Przed usłyszeniem plotki o swoim pochodzeniu.
_________
Chmury mnożyły się i troiły, a nawet zamieniały się powoli w te ciężkie, czarne, gotowe na deszcz. Natomiast grzmotów nie można było jeszcze usłyszeć, chociaż zapewne była to tylko kwestia czasu, aż nadejdą. Najgorsze było to, iż to nie niebo tego dnia zasnuwały te elementy pogody, a przytłaczały one głowę Kaczorka. Dosłownie porównanie można odebrać jako zbieranie się do płaczu kociaka, które następowało w stopniowych oraz równomiernych fazach coraz bliżej bezpiecznej granicy. Jego oczy były już świecące… już zaszklone… jego mordka już drżała w napięciu… wtem do żłobka wróciła jego rodzicielka, niosąc obiecany przed wyjściem posiłek w pyszczku. Jego rodzeństwo śmiało się gdzieś w oddali, ale ona zauważyła go jako pierwszego. Zastanawiał się, czy doceniać to, czy nie.
Zacznijmy jednak od wytłumaczenia kontekstu przedstawionej sytuacji. Dlaczego maluch siedział sam, w ciemności jamy, praktycznie roniąc łzy? Otóż wszystko było w należytym porządku jeszcze niedawno. Postać rzeczy zmieniła się wraz ze zbyt długim przebywaniem samemu ze sobą. Preferował własne towarzystwo nad każdym innym, przynajmniej zazwyczaj, ale dziś wyjątkowo dotknął go stres, jaki odczuwał od czasu do czasu z powodu swoich słabych umiejętności socjalizowania. Nie chciał tam siedzieć bezczynnie; czuł potrzebę jakiegoś ruchu. A nadal tkwił przy rozklejaniu się, bo emocje były zbyt wielkie do zniesienia dla jego malutkiego ciałka. Chciał pomocy, o które nie potrafił poprosić i tak miało miejsce błędne koło.
Nie wiedział, kiedy przyszła. Jej obecność przypominała obecność niematerialnych istot - ducha, może zjawy. Początek jej towarzystwa obok był nie do określenia. Taką właśnie była jego mama; Morświnowa Płetwa miała w sobie tę czułość i nieśmiałe usposobienie, pozwalające na zaskakiwanie. Niemniej uśmiechem rozjaśniała całą przestrzeń, w której się znalazła. A kiedy nie szczerzyła zębów, oferowała bijące od siebie ciepło matczynej miłości. Kocurek nie mógł powstrzymać się od wtulenia w bok wojowniczki, siadającej zaraz obok. Już usadzona, schyliła się, aby móc rozmawiać z nim na poziomie. To doskonale ilustruje empatyczność, z jaką się obchodzi.
— Co cię trapi? — zapytała ciepło, głos może o oktawę za piskliwy dla uszu młodziaka. Zostało to po prostu wybaczone od razu, ze względu na potrzebę odezwania się na bardziej istotny temat.
— Nikt mnie tu nie lubi… — załkał, wbrew chęci zduszenia tego okropnego odgłosu. Łzy zaczęły powoli znajdować drogę w dół po jego policzkach. Zatrzymywały się na jego brodzie, następnie skapywały na gniazdo i znikały pod spodem gałęzi połączonych razem z mchem. Niby nie pozostawiały wiele śladu oraz nie były wielce ważne, aczkolwiek on dalej odczuwał ich skutki.
Na szczęście, miał obok rodzicielkę. Przyłożyła ona swój nosek do jego zmoczonego boku głowy, nie zważając na mokre ślady. — Ja cię lubię! — mruknęła pogodnie, prosto w jego futerko. Kaczorek jednak zapłakał tylko ponownie, nie odczuwając żadnej ulgi. Czuł wręcz wstyd za to, iż mama powtarza mu takie słowa.
— Nie płaczemy… — Przycisnęła się do niego mocniej. Owinęła go swoim ciałem, wykorzystując dobrze stary znany sposób na zaradzenie smutkowi. Mam przez to na myśli, że poderwała go z ziemi i zaczęła kręcić się z nim łagodnie, żeby wywołać chichot. On zawsze nadchodził w takiej zabawie. Tutaj także nadszedł. Po osiągnięciu sukcesu złożyła go z powrotem w legowisku. Spojrzawszy mu głęboko w oczy, dopiero zaczęła mówić: — Ja też nie jestem duszą towarzystwa lubianą przez każdego. Mamy wady. Trzeba znaleźć sposób na rozładowanie złych uczuć i ruszyć naprzód — wytłumaczyła. Wówczas odchyliła się od niego w celu rozejrzenia się po żłobku, widocznie czegoś szukając.
Kociak w konsternacji przyglądał się zabieganym oczom, dokąd zlokalizowała potrzebny przedmiot. Zdziwił się niemiłosiernie, bowiem okazał się nim wyjęty z utkanego posłania patyk. Wygramolił się z niego, coby podążyć za wędrującą kawałek dalej łaciatą. Zatrzymała się na kawałku większego odstępu między miejscami do snu. Wtedy ponownie skłoniła głowę, tym razem, aby zacząć ryć elementem trzymanym w pysku w ziemi. Minuta za minutą mijały, aż finalnie pokazała dzieło, nad którym pracowała w milczeniu, pod uważnym wzrokiem syna. Okazało się to być piękną myszką wyrytą w gruncie. Ponadto rzeczywiście przypominała myszkę, nie tylko starała się nią nieudolnie imitować!
— Jeju… ty potrafisz rysować! — wyraził zdumienie rudawy. Spotkał się z reakcją tego dużego uśmiechu.
— To jest mój sposób na relaks. Długo nad tym pracowałam. — wyjaśniła, pół-szeptem, niby tajemnica. W rzeczywistości chciała udobruchać malca jakimś przesunięciem uwagi. Skończyła motywując go i robiąc coś, co nie zdarzyło jej się od dawna. Sama spojrzała na pracę z sentymentem przebijającym się na zewnątrz, prosto spomiędzy chroniących go żeber. — Przynajmniej dawniej nim był.
Młody pręgusek zabrał się do rysowania samodzielnie. Poprosił o narzędzie mamy i zaczął dorabiać zwierzakowi scenerię. Nie był dobrym twórcom artystycznym, ale wystarczyła mu zabawa z tworzenia. Kiedyś odnajdzie w czymś szczęście, natomiast na dzisiaj miał mamę oraz rodzeństwo, które dołączyło do zabawy za moment.
Śmiechy i chichy nie miały końca! W takim czasie rozumiał ciągłe wspominanie matki o Klanie, miłości do niego, oddaniu… taka społeczność była warta nawet śmierci, jeśli dzięki temu inni mogliby przeżyć podobne opowieści w rodzinnym gronie pobratymców. Samotność musi być czymś strasznym. Cieszył się, iż nigdy nie musi jej doświadczać, gdyż miał tutejsze koty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz