Trudno było stwierdzić, czy zdębiała z powodu takiego, że jakimś niewyjaśnionym sposobem ją rozpoznał, czy jednak bardziej zadziwił ją zdobiący jego pysk pozornie pozytywny wyszczerz.
Zmrużyła oczy. Nie mógł jej widzieć, to było nie do zaprzeczenia, jego ślepia wypełniała pustka, tak samo jak i jego łeb. Natomiast nie wyglądał też na takiego, nad którym ulitowałby się Klan Gwiazd i obdarował darem jakiegoś pozaziemskiego widzenia.
Chociaż... Jego futro wciąż przywodziło jej na myśl coś pozaziemskiego, bliskiego połyskującym srebrzyście gwiazdom na nocnym niebie... Nie, to musiało stanowić tylko przypadek. Nie przeszłoby jej przez głowę, że jakikolwiek cud spotkałby takiego pierwszego lepszego Burzaka.
— Ty jesteś jakiś chory? — zapytała w końcu bez dalszego kwestionowania losu
Zdawało się, że na moment zesztywniał.
— A, to pani — Zmieszał się najpierw. — Nie, jak ostatnim razem się badałem to wszystko było w porządku. Czemu? — spytał, brzmiąc całkiem szczerze — Chociaż, zależy o jakim ,,dobrze" mówimy. — dodał, gestykulując łapą.
Zastrzygła uchem. Czyli jednak nie rozpoznał jej wcześniej? Westchnęła cierpiętniczo, mogła jednak przemilczeć to spotkanie.
— Już o żadnym — wymamrotała ponuro. Rozejrzała się. — Dzisiaj jesteś bez obstawy w dole? — wypaliła, zaraz to się poprawiając. — Bez dołu w sumie też jesteś...
— Nie, nie przyszedł. — Podzielił się informacją, chociaż wyglądał przy tym na zmartwionego. — No i rzeczywiście, bez dołu jestem, w skale która jest w wodzie raczej ciężko kopać, wie pani. — Przewróciła oczami, zachowując wszelkie uszczypliwe komentarze dla siebie. — Ale mogę mieć obstawę poza dołem, nie kłamię i na pewno nie jestem bezbronny. Chce się pani przekonać? — spytał wesoło, jakby tylko czekając na możliwość zawołania pomocy.
Ukradkiem zerknęła na siedzące nieopodal koty. Nikt nie zwracał na nich uwagi. Wszyscy zajęci byli rozmowami albo wpatrywaniem się w zgromadzonych na skale przywódców.
— Nie wątpię, że na zgromadzeniu, na którym obowiązuje pokój między klanami, nie jesteś w zagrożeniu. To inna sytuacja niż porzucenie przy granicy — stwierdziła. Ogon drgnął jej lekko z irytacją, gdy przypomniała sobie jego zbyt zadowolony ton głosu sprzed chwili. — Ah, i nie — dodała po krótkiej przerwie, krzywiąc się subtelniej. — Nie musisz dzisiaj nikogo wołać do ratunku z opresji. Jeszcze cię nie daj Klanie Gwiazd gardełko rozboli i co wtedy zrobisz? — rzuciła z wyraźnie udawaną troską.
Nie mogła wyrzucić z głowy tamtego upokorzenia, jakie zażyła będąc na granicy. Nie bolało tak jak strach przed wodą, raczej jak drzazga wbita w łapę. Niegroźna, ale irytująca na każdym kroku.
— Tak, rzeczywiście, ma pani rację, mogłoby mnie rozboleć, to mógłby być problem — mruknął. — Z resztą już mówiłem, wcale nie byłem porzucony i nie byłem na granicy, to pani była u nas i jeszcze się rzucała — naprostował.
Machnęła łapą, zbywając jego słowa niczym nic nieznaczącą plotkę. Zaraz jednak, z pewnym opóźnieniem, i jakże dobrodusznie z jej strony, przypomniała sobie, że kocur i tak nie mógł tego zobaczyć.
— Wyglądasz i brzmisz, jakbyś się nie wysypiał. — Przechyliła lekko głowę, przyglądając mu się uważniej. W jej oczach nie było jednak prawdziwej litości, raczej chłodna ciekawość i odrobina pobłażania. — Uszy ci opadają, ocz… — urwała nagle, marszcząc nos. — Pysk masz jakiś cały pomarszczony, a do tego majaczysz o jakichś niestworzonych sytuacjach. Poza tym, rzucałam się? — powtórzyła z niedowierzaniem. — Okazałam dobre serce i zainteresowałam się losem kogoś, kto... oj, no błędnie, wydawał mi się być w potrzebie — westchnęła teatralnie. — Tak to teraz jest, gdy kot chce być dobry. Wszędzie tylko niewdzięczność…
Noc, wbrew wszystkiemu, była przyjemna. Delikatny wiatr chłodził jej rozdrażnienie.
— Rzeczywiście, bardzo się pani interesowała naszą stroną granicy, nie przeczę. — Kiwnął kilka razy głową gorliwie na potwierdzenie. — I rzeczywiście mogę być trochę niewyspany, ostatnio muszę spać z innymi kotami, zapomniałem jakie to stresujące, tak spać i słyszeć jak komuś świszczy nos podczas oddychania, ale doceniam pani troskę. A co tam mówiła pani o moich oczach? Coś przed tym, że mam zmarszczony pysk, naprawdę jest zmarszczony? Mi się wydaje, że całkiem rozluźniony, czasem się tylko uśmiecham to się napina... — Zaczął mówić dalej, dotykając pyska, jakby chciał sprawdzić jego kształt. — I tak, rzucała się pani i była niemiła, twierdząc, że mam wymyślonych przyjaciół.
Westchnęła znowu, coraz bardziej zmęczona własnym wzdychaniem.
— No widzisz — zaczęła odruchowo, zaraz to gryząc się w język. — Znaczy ty nie widzisz. Ale ja widzę każdą niedoskonałość twojego pyska. Ci twoi niby przyjaciele to tacy nie za szczerzy z tobą są, skoro ci tego jeszcze nie wypomnieli.
— Nie widzę — potwierdził krótko i cicho, wcinając jej się w zdaniu. — Ale co by to zmieniło? I tak nie widzę, jak wyglądam, więc mało mnie też obchodzi jak widzą mnie inni. Na przykład pani nie widzę. Mógłbym, ale musiałbym dotknąć pani pyska — wyjaśnił.
Nastroszyła się gwałtownie, jednak obecność tłumu otaczających ją kotów, nawet jeśli żaden z nich nie zwracał na nią większej uwagi, natychmiast zmusiła ją do opanowania się.
— Stop. — Zabrzmiała nagle niezwykle poważnie, jakby poruszony temat dotyczył co najmniej czyjejś śmierci. — I że ci takie obrzydlistwa przechodzą przez pysk… — mruknęła chłodno. — Cóż, to przykre, że zostałeś pozbawiony jednego z podstawowych zmysłów. — Obleciała spojrzeniem otoczenie, po czym zatrzymała wzrok na własnym boku, z wyraźną nutą samozadowolenia. — Na świecie jest tyle pięknych rzeczy… — Zaczęła niemal rozmarzonym tonem. — To musi być naprawdę okropne, nie móc widzieć tych pięknych futer… czy tam jakichś kwiatków. Ta, kwiatki też są ładne — dodała już mniej przekonana.
— Obrzydlistwa? — spytał najpierw, marszcząc czoło co mogło zasugerować, że nie ma pojęcia o czym kotka mówiła. — No i czemu miałbym się zachwycać nad futrami? To jakieś fajne? Można podziwiać inne rzeczy, jak czyjś głos. Nie słuchała pani nigdy żadnej melodii?
— Melodii? Masz na myśli śpiew ptaków czy raczej jego nieudolne próby imitacji przez koty? — Uniosła lekko brew. — Nie są to dźwięki szczególnie uciążliwe. Z pewnością przyjemniej się tego słucha niż czyjegoś jazgotu i niekończącego się gderania — przyznała z lekkim przekąsem. — Natomiast tak, futra są różne i to właśnie czyni je tak wyjątkowymi. Niektóre niczym się nie wyróżniają, giną w tłumie, ale innym razem indywidualność potrafi być wręcz zachwycająca. To tak jakby... hm... — Zawahała się na chwilę. Nie była mistrzynią porównań. — O, wiesz. Wyobraź sobie, że jesteś na łące pełnej kwiatów. Nie każdy pachnie tak samo, jedne mają woń intensywniejszą, inne ledwie wyczuwalną, mimo że to wciąż ten sam gatunek. Albo mięso, możesz codziennie jeść to samo, ten sam rodzaj ryb... czy tam królika u was, wszystko jedno. Liczy się to, że jeden posiłek będzie smakował lepiej od drugiego, choć oba są świeże i są tego samego gatunku. — Poruszyła lekko ogonem, nabierając pewności w głosie.— Z futrem jest podobnie. Różni się miękkością, gładkością, ale kiedy patrzysz na takie, które jest piękniej ubarwione, bardziej wyjątkowe, mniej spotykane, to to robi wrażenie. Takie coś potrafi aż zaprzeć dech w piersi. — Uśmiechnęła się pod nosem, zadowolona. Zarówno z własnego wywodu, jak i z faktu, że sama była jego najlepszym przykładem
— O, możesz mieć rację. Futro Wróżki jest świetne w dotyku! I przypomina miękką, ciepłą chmurkę. Przynajmniej tak to kiedyś mama opisała, znaczy, przyrównała do chmurki — rzekł z uśmiechem. Tego nie zamierzała komentować. Co to w ogóle było za imię, Wróżka? Pierwszy raz słyszała to słowo. — Ale wiesz, czy tu też nie chodzi o osobiste gusta? Niektórzy lubią króliki a inni wolą ptaki, a jeszcze inni gardzą obydwoma. O to pani chodzi? — Zamieszał się, nieco zmartwiony, ale ona już nawet nie zamierzała próbować się bardziej z tego tłumaczyć. — A, tak, i zapomniałem, jeszcze o ten śpiew, nie, nie, nie imitujemy ptaków, powinna kiedyś pani posłuchać jak ładnie się roznosi śpiew w grocie! Melodia płynie, odbija się i pogłębia śpiew i brzmi to, jakby sam Klan gwiazdy dołączył! Nie śpiewała pani nigdy?
Spuściła ponuro wzrok na własne łapy. Śpiewać? A co ona była, słowikiem, wróbelkiem? Miała głos odpowiedni do mówienia, nie do żadnego ćwierkania. Zresztą, określenie, że melodia była płynie, pozostawało dla niej niezrozumiałe. Pływały ryby, nie dźwięki. — Uh, nie zdarzyło mi się i raczej nie wpada to w zakres moich zainteresowań — stwierdziła ostrożnie. — Ja jestem wzrokowcem. Dla mnie ładne jest to, co widzę, a nie to, co słyszę. Poza tym... w grocie? — podjęła, unosząc brew i przyglądając mu się uważniej. — Wy w ogóle zażywacie czasem słońca, czy siedzicie tylko w tych dziurach i jaskiniach? — mruknęła pod nosem, choć w jej tonie, poza zwyczajowym chłodem, pojawiła się nuta szczerego zastanowienia. Miało to przecież jakiś sens, tam musiało być ciemno. A jeśli gorzej się widzi, to może rzeczywiście zostaje tylko słuchać siebie nawzajem. W tym konkretnym przypadku, który siedział przed nią, było to nawet bardziej zrozumiałe.
Zmrużyła oczy. Nie mógł jej widzieć, to było nie do zaprzeczenia, jego ślepia wypełniała pustka, tak samo jak i jego łeb. Natomiast nie wyglądał też na takiego, nad którym ulitowałby się Klan Gwiazd i obdarował darem jakiegoś pozaziemskiego widzenia.
Chociaż... Jego futro wciąż przywodziło jej na myśl coś pozaziemskiego, bliskiego połyskującym srebrzyście gwiazdom na nocnym niebie... Nie, to musiało stanowić tylko przypadek. Nie przeszłoby jej przez głowę, że jakikolwiek cud spotkałby takiego pierwszego lepszego Burzaka.
— Ty jesteś jakiś chory? — zapytała w końcu bez dalszego kwestionowania losu
Zdawało się, że na moment zesztywniał.
— A, to pani — Zmieszał się najpierw. — Nie, jak ostatnim razem się badałem to wszystko było w porządku. Czemu? — spytał, brzmiąc całkiem szczerze — Chociaż, zależy o jakim ,,dobrze" mówimy. — dodał, gestykulując łapą.
Zastrzygła uchem. Czyli jednak nie rozpoznał jej wcześniej? Westchnęła cierpiętniczo, mogła jednak przemilczeć to spotkanie.
— Już o żadnym — wymamrotała ponuro. Rozejrzała się. — Dzisiaj jesteś bez obstawy w dole? — wypaliła, zaraz to się poprawiając. — Bez dołu w sumie też jesteś...
— Nie, nie przyszedł. — Podzielił się informacją, chociaż wyglądał przy tym na zmartwionego. — No i rzeczywiście, bez dołu jestem, w skale która jest w wodzie raczej ciężko kopać, wie pani. — Przewróciła oczami, zachowując wszelkie uszczypliwe komentarze dla siebie. — Ale mogę mieć obstawę poza dołem, nie kłamię i na pewno nie jestem bezbronny. Chce się pani przekonać? — spytał wesoło, jakby tylko czekając na możliwość zawołania pomocy.
Ukradkiem zerknęła na siedzące nieopodal koty. Nikt nie zwracał na nich uwagi. Wszyscy zajęci byli rozmowami albo wpatrywaniem się w zgromadzonych na skale przywódców.
— Nie wątpię, że na zgromadzeniu, na którym obowiązuje pokój między klanami, nie jesteś w zagrożeniu. To inna sytuacja niż porzucenie przy granicy — stwierdziła. Ogon drgnął jej lekko z irytacją, gdy przypomniała sobie jego zbyt zadowolony ton głosu sprzed chwili. — Ah, i nie — dodała po krótkiej przerwie, krzywiąc się subtelniej. — Nie musisz dzisiaj nikogo wołać do ratunku z opresji. Jeszcze cię nie daj Klanie Gwiazd gardełko rozboli i co wtedy zrobisz? — rzuciła z wyraźnie udawaną troską.
Nie mogła wyrzucić z głowy tamtego upokorzenia, jakie zażyła będąc na granicy. Nie bolało tak jak strach przed wodą, raczej jak drzazga wbita w łapę. Niegroźna, ale irytująca na każdym kroku.
— Tak, rzeczywiście, ma pani rację, mogłoby mnie rozboleć, to mógłby być problem — mruknął. — Z resztą już mówiłem, wcale nie byłem porzucony i nie byłem na granicy, to pani była u nas i jeszcze się rzucała — naprostował.
Machnęła łapą, zbywając jego słowa niczym nic nieznaczącą plotkę. Zaraz jednak, z pewnym opóźnieniem, i jakże dobrodusznie z jej strony, przypomniała sobie, że kocur i tak nie mógł tego zobaczyć.
— Wyglądasz i brzmisz, jakbyś się nie wysypiał. — Przechyliła lekko głowę, przyglądając mu się uważniej. W jej oczach nie było jednak prawdziwej litości, raczej chłodna ciekawość i odrobina pobłażania. — Uszy ci opadają, ocz… — urwała nagle, marszcząc nos. — Pysk masz jakiś cały pomarszczony, a do tego majaczysz o jakichś niestworzonych sytuacjach. Poza tym, rzucałam się? — powtórzyła z niedowierzaniem. — Okazałam dobre serce i zainteresowałam się losem kogoś, kto... oj, no błędnie, wydawał mi się być w potrzebie — westchnęła teatralnie. — Tak to teraz jest, gdy kot chce być dobry. Wszędzie tylko niewdzięczność…
Noc, wbrew wszystkiemu, była przyjemna. Delikatny wiatr chłodził jej rozdrażnienie.
— Rzeczywiście, bardzo się pani interesowała naszą stroną granicy, nie przeczę. — Kiwnął kilka razy głową gorliwie na potwierdzenie. — I rzeczywiście mogę być trochę niewyspany, ostatnio muszę spać z innymi kotami, zapomniałem jakie to stresujące, tak spać i słyszeć jak komuś świszczy nos podczas oddychania, ale doceniam pani troskę. A co tam mówiła pani o moich oczach? Coś przed tym, że mam zmarszczony pysk, naprawdę jest zmarszczony? Mi się wydaje, że całkiem rozluźniony, czasem się tylko uśmiecham to się napina... — Zaczął mówić dalej, dotykając pyska, jakby chciał sprawdzić jego kształt. — I tak, rzucała się pani i była niemiła, twierdząc, że mam wymyślonych przyjaciół.
Westchnęła znowu, coraz bardziej zmęczona własnym wzdychaniem.
— No widzisz — zaczęła odruchowo, zaraz to gryząc się w język. — Znaczy ty nie widzisz. Ale ja widzę każdą niedoskonałość twojego pyska. Ci twoi niby przyjaciele to tacy nie za szczerzy z tobą są, skoro ci tego jeszcze nie wypomnieli.
— Nie widzę — potwierdził krótko i cicho, wcinając jej się w zdaniu. — Ale co by to zmieniło? I tak nie widzę, jak wyglądam, więc mało mnie też obchodzi jak widzą mnie inni. Na przykład pani nie widzę. Mógłbym, ale musiałbym dotknąć pani pyska — wyjaśnił.
Nastroszyła się gwałtownie, jednak obecność tłumu otaczających ją kotów, nawet jeśli żaden z nich nie zwracał na nią większej uwagi, natychmiast zmusiła ją do opanowania się.
— Stop. — Zabrzmiała nagle niezwykle poważnie, jakby poruszony temat dotyczył co najmniej czyjejś śmierci. — I że ci takie obrzydlistwa przechodzą przez pysk… — mruknęła chłodno. — Cóż, to przykre, że zostałeś pozbawiony jednego z podstawowych zmysłów. — Obleciała spojrzeniem otoczenie, po czym zatrzymała wzrok na własnym boku, z wyraźną nutą samozadowolenia. — Na świecie jest tyle pięknych rzeczy… — Zaczęła niemal rozmarzonym tonem. — To musi być naprawdę okropne, nie móc widzieć tych pięknych futer… czy tam jakichś kwiatków. Ta, kwiatki też są ładne — dodała już mniej przekonana.
— Obrzydlistwa? — spytał najpierw, marszcząc czoło co mogło zasugerować, że nie ma pojęcia o czym kotka mówiła. — No i czemu miałbym się zachwycać nad futrami? To jakieś fajne? Można podziwiać inne rzeczy, jak czyjś głos. Nie słuchała pani nigdy żadnej melodii?
— Melodii? Masz na myśli śpiew ptaków czy raczej jego nieudolne próby imitacji przez koty? — Uniosła lekko brew. — Nie są to dźwięki szczególnie uciążliwe. Z pewnością przyjemniej się tego słucha niż czyjegoś jazgotu i niekończącego się gderania — przyznała z lekkim przekąsem. — Natomiast tak, futra są różne i to właśnie czyni je tak wyjątkowymi. Niektóre niczym się nie wyróżniają, giną w tłumie, ale innym razem indywidualność potrafi być wręcz zachwycająca. To tak jakby... hm... — Zawahała się na chwilę. Nie była mistrzynią porównań. — O, wiesz. Wyobraź sobie, że jesteś na łące pełnej kwiatów. Nie każdy pachnie tak samo, jedne mają woń intensywniejszą, inne ledwie wyczuwalną, mimo że to wciąż ten sam gatunek. Albo mięso, możesz codziennie jeść to samo, ten sam rodzaj ryb... czy tam królika u was, wszystko jedno. Liczy się to, że jeden posiłek będzie smakował lepiej od drugiego, choć oba są świeże i są tego samego gatunku. — Poruszyła lekko ogonem, nabierając pewności w głosie.— Z futrem jest podobnie. Różni się miękkością, gładkością, ale kiedy patrzysz na takie, które jest piękniej ubarwione, bardziej wyjątkowe, mniej spotykane, to to robi wrażenie. Takie coś potrafi aż zaprzeć dech w piersi. — Uśmiechnęła się pod nosem, zadowolona. Zarówno z własnego wywodu, jak i z faktu, że sama była jego najlepszym przykładem
— O, możesz mieć rację. Futro Wróżki jest świetne w dotyku! I przypomina miękką, ciepłą chmurkę. Przynajmniej tak to kiedyś mama opisała, znaczy, przyrównała do chmurki — rzekł z uśmiechem. Tego nie zamierzała komentować. Co to w ogóle było za imię, Wróżka? Pierwszy raz słyszała to słowo. — Ale wiesz, czy tu też nie chodzi o osobiste gusta? Niektórzy lubią króliki a inni wolą ptaki, a jeszcze inni gardzą obydwoma. O to pani chodzi? — Zamieszał się, nieco zmartwiony, ale ona już nawet nie zamierzała próbować się bardziej z tego tłumaczyć. — A, tak, i zapomniałem, jeszcze o ten śpiew, nie, nie, nie imitujemy ptaków, powinna kiedyś pani posłuchać jak ładnie się roznosi śpiew w grocie! Melodia płynie, odbija się i pogłębia śpiew i brzmi to, jakby sam Klan gwiazdy dołączył! Nie śpiewała pani nigdy?
Spuściła ponuro wzrok na własne łapy. Śpiewać? A co ona była, słowikiem, wróbelkiem? Miała głos odpowiedni do mówienia, nie do żadnego ćwierkania. Zresztą, określenie, że melodia była płynie, pozostawało dla niej niezrozumiałe. Pływały ryby, nie dźwięki. — Uh, nie zdarzyło mi się i raczej nie wpada to w zakres moich zainteresowań — stwierdziła ostrożnie. — Ja jestem wzrokowcem. Dla mnie ładne jest to, co widzę, a nie to, co słyszę. Poza tym... w grocie? — podjęła, unosząc brew i przyglądając mu się uważniej. — Wy w ogóle zażywacie czasem słońca, czy siedzicie tylko w tych dziurach i jaskiniach? — mruknęła pod nosem, choć w jej tonie, poza zwyczajowym chłodem, pojawiła się nuta szczerego zastanowienia. Miało to przecież jakiś sens, tam musiało być ciemno. A jeśli gorzej się widzi, to może rzeczywiście zostaje tylko słuchać siebie nawzajem. W tym konkretnym przypadku, który siedział przed nią, było to nawet bardziej zrozumiałe.
<Kszienszyc?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz