Przykładała łapy do uszu, próbując uciszyć otoczenie. Ciągłe rozmowy i szmery dobiegające z zewnątrz wręcz ją przytłaczały. Świat nadal wydawał się zbyt rozległy i zbyt głośny, by mogła naprawdę cieszyć się z bycia jego częścią. Z lękiem wsłuchiwała się w każde słowo przypominające jej, że prędzej czy później będzie musiała opuścić to miejsce, zwane żłobkiem, a jej dalsze losy zostaną oddane w łapy innego kota, którego przyjdzie jej nazywać mentorem. Na ten moment nie dopuszczała do siebie takiego scenariusza. Tu było jej dobrze. Tu miała mamę, Bursztyna, a ojciec odwiedzał ją każdego dnia, tak jak i inne koty. Nie musiała sama do nich wychodzić, skoro to oni przychodzili do niej.
Odważyła się uchylić oczy, gdy nagle przestrzeń przed nią przysłonił cień o wyraźnie kocim kształcie. Wzdrygnęła się, cicho piszcząc, lecz chwilę później dostrzegła znajomą, białą łapę z rudą plamą. Natychmiast uniosła głowę, a jej uszy skierowały się w stronę spokojnego, znajomego oddechu. Zadarła ku górze podbródek, a w jej oczach zalśniła iskra szczerej radości.
Tata. Bardzo lubiła to słowo, choć nie potrafiła wyjaśnić dlaczego. Było pierwszym, które wypowiedziała. Pysk ojca był znacznie bardziej ekspresyjny niż ten matki, niemal zawsze uśmiechnięty, co niezmiennie budziło w niej ciepło i poczucie bezpieczeństwa.
Jego futro było podobne do jej własnego. Jasne, przyozdobione ciemniejszymi cętkami. Różnili się głównie układem bieli, która u niego pokrywała niemal połowę ciała. Najważniejsza była jednak dla niej plama zdobiąca jego czoło — taka sama, jaką podobno nosiła i ona. Podobno, bo nigdy jeszcze nie widziała własnego odbicia. Słyszała o tym jednak wystarczająco wiele razy. W jej przypadku dłuższe futro wyrastające z czubka głowy często zasłaniało czoło, ale nie przeszkadzało to innym w ciągłym powtarzaniu jak bardzo jest do Dzwonkowego Świstu podobna. A nic nie ogrzewało jej małego serduszka bardziej niż takie słowa.
Tata był wspaniały. Był dokładnie takim kotem, jakim chciała się stać, gdy dorośnie. Bo jedno już zdążyła zrozumieć, że pewnego dnia urośnie, stanie się wyższa, szersza i nie będzie mogła już chować się za łapą matki. Albo za plecami brata.
— Tato! — wymsknęło jej się z pyska z wyraźnym entuzjazmem. Rzadko kiedy potrafiła sama z siebie rozpocząć rozmowę, chyba, że dotyczyła kogoś naprawdę bliskiego. Co prawda z mamą bywało różnie, ale z tatą... Z tatą nie było problemów. — Czy... czy masz coś dzisiaj dla mnie?
Żywica zawsze zapierała się łapami, gdy tylko ktoś proponował jej wyjście poza żłobek. Samo wyobrażenie tego świata, większego, głośniejszego, pełnego nieznanych zapachów, wystarczało, by przytuliła się mocniej do mchu i nie chciała ruszyć ani kroku dalej. Ale kiedy coś z zewnątrz przychodziło do niej, wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Wtedy ciekawość brała górę nad niepewnością.
W ten sposób zebrała już całkiem pokaźny zbiór swoich „skarbów”. Kilka delikatnych kwiatków, zieloniutkie listki i mały, gładki kamyk, znaleziony gdzieś na środku obozu. Najczęściej to właśnie Dzwonkowy Świst przynosił jej te drobiazgi, z wyraźną satysfakcją odkładając je tuż obok jej posłania.
Pożarowa Łapa nie zawsze była z tego zadowolona. Skarby miały bowiem tendencję do rozprzestrzeniania się po całym legowisku, gubienia w mchu i wplątywania się w futro Żywicy, co tylko utrudniało proces mycia.
Żywicy to jednak nie przeszkadzało.
Dla niej każdy z tych przedmiotów był małym kawałkiem świata, którego jeszcze nie była gotowa poznać.
Wojownik uśmiechnął się delikatnie, spoglądając kątem oka na jej małą wystawę, która zdobiła specjalne miejsce w żłobku. Po chwili kiwnął głową, kładąc nieopodal niej nowy skarb.
— Jak mógłbym ci czegoś nie przynieść? — zapytał z rozbawieniem w głosie. — Dla mojej małej damy, wszystko co najlepsze.
Od razu podniosła się na równe łapy i chwiejnie ruszyła w jego stronę. Wciąż nie potrafiła w pełni zapanować nad kończynami. Zresztą. nigdy szczególnie nad tym nie pracowała. Podczas gdy jej brat nieustannie gdzieś ganiał, próbując doskonalić swój chód, ona najczęściej kuliła się przy boku matki, woląc spędzać większość dnia w jednym miejscu, niż ryzykować bolesnym spotkaniem pyska z ziemią.
— Dziękuję! — pisnęła z wyraźną radością, wpatrując się w jasny, różowiutki kwiatuszek. Takiego jeszcze nie miała, a jej kolekcja i tak była już całkiem bogata i pełna kolorów. — A gdzie go znalazłeś? — dopytała szybko, unosząc na niego spojrzenie. — I czy ktoś też go chciał? Musiałeś się o niego... bić?
Odważyła się uchylić oczy, gdy nagle przestrzeń przed nią przysłonił cień o wyraźnie kocim kształcie. Wzdrygnęła się, cicho piszcząc, lecz chwilę później dostrzegła znajomą, białą łapę z rudą plamą. Natychmiast uniosła głowę, a jej uszy skierowały się w stronę spokojnego, znajomego oddechu. Zadarła ku górze podbródek, a w jej oczach zalśniła iskra szczerej radości.
Tata. Bardzo lubiła to słowo, choć nie potrafiła wyjaśnić dlaczego. Było pierwszym, które wypowiedziała. Pysk ojca był znacznie bardziej ekspresyjny niż ten matki, niemal zawsze uśmiechnięty, co niezmiennie budziło w niej ciepło i poczucie bezpieczeństwa.
Jego futro było podobne do jej własnego. Jasne, przyozdobione ciemniejszymi cętkami. Różnili się głównie układem bieli, która u niego pokrywała niemal połowę ciała. Najważniejsza była jednak dla niej plama zdobiąca jego czoło — taka sama, jaką podobno nosiła i ona. Podobno, bo nigdy jeszcze nie widziała własnego odbicia. Słyszała o tym jednak wystarczająco wiele razy. W jej przypadku dłuższe futro wyrastające z czubka głowy często zasłaniało czoło, ale nie przeszkadzało to innym w ciągłym powtarzaniu jak bardzo jest do Dzwonkowego Świstu podobna. A nic nie ogrzewało jej małego serduszka bardziej niż takie słowa.
Tata był wspaniały. Był dokładnie takim kotem, jakim chciała się stać, gdy dorośnie. Bo jedno już zdążyła zrozumieć, że pewnego dnia urośnie, stanie się wyższa, szersza i nie będzie mogła już chować się za łapą matki. Albo za plecami brata.
— Tato! — wymsknęło jej się z pyska z wyraźnym entuzjazmem. Rzadko kiedy potrafiła sama z siebie rozpocząć rozmowę, chyba, że dotyczyła kogoś naprawdę bliskiego. Co prawda z mamą bywało różnie, ale z tatą... Z tatą nie było problemów. — Czy... czy masz coś dzisiaj dla mnie?
Żywica zawsze zapierała się łapami, gdy tylko ktoś proponował jej wyjście poza żłobek. Samo wyobrażenie tego świata, większego, głośniejszego, pełnego nieznanych zapachów, wystarczało, by przytuliła się mocniej do mchu i nie chciała ruszyć ani kroku dalej. Ale kiedy coś z zewnątrz przychodziło do niej, wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Wtedy ciekawość brała górę nad niepewnością.
W ten sposób zebrała już całkiem pokaźny zbiór swoich „skarbów”. Kilka delikatnych kwiatków, zieloniutkie listki i mały, gładki kamyk, znaleziony gdzieś na środku obozu. Najczęściej to właśnie Dzwonkowy Świst przynosił jej te drobiazgi, z wyraźną satysfakcją odkładając je tuż obok jej posłania.
Pożarowa Łapa nie zawsze była z tego zadowolona. Skarby miały bowiem tendencję do rozprzestrzeniania się po całym legowisku, gubienia w mchu i wplątywania się w futro Żywicy, co tylko utrudniało proces mycia.
Żywicy to jednak nie przeszkadzało.
Dla niej każdy z tych przedmiotów był małym kawałkiem świata, którego jeszcze nie była gotowa poznać.
Wojownik uśmiechnął się delikatnie, spoglądając kątem oka na jej małą wystawę, która zdobiła specjalne miejsce w żłobku. Po chwili kiwnął głową, kładąc nieopodal niej nowy skarb.
— Jak mógłbym ci czegoś nie przynieść? — zapytał z rozbawieniem w głosie. — Dla mojej małej damy, wszystko co najlepsze.
Od razu podniosła się na równe łapy i chwiejnie ruszyła w jego stronę. Wciąż nie potrafiła w pełni zapanować nad kończynami. Zresztą. nigdy szczególnie nad tym nie pracowała. Podczas gdy jej brat nieustannie gdzieś ganiał, próbując doskonalić swój chód, ona najczęściej kuliła się przy boku matki, woląc spędzać większość dnia w jednym miejscu, niż ryzykować bolesnym spotkaniem pyska z ziemią.
— Dziękuję! — pisnęła z wyraźną radością, wpatrując się w jasny, różowiutki kwiatuszek. Takiego jeszcze nie miała, a jej kolekcja i tak była już całkiem bogata i pełna kolorów. — A gdzie go znalazłeś? — dopytała szybko, unosząc na niego spojrzenie. — I czy ktoś też go chciał? Musiałeś się o niego... bić?
<Tatko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz