BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

20 października 2026

Od Żywicznej Kropli

Pierwsze dni w roli wojowniczki ku jej zaskoczeniu upłynęły wyjątkowo spokojnie. Po nocnym czuwaniu, które przyszło jej odbyć podczas siarczystego mrozu, postanowiła przy organizowaniu posłania w nowym legowisku, znaleźć sobie miejsce bliżej wyjścia. Nie miała najmniejszej ochoty gnieździć się wśród tłumu pozostałych wojowników. Przy wyborze uwzględniła również odległość od kotów, których obecność była jej choć trochę miła.
Przez cały ten czas w jej głowie uporczywie powracała jedna myśl. W końcu będzie mogła wybrać się na dawno obiecany ojcu wspólny spacer i polowanie. Z uwagi na jej długo trwający trening, ta chwila zdawała się móc nigdy nie nadejść. Teraz, gdy wreszcie zaczęła wychodzić z emocjonalnego dołka, a codzienność powoli odzyskiwała pozory normalności, mogła w końcu spełnić swoje słowa. Sama myśl o spędzeniu czasu z ojcem, bez obowiązków i niepotrzebnych zmartwień, wywoływała w niej przyjemne ciepło, którego tak bardzo brakowało jej w ostatnich księżycach.

***

Po porannym patrolu, podczas którego ku jej uldze przypadło jej między innymi towarzystwo Małej Bazi, wróciła do obozu w wyjątkowo dobrym humorze. Wciąż nie potrafiła przejść obojętnie obok granic i niekiedy odruchowo kierowała tam wzrok, jakby spodziewała się dostrzec znajome rude futro i gibający się z nosa jego właściciela glut.
Dzwonkowego Śwista zaczepiła w porze posiłku, gdy kocur kończył właśnie jeść niewielką nornicę. Pora Nagich Drzew powoli dobiegała końca, a topniejący śnieg odsłaniał coraz więcej ziemi, dzięki czemu polowania stawały się mniej uciążliwe. Wojownicy nie musieli już tak często znosić szczypiącego mrozu, który wdzierał się między palce łap, a zdobycz zaczynała być łatwiejsza do wypatrzenia. Żywica nie zamierzała jednak poświęcać się rozważaniom o pogodzie. Miała do załatwienia znacznie ważniejszą sprawę.
Nie obchodziło jej, czy ktoś uzna ją za zbyt przywiązaną, rozpieszczoną córeczkę, która mimo osiągnięcia dorosłości wciąż nie potrafi odciąć się od rodzica. Nie widziała w tym niczego wstydliwego. Miała kochającego ojca, który przez całe jej życie był dla niej wsparciem, więc zamierzała korzystać z każdej chwili, jaką mogła z nim spędzić. Zwłaszcza, że coraz częściej docierało do niej, iż Dzwonkowy Świst nie będzie przy niej wiecznie.
— Pamiętasz, jak obiecałeś mi wspólne polowanie, gdy już zostanę wojowniczką? — zagadnęła bez ogródek, zatrzymując się przed rudym kocurem. Byli podobnego wzrostu, co zresztą nie stanowiło żadnego zaskoczenia. Ani ojciec, ani matka nie mogli pochwalić się szczególnym wzrostem, więc Żywica nie miała co liczyć na to, że odziedziczy po nich imponującą posturę. — Chciałabym spełnić tę obietnicę dzisiaj. To znaczy... właściwie teraz.
Dzwonkowy Świst uniósł wzrok i przez chwilę przyglądał jej się z namysłem. W końcu skinął głową, a w jego oczach zamigotało rozbawienie.
— Och, czyli chcesz wyciągnąć swojego biednego staruszka na zewnątrz w taki mróz? — zapytał, choć jego ton zdradzał, że wcale nie miał jej tego za złe.
Żywica zmrużyła oczy, udając oburzenie.
— Mój staruszek ma się lepiej niż niejeden młodzieniec w tym klanie i z pewnością nie chciałby złamać obietnicy złożonej bezbronnemu kocięciu.
— Wtedy bezbronnemu, ale teraz jaka pamiętliwa wojowniczka z tego wyrosła! — parsknął, przegryzając ostatni kawałek swojego śniadania. — No dobrze, daj mi tylko chwilę, żeby wszystko mi się ułożyło w brzuchu, i możemy ruszać.
Oczy Żywicy rozbłysły radością. Była ona zaskakująco wielka, znacznie większa nawet od tej, którą poczuła podczas ceremonii mianowania. Przez tak długi czas wyobrażała sobie chwilę, w której wreszcie zostanie wojowniczką, że sądziła, iż nic nie będzie w stanie przebić satysfakcji towarzyszącej temu wydarzeniu. 

***

Wraz z upływem kolejnych dni Pora Nagich Drzew coraz wyraźniej ustępowała miejsca nadchodzącym, ciepłym porankom. Gdy tylko opuścili obóz, a Żywica nie musiała już zaprzątać sobie głowy patrolowymi obowiązkami, od razu zaczęła rozglądać się po okolicy. Nawet cienka warstwa śniegu nie była w stanie odebrać jej przyjemności z przebywania na otwartej przestrzeni. Co jakiś czas pochylała łeb, próbując wypatrzyć pierwsze rośliny przebijające się przez wilgotną ziemię i z zainteresowaniem przyglądała się niewielkim zmianom zachodzącym w otoczeniu.
Początkowo rozmawiali o rzeczach zupełnie błahych. Dzwonkowy Świst chętnie wracał wspomnieniami do własnej młodości, opowiadał o rodzeństwie, z którego w klanie ostała się już tylko Wdzięczna Firletka, oraz wspominał dawnych znajomych. Żywica nie miała okazji poznać większości z nich, ponieważ odeszli, zanim w ogóle przyszła na świat, jednak mimo to słuchała z zainteresowaniem. Lubiła, kiedy ojciec opowiadał o przeszłości. Mogła poznać go od innej strony i wyobrazić sobie, jaki był, gdy był w jej wieku.
— Powiedz mi, masz ty tam jakieś koleżanki? — zagadnął w pewnym momencie. — Coraz trudniej zapamiętać mi imiona tej młodej krwi...
Żywica odruchowo mruknęła z niezadowoleniem. Nie musiała nawet długo zastanawiać się nad tym, dokąd zmierza rozmowa. Podejrzewała, że ojciec chciał się upewnić, czy po odejściu Bursztyna zdołała nawiązać bliższe relacje z innymi kotami, czy może wciąż zamykała się w sobie i unikała towarzystwa. Nie potrafiła mieć mu tego za złe, ale sama myśl, że nadal mógł martwić się o jej samotność, budziła w niej pewien opór. Nie chciała, żeby traktował ją jak kogoś, kto nie potrafi poradzić sobie bez brata.
— Lubię Śpiewający Raniuszek — wypaliła, wybierając pierwsze imię, które przyszło jej do głowy.
Poznała kotkę jeszcze jako kocię i już wtedy imponowała jej pewnością siebie. Była rozsądna i zdawało się, że nie podłamała się nawet wtedy, gdy jej matka okazała się morderczynią.
— Spędzam też wolny czas z Małą Bazią i Srebrzystą Równocą… — dodała po chwili.
Nie była to do końca prawda, przynajmniej nie w takim znaczeniu, jakie ojciec mógł sobie wyobrażać. Owszem, od czasu do czasu zagadywała wymienione kotki, witała się z nimi i zamieniała kilka słów, ale na tym przeważnie kończyły się ich spotkania. Nie uważała jednak, by musiała zdawać szczegółową relację z każdej znajomości.
— Nie martw się, nie czuję się samotna bez Bursztyna — westchnęła, uznając, że lepiej od razu rozwiać jego ewentualne wątpliwości.
Dzwonkowy Świst zmieszał się lekko i odwrócił wzrok.
— Nie o to mi chodziło... — wymamrotał z zakłopotaniem.
Żywica ledwie powstrzymała się przed przewróceniem oczami. Właśnie tego się spodziewała. Ojciec nie musiał nawet przyznawać się do swoich intencji, skoro samym zachowaniem zdradził, że trafiła w sedno.
— Nie przejmuj się. Pogodziłam się już z tym, że go nie ma — mruknęła.
Słowa z łatwością opuściły jej pysk, ale ich posmak pozostał na jej języku znacznie dłużej. W dodatku, kiedy podniosła wzrok i rozejrzała się po okolicy, dotarło do niej, że podczas rozmowy nieświadomie skierowała ich w stronę miejsca, w którym po raz ostatni widziała Bursztyna. Znowu robiła coś, czego sama przed sobą się wypierała. Mogła zapewniać ojca, że ruszyła dalej, lecz jakaś część niej wciąż wracała do tamtej chwili.
Postanowiła więc jak najszybciej zmienić temat.
— Lepiej opowiedz mi, z kim ty sobie gawędzisz. Chyba nie ma już w klanie wielu twoich rówieśników — rzuciła z lekką uszczypliwością, próbując obrócić rozmowę w żart.
Dzwonkowy Świst zaśmiał się na jej uwagę i bez większego trudu podjął nowy temat. Przez chwilę Żywica zdołała nawet zapomnieć o tym, dokąd zmierzali. Rozmowa toczyła się swobodnie, a jej własne odpowiedzi stawały się coraz żywsze, dopóki nie uświadomiła sobie, jak dobrze zna mijany teren.
Tutaj jej brat pożegnał się z nią na dobre, by potem odejść w stronę obcych kotów, które najwyraźniej okazały mu się bardziej interesujące niż własna rodzina.
Świadomość, że podjął decyzję, w której dla niej nie znalazło się już miejsca, nadal kuło ją w pierś.
Wtedy najwyraźniej okazała się dla niego niewystarczająca.
Zamilkła i skupiła się na węszeniu. Odpowiadała ojcu coraz krócej, a jej słowa nie zawsze miały wiele wspólnego z tym, o co ją pytał. Co jakiś czas pochylała łeb, próbując wyłowić z otoczenia znajomą woń, choć doskonale wiedziała, że po tak długim czasie zapach Bursztyna już dawno zniknął. Chociaż... Co jeśli wracał w te rejony? Co, jeśli chciał się z nią spotkać, ale nie chciał przekraczać granicy?
— Widzę, że czegoś szukasz — odezwał się w końcu Dzwonkowy Świst. W jego głosie pobrzmiewało rozczarowanie, a gdy Żywica obejrzała się przez ramię, dostrzegła, że uważnie śledzi jej ruchy. — Żywico, jesteśmy tu sami. Nikt nie usłyszy tej rozmowy. Jeśli rzeczywiście wiesz, co dokładnie stało się z Bursztynem, możesz mi powiedzieć — zapewnił ją spokojnie. — Też się o niego martwię, ale wierzę, że nawet przy swojej... niezbyt rozwiniętej inteligencji, potrafi wykazać się podstawowymi instynktami, żeby przetrwać, gdziekolwiek teraz jest.
Żywica zastygła na chwilę, niepewna, co powinna zrobić. Mogła dalej udawać, że niczego nie wie, i pozwolić ojcu żyć w niepewności, która zapewne z każdym kolejnym księżycem stawała się coraz trudniejsza do zniesienia. Mogła również wyznać mu prawdę, choć bała się, że ta wiedza jedynie przysporzy mu cierpienia.
Kochała Dzwonkowego Śwista i ufała mu bardziej niż komukolwiek innemu. Nie chciała go okłamywać, a jednocześnie nie potrafiła znieść myśli, że mogłaby złamać mu serce. Wmawiała sobie, że milczeniem oszczędza mu bólu, choć gdzieś w głębi duszy zdawała sobie sprawę, że niewiedza, w jakiej go pozostawiła, mogła ranić go jeszcze bardziej.
Poczuła, jak narastająca w niej gorycz zaciska się wokół serca. Przez chwilę nie była w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Opuściła wzrok na ziemię, wpatrując się w resztki śniegu zalegające między kępkami trawy.
— On... po prostu się ze mną pożegnał i odszedł — wymamrotała w końcu. — Powiedział, że mogę iść z nim. Że możemy zabrać też ciebie, ale ja... ja nie chciałam. Wolałam zostać tutaj. — Urwała, czując, jak trudno przechodzą jej przez gardło kolejne słowa. Wspomnienie tamtej nocy wciąż budziło w niej złość, żal i poczucie winy, których nie potrafiła od siebie oddzielić. Wiedziała, że Klan Burzy nie był idealnym miejscem, zwłaszcza po wszystkich nieszczęściach, jakie na niego spadły, ale mimo to nie umiała porzucić wszystkiego, co znała, i wyruszyć w nieznane. — Tylko nikomu o tym nie mów — dodała ciszej. — On poznał kogoś na granicy. Inne koty. Chciał zaznać bardziej... wyzwolonego życia czy czegoś w tym rodzaju. Nie wiem, co mu strzeliło do łba.
W jej głosie pojawiła się gorycz. Nadal trudno było jej uwierzyć, że Bursztyn rzeczywiście zdecydował się odejść, choć minęło już tyle czasu.
— Nie potrafiłam go zatrzymać. Uparł się i podjął decyzję, której nie dało się już cofnąć. Nie byłam w stanie nic zrobić. On...
Nie chciała wypowiadać na głos tego, co od dawna tkwiło w jej głowie. Nie chciała po raz kolejny przyznawać sama przed sobą, że czuła się tak, jakby brat ją wymienił. Jakby wszystko, co ich łączyło, nagle przestało mieć znaczenie, gdy tylko na jego drodze pojawił się koś ciekawszy.
Dzwonkowy Świst podszedł bliżej i otulił ją ogonem. To sprawiło, że napięcie, które dotąd trzymało ją na łapach, w końcu ustąpiło. Żywica pociągnęła głośno nosem, po czym ciężko opadła na ziemię, nie próbując już ukrywać, jak bardzo ją to wszystko nadal dobijało.
— Oj, Żywiczko... On na pewno nie chciał cię zranić — zaczął łagodnie. — Ani ciebie, ani mnie, a może nawet waszej matki. Gdziekolwiek teraz jest, na pewno za tobą tęskni. W końcu to twój brat i jak nikt inny wiesz, że zawsze ciągnęło go do przygód i poznawania świata. Może odszedł ze świadomością, że jeśli zostawi cię tutaj, będziesz bezpieczniejsza niż w zupełnie obcym miejscu.
Na ostatnich słowach jego głos nieznacznie się załamał. Żywica zaśmiała się gorzko w duchu. Bezpieczeństwo w Klanie Burzy było przecież pojęciem względnym. Sama zdążyła się przekonać, że nawet wśród własnych pobratymców nie można było mieć pewności, iż kolejny dzień nie przyniesie czegoś strasznego. Nie miała jednak siły podważać słów ojca. Nie teraz, gdy próbował ją pocieszyć, choć sam również musiał zmagać się z niepewnością dotyczącą losu syna.
— Bursztyna zawsze interesowało wszystko, czasami nawet za bardzo. Już wcześniej przeczuwałem, że któregoś dnia wyruszy na jakąś wielką wyprawę — ciągnął spokojniej. — Mimo wszystko jestem pewien, że jeszcze do nas wróci.
Pozwolił jej na chwilę ciszy, nie próbując na siłę wypełniać jej kolejnymi słowami. Żywica pragnęła wierzyć ojcu. Naprawdę chciała przyjąć jego zapewnienia za pewnik i przestać zamartwiać się tym, co mogło spotkać jej brata. Tyle że nadzieja, którą niegdyś pielęgnowała, z każdym kolejnym księżycem zdawała się porastać chwastami.
— Powiedział, że wróci. Obiecał mi to, ale gdyby naprawdę tak myślał, czy nie zrobiłby tego już dawno? — zapytała, a jej głos zabrzmiał krucho i niepewnie. — Minęło tyle czasu. Mógł mnie uprzedzić, porozmawiać ze mną wcześniej, a zamiast tego odszedł w środku nocy. Gdybym się nie obudziła, nawet nie wiedziałabym, że zrobił to z własnej woli.
Dzwonkowy Świst przymknął oczy i powoli skinął głową. Nie próbował zaprzeczać temu, co mówiła, ani przekonywać jej, że brat postąpił właściwie. Najwyraźniej sam nie potrafił znaleźć odpowiedzi.
— Nie jesteśmy w stanie odgadnąć, co dokładnie działo się w jego głowie — przyznał po chwili. — Ja również mogę mieć do siebie żal, że najwyraźniej nie ufał mi na tyle, by powiedzieć mi o swoich planach. Nie zmienia to jednak faktu, że na pewno o nas pamięta i za nami tęskni. Taki już był. Nie dało się powstrzymać jego porywczości.
Żywica strzepnęła uchem. Rozmowa nie prowadziła donikąd. Wyjawiła ojcu prawdę, a mimo to nie poczuła upragnionej ulgi. Nie zniknął żal, nie zmniejszyła się tęsknota, za to niepewność pozostała. Mogła jedynie cieszyć się z tego, że przynajmniej w tej kwestii nie musiała już niczego przed nim ukrywać. Po raz pierwszy od odejścia Bursztyna pozwoliła sobie powiedzieć wszystko, co pamiętała.
Nie oznaczało to jednak, że się z tym pogodziła.

***

Od spaceru z ojcem minęło kilka dłużących się Żywicy wschodów słońca. Oczywiście zdążyła już zaplanować kolejne wyprawy i nie zamierzała poprzestać na jednym wspólnym wyjściu. Odkąd klan przeniósł swoje życie pod ziemię, każda możliwość spędzenia czasu na otwartej przestrzeni wydawała jej się szczególnie kusząca. Nie chciała przyzwyczajać się do zamkniętych korytarzy i ograniczonego widoku, skoro pokryte roślinnością tereny wciąż rozciągały się nad jej głową, pełen zapachów, dźwięków i kwiatów, których nie zdążyła jeszcze obwąchać.
Jej uwagę na moment przyciągnął Zawodząca Gwiazda. Żywica zaczęła przyglądać się obecnym uczniom, zastanawiając się, który z nich miał szansę wkrótce zostać wojownikiem. Myśl o kolejnych mianowaniach szybko jednak ustąpiła miejsca znacznie bardziej niepokojącej refleksji. W klanie wciąż dochodziło do nieszczęść, a ona nie potrafiła wykluczyć, że ktoś ponownie został zamordowany, skazany na egzekucję albo spotkało go coś jeszcze gorszego. Nie potrafiła nawet wymyślić, co mogłoby być gorsze od dwóch pierwszych możliwości, ale po wszystkim, czego była świadkiem, nie zdziwiłaby się, gdyby rzeczywistość znowu ją zaskoczyła.
Wtedy dostrzegła ojca.
Początkowo nie zwróciła większej uwagi na jego obecność, lecz chwilę później dotarło do niej, co właściwie się wydarzyło. Dzwonkowy Świst przechodził do starszyzny.
Żywica zamarła.
Wiek ojca od czasu do czasu stawał się tematem żartów, do których sama chętnie się przyłączała. Niejednokrotnie dogryzała mu z powodu siwiejącego futra, a on odpowiadał jej podobnymi uwagami, udając urażonego. W takich chwilach starość wydawała się czymś odległym, niemal abstrakcyjnym, a perspektywa utraty ojca nie wychodziła poza granice nieprzyjemnej myśli, którą można było łatwo od siebie odsunąć.
Teraz jednak żarty nagle straciły znaczenie. Dzwonkowy Świst naprawdę się starzał. Każdy kolejny księżyc przybliżał ją do chwili, w której mogłaby go stracić, a przecież wciąż nie czuła, by spędziła z nim wystarczająco dużo czasu. Dopiero niedawno spełnili obietnicę wspólnego polowania, na którą czekała tak długo. Jak miała pogodzić się z tym, że podobnych chwil mogło pozostać im znacznie mniej, niż sobie wyobrażała?
Nie zareagowała nawet na zaczepiającą ją Bazię. Całą uwagę skupiła na tym, by jak najszybciej dotrzeć do rudego kocura. Przecież ledwie zdążyli wybrać się razem na jeden spacer! Jak miała teraz namówić go na kolejne wyprawy, jeśli sam postanowił wycofać się z obowiązków wojownika? Czy to oznaczało, że nie czuł się już na siłach, by uczestniczyć w polowaniach i patrolach? Że nawet zwykłe przechadzki poza obóz zaczynały przekraczać jego możliwości?
Na samą myśl przeszedł ją dreszcz.
Drżąc lekko, przeprosiła kuzynkę i powoli skierowała się w stronę legowiska starszyzny. Każdy krok zdawał się coraz bardziej chwiejny, a im bliżej znajdowała się celu, tym trudniej było jej uspokoić gonitwę myśli. Próbowała znaleźć jakieś rozsądne wyjaśnienie, coś, co pozwoliłoby jej uwierzyć, że nie ma powodów do obaw, ale żadne argumenty nie wydawały się wystarczająco przekonujące.
Dzwonkowy Świst zauważył ją i posłał jej ciepły uśmiech. Ten widok tylko pogorszył sprawę. Żywica poczuła ukłucie żalu, gdy dotarło do niej, jak wiele czasu zmarnowała, zakładając, że zawsze będzie mogła nadrobić zaległości. Przecież ojciec nie był już młody. Wiedziała o tym od dawna.
Odwiedziła ojca, gdy ten zdążył już przenieść swoje rzeczy do nowego legowiska. Przywitał ją serdecznie, jak zawsze, lecz jej mina daleka była od podobnego entuzjazmu. Rozglądała się po wnętrzu, próbując przyzwyczaić się do myśli, że od tej chwili właśnie tutaj miał spędzać większość czasu.
— Naprawdę już nadszedł czas na starszyznę? — zapytała w końcu niepewnie. — Przecież jesteś jeszcze młody...
— Oj, chyba tylko we własnych snach — zaśmiał się Dzwonkowy Świst. — Jestem najstarszym kotem w klanie i choć nieskromnie uważam, że przegoniłbym niejednego młodzieńca, nadszedł już czas, żebym trochę odpoczął. A jeśli się rozejrzysz, zauważysz, że mam tutaj całkiem sporo miejsca. Możliwość posiadania całego legowiska na własność zamiast gnieżdżenia się wśród wojowników wydaje mi się całkiem rozsądnym wyborem.
Żywica skrzywiła się odruchowo. Kocur od razu to zauważył, lecz zamiast zmienić temat, przyglądał jej się z łagodnym rozbawieniem.
— Rozumiem, Żywico, że chciałabyś, żebym żył wiecznie, ale musisz powoli przyjąć do wiadomości, że mój czas dobiega końca…
— Nie mów w ten sposób! — przerwała mu ostro. Jej uszy przylgnęły do głowy, a ogon nerwowo drgnął za jej grzbietem. Nie chciała słyszeć podobnych słów, nawet jeśli wypowiadał je w żartobliwym tonie. Sama świadomość, że ojciec potrafił mówić o własnej śmierci tak swobodnie, napawała ją przerażeniem. — Czeka cię jeszcze wiele księżyców życia! Ja... nie pozwalam ci tak mówić. Jeszcze wykraczesz sobie jakieś nieszczęście — dodała, próbując nadać głosowi stanowczość, choć w głębi duszy czuła, jak narasta w niej panika. — Będę polować z samego rana i przynosić ci najlepsze piszczki ze stosu. Obiecuję!
Dzwonkowy Świst przekrzywił głowę.
— To chyba zadanie dla uczniów...
— Nie w tym przypadku — odparła butnie.
Nie mogła przecież dopuścić do sytuacji, w której młode pokolenie, zajęte własnymi sprawami, miałoby decydować o tym, czym będzie żywił się jej ojciec. Po tym wszystkim, co działo się ostatnio w klanie, wolała nie pozostawiać jego zdrowia i bezpieczeństwa w cudzych łapach. Sama zadba o to, by miał pełny brzuch, ciepłe legowisko i wszystko, czego będzie potrzebował. Jeśli dzięki temu mogłaby choć odrobinę odsunąć od niego starość, zamierzała zrobić wszystko, co tylko leżało w jej mocy.
Wciąż zdarzały się chwile, gdy odruchowo rozglądała się za bratem albo chciała opowiedzieć mu o czymś, co wydarzyło się w klanie, zanim przypominała sobie, że nie ma go już w pobliżu. Jak miała poradzić sobie z kolejną stratą, gdyby pewnego dnia zabrakło również Dzwonkowego Śwista?
Tym razem nie byłoby obietnicy powrotu ani nadziei, że po kilku księżycach znów zobaczy go na środku obozu. Nie mogłaby wypatrywać jego sylwetki na granicy ani zastanawiać się, czy pewnego dnia postanowi wrócić do domu. Śmierć nie pozostawiałaby miejsca na podobne złudzenia. Zabrałaby go na zawsze, bezpowrotnie, prosto na Srebrną Skórę.
A Żywiczna Kropla nadal miała mu tyle do powiedzenia i tak wiele chwil do nadrobienia. Nie była gotowa, by pozwolić mu odejść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz