BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miodek x Piórolotkowy Trzepot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miodek x Piórolotkowy Trzepot. Pokaż wszystkie posty

18 kwietnia 2025

Od Piórolotkowego Trzepotu CD. Miodka

 Jakoś zaraz po znalezieniu się u owocówek

Przez długi czas spał tak właściwie, odpoczywał, nie chcąc wcale mieć kontaktu z rzeczywistością. Dopiero później oczy swe otworzył, czasem zerkając na przechodzące koty, zastanawiając się czasem, co robią, lub co się z nim stanie. Tym razem jednak, skupił się na czym innym.
Zdziwienie malowało się na jasnej mordce, gdy dojrzał znajome futro coś przy ziołach robiące. Tylko czy to zwid jaki, czy rzeczywiście znał owego osobnika? Zmarszczył czoło, intensywnie się w postać wpatrując. ,,Odwróć się" myślał ,,No, spójrz tutaj, patrz tu" próbował przesłać wiadomość w myślach, chcąc odblokować umiejętność telepatii. Musiał pysk zobaczyć czekoladowego kocura i wtedy pewny dopiero będzie. Nie widział go od tego feralnego dnia, gdy nie mógł znaleźć wyjścia z dziury. Ah, co za wstyd, niemal go na to wspomnienie skręciło. Nadal też pamiętał pożegnanie, kiedy to po krótkim ,,Postaram się nie wpaść w żadne dziury", czy coś w tym rodzaju, niemal się potknął podczas odbiegania w kierunku swoich terenów. Gdyż wtedy też doszła do niego jakaś realizacja, że, hej, to trochę jakby Miodek z nim flirtował? Co? Oh, nie, to coś nowego... Przez to całe zamyślenie niemal wtedy się nie potknął i nie wywalił o trawy, kończąc chwilę później przy jakimś drzewie o które oparł czoło i trwał przez jakąś chwilę, próbując zrozumieć co zaszło. I tak potem czasem jeszcze Miodka przywoływał w pamięci, analizował, próbował ustalić, a teraz owa zjawa która czasem go w snach nawiedzała jeszcze, by przekazać chociażby jakąś losową nowinkę czy bezsensowną informację, właśnie stała przed nim. A tak przynajmniej mu się zdawało... I wtedy, właśnie wtedy, komunikacja zadziałała! W stronę jego ślepia złote się skierowały, dzięki czemu niepewność pointa wyparowała. 
- Oh! Czyżby Panicz się obudził? Jakże miło! Co za niesamowity zbieg okoliczności, nieprawdaż? Los musi być niezwykle figlarny, że też skrzyżował po raz kolejny nasze drogi i to tutaj w Owocowym Lesie - zaśmiał się perliście kolega, który okazał się nie być halucynacją i odstawił na bok układane ziółka. Zbliżył się o kilka kroków do leżącego kocura i przysiadł. - No, no... Co masz mi do opowiedzenia?
- Hej Miodku - przywitał się najpierw, z ulgą na pysku i w głosie, machając krótko i subtelnie ogonem na powitanie. Jakoś tak się cieplej na sercu zrobiło, widząc znajomą mordkę, która nie była Mirabelką. Z jakiegoś powodu obawiał się reakcji koleżanki na jego obecność tutaj. - Chyba nic szczególnie ciekawego, obawiam się. - tu zerknął na swoją połamaną nogę nie mogąc powstrzymać dreszczu jaki przeleciał mu przez ciało. Nie miał też ochoty wspominać o nawiedzających go zmarłych, a przynajmniej nie teraz - Ale może u ciebie będzie bardziej wesoło, w końcu nie byliśmy obaj w Klanie Klifu.
- Iście trafne spostrzeżenie, nie byliśmy. - Przymknął ślepia i próbował nie wpatrywać się w oplecioną liśćmi i patykami łapę kocura. To by było nieeleganckie... - No co ja ci mogę powiedzieć... Ugodził mnie różany kolec miłości... Przyfrunąłem ja, czekoladowy gołąbek, do mojej błękitnej ptaszynki. No i teraz jestem tutaj... Uwiliśmy sobie gniazdko. Jest faktycznie całkiem miło i przyjemnie... Znacznie lepiej niż w Klanie Klifu, który zostawiłem zaraz po... Ekhem... Incydencie liderobójczym... -  Podrapał się po brodzie pazurem.
- Liderobójczym? - Lotek zdziwił się nieco - Znaczy, Srokoszowy nie umarł ze starości? A by pasowało tak bardzo, w końcu młody nie był. A, no i gratuluję? Kogo tu sobie znalazłeś? - Coś ukłuło go w serduszko, gdzieś na dnie... a może się po prostu zapowietrzył. Tylko z jakiego to powodu było? 
- Oh... Czyli reszta klanów nie do końca wie co się podziało u nas... Może to i lepiej. Tak w sumie to my sami nie wiedzieliśmy, kto był odpowiedzialny za to zamieszanie. Ale może to później, bo kogo obchodzi ten staruszek. Nie mówmy już o nim, porozmawiajmy o mnie! - powiedział entuzjastycznie - No więc... Mam teraz swoją ukochaną-najsłodszą, najjaśniej skrzącą się Panienkę Migotkę. Być może kojarzysz ją, bo trudno by było nie dostrzec tak przeuroczej, przemiłej i przekrasnej mordeczki, albo jej rodzinkę, do której idealnie się wpasowałem, nie powiem, Mirabelkę lub Malinka?
- Migotkę - powtórzył. Jakby pamiętał to imię, jednak nie był do końca pewny. Dopiero zaświeciło mu bardziej w głowie, gdy wspomniano o Mirabelce - A-AAAAaaah! Znam! Znam, znam! O rany, to siostra mojej koleżanki, mieliśmy się nawet kiedyś zgadać tak o, ale nie wyszło - przyznał - Ale się śmiesznie złożyło, co? Koniec końców wszystkich znalazłem tutaj. 
- Może to znak, że w końcu wszyscy jesteśmy w odpowiednim miejscu? - czekolad zasugerował gładkim głosem. Spojrzał za siebie, zatrzymując się na spokojnie kroczących kotach. - Wiesz... Nawet jeszcze podczas naszego pierwszego spotkania, chociaż było to tak dawno temu, nie sądziłbym, że uda mi się tak gdzieś ustatkować. U mnie wszystko przeszło bez większych problemów, ale coś sądzę że...  U ciebie nie obyło się bez... Incydentów... - powiedział i spojrzał z ukosa na połamaną nogę przyjaciela.
- Byłoby fajnie - przyznał, nie ukrywając swojej niepewności odnośnie przyszłości. W końcu znalazł się w zupełnie nowym, obcym środowisku, pozbawiony umiejętności zapoznawania się z obcymi. Co zrobić? Na ostatnie zdanie wypowiedziane przez Miodka, uśmiechnął się krzywo - Przynajmniej żyję, co? Chociaż tak szczerze, to przez jakiś czas myślałem, że umarłem. Znaczy, gdyby nie ból. Mam tylko nadzieję, że nie będzie z tego powodu kłopotów. Ty miałeś jakieś? Wiesz, wolałbym wiedzieć, czego się spodziewać, aaaah, nie mam za wiele do zaoferowania Owocniakom, mogę co najwyżej nauczyć ich łowienia ryb... są tu ryby? - Przekrzywił główkę w niepewności. No i czy dałby radę z tą nogą tak w wodzie...? W jakimś jeziorku na pewno, ale z silniejszym prądem mógłby być problem. 
- Są niesamowicie sympatyczni! Nie musisz się o nic martwić. Zwłaszcza, że powiedziałeś, że znasz się z Mirabelką; musi mieć jakieś niesamowite umiejętności znajdowania przybłęd, bo ja też na nią natknąłem się jako pierwszy, i gdyby nie jej... Łagodne potraktowanie, chociaż wyglądałem jak ubłocony potwór zza rzeki, to wszystko mogłoby się potoczyć dość nieciekawie. Chociaż szczerze... Wolałbym już przestać być uczniem - zaśmiał się - Wiesz... Już w Klanie Klifu, jako dorosły kocur, byłem uczniem i dzieliłem legowisko z kotami o połowę ode mnie młodszymi, a teraz... Dzielę legowisko ze swoimi dziećmi. Przynajmniej mogę je mieć na oku... A jest czego pilnować... A co do ryb... Nie mam pojęcia, jeśli pamiętasz, ja staram się unikać wody, ale przez rzekę musiałem się przeprawić, więc myślę, że coś na pewno tam mieszka... A być może uda ci się odkryć jakieś jabłoniowe pstrągi, które żyją na drzewach? To by było coś... Chociaż... Czy będziesz w stanie pływać w takim stanie? To może być niebezpieczne, zwłaszcza że tutejsza pomoc medyczna... Nie jest dokładnie taka jak w innych klanach. To bardziej... Ochotnicza Straż Medyczna, sam dużo pomagam...
- Ciało w wodzie jest o wiele lżejsze, więc raczej nie powinno być źle. Znaczy, tak myślę, jestem ciekawy, chociaż wolałbym nie wchodzić do jakiejś szybkiej rzeki, wiesz, prąd i te sprawy, jeszcze by mnie znów zniosło na tereny Klanu Nocy - rzucił pół żartem, uśmiechając się na komentarz o ochotniczych medykach, jednocześnie gdzieś z tyłu głowy czując zmartwienie. Oj, sporo kotów musiało mieć tu jakąś wiedzę podstawową o ziołach - Ale takie powietrzne ryby, ciekawe czy pachniałyby jabłkami. Na pewno byłyby śliczne z wyglądu. A, no i nie masz się co łamać, pewnie też bym do ciebie dołączył w legowisku uczniów, jeśli Sówka nie uzna, że po złożeniu nogi mam radzić sobie sam... chociaż już zamieniliśmy kilka słów, ma przyjść jeszcze potem.
- Panienka Sówka jest bardzo sympatyczna, myślę, że nie wyrzuciłaby cię na zbity pysk. Nawet jeśli, myślę, że mógłbyś skryć się w jakiejś lisiej norze; przynosiłbym ci zaskrońce i ryjówki. - zażartował. -  Ale spokojnie, na pewno wszystko się ułoży. Z tego co wiem... Znaczy, ja to wiem, moja córka się na niego szkoli, ale istnieje tutaj pozycja stróża. Nie do końca wiem jakie są jego zadania, ale ta ścieżka szkolenia została nam zaproponowana przez Sówkę z uwagi na jej... Wiotkie zdrowie... Nie mówię, że tobie, drogi Piórolotku, nie uda się pełnić roli wojownika, ale zawsze są... Mniej wymagające i obciążające zajęcia.
- Myślę, że dobrze by mi zrobiło takie, hm, stróżowanie - mruknął, wcale nie urażony. Z resztą, nie pałał chęcią wrócenia do wojowniczego życia, a będąc całkiem szczerym, najchętniej by się położył i zwyczajnie wsiąkł w ziemię. Był zbyt zmęczony, by kontynuować wcześniejszą drogę i mieć potem styczność z tym, co dotknęło go przy ataku lisów - O ile nie trzeba się bić. Bo nie trzeba, prawda?
- Och nie, nie! Nic z tych rzeczy. Przynajmniej nie na co dzień, tak myślę... Musiałbym się dowiedzieć, albo mógłbym przyprowadzić moją Kruszynkę; ona by na pewno wszystko ci opowiedziało! - zapewnił, uśmiechając się entuzjastycznie - Czasami sobie podglądam, co robi wraz ze swoim mentorem i głównie doglądają obozu. O! Koty, które cię doglądają, moi przemili przyjaciele Puma i właśnie Orzeszek, który nauczy mi córeczkę, mają poboczne obowiązki i pomagają Pani Świergot z chorymi. Może pisanym byłoby tobie zostać medykiem, co ty na to? - Piórolotek nie mógł ukryć rozbawienia. Z gardła kocura wydobyło się więc powątpiewające prychnięcie, poparte kręceniem głowy. 
 - W tym wieku mogę co najwyżej nauczyć cię na pamięć zbioru ziół na bolące kości. I tyle stresu i obowiązków, eh, to nie dla mnie. Chociaż z tą nogą nie zaszaleję. Dobrze mi jako niewidzialna muszka, a swojej rodziny też nie musisz borykać jeśli nie chcą... wiesz, zajęcia mają własne i tak dalej... Chociaż z drugiej strony, fajnie by było wiedzieć... oj, nie wiem...

<Miodku?>

09 marca 2025

Od Nocnego Kochanka (Miodka) CD. Piórolotkowego Trzepotu

 Dalej bardzo dawno temu 
dosłownie nasze rp jest sprzed 5 miesięcy

Zachował ciszę przez całą historię, która wypływała z jasnej, chociaż spowitej w mroku, mordki. Faktycznie... Nieźle zagmatwane są te ich perypetie w Klanie Nocy; nie spodziewałby się tego, ale jak tak dłużej pomyśleć... Może ten dziki szum wody tak im namieszał w głowach? Kto wie...
— Och... Rozumiem, rozumiem... Nie martw się o nic. My w Klanie Klifu tez raczej nie jesteśmy zadowoleni ze władzy — Wzruszył barkami i przewrócił oczami — Chociaż, w sumie muszę przyznać, że mnie to jakoś nie dotyka specjalnie. Może jestem po prostu bardzo łatwy do przekonania, ale narzekam na Srokoszową Gwiazdę, gdyż mój drogi przyjaciel Judaszowiec jest jego ogromnym przeciwnikiem, a kim ja jestem, aby stać po przeciwnej stronie... — Zamilknął na chwile. Tuptał spokojnie, co jakiś czas rozglądając się ukradkiem; nie chciał, aby Piorolotek poczuł jego zagubienie — Chociaż nie wiem, co u was może być takiego złego... Przepraszam jeśli wykazuje się ogromna niewiedza, ale czy aby na pewno jest aż taka... Zła? — zaśmiał się nerwowo.
— Ma problem do czekoladowych kotów — rzucił krótko — Mój pierwszy przyjaciel, Topikowa Głębina  miał ten kolor futra, oskarżono go o... Uh, morderstwo? Historia na dłuższą opowieść. Nigdy go z zarzutu nie oczyszczono, chyba nawet nie chciano, a wszystko przez wymysły kotki, która przez rozpacz po stracie dziecka, postradała też najwyraźniej zmysły. Gdy jej wnuczka urodziła się z czekoladową sierścią, pozbawiła ją tytułu księżniczki. Wymyśliła nawet historie, które mówią o tym, jak to koty o różnych kolorach futra powstały, a czekoladowe z błot zdradzieckich. To krzywdzące. Bardzo, korzeni się gdzieś wewnątrz... Ona nie wie, jak to jest. Nie wie jakie to uczucie, kiedy jest się dyskryminowanym za coś, na co nie masz wpływu. Gdyby wiedziała, gdybym mógł sprawić, by poczuła. — Westchnął przeciągle — Ze Srokoszem nie jest tak źle. Niemal zawsze na zgromadzeniu zastanawiamy się, czy nie zrobi czegoś śmiesznego.
— No cóż... To faktycznie... Może być ciężkie — Nie czuł się zbyt dobrze. Żołądek zaczynał go boleć, a kiszki skręcały się nieprzyjemnie z natłoku emocji. Nie do końca tego się spodziewał; nie po swojej pięknej, eleganckiej damie — Przykro mi z powodu twojego przyjaciela, to musi być bardzo ciężkie; tak patrzeć jak miesza się jego godność z błotem... Dosłownie. — zamyślił się — Czy myślisz ze Wy, jako członkowie klanu, możecie coś zrobić? Albo czy inne klany mogłyby mieć jakiś wpływ? — zapytał, czując wciąż narastającą w gardle gulę.
— Cóż, byłem z tym u niej wraz z moją uczennicą... Bo było kilka innych spraw też, ale nic z tego nie wyszło — przyznał, po czym lekko się zapowietrzył — Przepraszam, chyba za bardzo się rozgadałem. Mam tak czasem z nerwów, nie przeszkadza to panu?
Pokręcił łbem, chociaż Piórolotek pewnie nawet tego nie dostrzegł.
— Nic z tych rzeczy, możesz mówić, ile uważasz za słuszne. Chyba że masz jakieś ważniejsze rzeczy do roboty — zaśmiał się. Korytarze zaczynały być trochę bardziej znajome, a może nawet jaśniejsze; nie wiedział, czy to kwestia zbliżania się do wyjścia, czy po prostu jego oczy coraz bardziej się przyzwyczajały. — A czy wielu z was tak otwarcie się nie zgadza ze Sroczą Gwiazdą? Chociaż hm... To mogłoby być ciężkie odnaleźć swoich sprzymierzeńców, raczej nikt nie chce się wychylać. Ale to, co mówisz, jest faktycznie straszne... Straszne i bezsensowne... Sam jestem czekoladowy i nigdy bym nie pomyślał, że wyglądałbym lepiej z białym futrem i przykładowo czarnym plackiem na zadku... — zażartował, ale szybko do głowy napłynęła mu kolejna myśl. — A co z dzieciakami? Przecież natury nie oszukasz... Co jeśli takiej pięknej, idealnej i wzorcowej panience i paniczowi urodziłaby się jakaś brązowa kruszynka? — zatroskał się i rzucił krótkie, chociaż wymowne spojrzenie przez bark.
— Pewnie byłaby obarczona mianem jakiejś, nie wiem, klątwy — zgadywał — Przynajmniej to wydaje się najbardziej prawdopodobne. A co do innych kotów, cóż, niektórzy zdają się podzielać jej zdanie, jakby nie mieli własnych umysłów, wiesz, to taka.... Świadomość zbiorowa? Przykro się na to patrzy, to frustrujące! — fuknął w nerwach — Może gdyby mieli przyjaciół, rodzinę o takim futrze, to by coś przebiło ich umysły. Dotarło... Chociaż, hej, to przecież bez sensu, bure koty też wyglądają jak błoto, a bardziej rude jak glina, przecież to, to samo prawie! Jasne, jest różnica, ale nadal... Zresztą, z tego co mi wiadomo, to sumy i wiry w jeziorze bywają bardziej zdradzieckie niż błoto. 
Na wspominkę o wodnych nosicielach destrukcji i śmierci Miodka przeszedł dreszcz. Nocna zguba mówiła mądrze; nie mógł zrozumieć, jak tak oczywiste rzeczy były u jego sąsiadów czymś niepoprawnym i gorszącym... Czy to dlatego Srocza Gwiazda tak go odtrąciła...? 
— Tak... To faktycznie strasznie irracjonalne i nieprzemyślane... — zadumał się. Jakoś tak mu na serduszku siadło to spostrzeżenie... Wolał już, żeby się wstydziła, że może była niepewna, a on wziął ją z zaskoczenia, ale po raz kolejny problemem był on... Najpierw problemem było, że nie był kotką, a teraz, jego kolor futra? Masakra... — A... Może właśnie to jest jakaś myśl. Trzeba mieć nadzieje, że właśnie tych najbardziej uprzedzonych ugodzi, przykładowo, nic nie insynuuje, kolec miłosnej róży, a ich serduszko zabije do czekoladowego lubego lub lubej? — podrzucił nieśmiało.
— Patrząc na coraz większą jednolitość w naszym klanie, jeśli chodzi o kolory, może być ciężko ze znalezieniem legalnego partnera — Uśmiechnął się pod nosem — Chociaż byłoby miło... Tylko czy wtedy nie byłoby to postrzegane jako zdrada...? Pewnie tak. — Jego umysł nagle zaczął łączyć ze sobą wszystkie możliwe wydarzenia, które spowodowane byłyby takim nielegalnym związkiem wraz z konsekwencjami. Smutno wydmuchał przez nos powietrze — Za dużo. 
— Przepraszam, że to powiem, ale życie w waszym klanie musi być... Niezwykle smutne... — Odwrócił się, a coraz to mniejszy mrok, który otaczał postacie, pozwolił mu dostrzec delikatne rysy kota drepczącego za nim. — Skoro nawet miłość uwięziono, skoro nawet serce musi się podporządkowywać głupim zasadom. Co to w takim razie za uczucie, skoro prowadzi je głowa i reguły? — Skry w jego oczach były smutne... Wilgotne.
— Nie musisz mi mówić — Pokręcił głową — Ale dopóki mam tam fajne koty, nie jest wcale tak źle. Wiesz, możesz się wtedy odciąć i ignorować problemy, chociaż nie jesteś w stanie o nich zapomnieć. Szczególnie gdy ci o tym przypominają raz za razem. 
— No tak... Najważniejsze jest mieć jakiekolwiek oparcie. — Uśmiechnął się pod nosem. — Wiesz, w razie czego, nie wiem, jak u ciebie wyglądała sytuacja, ale mnie łapy przyniosły tutaj już jako nieźle wyrośniętego młodziaka, więc wydaję mi się, że zawsze można gdzieś czmychnąć — zażartował, spoglądając po rak kolejny przez grzbiet na Nocniaka. Teraz widział już całkiem wyraźnie, a jasna mordka Lotka wręcz jaśniała na ciemnym tle kamiennych ścian. Miodek musiał przyznać, że jego początkowa omyłka, co do płci tej zagubionej istotki, nie była nieuzasadniona. Nawet teraz kocur wyglądał... Niewieścio. — W Klanie Klifu jest całkiem okej, trochę konfliktów ma miejsce, ale nikogo nie dyskryminujemy, na pewno nie takich migoczących gwiazdeczek, jak ty...
Po pyszczku niebieskookiego przez moment przemknęło zmieszanie i dezorientacja, ale szybko zagościł na nim delikatny uśmiech. Równie prędko znów przemienił się w ponury zawód.
— Cóż, Klan Nocy zdaje się być jedyny w swoim rodzaju... W negatywnym znaczeniu. Ale nie wiem, czy bym mógł go opuścić, mam też tam dobre wspomnienia, wiesz i wciąż żyjących przyjaciół.
— Oczywiście, oczywiście! W takim razie to prawdziwy skarb mieć takiego przyjaciela jak ty! Byłoby ogromną stratą dla twoich przyjaciół, aby cię stracili... — powiedział, rozglądając się prędko na rozdrożu. To były okolice, które znał już bardzo dobrze. — To niesamowite tak sobie pomagać. Nigdy nie zrozumiem takich zapyziałych, niesympatycznych grzybów, co dbają tylko o swój własny ogon! Wiadomo... Mój ogon jest najważniejszy, ale co mi zaszkodzi wyciągnąć pomocną łapę? Nie wiadomo, kiedy to ty będziesz jej potrzebować. A mieć oparcie w swoich kompanach to najwspanialsze z uczuć. Lepszym musi być tylko wylegiwanie się na ciepłym kamieniu... Albo spanie z pyskiem wtulonym w futro ukochanej... Też tak uważasz? — rozmarzył się.
— Hmmm, chyba nie do końca — zamyślił się, ciężkie pytanie tu padło — Co by było lepszym, w bardziej ogólnym znaczeniu, myślę, że komfort. Taki... Spokój. Też tak masz, że czasem gdy jest ciepło i słyszysz szum liści, tęsknisz za tym? Albo dopada cię taka melancholia, myślę, że lepszym byłaby możliwość sięgnięcia po to, znaczy, rozumiesz... — Nie wiedział konkretnie, jak to ubrać w słowa, ani czy się za bardzo nie oddalił od głównego tematu — No i co do tych niesympatycznych kotów, wiesz, też ich nie lubię, ale może niektórzy już swoje przeżyli i zwyczajnie nie chcą nawiązywać relacji, bo się boją, dla przykładu, kolejnej straty, są już zmęczeni. Albo, że zostaną znów oszukani, jak dadzą komuś szansę. Albo, nie wiem, nie potrafią, bo nikt ich nie nauczył? Mimo wszystko myślę, że gorszymi kotami są ta najmniej elastyczne, które nie potrafią zobaczyć ani poczuć nic więcej, niż swój własny kuper, czyli, tak, no.... Chyba się zgadzam?
— Też masz racje. Brak elastyczności to zguba, bo nigdy nie wiadomo, gdzie nas los rzuci. Ja sam nigdy nie spodziewałem się, że znajdę jakąś zgrają kotów, mieszkającą za wodospadem, dzielącą tereny z innymi niby takimi samymi, a tak odmiennymi grupami... No ale cóż, nie narzekam. Było ciężko się przyzwyczaić, ale miło tak nie musieć się martwić o każdy posiłek. — zaśmiał się, kiedy nagle pomarańczowe promienie słońca dotarły do jego ślepiów. —  No spójrz, mój drogi! Jak cię pięknie pokierowałem. Ani kępuszek twojej sierści nie spadł z twojej jaśniejącej główki. Jeszcze tylki kilka kroczków i będziemy mogli kąpać się w blasku zachodzącej, lśniącej tarczy. — zaświergotał niczym poranny wróbelek. Nie czekając na Lotka wyrwał się do przodu, niczym zaskronieć wypełzając na rozjaśnioną, nagrzaną przez cały dzień trawę. Słyszał za sobą przyśpieszone kroki. Srebrzysta głowa wysunęła się z tunelu, mróżąc jasne ślepia. Nocny Kochanek odwrócił się w jego stronę, posyłając mu szeroki uśmiech. — Czy zagubiony Panicz życzy sobie, żeby odprowadzić go jeszcze pod tereny Klanu Nocy, czy podoła tej podróży samotnie? — zapytał żartobliwie ale bez krzty złośliwości. Piórolotkowy Trzepot pokręcił przecząco puszystym łbem. 
— Nie, nie trzeba, już wystarczająco zrobiłeś dla mnie. Bardzo, bardzo Ci dziękuje! — odmiauknął wdzięcznie. Czekoladowy wyprężył się, a następnie zginająć przednią łapę, ukłonił się głęboko. Drugi kocur zaśmiał się, wciąż delikatnie skrępowany obyciem swojego wybawiciela. 
— W takim razie... Szerokiej drogi! Nie natknij się na żadne dziury i patrolę. Mam nadzieję, że w twoim klanie wszystko będzię... Zmierzało ku lepszemu. — rzucił jeszcze zanim niebieskooki ruszył. Lotek skinął łbem w podzięce i prędkimi susami pobiegł w swoją stronę. Miodowooki miał wiele rzeczy do przemyślenia... Musiał rozprawić się ze swoim sercem.

<Lotnisko?>


25 lutego 2025

Od Piórolotkowego Trzepotu CD. Nocnego Kochanka (Miodka)

 dawno dawno temu

Sytuacja doprawdy nie była komfortowa, ale przynajmniej znalazł ratunek i rozmówcę, któremu w chwili obecnej mógłby opowiedzieć najbardziej żenującą historię, najpewniej przez impuls spowodowany stresem. Nic więc nie było nadzwyczajnego w momencie, gdy po chwili zastanowienia wojownik postanowił rzucić pół żartem następne słowa:
- Hm, myślę, że liderki - odpowiedział żartobliwie - I chyba tych takich groźnych istot... wiesz, taka obawa, jak spotykasz coś niebezpiecznego, jak węże jadowite... I tych takich długich cieni... i odgłosów w nocy. 
- Oh... Liderki? Chociaż... Umiem to sobie wyobrazić; z trudnością, acz umiem - jego obecna pomoc zamilkła na moment, uruchamiając się chwilę później - Ekhem! - odkaszlnął - Strach przed nocą też jest dość fascynujący. Też ciekawym jest, jak można go pokonać. Czy przychodzi ci coś na myśl?
- Cóż, zazwyczaj jak jestem z kimś podczas nocy, to jest raźniej i na chwilę zapominam o niebezpieczeństwie - przyznał z uśmiechem. Wtedy mógłby nawet zarzucić jakąś straszną historią, albo rozmyślać na głos, ile zmarłych jest pod ich łapami, w końcu świat opluty był krwią, na pewno więc chodzą po krwawych miejscach historii, które pewnie miały też swoje jaśniejsze momenty. 
- Dokładnie! To samo mi przychodzi do głowy! - zawołał, a jego głos poniósł się w głąb tuneli. Ściany zadygotały, a być może tak tylko mu się zdało. Tak czy inaczej, szybko spuścił z tonu. - Uważam, że kotom dany został strach przed mrokiem, aby tuliły się do swoich ukochanym jeszcze mocniej, aby wielcy wojownicy jeszcze bliżej przyciągali swe piękne damy... Ah! Czy to nie piękny obrazek... Mrok, choć zdradliwy, wydaje się być dobrą swatką.
Z tuneli dało się słyszeć rozbawione prychnięcie na to porównanie. 
- Ciekawa koncepcja, być może całkiem trafna - przyznał niebieski.
- Lubię uważać, że zawsze mam racje, a w takich błyskotliwych gdybaniach jestem prawdziwym znawcom - przerwał na moment - Hm... Opisz dokładnie co widzisz. Na pewno twoje ślepiątka musiały się przyzwyczaić do mroków... Już przecież tyle tutaj sobie gawędzimy.
- Cóż, miałoby to sens, gdyby w okolicy było źródło światła - westchnął nocniak w odpowiedzi, po czym zamilkł, a po tunelach rozniósł się dźwięk szurania - Chociaż jak tak próbuję wymacać, to zdaje mi się, że moje łapy widzą ziemię, kamień oraz więcej pyłów. - dorzucił pół szczerze, z nutą sarkazmu. Nie było miejsca, gdzie światło mogłoby się odbić i dać mu chociażby najmniejszy zarys otoczenia, więc posługiwać się musiał innymi zmysłami. Jak sobie podziemne stworzenia radzą w takich warunkach? 
- Niestety niewiele mi to mówi, zgubo... Mam kolejny ze swoich jakże niesamowicie innowacyjnych pomysłów. Niech twój sielski głosik rozbrzmieje jednym, stałym dźwiękiem. I nie przerywaj, dopóki Cię nie odnajdę, a na pewno jestem bliziutko, bliziuteńko.
- Jednym dźwiękiem... - powtórzył niepewnie, nie wiedząc jak się za to zabrać. Po chwili przełykania zawstydzenia z jakiegoś powodu, z pyszczka kocurka wydobył się jednostajny dźwięk przypominający, hm, bzyczenie muchy...? Czasem drgający, niepewny, czasem cichnący, wydobywający się z gardła. Gdyby go tak przedłużyć, byłby całkiem irytujący i rozpraszający. Być może to on właśnie wypełnił jasne uszy, przez co nie dosłyszał swojego wybawiciela, a może oprawcy? Wtem bowiem, serce podskoczyło mu do gardła, przerywając buczenie, gdy to Lotek przyszpilony został do ziemi. Oh Gwiezdni, czy on umrze? Trzeba było znaleźć inną kryjówkę przed drapieżnikami, niż tunele. Znajomy głos dotychczasowego wybawcy odbił się echem od tuneli. 
- A kogo to ja znalazłem? Hm...
Można było usłyszeć, jak zaatakowany Lotek zapowietrza się w zaskoczeniu i przestrachu, podczas próby dojrzenia w ciemności Miodka. Niemniej milczał, widocznie w szoku, nie wiedząc co począć. 
- Ummm.... - zaczął jednak niepewnie po chwili.
Miodek zaśmiał się ponownie, widocznie rozbawiony. Nie ukrywał, właśnie takiej reakcji oczekiwał, na taka liczył. 
- Język jest po to aby go używać, a więc teraz, jak nakazuje kultura i dobre wychowanie, gdy już widzimy się pyszczek w pyszczek, może byśmy się sobie przedstawili. - powiedział szarmancko, przysuwając się bliżej. Między mordkami dwóch kotów była niebezpiecznie niewielka szpara.
Minęło kilka szybkich uderzeń serca, zanim Nocniak zareagował. Z krótkim dźwiękiem wydobytym gdzieś z wnętrza pyska, łapy Lotka miękko wylądowały na pyszczku Miodka, jednocześnie go odpychając i zabierając możliwość mówienia. Był zdecydowanie za blisko i zabierał potrzebne powietrze, bowiem prawdziwie, point nie potrafił teraz oddychać.
- Pióror...uh, Piórolotkowy Trzepot, wojownik... Klanu Nocy - Wydusił z siebie.
- Ah! Tak, tak... Miło Cie poznać. Ekhem... - Zdawał się być jakby zdziwiony i zdenerwowany. Zgrabnym ruchem zeskoczył z kocura, ocierając się delikatnie o wciąż wysunięte łapki, którymi wcześniej został odepchnięty. Zakaszlał, ale szybko wpuścił na mordkę miły uśmiech - Ja jestem... - zatrzymał się znowu. - Jestem Niedźwiedź, albo Miodek, możesz mi mówić jak masz ochotę. Chociaż to skomplikowana sytuacja...
Lotek natomiast zdawał się nie być jak na razie świadom sytuacji, dość mozolnie przekręcając się na bok, by później wstać i się otrzepać, słuchając słów obcego kota. 
- Jesteś samotnikiem? - zdziwił się przekrzywiając łebek - Dziwne, pachniałeś raczej Klanem Klifu... - wymamrotał jakby niepewny, jednak już chwilę później dało się słyszeć bardziej radosny ton. 
- Miło mi poznać! - miauknął szczerze - To ten... wiesz jak stąd wyjść? Czy... czy jak to działa? Mam wrażenie, że jesteśmy w wielkim kołtunie...
- Nie, nie! Jestem tu legalnie, jako dumny klifiak, chociaż może nie z krwi i kości... Jeszcze byś się speszył, a tego nie chcemy... Ta sytuacja, w której się znaleźliśmy już w sama w sobie może być nieźle dezorentująca, ale nie bój nic! Jesteś w pewnych, zdolnych łapach, a mój nieomylny zmysł orientacji zaprowadzi nas prosto na powierzchnie! - zapewnił radośnie - A jak juz tak rozmawiamy sobie, pysk w pysk, wydawałoby mi się, że koty w Klanie Nocy będą lepsze w nawigowaniu w ciemnościach, skoro tak się pluskacie w odmętach...
Lotek pokręcił szybko głową, speszony. 
- Oh, nie, nie. To coś zupełnie innego. Przez wodę możesz przepłynąć praktycznie w każdym kierunku. - tu spojrzał na skałę obok, po czym ją poklepał - Obawiam się, że próba przepłynięcia przez to, nie skończyłaby się dobrze. Chyba, że jest się dżdżownicą. 
- Rozumiem, rozumiem... Ale tutaj przynajmniej masz nieograniczony czas... To mnie bardzo przeraża w toni morskiej... Wysysa ci powietrze z samego środka... Straszne! - nachylił się nad Lotkiem i spojrzał mu głęboko w oczy, jakby chciał go jednocześnie przekonać i przestraszyć - Oddech po oddechu...
Zdawało się jednak, że słowa wypowiedziane przez Miodka nie miały wielkiej mocy, a jedynie wywołały pewne niezręczne uczucie przez naruszenie przestrzeni osobistej Lotka. Niebieski uśmiechnął się jednak naiwnie, przymykając oczy. 
- Dlatego trzymamy się z dala od wodorostów oraz wzburzonych rzek i wirów - stwierdził prosto - No i trenujemy pływanie, oczywiście - dodał dumnie.
- Przepraszam, ale co masz na myśli? Jakie wiry? Wodorosty mogą być niebezpieczne? To wszystko może być jeszcze gorsze niż głębiny i zimne prądy wodne? I wy się tam  pchacie tam z własnej woli? - uśmiech zszedł mu z mordki. - Nie, nie, nie... Musicie być jacyś szaleni, powiedz mi, że żartujesz? Szanuje odwagę, ale do tego stopnia...
- No, czasem się można zaplątać... w wodorosty - spróbował wyjaśnić nocniak, jednak słychać było, że mózg Lotka wyłapał małą rzecz, która nie dała mu spokoju - Czyżby się Pan bał wody? - Znaczy, wodorosty i wiry są straszne, mogą zaciągnąć pod taflę i pozbawić oddechu, jednak sama woda jest całkiem przyjazna, spokojna czasem, choć też burzliwa. 
- Kompletnie mnie ona przeraża, odrzuca i petryfikuje... Po to koty maja łapy i pazury zamiast płetw, żeby nie pakować się do rzeki... Nawet my w Klanie Klifu nie próbujemy latać, bo wiemy, że brak nam skrzydeł... - pokręcił głową zrezygnowany. Rozejrzał się i wymacał coś łapką. - Hm... Chodź, idziemy tędy. Ruszamy łapkami żwawo i dziarsko! Wiesz, boje się wody właśnie przez naukę pływania. Byłem samotnikiem, ale już nie jestem, jak mówiłem. Spotkałem takiego szalonego starucha, co uważał, że najlepszym sposobem na zdobycie wprawy, jest wrzucenie mnie, ledwie podrostka wtedy, do rwącej rzeki. Mam nadzieję, że u was to nie wygląda w ten sposób, co?
- Oh, nie! To byłby okropny pomysł, kto tak robi? Wtedy nie mielibyśmy kotów w klanie. - Lotek jasno wyraził swój brak aprobaty co do dziwnego sposobu nauki. Niektórzy może rzeczywiście mieli takie sposoby, ale ile przez to zginęło możliwych uczniów? Przerwał na moment swoje niedowierzanie - Ale przeżyłeś?
- Oczywiście! Choć było ciężko, a gdy mnie wyciągnął nie przypominałem kota, a raczej jakiegoś przemoczonego szczurka. Od tamtego momentu nawet łap nie mocze wieczorami przy plaży... Ba! Wieczorami to ja się do niej nie zbliżam; przypływy są straszne!  Jedno mrugnięcie i wszystko zalane. - dreptał, co jakiś czas przystając by dodać dramaturgii swoim słowom jakimś machnięciem łapy, czy innym gestem. - A twoje obawy związane z waszą przywódczynią... Są czymś uwarunkowane, czy chodzi o zwyczajny, głęboki... respekt?
- Respekt - powtórzył, jednak nie było w tym wyczuwalnej zgody. Prędzej jakaś sceptyczność i obawa...a może nawet i niechęć. - Może i jakiś jest, jednak nie z tego powodu się jej obawiam - mruknął jakby smutno, ze zmęczeniem - Zwyczajnie nie zgadzam się z jej przekonaniami, podobnie jak koty mi bliskie. Są bardzo krzywdzące i niesprawiedliwe. Nie chciałbym, żeby Klan Nocy taki był, ma w sobie tyle potencjału na bajkową opowieść, gdyby nie jej... uh, pomysły? - widać było, że niezbyt umie ubrać wszystko w słowa, chociaż bardzo mu na tym zależało i chciał jak najlepiej rozjaśnić sytuację dla Miodka - Znaczy, niektóre mają nawet swój klimat, nie mówię, że nie... ale i tak, niektóre z jej wybujałych myśli mocno skrzywdziły niektóre koty. Podobnie jej brak reakcji na pewne sytuacje. Więc moją obawą jest raczej, kogo jeszcze stracę, przez jej słowa. - zamilkł na moment, by po chwili popatrzeć na Miodka przestraszonymi ślepiami - Tylko nikomu nie mów! 

<Miodek?>

07 listopada 2024

Od Nocnego Kochanka Do Piórolotkowego Trzepotu

Pora Zielonych Liści

Kochał słońce. Wszyscy w Klanie Klifu o tym wiedzieli. Widok czekoladowego kocura, wylegiwującego się na ciepłym kamieniu, był niemal tak powszechny, jak skwaszona mordka Judaszowcowego Pocałunku. Dlatego też moment, w którym Nocny Kochanek zaczął również narzekać na skwar i palące promienie, był znakiem, że pogoda przekroczyła pewną dopuszczalną granicę. Każdy dzień był coraz, coraz gorszy. Początek Pory Zielonych Liści był niesamowicie przyjemny. Wiaterek powiewał, niosąc ze sobą wonny aromat traw i kwiatów, które pokrywały liczne wzniesienia i łąki, a świetliste smugi przeciskały się przez pojedyncze, puchate chmurki, tworząc na niebie niesamowity spektakl. Aż chciało się żyć... Polowanie było proste i przyjemne; zwierzyna, wciąż pamiętająca głód, która czuła podczas ośnieżonych dni, sama pchała się pod kocie łapy. Trening był niczym haust świeżej, zimnej wody. Nocny Kochanek odnalazł w szkoleniu Promiennej Łapy coś, czego nawet nie wiedział, że tak krytycznie potrzebował - nowości. Młody kocur zawsze wymyślał coś, czego wojownik się kompletnie nie spodziewał. Parole i łowy były ciekawe, a co najważniejsze zajmowały jego myśli i odganiały go od fantazjowania na temat Sroczej Gwiazdy; w Klanie Klifu jego miłość wciąż nie była akceptowana, ale były też monotonne i brakowało im tego szaleństwa... Na szczęście wystarczył jeden, w dodatku jednooki, uczeń, aby nadać egzystencji kolorów i na nowo obudzić w Miodku tego szalonego młodzieńca. Najbardziej lubił, gdy Kania wybierał ich na patrole. Taki obowiązek łączył w sobie przemiłą, a przy tym niezwykle ważną, przechadzkę wraz z polowaniem i niewielką przygodą. Wiedział, że Promienna Łapa również za nimi przepadał.
Tym razem jednak nie miał humoru na wspólne harce. Od jakiegoś czasu bardzo dużo miejsca i energii wykorzystywał do rozmyślania i zamartwiania się. Oczywiście, jakże by inaczej, chodziło o jego obecną, wielką (lub jak sam uważał, największą do tej pory) miłość, która niestety musiała znajdować się tak daleko od niego. Srocza Gwiazda zamąciła mu w głowie, a jakby samo to nie było bolesne, to jedyne co go spotykało ze strony innych kotów, zwłaszcza członków Klanu Klifu, to krzywe spojrzenia, podśmiechiwanie się lub szczery brak zrozumienia. To ostatnie nie było jeszcze aż tak okropne; niezrozumienie było czymś, co jedynie wprawiało go w smutny, pełen politowania nastrój; znaczyło to, że dany kot nigdy nie miał do czynienia ze szczerą, czystą i silną miłością. Raz nawet usłyszał, że jest zdrajcą. Wryło go wtedy w ziemie. Nie umiał rozpoznać czyje szepty to były, ale na samą myśl, że może być postrzegany w ten sposób i nazywany tak strasznymi słowami, był dla niego nie do pomyślenia, nie do pojęcia. Co takiego zrobił? Przecież serce to nie sługa, a na pewno nie jego.
Może było to głupie i nie powinien się do tego przyznawać, ale nigdy nie rozumiał tych wszystkich reguł... Czemu granice był tak rygorystycznie patrolowane, a przekraczanie ich uważane za tak straszny czyn? Skoro mysz czy lis mogły na spokojnie poruszać się między terenami różnych klanów, to czemu koty nie mogły? Czy nornica złapana po ich stronie będzie miała większą wartość niż ta po stronie Klanu Nocy? Czemu mamy jakieś specjalne prawa akurat do niektórych stworzeń? Głupie, głupie... Zasada co do zawieranie partnerstw była jeszcze bardziej absurdalna? Masz prawo obdarzyć miłością tylko tę garstkę kotów, która jak się akurat złożyło, należała do tej samej społeczności, co ty? To przecież szaleństwo! Był przybity, co było widać. Pewnie większość klifiaków myślała, że zżerają go jakieś wyrzuty sumienia, że żałuje swoich nieprzemyślanych decyzji i wie, że zrobił z siebie kompletnego kretyna, ale prawda była z grubsza inna.
Lubił spacerować. Przypominało mu to o jego poprzednim etapie w życiu; czuł spokój i to znajome poczucie błogiej wolności, za którym często bardzo tęsknił. Uwielbiał towarzystwo innych, a koty, z którymi przyszło mu zamieszkiwać obóz były jego drogimi przyjaciółmi, ale nie zmieniło to tego, że w głębi duszy był obieżyświatem, który dopiero niedawno osiadł i odnalazł ''dom''. Dopiero jakiś czas temu ciężar tego wszystkiego go dopadł. Przeżywał pewnego rodzaju kryzys. Dlatego też coraz częściej wybierał się na wczesne przechadzki. Wybierał moment, kiedy obóz dopiero zaczynał się przebudzać, ale jego uczeń jeszcze spokojnie drzemał obok swojego brata w legowisku terminatorów. Potrzebował tych chwili dla siebie, aby potem dalej być szczęśliwym, pełnym wigoru Miodkiem.
Tak właśnie było i teraz. Słońce dopiero zaczynało malować kamienną posadzkę pomarańczowymi jęzorami, a czekoladowy już przeciągał się i wywalał jęzor podczas ziewania. Po cichu przeszedł obok drzemiących wojowników, a następnie zgrabnie zeskoczył z kilku ostatnich półek skalnych. Jedynym kotem, który równie wcześnie co on rozpoczął swój dzień, był Przyczajona Kania, który, jak się przynajmniej wydawało Nocnemu Kochankowi, nigdy nie sypiał i zawsze był w gotowości; dziwny chłop... Pozdrowił go tylko szybkim skinięciem głowy i równie szybko co się pojawił, zniknął z jego pola widzenia, natychmiastowo opuszczając obóz. Nie zauważył krzywego spojrzenia, które posłał mu zastępca.

