BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Puchacz (ol). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Puchacz (ol). Pokaż wszystkie posty

27 września 2026

Od Puchacza

Dzień po ostatnim opowiadaniu

Zazwyczaj po spotkaniach z Orłosępem czekał parę dni, zanim znowu zapuszczał się w okolice granicy. Tym razem musiał jednak dowiedzieć się, jak przebiegło spotkanie z samotnikami. Czekał więc w Dębowej Ostoi i kiedy usłyszał idącą w oddali grupkę włóczęgów, miauknął:
– Orłosępie?
Po chwili spomiędzy krzewów wyłonił się ciemnorudy kocur wraz z kilkoma innymi. Musieli odłączyć się od reszty przechodzących. Puchacz zmierzył ich wzrokiem. Praktycznie nie byli ranni. Mógł tylko doliczyć się pojedynczych płytkich zadrapań na ich skórach. Za to spomiędzy pazurów wystawało im futro w różnych kolorach, a pyski brudziła krew. Zwiadowca cofnął się od nich lekko. To nie wyglądało na pokojową rozmowę ani na równą walkę. Jakim cudem tak łatwo poszła im walka z grupą, która tak im zagrażała? To się nie kleiło! Chyba że… Zjeżył się lekko, kiedy ta myśl doszła do niego. To nie było żadne zagrożenie. Skazał te bezbronne koty na śmierć…
– No, Puchaczu, muszę ci powiedzieć, że twoja pomoc była bardzo przydatna! – uśmiechnął się przywódca włóczęgów.
– Nie zbliżaj się! – syknął, uważnie patrząc starszemu na łapy. – Nie musiałeś ich atakować! Nic ci nie zrobili!
– Naprawdę myślałeś, że tu chodziło o zwierzynę? – zapytał rudy, uśmiechając się kpiąco. – Przecież nie wyglądam chyba na aż tak głodnego…
– Ty potworze!
Obstawa Orłosępa spojrzała na swojego wodza jakby z niemym pytaniem o przyzwolenie na atak. Ten pokręcił tylko głową i odprawił ich ruchem ogona. Tamci posłusznie odeszli, zostawiając ich samych.
– Wiedz, że nie chciałem ich zabijać. Przyszedłem tam z ofertą pokoju, mogli dołączyć do mnie – przerwał na chwilę. – Nie zgodzili się. Wyszedłem więc z krwią trzech kotów na łapach i obietnicą wojny. A dzięki twojemu zwiadowi mogłem dać im tę wojnę bardzo szybko, wystarczył jeden gest i moje koty wyszły z kryjówek, by rozpętać piekło – zakończył, patrząc na swoje ostre pazury. Jego ton głosu przez cały czas był spokojny, jakby wyjaśniał rzecz bardzo prostą, a nie sposób, w jaki wymordował grupę samotników. Czekoladowy nie był w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. Nie wiedział, jak miał się z tym wszystkim czuć. Oczywiście, zawsze każdy mówił mu, że za takie czyny dusza zostaje skazana na wieczne potępienie po śmierci, ale im dłużej słuchał, tym mniej się tym wszystkim przejmował.
– Wiesz, nie była to sprawa nienawiści, czy innych emocji. W naturze po prostu zawsze wygrywa ten silniejszy. Chyba to rozumiesz?
Bicolor skinął tylko głową. W końcu Owocowemu Lasowi nic to nie robiło. Nie krzywdził nikogo bliskiego. Wręcz przeciwnie, pomagał swojemu przyjacielowi.
– No, widzisz! Dobrze, że się rozumiemy. Oby tak dalej, a może w przyszłości zasłużysz na jakieś dobre stanowisko w mojej grupie – Orłosęp powiedział, a następnie zniknął wśród drzew.

13 września 2026

Od Puchacza CD. Psianki

Tuż po mianowaniu Psianki na uczennicę

– Trening idzie… w porządku – skłamał, uśmiechając się. – Trochę nudne… Ale może być.
Psianka odwzajemniła uśmiech i już otwierała pysk, żeby zadać jakieś następne pytania, kiedy usłyszał:
– Puchaczu, ile trzeba na ciebie czekać?! Mieliśmy iść na patrol!
Jego wzrok w błyskawicznym tempie powędrował w stronę matki. Położył po sobie uszy, a jego uśmiech zmienił się na nerwowy. Posłał drugiej uczennicy przepraszające spojrzenie i podreptał w kierunku wyjścia z obozu.

***

Teraźniejszość

Korzystał z ostatków przyjemnej pogody Pory Opadających Liści. Wszystko wskazywało na to, że niedługo słońce przestanie ogrzewać futra Owocniaków i zawisną nad nimi deszczowe chmury. Póki jednak tak się nie działo, zamierzał brać ciepło garściami. Tym razem postanowił trzymać się z dala od Dębowej Ostoi. Nie mógł przecież przesiadywać tam cały czas bez wzbudzania podejrzeń. Tym razem postanowił przespacerować się po drzewach Owocowego Lasku. W końcu kto wie, czy zaraz nie zerwą się mocniejsze porywy wiatru, przy których przebywanie w tamtej okolicy byłoby niebezpieczne. Szkoda by było, gdyby przegapił taką okazję. Owocowy lasek był naprawdę ładny, szczególnie o tej porze roku. To jest, o ile nie przesiadywały tam akurat koty, które miały kręćka na punkcie tej całej Wszechmatki. Tak sobie biegał po tych jabłoniach, śliwach i gruszach, kiedy nagle poczuł się, jakby był obserwowany. Zahamował i się rozejrzał. Wyżej od niego na innym drzewie zobaczył czarno-białe, łaciate futro. To musiała być Psianka. Kotka chyba już na niego nie patrzyła, więc wykorzystał tę okazję. Cichutko wspiął się po drzewach, aż nie znalazł się na tym samym poziomie co ona. Podszedł do niej od tyłu i się uśmiechnął.
– A królewna co tu robi tak sama? – zażartował. Żółtooka obróciła głowę w jego stronę, na co ten ukłonił się i poczekał na jej dalszą reakcję.

<Psianka?>

12 września 2026

Od Puchacza

Leżał rozleniwiony na gałęzi dębu niedaleko granicy z terenami niczyimi. Wydrapywał powoli linie na korze drzewa. Liście wokół niego przybrały już pożółkły lub nawet lekko pomarańczowy kolor i były praktycznie gotowe, by spaść na ziemię. Złote promienie słońca padały miejscami na jego futro, ogrzewając je. Przeciągnął się powoli i strzepnął ogonem z irytacją. Orłosęp zapowiedział mu swoją wizytę jeszcze zanim został mianowany, a po kilku księżycach nadal nie dawał mu znaku życia. Co mogło się stać? Zapomniał o nim? Tak po prostu? Nie… Nie mógł… Wtedy pomiędzy poszyciem zauważył ruch i ciemnorudy kształt. Przykucnął na gałęzi, wodząc wzrokiem za sylwetką. W końcu spomiędzy krzaków wysunął się muskularny samotnik z czarną ofutrzoną skórą jakiegoś zwierzęcia na jednym barku. Chwilę mu zajęło, zanim go zauważył.– Tam jesteś mały! Chodź tutaj!
Puchacz strzepnął uchem, lecz nie skomentował faktu, że został nazwany “małym”. Zwinnie zeskoczył po gałęziach i po chwili stał na ziemi przed drugim kocurem.
– Kto ci to zrobił? – zapytał od razu samotnik, wskazując na jego nacięte ucho.
– Nikt. Taka tradycja w Owocowym Lesie – wyjaśnił. Rudy zmarszczył brwi, ale po chwili jego pysk wrócił do normalnego wyrazu.
– To dobrze. Niestety ja nie mam dobrych wieści. Ostatnio grupa samotników zaczęła uprzykrzać życie mi i moim kumplom. Ciągle kradną nam zwierzynę. Płoszą ją z naszych terenów na swoje, a ostatnio nawet ukradli trochę z naszego obozowiska – zaczął poważnie. – Zaczynam się martwić, że jeżeli dalej tak pójdzie, możemy mieć trudności z przetrwaniem mroźnej pory. Potrzebuję twojej pomocy.
– Ale co ja mam zrobić? Nie pobiję się przecież chyba z bandą samotników!
– Nie martw się o to. Chcę, tylko żebyś przebiegł po drzewach do ich obozu i powiedział mi, z której strony mam się tam dostać tak, żeby nie mogli mnie zaatakować, zanim nie porozmawiam z ich przywódcą.
– W porządku, gdzie to jest?
– W tamtą stronę. – Orłosęp wskazał kierunek ogonem. Puchacz skinął głową, w kilku susach wspiął się wysoko nad ziemię i ruszył do celu.

***

W końcu dotarł na miejsce. Przycupnął na gałęzi i popatrzył w dół. Nie martwił się o to, że ktoś może go zobaczyć. Przysłaniały go liście, a większość jego futra zlewała się dość dobrze z korą drzewa. No i był dość wysoko. Przypatrzył się dokładnie obozowi. Była to dość mała polanka z wieloma wejściami do nor, które chyba robiły za legowiska. Jedna z nich była bardziej ozdobiona niż reszta, więc obstawił, że należała do ich przywódcy. Popatrzył też na koty. Według jego szacunków mogła tu mieszkać połowa Owocowego Lasu. Jego uwagę szczególnie przykuła bura szylkretka z futrem usianym kwiatami, niebieska kotka z pięknym futrem przywodzącym na myśl rzekę i smukły czarny kocur z długim ogonem i lśniącą sierścią. Aż trudno było uwierzyć, że te koty były tak okrutne. Nieważne i tak nie mógł im ufać. Zanotował jeszcze w głowie kilka kryjówek i strategicznych punktów, po czym zawrócił.

***

Odnalazł ponownie Orłosępa niedaleko granicy i zrelacjonował mu swoje obserwacje. Ten uśmiechnął się do niego i zmierzwił mu łapą futro na głowie.
– Dzięki Puchacz. Naprawdę bardzo mi dziś pomogłeś – rudy rzucił na pożegnanie i znikł.

07 sierpnia 2026

Od Puchacza

Dzisiaj znowu został pozostawiony sam w Dębowej Ostoi przy granicy. Tym razem szybko udało mu się złapać wiewiórkę. Planował szybko zakopać ją gdzieś tu, żeby spróbować znaleźć coś jeszcze, ale wtedy usłyszał za sobą szelest. Błyskawicznie obrócił się w kierunku dźwięku, widząc znajome ciemnorude futro.
— To tylko ty — miauknął cicho do Orłosępa.
— Jak widać — zaśmiał się. — W ogóle to cześć, mały. Jak się masz? — przerwał nagle — Nie zagoiło się? — zapytał, wskazując na jego policzek. Uczeń poprawił futro, żeby lepiej zakrywało bliznę.
— No… nie.
— Wyszarpię mu flaki — mruknął pod nosem samotnik, wbijając pazury w ziemię.
— Spokojnie… Jest w porządku.
— Naprawdę? Nie jesteś zły, że ci przejechał po pysku?
Czekoladowy wzruszył ramionami.
— Jest, jak jest. Ale teraz lepiej, żebyś sobie stąd szedł. Nikt nie może zobaczyć nas rozmawiających.
Orłosęp skinął głową.
— Odezwę się jeszcze kiedyś.
Puchacz odwzajemnił gest.
— Będę czekał.

***

Kilka dni później

Dzisiejszy trening był jakiś dziwny. Zamiast iść po drzewach jak zwykle, spacerowali po ziemi. Do tego nawet nie szli w kierunku dobrego miejsca na ćwiczenia. Bo kto ćwiczyłby wspinaczkę na drzewa na Upadłej Gwieździe? No właśnie nikt. Jednak tam właśnie dotarli. Kiedy stanęli, miał już zapytać, co tak właściwie mają tutaj robić, ale nie zdążył.
— Twoim zadaniem teraz będzie, dotrzeć do Szopy Strachu i mnie tam spotkać. Powodzenia! — miauknęła Figa i zniknęła mu z oczu. Świetnie. Czyli po to szedł z obozu do jakiegoś losowego miejsca, żeby musieć pójść gdzieś indziej. Westchnął ciężko i zamknął oczy. Czasami naprawdę nie rozumiał tego wszystkiego, co wymyślała matka. Chcąc nie chcąc wspiął się na jakieś drzewo i zaczął swoją przeprawę. Przez cały czas starał się omijać Owocowy Lasek, jak tylko się dało. Zbyt wiele drzew było tam giętkich lub kruchych. Nie widziało mu się być miotanym, czy runąć na ziemię przy mocniejszym podmuchu wiatru. Przez to jego trasa była dużo dłuższa i nawet na niej zdarzało się, że musiał zmieniać plany, bo inne drzewo nie wyglądało zbyt stabilnie, czy nawet zdawało się chore. Kiedy był już niedaleko, dostrzegł na ziemi ślady.
— Lis? — miauknął do siebie. Zawęszył. Na pewno nie było go blisko, mógł zejść. Tak też zrobił, a następnie obwąchał ślady.
— Świeże… trzeba komuś o tym powiedzieć… — myślał na głos.
— Brawo! — Usłyszał głos matki, która zeszła z innego drzewa. On był zdezorientowany. Jakim cudem jej nie widział? I przede wszystkim, o co jej chodziło? Nie powinna być przy Szopie Strachu?
— Zostaniesz zwiadowcą!
— Co?
— Zdałeś test, przez cały czas cię obserwowałam.
— A ślady?
— Patrol przegonił lisa dziś rano. Nie musimy się o nic martwić. Chodź, wracamy do obozu.

***

Zebranie klanu

— Puchaczu, wystąp.
Bicolor wyszedł przed tłum, stając pod gałęzią topoli i patrząc na lidera.
— Najwyższy czas, abyś dołączył do grona zwiadowców. Wykazałeś się pomysłowością i odwagą. Czy przysięgasz pozostać lojalnym naszej społeczności i czuwać nad jej bezpieczeństwem?
— Przysięgam — powiedział lekko, jakby witał się, a nie ślubował wierność społeczności.
— A zatem witamy cię jako nowego zwiadowcę Owocowego Lasu!
Wszystkie wiwaty, jakie się potem rozległy nie obchodziły go. A już szczególnie nie te matki. Na to było już za późno. Znalazł kogoś innego, kto go akceptował, czy był zwiadowcą, czy nie, więc już po prostu tego dowartościowania nie potrzebował. Szybko wysunął się z tłumu, żeby zdobyć symboliczne nacięcie na uchu. Nie zamierzał przechodzić żadnego rytuału. Dla niego było to głupimi bzdurami. Nie był żadnym “Kłosem Zboża Kołyszącym Się na Wietrze”. Był Puchaczem. Szkoda tylko, że nikt tego nie zauważał…

[554 słowa]

[11%]

28 lipca 2026

Od Puchacza

Wyszedł z matką na polowanie. Po prostu wyśmienity pomysł! Przecież była Pora Nagich Drzew, dlaczego niby miałoby mu to jakkolwiek utrudniać zadanie? Szedł jak zwykle nastroszony i obrażony na cały świat. W końcu dotarli do Dębowej Ostoi.
– Tu się rozdzielamy – rzuciła Figa. Kocur zmarszczył brwi i popatrzył na nią. Znowu nie chciała widzieć, jak po raz kolejny schrzania sprawę? W sumie nawet nie mógł się jej dziwić. W końcu Wrona już dostała ucznia, a on nadal nie był zwiadowcą. Zastępczyni jednak nie zareagowała na to spojrzenie i sama zniknęła gdzieś. Fuknął z irytacji i zaczął wspinać się na jakieś drzewo. Wątpił, że cokolwiek wyczuje, ale jednak udało mu się to dosyć szybko. Wiewiórka. Wytężył wzrok i szybko zauważył rude stworzonko. Skakało po gałęziach, jakby zapomniało, gdzie znajdowała się jego dziupla. Ostrożnie ustawił się w odpowiedniej pozycji i zaczął podchodzić do ofiary. Nagle poczuł wiatr wiejący mu zza pleców. Gryzoń chyba też to wyczuł, bo od razu rzucił się do ucieczki. Puchacz nie zastanawiał się dwa razy i popędził za nim. Czuł, jak co chwilę odbijał się od gałęzi, przeskakując na inne. Czuł chłód wiatru wiejącego mu zza pleców. Czuł, jak powoli się męczył, a gardło bolało przy każdym szybszym oddechu. Ale czuł też zapach zwierzyny i widział ją. I to go napędzało. Był już pewny swojego zwycięstwa, kiedy to nagle zwierzę zbiegło niżej. Zbiegł za nim, ale po wiewiórce nie było już śladu. Znalazła schronienie. Stał tak przez chwilę, uspokajając oddech i patrzył w niedowierzaniu. Znowu mu się nie udało? Kiedy ta myśl wreszcie na dobre dotarła do jego świadomości, zrezygnowany zszedł z drzewa. Usiadł na ziemi i wbił w nią pazury.
– Nawet durnej wiewiórki nie umiem złapać! – syknął. – Wrona to na pewno nie musiałaby nawet biec i złapałaby jeszcze trzy inne! Lisie łajno! To nie moja wina, że ją szkoli przywódca! A może to ja po prostu nic nie umiem… – zwiesił głowę. Nagle usłyszał wredny śmiech. Zjeżył się jeszcze bardziej i stanął na równe łapy. Rozejrzał się dookoła.
– Kto mówi? – zapytał lekko drżącym głosem. Po chwili zauważył podchodzącego do niego kocura. Był prawie całkowicie biały, nie licząc ogona i jednego ucha (drugiego z resztą nie miał), które były ciemnobrązowe. Na jego pysku widniał uśmiech równie paskudny, jak dźwięk, który przed chwilą wydał. Samotnik nie przestawał się zbliżać i zanim Puchacz zdecydował, żeby uciec, lub przynajmniej wrzasnąć głośno, zobaczył łapę przelatującą przed jego oczami i poczuł rozdzierający ból na policzku. Syknął i cofnął się, kiedy jego ciepła krew zaczęła skapywać na śnieg.
– No co? Boisz się? Ooo, jak mi przykro… – zarechotał nieznajomy.
– Jesteś na terenach Owocowego Lasu! Odejdź albo będę musiał z tobą walczyć! – zagroził. W rzeczywistości jego serce biło tak szybko, że zagłuszało jego wszelkie myśli. Bał się. To była jego pierwsza walka a on był sam.
– Mały kociaczek się przestraszył? Nie wygonisz mnie stąd jakimiś obietnicami. Walcz wreszcie! – van krzyknął i przygniótł go do ziemi. Reakcja Puchacza była głównie spowodowana paniką. Szamotał się pod naciskiem kocura, wymachując łapami na wszystkie strony. W końcu udało mu się zahaczyć pazurami o nogę kocura. Ten syknął wkurzony. Podniósł łapę, a bicolor instynktownie przysunął brodę do klatki piersiowej, żeby chronić gardło. Było już po nim. Umrze. Nawet nie zostanie nigdy zwiadowcą. Nagle zobaczył sylwetkę innego kota tuż nad nim i po chwili poczuł ulgę. Wstał, otrzepał się ze śniegu i stanął jak wryty. To nie była jego matka. Nad jego oprawcą stał inny samotnik. Masywny ciemnorudy kocur pokryty wieloma bliznami. Z lewego barku zwisała mu skóra jakiegoś zwierzęcia, pokryta czarnym futrem. Przyszpilił do ziemi vana, w którego oczach błyszczał strach.
– Ty mysi móżdżku! Młodziaka chciałeś zabić?! Masz tyle honoru, co pchła!
– O-orłosęp…? Ja myślałem…
– Łajno, a nie myślałeś! A teraz pysk w kubeł, zrozumiano? – rudy podniósł jedną łapę, a jego długie pazury zalśniły w słońcu. Puchacza aż zmroziło. Van tylko skinął głową. Orłosęp puścił go i zostawił, żeby otrzepał się ze śniegu, bo czym odwrócił się do Owocniaka z uśmiechem. Dopiero teraz mógł się mu dokładniej przypatrzeć. Połowa jego pyska była skąpana w bieli. Miał naderwane ucho i bliznę przy wardze. Patrzył na niego swoimi przenikliwie żółtymi oczami. Uczeń zwiadowcy cofnął się o krok, na co rudy uśmiechnął się.
– Hej, nie bój się. Nic ci nie zrobię. Nie jestem jak ten… – splunął, oglądając się na towarzysza. – …Karaczan. Nazywam się Orłosęp.
– …Puchacz – odpowiedział niepewnie.
– No widzisz! Umiesz mówić! – zaśmiał się. – Słyszałem trochę twojego użalania się nad sobą. Nie jesteś wcale taki do niczego, wiesz? Świetnie biegasz po drzewach.
– Naprawdę? – zapytał. Czuł się w tym momencie zbyt szczęśliwy, żeby kwestionować to, jak długo samotnik go szpiegował.
– Tak. A teraz zwijaj się, mały, zanim ktoś cię z nami zobaczy. My zajmiemy się śladami – Orłosęp poszedł i zmierzwił mu łapą sierść na głowie. Bicolor uśmiechnął się i poszedł w swoją stronę. Może właśnie znalazł kogoś, kto by go akceptował? Tylko jak wytłumaczy szramę na policzku matce…

[800 słów]

[16%]

10 lipca 2026

Od Puchacza CD. Borowika

Ostatnio nie padało. W tym przypadku “ostatnio” oznaczało ostatnie dwa wschody słońca. Według słów Figi musieli zadowolić się tym, co mieli. Fakt, przez ostatni księżyc padało dość dużo, więc taka sytuacja była rzadkością. Dlatego dzisiaj matka postanowiła być kreatywna, jeżeli chodziło o pomysł na trening. Zazwyczaj wychodzili tylko we dwójkę, ewentualnie z innym mentorem i uczniem lub jako patrol. Teraz, jednak kiedy pojawił się na zbiórce, oprócz zastępczyni czekał na niego inny zwiadowca - Borowik.
– Borowik zgodził się pomóc przy dzisiejszym treningu, więc idziemy razem – wytłumaczyła srebrna. Puchaczowi to się ani trochę nie podobało. Nowości… nigdy nie mógł przewidzieć jakie piekielnie trudne zadanie zostanie przed nim postawione tym razem. No i dochodził też problem widowni. Jeżeli mu nie wyjdzie, nie zobaczy tego, tylko on i jego matka, która i tak już pewnie była zawiedziona samym jego istnieniem. Teraz świadkiem będzie również losowy kot, którego pierwszym wrażeniem na jego temat, będzie fakt, że nic nie umiał. Chociaż nietrudno było się tego domyślić, po fakcie, że jego siostra już dawno się mianowała. Trzyosobowa grupa treningowa wyruszyła z obozu na czele z Figą. Nie szli długo. Zatrzymali się przy jednym z pierwszych drzew, na które natrafili. Zwiadowca i uczeń wspięli się na nie, za to zastępczyni weszła na inne nieopodal.
– Puchaczu, twoim zadaniem jest dogonić Borowika, zanim ten dotrze do wrzosowej polany.
Czekoladowy nie miał czasu na dłuższe myślenie, bo krótkowłosy od razu ruszył. Rzucił się za nim pędem, co chwila, skacząc i skręcając. Miał nadzieję, że nadąży z uchylaniem się przed gałęziami, żeby nie dostać w łeb. Nie myślał, o tym, czy matka na niego patrzyła, nie myślał o strategii, nie myślał o niczym. Przed oczami widział tylko czarną końcówkę ogona kocura i korę drzew. Zajęło mu to chwilę, ale w końcu załapał, co powinien robić. Jak lepiej skręcać, czy jak sprawniej odpychać się od kory. W końcu zaczął nadrabiać. Był coraz bliżej, kiedy nagle nie zdążył odrobinę wysunąć pazurów, żeby ustabilizować się na gałęzi i jego łapa pomknęła w bok, razem z całą tylną częścią jego ciała. Pisnął z zaskoczenia i z całej siły wbił pazury przednich łap w gałąź. Popatrzył za siebie. Upadek z tej wysokości raczej nie byłby śmiertelny, ale pewnie okropnie by go zabolał. Aż zaczęło mu się kręcić w głowie. Odwrócił się z powrotem do gałęzi i skulił się, próbując wciągnąć się na górę. Nie udało się. Pazury strasznie go bolały, nie mógł wytrzymać dużo dłużej. Wtedy zobaczył burego, który najwyraźniej zauważył jego nieobecność i postanowił wrócić. Popatrzył na niego oczami pełnymi strachu.

<Borowiku?>
[415 słów]

[8%]

03 lipca 2026

Od Puchacza CD. Figi

Według niego matka była zdecydowanie zbyt entuzjastyczna. A może to przykrywka? Może tak naprawdę wiedziała, że już nic z niego nie będzie, ale nie chciała mu robić przykrości? Jeżeli tak, to jej to nie wychodziło. Wzruszył ramionami i westchnął.
– Może być.
Figa przymrużyła oczy i popatrzyła na niego przez chwilę, po czym strzepnęła ogonem.
– W takim razie chodźmy! – zarządziła i oboje wymaszerowali z obozu. Praktycznie od razu zatrzymali się przy jakimś drzewie.
– Blisko naszego obozu nie ma lisich tropów, więc musimy pójść gdzieś indziej. Wejdź na drzewo – poleciła zastępczyni. Puchacz niepewnie podszedł do wiązu.
– Niedawno padało… jest śliskie…
– No to co? Deszcz nie odwołuje patroli. Wskakuj!
Uczeń położył po sobie uszy ze wstydu. Jaki miał być z niego zwiadowca, skoro nawet na zwykłe drzewo nie umiał wejść? I to tylko dlatego, że trochę popadało. Mama musiała się z nim męczyć. Spróbował jednak wdrapać się na drzewo. Wczepił jedną łapę, drugą, trzecią. Podciągnął się do góry i… ześlizgnął się na sam dół. Totalna porażka.
– Kiedy wspinasz się po śliskim pniu, jest to szczególnie ważne, żeby podciągać się wszystkimi łapami. I ani na chwilę nie luzuj chwytu!
Napiął mięśnie i ruszył jeszcze raz. Wściekłość na samego siebie napędzała go. W końcu wszedł na jedną z gałęzi i usiadł tam. Chwilę później Figa była już obok niego. Zielonooka uśmiechnęła się.
– No widzisz! Udało ci się! Nie było takie trudne co?
Ale Puchacz nie był z siebie dumny. Był wściekły. Znowu pokazał, jaki jest bezużyteczny. Ani przez chwilę nie wierzył w to, że matka może widzieć w nim postęp, bo w jego mniemaniu takowego nie było. Do tego takie komentarze jak ten jeszcze dolewały oliwy do ognia. Rozmawiała z nim jak z kociakiem! A w międzyczasie Wrona była już pełnoprawną zwiadowczynią.
– No dobra, chodź. Tylko uważaj, żeby nie spaść – Figa zarządziła koniec przerwy i ruszyła do przodu. On oczywiście szedł za nią. Przemykali koronami drzew, co chwila, schylając się, żeby nie dostać mniejszymi gałązkami w oko. Może i wyglądałoby to super Porą Zielonych Liści. Wtedy byliby dobrze zasłonięci liśćmi. Teraz byli widoczni jak na dłoni. Puchaczowi bardzo się ta myśl nie podobała. W końcu zastępczyni zatrzymała się. Chociaż powinna go wcześniej uprzedzić, bo musiał z całej siły wbić pazury w konar, żeby nie spaść. Zachwiał się lekko i po odzyskaniu równowagi spojrzał tam, gdzie kotka wskazywała ogonem. Jakieś ślady tuż pod drzewem, na którym stali. Srebrna zawęszyła, żeby upewnić się, że otoczenie jest bezpieczne, po czym zeszli na ziemię. Tam zobaczył ślad. Był trochę mniejszy od kociej łapy i miał dziwne ułożenie palców. Do tego widać było odciśnięte w ziemi pazury.
– Powąchaj. Zapach jest zwietrzały.
Wziął głęboki oddech i od razu tego pożałował. Woń była ostra i ziemista. Skoro ten zapach był zwietrzały, to jakim cudem koty mogą nie wyczuć lisa szykującego się do ataku?! Szybko cofnął się od śladu. Matka zamruczała z rozbawieniem.
– Widzę, że ci się nie podoba – zauważyła. – Dobrze, to tyle na dzisiaj. Wracajmy do obozu. Może po drodze jeszcze coś upolujesz. Z Powrotem weszli na drzewo (tym razem bez problemów) i skierowali się do obozu.

<Figo?>
[ 505 słów + wspinaczka na drzewa]

[10% + 5%]

30 czerwca 2026

Od Puchacza do Gołąbka

Tego ranka obudził go wyjątkowo zimny podmuch wiatru. Przeszedł go dreszcz i spróbował zwinąć się w ciaśniejszy kłębek, żeby zatrzymać jak najwięcej ciepła, ale bez skutku. Do tego kora z gałęzi drapała jego bok przez dziurawe posłanie. Z tego powodu powoli usiadł i ziewnął. Ani trochę się nie wyspał. Kto w ogóle wymyślił legowiska na gałęziach drzew? Nie było tutaj żadnej ochrony przed wiatrem i deszczem. W ogóle dziwna sprawa. Niby na tułowiu i łapach czuł zimno, ale miał wrażenie, jakby jego głowa była nieustannie ogrzewana ostrymi promieniami słońca. Do tego tak bolała. Spojrzał w górę. Nie, to nie słońce. Niebo było gęsto zasnute chmurami. Skierował wzrok z powrotem na swoje łapy. Czuł się naprawdę okropnie. I tym razem nie z powodu Wrony. Bolało go gardło i miał wrażenie, jakby coś utrudniało przepływ powietrza w jego nosie i ustach.
– Puchaczu wstawaj! Czas na trening! – usłyszał głos matki. Niechętnie i ospale wstał, przeciągnął się i zszedł z drzewa. Był przygotowany na kolejny patrol poranny czy inne bieganie po drzewach, mając nadzieję, że zdąży skończyć trening, zanim spadnie deszcz. Jego plany zostały jednak zupełnie zmienione, kiedy tylko matka go zobaczyła. Popatrzyła na niego z troską.
– Puchaczu… nie wyglądasz najlepiej. Odwołuję dzisiejszy trening. Musisz iść do medyka – rozkazała. Uczeń zwiadowcy zmarszczył nos. Dawno nie był u medyków. Może kilka razy za kociaka, kiedy wbiegł w ścianę i Topola musiał koniecznie się dowiedzieć, czy nic mu nie jest. Pamiętał za to, że kiedyś zabrali do lecznicy jego siostrę, bo zaczęła kichać. Mówiła, że kazali jej przełknąć jakieś gorzkie zioła. Na samą myśl czekoladowy miał ochotę zwrócić swój ostatni posiłek. Niestety fakty były takie, że rzeczywiście czuł się fatalnie. Figa też nie wyglądała, jakby miała mu odpuścić. Stała przed nim i patrzyła na niego ponaglająco. Chyba wymówki tym razem nie przejdą. Westchnął i włócząc łapami po ziemi, skierował się do zielarni. Tam zastał burego kocura lekko starszego od niego.
– Gołąbku… chyba jestem chory – powiedział, żeby zwrócić na siebie uwagę ucznia uzdrowiciela. Brzmiało to komicznie, bo pomarańczowooki miał zatkany nos. Gołąbek odwrócił się z uśmiechem, ale kiedy tylko popatrzył na niego przez chwilę, wyraz ten zniknął z jego pyska. Bury rozszerzył oczy jakby w zdumieniu wymieszanym ze zmartwieniem. Czy aż tak źle wyglądał? Czemu wszyscy od razu zwracali na to uwagę?
– Puchaczu… to mi wygląda na biały kaszel. Czemu nie przyszedłeś wcześniej?
– Bo wcześniej czułem się dobrze – odpowiedział poirytowany.
– No tak… – uczeń uzdrowiciela skinął głową i odwrócił się od niego, żeby pogrzebać w składziku ziół. Po chwili położył przed nim dwa listki. Były szaro-zielone i włochate. Trochę podobne do pokrzywy, o której nieprzyjemnej naturze przekonał się podczas jednego z pierwszych treningów. Przez to skojarzenie był bardzo niechętny do spożycia medykamentu. Gołąbek jednak nie przestawał się na niego patrzeć.
– No już. Nie bój się, nie pogryzą cię – zażartował, jakby odczytał myśli młodszego. Puchacz przewrócił oczami. Tak może sobie mówić do kociaków. Ale jak mus to mus. Obwąchał jeszcze liście przed zjedzeniem. Ku jego zdziwieniu miały dość przyjemny zapach. Ku jego jeszcze większemu zdziwieniu, kiedy wziął je do pyska, nie były wcale gorzkie. Nawet dość smaczne. Wrona wyolbrzymiała. Możliwe, że jest to jedyna rzecz, w której był od niej lepszy – tolerowanie smaku ziół.
Wyleczeni: Puchacz

<Gołąbku?>
[526 słów]

[11%]

Od Puchacza CD. Wrony

Siedział na gałęzi legowiska uczniów, wijąc dla siebie posłanie. Oczywiście, że nie był w stanie się skupić. Na ogół miał z tym problemy, ale teraz było to jeszcze gorsze. Popatrzył na puste miejsce obok swojego posłania. Jeszcze niedawno sypiała tam jego siostra. Teraz przeniosła się już na drzewo zwiadowców. Jak on miał z nią w ogóle konkurować?! Na osty i ciernie, trenował ją przywódca! Jak on miał kiedykolwiek ją prześcignąć? Nie mógł! Ich szanse po prostu nie były równe! On się starał! Robił, co mógł! Ale to wszystko nie wystarczyło! Bo nie miał jeszcze swojego mianowania. Matka pewnie nie chce go już trenować. Bo po co? I tak ma już jedno świetne dziecko. Tę swoją perełkę, oczko w głowie. A on przecież nawet nie miał prawa się wściekać. To zaszczyt mieć w rodzinie taką obiecującą personę. On był przecież tylko niewdzięcznym mysim bobkiem! Z tej całej wściekłości na siostrę, matkę i całą resztę Owocowego Lasu wysunął pazury i wbił je mocno w mech, rozdzierając go.
– Lisie łajno! – zaklął. To prawda, był mysim móżdżkiem. Nic nie potrafił. Ledwie umiał upolować mysz! Był zbędnym balastem dla społeczności i rodziny. Lepiej by było, gdyby stąd zniknął. Gdyby uciekł. Ale nie mógł. Ściągnąłby na rodziców i siostrę tylko więcej kłopotów. Musi się po prostu wreszcie wziąć w garść. Chociaż… dla takich porażek jak on chyba było już miejsce tylko wśród stróży. Powoli rozluźnił mięśnie i popatrzył się jeszcze raz na to, co zrobił. Kształt posłania był w miarę dobry, tylko było trochę dziurawe i kępki po prostu wyskakiwały z niego, nie robiąc sobie nic z faktu, że nie w tym miejscu powinny być. No trudno. Na takim będzie musiał spać do następnej ulewy. Westchnął ciężko, kładąc uszy po sobie.
– Puchaczu! Puchaczu, chodź!
Wyprostował się i postawił uszy na sztorc. Świetnie. Siostra przyszła wcierać mu w pysk to, co i tak już go męczyło po nocach. Powiódł wzrokiem za dźwiękiem i zobaczył uśmiechniętą czarno-białą, truchtającą w kierunku jego legowiska. No trudno. Teraz musiał się uśmiechnąć, pogratulować i mieć nadzieję, że kotka pójdzie sobie, zanim nie będzie już mógł utrzymywać tego całego teatrzyku. Zszedł z drzewa. Wrona czekała już na niego cała w skowronkach.
– Nie uwierzysz!
– Co? Mianowali cię zastępcą? – ukrył swoje rozgoryczenie za żartem. Kotka pacnęła go łapą.
– Nie! Jeszcze! – podkreśliła ostatnie słowo. – Odkryłam swoje imię duszy!
– Super! – powiedział z udawanym entuzjazmem. W rzeczywistości nie wierzył zupełnie w te całe bajki o Wszechmatce czy innym bycie znad chmurki.
– Jestem Skrzydło Tnące Powietrze! – wyszeptała z ekscytacją.
– Lepiej zostań przy Wronie – skomentował. Siostra udała oburzenie.
– Jak śmiesz! Raniące słowa wypowiadasz braciszku!
Puchacz uśmiechnął się lekko rozbawiony. Jaka szkoda, że ich relacja nie mogła być taka prosta… Wolałby tylko sobie tak ciągle żartować i nie przejmować się tym, jak wypadnie na jej tle. Kiedy tak patrzył na nią, czuł się ze sobą źle. To nie jej wina, że on nie może się teraz mianować. To wszystko przez niego… Jak może ciągle w myślach ją przeklinać?! Własną siostrę?! A potem jeszcze udaje, jakby wszystko było w porządku! Okłamywał ją. Był dwulicowym lisim łajnem. Z drugiej strony nie mógł jej tak po prostu powiedzieć tych wszystkich raniących rzeczy, które często wkradają się do jego głowy. Krzywdziłby ją. Chociaż… czy teraz robi coś lepszego?
– Puchaczu? – siostra pomachała łapą przed jego oczami. – Wrona do Puchacza! Co jest z tobą bracie?
Pomrugał kilka razy i pokręcił głową.
– Ja… nic…

<Wrono?>
[556 słów + tworzenie legowisk na gałęziach drzew]

[11% + 5%]

19 czerwca 2026

Od Puchacza CD. Wrony

Przeszłość

– Trzeba to pokazać tacie! – zarządził i wyszczerzył kiełki. Siostra pewnie zrobiłaby to samo, gdyby nie to, że miała w pysku piszczkę. Dwa demony dumnie podreptały do żłobka. Tam już czekał na nie przestraszony ojciec.
– Tu jesteście! Gdzie byliście? – zapytał zmartwiony Topola.
– Tato! Tato! Byliśmy w lesie! – oznajmił Puchacz.
– Patrz, co złapaliśmy! – miauknęła Wrona, kładąc przed nim nornicę. Czarno-biały patrzył na nich przez chwilę w zdumieniu, po czym wyszedł z kociarni.
– Figo! Figo! Chodź, popatrz, co dzieci zrobiły! – w głosie ojca było zmartwienie, którego dwa kociaki nie wyczuły. Uśmiechnęły się do siebie jeszcze raz z dumą, po czym wróciły do typowych dla rodzeństwa zapasów.

***

Teraźniejszość

Dzisiaj jego trening był krótki. Mama powiedziała, że to dlatego, iż miał dzisiaj wymienić swoje posłanie, oraz mech w legowisku starszych. Oczywiście, kiedy tylko to usłyszał, obrócił uszy do tyłu ze zdenerwowania. Figa jednak nie zmieniła swojego stanowiska. Dodała, że nauczy się wić posłania z mchu u starszych, a potem wykorzysta tę umiejętność na drzewie, robiąc swoje. Dodała, że to bardzo potrzebna sprawność w życiu Owocniaków. Teraz właśnie wytargał zużyty mech z legowiska starszyzny. Czuł się, jakby matka próbowała go wyszkolić na jakiegoś stróża, a nie zwiadowcę! Czy uznała, że tylko jedno dziecko może cokolwiek umieć i już się z nim poddała? Czy naprawdę uważała, że już do niczego się nigdy nie przyda oprócz wymieniania jakiegoś durnego mchu?! Z frustracji kopnął stertę starego porostu. Skończyło się na tym, że kilka jego drobinek przyczepiło się do jego futra.
– Ugh!
– Wszystko w porządku, Puchaczu? – biała głowa Pieczarki wyłoniła się z legowiska starszyzny.
– ...Tak, wszystko w porządku – westchnął. Starsza z powrotem zniknęła w legowisku, a on usiadł i ukrył głowę w łapach. Nie było w porządku.

<Wrona? Przyjdziesz pocieszyć brata?>
[276 słów]

[6%]

Od Puchacza do Mordoru

Dzisiaj miał pójść na patrol graniczny. Matka zwlokła go z posłania zdecydowanie za wcześnie na jego gust.
– Wstawaj, Puchaczu. Patrol sam się nie odbędzie.
Sapnął z niezadowoleniem, ale po chwili i tak się podniósł. Nie tracił czasu na żadne wylizywanie futra, więc jak potargany koszmarek stawił się przy wyjściu. Czekali już na niego Figa, Hiacynt, Iskrzyk i Mordor. Grupa teraz już w komplecie wyszła. Pomimo bycia zwiadowcami ze względu na obecność świeżo mianowanej uczennicy patrol zrezygnował z chodzenia po drzewach. Nie mieli czasu na spontaniczną lekcję wspinaczki dla Mordoru, nie mówiąc już o przechodzeniu z jednego drzewa na drugie. Tak więc udali się drogą naziemną w kierunku dębowej ostoi. Nie powstrzymało to jednak obu mentorów w patrolu od wypytywania swoich uczniów o najróżniejsze małe skrawki wiedzy, które im wcześniej przekazali. Nie przestawali nawet wtedy, kiedy Puchacz musiał się skupić, próbując nie spaść z konającego buku. Widać było, że zarówno on, jak i Mordor byli tym faktem podirytowani. Różnica pomiędzy nimi była jedna. Kiedy Puchacz nie wiedział, że ptak świergoczący gdzieś w oddali to nie skowronek, a rudzik, po prostu wzruszał ramionami. W końcu miał umieć chodzić po drzewach, tropić, walczyć i polować, a nie znajdować rudziki. Kiedy jednak Mordor nie potrafiła trafnie określić gatunku jakiegoś drzewa, obok którego przed chwilą przechodzili, widocznie stawała się coraz to bardziej wkurzona. Nagle prowadzący patrol Iskrzyk zatrzymał się. Znalazł coś na ziemi. Ślad. Kremowy powąchał go.
– Zwietrzały – poinformował innych członków patrolu. Po czym zwrócił się do swojej uczennicy:
– Ostatnio mówiłem ci to na treningu. Czyj to ślad?
Figa przybliżyła się do ucha Puchacza i szepnęła:
– Lisa.
Mordor jednak udzieliła innej odpowiedzi.
– …Borsuka.
Kiedy dowiedziała się, że była to odpowiedź niepoprawna, wydała z siebie dziwny, głośny dźwięk. Wszyscy na chwilę zamarli. Nawet Puchacz zjeżył się bardziej niż zazwyczaj. Czy wydawanie dziwnych dźwięków było w tej rodzinie dziedziczne?
– Co… to było? – zapytał niepewnie kotki.

<Mordor?>
[308 słów + rozpoznawanie tropów lisów]

[6% + 5%]

Od Puchacza do Tańcującego Pierza

Zgromadzenie

Była to noc jego pierwszego zgromadzenia. Księżyc w pełni rzucał jasne światło na zgromadzonych, czekających na wyjście. Większość kotów była podekscytowana. W końcu mogli poznać nowych znajomych z innych klanów lub porozmawiać z takimi, których już znali. Takich okazji nie było poza tymi wydarzeniami, ponieważ Owocowy Las był dość odizolowany od innych klanów, graniczyli tylko z Burzakami. Wśród tego rozgardiaszu był jednak jeden niezadowolony uczeń. Puchacz, za kociaka tak pełny energii, teraz nie miał ochoty na nic. Wybór mentorów spowodował okropną zazdrość skierowaną do siostry. Nie chciał z nią gadać, ale jednocześnie czuł się winny. W końcu to nie ona wybierała mentorów. Na przywódcę też nie mógł być zły. Tak nie wypadało. Zostawał tylko sam wkurzony na siebie. Kiedy Czereśnia dał znak do wymarszu, tłum ruszył. On szedł powoli, wpatrując się w ziemię. Wtedy usłyszał głos siostry:
– Puchaczu, co się dzieje? Nie odzywasz się do mnie ostatnio.
Popatrzył na nią. „Nie odzywam się, bo ciągle musisz pokazywać, że jesteś lepsza” pomyślał, zaciskając zęby. Jednak nie mógł jej tego powiedzieć. Pewnie miałby kłopoty u mamy. Z trudem się uśmiechnął.
– Wiesz… jestem zajęty treningami z matką. Ty też powinnaś być. W końcu szkolisz się u przywódcy – powstrzymał się od przewrócenia oczami. Wrona popatrzyła na niego podejrzliwie.
– Nie jestem zbyt zmęczona. Czereśnia to dobry mentor. Ostatnio oprowadził mnie po całym terytorium. Wrzosy są takie piękne! Gdy tak chodziłam, coś mi łupnęło w plecach, aż się przewróciłam! Spytał mnie, czy wszystko dobrze, ale nic mi się nie stało. Potem tak się uśmialiśmy! – zaczęła paplać.
​– To świetnie – mruknął bez entuzjazmu i kopnął łapą jakiś mały kamyk, leżący mu na drodze.
– Hej, jesteś zły na mnie? – spytała czarna.
– Nie, czemu? – postanowił udawać, że wszystko jest w porządku.
– Przecież widzę, wiem wszystko.
Zmarszczył tylko brwi jakby w zdezorientowaniu.
– Czy ty... jesteś zły na to, że jestem silniejsza? – uczennica Czereśni miauknęła ze smutkiem w oku. Puchacz popchnął ją lekko w żartach.
– Ha! Niedoczekanie! To ja jestem silniejszy! – wykrzyknął, śmiejąc się głośno. Po chwili jednak odwrócił się od niej, żeby nie widziała jego bólu.

***

Rozmawiał z siostrą przez resztę drogi na wyspę. Kiedy wreszcie dotarli, ta popatrzyła na Puchacza i miauknęła:
– Chodźmy się z kimś zaprzyjaźnić!
– Sorki… ja już jestem z kimś umówiony… – powiedział. Miał nadzieję, że Wrona go zostawi i przestanie się go trzymać jak rzep na ogonie. Siostra jednak wyczuła, że coś było nie tak.
– Przecież my jesteśmy tu pierwszy raz.
– Spotkałem kolegę na granicy z Klanem Burzy – skłamał szybko. Wtedy kotka wzruszyła ramionami i pożegnała się z nim. Uff, było blisko. Rozejrzał się po Bursztynowej Wyspie. Może powinien rzeczywiście znaleźć Burzaka, skoro już tak powiedział? Przemykał między różnymi kotami, szukając odpowiedniego rozmówcy. Najlepiej takiego, pachnącego wrzosowiskiem. W końcu znalazł masywnego, rudo-białego kocura. Wyglądał jak wojownik i chyba był z Klanu Burzy! Podszedł do niego.
– Cześć jestem Puchacz! A Ty? – przedstawił się, jeżąc się z ekscytacji. Nieznajomemu zajęło chwilę, żeby się na nim skupić, ale w końcu powiedział:
– Puchacz... Owocowy Las zgadza się? Jestem z Klanu Burzy. To znaczy, że jesteśmy sojusznikami – odparł i się uśmiechnął. Puchacz odwzajemnił gest, ciesząc się, że zgadł, skąd jest kocur.
– Nazywam się Tańcujące Pierze. Miło mi cię poznać, Puchaczu – odpowiedział spokojnie.
– Jak to jest być wojownikiem? – czekoladowy zapytał, nie czekając dłużej.
– Cóż... – point usiadł ciężko na zadzie. – U nas nie ma podzielonych kotów tak, jak u was. Wojownik pełni jednocześnie rolę stróża, zwiadowcy, i ten tego... – mówił niepewnie. – A u was? Jak wybieracie własną ścieżkę? Macie od wyboru, do koloru, jak dobrze pamiętam...
– Tak, ale moja siostra głupio wybrała i teraz ja jestem ten gorszy… A chciałbym, żeby wszyscy wiedzieli, jaki jestem fajny… – burknął, mając nadzieję na uzyskanie jakiejś rady od starszego. Burzak uniósł jedną brew.
– A to ciekawe... czemu jesteś gorszy? – zapytał, wyraźnie zaintrygowany.
– Ona dostała przywódcę na mentora, a ja nie…
– Bracie, przecież ty masz ustawione życie! – odparł z emocjami Tańcujące Pierze. – Mentor za przywódcę to koszmar. Jak coś zepsujesz, to czeka cię kara gorsza niż od normalnego mentora... poza tym, wtedy musiałbyś się przemęczać na nic. Ważne, że uczysz się lepiej od niej. Ja na przykład w dwa księżyce skończyłem swój trening, a mój drugi brat wciąż tam śpi w legowisku uczniów!
– Czyli jestem fajny...! – powiedział na początku niepewnie, potem jakby wybuchając z radości. – Jesteś najlepszym przyjacielem, jakiego mam!
Fakty były takie, że z przyjaciół była tylko siostra, chociaż z nią ostatnio było no… W sumie może i mógłby zaliczyć do tego grona też Rohan, ale ten Burzak był dużo fajniejszy! Rudy skinął mu niepewnie głową, najwyraźniej zaskoczony emocjami u kocurka.
– ...Dzięki, Puchaczu...? – miauknął w jego stronę.
– Ja chcę być taki super jak ty! – bicolor wykrzyknął, już podskakując w miejscu.
– A więc trenuj! Musisz przybrać masę, aby mieć takie śliczne mięśnie, co ja! Wtedy żadna kocica ci się nie oprze – mówił, demonstrując swoje mięśnie Puchaczowi. – Dwa księżyce dobrego wycisku i będziesz lśnił bardziej niż słońce w tym Owocowym Lesie!
– A możesz mnie potrenować? Bo ja jestem zwiadowcą i my z reguły nie jesteśmy silni. Tylko szybko biegamy po drzewach i jesteśmy świetnymi łowcami!
– Nie wiem... twojemu mentorowi może się to nie spodobać. Co innego, gdybyś był w Klanie Burzy...
– Mama wszystko zrozumie! Poza tym jesteśmy sojusznikami! – zapewnił.
– Staw się jutro na granicy wczesnym rankiem w takim razie... a wtedy cię wyszkolimy na niezłego wojownika!

***

Z ekscytacji praktycznie nie mógł spać. Miał go trenować prawdziwy wojownik! Może wreszcie pokaże siostrze na treningach, jaki jest super! I mama będzie z niego dumna i pan lider będzie chciał go od razu mianować! O tak! O świcie poczuł szyszkę wżynającą mu się w grzbiet. Przetarł oczy i zobaczył podnoszące się słońce na tle bladoniebieskiego nieba. Jego plan zadziałał! W drodze powrotnej ze zgromadzenia specjalnie znalazł szyszkę, żeby położyć ją sobie na posłaniu i wybudzić się wcześnie. Aż dziw, że miał rano tyle energii po tak małej ilości snu. Szybko i jak najciszej zszedł z drzewa i czmychnął z obozu, wciskając się między krzaki na jego obrzeżach. Szedł brzegiem obozu, żeby znaleźć się niedaleko głównego wyjścia. Zachowywał jednak wystarczający dystans, żeby strażnik go nie zauważył. Potem oddalił się od obozu, nie spuszczając wzroku z Owocowego Lasku, a potem z Upadłej Gwiazdy. W końcu dotarł do strumienia oddzielającego wrzosową polanę od reszty terenów Owocowego Lasu. Przez ostatnie susze praktycznie nie było w nim wody. Przebrodził, więc przez niego i wyszedł na drugi brzeg. Był już przy granicy z Klanem Burzy! Teraz tylko musiał poczekać na swojego mentora.

<Pierze? Wytrenujesz kadeta?>
[1054 słów]

[11%]

24 maja 2026

Od Puchacza

Dzisiaj był “wielki dzień”. Przynajmniej tak to nazywali jego siostra i ojciec. Nie był obojętny temu wszystkiemu. Po prostu wolał nazywać rzeczy po imieniu. Dzisiaj mieli zostać uczniami. On zwiadowcy, ona wojownika. Co prawda każdy mówił mu, że jego siostra też chce być zwiadowcą, ale on uważał, że to tylko żarty. Niemożliwe, żeby wybrali tę samą ścieżkę szkolenia! Przecież ich umiejętności, jeżeli chodzi o wysiłek fizyczny, zupełnie się różniły! Ona była silna, a on super szybki i niewykrywalny! Czereśnia na pewno o tym wiedział i wybierze jej odpowiednią drogę szkolenia, dla dobra Owocowego Lasu. W końcu spotkanie zostało zwołane. Topola ku niezadowoleniu swoich pociech przeciągnął kilka razy językiem po ich futrach, zanim nie zostali wywołani na środek obozu.
– Dzisiaj potomstwo Figi oraz Topoli zostaną uczniami. Obaj chcą iść w ślady matki i będą szkolić się na zwiadowców. Puchaczu, podejdź tu, proszę.
Kocurek wystąpił krok przed siostrę, bez entuzjazmu przyjmując do wiadomości, że ona jednak również będzie zwiadowcą.
– Puchaczu, twoim mentorem zostanie Figa. Wierzę, że przekażę ci wszystko, co umie.
Mama będzie go uczyć! Ale fajnie! Z nią jako mentorką na pewno szybko uwinie się z treningiem! Zetknął się nosami z zastępczynią i razem z nią podreptał lekko na bok. Potem obserwował, kiedy nadeszła kolej jego siostry.
– Wrono, twoim mentorem zostanę ja we własnej osobie. Mam nadzieję, że nauczę cię wszystkiego, co umiem.
Cały jego entuzjazm od razu opadł do zera. Futro normalnie zjeżone z ekscytacji oklapło, a on niepewnie patrzył, jak przywódca styka się nosami ze swoją nową uczennicą. Nie słuchał wiwatów. Popatrzył tylko na matkę. Nie była ani trochę zaskoczona. Wiedziała?! I świadomie zgodziła się z decyzją przywódcy? Myślała, że był słaby? Pozwoliła Wronie ukraść mu całą radość i godność? Czemu to jego siostra musiała dostać lepszego mentora? Najpierw wepchnęła się na rolę zwiadowcy, a teraz miała go jeszcze bardziej upokarzać?! Z bezsilności i świadomości, że będzie musiał dzielić z nią legowisko i żyć z wiedzą, że zarówno jego matka, jak i przywódca oraz cała reszta Owocowego Lasu myślą, że jest słaby, prawie zaczął płakać. Ale nie mógł. Miał być silny. Chociaż… kogo to obchodziło? I tak już spisali go na straty. Już wybrali tą lepszą z rodzeństwa. Ze zwieszoną głową powłóczył łapami w stronę swojego nowego legowiska.

[369 słów]

[7%]

12 maja 2026

Od Puchacza do Figi

Po swoim ostatnim wybryku tata nie chciał już wychodzić z nim na dwór. Wronie chyba się nie oberwało. Nie wiedział, bo siostra aktualnie ucinała sobie drzemkę, a tata zrobił mu wielkie kazanie o tym, że śpiących kotów się nie budzi, szczególnie karmicielek, więc Rohan też odpadała. Obrażony na cały świat Puchacz kucał w wejściu do żłobka. Jeżąc futro, demonstrował swoje nieukontentowanie i obserwował co dzieje się na zewnątrz. Wtedy to zobaczył. Swoje wybawienie. Puchata czekoladowa kotka z białymi łapami i plamą w kształcie serca na piersi kroczyła dumnie przez obóz. Jej żywe, zielone oczy popatrzyły na niego i zastępczyni zaczęła zmierzać w jego stronę. Aż zaczął podskakiwać z radości. To mama! Mama! Ta super mama, która nie zabrania mu się bawić! W końcu kotka weszła do żłobka, zetknęła się nosami z partnerem i popatrzyła na swoje pociechy. Nie czekając ani chwili dłużej czekoladowy podbiegł do niej.
— Mamo! Mamo! Zabierz mnie na przygodę! Prooooooooooooszę!!!
Kotka popatrzyła na swoją śpiącą córkę, przeniosła wzrok z powrotem na syna i wzruszyła ramionami.
— Czemu nie? — pożegnała się z Topolą, po czym ponownie się do niego zwróciła. — To chodź, mały.
Oboje wyszli z kociarni. W sumie to Figa wyszła, a Puchacz za nią podskakiwał. Wreszcie nie będzie się nudzić!
— To co będziemy robić? Wespniemy się na drzewa? Pobijemy się z borsukiem? Pójdziemy na polowanie? Ocalimy Owocowy Las?

<Figo?>

Od Puchacza do Kurki

— Tato! Tato! Tato! No daj nam pójść dalej! No weź! — to właśnie słyszał teraz Topola. Czuł też pewnie szarpanie za futro na łapie. Spowodowane było to synem uczepionym jego kończyny i próbującym (niezbyt uprzejmie) przekonać go do zmiany zdania, dotyczącego zwiedzania obozu. Niestety nie przynosiło to żadnych efektów. Po chwili odpuścił. Odbiegł gdzieś indziej. To się już zaczynało robić nudne. Siostrę już atakował, tatę męczył, próbował swoich świetnych pomysłów na ucieczkę… Co tu jeszcze robić? Szybko porzucił te nudne rozmyślania, bo zauważył listek na ziemi. Najwyraźniej musiał tu spaść z drzewa pod wpływem wiatru. Zaczaił się na niego… i skoczył. Niestety listek, zamiast znaleźć się pod jego łapami, chwilę wcześniej poderwany podmuchem wiatru wirując, poleciał troszkę dalej. Zirytowany, ale zdeterminowany kocurek spróbował jeszcze raz. Znowu to samo. I jeszcze raz. W końcu złapał swoją zdobycz. Wbił w nią swoje małe, ostre jak szpileczki pazurki i zaczął memłać. Kiedy zbadał smak liścia i doszedł do wniosku, że myszy czy inne piszczki smakują dużo lepiej, porzucił go na ziemi i obrócił się za siebie. Tam zauważył, że był tuż za linią. Po chwili zobaczył również zmrużone oczy ojca uważnie go obserwujące. Niechętnie wrócił na odpowiednią stronę “granicy”. Po chwili znowu wykonał sus za linię. Topola nie spuszczał z niego wzroku. Jeszcze kilka razy skakał, to w jedną, to w drugą, aż czarno-biały postanowił dać sobie z nim spokój, rozproszony przez swoje drugie dziecko. Tyle wystarczyło. Po kolejnym skoku za linię Puchacz od razu puścił się pędem w inną część obozu. Udało mu się wyminąć kilka kotów i przebiec może ze trzy długości lisa, zanim nie wpadł na jakiegoś kocura. Poczuł nieprzyjemną wilgoć na futrze, kiedy się z nim zderzył. Cofnął się kilka kroków i popatrzył na swoją przeszkodę. Zwiadowca był mokry! Dziwne… przecież dzisiaj nie padało… Z grymasem i wyrazem zdumienia na pyszczku popatrzył mu w oczy.

<Kurko?>

Od Puchacza do Smugi

Znowu byli na dworze. I znowu tata nie pozwolił im po prostu pochodzić po obozie. Dla Puchacza to było nie do pomyślenia. Przecież on potrzebował ruchu! Najpierw obóz, potem tereny Owocowego Lasu, a potem gdziekolwiek go tam wywieje. Był poszukiwaczem przygód, a nie jakimś bez przerwy siedzącym na czterech literach dziwakiem! Próbował wymyślić i przetestować różne plany ucieczki. Na początku próbował wejść do jakiegoś legowiska i schować się za losowym kotem, a potem kiedy Topola wszedł do żłobka, Puchacz pobiegł gdzieś indziej. Wtedy szybko został zdradzony przez tych, którzy mieli go ukrywać. Przebiegł raz po trawniku, tłumacząc się potem, że tam nie było narysowanej linii. Oczywiście to biało-czarnego nie przekonało. Próbował nauczyć się wspinać na drzewa, żeby wspiąć się na to drzewo, które wyznaczało granicę. Nie miał za bardzo planu na to, co stanie się potem, ale to nieważne, bo i tak mu się nie udało. Aktualnie pieczołowicie pracował nad tajną akcją przesuwania granicy. Zmazywał jej kawałek, po czym rysował go troszkę dalej. Szło to bardzo wolno i aż dziw, że jeszcze się mu nie znudziło. Chyba nigdy tak długo nie siedział w miejscu, nie licząc wtedy, kiedy spał. Na szczęście pewien wojownik zainteresował się poczynaniami małego kocurka i postanowił do niego podejść. Wyglądał prawie tak jak on. Różnili się tylko kolorem oczu, ułożeniem bieli i oczywiście wzrostem. Do tego wojownik miał w futrze dużo piór różnego kształtu i rozmiaru. Puchacz podskoczył ze szczęścia na widok kota do rozmowy.
— Cześć, jestem Puchacz! — przedstawił się (oczywiście głośno, bo im będzie głośniejszy, tym bardziej będzie siebie słyszeć, a bardzo to lubił). — Fajne masz piórka! Ile wielkich strasznych ptaków pokonałeś, żeby je zdobyć? — zapytał, szturchając te, które znajdowało się najbliżej niego.

<Smugo?>

Od Puchacza do Borowika

Topola chyba wreszcie zrezygnował z trzymania go zamkniętego w kociarni. Coś tam gadał o tym, że Rohan potrzebuje spać i mieć spokój… Nieważne. Ważne, że był wolny! Nie musiał już bawić się sam albo z Wroną. Po krótkiej chwili robienia maślanych oczu do Topoli, udało im się wspólnie z siostrą wynegocjować swobodne chodzenie po obozie. No, może nie do końca swobodne. Mieli nie przekraczać linii na wysokości drzewa medyków. Ojciec specjalnie ją nawet na ziemi narysował, żeby dali radę ją zauważyć, kiedy będą przez nią przebiegać (bo bądźmy szczerzy, połowa ich czasu na dworze będzie spędzona na słuchaniu kazań i wracaniu na wyznaczony teren). Puchacz najbardziej chciał zaczepić kogoś, najlepiej w miarę blisko jego grupy wiekowej. Niestety nie mógł wchodzić do legowisk bez pozwolenia taty, a ten oczywiście wcielił się w rolę pana marudy, niszczyciela dobrej zabawy i pogromcy uśmiechów dzieci. Nie mógł nawet porozmawiać z nikim z legowisk, będąc na dworze. Starszyzna spała, a stróże chyba nie mieli ochoty odpowiadać na jego pytania. Do Rohan to nie mógł się w ogóle zbliżać. Na dworze w okolicy też nikogo nie było. Do czasu. Drobny bury kocurek niewiele starszy od niego właśnie wszedł w strefę zagrożenia ze strony ciekawskich kociaków. W pysku niósł dużą wiewiórkę. Nieważne gdzie szedł. To była szansa Puchacza. Szybko podbiegł do ucznia i zahamował tuż przed nim.
— Wyzywam cię na pojedynek!

<Borowiku?>

11 maja 2026

Od Puchacza CD. Rohan

Otworzył pyszczek ze zdumienia. Ta kotka chodziła po drzewach na patrolach? Słyszał o wojownikach, zwiadowcach i stróżach, ale nigdy nie pytał nikogo, kto co robi. Czyli nie musiałby ciągle bić się z siostrą na treningach? Nie, żeby nie potrafił jej pokonać… po prostu tak się o nią martwił, że nie potrafił nie dawać jej forów i to dlatego zawsze wygrywała… A tak mógłby biegać po drzewach! Szybki jak cień… cichy jak noc… to brzmiało bardzo fajnie! Od razu zapomniał o swoim planie ucieczki. Teraz miał inne pragnienie.
— Naucz mnie! Naucz mnie! — zaczął piszczeć i puszyć się z ekscytacji. Kotka zachichotała. Niestety, zanim miała szansę nauczyć go tej jakże odpowiedniej dla kilkuksiężycowego kociaka sztuki, do dwójki podszedł zaalarmowany tym hałasem Topola.
— Rohan… ja naprawdę przepraszam za niego… oh… Puchaczu, chodź… — Po wymamrotaniu przeprosin złapał wyrywającego się kociaka za kark, żeby za chwilę odstawić go na ziemię po drugiej stronie żłobka. Przez cały czas teraz zjeżony kocurek wykrzykiwał rzeczy typu:
— Tato! Tato, puść mnie! Ta pani chce mnie nauczyć biegać po drzewach! Będę jak mama!

* * *

Po tamtej sytuacji dostał zakaz wchodzenia pani Rohan na grzbiet. Budzenia jej z drzemek też. I najlepiej, żeby do niej w ogóle nie podchodził, nawet na długość zająca. Ale teraz, kiedy Topola był zajęty pilnowaniem jego siostry na dworze, Puchacz, jak bardzo wychowany dżentelmen (którym w swoim mniemaniu oczywiście był), uprzejmie czekał, aż pani Rohan (Robal) zje swój posiłek, żeby nauczyła go bycia najlepszym zwiadowcą Owocowego Lasu. Oczywiście, z dobrego wychowania starał się w nią nie wbiec ani nie wturlać, kiedy to rozładowywał swoją energię. Właśnie miał się do niej podkraść, żeby pokazać swoje obecne umiejętności, kiedy usłyszał, jak kotka wydaje z siebie dziwne parsknięcie. Zjeżył się (bardziej niż zwykle) i podskoczył z zaskoczenia, po chwili komicznie upadając na ziemię.

<Rohan?>

Od Puchacza CD. Wrony

Siostra nie zdawała się rozumieć jego genialnego pomysłu. Eh… widać, kto był najmądrzejszy w rodzinie. Puchacz jednak nie tracił entuzjazmu. Teraz już praktycznie podskakiwał ze szczęścia.
— Będziemy tacy super! Będziemy mogli wykonywać moje plany razem i świetnie się bawić! W końcu, to mój pomysł, więc chyba ja mogę być naszym przywódcą? Nie obrazisz się, prawda? — zrobił pauzę, jednak zdecydowanie zbyt krótką, żeby kotka, chociażby pojęła znaczenie jego słów. — No to świetnie, ustalone!
Posiedzieli dosłownie sekundę w ciszy, kiedy to dwie komórki mózgowe Puchacza intensywnie pracowały nad kolejnym super planem na przygodę. Pomysłów dostarczyło mu nagłe burknięcie brzucha. Rzeczywiście przydałaby się przekąska… Gwałtownie skoczył na kotkę i przeturlał się z nią po trawie. Siostra, piszcząc z zaskoczenia i rozbawienia, niestety szybko go z siebie zrzuciła. Zawsze był od niej słabszy, ale wolał się do tego nie przyznawać. Fuknął cicho i strzepnął uchem, udając, że wcale przed chwilą nie przegrał. No trudno. Czas zaprezentować plan.
— Chcesz się pobawić w gang już teraz? Zanim inne kociaki się wprowadzą? Bo ja mam taki plan. Możemy zakraść się do stosu zwierzyny, wziąć coś dobrego, a potem powiedzieć tacie, że sami upolowaliśmy! Mielibyśmy jedzenie i wyglądalibyśmy lepiej od wszystkich innych! Bo kto jako kociak umie polować na zwierzynę?

<Wrona?>

05 maja 2026

Od Puchacza Do Rohan

Kolejny zwykły dzień. Owocniaki zajmowały się swoimi normalnymi obowiązkami takimi jak chodzenie na patrole czy wymiana posłań. Było spokojnie. Ale nie w żłobku. Puchacz właśnie dostał zakaz wychodzenia na dwór, bo było “za zimno” i “mógłby spróbować uciec z obozu”. To drugie było szczerą prawdą, ale nie zmieniało to faktu, że okropnie zirytowało to małego kocurka. Aktualnie próbował wymyślić plan ucieczki. Nie mógł po prostu wybiec przez wejście, bo stało tam dużo kotów. Oczywiście był pewny, że mógłby je z łatwością wyminąć, ale wolał zniknąć niepostrzeżenie niczym cień. Wtedy wpadł na genialny pomysł. Mógłby wspiąć się po gałązkach krzewu kaliny, robiącego za żłobek, uczepić się sufitu jak pająk, a potem przecisnąć się przez szczeliny między gałązkami i wejść na szczyt krzewu, żeby stamtąd czmychnąć. Od razu przystąpił do działania. Na początku spróbował złapać łapkami gałązki i po prostu zacząć się wspinać. Okazuje się jednak, że kończyny kota nie są na tyle chwytne, by objąć cokolwiek. Nie pomagał mu nawet ogon! Drugą strategią było wbiegnięcie na ścianę. Jak można się domyślić, to również nie wyszło.
— Puchaczu! Nic ci nie jest? — zapytał Topola, jakby nie przywykł do widoku syna wbiegającego w ściany. Czekoladowy tylko fuknął. Musiał zrezygnować z tego planu. Nie miał jak się wspiąć. Ale gdyby znalazł odpowiednio wysoki punkt… Mógłby pominąć wspinaczkę! Po prostu by skoczył i uczepił się sufitu! Tylko gdzie można taki punkt znaleźć? Siostra się nie nada… Topola zaraz zapyta go, co robi… Bingo! Mógł wejść na grzbiet aktualnie śpiącej karmicielki, która niedawno wprowadziła się do żłobka. Nie pamiętał, jak się nazywała. Jakoś dziwnie i podobnie do “robak”. Powoli podszedł do kotki i wspiął się na jej grzbiet. 
“Na pewno mnie nawet nie poczuje…” — pomyślał. Popatrzył na sufit w poszukiwaniu odpowiedniej gałązki do uczepienia się. Kiedy już taką znalazł, podeptał jeszcze trochę karmicielkę, próbując znaleźć dobry kąt do oddania skoku. Zanim się wybił, rozejrzał się jeszcze po kociarni, żeby zobaczyć, czy Topola na niego nie patrzył. Jego ojciec zajęty był Wroną, za to zobaczył niebieskie oczy wpatrujące się w niego o długość wąsa od jego pyska. Chyba się jednak obudziła…

<Rohan?>