Szum nadszedł niezwykle szybko, jak fala. Najpierw pociemniało niebo przez chmury niesione wiatrem gwałtownym, później zrobiło się cicho, a na końcu nadciągnęła ściana deszczu i grzmot, który z początku dawał znać o sobie gdzieś w oddali, teraz natomiast przyszedł wprost pod wejście do żłobka, jak nieproszony gość, wnosząc błoto do domu i domagając się rosołu. Kocurek od razu mógł stwierdzić, że burza to jeden z jego ulubionych momentów pory zielonych liści. Była dziwnie oczyszczająca. Wielkie wichry, huragany, wiatr wyjący i świszczący, gałązki na zewnątrz, które tańczyły tak, jak im zagra ta potężna siła natury. Niektórzy, jak siostra Żywica, lubili ten czas spędzić u boku matki w ciszy, wsłuchując się w przyjemny szum i ewentualnie podrygując w przestrachu, gdy grzmot rozdzierał chmurne niebo. Jeszcze inni spali, opowiadali sobie historie albo próbowali zrobić coś innego pożytecznego, przez co dzień nie byłby zmarnowali. Byli też ci, co się zamartwiali, by grom nie spadł na nich w akcie kary, znaku, czy przez czysty przypadek. Był również i Bursztyn, który właśnie pomimo ostrzeżeń rodziców postanowił wyzwać burzę na pojedynek. Dziwaczny był to widok naprawdę, gdy wokół szalała burza, a ze żłobka wyczłapało jakieś liche, chuderlawe coś, dzielnie brnąc w tym błocie i zacinającym deszczu ku płaskiemu pieńkowi robiącemu za dach żłobka, a celem jego, był szczyt. Płaski, mokry i śliski, na którym stanął płomień piekielny (dość przygaśnięty i marny).
- Ha ha ha... - zaśmiał się złowrogo, pociągając nosem i zamaszystym ruchem pełnym sigma vibe wycierając długiego gluta. - Oto ja, burzo... twój nemezis... - wymruczał tajemniczo i złowrogo, swoim gremlinim, kocięcym głosem. Można się już teraz domyślać, jak paskudny będzie, gdy kocurek wstąpi w wiek dojrzewania. Teraz jednak również był nie za piękny. Z dzikim uśmiechem i wodą zlewającą mu się z pyska, uniósł głowę ku niebu, wypinając pierś i stawiając ogon na sztorc, by wydawać się większy, a w swojej głowie, rzeczywiście, był niezwykle potężnym i niepokonanym wojownikiem, chociaż dla realnych przeciwników nie różnił się teraz niczym od przemoczonej skarpetki. - TWÓJ ARCYWRÓG! PRZYJMUJ MOJE WYZWANIE, TCHÓRZU! TO JA, BURSZTYN PIERWSZY BĘDĘ TYM, KTÓRY CIĘ POKONA! DAWAJ, TY ZAPCHLONY GROMIE! HE! NIE BOJĘ SIĘ CIEBIE, MOŻESZ MI SKOCZYĆ, POCAŁOWAĆ W MOJĄ PIĘKNĄ, RUDĄ (...)-
- (...) Bursztyn chodźmy już... jest mi zimno - mniej odważna kulka która wyszła tu jak wierny cień za bratem, teraz nie wyglądała wcale na zadowoloną czy bojowo nastawioną. Była natomiast tak samo przemoknięta jak stojący w górze, przemoknięty opos, z tą różnicą, że w oczach migotały raczej iskierki strachu niż zapału do walki. No i zamiast sama wygłaszać wielkie mowy, to je przerywała.
- No i po co wychodziłaś, jak się boisz? Ale to dobrze, widzę w tobie zapał, przezwyciężaj swój strach, Żywica! Wystaw czoła ku przygodzie i wichurom! Pokaż tym grzmotom, że powinny się ciebie bać!
- Ale ja nie chcę... - i to wcale nie tak, że powiedziała, że się boi... tylko, że jej zimno. Cóż, dla jej brata było to niemal to samo, w końcu czy odczuwanie ziąbu to nie tylko jakaś wymówka żeby nie powiedzieć wprost, że się czegoś boi? Sam może drżał jak strachliwa kwoka, ale na pewno nie miał zamiaru tego powiedzieć na głos.
- To (...) - zaczął, chociaż niedane było mu dokończyć.
- Bursztyn! Co ty robisz? Złaź stamtąd szybko! - oho, chyba ktoś zdołał z nudów wyciągnąć głowę z legowiska, żeby zerknąć, kto się tak wydziera na zewnątrz. I przy okazji powiadomić Dzwonka, który teraz przyglądał się sytuacji z legowiska wojowników, w ciężkim niedowierzaniu, podczas, gdy ze dwie, może trzy ciekawskie głowy należące do innych kotów wyglądały zza niego, kierując swój wzrok wprost na dwójkę rudych kociąt. Nie zdawały się zaskoczone, a jedynie zaciekawione, może niektóre nawet znużone. W końcu to nie pierwszy raz, gdy młody coś głupiego odwalał, wrzeszcząc, biegając, rzucając się pod czyjeś łapy i ogólnie zwracając na siebie uwagę przez swoje małpie tańce. I kocię już zdawało sobie sprawę z tego, że nie powinno być na zewnątrz i że najpewniej dostanie z tego powodu wykład, dlatego też na głos ojca drgnął lekko, przekręcając głowę w kierunku srebrnego, nieco zdezorientowany, zastanawiając się na szybko, jak się z tego wszystkiego wytłumaczyć.
- Tata? - wyrzucił z siebie w momencie, w którym mokry liść plasnął mu z impetem w pysk, a gdy uniósł łapę, by go zdjąć, zawiało, zagrzmiało, a gdy jego trzy pozostałe na podłożu łapy straciły równowagę, to rudzielec z nastroszoną (albo przynajmniej byłaby nastroszona gdyby nie była tak mokra i ciężka, że przypominała w rzeczywistości mopa) sierścią runął w dół pniaka.
- WoAH! - bum! Z szeroko rozstawionymi łapami przed sobą, wylądował pyskiem prosto w błotnej kałuży, słysząc pluszczące kroki ojca jeszcze zanim otworzył oczy. I już wiedział, już czuł, że mama nie będzie zadowolona, gdy został chwycony za kark, a darmowy transport przeniósł go szybko do wnętrza żłobka.
- Ha ha ha... - zaśmiał się złowrogo, pociągając nosem i zamaszystym ruchem pełnym sigma vibe wycierając długiego gluta. - Oto ja, burzo... twój nemezis... - wymruczał tajemniczo i złowrogo, swoim gremlinim, kocięcym głosem. Można się już teraz domyślać, jak paskudny będzie, gdy kocurek wstąpi w wiek dojrzewania. Teraz jednak również był nie za piękny. Z dzikim uśmiechem i wodą zlewającą mu się z pyska, uniósł głowę ku niebu, wypinając pierś i stawiając ogon na sztorc, by wydawać się większy, a w swojej głowie, rzeczywiście, był niezwykle potężnym i niepokonanym wojownikiem, chociaż dla realnych przeciwników nie różnił się teraz niczym od przemoczonej skarpetki. - TWÓJ ARCYWRÓG! PRZYJMUJ MOJE WYZWANIE, TCHÓRZU! TO JA, BURSZTYN PIERWSZY BĘDĘ TYM, KTÓRY CIĘ POKONA! DAWAJ, TY ZAPCHLONY GROMIE! HE! NIE BOJĘ SIĘ CIEBIE, MOŻESZ MI SKOCZYĆ, POCAŁOWAĆ W MOJĄ PIĘKNĄ, RUDĄ (...)-
- (...) Bursztyn chodźmy już... jest mi zimno - mniej odważna kulka która wyszła tu jak wierny cień za bratem, teraz nie wyglądała wcale na zadowoloną czy bojowo nastawioną. Była natomiast tak samo przemoknięta jak stojący w górze, przemoknięty opos, z tą różnicą, że w oczach migotały raczej iskierki strachu niż zapału do walki. No i zamiast sama wygłaszać wielkie mowy, to je przerywała.
- No i po co wychodziłaś, jak się boisz? Ale to dobrze, widzę w tobie zapał, przezwyciężaj swój strach, Żywica! Wystaw czoła ku przygodzie i wichurom! Pokaż tym grzmotom, że powinny się ciebie bać!
- Ale ja nie chcę... - i to wcale nie tak, że powiedziała, że się boi... tylko, że jej zimno. Cóż, dla jej brata było to niemal to samo, w końcu czy odczuwanie ziąbu to nie tylko jakaś wymówka żeby nie powiedzieć wprost, że się czegoś boi? Sam może drżał jak strachliwa kwoka, ale na pewno nie miał zamiaru tego powiedzieć na głos.
- To (...) - zaczął, chociaż niedane było mu dokończyć.
- Bursztyn! Co ty robisz? Złaź stamtąd szybko! - oho, chyba ktoś zdołał z nudów wyciągnąć głowę z legowiska, żeby zerknąć, kto się tak wydziera na zewnątrz. I przy okazji powiadomić Dzwonka, który teraz przyglądał się sytuacji z legowiska wojowników, w ciężkim niedowierzaniu, podczas, gdy ze dwie, może trzy ciekawskie głowy należące do innych kotów wyglądały zza niego, kierując swój wzrok wprost na dwójkę rudych kociąt. Nie zdawały się zaskoczone, a jedynie zaciekawione, może niektóre nawet znużone. W końcu to nie pierwszy raz, gdy młody coś głupiego odwalał, wrzeszcząc, biegając, rzucając się pod czyjeś łapy i ogólnie zwracając na siebie uwagę przez swoje małpie tańce. I kocię już zdawało sobie sprawę z tego, że nie powinno być na zewnątrz i że najpewniej dostanie z tego powodu wykład, dlatego też na głos ojca drgnął lekko, przekręcając głowę w kierunku srebrnego, nieco zdezorientowany, zastanawiając się na szybko, jak się z tego wszystkiego wytłumaczyć.
- Tata? - wyrzucił z siebie w momencie, w którym mokry liść plasnął mu z impetem w pysk, a gdy uniósł łapę, by go zdjąć, zawiało, zagrzmiało, a gdy jego trzy pozostałe na podłożu łapy straciły równowagę, to rudzielec z nastroszoną (albo przynajmniej byłaby nastroszona gdyby nie była tak mokra i ciężka, że przypominała w rzeczywistości mopa) sierścią runął w dół pniaka.
- WoAH! - bum! Z szeroko rozstawionymi łapami przed sobą, wylądował pyskiem prosto w błotnej kałuży, słysząc pluszczące kroki ojca jeszcze zanim otworzył oczy. I już wiedział, już czuł, że mama nie będzie zadowolona, gdy został chwycony za kark, a darmowy transport przeniósł go szybko do wnętrza żłobka.
◂𓂃٭⋆☼⋆٭𓂃▹
Dostał reprymendę, ale nie to było najgorsze. Żywica się rozchorowała i doskonale wiedział, dlaczego. Nie bez powodu dorosłe koty unikają ulew, więc tym bardziej kociaki powinny ich unikać, sęk w tym, że Bursztynowi nic nie było. Przez chwilę może tylko bardziej intensywnie pociągał nosem, ale nic poza tym, natomiast kotka oberwała za nich oboje.
- Tak się kończy wychodzenie w deszcz. Postarajcie się nie wypuszczać kociąt na zewnątrz... dałem jej kilka ziół, na razie niech odpoczywa. Najlepiej bez wrzasków - Zawilcowa Korona nie musiał wcale patrzeć na Bursztyna, by ten wiedział, że mówił specjalnie o nim. Właśnie o nim. Ma nie wierzgać, nie ryczeć i nie narażać siostry na dodatkowe niebezpieczeństwo bo już i tak był na tyle nieodpowiedzialny, że naraził nie tylko siebie, ale też bliską mu osobę. I były to słowa (skompresowane) które usłyszał od taty, gdy tłumaczył, dlaczego wychodzenie na zewnątrz podczas burzy to nie jest najlepszy pomysł, chociaż ubrał to w o wiele lżejsze i wyrozumiałe słowa, które powinny były dotrzeć do młodego bez zbędnego ranienia uczuć. I całkiem niepotrzebnie, bo zostały i tak zranione w inny sposób!
- Żywica... - mruknął w stronę zwiniętej w kulkę kotki przejęty, jednak szybko został odciągnięty przez Dzwonka.
- Dajmy jej trochę odpocząć, dobrze? Słyszałeś, co mówił Pan Medyk? Może wydawać się gburowaty, ale na pewno chce jak najlepiej dla Żywicy, więc posłuchajmy się mądrzejszych. Nie chcesz się pobawić trochę w zagryzanie latających kulek mchu? A jak Żywica wyzdrowieje, to będziesz mógł się pochwalić wynikami.
- Ale...! - zaczął, przerywając w połowie. Może ma rację? Ciężko było to kocurkowi przyznać, szczególnie, że skoro tata ma rację, to znaczy, że pewnie ten sztywny medyk też ma rację. Zerknął ostatni raz na schorowaną, srebrną kulkę, zanim w końcu się poddał. - No dobrze... chodźmy! Ale będziemy się bić!
- Tsiiii - przypomniał Dzwonek, przystawiając sobie łapę do pyska, na co Bursztyn od razu drgnął, przypominając sobie, że przecież siostra potrzebuje odpoczynku, a nie darcia się do ucha, jak to właśnie zrobił. Rzucił w jej kierunku krótko wzrokiem.
- Ale będziemy się bić! - powtórzył głośnym, ale szeptem, na co tata od razu uśmiechnął się, zgodnie kiwając głową, pozwalając, by młodszy z zadowoleniem podreptał w przód z wyprzedzeniem. Nie można było też ukryć, że Bursztyn liczył, że po tym odpoczynku Żywica od razu wyzdrowieje. Jakie więc też było jego rozczarowanie i zawód, kiedy po skończonej bijatyce na śmierć i życie (został wyłaskotany za wsze czasy) okazało się, że Żywica wciąż jest chora i w dodatku wcale jej się nie polepszyło jak zakładał.
- Hej... przyniosłem ci wroga do pogryzienia, żebyś też miała swój udział... pokonaliśmy dzisiaj złe, podziemne krety - miauknął cichutko, przysuwając pod nos kotki zmaltretowaną kulkę mchu, kładąc się zaraz obok bliziutko, by popatrzeć, jak ta uśmiecha się lekko, zanim znów zapadła w sen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz