Oczywiście Latająca Ryba, którą znali inni wojownicy, nie bałaby się takiej pogody. Deszcz? Pioruny? Nic nie mogłoby jej powstrzymać. Byłaby pierwsza do patrolu, gdyby tylko zaszła taka potrzeba, ale skoro inni wojownicy zamierzali pochować się w suchych legowiskach, ona solidarnie zrobi dokładnie to samo.
Ukradkiem zerknęła na pobliskie wysepki. Teraz przetrzymywano tam więźniów, całą rodzinę okrzykniętą zdrajcami. Sam widok wystarczył, by jej ogon drgnął z niesmakiem. Najwyraźniej nie każdy był tak lojalny wobec klanu jak ona.
Wzięła głębszy wdech, gdy w głowie przemknął jej obraz Rysiego Boru z dnia, w którym ogłoszono śmierć Porywistego Sztormu. Dziwnie było jej to przyznać, ale tej dwójki akurat było jej trochę szkoda.
Gdzieś bardzo głęboko, niemal niechętnie, przyznała sama przed sobą, że nawet ich znosiła. Towarzystwo, jakie zapewniali podczas odbudowy obozu, było co najmniej akceptowalne. Przysiadała się do nich, pomagała przeciągać większe gałęzie, spotykała się z uśmiechami...
Otrząsnęła się. To musiały być tylko pozory. Czysta ułuda. Łatwo było zgrywać kogoś, trudniej było tym kimś naprawdę być.
Podobnie mieszane odczucia miała wobec Borówkowej Słodyczy. Biała kotka zawsze wydawała jej się pracowita i konkretna. Taka, która miała szansę wyróżnić się na tle wszystkich pospolitych kotów.
Miała.
Tylko miała.
Latająca Ryba nawet kiedyś rozważała, czy nie spróbować porozmawiać z nią o czymś prostym, zwyczajnym, dać sobie szansę na znalezienie jakiejkolwiek, szczerszej relacji. Szkoda tylko, że kotka tak skutecznie przekreśliła swoje szanse, wiążąc się z kocurem. W ogóle siebie nie szanowała, biorąc pierwsze lepsze łajno, jakie podsunięto jej pod nos. Gdzie w ogóle był teraz Tojadowa Kryza? Bezużyteczny, nawet nie próbował zawalczyć o honor swojej partnerki.
— Sieroctwo — mruknęła pod nosem, odwracając się gwałtownie z zamiarem powrotu do obozu.
Zaraz potem coś smagnęło ją po pysku. Wielobarwny, smukły ogon.
Kichnęła, mrużąc oczy i wbijając spojrzenie w stojącą przed nią kotkę. Potrzebowała dłuższej chwili, by przypomnieć sobie jej imię. Trzcinowy Szmer, jak na ironię losu, spokrewniona ze zdrajcami, a jednak ciesząca się pełną swobodą.
— Że ja? — odezwała się szylkretka, unosząc brew. — To ty nie patrzysz, gdzie leziesz.
Ryba skrzywiła się lekko.
— Nie o tobie mówię — odparła chłodno, choć na moment musiała ugryźć się w język. W klanie obowiązywały pewne zasady. Spojrzała na trzciny okalające centrum obozu. Rozchylone źdźbła wskazywały na to, że wojowniczka dopiero co stamtąd wyszła. — A ty co, idziesz na spacer w taką pogodę? — Zabrzmiała na bardziej zaskoczoną, niż planowała.
— W „taką”? — powtórzyła. — Nim się rozpada, zdążę obskoczyć pobliskie tereny. Zapolować nigdy nie zaszkodzi. — Zawahała się na moment. — A ty co tak stoisz tu bez celu?
Powstrzymała się od fuknięcia. Jakie „bez celu”? Wszystko, co robiła, miało sens. Była wręcz definicją pracowitej i dzielnej wojowniczki, więc takie słowa nikomu nie powinny przyjść do głowy na jej widok.
— Też szłam zapolować — wypaliła bez większego namysłu. Mocniejszy podmuch wiatru zdawał się na moment próbować przywrócić ją do rozsądku i skierować do legowiska, jednak skoro ktokolwiek przyczyniał się do dobra klanu, polując w takich warunkach, nie mogła pozostawać gorsza.
Trzcina zmrużyła oczy.
— Nie wyglądałaś jakb —
— Och, bo się zamyśliłam. Wiesz, dużo się ostatnio dzieje — zaczęła, dosyć niewinnie, ponownie spoglądając w dal. — To przykre, ilu niegodnych wojowników pałętało się po klanie. To musi być trudne, być z kimś takim spokrewnionym, prawda? Zbrukana krew... — dumała. — Ale cóż, ciebie to nie dotyczy, tak? Odsunęłaś się od nich, działasz na swoje własne, dobre... — zawahała się przy tym słowie — imię. Mandarynkowa Gwiazda musiała to docenić, skoro nie uwięziła cię z resztą twojej rodziny.
Przeszło jej przez myśl, że Trzcinowy Szmer wcale nie zamierzała iść na polowanie, a w rzeczywistości próbowała dostać się do swoich bliskich. Ryba odwróciła od niej wzrok, powoli to analizując. Gdyby tak było, mogłaby zabłysnąć, przyłapując ją na próbie kontaktu ze skazanymi. Nieważne, że ci byli pod stałym nadzorem, pilnowani przez strażników. Niechętnie musiała to przyznać, ale szylkretka wyglądała na na tyle sprytną, by poradzić sobie, gdyby naprawdę tego chciała.
— A wiesz co? — wtrąciła nagle, dostrzegając, że kotka zdążyła już przetrawić jej słowa i była gotowa odpowiedzieć. — Zapomnij o tym, co mówiłam. Skoro mamy ten sam cel, co powiesz na wspólne polowanie? Nigdy nie przyglądałam się twoim technikom, a słyszałam, że jesteś dobrą wojowniczką — mruknęła. Nawet nie wiedziała, czy ktokolwiek kiedykolwiek tak powiedział. Jeśli coś jej nie dotyczyło, nie zaprzątała sobie tym głowy. — Może podpatrzyłabym od ciebie coś przydatnego.
Te słowa z trudem przeszły jej przez gardło. To, co potrafiła, zawdzięczała wyłącznie sobie, swojej własnej determinacji i niezależności. Przyznanie, że mogłaby czegoś się nauczyć od kogoś młodszego, było dla niej niemal upokarzające.
<Trzcino?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz