Przed narodzinami kociąt Poinsecji
Rosnący brzuch jej mentorki sprawiał, że czuła niepokój. Widziała ich relacje; przypatrywała się temu wszystkiemu z daleka. Przestała być ważna. Przestała być potrzebna. Blask surowych ślepi Poinsecji sprawiał, że czuła zbierające się łzy. Rutyna ich codziennych treningów została przerwana na nieokreślony czas. Wrotycz nie była gotowa na rozwój sytuacji. Żaden z jej scenariuszy tego nie przewidywał.
Pogrążona w tym smutku, jedynie uświadamiała sobie, jak samotna była w tej społeczności. Miała ją i tylko ona dla niej się liczyła. Teraz już jej nie było przy niej. Wybrała jego. Porzuciła ją - całe życie jedynie ją porzucali. Była wiecznie niechciana i zbędna. Wbiła pazury, w drżącą wraz z nią, gałąź drzewa. Świat stawał się szary. Pusty. Podobnie zresztą jak ona.
Znów była pusta.
— Wrotycz — męski głos dotarł do jej uszu.
Odwróciła się, by jedynie potwierdzić swoje podejrzenia. Kremowy kocur wpatrywał się w nią z widocznym niezadowoleniem. Położyła po sobie uszy, licząc, że to załagodzi sytuację.
— Powinnaś poważniej to potraktować. W twoim wieku to wstyd wciąż być uczniem — mruknął, unosząc ogon do góry.
Wrotycz skierowała wzrok na własne łapy. Nie zamierzała wątpić w słowa kocura, w Owocowym Lesie byli młodsi od niej wojownicy i czuła, że odstawała na tle pozostałych.
— Ciesz się, że Czereśnia ma takie miękkie serce — dodał ciszej. — Ja nie zamierzam się tak ośmieszać i bawić się z tobą jak Poinsecja. Potrafisz się wspinać po drzewach? Tropić i odróżniać zwierzynę? — widząc jak kręci łbem, westchnął zirytowany. — To, czego ty się uczyłaś przez ten cały czas? Nieważne, nie chcę tego słuchać. Właź na to drzewo. Jak tu wrócę, chcę cię widzieć na tamtej gałęzi.
Uczennica zadrżała, spoglądając na jedną z wyższych gałęzi. Spojrzała zrozpaczonym wzrokiem na mentora, lecz ten nie zdawał się tym przejmować. Może i nawet był w pewien sposób tym rozbawiony.
Wbiła pazury w konar, próbując przypomnieć sobie słowa Poinsecji, lecz na samą myśl o kotce, czuła jak zbiera się w niej żal. Smutek pomieszany z tęsknotą za nią. Może i drobna złość - wybrała Koniczynka. Zostawiła ją samą, mimo wszystkich słów i zapewnień, jakimi wcześniej ją karmiła.
— Płacząc nad drzewem, nie sprawisz, że dostaniesz się na jego szczyt — usłyszała kpiący komentarz.
Trzepnęła ogonem, starając się odgonić od siebie wszystkie buzujące w niej emocje. Wyciągnęła łapę przed siebie i wbiła pazury w korę. Raz za razem, coraz bardziej dysząc, znajdowała się wyżej. Chociaż nieco, lecz jeden nieostrożny ruch sprawił, że straciła przyczepność. Stóg śniegu przyjął ją chłodno w swe ramiona. Nieprzyjemne uczucie zimna, szybko ją oprzytomniało. Podniosła się, lekko obolała, i zabrała się za kolejną próbę. I kolejną. W pewnym momencie nie liczyła już upadków, które przy narastającej frustracji stawały się coraz częstsze.
W pewnym momencie osiągnęła cel. Cała poobijana, zmarznięta i wyczerpana. Po Lenie jednakże nie było śladu. Widoczne z drzewa kroki kocura znikały gdzieś za krzakami jeżyn. Nie wiedziała, co teraz powinna zrobić. Niepewność czy mentor uwierzy jej na słowo, nasilała się, gdy tylko myślała o nowym nauczycielu. Więc została na gałęzi. Skulona i oprószona śniegiem. Czekała.
[530 słów + wspinaczka na drzewa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz