BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kazarkowa Śpiewka x Piórlotkowy Trzepot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kazarkowa Śpiewka x Piórlotkowy Trzepot. Pokaż wszystkie posty

04 października 2024

Od Piórolotkowego Trzepotu CD. Kazarkowej Śpiewki (Kajzerki)

-Śpiewko... - zaczął, nie wiedząc do końca, co powiedzieć. Po prostu wiedział, co czuła. Potrafił się z tym jakoś utożsamić, jednak nie miał pojęcia, jak powinien ubrać to w słowa. Czy jest w ogóle w stanie wypowiedzieć się teraz jakoś logicznie? W umyśle brzmiało to tak łatwo i prosto... Jednak nie myślał nad tym wcale długo. Wziął i zanim ta zdążyła uciec w jakieś krzaki, chwycił łapami głowę Kazarki po bokach, niczym kanapkę. Spróbował jeszcze łapami przy okazji wytrzeć jej łzy, w efekcie jedynie je rozmazując, przez co na pysku niebieskiego pojawił się przepraszający uśmiech. - Nawet jeśli nie znajdziemy Kawki, musimy myśleć, że jest w lepszym miejscu, gdzie czuje się dobrze - zaczął pewnie, po chwili przybierając zmęczony, smutny uśmiech - Bo możemy skończyć jako kolejni zaginieni, nawet, jeśli ciałem wciąż będziemy w obozie. Rozumiesz...? - spytał cicho, przełykając gulę w gardle i odstawiając łapy na ziemię. - Fajnie by jednak było, gdyby komuś powiedziała, że odchodzi. Wiesz, takie krótkie pożegnanie, żeby nie pozostawiać po sobie... tego. - Jego myśli krążyły dookoła zaistniałej, napiętej sytuacji. Nie ma wyjaśnienia, co się stało z takim kotem. Jeśli nie ma dowodu na śmierć, to będziemy szukać zaginionych przez resztę życia, nawet, jeśli nieświadomie, to uciekając wzrokiem w zarośla, oglądając się za podobnym w brzmieniu miauknięciem, podobną wonią. Jakby wypierając najgorsze, wciąż z nadzieją. Wojowniczka zamrugała kilkukrotnie.
- Tak, t-to prawda... - wydukała, zbierając w sobie rozrzucone myśli. - To po prostu przygnębiające, że tyle przeżytych razem księżyców i łączące więzy krwi w ogóle się nie liczyły... Ojej, masz rację, powinnam przestać tyle się nad tym zamartwiać. Zaraz znowu cię zaleję taką falą głupiego gadania - jej wąsy zadrżały delikatnie ze śmiechu, przerywając poważną rozmowę. Powaga gościła na jej pysku już nieco za długo, jak na Kazarkę.
- Dlatego jak będziemy chcieli znikać, powiadomimy siebie nawzajem, dobra? - zaproponował z uśmiechem, pół żartobliwym tonem. W jego głosie można było wyczuć pewne zawahanie. Tak na wszelki wypadek, ale co, jeśli taki wypadek będzie miał miejsce? Zaraz wyparł tą myśl z głowy, zbyt wiele od niego wymagała. 
- Oczywiście - wymruczała Kazarka, delikatnie się uśmiechając. Po chwili jednak jej oczy gwałtownie otworzyły się w strachu. - Chwilka... Ty nie chcesz nigdzie uciekać, prawda? Prawda? Piórolotek, nie!!! - miauczała zaniepokojona, trzęsąc kocurem za ramiona, nie dając mu chwili wytchnienia na jakąkolwiek odpowiedź. - Ja wiem, że w Klanie Nocy nie zawsze  jest kolorowo, ale proszę, nie rób tego! To nie jest żadne wyjście! Jesteś moim przyjacielem, i to ważnym! Bardzo! Naprawdę!
Podczas bycia potrząsanym na prawo i lewo, kocur zagryzł zęby w nerwowym uśmiechu, dając sobą pomiatać jak szmacianą lalką. 
 - Nigdzie się nie wybieram - zapewnił uspokajająco, gdy złota przestała jojczyć. - Z resztą pomyśl, gdzie bym miał? Nie znam życia poza klanem. No i mam tutaj przyjaciół, prawda? - A co, jeśli przyjaciele też go opuszczą? Przez pysk przeszedł chwilowy cień, zaraz potem znikając. Wolał nie planować na zapas, nikt nie wiedział, gdzie zaprowadzi go przyszłość, było tyle możliwych zdarzeń i przyczyn! Mógł nawet nie dożyć następnego księżyca. Nie warto się było nastawiać. Natomiast Kazarka zdawała się być uspokojona jego zapewnieniem, którego nawet sam nie był pewny. 
- Uff - wymruczała z widoczną ulgą, pozwalając mu się wyrwać z jej uścisku. - Tak, to racja... Wiesz, chyba już powoli wariuję - przyznała żartobliwie. - Ja też bym nie chciała opuszczać Klanu Nocy... Nawet, jeśli czasem Kruczy Szpon mnie opluje, to mam swoją rodzinkę, mam swoją grupkę znajomych, mam ryby... Zwłaszcza ryby! Dajesz głowę, że inne klany nigdy nie miały jej w pyskach? Biedaki...
Z ulgą przyjął poboczny temat, który szybko podłapał. 
- Przez to nie mają ładnych łusek, ości do ozdoby... nie dziwię się, czemu większość z nich nie ma lśniącego futra! - mruknął wesoło - Chociaż to rzeczywiście smutne... to jakby omijała ich część życia. - Było to niezwykle ciekawe zagadnienie. Zastanawiał się, ile sami nie widzieli i czego nigdy nie zobaczą, czego nie zjedzą i nie doświadczą. A to chyba właśnie na tym polega, prawda? To całe życie. 
- Idziemy dalej, co? - zaproponował po chwili - Mam wrażenie, że przymarzają mi łapy.
 
··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··
Przed odejściem Kajzerki po porodzie

Kazarka zniknęła, wszyscy szukali, a potem znów się pojawiła. W ciąży. Lotek nie do końca wiedział, co czuje z tego powodu. Może poczuł się opuszczony? Zdradzony? Nie żywił do kotki romantycznych uczuć, jednak nie mógł odeprzeć poczucia bycia odstawionym na bok. W końcu ilość przyjaznych mu kotów w klanie nie była tak duża, jak by sobie tego życzył, a ich malejąca liczba jedynie stresowała kocurka, który łaknął bycia przy kimś zaufanym i komfortowym, kto poprowadziłby go przez życie. Sam jakoś nie potrafił, decyzje które podejmował nigdy nie wydawały mu się do końca prawidłowe. Może to dlatego tak wiernie podążał za Karaś? Prócz jakiejś ostoi i komfortu, nadrabiała pewnością siebie i chęcią działania również za niego. Tak było wygodnie, tego potrzebował. Koty ciągle się mieszały, wśród młodych pokoleń nie mógł już znaleźć kogoś, kogo mógłby nazwać bratnią duszą, gdyż zwyczajnie się nie odnajdywał. Nie miał jednak do niej jakiegoś głębokiego żalu, było mu zwyczajnie smutno. Gdy tylko wróciła, zaraz obsypał ją pytaniami i szczerze odetchnął z ulgą, gdy potwierdziła, że nie odeszła z własnej woli. Zbieg okoliczności i przypadków, oraz oczywiście dwunożni. Wszystko to zdawało się specjalnie działać przeciwko pointowi. Tylko co dalej? Jak to ma wyglądać? Kocur pojawił się w żłobku, na moment, w końcu poród musiał być trudny, może potrzebowała wsparcia? A może on sam potrzebował, a samopoczucie kotki było jedynie wymówką. 
- Hej Kazarko - przywitał się z niezbyt wyrazistym uśmiechem, podchodząc do szylkretowej, odstawiając obok mały poczęstunek - Wszystko dobrze? - zaraz dopytał, nie zwracając uwagi na kocięta. Nie miał pojęcia, jak się do nich odnieść. Przez myśl przeszło mu tylko, że żadne nie ma czekoladowego futra. Dobrze dla nich. 
- Co teraz planujesz? - dodał z naiwną czystością, czekając na odpowiedź. 

<Kazarkowa Kajzerko?>

11 lipca 2024

Od Kazarkowej Śpiewki CD. Piórolotkowego Trzepotu

niedługo po zaginięciu Kawczego Serca i Płotkowej Łapy
Szylkretka spojrzała się na wojownika z tak smutnymi oczami, że można by stwierdzić, że wcale do niej nie należały. Gdzie się podział w nich ten radosny błysk, jaki lśnił nawet w najciemniejszych mrokach? Zaginął gdzieś na dnie jej umysłu. Nie potrafiła cieszyć się niczym, gdy straciła kolejną tak bliską jej osobę.
Nie potrafiła tego zrozumieć. Co było nie tak? To nie mogło być dziełem przypadku, że znów ktoś z jej rodziny zniknął tak nagle, bez najdrobniejszego cienia szansy na pożegnanie. Jeden wschód słońca temu tu był i spał tuż obok – następnego przemierzał już krainy, które Kazarkowa Śpiewka odwiedzała jedynie w najgłębszych snach.
— Tak, to byłoby... miłe — odpowiedziała po długich uderzeniach serca ciszy, głosem, jaki był pozbawiony charakterystycznej mocy i entuzjazmu. Można było wyczuć, jak bardzo wojowniczka była przybita. Piórolotkowy Trzepot skinął na to głową i w milczeniu, przerywanym jedynie świstem wiatru i szelestem traw, dwójka zaczęła razem podążać wzdłuż granicy Klanu Nocy. Kazarka węszyła w powietrzu, próbując znaleźć miejsce, z którego czuła resztki słodkiej woni swojej matki, lecz było to niemożliwe. Krążyli, próbując wyłapać kierunek z mroźnego wichru, który targał zapachem zaginionych. W każdym miejscu był on taki sam, rozmyty w powietrzu, ciągnący się donikąd. Szylkretowa jednak nieustannie parła przed siebie, nie zważając na przemarznięte ciało i piekące, szkliste oczy.
Wiedziała, że ich nie znajdzie. Wiedziała, lecz jej podświadomość broniła się przed dopuszczeniem tej myśli do jej umysłu. To nie miało sensu. Była skazana na klęskę. Cały klan szukał Kawczego Serca i Płotkowej Łapy złożonymi patrolami, przetrząsając każdy znany im skrawek terenu, a wracał z pustymi łapami. Nie było żadnej dobrej wieści, jedynie same rozczarowane raporty powtarzające jeden wyrok. Być może dryfowały już po powierzchni Srebrnej Skóry. Być może skrywały się gdzieś w puszczach, jakich klany nie odkryły. A może wędrowały tam, gdzie nie sięgało nawet oko Gwiezdnych. Gdziekolwiek Kawka i Płotka były, były daleko. Prawdopodobnie tak, że żaden nocniak już nie miał szansy na ponowne ich spotkanie.
A jednak ta iskierka nadziei w obolałym sercu Kazarkowej Śpiewki, mimo zimna i deszczu, tliła się jeszcze dogasającym światełkiem. Co, jeśli to wszystko to tylko zły, trapiący sen? Może jeśli sprawdzi wszystkie miejsca znane jej łapom, w końcu odnajdzie jakiś ślad? Co, gdyby oczywiste wskazówki uciekały im zaraz sprzed nosa, wystarczyło tylko powęszyć chwilę dłużej, by je zauważyć? A może byli już o krok od prawdy, a wycofując się, właśnie tracili swą jedyną szansę?
Lecz jej nie było. Tak samo, jak nie było Kawczego Serca. Kazarka nie potrafiła tego jednak zaakceptować. Dlaczego mogła uciec? Czekoladowej zdawało się, że jej matka była tu szczęśliwa. Miała przyjaciół, rodzinę, piękny klan. Czego musiała pragnąć, skoro w jednej chwili ot, tak wszystko zostawiła? Co wołało ją z oddali tak głośno, że postanowiła podążyć za tym wyciem?
— A co jeśli je porwano? — wyszeptała nagle, stając nieruchomo w miejscu, jakby pogrążona w transie. Nie spojrzała nawet na swojego towarzysza, który za to zwrócił ku niej wzrok z wyraźnym zdziwieniem.
— Przepraszam?
— Porwali je. Zabrali wbrew ich woli — mówiła, wypychając szept z warg z niepokojem. Piórolotek wahał się nad odpowiedzią, zanim nie podszedł bliżej, próbując uspokoić wojowniczkę:
— Nie wydaje mi się. Porywacz zostawiłby ślady, a w powietrzu został jedynie słaby zapach Kawki i Płotki. Skacząca Cyranka nie przekazała ci pożegnania? — kocur położył końcówkę swego puszystego ogona przy końcu jej grzbietu. — Proszę, usiądź.
Kazarkowa Śpiewka wykonała polecenie, ale zacisnęła zęby, nie przestając wpatrywać się tępo w przestrzeń.
— Ślady rozmyły się z deszczem. A może... Płotkowa Łapa ją porwała... Nie, nie, nie, nie! — zaczęła kręcić głową, zdając sobie sprawę, jak durnie brzmią jej własne słowa. — Nie, to nie ma sensu. Tu nic nie ma sensu! Co się mogło z nimi stać? Nikt nie stwierdza w uderzenie serca, że tak sobie odejdzie na zawsze! — prychała, kręcąc ogonem na boki, zanim nie skuliła się w małą, bezbronną kulkę, milknąc na kilka długich chwil.
Pauza.
Piórolotkowy Trzepot wyglądał, jakby poszukiwał słów, których nie potrafił znaleźć.
— Jak matka może tak po prostu zostawić swoje dzieci? — bąknęła słabo.
Nawet natura wokół nich ucichła. Podmuchy wiatru w przeciągu uderzenia serca przestały smagać zroszone źdźbła traw, a każde kryjące się w śniegu zwierzę nagle zastygło w miejscu.
Dopiero opadające delikatnie na jej wyziębioną skórę krople mżawki przerwały ciszę, spływając między kosmykami jej futra, po grzbiecie nosa, między uszami. Kazarkowa Śpiewka podniosła się z ziemi, otrząsając się z deszczówki, jaką nasiąkała jej sierść.
— Wiem, Kazarkowa Śpiewko, że to trudne... — gubił się Piórolotek, nie wiedząc, co powinien był powiedzieć, zanim nie został uciszony.
— Nie, nieważne — Kazarka miauknęła smętnie, kręcąc głową, jak gdyby łącznie z wodą próbowała pozbyć się swoich myśli. — Wszystko jest dobrze. To po prostu... takie tam — próbowała się zaśmiać. — To tylko... o kurczę... jest naprawdę trudne — mówiła, próbując powstrzymać napływające jej do oczu łzy, lecz bezskutecznie. Jej głos, przed chwilą pełen żalu i wyrzutów, stał się teraz delikatny i łamliwy, jak gałązka małego, wiosennego drzewka. W miejsce otartych łez zaraz spływały zaraz nowe, nie pozwalając kotce na przeskoczenie do innego tematu.
— Spokojnie — odparł, gładząc grzbiet kotki ogonem.
— Wiem, że ty też... właściwie... nie miałeś nigdy mamy — przerywała, robiąc sobie przerwy na pociąganie nosem. — Nie wiem, serio nie wiem, co bym zrobiła bez Kawczego Serca w żłobku. Właściwie ty też, przecież Kawka również się tobą opiekowała. Była najlepszą mamą, jaką tylko mogłam sobie wymarzyć — mówiła, choć kłuło ją to w serce. — I również nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego rodzeństwa. Cyranka i Krakwek... Och — zamilkła na chwilę, kiedy przypomniała jej się Morska Łapa i jej własne zaginięcie. To było już tak dawno, że zdążyła zapomnieć, że nie była w swoich przeżyciach wcale tak samotna. — Nie wiem, co musiałeś poczuć, jak zniknęła Morze. To też jest obłęd, nie sądzisz? Potrafisz zasnąć obok kogoś i mruknąć „dobranoc” zupełnie nieświadom, że to jest ostatnia rzecz, jaką do tego kogoś powiesz. Kiedy zmarł Krakwek, nie wiedziałam, co zrobić. To było takie nagłe. Jesteś, nie ma cię... To przerażające. Bawisz się w berka, zbierasz uchachany kwiatki, a parę wschodów później po kocie jest tylko zimny nieboszczyk, którego widzisz na środku obozu... Nawet nie wiem, czy nie wolałabym, żeby to się stało z Kawczym Sercem — przerwała na krótki moment. — To brzmi źle, ale tak to wiedziałam prawie wszystko o Krakwim Skrzydle. Ba, wiedziałam nawet, co go zabrało. I wiem, gdzie jest — skierowała oczy ku Srebrnej Skórze, choć była przysłonięta szarymi chmurami, z których kapał na nią deszcz. — O mamie nic nie wiem. Gdzieś jest, no ale gdzie? Robi coś, ale co? Podjęła taką decyzję, ale dlaczego? — wyrzucała swoje żale, zasypując Piórolotkowy Trzepot ogromem posklejanych wyrazów, jakie brzmiały na nią zbyt poważnie. Nie wiedziała, co się z nią stało. To zaginięcie otworzyło w niej coś dziwnego, czego nie chciała poznać. Chciała wrócić do beztroskiego, radosnego bycia sobą. — Na Klan Gwiazd, haha, rozgadałam się trochę, co nie? Chyba... chyba mi tego wystarczy. Możemy wrócić do obozu — Z uśmiechem na pysku otarła łapą łzy i, ponownie, prędko zastąpiły je następne. Nie była pewna, czy chciała, by kocur w ciszy spełnił jej prośbę, czy ją pocieszył. Gdyby mogła, przesunęłaby się już do następnego wschodu słońca, by móc zapomnieć o wszystkim, co się tego dnia stało. Nie czuła się dobrze. Nie czuła się do końca Kazarką. A na to wszystko, co spadło na jej szerokie barki, nie była wcale przygotowana.

<Piórolotek?>

21 czerwca 2024

Od Piórolotkowego Trzepotu CD. Kazarkowej Łapy (Kazarkowej Śpiewki)

 - Mmh, tak, rzeczywiście mysi bobek z niej - rzucił Lotek ze zniechęceniem, który pomimo zrozumienia kontekstu wypowiedzi kotki, postanowił zrzucić winę na ptaka, który to wymknął mu się spomiędzy łap. - I jak parszywie się teraz na nas patrzy, widzisz te jego wredne ślepia? - zagaił dalej, drgając ogonem i patrząc wyzywająco w stronę zadowolonej z siebie zwierzyny - Chodź, może uda nam się dokonać zemsty na jego towarzyszach - dorzucił żartem pocieszająco, kładąc na moment ogon na grzbiecie Kazarki. To nie był koniec świata! Nawet, jeśli poczuł jakiś zawód i złość, że się nie udało, ale były z tego pozytywy! Z perspektywy ptaka, właśnie uniknął beznadziejnej śmierci z łap oprawców. 

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

Siedział u medyka, czując się... nie specjalnie. Otoczenie mu nie pasowało, nie pasowała mu też uczennica medyczki która tam siedziała. Nie podobało mu się, jak potraktowano Topika. I czemu to ona teraz tutaj siedziała? Bo była wysoko urodzona, z czarną sierścią na grzbiecie? Narastające poczucie niesprawiedliwości które zaczynało się szerzyć w Klanie Nocy było wręcz przygnębiające, tworzące na tyle mocną presję, że tuż obok niej zaczęła się rodzić chęć buntu. Miał już styczność z Biedronkowym Polem, Kruczym Szponem, Makowym Polem, a teraz zdawało się, że ta nieprzyjemna, dusząca atmosfera rozchodziła się z większym impetem. Za chwilę w ogóle wszystkie czekoladowe koty poznikają, bo są czekoladowe, są kocurami, a ich największym grzechem było urodzenie się. Frustracja. Pojawiała się frustracja, od której zbierało się jedynie na płacz, a którego usilnie w sobie dusił, siedząc w milczeniu i czekając na podanie ziół, próbując wtopić się w otoczenie. Płotkowa Łapa zaginęła, nawet jej się nie dziwił, przecież widać było, co się dzieje w klanie. Ale nie rozumiał, czemu zniknęła również Kawcze Serce. Coraz bardziej i bardziej czuł, jak w jego życiu przejmuje władzę samotność, bez większego, bardziej znanego mu powodu. I jeśli się tak zastanowić, to została mu tylko Karaś. Nie miał już po co odwiedzać żłobka, nie chciał podchodzić by zagadać do losowych kotów, ostatnio co prawda pojawiły się i to dość ciekawe, jednak obawiał się, że były zbyt młode, by znaleźć odpowiedni wspólny język. I nie byli tymi, którzy odeszli, a nie chciał próbować ich zastąpić. Zdawał sobie sprawę, że byłby to zły pomysł, doszukiwanie się czegoś w innym kocie, bez ustanku widząc w nim kogoś, kogo nie ma już w klanie. Jakiś czas temu pojawiła się obok niego Kazarkowa Śpiewka, jednak niezbyt zwrócił na nią uwagę, zatopiony we własnym świecie, patrząc intensywnie w swoje łapy, aż do momentu, w którym podeszła Różana Łapa z odpowiednimi ziołami, zaraz potem badając siedzącą obok niego córkę Kawki, skarżącą się na problemy z uchem. Przeżuł zioła, podziękował za leczenie, po czym wyszedł z legowiska medyka, odbijając swoje łapy na śniegu wymieszanym z deszczem, pozostawiając błotne rysy. Niby czekoladowe koty mają kojarzyć się z błotem, ale czy błoto to nie jest praktycznie ziemia, dzięki której mamy pożywienie? Logika narzucona przez Sroczą Gwiazdę nie miała sensu, nie brała pod uwagę realiów a jedynie swoje własne przekonania, które nijak miały się z rzeczywistością. Uniósł wzrok na Poranny Ferwor z Ryjówkowym Urokiem, którzy również kierowali się do legowiska medyka i jak zgadywał, mieli poważniejsze problemy od jego odwodnienia, patrząc na stan, w jakim się znajdowali. Stał tak jeszcze przez chwilę w deszczu, pozwalając, by śniegowa papka oblepiała mu futro, sprawiając, że powtykane w jego futro ozdoby opadały w smutnym grymasie, powoli tracąc przyczepność, aż wreszcie skierował się poza obóz, wcześniej chwytając w zęby jego z białych piórek, które trzymał w legowisku. Potrzebował iść odwiedzić kilka kotów by poczuć, że nie jest sam. Nawet, jeśli nie byli już w stanie mu odpowiedzieć. 

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

- Hej, jak tam - podreptał do boku Kazarkowej Śpiewki, która właśnie przemierzała granice. Nie musiał nadać większego kontekstu dla swojego pytania, oboje doskonale wiedzieli, o co chodziło. 
- Ślady prawie całkowicie się zatarły - stwierdziła bezbarwnym głosem, powodując u Lotka ścisk w sercu. To nieprzyjemne uczucie, kiedy nadzieje nagle spadają, powodując, że wszystkie mięśnie jakby spadły w dół. Oparł się o kotkę przez chwilę bokiem na pocieszenie, chociaż wiedział, że niewiele to da. Już sam fakt, że był przy jej rozmiarze jak mały puszek, sprawiała, że tracił poczucie umiejętności przekazania jakiegokolwiek wsparcia. Czuł się mały. Utrata brata już była wystarczająca, teraz, zniknęła też jej matka. Widocznie na wszystkie bliskie mu koty spadła jakaś klątwa, dogłębnie ich dotykając. 
- ...Nic się nie zmienia na lepsze - rzucił jak na dobitkę, mrucząc pod nosem. - Chcesz jeszcze poszukać dalej? Możemy wyjść trochę poza wasz zakres - zaproponował w końcu. 

<Kazarka?>


Wyleczeni: Piórolotkowy Trzepot, Kazarkowa Śpiewka, Poranny Ferwor, Ryjówkowy Urok

25 marca 2024

Od Kazarki (Kazarkowej Łapy) CD. Piórolotkowej Łapy (Piórolotkowego Trzepotu)

Skrzywiła się, kiedy Piórolotek zaczął narzekać na jej próbę zjedzenia "świętego drzewa", jednak mało się to liczyło po chwili, ponieważ o tym zapomniała, kiedy ten skończył zdanie.
— Patyczki? Umiem szukać patyczków. Kawcze Serce wiecznie powtarza, że zbieram futrem każdy liść i każdy kamyk, więc patyki... poczekaj... — mruknęła, wyginając się, jakby chciała przylizać sobie sierść na barku. Zamiast tego jednak szperała w kosmykach zębami, aż natrafiła na wetknięty między nie, chropowaty przedmiot. Pochwyciła go i upuściła przed kocurem, z uśmiechem od ucha do ucha. Kocur spojrzał najpierw na niego, potem na kotkę, z powrotem na niego, z wymalowanym na twarzy zdziwieniem. Może lękiem?
— Doceniam chęci, ale to wygląda mi na... żuka — powiedział wolno, bacznie przyglądając się stworzeniu, jak gdyby to co najmniej miało lada chwila wybuchnąć. Zamiast tego przeszło kocięcy krok i wzbiło się w powietrze, odlatując i znikając w zaroślach obozu. Piórolotkowa Łapa raz jeszcze popatrzył na czekoladową dziwnie, ale Kazarka wzruszyła jedynie ramionami.
— Mógł być elementem twojego boru. Co to za las bez owadów? — zapytała, figlarnie przewracając oczami. Przecież wystarczy pomyśleć, zamiast patrzyć się na nią jak sroka na świecidełko. — Chociaż w takim razie to twojemu lasowi przydałyby się też liście, grzyby, ptaki, z dwie dżdżownice... A ty tylko o patykach...
— To... — Kocur był już lekko zdezorientowany. — Chcesz ze mną go budować?
— CHCĘ! — wrzasnęła bez namysłu, tak samo szybko rzucając się w gąszcz. — Znajdę patyki! Ty szukaj tych sumów, sumaków! — miauknęła jeszcze, zanim zatopiła się w podszyciu, na misji poszukiwania patyków.

***

pora opadających liści
Las zdawał się być na krótki moment spokojnym miejscem. Kazarkowa Łapa przyglądała się chudej topoli, która lekko kołysała się w lewo i prawo, wraz z harmonijnym szelestem jej buro-brązowych liści. Wkrótce jednak pień zaczął się uginać pod naciskiem dmuchającego z każdą kolejną minutą mocniej wichru. Jego siła zaczęła zrywać okrywę drzewa, posyłając w niebo dziesiątki liści, z czego parę z nich nie uniknęło spotkania z pyskiem Kazarki. Zdjęła je z niego z grymasem.
— Musimy trenować w taką pogodę? — zapytała z wyczuwalną dozą niechęci w głosie, której jednak albo Księżycowy Blask nie wyczuła, albo ją zupełnie zignorowała, przyzwyczajona już do tego, że Kazarkowa Łapa lubiła sobie czasem ponarzekać. To na ptaki, że za szybkie, to na wodę, że za zimna,  a to na pogodę, że za szara i brzydka. Fakt, kotka była naprawdę pozytywna, ale nie widziała wcale niczego złego w krótkim podzieleniu się swoją już nie tak pozytywną opinią i pójściem dalej. Widząc, że niebieska wojowniczka ani nie drgnęła uchem na jej jęk, z westchnięciem podążyła za nią. Cóż innego jej zostało?
— Zanim pora nagich drzew nadejdzie, musisz nauczyć się pływać. Nie ukrywajmy tego, Kazarko – w wodzie zachowujesz się bardziej jak burzak niż nocniak — parsknęła Księżyc, na co jej podopieczna natychmiast odburknęła:
— Kawcze Serce mówiła, że mam po prostu ciężkie kości — powiedziała z wyrzutem. Dobrze wiedziała, że pływanie nie szło jej najlepiej. A w Klanie Nocy wojownik, który nie potrafił pływać nie był wojownikiem, od tego zacznijmy, a co dopiero dobrym. Czy Kazarce zależało na tym, by być najlepszą? Niespecjalnie. Ale kiedy patrzyła na swoje koleżanki i kolegów, którzy w rzece pląsali jak gdyby nie byli kotami, a rybami, czuła zazdrość. Może nawet i lekki niepokój, że nigdy do nich nie doskoczy.
— Kawcze Serce mówi dużo rzeczy. A ciężkie kości to żadna wymówka. Wskakuj — mruknęła Księżycowy Blask, wskazując pazurem spokojny potok. Szylkretowa nawet nie zauważyła, kiedy się tu znalazły. Przez chwilę kontemplowała, czy naprawdę to wszystko będzie warte wskoczenia do lodowatego zbiornika. Woda była ciemna i niezachęcająca; Kazarce zdawało się, jakby ona sama mówiła jej, że nie chce, by ktokolwiek do niej wchodził. Poczuła jednak już za sobą lekkie popchnięcie Księżyca i odetchnęła zrezygnowała. Początkowo zamoczyła w wodzie same palce, jednak szybko wchodziła głębiej, po brzuch, po pierś. Zatrzęsła się, czując otaczający ją mróz. 
— Broda do góry, chyba że masz skrzela. I głębiej, głębiej proszę wchodzić! Nie będziesz pływać, jeśli twoje łapy zawsze będą trzymały się dna.
— Łatwo ci mówić!
Słowa mentorki nie były motywujące, lecz prawdziwe. Kotka podniosła łeb i odbiła się od twardego mułu, by popłynąć dalej, w głąb rzeki, która była dziwnie spokojna. Nie, żeby Kazarkowa Łapa miała na to marudzić. Zawisnęła w toni, powtarzając w głowie liczby, by pamiętać o równym poruszaniu wszystkimi kończynami. Raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa... Poczuła drganie wody, mówiące o tym, że za nią weszła Księżycowy Blask. 
— Brr... Zimna. No cóż, trzeba się hartować na porę nagich drzew. Przywykłaś?
— Tak mi się wydaje — wymruczała Kazarka. 
— Więc za mną! — kocica wystartowała z miejsca jak makrela, zmuszając swoją uczennicę do niezdarnego pomknięcia... no właśnie, za nią. 
Ku jej własnemu zaskoczeniu, nie topiła się, jak to zwykle jej przychodziło. Właściwie, nie miała nawet za wiele czasu, by o tym myśleć, ponieważ wizja uciekającej jej mentorki i pozostania samej w głębinie była zbyt przerażająca. Łapa za łapą odpychała się, nie raz lądując z nosem czy oczami zalanymi wodą, ale nadal brnęła przed siebie. "Czekaj!", próbowała krzyczeć, ale była pewna, że w gonitwie Księżycowy Blask nawet by jej nie usłyszała. Kocica płynęła daleko przed nią, zdecydowanie z większą gracją, dostojnością i wprawą, ale dla Kazarki liczyło się jedynie to, że poruszała się do przodu, nie tonąc po drodze. Wkrótce nawet i jej grube, pełne siły kości okazały się nie być wcale taką przeszkodą.
Doganiała ją. Wprawdzie nie była pewna, czy to ona była taka szybka, czy może powoli męcząca się wojowniczka powoli zwalniała, ale niezmiennie, przyniosło jej to głód dla ducha rywalizacji. Jeśli ją wyprzedzi, ta już nie będzie mogła powiedzieć że w wodzie jest, be, burzakiem. Zdeterminowana Kazarka wykrzesała z siebie tyle siły, ile tylko mogła, w prędsze ruchy łap i smuklejszą sylwetkę, by pokonywać opór wody. Kotka już mogłaby podgryzać końcówkę jej ogona, gdy...
Plusk! Nagle Księżycowy Blask odwróciła się, by łapami siarczyście uderzyć o dotąd w miarę spokojnę taflę, wzburzając falę, przed którą czekoladowa nie miała jak uciec. Spanikowana poddała się rzece. Gdy wojowniczka śmiała się, zadowolona ze swojego figla, Kazarkowa Łapa właśnie łapała głośno hausty powietrza, wynurzając się z topieli. Chciała coś powiedzieć Księżyc, i to sporo, ale była na to zbyt zmęczona. Dobiła do kamienia przy brzegu, na który się wdrapała i na którym położyła się plackiem, dysząc. Widząc to, niebieska również wyszła z wody i wskoczyła na skałę, otrzepując się z wody, czego Kazarka nie zdążyła zrobić. Patrzyła na stojącą przed nią kocicę z dołu.
— Widzisz! Praktyka czyni mistrza! — potargała mokre pasma sierści na głowie szylkretki. Usiadła przy niej, przyglądając się i nie mogąc także powstrzymać delikatnego śmiechu. — Widzisz, że nie jest tak źle? Parę lekcji i drugich takich plusków, a nawet nie zauważysz, kiedy będziesz śmigać z jednego brzegu do drugiego brzegu w uderzenie...
Gdzieś po piątym słowie już uczennica przestała jej słuchać. Patrzyła się tylko na jej rozluźniające się łapy i sylwetkę. Teraz... Teraz jest dobry moment. Nagle, kiedy ta jeszcze coś mówiła, zdecydowanie bardzo ważnego, o rzece, pływaniu i jej beztalenciu bez ostrzeżenia Kazarkowa Łapa wystrzeliła łapami przed siebie, spychając ze śliskiego kamienia piszczącą jak kocię wojowniczkę. Kotka słyszała tylko, jak Księżycowy Blask w wściekłym amoku woła jej imię, obiecując sprzątanie legowiska Trzcinowej Sadzawki przez następny księżyc i wymienianie mchu w jej osobistym posłaniu. Z łagodnym uśmiechem obserwowała, jak kotka spływa w dół rzeki, aż i to przestało ją interesować i umościła się wygodnie na twardym podłożu. W myślach odliczała sekundy, aż mentorka nie przybiegnie, aby ją okrzyczeć za durne i ryzykowne działanie. Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem...

***

Wiatr śpiewał im złowrogą pieśń, gdy podążali brzegiem morza, szukając wzrokiem zdobyczy. Latało tam wprawdzie parę mew, ale to wymagało umiejętności i cierpliwości do upolowania jednej. Żadnego z tych dwóch kryteriów Kazarkowa Łapa nie spełniała. Obserwowała jednak wygłodniałym wzrokiem skrzydlate, marząc tylko o wgryzieniu się w jednego. Nawet pomimo, że jeszcze parę księżyców temu nienawidziła i odmawiała spożycia każdego ptaka. Teraz nie miało to dla niej tak dużego znaczenia. Długi czas minął od czasu, kiedy zjadła zdobycz, która by ją całkiem nasyciła – nie była jednak jedyna, każdy w Klanie Nocy (i przypuszczała, że i poza jego granicami) przymierał głodem. 
— Gdyby tylko wpadła mi w łapy... och, Klanie Gwiazdy... — wyszeptała swoje myśli, nie zdając sobie nawet z tego sprawy.
— Chcesz spróbować ze mną? — zapytał Piórolotkowy Trzepot, na co zamrugała zdziwiona, aż nie zrozumiała, że powiedziała tamtą rzecz na głos. Zrumieniała z lekkiego wstydu (w końcu w tej grobowej ciszy każdy musiał usłyszeć jej marzenia), ale kocur nie musiał pytać się jej dwa razy.
— Pewnie — mruknęła, po czym dopiero dotarło do niej, że właściwie w polowaniu na ptaki też jej nie idzie najlepiej. Point jednak już się skradał do zwierzyny, a dokładniej do jednej ze śmieszek leżącej na ośnieżonym piasku. — Mogę pójść od tyłu i ją zagonić — zaproponowała, nie widząc lepszego pomysłu na jej przydatność.
— Dobrze — zgodził się Piórolotek, przytakując także głową. — Tylko cicho.
— Na mnie możesz polegać — wyszeptała śmiele i poczęła, stawiając wolno kroki otaczać nieświadomą niczego śmieszkę. Zwracała uwagę na to, by ostrożnie kłaść na śniegu swoje masywne, zwykle głośne łapy. Mewa była jednak w jej własnym świecie.
Pewna siebie Kazarkowa Łapa podchodziła bliżej. Znajdowała się już po przeciwległej stronie wojownika, zniżając swoje ciało do łowieckiej pozycji, gdy zaszurała pazurem. Ptak natychmiast, jakby wybudzony z drzemki otworzył ślepia i wzbił się w powietrze. Piórolotkowy Trzepot próbował dobiec i doskoczyć do śmieszki, jednak ta tylko zaśmiała się mu prosto w pysk, odlatując o kolejną odległość drzewa od nich, za czym podążyły inne w okolicy. Kazarkowa Łapa czuła się głupio, szczególnie, że obserwowali to z góry Pchli Nos i Spieniony Nurt. Była przekonana, że wojownicy śmieją się z niej, nawet jeśli nie otwarcie, to chociażby w duszy. Usiadła na śniegu i pokręciła głową.
— Ugh, ty mysi bobku! — fuknęła w stronę samej siebie, uważając, że powiedziała to o wiele ciszej niż w rzeczywistości.

<Piórolotkowy Trzepocie?>

[1596 słów; nauka pływania]
[przyznano 32% + 5%]
 

10 grudnia 2023

Od Piórolotkowej Łapy do Kazarki

 Zdobył po dzisiejszym treningu dwie rzeczy. Guza i śmieszny patyk. Dlaczego śmieszny? Bo obrośnięty! Drzewo wyglądało na całkiem suche, dokładniej to zbiór drzew iglastych, których gałązki kruszyły się od mocniejszego nacisku. Jednak nie to go interesowało, a śmieszny narost, który występował na tych gałązkach. Taki miętowy, szary, jakby grzyb. Dowiedział się, że nazywa się go pustułką. Nie miał pojęcia czemu ktoś wpadł na pomysł, by nazwać grzyba naroślowego jak ptaka, ale niezbyt długo się nad tym zastanawiał. Ważne, że podobał mu się kształt, kolor i fakt, że wyglądało śmiesznie. Niemniej nie trzymał patyka bezpośrednio za gałązkę (na końcu nie miała narośli, więc śmiało można by było ją tam złapać), a przez wcześniej zebranego liścia. Jakoś już po dotyku mógł stwierdzić, że nie ma ochoty mieć zmiętej sensoryki po dotknięciu tego suchego czegoś pyszczkiem. Dopiero w obozie siadł, położył patyczek na ziemi i zaczął myśleć, co by z nim zrobić. Wyglądał ładnie, więc jakby powbijał wszystkie takie obrośnięte kawałki w ziemię i udawał, że to zaczarowany las? Albo dał jeden na środek i zwykłe dookoła, żeby ten jeden był jakimś specjalnym drzewkiem, chronionym przez resztę wielkiego, starożytnego boru? Tylko czy jemu się chciało robić to samemu? Niezbyt by mu to przeszkadzało, fakt, szczególnie, że nie widział jakoś specjalnie nikogo, kto by był skłonny do pomocy… chociaż? Mignął mu gdzieś mały kształt, który to wyraźnie próbował wyjść ze żłobka i jak się okazało, próby te nie były całkiem marne, bowiem zaraz potem opuścił linię ostatnich sumaków, widocznie chcąc iść gdzieś dalej. 
- Hej, hej, psst - Piórolotek spróbował zwrócić na siebie uwagę kotki, lekko przycupnięty przy ziemi, ściszonym głosem - Chcesz ze mną zbudować teren mistycznego boru? 
- Tak! - padła zaraz odpowiedź, chyba nawet bez większego namysłu, na co Lotek się lekko rozpromienił. 
- Dobra, to słuchaj, pokażę ci nasze specjalne drzewo. Będzie ono centrum naszego boru - tu się obrócił, by zaprowadzić kotkę lekko na bok, nadal szepcząc, po czym wskazał dumnie na porost - To jest najważniejsze drzewo matka - przedstawił. 
- Oooo, a po co szepczemy? Mogę to zjeść? - Spytało kocię, również schodząc do cichszego tonu. 
- Nie możemy mówić głośno, bo możemy wystraszyć duszki które- Ej, NIE, zostaw - Przerwał swoją wypowiedź, gdyż szylkretka zamiast siedzieć w miejscu, wyraźnie nie czekając na odpowiedź skierowała się w stronę patyczka. Wstał więc, wyciągając łapę by zatamować jej ruch. Chociaż, może nie chciała tego wcale zjeść? Może to po prostu mylne połączenie kropek przez Piórolotka? - Nie można jeść świętych drzew! - Obruszył się jakby lekko zrezygnowany, zapominając o szepcie, przez co kotka uniosła na niego wzrok. 
- Teraz już na pewno się przestraszyły - powiedziała cichszym tonem - Tym śmiesznym falbankom wyrosną nóżki i uciekną. 
- Bo chciałaś je zjeść. Też bym uciekł na ich miejscu! Ale bez dodatkowych nóżek… Nie chcę kolejnych - mruknął niemrawo, odkładając łapę na ziemię, tym samym znosząc blokadę Kazarki. - Musimy znaleźć normalne patyczki i je powtykać - poinstruował, mając w głowie już plan. Ten z całym mistycznym lasem wykluczył, w końcu kocięta nie mogą wychodzić poza obóz, by poszukać specjalnych porostów - Albo użyć liści sumaka, wtedy będzie bardziej kolorowo.


[496 słów]
<Kazarka?>
[Przyznano 10%]