BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żmijowcowa Wić x Borówkowa Słodycz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żmijowcowa Wić x Borówkowa Słodycz. Pokaż wszystkie posty

17 stycznia 2026

Od Żmijowcowej Wici CD. Borówkowej Słodyczy

Podniósł brew, trzymając w pysku nieszczególnie okazałą ukleję. O ile znał Borówkę dość długo, od małego można by rzec, a jeśli miałby być szczególnie uszczypliwy tego dnia, powiedziałby, że miał z nią bliższe kontakty prędzej niż jego głupi, rudy brat, tak... rzadko widywał ją faktycznie zmartwioną jakimś wydarzeniem. Oczywiście, widział, jak zamartwia się przyszłością swoich małych pociech, widział, jak stresuje się, kiedy nadawano im uczniowskie imiona, kiedy wymaszerowały na pierwszy trening. Tylko że to wszystko było jej znane. Było IM znane. Ona przez to przechodziła, Tojadowa Kryza przez to przechodził, on przez to przechodził, wszyscy w Klanie Nocy przez to przechodzili. Nie każdy jednak dopuścił się zdrady i mezaliansu, którego wielkim fanem okazał się książę Szałwiowe Serce. Wybór Żmijowcowej Wici do poruszenia tego tematu też nie był całkowicie głupi i pozostawiony przypadkowi, ta przynajmniej sam kocur myślał, gdyż point był przecież mentorem obu wojowników. Szkolili się pod jego okiem w tym samym momencie; obu im przeprowadzał test, obu przygotował do bycia pełnoprawnym, szanowanym członkiem Klanu Nocy. A teraz... a teraz to właśnie on krył się po wysokich tatarakach, obsmarowany hańbą i obdarty z godności, którą jeszcze kilka wschodów słońca temu nosił na szerokiej piersi. Rzucił rybę pod łapy i oblizał jasny pysk od krwi.
— Trudno było nie słyszeć. Wystarczyło mieć sprawne uszy. Nawet jak kogoś nie było podczas tego... oskarżenia, że tak to ujmę, Błękitnej Laguny, to najwidoczniej plotki noszą się tutaj z prędkością rzecznego nurtu — mruknął, owijając się ogonem. Nie był aż tak przejęty tą sytuacją. Na pewno nie tak, jak jego szwagierka. Poczuł się zobligowany dodać, wiedząc, jaką posiada reputację w klanie. — Aha i żeby to było jasne, tym razem ani ja, ani Trzcinowy Szmer nie maczaliśmy w tym łap.
Borówka spojrzała na niego smutno, chcąc mu dać do zrozumienia, że to nie był zbyt dobry czas na te typowe "żmijowcowe" zaczepki i dramatyczne zagrywki.
— Wiem, wiem... Dużo można o tobie mówić, ale szanujesz Szałwiowe Serce... Nie posądziłabym cię o rozpowiadanie plotek o nim.
— To dobrze, bo już mi się o ucho gdzieś obiło, że to niby od naszej dwójki, Laguna miał się o tym dowiedzieć, ale to bez sensu, po co miałbym się zapuszczać na tereny Klanu Klifu. Może jakbym miał dalej ucznia, ale teraz? Nie ma szans. — Nachylił się nad ukleją i wziął drobny, elegancki kęsik.
— Ale... Co o tym sądzisz, tak szczerze? — powtórzyła jedno z kilku pytań, którym zasypała go na samym początku.
— Nie wiem — rzucił bez namysłu. Chwile milczał, ale wyraz na mordce wojowniczki powiedział mu, że jeśli nie chce wyjść na kretyna, musi rozwinąć swoją wypowiedź. Przełknął i kontynuował: — Mam w sobie mniej krwi Klanu Nocy niż ta ryba. — Wskazał na swój nadgryziony posiłek. — Ciężko mi krytykować kogoś, kto wszedł związek z kimś z innego klanu, wiedząc, że i moja matka, i mój ojciec byli samotnikami i nie należeli do żadnego, kiedy zdecydowali się na posiadanie potomstwa. Nie widze w tym nic złego, ale może to właśnie problem, nie moja zaleta. Na pewno w ten sposób myśli Błękitna Laguna.
— Rozumiem — skomentowała krótko niebieskooka.
— Swoją drogą, nie mów może głośno tej mojej opinii, co? — Przechylił nieco głowę, patrząc jej prosto w pysk. — Nie wiem, jakie nastawienie do tego wszystkiego ma Mandarynkowa Gwiazda, a ja wciąż... niekoniecznie ją ku sobie z powrotem przekonałem. Wole nie pakować się w dodatkowe bagno, rozumiesz? — Kotka kiwnęła głową, a Żmijowiec odwzajemnił gest, biorąc kolejnego dziaba. Na moment zapanowała nieco niezręczna cisza, którą za wszelką cenę chciał przerwać. Borówkowa Słodycz ubiegła go jednak i zadała pytanie, na szczęście niezwiązane już z tematem Szałwiowego Serca.
— Widziała, że wychodziłeś na patrol poranny z Tojadem. — Na te słowa skrzywił się i niechętnie potaknął. — Wiesz, gdzie jest? Nie widziałam go, a już wróciliście...
— Pszczoła użądliła go z brzuch, kiedy próbował złapać mysz — opowiedział prędko, nie chcąc zbyt długo rozwodzić się nad swoim przygłupim bratem. Na wspomnienie pisku, który wydał z siebie rudy, uśmiechnął się jednak i dodał: — Poszedł do Gąbczastej Perły, ale nie wiem, ile można siedzieć u medyków z czymś tak błahym.
— Może ma uczulenie... — zmartwiła się jego partnerka.
— Może. — Wydłubał sobie pazurem ość spomiędzy zębów. Coś go tknęło, aby wrócić do poprzedniego tematu: — A ty? W sumie ty nie powiedziałaś mi, co o tym wszystkim myślisz, Boróweczko... Przedstaw mi opinie kota, który wie, jak to jest poświęcić wiele dla prawdziwej miłości... Godność, honor, zdrowy rozsądek... — wyliczył, szczerząc się.

<Borówka?>

Wyleczeni: Tojadowa Kryza

20 grudnia 2025

Od Borówkowej Słodyczy CD. Żmijowcowej Wici


— Wiesz, jak jest — westchnęła cicho, a jej głos, miękki i nieco przytłumiony, zlał się z szelestem liści poruszanych lekkim wiatrem. — Dorastają. Najpierw nie odstępują cię nawet na krok, potem coraz śmielej ruszają własnymi ścieżkami, aż w końcu… — zawahała się na krótką chwilę, jakby szukała odpowiedniego słowa — …aż w końcu to ty zostajesz w tyle. Starzejesz się, a oni dopiero wtedy znów znajdują dla ciebie czas.
Jej spojrzenie powędrowało ku kociętom, które turlały się po miękkiej ściółce, zaczepiając się nawzajem drobnymi łapkami. Jedno z nich potknęło się o wystający korzeń i z piskiem przewróciło na bok, co wywołało u niej cichy, niemal nieświadomy pomruk rozczulenia. Po chwili jednak uniosła wzrok i pozwoliła mu ponownie zatopić się w sylwetce rozmówcy.
Nie przepadała za Żmijowcową Wicią. W jej odczuciu kocur zawsze nosił się zbyt dumnie, a w spojrzeniu czaiła się wyniosłość podszyta chłodem. Pamiętała jego słowa — ostre, rzucone bez zastanowienia, księżyce temu — i choć wciąż potrafiły ukłuć niczym cierń, nauczyła się nie pozwalać, by dyktowały jej zachowanie. Nie była już rozwydrzonym kociakiem, który reaguje impulsywnie; potrafiła schować urazę głęboko do kieszeni serca i nie rozrywać jej przy każdej okazji, nawet jeśli pamiętała więcej, niż by chciała.
— Pewnie nim się obejrzymy, będą już dorośli — parsknęła cicho, a na jej pysku niemal natychmiast pojawił się rozmazany uśmiech, ciepły i nieco melancholijny. — A może to po prostu dlatego, że dni ostatnio mijają mi tak szybko…
Zapadła cisza. Nie była niezręczna — raczej pełna, gęsta od niewypowiedzianych myśli. Obozowisko oddychało wokół nich spokojnym rytmem: gdzieś w oddali trzaskała gałąź, wartownicy szeptali między sobą przy wejściu do obozowiska, a zapach mchu i wilgotnej ziemi mieszał się z wonią świeżo upolowanej zdobyczy.
Ona siedziała nieruchomo, pozwalając, by wspomnienia przepływały przez jej umysł niczym odległe, rozmyte obrazy. Widziała siebie jako uczennicę — niepewną, głodną wiedzy, z sercem bijącym z ekscytacji na myśl o przyszłości. Potem przyszła fala, która zalała obozowisko i na zawsze zmieniła bieg wielu istnień. Czuła też, jak z czasem więź z bratem kruszała, coraz słabsza, niczym ślad zapachu rozwiewany przez wiatr, podczas gdy relacja z Tojadem umacniała się, splatając ich losy w sposób, którego kiedyś nawet by nie przewidziała.
Dopiero teraz, gdy sama stała się matką, zaczęła pojmować, jak złożone i kruche jest każde życie. Zarówno jej własne, pełne zakrętów i bolesnych wyborów, jak i te należące do kotów, które znała jedynie z zebrań na Bursztynowej Wyspie czy przelotnych spotkań przy granicach. Każdy z nich nosił w sobie historię — ciężką jak kamień albo jasną jak poranne światło.
— Nawet nie wiesz, jak cudownie jest mieć kocięta… — odezwała się w końcu, ciszej, niemal szeptem. Jej spojrzenie zmiękło, gdy znów zatrzymało się na bawiących się maluchach. — Są jak symbol miłości. Bo jest w nich cząstka ciebie… i cząstka osoby, którą kochasz.
Jej ogon drgnął lekko, a w piersi poczuła znajome ciepło — delikatne, lecz potężne, niczym obietnica, że mimo upływu księżyców i nieuchronnych zmian, coś na świecie pozostanie trwałe.



***


Życie płynęło dość powoli, niemal leniwie, jak strumień, który zna już każdy kamień na swoim dnie i nie widzi potrzeby, by się spieszyć. Jak zwykle — wszystko działo się zgodnie z własnym, niepisanym rytmem, tempem raz zwalniającym, a raz niespodziewanie przybierającym na sile.
Słońce raz świeciło jasno, rozlewając po obozowisku ciepło przypominające ognisko, przy którym można było ogrzać nie tylko ciało, lecz i myśli, innym razem zaś bledło i chowało się za chmurami, jakby traciło chęć do dalszej wędrówki po niebie.
Ptaki nie ustawały w śpiewie, wypełniając tereny Klanu Nocy radosnym gwarem, w którym kryła się opowieść znana jedynie im samym — stara jak drzewa i ulotna jak poranna mgła. Każdy powiew wiatru, każdy szelest liści był delikatny, ledwie uchwytny, jak pojedyncze uderzenie serca, rozrywające na moment długotrwałą ciszę dnia. Świat trwał w pozornym spokoju, nie zdradzając, jak kruche potrafi być to wrażenie.
Borówkowa Słodycz wciąż była szczęśliwa. Jej życie wypełniał spokój, równomierny i kojący, przeplatany cichą radością codziennych obowiązków. Teraz, gdy jej kocięta stały się uczniami i opuściły bezpieczne gniazdo żłobka, zadania wojowniczki wydawały się lżejsze, a jednocześnie pełniejsze sensu. Każde udane polowanie rozgrzewało ją od środka przyjemnym ciepłem dumy, a każde spotkanie z Tojadem miało w sobie więcej uroku niż kiedykolwiek wcześniej — jakby wspólne chwile nabrały głębi, której wcześniej nie dostrzegała.
A potem nadeszły nowe wieści.
Szałwiowe Serce, jej dawny mentor, okazał się spotykać potajemnie z wojowniczką Klanu Klifu, pod osłoną nocy, zdradzając tym samym własny klan. Wstrząs rozszedł się po obozowisku niczym fala, lecz spośród wszystkich kotów to właśnie Borówkowa Słodycz zdawała się odczuć go najmocniej. Gdy tylko wieść dopłynęła do jej uszu, poczuła, jak coś w niej pęka, a w miejsce dotychczasowego spokoju wdziera się gniew — ostry i palący, jak świeża rana. Nie potrafiła pojąć, co ten kot sobie myślał. Jak mógł?
To on nalegał, by Pluskający Potok został zabity. To on mówił jej, że rudzielec jest zdrajcą, że nie zasługuje na przebaczenie ani drugą szansę. Traktował Pluska jak wroga, jak plamę na honorze klanu — a tymczasem sam skrywał własne grzechy, ukrywając je w cieniu nocy, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Ta myśl bolała bardziej niż cokolwiek innego.
Coraz trudniej było jej patrzeć na Szałwiowe Serce. Kim on teraz był? Jedynie ciężarem, cieniem dawnego wojownika. Nie polował, nie patrolował granic — nie mógł, odkąd po całym zajściu zabroniono mu opuszczać obozowisko. Wiedziała, że każdy kąsek zdobyczy, który ktoś przyniesie, może trafić prosto do jego zakrzywionej paszczy, i ta świadomość napełniała ją gorzkim wstydem.
Czuła się źle z myślą, że kot, którego kiedyś darzyła szacunkiem i wdzięcznością, upadł tak nisko, iż nawet ona — mimo dawnych uczuć — czuła się zdradzona, jakby obdarta z własnego futra, wystawiona na chłód i spojrzenia innych.
Przez dłuższą chwilę nie zwracała nawet uwagi na to, dokąd niesie ją ścieżka. Krążyła po obozowisku bez celu, licząc, że ruch ukoi jej myśli, a frustracja rozpłynie się wraz z kolejnymi krokami. Była tak pogrążona w rozterkach, że niemal wpadła na jednego z wojowników.
— Och! — wyrwało się jej, gdy w porę zahamowała. Przed nią stał Żmijowcowa Wić.
Był wujem jej dzieci, kotem, wobec którego wciąż czuła niesmak, lecz już nie czystą niechęć. Emocje te zdążyły stępieć, wygładzić się z biegiem księżyców, pozostawiając po sobie jedynie ostrożny dystans.
— Wybacz mi, Żmijowcu — miauknęła, unosząc pysk i obdarzając go subtelnym, nieco zakłopotanym uśmiechem. — Naprawdę… przez moment zapomniałam, gdzie niosą mnie łapy. — Jej ogon drgnął lekko. — Co u ciebie? Jak się miewasz?
Zamilkła na krótką chwilę, jakby wahała się, czy powinna poruszać kolejny temat. Jednak napięcie, które wciąż tliło się w jej piersi, nie pozwoliło jej długo milczeć.
 — Słyszałeś o tym, co zrobił Szałwiowe Serce? — dodała ciszej, a w jej głosie pobrzmiewało niedowierzanie zmieszane z bólem. — Naprawdę… nie chce mi się wierzyć, że byłby zdolny do czegoś takiego.


<Żmijowcu?>

19 listopada 2025

Od Żmijowcowej Wici CD. Borówkowej Słodyczy

Dawno, podczas odbudowy obozu

Nie wiedział, jak do końca ma na to wszystko zareagować. Płakać? Śmiać się aż wyjdą mu przez gardziel wszystkie kiszki? Słowa Borówkowej Słodyczy były tak... ckliwie emocjonalne i dramatyczne, że przez moment aż zrozumiał, dlaczego lubi się z jego bratem. Ta cała metafora o cierniach, o uciemiężeniu we własnej kłującej osobie... Oh... Jakże to było głębokie, jakże dotknęło to Żmijowcową Wić. Jej ostatniego zdania już nie umiał wytrzymać z neutralnym wyrazem pyska. Parsknął niczym koń i niemal nie opluł całego kamienia. Musiał na moment zaprzestać wykonywania swoich obowiązków i już czuł oddech Mandarynkowego Pióra na swoim karku, ale zwyczajnie nie był w stanie się opanować. Chwilę zajęło mu pozbieranie się do kupy, a wiele Nocniakowych pysków odwróciło się w kierunku dwóch wojowników, którzy widocznie pozostali ze swoim głazem w tyle. W końcu przyłożył czoło do zimnej, twardej powierzchni i zrobił kilka głębokich wdechów. 
— O-oh... To było niesamowite, wręcz nie umiem tego wszystkiego ubrać w słowa. Borówko, jesteś wspaniała w bajdurzeniu bez sensu, wprawdzie to było iście wyborne. Miód na moje przerośnięte uszy. Ciesze się, że mogłem to wszystko tak dobrze usłyszeć, tak przeżyć całym sobą, wiesz? — powiedział pełen kąśliwego jadu. Biała kotka już otwierała pysk, ale ubiegła ich wkurzona zastępczyni z bardzo kwaśnym wyrazem na pyszczku i rozwścieczonym ogonem, uderzającym w ziemie po bokach. 
— Skończyliście już swoje bezsensowne wygłupy?! Ile wy macie księżyców, że się tak zachowujecie?! Na Klan Gwiazdy, do roboty! — Opuściła ich równie prędko, ale pomarańczowe ślepia nie opuściły milczącej dwójki aż do momentu, kiedy wszyscy wybrali się z powrotem do obozu. Wtedy też Żmijowcowa Wić przerwał gęstą ciszę, która między nimi powstała. 
— Chciałbym powrócić na moment do twojej wspaniałej bajeczki. Oczywiście jeśli szanowna panienka pozwoli — tutaj zrobił przerwę, ale nie czekał na faktyczną odpowiedź i jedynie kontynuował: — Jeśli mnie owijają ciasne ciernie, jeśli mnie kłują ostre kolce... Tak ciebie chyba jakieś pnącze uciska w mózg, a liście zasnuwają oczy... Miłego wieczorku życzę, spokojnej nocy i radziłbym wybierać mimo wszystko legowisko w części oddalonej od Tojadowej Kryzy, gdyż spędziłem z nim wiele, wiele księżyców w kociarni i mogę z lekkim sercem powiedzieć, że jedzenie ryb nie służy jego trawieniu. — Po tych słowach zniknął w odmętach obozu. 

* * *
Teraźniejszość

Stał przed żłobkiem. O ile lubił towarzystwo kociąt, tak maluchy jego brata były już na tyle duże, że umiał faktycznie w niektórych dostrzec podobieństwo do jego durnej, rudej osoby. Wydawały się już niemal na tyle wyrośnięte, aby zostać uczniami. Od kiedy zauważył, że coraz więcej ryb przynoszone jest do kociarni, codziennie błagał cokolwiek, co ma niby czuwać w niebiosach, aby nie zostać wybranym na mentora, któregoś z tych... pomiotów. 
Znaczy... Do samych szkrabów nic nie miał. Nie wybrały sobie rodziców; on sam nie miał najlepszego ojca. Te Tojada przynajmniej owego miały, nie ważne, jaki był... najważniejsze chyba, że faktycznie był. Z matką też im się jakoś nie poszczęściło. Największą wadą Borówkowej Słodyczy było to, że zakochała się i związała z jego bratem, więc ostatecznie to również była wina samego rudzielca. Kotki nie ma co winić; każdy robi głupoty. Niektórzy po prostu większe i niszczące życie bezpowrotnie. Jedni wiążą się z idiotą do końca życia, a innym zdarza się poślizgnąć na wodoroście. Ta sama rzecz, ale na innych stadiach niewdzięczności losu. Sama matka kociąt rzadko z nimi teraz przebywała. Piastunka wciąż pełniła swoją rolę, a pomagał jej szkolący się Widlik, więc Borówka mogła powrócić do swoich obowiązków i być niemal zwyczajną wojowniczką. Teraz jednak zdecydowała, że chce kilak ostatnich wschodów słońca spędzić ze swoją latoroślą. Mandarynkowa Gwiazda wysłała Żmijowca z pokaźnym rybskiem do kociarni, aby nakarmił wygłodniałą zgraję i ich matkę. Jego relacja z nową liderką wciąż była... nie najlepsza, ale postanowił zwyczajnie dać jej czas, aby emocje całkowicie opadły, a sama Mandarynka na dobre usadowiła się na swojej nowej posadzie. Tak było najlepiej, najbezpieczniej. 
W końcu wszedł do środka. Zapach mleka nieco wywietrzał; najmłodszy maluch musiał przejść w końcu na stały pokarm. od razu rzuciło mu się w oczy bielusieńkie futro szwagierki. Podszedł i rzucił przed nią rybę. 
— Prezent od głowy Klanu Nocy. Niech te twoje kreaturki się najedzą — powiedział i już chciał wyjść, ale był wścibski i ciekawy z natury, a sama Borówka nie wydawała się być w złym humorze. No i w sumie nie wiedział nic o tych kociakach. Nie wiedział nawet dokładnie, które jest które. Był przecież ich stryjem... powinien przynajmniej umieć nazwać je dobrym imieniem. Podrapał się nonszalancko pazurem za uchem i kontynuował: — Nooo... A co tam u ciebie? U dzieciarni? Chyba zaraz mianowanie, co? Nieźle podrosły, od kiedy ostatnio je widziałem...

<Jagodzianka z borówkami?>

05 października 2025

Od Borówkowej Słodyczy CD. Żmijowcowej Wici

Oczy Borówkowej Słodyczy długo wpatrywały się w Żmijowca, jak gdyby próbowały przeniknąć przez warstwy jego milczenia. Patrzyła na niego z uwagą, lecz bez natarczywości — jakby wiedziała, że na odpowiedź nie ma już co liczyć. On tymczasem zdążył już odwrócić wzrok, całą swoją uwagę skupiając na kamieniu, który leżał przed nim. Powoli popychał niewielką skałę, pewnie w nadziei, że finalnie uda mu się dopchnąć ją do celu jeszcze przed bratem. Na próżno — rudzielec był już daleko od nich.
Borówka nie próbowała mu pomóc. Nie było już potrzeby — ani zatrzymywania kogokolwiek, ani przekonywania do czegokolwiek. W tym momencie nie chodziło o rację czy słuszność. Jej słowa nie miały być ostrzem ani tarczą — miały być liściem. Cichym, opadającym na powierzchnię wody liściem, niezdolnym zatrzymać nurtu, ale mogącym zostawić na nim ślad. Choćby przez chwilę.
— Możliwe — powiedziała cicho, ale wyraźnie, stąpając miękko tuż obok niego, jakby nie chciała zakłócić ciszy bardziej, niż to konieczne. — Możliwe, że mam duszę słabego kocięcia. I pewnie więcej niż raz byłam zbyt ufna. I z pewnością dam się jeszcze kilka razy oszukać. Ale wolę to, niż zbudować w sobie świat, w którym każdy, kto okazuje komuś cieplejsze spojrzenie, musi być albo naiwny, albo ślepy.
Wypowiedziała te słowa spokojnie, nie z wyrzutem ani obroną — raczej jak ktoś, kto odkrył w sobie prawdę i zdecydował się ją wypowiedzieć, nawet jeśli odbije się ona od ściany. Odwróciła wzrok. Już nie patrzyła na swojego towarzysza. Nie dlatego, że chciała się odciąć — po prostu nie potrzebowała już tej konfrontacji. Coś w niej się domknęło.
Nie wiedziała nawet, dlaczego nie czuła się źle. Może to był efekt znużenia. Może pierwszy krok do czegoś nowego. Oczywiście, słowa wojownika poruszyły ją — głęboko, jak wiatr rozszarpujący gałęzie drzewa, które długo trwało w bezruchu. Ale nie było w niej rozpaczy, nie było nawet frustracji, choć pewnie już dawno rzuciłaby w stronę kocura coś niezbyt uprzejmego. Była tylko jakaś cicha zgoda na to, że musi mówić dalej.
— Tojad nie jest święty. I nie jest bez winy. Ale wiem też, że wcale nie muszę widzieć w nim tylko tego, co mi pokazuje. Znam takich jak on. I takich jak ty. — Jej głos na moment się załamał, zawahała się na ułamek sekundy, jakby balansowała nad jakąś przepaścią wspomnień. — Bo sama też długo nie wiedziałam, jaka właściwie jestem. Byłam dobra w noszeniu masek. Byłam dobra w uśmiechaniu się, kiedy pękałam w środku. Dobra w staraniu się być dla wszystkich wszystkim. W byciu idealną siostrą, idealną uczennicą. Aż w końcu... zapomniałam, że nie o to chodzi.
Słowa wypływały z niej płynnie, choć w każdym z nich kryło się coś więcej niż tylko znaczenie — ślady przeszłości, blizny, które nie zdążyły się jeszcze zabliźnić. Jej krok był pewny, ale miękki, jakby każdy ruch ważyła z ostrożnością. Kroczyła u boku Żmijowca, choć dzielił ich niewidzialny dystans — nie do przebycia siłą łap, a jedynie sercem.
Przeszła kilka kroków, zanim znów się odezwała. Głos miała cichy, niemal szept, ale jego ton niósł w sobie siłę, jakby każde słowo wbijało się w przestrzeń między nimi jak krople deszczu na suchą ziemię.
— Ty masz wokół siebie ciernie — powiedziała. — I trudno się przez nie przebić. Ranią każdego, kto spróbuje podejść zbyt blisko.
Zamilkła. Cisza między nimi stała się niemal namacalna — gęsta, niosąca napięcie, ale i pewien rodzaj ulgi. Borówka pochyliła się i przesunęła łapą kamień, który wydał z siebie głuchy, przeciągły dźwięk, jakby sam jęknął pod siłą jej łapy.
Spojrzała na niego raz jeszcze, tym razem spokojnie, z łagodnością w oczach.
— Ale wiesz, co robią ciernie, jeśli długo rosną bez przycinania? W końcu oplatają cię całego. I nagle okazuje się, że już nie chronią — tylko więżą. Że nie tylko odpychają innych... ale też nie pozwalają ci samemu wyjść do świata.
Uśmiechnęła się lekko. W jej uśmiechu było coś ciepłego, ale też głęboko smutnego — jakby wiedziała zbyt wiele, by się łudzić, i zbyt mało, by zupełnie przestać wierzyć. To nie był uśmiech triumfu, raczej wspomnienie tego, jak wiele razy musiała się z czegoś podnosić.
— Jeśli nosisz w sobie same kolce, to w końcu zaczynasz kłuć też samego siebie. — Choć brzmiała łagodnie, w jej tonie odczuwalny był też nacisk. — Powinieneś mu odpuścić. Choć trochę…
<Żmijowcu?>

29 września 2025

Od Żmijowcowej Wici CD. Borówkowej Słodyczy

Jakiś czas temu; przed związkiem Tojadka i Borówy

Z każdym słowem białej kotki coraz bardziej nie wiedział, jak ma zareagować. Miał ochotę zaśmiać jej się prosto w pysk, a przy okazji "przypadkowo" opluć jej nos, miał ochotę parsknąć chłodno, skrzywić się i potraktować ją ciszą, aż do momentu, kiedy ich zadanie zostanie zakończone, a on będzie mógł bez konsekwencji odejść i nie patrzeć już na nią nigdy przychylnie. Ale obie opcje wymagały od niego tego, że nie mógłby powiedzieć na głos, za pomocą swojego niezwykle barwnego słownictwa, co myśli tak naprawdę o Tojadzie, a przy okazji też o Borówkowej Słodyczy, skoro ta okazała się być taką zapalczywą fanką jego braciszka. Nie pozwoli, aby sposobność krytyki przemknęła mu niemal pod samiutkimi łapami. Nie, mając obok siebie kotkę, która z jakiegoś powodu przepada za tym kretynem. Nie na jego warcie. 
— Słońce, powiem ci, że jakbyś była jakąś przybłędą z innego klanu, to powiedziałbym, że jesteś jedynaczką. Może ten twój brat jest w porządku, może nie wytargiwaliście sobie futer z grzbietów, nie wrzucaliście robali i kamieni pod mech, ale to nie znaczy, że każdy miał tak niesamowite doświadczenia z rodzeństwem. — Posłał jej jedno jadowite spojrzenie. Zmarszczka na nosie została, nawet kiedy przestał mówić. Wojowniczka westchnęła. Zanim coś powiedziała, pchnęła mocniej, a Żmijowiec, nie chcąc wyjść na słabego, również wysilił się, aby wprawić głaz w ruch. Wszystkim zaczynało iść znacznie gorzej niż na samym początku; wszystkim zaczynało doskwierać zmęczenie, a mokry pach przestał być rześki, a stawał się kłujący i nieprzyjemnie chłodny. Zapadał się coraz mocniej, ale z każdym krokiem zbliżali się do upragnionego obozu, w którym miały dumnie spocząć przytachane przez grupę głazy. Zagryzł mocniej zęby, wstrzymał oddech, położył po sobie uszy, aby całą swoją uwagę i siłę skupić w piersi, którą napierał na gładką, zimną ścianę. Dopiero gdy spomiędzy zębów wydarł mu się cichy warkot, Borówka odezwała się. 
— To, co powiedziałeś, to zachowanie każdego kocięcia. Z tego się wyrasta, a przynajmniej powinno się wyrosnąć. Jeśli dalej czujesz potrzebę nasyłania chrząszczy na mech kota, z którym dzielisz legowisko, to może powinieneś pozostać w tym uczniowskim, jeśli nie we żłobku —  powiedziała twardo, chociaż jej ton nie był wyłącznie karcący, a sama mordka, chociaż delikatnie zmarszczona, nie wydawała się być wyrzeźbiona tylko negatywnymi odczuciami. 
— Mówisz, jakbyś miała pewność, że takie zagrywki wychodzą jedynie spod moich łap — prychnął. Nie miał jednak ochoty na tę rozmowę. Oczywiście... To on był stawiany w roli potwora, który pastwi się nad słodziutkim Tojadkiem.
"Bo to ja przecież niemal nie posłałem go do życia po życiu, wciskając go za pomocą wielkiej kłody w miękkie błoto." — Na samo wspomnienie zjeżyła mu się sierść na karku. "Czemu nikt nic z tego sobie nie robił! Tyle kotów to widziało... Jedynie Szałwiowe Serce się mną wtedy zainteresował... Tylko on chciał mieć pewność, że obejrzy go Różana Woń... Tylko on był coś wart w tym klanie"
— Stop! Stójcie! — rozległ się nagle donośny głos Biedronkowego Pola. Kocur podniósł ucho, obrócił pysk tak, aby widzieć to, na co zerka starsza wojowniczka. — Mandarynkowe Pióro i jej koty potrzebują miejsca, aby wepchnąć kłodę. Posuńcie się.
Faktycznie. Duża grupa Nocniaków, prowadzona przez zastępczynie, zajmowała się wtaczaniem sporego kawałka pustego drzewa. Między większymi osobnikami udało mu się dojrzeć nawet Kropiatkową Łapę, ale jej czółko ledwo dotykało chropowatej powierzchni, kiedy reszta zbyt szybko przebierała silnymi łapami; nie nadążała.
"Przynajmniej nie nabiję sobie guza. Jest sprytna, jeśli udaję jej się unikać zbyt dużego wysiłku w sposób, którego nie dostrzegła Mandarynka. Szczwana..." — pochwalił ją  w głowie mentor, pozwalając, aby na pyszczek wpełznął mu lekki uśmiech. Srebrna skinęła głową szylkretcę, kiedy jedna z par odsunęła kamień z bok, schodząc im z drogi. Kocie odciski łap, jak i mniejszy rowek, który utworzył głaz, szybko zostały wygładzone przez szurającą po piachu kłodę. Wszyscy w ciszy czekali, aż konar zostanie przepchnięty, aby mogli w spokoju wrócić do pracy. Zwłaszcza że już można było wyczuć nadchodzący wieczorny wiatr, a cykady rozpoczynały swój conocny koncert. 
— Jeśli widzisz w Tojadzie tylko to, co chce ci pokazać, to jesteś głupia — powiedział nagle głośno i wyraźnie, patrząc w niebieskie ślepia wojowniczki. — Masz dusze słabego kocięcia i umysł ufnej sarny. Nie będę się na ciebie irytował więcej, bo to bez sensu. Sama sobie narobisz problemów; nie musze być jednym z nich. — Odwrócił się i bez większych ogródek znów zaczął pchać kamień. Nie zostało im dużo drogi. 

<Jagodziana?>

Event KN: Wtoczenie na wyspę głazów, Wtoczenie na wyspę pnia, mającego stanowić część nowego legowiska starszyzny

11 września 2025

Od Borówkowej Słodyczy CD. Żmijowcowej Wici

Oczy Borówkowej Słodyczy nie oderwały się od kamienia nawet wtedy, gdy Żmijowiec niemal błagał ją wzrokiem o zrozumienie. Naparła mocniej, nie dlatego, że przekonały ją jego słowa — raczej dlatego, że miała dość stania w miejscu. Choć pozornie spokojna, w środku czuła, jak coś się w niej marszczy. Nie była zła na towarzysza, choć jego zachowanie było dość niewłaściwe. To było bardziej... rozczarowanie? Przemieszane z niezręczną troską, której nie wiedziała, jak wyrazić.
Miała brata. I wiedziała, jak to jest walczyć o uwagę, o uznanie, o bycie dostrzeżoną nie przez jednego kota, ale przez cały świat. Ale też wiedziała, że czasem największą odwagą nie jest gnać na oślep, a zatrzymać się i poczekać. Dlatego teraz — zamiast odpowiedzieć natychmiast — pozwoliła, by napięcie między nimi narastało, jakby cisza była gęstą, miękką mgłą, która oblepiała uszy, myśli i język.
— Wiesz, Żmijowcu… — powiedziała cicho, kiedy kolejne parcie nieznacznie przesunęło głaz. Jej głos był spokojny, ale wibrował w nim ton ostrzeżenia. — To nie jest konkurs. Nikt nie wygra, jak szybciej wtaszczy kamień na środek obozowiska. A już na pewno nie wygrają ci, którzy się przy tym udławią własną dumą.
Nie miała zamiaru spoglądać na kocura, choć czuła na sobie jego spojrzenie. Że jego zielone oczy są teraz jak dwa wypalone zieleńce wśród mgły emocji, które sam na siebie nałożył. Nie potrafiła jednak wydobyć z siebie słów pociechy, zupełnie jak gdyby coś ją przed tym blokowało.
— Nie musisz być taki jak on — dodała po chwili, pchając znów kamień. — I nie musisz się bać, że przegrasz. Bo... może właśnie nie przegrywasz z nim, tylko z samym sobą.
Na moment zamilkła. Kamień osunął się lekko w bok, a ona podparła go łapą, żeby nie stoczył się na bok. Słońce przebiło się przez liście, rozlewając na jej futrze srebrne refleksy. Odetchnęła głęboko.
— Ja też miewałam momenty, kiedy myślałam, że tylko szybciej, mocniej, głośniej... znaczy lepiej. Że jak będę idealna, to nikt nie dostrzeże, ile się we mnie tłucze od środka. — Jej głos nieco zadrżał, ale szybko odzyskała kontrolę. — Ale to nie działa. Naprawdę nie działa. Ani przez moment nie czułam się lepiej, gdy otrzymałam wojownicze imię szybciej, niż mój brat. Bo jemu też coś wtedy pękało. A nasze relacje nie były wyścigiem. Były mostem, który zdawał się walić z każdą taką akcją.
Zamilkła, pozwalając, by cisza znów ich objęła. Wreszcie spojrzała na Żmijowca — łagodnie, ale i twardo, jakby jej spojrzenie było aksamitne w dotyku, ale miało w sobie coś nieprzejednanego.
— Możesz go nienawidzić. Możesz go kochać. Możesz chcieć udowodnić wszystko. Ale jeśli robisz to jego kosztem — albo swoim — to... nie wygrasz. A jeśli chcesz być lepszy od niego tylko po to, żeby przestał się śmiać, to jesteś dokładnie taki jak on.
Westchnęła głęboko, znów wracając do pracy. Wsunęła łapy pod krawędź kamienia i popchnęła z mocą, której nie zdradzała jej drobna postura. Zaczęli przesuwać się znów do przodu, w kierunku wyznaczonego miejsca.
— Słuchaj… Ja lubię Tojada. — Przyznała w końcu. — Poznałam go. I wierzę, że nie chciałby upokorzyć, a tym bardziej skrzywdzić własnego brata. Mogę się mylić, ale… Według mnie powinniście się wspierać, choć trochę. Rywalizacja może się wydawać dobrą opcją, jednak nią nie jest. Naprawdę.

<Żmijowcu?>

Event w KN: Wtoczenie na wyspę głazów

04 września 2025

Od Żmijowcowej Wici CD. Borówkowej Słodyczy

Kotka była sympatyczna, miła i bardzo spokojna. Taka wewnętrzna... harmonia..? Wprowadzała Żmijowca w lekkie zakłopotanie. Nie mógł nie mieć pewnego odczucia, że takie koty coś ukrywają. Nikt normalny, kogo zapytano o to, jak mu w czymś idzie, jak się czuję, nie odmówi możliwości ponarzekania na cały świat. A Borówkowa Słodycz nie pisnęła ani jednym negatywnym słówkiem. No ale... W sumie miała też za mentora Szałwiowe Serce, a to całkowicie zmienia postać rzeczy; jak można pluć bluzgami na cały świat, kiedy TAKI kocur wprowadza cię w wojowniczą dorosłość? Gdyby mógł trenować z nim przez całe uczniostwo... nigdy nie powiedziałby nic złego na żaden temat. Ba! Nawet by się nigdy nie skrzywił, wiedząc, że cokolwiek jest na górze, pozwoliło mu szkolić się pod okiem księcia Klanu Nocy. Wychodząc, minął go nawet. Wraz z Dryfującą Bulwą, Mżącym Przelotem i Czyhającą Mureną zajmowali się wtaczaniem kłody, która zapewne miała posłużyć za późniejsze miejsce na piszczki i rybne kąski,  które podczas łowów łapali inni Nocniacy. Praca wydawała się ciężką, więc w tym momencie zaczął dziękować Biedronkowemu Polu, że ta wyciągnęła go, aby dołączył do jej kompani. Kamienie może i tez nie należały do równych pierzu, ale przynajmniej nie staczały się na ciebie, kiedy nieustannie napierałeś na nie ciałem. Grupa wojowników zapierając się łapami, nieustannie prąc do przodu, z każdym krokiem była bliżej swojego celu, którym zapewne miało być centrum obozowiska. Patrzył na nich jak na najpiękniejszy morski zachód słońca. Skupił się na tym tak mocno, że w ostatnim momencie nie wszedł komuś w zadek. Te rozmyślania i wspomnienia chwil, które wydarzyły się tak niedawno, pochłonęły go tak bardzo, że nie zakodował ani jednej informacji, którą przekazała mu na temat kamienia... Widział przecież, jaki ma kształt, miał oczy, miał poduszki w łapach, wiec wiedział, z jakimi problemami mogą się borykać. Nie potrzebował żadnej białej kici, żeby sobie z tym poradzić. Umiał szacować sytuacje, też jest przecież pełnoprawnym wojownikiem. 
Kiedy Borówkowa Słodycz podała dokładne miejsce, gdzie mają przepchać głaz, wskazując na krzaczek, skinął jedynie głową i również położył swoje łapy na płaskiej powierzchni. Kamień był dalej wilgotny, zapewne od porannej rosy i wszechobecnej, rzecznej wilgoci, która unosiła się w powietrzu. Łapy, jak zwykle, kiedy pracowali nad obozem, zapadały mu się w piachu, co jedynie sprawiało, że cała praca była jeszcze bardziej nieznośna, męcząca i denerwująca. Niebieskooka pchała równie mocno co on. Widział kątem oka, że Tojad i uczennica, której miał pomagać, są dalej niż on i Borówka. Przyśpieszył, nie ustalając tego wcześniej z partnerką pracy. 
— Co robisz? Tu nie chodzi o szybkość — szepnęła do niego spokojnie, chociaż czuł nutkę zdenerwowania w jej głosie. Machnął na to ogonem, ale kiedy posłała mu kolejny, karcący wzrok, mruknął do niej.
— Nie będę gorszy od mojego robaczywomózgowego brata. Zwłaszcza że w jego parze jest uczennica. Nie pozwolę na taką kompromitację. — Naparł mocniej, zmuszając tylne łapy do większego wysiłku. Nie był misterem siły, więc mięśnie w udach zaczęły mu delikatnie drżeć. Zignorował to. Próbując w pewien sposób przekonać białą, aby dodała od siebie trochę więcej, powiedział jeszcze: — Ostatnio, może nie uwierzysz, ale ta zgniła płoć niemal nie zmiażdżył mnie konarem. Uskoczyłem, ale przeorał mi ogon, niemal go nie połamał! Parszywa kreatura, a ten jego przebrzydły uśmiech pełen dumy i pychy i egoizmu. Ja nigdy nie mógłby się tak zachowywać jak on... Sama masz rodzeństwo, prawda? Wiesz, w takim razie, jak to jest! Nie mogę z nim przegrać, bo nie da mi żyć przez następne kilka księżyców, a moje życie stanie się udręką.
Wlepił zielone ślepia z pysk wciąż nie do końca przekonanej Borówki. Nie zniżył się do błagalnego wyrazu, ale  w jego głosie słychać było żałosną potrzebę. 

<Borówiasta?>

Event KN: Wniesienie na wyspę kłody na zwierzynę, Wtoczenie na wyspę głazów 

01 września 2025

Od Borówkowej Słodyczy CD. Żmijowcowej Wici

Borówkowa Słodycz uniosła lekko głowę, słysząc znajomy, nieco przeciągnięty głos Żmijowcowej Wici. Niebieskie oczy spoczęły na nim z mieszaniną łagodnej ciekawości i lekkiego zmęczenia. Czekała już chwilę przy brzegu, opierając się przednimi łapami o chłodny, płaski kamień. Jej futro, zwykle czysto białe, było przyprószone piaskiem i drobnymi ziarenkami mułu, który jeszcze nie do końca wysechł po wcześniejszym wysiłku.Kamień, który próbowała przepchnąć sama, uparcie stawiał opór — nie był ogromny, ale jego kształt był wyjątkowo niewdzięczny, płaski od spodu, lecz szerszy na górze, przez co ślizgał się po ziemi bez ładu, nie chcąc ruszyć z miejsca. Ostatecznie uznała, że dalsze pchanie w pojedynkę tylko ją wyczerpie, a i tak wcześniej czy później przydzielą jej partnera. Odpoczynek był więc rozsądnym wyborem, choć nawet on nie dawał pełni wytchnienia — powietrze było ciepłe i parne, a wiatr niósł zapach namokłych liści i słonawej, ciężkiej wody z nocy.
Odwróciła łeb w stronę Żmijowca, który właśnie się do niej zbliżał. Bury kocur wyglądał, jakby dopiero co wyszedł z legowiska — miał rozczochrane futro, opadnięte wąsy i spojrzenie półprzytomne, chociaż już zdążył rzucić parę słów zażenowania i parę szybkich spojrzeń wokół, jakby sprawdzał, czy przypadkiem nikt nie zauważył jego porannego lenistwa.
— Jak ci idzie? — zapytał, zbliżając się do niej. — W sumie nie tylko z kamieniem, też nie jesteś długo wojowniczką, co nie? Znaczy głupie pytanie, przez moment dzieliliśmy się Szałwiowym Sercem, wiesz… jak moją mentorkę jakieś morskie potworstwa porwały…
Borówka spojrzała na niego z nieczytelnym wyrazem pyszczka. Mrugnęła raz, potem drugi, jakby zastanawiała się, czy powinien ją bawić ten komentarz, czy raczej zmartwić.
— Ach, jakoś sobie radzę. — Jej głos był cichy, melodyjny, z tą nutą spokojnej rezygnacji. — Ale tak, pamiętam tamten czas. Szałwiowe Serce był dla mnie ważny… Zawsze, gdy miałam jakieś wątpliwości, potrafił udzielić mi rady. Cieszę się, że to on był moim mentorem.
Zawiesiła wzrok na kamieniu, który czekał tuż obok nich, jak milczący świadek ich rozmowy. Przez chwilę nie mówiła nic, tylko przestępowała z łapy na łapę, rozważając najlepszy sposób jego przetoczenia.
— A co do kamienia… — dodała po chwili, przechylając łeb i wskazując go ogonem. — Sam widzisz, jak to idzie. Miałam nadzieję, że uda mi się przesunąć go do celu, ale… niektóre rzeczy lepiej robić w duecie.
Uśmiechnęła się lekko, jakby chciała zrównoważyć chłodny ton wcześniejszej wypowiedzi.
— Zaczniemy? — zapytała spokojnie, podchodząc do jednej strony głazu i kładąc łapy tak, by miały lepszą przyczepność. — Najlepiej, jeśli będziemy go turlać pod lekkim kątem, w stronę tej rośliny tam. — Wskazała pyskiem na jakiś krzaczek.

<Żmijowcu?>

Wykonane zadania:
Wniesienie na wyspę kamieni, mających otaczać źródełko wody i wzmacniać jego ścianki

30 sierpnia 2025

Od Żmijowcowej Wici Do Borówkowej Słodyczy

"Oddał" Kropiatkową Łapę na ten poranek Mandarynkowemu Pióru i Trzcinowej Łapie. Kotki wybierały się, aby dalej ćwiczyć wspinaczkę na drzewa, z którą szylkretka podobno miała wciąż małe problemy, a jako że sama Kropiatka radziła sobie z tym raczej dobrze, nie widział powodu, dla którego miałby to być zły pomysł. Sam wolał skupić się na pomocy przy obozie. Jeśli tylko jeden dorosły kot zajmuje się dwójką terminatorów, klan traci mnie siły roboczej. No i też liczył na miłe słowa zastępczyni, zwłaszcza jeśli jego podopieczna, mimo młodszego wieko, mimo krótszego przebytego szkolenia, będzie lepsza w poruszaniu się po gałęziach, niż Trzcinka. Będzie też mógł się ponabijać z córki Stokrotki, a to była chyba najlepsza nagroda. 
Pozwolił więc sobie na dłuższy odpoczynek z rana. Kotki oczywiście opuściły obóz wraz ze słońcem, które teraz wstawało coraz prędzej. Nawet je pożegnał; wiedział, że Mandarynce nie spodobałaby się wizja, że ten leni się w legowisku, a ona użera się z jego obowiązkiem, ba! Gdyby mogła, wyrzuciłaby go z klanu. Zwłaszcza że dalej nieustannie obijał mu się o uszy głos srebrnej kocicy, mówiącej, że fakt, że Kropiatka została jego uczennicą, jest jej i tylko jej zasługą... 
W końcu z leniuchowego nastroju wyrwał go głos Biedronkowego Pola, która szukała wolnych kotów, aby pomogli jej w przenoszeniu kamieni, które przyniosła w nocy rzeczna woda. Jej kolorowy pyszczek zerknął wgłąb legowiska wojowników. Doświadczone, chociaż wciąż skrzące się ślepia zatrzymały się na rozciągniętym, leżącym kocurze.
— A ty co tu robisz? Słońce już dawno czyha na niebie, a ty wystawiasz brzuch do iskania? — rzuciła głośno, a kocur aż podskoczył. Podniósł łeb i jęknął. — Wstawaj, widzę, że aż z nudów jesteś zmęczony. Pomożesz nam.
— W czym? — zapytał zaspany.
— Przepychamy kamienie.
— Mam już dość tej pracy siłowej; nie mam na to mocnego grzbietu...
— A ja młodego wieku, a jednak wstaję i tym wszystkim się zajmuję — zauważyła z przekąsem starsza wojowniczka. Zrobiła krok do przodu i stanęła mu na ogon, który dalej pobolewał po tym, jak Tojad chciał zrobić z niego papkę. Bury pisnął i rzucił się na łapę szylkretki. — O! No i wstałeś! 
— Siejesz terror...
— Poczekaj, aż naskarżę na twój leniwy zad Mandarynce, wtedy dopiero dowiesz się co to terror. — Dreszczyk przeszedł Żmijowcowi po grzbiecie, słysząc zimny, ale i żartobliwy ton Biedronki. Momentalnie stał na równych łapach. Przeciągnął się. Faktycznie takie dosypianie było kiepskim pomysłem; obudził się jeszcze bardziej zmęczony niż kiedy żegnał się z Kropiatkową Łapą... Może wyniesie z tego jakąś lekcje... albo nie. 
Widział grupkę kotów, wśród których wyróżniała się właśnie Biedronkowe Pole. Wiedział, że zmarnował szansę na posiłek przed pracą, ale jakoś to przeżyje. Wokół niego już wrzała praca. Wężynowy Splot przemknęła obok niego, targając za sobą Zmierzchająca Łapę. Jego siostra miała pysk pełen tataraku, a czarny uczeń zaciskał kiełki na cienkich gałązkach. Nieśli je w stronę Latającej Ryby i Ćmiej Łapy, aby w czwórkę zająć się zaplataniem wszystkiego i tworzeniem nowej, wytrzymałej ściany lecznicy. Praca szła im całkiem dobrze, zwłaszcza, że wiedział, że zaczęły mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zastępczyni i terminatorki wychodziły na trening. Zręczne, drobne łapki Latającej Ryby sprawnie oplatała pałki wodne w giętkie byliny, aby potem utrwalić wszystko patykami. Wężynka za to bez przerwy biegała w te i wewte, aby przynosić nowe materiały. Uczeń ledwo za nią nadążał. 
— Żmijowcowa Wicio, pośpiesz się no! Czy nawet czas ma kręcić się wokół ciebie? — zawołał Tojad, który oczywiście musiał znowu być w grupie kotów, z która miał pracować. Bury przewrócił oczami tak mocno, że bał się, że wypadną. 
— Idę, idę... A on musi tu być? — zwrócił się do szylkretki, wskazując na brata. 
— Przydam się bardziej niż ty, chuda witko... — syknął na niego rudy. 
— Dajcie pokój, nie musicie ze sobą rozmawiać. — Zakończyła spór i skierował się bliżej wody. — Podzielimy się. Kamienie nie są tak ciężkie, więc popracujemy parami. Część kotów już pracuję. 
Faktycznie. Nocniaki porozrzucane były po wybrzeżu. Widział, jak Borówka pcha kamień z Pluskiem, widział, jak Rozpędzona Łapa próbuje poradzić sobie ze swoim samodzielnie, odrzucając propozycję pomocy Krewetki. Usłyszał westchnienie Biedronki, a potem jej donośny głos. — Pluskający Potoku, przejdziesz do Rozpędzonej Łapy i Krewetkowej Łapy, a do Borówkowej Słodyczy dołaczy Żmijowcowa Wić. Tojadowa Kryzo, ty weźmiesz Niezapominajkową Łapę. Do roboty! — Z tymi słowami sama znalazła sobie partnera i nie traciła już więcej czasu. Bury wojownik bez słowa sprzeciwu znalazł się przy białej kotce. Cieszył się po prostu, że nie musi użerać się z rudym bratem, a co gorsza ze śmierdzącym Pluskającym Potokiem, który z każdym dniem coraz bardziej zachodził mu za pazur. 
— Jak ci idzie? — zapytał niebieskookiej, która czekając na partnera, zrobiła sobie małą przerwę. — W sumie nie tylko z kamieniem, też nie jesteś długo wojowniczką, co nie? Znaczy głupie pytanie, przez moment dzieliliśmy się Szałwiowym Sercem, wiesz... jak moją mentorkę jakieś morskie potworstwa porwały...

<Borówka?>

Event KN: Wniesienie na wyspę kamieni, mających otaczać źródełko wody i wzmacniać jego ścianki, Odbudowa ścian lecznicy