BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

26 października 2026

Od Leona (Dębu) CD. Louisa

Dawno

Spod szponów Leona uciekł kolejny kot, który przebywał na ich terenach; wielkiej farmie ostryg. Nie był członkiem – już dobrze mu znanej rodziny, która panowała na terenach centrum małej wioski. Miał z nimi już sporo przejść, a jego skóra nosiła blizny pazurów. Wyglądał na pieszczocha, tylko dlatego, że posiadał obrożę oraz nienagannie czyste futro.
— Dobrze Ci poszło! Teraz na pewno staniemy się postrachem okolicy! — powiedział jego ojciec, który dotrzymywał mu towarzystwa w jego nowym hobby.
Posłał ojcu uśmiech, jednak w jego umyśle jeszcze widniało wspomnienie z wyjącym kocurem, który spadł z klifu. Leon wiedział, że tamten zasługiwał na taki koniec, jednak nadal jego umysł odtwarzał to w kółko. Czyżby było mu żal, że zabił kota? Nie. Zdecydowanie nie. To, czemu jego umysł go za to karcił? Przecież gołymi łapskami nie zamordował Krasnego.
— Wszystko w porządku? — wyrwał go z zamyśleń głos ojca.
— Hm? Ah! Tak, wszystko w porządku… Zapatrzyłem się tylko na morze…

***

Zmrużył oczy, widząc koty, które pochylały się nad nim. Był przetrzymywany. Nie dał rady “rodzinie”, która starała się pomścić śmierć Krasnego. Bolało go całe ciało. Znęcano się nad nim lub jak oni to mówili: “wymierzali nad nim sprawiedliwość własnymi łapami”.
W ciągu tego okresu miał wiele spotkań z tymi kotami. Z większości z nich wychodził zwycięsko, do czasu. W końcu potknęła mu się łapa, a oni skorzystali ze swojej przewagi liczebnej.
— Wstawaj! Rusz się, ty kupo futra!
Nie zwracał na nich uwagi. Był głodny. Stracił poczucie czasu. Nie był pewien nawet, jaka była pora sezonu. Czy nadal była Pora Opadających Liści? Był w miejscu, które określano piwnicą. Pilnowali go. Był więźniem i jedynie mógł stwierdzić, jaka była pora dnia w zależności od światła, które wpadało przez niewielkie szpary.
Jeden z kocurów, którego znał z tortur, szarpnął nim, doprowadzając go do pionu. Był głodny i nie zamierzał wstawać, poświęcać więcej energii na coś, co mogło okazać się kolejną szarpaniną lub bestialską zabawą żandarmów. Jeśli chodzi o jedzenie, czasami przynoszono mu ochłapy lub zdołał złapać samodzielnie jakąś mysz, która na swoje nieszczęście wpadła do miejsca, z którego sam nie znał ucieczki.
— Leonie? Czy to ty? — zapytała się Żółtka, co zwróciło uwagę kocura. Popatrzył na czarną kotkę, której tak dawno nie widział. Zaraz za nią znajdował się Louis. Oni żyli! W końcu go znaleźli! — Wyglądasz marnie… Co oni ci zrobili…?
Jego ojciec jednak milczał. Wyglądał na czujnego i zestresowanego ilością kotów, która była ich wrogami.
— Znaleźliście mnie… — miauknął zachrypniętym głosem. Ciągle nie dowierzał, że przed nim stali jego bliscy.
Między nimi wszedł czarny kocur, który łypał władczo na dwójkę kotów, która przyszła mu na pomoc. Leon zdołał go już poznać. Był to Hak. Stał on na czele “rodziny”, która władała okolicami.
— Zdejmijcie obroże, tak jak obiecaliście — zażądał Hak, na co Żółtka i Louis się posłuchali. Czarny kocur skinął głową do kotów z tłumu, którzy podeszli do niego i z trudem rozszarpali jego obroże.
— Oddajcie go — warknął jego ojciec.
Hak uśmiechnął się zadowolony z transakcji, o której Leon nie miał pojęcia, a dwóch osiłków popchnęło go w stronę ów dwójki, która uratowała go z łapsk rodziny.
— A teraz się wynoście i nigdy nie wracajcie. Jeśli tylko zobaczę któregoś z was na naszych terenach, zostaniecie od razu wysłani na dno, gdzie śpią rybki. — Hak, nie czekając na odpowiedź Louisa, wskoczył na skrzynie i rozkazał kilku kotom, aby ich wyprowadzili z pomieszczenia.
Żółtka wraz z Louisem podparli go i wyprowadzili z piwnicy, w której otworzono drzwi. Leon nie wiedział, jak to się stało, że koty z centrum były w stanie otworzyć to pomieszczenie lub starannie uwięzić go na ten długi okres. Czy powinien się na ten temat zastanawiać? A może, bardziej stanąć naprzeciw swoim rządzą. Nie był już w Klanie Wilka, gdzie mógł mieć wsparcie u tak wielu kotów.

***

Opuścili tereny miasteczka i do tej pory ani Louis, ani Żółtka się nie odezwali, tylko szli w nieznanym im kierunku.
— Czemu nie idziemy na farmę ostryg? — wyszarpał się z uścisku jego nowej rodziny. — Skąd wiedzieliście, gdzie mnie przetrzymywali? Jaka umowa? O co tutaj chodzi?!
Louis zmierzył go groźnym wzrokiem. Ewidentnie stracił do niego cierpliwość.
— Słuchaj, Leonie! Przez twoje zapędy do przeganiania intruzów wpędziłeś nas wszystkich w ogromne kłopoty! Zamiast podziękować i całować nam łapy za ratunek, to pierwsze co słyszę z twojego pyska to pretensje! — prychnął Louis, a jego sierść na karku się podniosła. Żółtka z miną zbitego psa patrzyła na rozpoczynającą się konfrontację między kocurami. — Zostaliśmy zmuszeni opuścić nasz dom, żeby ciebie odzyskać żywego. Nie mamy gdzie zostać na noc, a drzewa wskazują, że zaraz nadejdzie Pora Nagich Drzew. Będziemy musieli przeżywać znów to samo, co ze Świetlikami, tylko dlatego, że tobie odbiło.
Leon zmarszczył pysk. Chciał odpowiedzieć jakąś ripostą do kocura, jednak zanim zdołał coś wymyślić, to odezwała się Żółtka.
— W takim razie gdzie powinniśmy pójść? — wiatr zagłuszał jej ciche miauknięcie.
Louis wzrokiem powędrował po klifach i morzu, po którym wiły się wzburzone fale.
— W stronę klanów? — zaproponował Leon po długo panującej ciszy.

***

Porą Nagich Drzew

Szli wzdłuż morza sześć wschodów słońca, aż dotarli do miejsca, które kojarzył. Klify, otwarte tereny oraz las iglasty majaczący na horyzoncie. Znajdowali się na terenach klanów! Byli tak blisko ich prawdziwego domu! Czy Louis też chciał wrócić do Klanu Wilka? Czy też się zastanawiał, czy Nikła Gwiazda przyjąłby ich znów do klanu? O ile był jeszcze przywódcą… Przeniósł wzrok na Louisa, który również z utęsknieniem patrzył na las.
— Wracamy tam? — zapytał.
— Nie ma dla nas tam miejsca, Leonie. Nie chcieliby nas. Zostalibyśmy zabici nawet poza granicami lasu, gdyby tylko znaleźli nasz ślad. Nie znajdziemy tutaj schronienia…
Leon położył uszy po sobie. Wiedział, że ojciec miał rację, jednak tak bardzo tęsknił za miejscem, z którego zdecydowali się uciec. Przecież była tam jego matka oraz jego bracia… Czy oni nadal żyli?
Wiatr zawiał mocniej, niosąc ze sobą woń kotów z Klanu Klifu. Granica. Byli tak bardzo blisko. Czy na pewno musieli odejść? Czy nie znalazłoby się jakieś ciepłe miejsce w Klanie Klifu? Poza pazurami tych całych kultystów, Mrocznej Puszczy oraz irytującej matki dawnej Ognikowej Słoty?
Nadal nie zapomniał o swojej ukochanej koleżance. Czekał na coś więcej, jednak wszystko musiało się zepsuć przez wariatkę, która na jego nieszczęście była wysoko postawioną osobistością w klanie. Zalotna Krasopani była prawdziwym wrzodem na ogonie. Na same wspominki o niej, czuł, jak podnosi mu się sierść na karku.
— Idziesz, Leonie? — Liliowy zdążył wykonać kilka kroków w nieznanym nikomu kierunku.
Spiął mięśnie, kiedy usłyszał kolejny raz nadane mu nowe imię. Czara goryczy się przelała.
— Tato…
— Tak, synu?
Wiatr przybrał na sile, mierzwiąc ich futra. Stali tak we trójkę, czekając. Ciszę przerywał świst wiatru, zapowiadający nadchodzącą zamieć.
— Nie nazywaj mnie tak… Nigdy nie było to moje imię. Nazwali mnie tak Dwunożni, a nie Iskrząca Nadzieja. Louis to też nie jest twoje prawdziwe imię, tato. Nazywałeś się Miodowa Kora i byłeś wojownikiem, a nie pieszczochem.
Żółtka zawstydzona przerzucała wzrok z jednego na drugiego. Uczestniczenie w napięciu między rodziną, kiedy się do niej nie należało. Przynajmniej z krwi. Lada chwila, a czarna zapadłaby się pod ziemię. Może czuła się winna? Przecież to ona powiedziała im, co oznaczały dziwne wywijaski na ich obrożach.
— Jak chcesz… — mruknął liliowy kocur.
Ich wędrówka nie dobiegła końca.
Mimo trwającego napięcia rzucił ostatni raz wzrokiem na odsłonięte tereny Klanu Klifu, które rozciągały się zaraz za Drogą Grzmotu.

***

Szli dwa wschody słońca. Dwa wschody słońca, które były bardzo mroźne. Śnieg i chłodny wiatr dawały się we znaki trójce kotów. Odmrożone poduszki łap bolały przy każdym następnym kroku. Udawało im się znaleźć schronienie w pustych norach bądź dziuplach drzew, które mijali. Dzięki temu żadne z nich jeszcze nie skonało w zaspach śnieżnych.
W końcu znaleźli nowe miejsce, gdzie mogliby zamieszkać. Byli w Betonowym Świecie lub językiem pieszczochów można było to nazwać zwykłym miastem. Pierwsze, co uderzyło w Dęba była ilość nowych i silnych zapachów. Potwory, Dwunożni, inne koty, psy, a nawet lisy, były wyczuwalne na trawie, betonie, rzeczach, których jeszcze dotąd nie widział. Zapachy wirowały i przeplatały, drażniąc tym samym jego nos.
— Czyli tutaj musimy znaleźć dom? — skomentował, czując ciarki na sam widok obskurnych pudeł Dwunożnych, które pięły się wysoko niczym drzewa. — Co, jeśli nam się nie uda?
— Musi nam się udać. Skoro udało nam się przeżyć w lesie, to w tym miejscu nie powinniśmy mieć większego problemu. — Louis wyprostował się, mierząc wzrokiem miejsca, gdzie powinni żyć Dwunożni. Zaglądał w okna, jakby liczył, że zaraz znajdzie głowę jednej z tych bladych twarzy. Czyżby liczył, że zostanie zaadoptowany kolejny raz? Brudny? Z ulicy?
— Powinniśmy najpierw znaleźć dom Żółtce. Ona nie da rady tak długo przeżyć na ulicy.
Dąb spojrzał się na kotkę, która po ich długiej wyprawie wyglądała naprawdę mizernie. Okrągły puchaty pyszczek z oklapniętymi uszkami, który tak wszystkich cieszył swoim ciepłym mruczeniem, teraz był chudy, czarna sierść matowa i posklejana, a w oczach niepewność i smutek. Pewnie tęskniła za swoim domem… Tak samo przez te dni, Żółtka nie odzywała się zbyt często. Stała się taka cicha… Współczuł jej. Wiedział, co przeżywała. Sam to przeżył. Tylko to zrobił dobrowolnie, idąc za swoim ojcem w nieznane. Zbyt mocno cenił ojca. Gdyby tylko stawił opór i wybrał Słotę, to zostałby jednym z najlepszych wojowników Klanu Wilka. A może nawet kultystą? Wiedział, że Mglisty Sen wraz z Jarzębinowym Żarem przestrzegali wszystkich przed kotami o tajnych rangach. Jednak czy słusznie? Nigdy nie dostał wprost odpowiedzi od prawdziwego kultysty. Wiedział, jak zachowywała się Rysi Trop, jednak ona była obłąkana, a reszta z Klanu Wilka była całkiem normalna… Życie jako kultysta w klanie wraz ze szczęśliwą rodziną i Ognikową Słotą jako partnerką brzmiało cudnie.
Z zamyślenia wyrwała go Żółtka, która zaszczękała zębami z zimna. Od niechcenia podszedł bliżej kotki, dzieląc się ciepłem ze swojego grubego futra.
— Jednak nie wiem, czy dzisiaj uda nam się znaleźć dla niej dom — westchnął Louis z rezygnacją.
— Uda się nam! Ma oklapnięte uszka, a nie każdy kot ma takie. Może… Może jakiś dwunożny chciałby przygarnąć Żółtkę?
— Tylko z powodu moich uszu? To bardzo głupie… — odezwała się w końcu cichym głosikiem Żółtka.
— Może i jest głupie, ale działa. Dwunożni też są głupi i wolą niepraktyczne rzeczy. No i nie mówcie, że nie jest dziwnym wchodzenie do Potwora i jechanie w jego wnętrzu.
— Wasze określenia na auta są dość dziwne… Przecież wiecie już od jakiegoś czasu, że to nie są stworzenia, tylko maszyny. Rzeczy. Dwunożni umieją tworzyć i…
— Nie o to chodzi, Żółtko! — Pokręcił łbem, nie dając jej dokończyć. Kogo interesuje, co potrafili dokonać Dwunożni? — Chodzi mi o to, że twoi Dwunożni nie wezmą z ulicy najlepszego kota, który umie polować, pływać i dobrze walczyć, tylko kogoś, kto według ich jest uroczy lub mają do niego współczucie.
Czarna kotka popatrzyła chwilę na niego i przeniosła swój wzrok na Louisa. Patrzyła na kikut starszego. Dąb również powiódł wzrokiem w to samo miejsce i skinął głową. Jego ojciec miał ładne umaszczenie, krótki ogon i pędzelki na uszach, też mógł zostać przyjęty przez jakiegoś Dwunożnego. Na pewno szybciej niż on. Louis zauważył ich wzrok i również zrozumiał.
— A co z tobą, Dębie? Masz długą sierść. Może też dość szybko znajdziesz dach nad głową. Nie musimy zakładać, że jedno z nas umrze w Betonowym Świecie.
— Taaa… Jasne — wzruszył barkami. — A teraz chodźmy. Może znajdzie się lepsza okolica, gdzie nie zmarzniemy i ktoś zechce wziąć Żółtkę.
Cała trójka ruszyła przed siebie, wchodząc nieświadomie do nieznanych im uliczek oraz terytorium innych kotów, które na co dzień walczyły o przetrwanie w alejkach, między koszami na śmieci i kołami zaparkowanych aut.

***

Krew spływała mu po pysku i kapała na odśnieżony chodnik, który i tak był pokryty lodem. W pysku trzymał kawałek mięsa nieznanego mu pochodzenia. Nie smakowało ono jak żadna zwierzyna w lesie, czy karma dla pieszczochów. Była to przerobiona żywność dla Dwunożnych, której jeszcze dotąd nigdy nie jadł tak często, jak przez ostatnie dni w tym miejscu. To, co wywalczył, było jego. A bardziej Żółtki, która nie potrafiła walczyć o jedzenie z tutejszymi kotami. Łowienie i podkradanie owoców morza ze stoisk, gdy przypadkiem się zgłodniało, nie nadawało się do tego miejsca. Tutaj nikt nie wymachiwał jedzeniem na prawo i lewo, częstując tych, którym dobrze z oczu patrzyło.
Upuścił kawałek mięsa na zmarznięty karton wypchany jakimiś skórami i kocami Dwunożnych, a w środku zwinięta w kuleczkę siedziała Żółtka.
— To wszystko, co mogłem dzisiaj złupić. Resztę ukradły inne koty.
Kocica spojrzała na niego wielkimi żółtymi oczami.
— Złupiłeś? Miałeś polować, a nie kraść innym zwierzynę… — Zauważyła jego ranę na pysku i wychyliła łebek, żeby mu się lepiej przyjrzeć. — Walczyłeś?
— Oczywiście, że walczyłem! — podniósł głos, na co kotka się wzdrygnęła. — Jeśli bym kogoś nie podrapał i nie zabrał mu żarcia, to byś głodowała! Jedzże to! No, chyba że nie jesteś głodna, inaczej mogę sam zjeść.
Kotka zawahała się przez chwilę, jednak w końcu wzięła mięso i zaczęła łapczywie jeść. Była głodna. On również był głodny, a Miodowa Kora? Czy inaczej Louis. Ciągle nie mógł się przestawić na nowsze imię ojca. Wolał go nazywać po klanowym imieniu. Lub takim, które nawiązywało do niego…
— Wróciłem. Niestety nie zdołałem niczego znaleźć. Tutaj nic nie ma… — Liliowy kocur wszedł na karton, żeby jego łapy odpoczęły od zimna. — Powinniśmy zmienić okolicę. Może gdzieś indziej, jakiś Dwunożny nas zechce. Inne koty raczej nie są zadowolone z naszej obecności, a nadal nie mamy dachu nad głową.
Ojciec nawet nie zwrócił uwagi na jego rany po bójce. Kocur był zmęczony i starszy, a pod jego futrem rysowały się żebra. Był to martwiący widok. Cała ich trójka marniała w oczach.
Dąb wzruszył ramionami. Czuł głód, a jego rany go piekły. Tymczasem Żółtka siedziała w wygodnym kartonie i jadła za nich wszystkich nic nie robiąc. To był absurd! Jednak wolał dalej nic nie mówić. Nie chciał być niemiłym, skoro w Betonowym Świecie byli tak krótko.
— A jeśli nie znajdziemy dalej jedzenia ani schronienia? Gdzie się schowamy? Gdzie będziemy żyć? — Żółtka stawiała opór, nie chcąc wyjść z pudełka.
— Chyba chciałaś powiedzieć, gdzie ty będziesz żyć. Ja jakoś dam radę, a ty najwyżej zdechniesz z zimna i z głodu! — prychnął, a jego ojciec nakazał mu milczenie warknięciem. Posłuchał się, jednak mówił prawdę. We dwójkę nie zdołają nakarmić dorosłej kocicy, która dotychczas jadła tyle ile chciała. Może czarna jeszcze dałaby radę nie jeść przez kilka dni, żeby oni mogli się czymś sensownym pożywić. Ostatni posiłek jadł dzień temu i była to chuda piszczka, którą udało mu się złapać i zjeść, gdy nikt nie patrzył.
Kocica położyła po sobie uszy i zrobiła wielkie oczy. Urażona i smutna skuliła się pod jego wzrokiem.
— Nie musiałeś być taki niemiły…
— Miły, czy nie miły… Tutaj nie chodzi o to, jaki ja jestem! Chcesz żyć? Ja też! A na tę chwilę to siedzisz i nic nie robisz, tylko ja wraz z ojcem skaczemy, żeby znaleźć cokolwiek do jedzenia dla ciebie! Gdyby nie my, to już byś tutaj nie żyła!
— Dębie! — Louis stanął między nimi. — Koniec tego. Idziemy dalej. Nie będziecie się kłócić już, bo inaczej sam pójdę szukać dla siebie domu, zostawiając was tutaj samych!
Dąb wiedział, że kocur blefował. Inaczej już dawno by się rozdzielili. Gniewnie wypuścił powietrze przez nos i ruszył jako pierwszy, przedzierając się przez płoty oraz nachodząc na terytoria innych samotników. Przebiegli parę razy przez Drogę Grzmotu i lawirując między nogami Dwunożnych, którzy pędzili po chodnikach, skupieni na własnych celach, dotarli do miejsca ogrodzonego murem, a w środku rozciągał się lasek wraz z kamiennymi ścieżkami oraz ławkami. Oczywiście w środku było bardzo biało, a Dwunożne młode bawiły się i ciągały ze sobą dziwny drewniany przedmiot, który Dąb opisałby jako posłanie. Były one w najróżniejszych kolorach, jak i kształtach, jednak służyły do tego samego, co z resztą zobaczyli chwilę po śledzeniu grupki młodych. Dzieci zjeżdżały nimi w dół ze zbocza, śmiejąc się przy tym i piszcząc z podekscytowania. Trójka kotów spojrzała się po sobie, wiedząc, gdzie będą szukać kandydatów na ich opiekunów.

***

Minęło kilka dni. Z jedzeniem nadal było ciężko, chociaż Dębowi udawało się czasami złapać mniej czujnego ptaka lub gryzonia nocą. Dowiedział się także, że miejsce, w którym aktualnie się znajdowali, nazywano Parkiem Miejskim i Dwunożni często tutaj przychodzili na spacery, żeby odpocząć, z psami lub młodymi, żeby się pobawić. Co do psów, to zdążył się już przekonać na własnej skórze, że było ich od groma w tym miejscu. Dzisiaj już musiał uciekać przed jednym na drzewo, który nie znajdował się na uwięzi Dwunożnego. Potem czekał długo, aż łaskawie zostanie przyzwany do właściciela i zostawi go w spokoju.
A co z Żółtką i Louisem? Oboje dość szybko znaleźli już dom. Żółtka oczywiście jako pierwsza, gdyż dzieciaki zauroczyły się w małej okrąglutkiej koteczce z oklapniętymi uszkami. Pewnego dnia łaszenia się do jednego, kotka została wzięta i zabrana. Jego ojciec również nie miał problemu ze znalezieniem domu, tylko musiał włożyć więcej pracy w ocieraniu się o kolana tym razem starszych Dwunożnych, którzy czasami przesiadywali na ławkach, tak jak mu mówiła Żółtka. Dąb oczywiście obiecał ojcu, że też spróbuje, jednak miał ogromny opór przed łaszeniem się do nieznajomych mu pokrak. Nigdy nie zostanie pieszczochem. Przynajmniej nie z przyjemności.
Ściemniało się już, a on wyszedł z parku, zagłębiając się w jedną z zaplecznych uliczek. Bolały go poduszeczki łap z zimna i z podrażnienia od soli, którą Dwunożni sypali na chodnikach. Płacił zdrowiem za swoją upartość. Jednak bariera była zbyt ogromna. Nie potrafił jej przekroczyć. Wcześniej po prostu go zmuszono. Zabrano. Nie miał wyjścia. A teraz? Teraz miał własną wolę. Był w stanie powiedzieć, którą ścieżką chciał podążać. I na pewno nie było to łaszenie się o przypadkowych Dwunożnych w parku.
Nie zaszedł daleko. Usiadł na obskurnych stopniach, które prowadziły do wejścia do budynku w kamieniczce. Bardzo obskurnej kamieniczce. Nawet jako kot miałby opór, żeby tutaj przebywać, jednak zmęczenie i głód nie pozwalały mu na zwiedzania tego jakże wielkiego miasta. Skulił się w chlebek i zmrużył oczy, chcąc przetrwać kolejną noc.
— Hej, ty! Co robisz na moim terenie, sierściuchu? — Zza okna wyłoniła się ciekawska sylwetka kota. Kocura o zwykłym rudym umaszczeniu. — Nie wiem, po co tutaj przyszedłeś, ale nie będzie to na pewno twój teren. Jeśli chcesz żarcia, to też nie pozwolę, by kolejnego przybłędę mi tutaj moja babka karmiła! Won!
Kolejnego? Czyżby Dwunożna rozdawała jedzenie biednym kiciusiom? Za darmo? Kiszki mu marsza grały. Zjadłby nawet drugiego kota, a ten sierściuch coś mówił mu o dokarmianiu?
Ucieszony przegiął się powoli i otarł się o schody, zostawiając swój świeży zapaszek. Rudzielec syknął wrogo, a on nadal mu dokuczał, pokazując, jak to nie przejmował się jego ostrzeżeniami.
— Nie, żeby coś… ale chętnie bym sobie przekąsił, co tam twoja “babka” ma do zaoferowania. Nie byłoby to takie złe — zamruczał rozbawiony i wskoczył na parapet do okna, w którym siedział pieszczoch.
— Ani mi się waż! — Za rudzielcem rozbrzmiały kroki, a zaraz pojawiła się głowa starszej samicy Dwunożnego. Przyjrzała mu się uważnie i zaszczebiotała w niezrozumiałym dla niego języku. Rudzielec natomiast odwrócił się w jej stronę z żalem i paniką w oczach. — Nie! Nie dawaj mu jedzenia, bo jeszcze będzie tutaj przychodził! Babko! Widzisz, coś ty narobił?! Mówiłem ci, żebyś poszedł stąd!
Dąb jedynie wzruszył ramionami. Nie było to nic personalnego, tylko był głodny i szukał miejsca, gdzie mógłby się skryć. Chociaż złość na pysku pieszczocha sprawiała mu radość. Nie mógł zaprzeczyć, że lubił dokuczać innym.
Drzwi otworzyły się z jękiem i ręka starszej postawiła na ziemi dwie miseczki. W jednej było kocie jedzenie, które często podawano mu u dawnych Dwunożnych, a w drugiej biały ciepły płyn. Czyżby było to mleko? Zawęszył. Tak, było to mleko. Podszedł bliżej i zaczął łapczywie jeść, a nawet pić mleko, którego w sumie nie potrzebował. Nie był już kociakiem, żeby pić mleko. Teraz przez to będzie bolał go brzuch. Jednak nie był w stanie się pohamować. Był taki głodny!
Gdy tylko skończył, starsza kobieta podeszła do niego i pogłaskała po głowie, zabrała naczynia i bełkocząc, weszła do swojego gniazda. Jednak nie wpuściła go do środka. Rudzielec, który stał w oknie, patrzył na niego nienawistnym wzrokiem, jeżąc się i sapiąc przy okazji. Dąb wiedział, że nie będzie łatwo znaleźć tutaj dom, skoro był już jeden kot, ale czemu miałby nie spróbować?

***

Jego taktyka była prosta. Przychodzić do tej samej starszej Dwunożnej, co wieczór no i czasami rankami, żeby zaczęła go kojarzyć. Skoro dostał jedzenie już po pierwszej wizycie, to czemu miałby nie dostać drugim razem? Spał w parku na drzewach, tak wysoko, żeby żaden pies lub Dwunożny nie był w stanie go dosięgnąć, a potem zjawiał się w obskurnej kamienicy, gdzie zawsze stał w oknie rudzielec, który na niego syczał i warczał. Dęba bardzo bawił ów pieszczoch. Jak można mieć to wszystko dla siebie i nie chcieć się podzielić? Nie byli w klanie, więc wiedział, że tutaj te zasady nie obowiązywały, dlatego zamierzał siłą i sprytem zająć miejsce piecucha. Nie wiedział nawet, jak ten kot miał na imię i szczerze go to nie obchodziło. Gdy tylko znajdą się sam na sam i nie będzie między nimi szyby, to sprawi, że kocur znajdzie się na ulicy. Bez dachu nad głową lub w najgorszym dla rudzielca scenariuszu – martwy.
Skończył jeść, tym razem jednak nie zamknięto przed nim drzwi. Czyżby mu się udało? Starsza kobieta po odstawieniu naczyń wyszła po niego, wzięła go na ręce i wprowadziła do środka. Dąb, mimo osiągniętego planu, poczuł wątpliwości. Czy na pewno chciał znów zostać pieszczochem? Nie zamierzał siedzieć w jednym miejscu do końca swojego życia, tym bardziej że jeszcze nie wiedział, gdzie mieszkali Żółtka oraz jego ojciec.
Postawiono go na podłodze, a on mógł się w końcu rozejrzeć. Było to pomieszczenie na wzór przedpokoju, jednak było o wiele surowiej niż w jego poprzednim domu. Schody prowadziły na górę, jednak staruszka weszła do drzwi na parterze, za którymi Dąb czuł woń wrogiego mu piecucha.
Gotowe prowizoryczne leże w rogu pomieszczenia było z pewnością zrobione dla niego. Położył się w nim, a ciepło, którego mu tak brakowało, otuliło go do snu.

***

Dni mijały, a on zdołał odkryć pomieszczenie pod parterem, które bardziej mu się spodobało, choć było tutaj o wiele chłodniej niż piętro wyżej. Piwnica, jeśli dobrze zapamiętał nauki Żółtki, tak to miejsce się nazywało. Było to jakże istnym magazynkiem, jak medycy mieli na zioła, tylko tutaj Dwunożni zostawiali swoje niepotrzebne rzeczy.
Pudła i stare meble, po których mógł bezkarnie chodzić i się pokładać. Jednak najlepszą rzeczą w tym miejscu była ilość myszy, które chowały się w najrozmaitszych kryjówkach. Oczywiście, jak na kota klanowego, łapał gryzonie. Posilał się nimi, jeśli był głodny, jednak coraz rzadziej się to stawało. Miał miskę, w której zawsze znalazł kawałek szynki lub kociej karmy. Nie były to najlepsze smakołyki, jednak nie chodził głodny. Dlatego coraz częściej polowanie na myszki, stawało się jego hobby, którym się dzielił z Dwunożnymi.
Reszta mieszkańców obskurnej kamienicy również go polubiła za jego łowy, dlatego dostawał smakołyki, zabawki i nowe koce. Nudząc się czasami, przychodził do rudzielca, który mieszkał u staruszki i mu dokuczał.
Dąb leżał na jednym z zakurzonych krzeseł w piwnicy. Dawno nie wychodził na zewnątrz. Patrolowanie, bieganie i wspinaczka po drzewach sprawiała mu frajdę, a większość Pory Nagich Drzew spędził w tym budynku.
Przez ten czas nie myślał wcale o Żółtce i ojcu, jednak teraz, gdy wiedział, że miał miejsce, gdzie mógł spać spokojnie, zatęsknił za bliskimi mu kotami oraz wolnością. Nie wypuszczano go, nie znał miejsca ani szczeliny, którą mógłby wydostać się, żeby pospacerować i zobaczyć, czy ktoś na niego nie czekał w parku. Co, jeśli Louis się zamartwia, że ten nie żyje? Co z Żółtką? Czy ona znalazła jakiegoś przystojniejszego kocura w jej nowym domu? Co, jeśli teraz go nie potrzebuje? On przecież musiał mieć obok siebie jakąkolwiek kocice, bo zwariuje! Nie tak wyobrażał sobie jego dorosłe życie! Gdzie ta chwila przyjemności, której każdy kocur potrzebował?
Sfrustrowany, wskoczył do okien, które były pod sklepieniem piwnicy. Pchał i skrobał, szukając choćby szczeliny. W piwnicy nie było najcieplej, szczególnie przy oknach, więc skądś musiało przypływać zimne powietrze!
Dąb w końcu znalazł szczelinę, która była przykryta jakąś płachtą i drewnianą pustą skrzynią. Wystarczyło te rzeczy przesunąć, żeby się wydostać na zewnątrz. Mimo swoich wielkich gabarytów, prześlizgnął się na drugą stronę. Był wolny! Rozejrzał się po okolicy. Śnieg nadal zalegał na ziemi, jednak było cieplej, niż Dąb myślał. Czyżby przychodziła właśnie Pora Zielonych Liści?
Kocur skierował się do parku, gdzie ostatnio widział ojca wraz z czarną pieszczoszką. Może zdoła ich znaleźć?

< Louisie? Powiedz mi, czy znalazłeś dla siebie nowy dom? >
🌳

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz