Ten szczególny poranek miał w sobie znacznie więcej uroku niż inne dni. Leśna ściółka była ogrzewana powolnymi, leniwymi promieniami słońca, które wychylały się spomiędzy drzew i muskały ją swoimi ciepłymi, długimi smugami. Powietrze wypełniło się rześkością, która zazwyczaj była wyczuwalna po opadach. Jednak dzisiaj, dzisiaj wszystko było lepsze. Nie dało się wyczuć wilgoci, która byłaby pozostałością po deszczu, ale przyjemny wietrzyk był orzeźwiający i idealnie schładzał ciało. Wszystko było zbyt piękne do momentu pojawienia się Zalotnej Gwiazdy, która zamiast dawać się wilczakom rozkoszować tym dniem, ogłosiła zaginięcie jednej z wojowniczek. Najbardziej rozbita wydawała się Kocimiętkowy Wir, która tamtej nocy sprawowała wartę i widziała, jak kotka opuszcza obozowisko. Kocimiętkowy Wir miała powody, aby nie trzymać się najlepiej. Ona i Makowa Iluzja były w końcu najbardziej związane, i to krwią, z kotką, której mieli poszukiwać. Tropiąca Łaska miała poszukiwać Dyniowej Skórki, ale na darmo. Ten szczególny poranek poprzedziła noc, podczas której Tropiąca Łaska zabiła Dyniową Skórkę.
Noc poprzedzająca wydarzenia
Noc zapowiadała się wyśmienicie, pomimo niedawnego awansu Nadciągającego Pomroku na mistrzynię i wielką kapłankę kultu. Szylkretowa wojowniczka mogła ścierpieć nawet awans brązowookiej, jeśli oznaczało to udane polowanie na samotników w towarzystwie Sowiego Zmierzchu lub Tygrysiej Nocy. Nie było w tym zresztą nic niezwykłego, taka sytuacja powtarzała się już wielokrotnie. Gdy mijali w wejściu do obozu wartowniczkę — Kocimiętkowy Wir, ta miała zamknąć pochód wyznawców Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. Zamierzała dołączyć do nich pod ciemnym niebem, aby oddać się rozrywce, którą kultyści praktykowali od wielu księżyców. Trwało to na długo przed narodzinami Tropiącej Łaski i zanim na świat przyszedł ktokolwiek z obecnych, nawet Zalotna Gwiazda, która pomimo podeszłego wieku wciąż wydawała się krzepka, a jej wielkie łapy zachowały młodzieńczą siłę. Po dotarciu na miejsce, w którym zwykle się rozdzielali, by tropić samotników, wojowniczka rozpoczęła łowy u boku brata i ojca. Atmosfera była iście rodzinna, choć w powietrzu dało się wyczuć napięcie. Zagęściło się ono gwałtownie, gdy liliowy kocur i rudy pręgus stwierdzili, że nie są w stanie wyczuć żadnego świeżego zapachu. Całe polowanie stawało się coraz bardziej chaotyczne. Tygrysia Noc raz po raz powtarzał, że najwyraźniej niczego nie znajdą. Sowi Zmierzch jednak go ofukiwał i wydawał kolejne polecenia, twierdząc, że tamten po prostu nie stara się dostatecznie, skoro wciąż nie trafili na żaden trop. Pora opadających liści mocno dawała o sobie znać. Ziemia była zmarznięta, kruche liście pękały pod ciężarem ciał, a skostniałe gałązki skrzypiały pod najlżejszym naciskiem łap. W takich warunkach nawet najbardziej doświadczony łowca miałby problem, by nie spłoszyć zwierzyny — zwierzyny, która była przecież innym kotem, być może już świadomym ich obecności. Wojowniczka wyczuwała niezadowolenie ojca i słyszała westchnienia poirytowanego brata.
— Ruszamy z powrotem. Może komuś przodkowie pobłogosławili bardziej niż nam. — Odburknął Sowi Zmierzch.
— Już? — Tygrysia Noc wybąkał z widocznym zdziwieniem. — Ale zaraz! My jeszcze nawet nie mamy żadnego tropu. —
— Czy ty się słyszysz? Gdyby szczęście nam dopisało, to już byśmy coś mieli. Noc nie młodnieje. — Liliowy warknął.
Większość drogi przebywali w milczeniu. Lawirowali między drzewami w stronę miejsca kultu, odprowadzani okazjonalnymi przytykami Sowiego Zmierzchu, któremu brak ich skuteczności wyraźnie zepsuł humor. Gdy byli już blisko, nocny wicher przyniósł świeży zapach samotnika, spleciony z wonią Kocimiętkowego Wiru. Tropiąca Łaska wymruczała pod nosem najwdzięczniejszą modlitwę dziękczynną, jaka tylko przyszła jej do głowy. Liczyła wprawdzie na udane polowanie, ale powrót na łono rodziny w tak idealnym momencie z nawiązką to rekompensował. Na miejscu spotkania reszta zgromadzenia siedziała już w okręgu. Pozostało im tylko czekać na przybycie wartowniczki, której kroki słyszeli już w oddali. Po chwili wyłoniła się z mroku, prowadząc piękną ofiarę, na której widok kultyści zacieśnili koło. W ułamku sekundy kotka odebrała przybłędzie życie. Z morderczego szału wyrwał ich jednak niespodziewany szelest w zaroślach. Ktoś ich widział. Wszystkich zmroziło, większość zamarła.
— To Dyniowa Skórka! — wykrzyknienie brata, zielonooka usłyszała aż zbyt wyraźnie. Kotka zaczęła uciekać.
— Łapcie ją! — wściekły wrzask Zalotnej Gwiazdy był dla doświadczonej wojowniczki jasnym poleceniem.
Nim ktokolwiek inny zdołał zareagować, czekoladowo-ruda kotka wybiegła przed szereg. Ruszyła w pogoń za kimś, kogo jeszcze chwilę temu mogła darzyć serdecznymi uczuciami, jak to zwykle bywa między pobratymcami. Nie znały się bliżej i pewnie nie zamierzały spoufalać, ale w tej chwili nie miało to żadnego znaczenia. Rozkaz liderki był jasny: miała ją złapać. Zalotna Gwiazda nie sprecyzowała jednak, co zrobić potem, więc o dalszym losie uciekinierki miała zdecydować sama wojowniczka. W tym momencie widziała tylko ją. Ruda plama mknąca przez gęste zarośla była jedynym punktem w jej świecie – celem, który musiał przestać istnieć. Oddech pręguski przyspieszył i stał się płytki, a w jej żyłach zapłonęła czysta, instynktowna satysfakcja z pościgu. Przy każdym potężnym odbiciu tylnych łap pazury rwały ziemię i kępki sztywnej od chłodu trawy. Ścięgna napięły się jak postronki. Spanikowane, chrapliwe dyszenie oraz słodki, metaliczny zapach strachu uciekinierki były aż nazbyt wyraźne. Tamta skręciła gwałtownie za wielką sosną, ale Tropiąca Łaska nie straciła dystansu. Odbiła się od wystającego pnia drzewa, amortyzując pęd, i zsunęła nisko na łapach, tnąc zakręt znacznie szybciej. Jej ofiara była już zmęczona – to było to samo wycieńczenie, które Tropiąca Łaska zwykle widywała u osaczonej zwierzyny. Szylkretka dostrzegła, jak ogon tamtej biczuje powietrze w desperackiej próbie złapania równowagi, gdy potykała się o własne łapy i wystające korzenie starych drzew. To był ten moment. Skurczyła całe ciało, sprężyła mięśnie grzbietu i odbiła się do ostatniego skoku, gdy nagle ruda wojowniczka zaprzestała ucieczki. Zatrzymała się gwałtownie i stanęła dwie długości lisa od młodszej kotki. Ciało Tropiącej Łaski zareagowało szybciej niż myśli. Zmrużyła jasnozielone oczy w szpary cienkie jak młode liście paproci, a kręgosłup wygięła w wysoki łuk. Czuła, jak każdy włos wzdłuż jej grzbietu staje dęba – chciała wydać się większa, niż była w rzeczywistości. Z jej gardła wydobył się głęboki, wibrujący warkot, od którego zadrżały jej wąsy. Starsza wojowniczka nie zamierzała jednak ustąpić. Odpowiedziała jadowitym sykiem, obnażając śnieżnobiałe kły.
— Nie możesz tego zrobić! Jestem z twojego Klanu, dałam Klanowi Wilka dwie córki. Czy wy porzuciliście kodeks?!
— Tu nie idzie o ciebie. To trwa dłużej, niż ty żyjesz, niż ktokolwiek z nas żyje! Mam obowiązek wobec Kultu.
— Nie musisz czerpać z tego aż takiej przyjemności. Wiesz, że nie poddam się bez walki.
Na jedno uderzenie serca las wypełniła głucha cisza. Świat skurczył się do rozszerzonych źrenic przeciwniczki. Nagle jej wrzask rozerwał powietrze. Skoczyły jednocześnie. Tropiąca Łaska i Dyniowa Skórka zderzyły się w pół skoku z głośnym hukiem, tworząc kłębowisko czekoladowo-rudego futra. Gdy runęły na ziemię, złączyły się w śmiertelnym uścisku. Młodsza z wojowniczek straciła czujność, a matka Kocimiętkowego Wiru skwapliwie wykorzystała tę okazję. Dopadła zębami do jej barku, a tylnymi łapami zaczęła gwałtownie i rytmicznie szarpać miękki brzuch rywalki. Przednie łapy pręguski wbity się głęboko w bok przeciwniczki. Każdy nerw Tropiącej Łaski eksplodował bólem, gdy Dyniowa Skórka rozorała jej skórę pazurami. W odpowiedzi młodsza kotka zaczęła kąsać na oślep, czując w pysku ciepły, metaliczny smak krwi. Duma i strach okazały się silniejsze niż cierpienie. Nagle starsza wojowniczka wrzasnęła przeraźliwie, a jej uścisk zaczął wiotczeć. Zęby Tropiącej Łaski zacisnęły się głęboko na gardle rudej kotki. Trzymała mocno, ignorując ból we własnym ciele, dopóki gwałtowne rzucanie się rywalki nie zmieniło się w słabe drgawki.
— Nie muszę, ale będę. To wszystko w imię naszej sprawy. Żegnaj, Dyniowa Skórko.
Ciężko dysząc, Tropiąca Łaska odsunęła się o krok od ciała, które zaczynało ją przygniatać. Rudowłosa kotka leżała nieruchomo. Jej oczy, dotąd pełne woli życia, zgasły i stały się puste, zastygając w niemal błagalnym, pełnym lęku wyrazie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz