W Porze Nagich Drzew światło słońca gościło tereny najkrócej, więc duża część tego aktywnego czasu przypadała na zwykłe treningi i inne zwyczajne obowiązki. Czasami wymykała się poza obóz. Nie na długo i zawsze wtedy, kiedy aktywność patroli była najniższa. Przeważnie po prostu patrzyła na niebo lub leżący śnieg, słuchając szumu wiatru.
Rudzikowe Skrzydełko została pochowana niedługo po ogłoszeniu jej śmierci na czarny kaszel. Rodzeństwo zmarłej wyglądało na najbardziej dotknięte tą stratą. Przynajmniej taką miała nadzieję, choć czuła, że jej oczy były trochę bardziej szkliste, niż chciałaby publicznie.
To, czego Perłówkowa Łapa żałowała najbardziej, to, że podczas życia matki jako więzień nie zainicjowała z nią rozmowy ani razu. Miała więcej możliwości na wizyty, niż mogłaby policzyć. Najpierw była na nią zbyt zła, żeby to zrobić. Później to uczucie osłabło, ale im dłużej zwlekała, tym bardziej nie wiedziała, czy była na to gotowa. Rudzikowe Skrzydełko zawsze miała coś do powiedzenia, jeśli tylko jej się pozwoliło. Pewnie zaczęłaby płakać, przepraszać albo mówić o uczuciach rzeczy, których nie chciałaby słyszeć na głos, ale byłaby na ten moment taka szczęśliwa, że mogła ją zobaczyć jeszcze raz. A Perłówka z trudem by trzymała własne myśli tam, gdzie powinny zostać, a samą ciągnęłoby do wyjścia, nie wiedząc, jak radzić sobie w obliczu kogoś wylewającego swoje emocje i troski na wierzch. Więc odkładała potencjalną wizytę, na początku jeszcze wyglądając jej z oddali, a później wcale, zamiast tego skupiając się na małych, aktualniejszych rzeczach przed nią. I teraz kolejnej okazji nie będzie miała.
Wiedziała, że ciało będzie wyglądać inaczej, niż gdy żyła, ale nie spodziewała się aż tak dużej różnicy. Mama zawsze była w ruchu, nawet śpiąc, potrafiła się poruszać, mruczeć, zmieniać pozycję. Rudość jej futra była taka żywa i ciepła, widać ją było z odległości, przez którą szokiem było, że zwierzyna była w stanie jej nie zauważyć. Trudno zaakceptować, jak bardzo zmarniała w porównaniu do obrazu w pamięci, jaki właśnie pękał.
Perłówkowa Łapa odeszła pierwsza, zanim ktoś mógł zobaczyć łzy spływające jej po twarzy.
Kiedy Zawodząca Gwiazda ponownie zwołał klan do Groty Pamięci, Perłówkowa Łapa siedziała trochę na uboczu, robiąc miejsce dla zbierających się kotów. Mimo trochę bocznej pozycji miała wrażenie, jakby czuła na sobie czyjś wzrok. Tłum zamilkł, gdy tylko lider wskoczył na głaz i zaczął mówić.
— Łzawa Łapa oraz Połyskliwy Kogut byli zamieszani w śmierć Rudzikowego Skrzydełka. W konsekwencji Łzawa Łapa zostaje odsunięta od pozycji medyka... Oraz oboje zostają zawieszeni w obowiązkach i przywilejach na czas nieokreślony. Obowiązuje ich zakaz opuszczania obozu.
Szepty kotów wokół niej narastały, a jednak z jej własnej perspektywy wydawało się, że coraz bardziej głuchną, jakby dźwięk nie był w stanie się całkiem przebić przez wodę, którą ktoś właśnie wylał na jej głowę. Patrzyła tępym wzrokiem przed siebie, to na lidera wypowiadającego te słowa, to na pustą przestrzeń za nim, to na zastygłą twarz brata.
Nie rozmawiali za wiele na temat własnych uczuć, właściwie to wcale, ale jak ta nagła pustka w jej głowie zaczęła powoli na nowo wypełniać się w jej głowie myślami, wydało jej się to niedorzeczne. Przecież sam przyznał, że dotychczasowy układ był sprawiedliwy. Nawet jeśli nie ukrywał swojej niechęci. Ale przecież ona sama potrafiła być opryskliwa, a nie przeszłoby jej nawet przez myśl coś tak potwornego. Co rzeczywiście mieli na myśli przez zamieszanie w śmierć?
Ledwo zaczęła trawić słowa, które usłyszała, gdy coraz bardziej donośny głos ich ciotki w tłumie zaczął do niej z powrotem docierać.
— … Uznałeś, że dobrym pomysłem będzie wraz z Łzawą Łapą morderstwo więźnia, ale jednocześnie własnej matki. Nie obchodzi mnie to, że może na to zasługiwała, czy może nawet prosiła. Nie masz poszanowania dla czyjegoś życia! Powinieneś zostać wygnany jak Dziki Berberys lub nawet poddany egzekucji, niczym Nieustraszony Chomik i Tańcujące Pierze, skoro nie żałujesz swych czynów! — wykrzyczała Skrzydlata Płomykówka.
Perłówkowa Łapa nie zauważyła, jak bardzo jej gęste futro zjeżyło się na te słowa. Egzekucja? Czy każdy w tym klanie doszczętnie oszalał?! Jakby tego było mało, jakby nie stracili wystarczająco kotów. Wstała wzburzona, jedyne co powstrzymało ją od natychmiastowej eskalacji to łapa Oskrzydlonego Ognika, który obserwował ją z mieszanką współczucia na twarzy.
Zacisnęła zęby, odwracając gwałtownie głowę i nie ukrywając machającego ze złości ogona. Pomysł, że jej własny brat bez wzruszenia zamordowałby ich matkę, był wystarczająco niepojęty, ale słowa prosto z ust członka rodziny o zabraniu jej kolejnej osoby brzmiały praktycznie jak zdrada.
Patrzyła, jak Połyskliwy Kogut i płacząca Łzawa Łapa zostają odprowadzeni do legowiska więźniów. Najchętniej pobiegłaby za nimi, domagając się wytłumaczenia, co się rzeczywiście wydarzyło i dlaczego, ale wiedziała, że nie dostanie tak szybko prywatnej rozmowy.
Odwróciła się i wyszła, po raz kolejny jak najdalej od tego tłumu kotów. Łapy same poprowadziły ją jak zwykle do starego obozu. Nie zamierzała do niego wchodzić, tylko już powolniejszym krokiem przechodziła wśród mokrych pagórków, zerkając w jego stronę. Na zakręcie usłyszała pod sobą cichy chrzęst. Zbliżyła pysk do źródła dźwięku i zauważyła, że pod cienką warstwą śniegu leżało kilka ususzonych stokrotek, noszących na sobie już bardzo wątły, ale jeszcze zauważalny zapach Słodkiej Dziewanny. Swoim ciężarem rozkruszyła tylko niewielki fragment jednej łodygi. Westchnęła cicho i delikatnie wzięła resztę znaleziska w zęby, kończąc ten krótki spacer.
***
— …łów...wa…po… Perłówkowa Łapo!
Otworzyła oczy. Sufit legowiska uczniów przysłaniała jej głowa Srebrzystej Równonocy.
— Nie chcesz dzisiaj zaspać — oznajmiła z trochę niezręcznym uśmiechem.
Perłówkowa Łapa mrugnęła kilka razy, próbując przystosować się do nagłej zmiany otoczenia i powoli wstała. Większość innych uczniów już ruszyła na własne treningi, a pojedyncze niedostatki wyglądały na lekko rozbawione sytuacją.
Srebrzysta Równonoc wyprowadziła ją poza obóz.
— Dzisiaj zajmiesz się polowaniem. Bez żadnej pomocy ode mnie — kontynuowała.
Uczennica skinęła głową i ledwo wstrzymała ziewnięcie. Ruszyła głębiej w stronę zamrożonej łąki. Dźwięk tylko jej kroków sprawił, że się odwróciła. Po mentorce nie było ani śladu, co na chwilę lekko wybiło ją z rytmu, bo nie było to najprostsze do osiągnięcia na otwartych terenach. Wytężyła instynktownie wzrok, próbując ją znaleźć, ale zamiast szylkretowego futra kotki dostrzegła najpierw w oddali mignięcie długich, wystających uszu, które przypomniały jej, dlaczego teraz tu jest.
Po cichu zaczęła się zbliżać w stronę miejsca, gdzie zobaczyła potencjalną zdobycz. Gdy do niego dotarła, królika już tam nie było, ale na nieszczęście dla niego śnieg pozostawiał wyraźne ślady kierunku, w którym się udał. Perłówkowa Łapa uśmiechnęła się sama do siebie, w końcu nie bez powodu tak ciężko trenowała swoją szybkość i wytrzymałość. Tak długo, jak wie, gdzie królik się udał, nie ma sposobu, żeby udało mu się od niej uciec.
Ślady gwałtownie skończyły się przed wykopaną norą. Kotka obwąchała ją ostrożnie. Nie było żadnych wątpliwości, że zwierze schowało się w środku. Drążyła łapą wejście, ale wiedziała, że była stanowczo za duża, żeby zmieścić się do tych tuneli, a dalsze kopanie byłoby tylko marnowaniem energii.
Niezadowolona przemierzyła wzrokiem okolicę. Jeśli było tu jedno wejście w podziemia, to blisko mogło być inne. Okrążyła powoli wejście, wąchając grunt wokół. Niedaleko przysypana świeżym śniegiem była kolejna nora.
Wycofała się kawałek i usiadła pod wiatr.
Nie musiała czekać długo. Królik pojawił się przy drugim wejściu najpierw drżącym nosem, potem jednym uchem, potem całą głową, i wystawał tak, coraz bardziej ostrożnie oceniając sytuację. Perłówkowa Łapa siedziała nieruchomo. Po kilku uderzeniach serca królik wyszedł w całości i zaczął kicać głębiej w polanę.
Wystrzeliła sprintem. Królik ją zauważył i w panice odskoczył w lewo, ale było dla niego za późno. Dwie szybkie zmiany kierunku później dosięgnęła go i pewnie chwyciła.
Podniosła głowę z królikiem w zębach i zobaczyła Srebrzystą Równonoc podnoszącą się z ziemi kilkanaście lisich długości dalej. Podeszła do niej wyraźnie zadowolona.
***
— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Perłówkowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam. — Podniosła wzrok.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Perłówkowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Zwisająca Perłówka. Klan Gwiazdy ceni twoją wytrwałość i oddanie oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy.
Dotknął pyskiem jej głowy, a ona, jakby wyćwiczonym ruchem, nosem jego barku.
Ogłuszył ją na chwilę wiwat. Powinna cieszyć się razem z nimi, był to jej dzień, punkt kulminacyjny starań i nadziei, do których każdy kot w klanie niecierpliwie dążył. Czuła się jednak, jakby trudno było jej znaleźć gorszy moment. Przez całą ceremonię zachowywała dosyć neutralną ekspresję, którą jednak nosiła ostatnio tak często, że nawet w tym miejscu nie wyglądała szczególnie nienaturalnie. Wymusiła z siebie słaby uśmiech.
Rozejrzała się powoli po tłumie, który zdawał się mniejszy, niż powinien. Największa dziura przykuwała jej uwagę u boku Oskrzydlonego Ognika. Podczas ceremonii Połyskliwego Koguta sama tam stała. Po fakcie podeszła szturchnąć go barkiem, trochę dramatycznie marudząc, że za ciężko pracował i przez niego teraz ona będzie musiała się trochę postarać. Ewidentnie nie zamierzał na nią czekać.
Odeszła od lidera, gdy tylko klan skończył skandować jej imię. Miała przed sobą całą noc czuwania w ciszy, ale po raz pierwszy od jakiegoś czasu wiedziała, co zrobi, jak tylko się skończy.
[Event Klanu Burzy: przeszukiwanie starego obozu]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz