rozsądna i konkretna. Sprawiała wrażenie jednej z tych wojowniczek, które kiedyś będą stanowiły o sile klanu. A teraz? Sama przekreśliła wszystko, na co wcześniej pracowała. Upadła tak nisko, że Ryba aż odwracała wzrok z niesmakiem, gdy przypominała sobie jej dawny obraz. Być może właśnie tak kończyły kotki, które pozwalały, by życie zaczęło kręcić się wokół partnera zamiast wokół obowiązków.
Zmrużyła oczy, gdy gdzieś po drugiej stronie obozu dostrzegła Trzcinowy Szmer. Szylkretka rozmawiała z kimś spokojnie, a promienie słońca odbijały się od jej krótkiego futra. Ryba przyglądała się jej przez moment w milczeniu, jakby próbowała coś ocenić. Minęło już sporo czasu od ich wspólnego polowania, lecz pierwsze wrażenie nie zatarło się ani trochę. Kotka pracowała sumiennie, nikt nie mógł jej tego odmówić, jednak gdzieś z tyłu głowy Latającej Ryby wciąż tliła się uporczywa myśl, że wystarczy chwila nieuwagi. Jeden zły krok. Jedna decyzja. Krew pozostawała krwią, nawet jeśli przez długi czas zdawała się milczeć. Prędzej czy później mogła się odezwać. A wtedy historia Borówkowej Słodyczy mogłaby powtórzyć się po raz kolejny.
Ona sama nigdy nie dopuściłaby do podobnej słabości. Sam pomysł wiązania się z kimkolwiek wydawał jej się zwyczajnie niedorzeczny. Strata czasu, energii i zdrowego rozsądku. Obserwując współklanowiczki, dochodziła wręcz do wniosku, że większość z nich z chwilą znalezienia partnera dziwnie miękła. Nagle przestawały myśleć o treningach, patrolach czy własnym rozwoju, a zaczynały przejmować się cudzym humorem, wspólnym legowiskiem albo tym, czy kocur przypadkiem nie spojrzał na inną kotkę o sekundę za długo. Żałosne. Nie zamierzała nigdy obniżać własnych standardów tylko po to, by mieć kogoś u boku. Zresztą nie było w klanie nikogo, kto dorównywałby jej charakterem, pracowitością i ambicją. Gdyby taki kot naprawdę istniał, z pewnością już dawno zwróciłby jej uwagę. A skoro do tej pory żaden tego nie zrobił, to odpowiedź nasuwała się sama.
Latająca Ryba jeszcze przez chwilę obserwowała Trzcinowy Szmer z drugiego końca obozu. Początkowo zamierzała po prostu minąć ją bez słowa, jak robiła to zazwyczaj. Nie należała do kotów, które odczuwały potrzebę prowadzenia bezcelowych rozmów. Większość z nich uważała za stratę czasu, który można było poświęcić na trening, patrol albo cokolwiek pożyteczniejszego. Mimo to tym razem zatrzymała się w pół kroku. Być może kierowała nią zwykła nuda, być może ciekawość, a może zwyczajna chęć przekonania się, jak wygląda życie kotki, która w ostatnim czasie zdawała się mieć wszystko, czego sama nigdy nie pragnęła. Ruszyła więc spokojnym krokiem w jej stronę, jakby cała sytuacja była zupełnie naturalna.
— Trzcinowy Szmer — odezwała się chłodno, choć bez typowej dla siebie uszczypliwości. — Mam wrażenie, że coraz trudniej cię spotkać. Jeszcze chwila i żeby zamienić z tobą dwa słowa, będzie trzeba ustawiać się w kolejce. — Usiadła obok, starannie owijając ogon wokół łap i przez moment przyglądała się rozmówczyni z nieodgadnionym wyrazem pyska. — Obowiązki namiestnika aż tak cię pochłaniają? Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiego rozwiązania ze strony Mandarynkowej Gwiazdy. Najwyraźniej naprawdę ci zaufała. To chyba całkiem przyjemne uczucie, być aż tak wyróżnionym.
— Jest to odpowiedzialne zadanie, ale daję sobie radę — odparła krótko.
Ryba fuknęła w myślach. Nie tak łatwo było sprowokować wojowniczkę. Mimowolnie przełknęła ślinę czując, że zaraz zhańbi swój honor, ale tylko na to była obecnie w stanie się poświęcić.
— Właściwie... — zaczęła po chwili, jakby dopiero teraz coś przyszło jej do głowy. Przechyliła lekko łeb, uważnie przyglądając się Trzcinowemu Szmerowi. — Jak to w ogóle działa?
Pytanie zawisło między nimi na krótką chwilę. Szylkretka posłała jej zdezorientowane spojrzenie.
— No to całe dobieranie się w pary. — Ryba wzruszyła ramionami z pozorną obojętnością. — Nigdy mnie to specjalnie nie interesowało. Zawsze wydawało mi się dosyć niepraktyczne. Poświęca się tyle czasu jednemu kotu, jakby w klanie nie było nic pożyteczniejszego do roboty. Ale skoro tyle kotów to robi, to chyba coś w tym musi być. — Usiadła wygodniej, starając się wyglądać na szczerze zaciekawioną. — To przychodzi nagle? Budzisz się któregoś dnia i stwierdzasz, że akurat z tym jednym chcesz dzielić legowisko? Czy trzeba się do tego przyzwyczaić? Bo szczerze mówiąc, sama myśl o tym, żeby ktoś bez przerwy kręcił mi się pod łapami, wydaje mi się dość męcząca.
Zadając te pytania, miała wrażenie, że z każdym kolejnym słowem stacza się coraz niżej. Gdyby ktoś usłyszał tę rozmowę z boku, mógłby odnieść wrażenie, że szuka u młodszej od siebie kotki porad sercowych. Sama myśl o czymś takim była dla niej uwłaczająca, lecz na ten moment tylko w ten sposób potrafiła podtrzymać rozmowę. Głupim tematem. W środku aż ją skręcało na myśl, że poświęca temu choć odrobinę uwagi, ale jeśli miała wyciągnąć z Trzcinowego Szmeru cokolwiek więcej niż zdawkowe odpowiedzi, musiała choć przez chwilę udawać zainteresowanie czymś, co sama uważała za kompletną stratę czasu.

<Trzcino? 🌿>

11 maja 2026

Od Trzcinowego Szmeru CD. Latającej Ryby

Trzcinowy Szmer zamrugała na wypowiedź Latającej Ryby. Czy naprawdę tamta chciała się od niej uczyć? Przecież wojowniczka, która ją teraz zaczepiła, była o wiele od niej starsza i raczej nie chciała poszerzać swoje horyzonty w polowaniu na nią. Dobrze znała ten wzrok. To podejrzliwe spojrzenie, którym obdarowywały ją koty po dowiedzeniu się o zdradzie jej rodziców.
“Niech tylko Baśniowa Stokrotka oraz Dryfująca Bulwa pokażą mi się na oczy. Przecież ich uduszę własnymi łapami! Przez nich muszę się użerać z każdym Nocniakiem!”
— No dobrze — odpowiedziała, nie ukrywając podejrzliwości, co do intencji Latającej Ryby. — Ruszajmy więc.
Obie kotki wyszły z obozu i skierowały się w stronę Zrujnowanego Mostu. Przepływały z wysepki na wysepkę, aż dotarły do lasku. Przez cały ten czas czuła nieprzyjemny wzrok Latającej Ryby na swoich plecach. Nie rozmawiały wcale, a napięcie między nimi rosło.
Kiedy dotarły na miejsce, rozdzieliły się na chwilkę, więc mogła złapać parę oddechów. Wolna od Latającej Ryby, skupiła się na łowieniu ryb. Jej koleżanka po chwili wróciła do niej z myszą w pyszczku i usiadła w odległości dwóch lisów od brzegu rzeki.
Czyżby ktoś nie chciał moczyć sobie łapek? Było to bardzo możliwe, znała Nocniaków, którzy niechętnie pływali mimo tego, że woda była żywiołem, z którym co chwilę mieli styczność. Pewnie Latająca Ryba była jednym z nich.
Pazurami chlasnęła nagle w wodę, wyrzucając na brzeg smakowitą płotkę, która rzucała się we wszystkie strony. Latająca Ryba popatrzyła na śliską zdobycz z obrzydzeniem, jednak pod jej pytającym spojrzeniem, szybko zmieniła minę na obojętną i oczami spojrzała w dal.
— Skoro już obie coś upolowałyśmy, to możemy wracać do obozowiska — zauważyła Latająca Ryba, chyba rozumiejąc, że nie ma czego donieść na Trzcinowy Szmer.
Skinęła jej głową i ruszyły z powrotem do domu. Czuła rozczarowanie oraz niezadowolenie, jakie biło od czarno białej. Nie musiała słyszeć przekleństw, żeby wiedzieć, że Latająca Ryba najchętniej by ją podłożyła do Błękitnej Laguny lub Mandarynkowej Gwiazdy. Jednak kotka nie miała o czym im zdradzić. Trzcinowy Szmer nie miała sekretów i nie zamierzała pomagać kotom z jej rodziny. Nie czuła się spokrewniona z dziećmi Porywistego Sztormu, która i tak zmarła. Tamte koty były dla niej daleką odnogą krwi Baśniowej Stokrotki i Dryfującej Bulwy. Poza tym Borówkowa Słodycz wraz z Rozpromienionym Skowronkiem i Rysim Borem sprzeciwiali się kary śmierci dla Pluskającego Potoku, a dzieci kotki przyprowadziły do obozu Niedźwiedziówkę, której Trzcinowy Szmer nadal nie ufała. Jak można było tak bardzo pod sobą dołki kopać? Miała ich bronić przed podejrzliwością Mandarynkowej Gwiazdy? Pfff dobre sobie.
W końcu dotarły do obozu. Otrzymały się z wody i weszły na polanę główną, gdzie od razu odłożyły swoje łupy do dziupli w pniaku. Futro Latającej Ryby nadal było mokre i skołtunione, natomiast jej futerko było już całkiem suchutkie i nie miało za bardzo, jak się skołtunić, skoro było króciutkie.
— Szybko się z tobą polowało, Latająca Rybo. Następnym razem powinnyśmy wziąć ze sobą więcej kotów, wtedy przyniesiemy do obozu więcej zwierzyny — zauważyła zadowolona tym, że wojowniczka nie zdołała nic na nią znaleźć. Czuła, że Latająca Ryba była kotem pokroju Wężynowego Splotu, czy Wężynowego Kła, za którymi osobiście nie przepadała.
— Oh oczywiście. Wszystko w swoim czasie. Liczy się produktywność, jednak, jak na taką pogodę oraz patrząc na to, że byliśmy tylko we dwie, to polowanie było całkiem obiecujące — odpowiedziała jej nawet nie zaszczycając ją swoim spojrzeniem. Wyjęła z obrzydzeniem glona ze swojego przemoczonego futra i rzuciła nim, gdzieś w trzciny. — Do zobaczenia na następnym patrolu.
— Oczywiście, do zobaczenia — mruknęła z ulgą.
Był to jeden z najbardziej męczących polowań, jakie kiedykolwiek przeżyła. Nie chodziło tutaj o siłę fizyczną, czy przebyty dystans. Tylko o sam fakt, jak bardzo Latająca Ryba patrzyła jej się na łapy.

* * *
Pora Zielonych Liści

Słońce przyjemnie grzało plecy Trzcinowego Szmeru. Kotka leżała rozciągnięta przy źródełku w obozie. Miała już wolne, gdyż trening Rezedowej Łapy skończył się na dzisiaj i grzecznie czekała, aż nadejdzie pora na popołudniowy patrol graniczny.
Zmieniło się wiele od ostatniego polowania z Latającą Rybą. Jej pobratymcy wrócili z wyspy, na której byli więźniami, Rozpromieniony Skowronek zmarł przez atak borsuka, a Korzenna Łapa pokazała, jak okropnym mysim móżdżkiem się stała.
Czyli nadal patrzono na jej krewnych nieprzychylnie. Ona natomiast nie zamierzała zwalczać plotek, czy poprawiać opinii o tych kotach. Jedynie pracowała na swoje dobre imię, a Nocniaki zaczęły dostrzegać jej lojalność.

< Latająca Rybo? Może pogadamy sobie na patrolu granicznym? 🐟🪽 >

20 marca 2026

Od Latającej Ryby do Trzcinowego Szmeru

Ciemne chmury zsunęły się ospale po nieboskłonie, bezceremonialnie odcinając ją od słońca. Świat przygasł, a powietrze zgęstniało od zapowiedzi burzy. Nie czuła już na futrze przyjemnego ciepła, zamiast tego otulił ją chłód, od którego momentalnie się wzdrygnęła. 
Oczywiście Latająca Ryba, którą znali inni wojownicy, nie bałaby się takiej pogody. Deszcz? Pioruny? Nic nie mogłoby jej powstrzymać. Byłaby pierwsza do patrolu, gdyby tylko zaszła taka potrzeba, ale skoro inni wojownicy zamierzali pochować się w suchych legowiskach, ona solidarnie zrobi dokładnie to samo. 
Ukradkiem zerknęła na pobliskie wysepki. Teraz przetrzymywano tam więźniów, całą rodzinę okrzykniętą zdrajcami. Sam widok wystarczył, by jej ogon drgnął z niesmakiem. Najwyraźniej nie każdy był tak lojalny wobec klanu jak ona. 
Wzięła głębszy wdech, gdy w głowie przemknął jej obraz Rysiego Boru z dnia, w którym ogłoszono śmierć Porywistego Sztormu. Dziwnie było jej to przyznać, ale tej dwójki akurat było jej trochę szkoda. 
Gdzieś bardzo głęboko, niemal niechętnie, przyznała sama przed sobą, że nawet ich znosiła. Towarzystwo, jakie zapewniali podczas odbudowy obozu, było co najmniej akceptowalne. Przysiadała się do nich, pomagała przeciągać większe gałęzie, spotykała się z uśmiechami...
Otrząsnęła się. To musiały być tylko pozory. Czysta ułuda. Łatwo było zgrywać kogoś, trudniej było tym kimś naprawdę być. 
Podobnie mieszane odczucia miała wobec Borówkowej Słodyczy. Biała kotka zawsze wydawała jej się pracowita i konkretna. Taka, która miała szansę wyróżnić się na tle wszystkich pospolitych kotów. 
Miała. 
Tylko miała. 
Latająca Ryba nawet kiedyś rozważała, czy nie spróbować porozmawiać z nią o czymś prostym, zwyczajnym, dać sobie szansę na znalezienie jakiejkolwiek, szczerszej relacji. Szkoda tylko, że kotka tak skutecznie przekreśliła swoje szanse, wiążąc się z kocurem. W ogóle siebie nie szanowała, biorąc pierwsze lepsze łajno, jakie podsunięto jej pod nos. Gdzie w ogóle był teraz Tojadowa Kryza? Bezużyteczny, nawet nie próbował zawalczyć o honor swojej partnerki. 
— Sieroctwo — mruknęła pod nosem, odwracając się gwałtownie z zamiarem powrotu do obozu. 
Zaraz potem coś smagnęło ją po pysku. Wielobarwny, smukły ogon. 
Kichnęła, mrużąc oczy i wbijając spojrzenie w stojącą przed nią kotkę. Potrzebowała dłuższej chwili, by przypomnieć sobie jej imię. Trzcinowy Szmer, jak na ironię losu, spokrewniona ze zdrajcami, a jednak ciesząca się pełną swobodą. 
— Że ja? — odezwała się szylkretka, unosząc brew. — To ty nie patrzysz, gdzie leziesz. 
Ryba skrzywiła się lekko. 
— Nie o tobie mówię — odparła chłodno, choć na moment musiała ugryźć się w język. W klanie obowiązywały pewne zasady. Spojrzała na trzciny okalające centrum obozu. Rozchylone źdźbła wskazywały na to, że wojowniczka dopiero co stamtąd wyszła. — A ty co, idziesz na spacer w taką pogodę? — Zabrzmiała na bardziej zaskoczoną, niż planowała. 
— W „taką”? — powtórzyła. — Nim się rozpada, zdążę obskoczyć pobliskie tereny. Zapolować nigdy nie zaszkodzi. — Zawahała się na moment. — A ty co tak stoisz tu bez celu? 
Powstrzymała się od fuknięcia. Jakie „bez celu”? Wszystko, co robiła, miało sens. Była wręcz definicją pracowitej i dzielnej wojowniczki, więc takie słowa nikomu nie powinny przyjść do głowy na jej widok. 
— Też szłam zapolować — wypaliła bez większego namysłu. Mocniejszy podmuch wiatru zdawał się na moment próbować przywrócić ją do rozsądku i skierować do legowiska, jednak skoro ktokolwiek przyczyniał się do dobra klanu, polując w takich warunkach, nie mogła pozostawać gorsza. 
Trzcina zmrużyła oczy. 
— Nie wyglądałaś jakb — 
— Och, bo się zamyśliłam. Wiesz, dużo się ostatnio dzieje — zaczęła, dosyć niewinnie, ponownie spoglądając w dal. — To przykre, ilu niegodnych wojowników pałętało się po klanie. To musi być trudne, być z kimś takim spokrewnionym, prawda? Zbrukana krew... — dumała. — Ale cóż, ciebie to nie dotyczy, tak? Odsunęłaś się od nich, działasz na swoje własne, dobre... — zawahała się przy tym słowie — imię. Mandarynkowa Gwiazda musiała to docenić, skoro nie uwięziła cię z resztą twojej rodziny. 
Przeszło jej przez myśl, że Trzcinowy Szmer wcale nie zamierzała iść na polowanie, a w rzeczywistości próbowała dostać się do swoich bliskich. Ryba odwróciła od niej wzrok, powoli to analizując. Gdyby tak było, mogłaby zabłysnąć, przyłapując ją na próbie kontaktu ze skazanymi. Nieważne, że ci byli pod stałym nadzorem, pilnowani przez strażników. Niechętnie musiała to przyznać, ale szylkretka wyglądała na na tyle sprytną, by poradzić sobie, gdyby naprawdę tego chciała. 
— A wiesz co? — wtrąciła nagle, dostrzegając, że kotka zdążyła już przetrawić jej słowa i była gotowa odpowiedzieć. — Zapomnij o tym, co mówiłam. Skoro mamy ten sam cel, co powiesz na wspólne polowanie? Nigdy nie przyglądałam się twoim technikom, a słyszałam, że jesteś dobrą wojowniczką — mruknęła. Nawet nie wiedziała, czy ktokolwiek kiedykolwiek tak powiedział. Jeśli coś jej nie dotyczyło, nie zaprzątała sobie tym głowy. — Może podpatrzyłabym od ciebie coś przydatnego. 
Te słowa z trudem przeszły jej przez gardło. To, co potrafiła, zawdzięczała wyłącznie sobie, swojej własnej determinacji i niezależności. Przyznanie, że mogłaby czegoś się nauczyć od kogoś młodszego, było dla niej niemal upokarzające.

<Trzcino?>