~ * ~

Nie szedł długo. Kierował się na wyższe partie terenów. Pogoda nie doskwierała zbytnio tak wczesnymi porami, co postanowił wykorzystać. Nie musiał zbliżać się zbytnio do morza, które było życiodajnym źródłem orzeźwienia, ani w okolice studni, gdzie klif porastały wielkie drzewa. W sumie to od pewnego momentu, po prostu szedł przed siebie, nawet nie wiedząc, że serce przewodziło łapami, a te zmierzały w stronę Klanu Nocy. Dopiero gdy minął Sowiego Strażnika, zdał sobie sprawę, gdzie zmierza. Westchnął tylko, ale nie zawrócił. Pomyślał, że może odbić do granicy Klanu Burzy, gdzie istnieje niewielka szansa, że spotkałby Barszczową Łodygę. Dawno nie widział przyjaciela, który jak mu się zdawało, był na tym pamiętnym zgromadzeniu, a może i nawet uczestniczył w ostatnim, ale ani na jednym, ani na drugim nie zamienili ze sobą nawet słówka... Stęsknił się. Ciekawiło go czy udało mu się odnaleźć miłość życia.
Zamyślony parł dalej. Szum morza cichł, a na horyzoncie widać było wejście do tunelu; był blisko. Zazwyczaj spotykali się w porannych godzinach, a więc może i dzisiaj dopisze im szczęście. Chciał zostawić kamienie za sobą, ale nagle doszedł do niego cichy, podejrzany dźwięk. Przystanął i zastrzygł uszami. Znów. Obrócił się całym ciałem w stronę otworu. Cichy, bardzo cichy głos. Na pewno był to koci głos. Kto taki mógłby tak wcześnie trenować ucznia w nawigacji? Widział śpiący Melodyjny Trel, tak samo przecież o mało co nie podeptał Gasnącego Promyka. Czy był to Bławatkowy Wschód i śnieżnobiały uczeń? To tez odpadało; podczas wstawania Rozświetlona Łapa na pewno obudziłby brata, a wtedy nie byłoby mowy o samotnym spacerze.
Wojownik podszedł bliżej i po raz ostatni wytężył słuch. Zdecydowanie ktoś znajdował się głęboko pod ziemią; kto to więc był?
— Halo? Jest tam kto? — zawołał; słyszał, jak jego głos odbija się od ścian i niesie się dalej w mrok. Postawił uszy i czujnie nasłuchiwał.
— O! Tak... tak! Hej! Ja... nie wiem jak wyjść! — zamilkł. Rozszerzył ślepia w niewierze. Niby zapytał, niby był pewien, że słyszy jakiś głos, ale fakt, że ktoś mu odpowiedział, nieźle go zaskoczył. Kot znajdujący się w tarapatach był spanikowany, ale w jego miauknięciu było słychać ulgę i iskierki rozbudzonej nadziei.
— Proszę, stój, gdzie stoisz. Jak się pogubisz bardziej, to ani Klan Gwiazdy Cię nie wydobędzie z tych mrocznych korytarzy! — ostrzegł, a następnie zaczął pakować się do tunelu. Wejście nie było bardzo wąskie, ale jego wyciągnięte do góry ciało i długie nogi stanowiły pewien problem. Odpychając się mocno tylnymi łapami, wcisnął się cały do ciemnego korytarza.
— Dobrze! — odezwał się głos z mroku, milknąc na kilka raptownych uderzeń serca — Mam... być cicho, czy coś mówić? — dodał dla pewności.
— Opowiedz mi coś, łatwiej będzie Cię znaleźć. — W jego wyobrażeniach niespodziewany gość był jakąś zagubioną kotką, ach! A co gdyby była to najprawdziwsza Srocza Gwiazda? Sama, samiusieńka... Zagubiona, przestraszona i otoczona przez całkowitą i nieprzeniknioną ciemność... Piękność w opałach; przecież głos, który do niego dochodził, był taki delikatny i dźwięczny... Dodatkowo ta drżąca w nim nutka strachu sprawiała, że serce Nocnego Kochana wzburzyło się i zmiękło, przez co biło znacznie szybciej. — Jak ci minął dzień, o niezdaro? — powiedział, wręcz rozczulony tą wizją.
— Cóż... Jestem w dziwnym, ciemnym i nieznanym miejscu, więc na pewno stresująco — przyznała nieznajoma, z pewną dozą spiętego śmiechu w głosie — A wcześniej... A wcześniej z małą grupą byliśmy na plaży zbierać muszle albo patyki? Było ich całkiem sporo, niektóre tak pięknie obmyte i gładkie! Były też takie kolorowe kamyczki i kraby... Chociaż kraby szczególnie piękne nie są. To nie tak, że ich nie lubię, ale co, jeśli postanowią cię dziabnąć? Boli na samą myśl — ton był prędki, ale nutka stresu już dawno gdzieś zniknęła; cieszyło to kocura. Panie nie powinny się zbytnio frasować.
— Ah! Kraby... Nie znoszę ich. Nie znoszę wszystkiego, co wychodzi z wody... No... Być może jest kilka rzeczy, które są dość urodziwe i cudowne. Na przykład, wspomniane przez Ciebie muszelki. Potrafią być takie zjawiskowe... — Na myśl przychodziła mu też inna, zdecydowanie piękniejsza od muszelek, rzecz, która musiała lubować się w wodnych kąpielach — A udało się znaleźć, Tobie i twoim przyjaciołom, coś niesamowitego? Coś naprawdę jedynego w swoim rodzaju? — dociekał, aby podtrzymać przemiłą rozmowę. Musiał przecież jakoś dotrzeć do swojego skarbu.
— Tak bardzo nie lubisz wody? Masz jakiś powód głębszy...? A może jeszcze niedane ci było zobaczyć wszystkich wspaniałości, które masz dzięki niej! Są tam ryby, glony, a od spodu tak ślicznie migocze wieczorami i w świetle księżyca. Jakby księżyc tańczył wraz z wodną taflą podczas nocy, tylko wtedy mogąc się spotkać — trajkotanie dobiegało z lewej strony, a więc przy najbliższym rozwidleniu obrał odpowiedni kierunek. Kojarzył, mniej więcej, rozłożenie korytarzy, ale bez Bryzki gryzącej go w ogon, gdy ten obierał zły kierunek, wszystko wydawał o się bardziej pogmatwane i poplątane. — A czy się udało znaleźć... Hm, zawsze znajdujemy coś ciekawego. Szczególnie po sztormach, na plażach można znaleźć całkiem spore bursztyny, oraz kolorowe kamyczki. — Pomyślał o tym; faktycznie, po większych wzburzeniach plaża wyglądała jak morski ogród rozmaitości. Musiał kiedyś zabrać Promienną Łapę na poszukiwania cacuszek.
— Woda, niestety, nie wita mnie zwykle z radością, w swoich objęciach. Znaczy się, w sumie to raz mnie nie powitała, ale ja już jej nie ufam. Zbyt zdradziecka jest, niestała... — wymruczał, skręcając parę razy w złe korytarze. Nie był zbyt dobry w nawigacji; podczas treningów skupiony był na innych rzeczach. Ah... Gdyby była z nim szylkretka już dawno dotarłby do niezdarnego gościa. — Sztormy tamtej Pory Nowy Liści były dość burzliwe... Teraz też zdarzają się okropnie nagłe wzburzone wody. Czy nie boicie się nagłych przypływów? Znaczy się... Faktycznie, często szukanie piękna jest pełne niebezpieczeństw i ryzyka. Dlatego czeka ono tylko na prawdziwych śmiałków! Czy Ty, ukryta w ciemności, jesteś postacią o nieulękłej duszy, dlatego twój ton przybrał nagle tak spokojną barwę? — Pozwolił pyskowi mówić bez większych ograniczeń. W głowie dalej migotała mu świetlik nadziei, że być może na końcu czekała wystraszona czarno-biała liderka. Przez dłuższą chwilę panowała jednak cisza. Ah... Nieśmiały gołąbek...
— Proszę? — dało się słyszeć lekkie zmieszanie, jednak już po chwili głos zadźwięczał z wcześniejszym wigorem. — A, a co do piękna, tak, to wiesz, wcale nie trzeba go bardzo szukać. Wystarczy spojrzeć na krajobraz trochę szerzej i jeśli tylko dobrze spojrzeć, nawet sztorm jest piękny. Niebezpieczny, to akurat fakt, ale w razie niebezpieczeństwa zawsze mamy sposób. Poza tym, czy nie tworzy to z niego czegoś fascynującego? — Zadrżał. Kotka, z którą rozmawiał, musiała mieć równie ckliwą i wrażliwą duszę co on... Niesamowite. Tak bardzo cieszył się, że nie obrał innego kierunku, że nie wybrał się w okolice Złotych Kłosów czy Klanu Wilka.
— Oczywiście, że tak, masz całkowitą rację! — zawołał radośnie.— Nic nie jest tak piękne, w swej dzikości, co wzburzone bałwany wzbijające się wysoko, aż do kłębiastych chmur, aby następnie z impetem runąć na złoty piasek. Zwłaszcza gdy ogląda się to niczym spektakl, z wysokiego klifu. Przyroda tworzy najwspanialszych aktorów, a mimo to daję szanse każdemu z nas zagrać, od czasu do czasu, główne role... — Tak się wczuł, że aż musiał na moment przystanąć i wziąć kilka głębszych oddechów.
— No nie? — Ekscytacja był łatwa do usłyszenia nawet z tak sporej odległości. — I te wielkie fale, chociaż mogą cię całkiem pochłonąć, to nie możesz odepchnąć chęci, by im na to pozwolić. Ma to w sobie jakąś melancholię, prawda? By dać się tak porwać, by tańczyć wśród czarnych fal... — Serce go ściskało. Wiedział, znał przecież głos swej damy serca, że to nie ona mówi, tam gdzieś w oddali, ale mimo wszystko pierś łomotała mu w piersi. Zapominał o futrze stworzonym z nocnego nieba i gwiezdnego pyłu...
— Ah… — Z czekoladowego pyska wyrwało się cos między pisknięciem, a westchnięciem — Ja raczej nie byłbym tak skory, aby oddać się falom. Wole je podziwiać znad sporej wysokości, mając cała połać złotego piasku między nimi a swoją osobą… Tak oddaje, tej nieokiełznanej sile, należny jej szacunek… Choć nie będę ukrywać, że z mojej strony, to wyłącznie przyziemny strach i fobia… Przynajmniej nie boje się ciemności ani tego, co w niej czyha; inaczej byłbyś, niespodziewany gościu, skryty za czarną zasłoną, zdany tylko na siebie. — wymruczał głośno.
— Racja — Z oddali rozbrzmiała pokorna zgoda — Na szczęście nie mamy u siebie królików, które by zostawiły po sobie ciemne tunele. Mam więc pewność, że nie wpadnę w ciemności. Chociaż, jak się zastanowić, mamy różne od siebie lęki, zabawne.
— Świat byłby okropny, gdyby każdy bal się tego samego. Kto by ratował piękne niewiasty, gdyby mężni wojownicy uciekaliby przed tym, co wzburzyło ich serca i dusze? Co, gdyby silni ojcowie kulili się przed tym, co jeży sierść na grzbietach karmicielek i kociąt? A czego, ty się obawiasz, w takim razie?

<Piórolotko?>