– To już wszystko! – oznajmił.
– Mhm… – mruknęła żółtooka, jakby nad czymś myślała. – Wiesz, Gończyku… – dodała, przenosząc wzrok na białofutrą kocicę, która obecnie drzemała w lecznicy. – Tak sobie myślałam, czy ta kotka, aby nie jest żywym dowodem na istnienie Klanu Gwiazdy. Wygląda pzecież jak gwiazdka z nieba! No i w dodatku wiesz, że lidezy otzymują od Gwiezdnych Pzodków dziewięć żywotów – kontynuowała. – A ty niby co masz od Wszechmatki? No właśnie, nic! Jak ty możesz w nią w ogóle wiezyć, Gończyku? Czy pająki zasnuły ci mózg swoją pajęczyną? Nie ma żadnych dowodów na to, że ta wasza Wszechmatka istnieje. Lozmawiałeś kiedyś z jezykiem albo jaskółką i wiedziałeś, że to któlyś z twoich dawnych poblatymców? Dla mnie to zwykła bzdula! Tylko dulnie wieżą w jakąś Wszechsratkę! – zakpiła.
Gdy pierwsze zdanie opuściło pysk Smok, Modrogończyk miał ochotę jej zawtórować. Sam rownież był podobnego zdania odnośnie Wełnistej Myszy, czy właściwe Wróżki, która od paru księżyców pomieszkiwała w lecznicy Owocowego Lasu. Co prawda wierzył we Wszechmatkę, lecz nigdy nie kwestionował wiary swego ojca. Od to istniała jeszcze jakaś inna wiara, do której miał po prostu szacunek i nikogo kto wierzył w Klan Gwiazdy, nie zamierzał na siłę nawracać. Ba, nikogo nie zamierzał siłą nawracać z innej wiary na jedyną, jego zdaniem i najprawdopodobniej innych wyznawców Wszechmatki, prawdziwą wiarę, gdzie każdy był równy, a nie równy i równiejszy. Dżdżownica, żuk, barwny motyl, trawa, kwiatki, drzewa, myszy, lisy, ptaki, jak i koty. Każdą cząstkę fauny i flory Wszechmatka ukochała. Nawet jeśli według wierzeń za równiejsze od innych stworzeń można było uznać jaskółki i jerzyki, w końcu te ptaki otaczało się specjalnym szacunkiem, w ponadto ich się nie spożywało, Modrogończyk był zdania, że w oczach Wszechmatki wszyscy byli równi. Jednak, gdy kocica zaczęła ciągnąć swój monolog, nie pozwalając dojść do słowa czekoladowemu, jego mina z każdym kolejnym uderzeniem serca coraz bardziej zrzedła, a w jego wnętrzu się wręcz zagotowało z powodu arogancji i ignorancji Smok. Żeby tego było mało, nie ruszyło go zbytnio, gdy uznała, że pająki zasnuły mu mózg. Bardziej wstrząsnęło nim to, że kocica bez skrępowania porównywała dwie różne od siebie religię, uznając jedna za lepszą od drugiej, obrażając przy tym wyznawców Wszechmatki, jak i ją samą.
Grymas na pysku kocura stał się bardziej dostrzegalny, a ponadto kocur gryzł się w język, aby nie powiedzieć czegoś, czego później by żałował. Mimo że Smok była o parę dni starsza od niego i dzielili po tyle samo księżyców, odniósł wrażenie, że ma przed sobą małego rozwydrzonego kociaka, który lubi grać innym na nerwach. Właśnie, właśnie w taki sposób można było opisać Smok.
– Przecież Wszechmatka przemawia do mnie i do szamanki, mojej matki, podczas snów... a dziewięć żywotów otrzymanych od przodków uważam za głupotę. Nie wiem, jak ty, ale ja nie chciałabym umierać dziewięć razy... – zaczął, starając się na spokojny ton, jednak mocno go zabolało, że Smok zwyzywała jego bliskich i połowę, jak nie większość, Owocowego Lasu od durni, a dokładniej "dulni". Miał nadzieję, że uda się nieco zmienić ton rozmowy i onieśmielić szylkretkę wyznaniem dotyczących proroczych snów przepełnionych aluzjami i symbolami, jednak gdy kocica wybuchła głośnym śmiechem, o mało co nie zapadł się pod ziemię. – N-naprawdę Smok? Czy czujesz satysfakcję, obrażając moją wiarę, moich bliskich i mnie, tuż po tym, jak ci chwilę temu opatrzyłem oko? Może byś powiedział, chociaż "dziękuję"? – Westchnął. – Miałem zamiar ci zawtórować na pierwsze zdanie, bo odnoszę podobne wrażenie odnośnie Wróżki. A ty najwidoczniej szukasz zaczepki... i guza. Ale ode mnie go nie otrzymasz. Jeśli chcesz dalej nabijać się ze mnie, z Wszechmatki i połowy Owocowego Lasu to rób to gdzieś indziej i w innym towarzystwie. Najlepiej innych kotów, które podobnie, jak ty darzą sympatią Klan Gwiazdy i lubią nabijać się z innych wiar. – Wymownie spojrzał w kierunku wyjścia z lecznicy, tym samym dając znać Smok, że już pora na nią.
"Jak chce, to potrafi powiedzieć "er"."
Początek Pory Nagich Drzew
– Czy ty i Smok jesteście skłóceni? – zagadnęła cicho złotooka, po czym z jej pyska wydobył się donośny krzyk, gdy uzdrowiciel bez uprzedzenia nastawił bark łaciatej.
– Nie... Po prostu nie interesują mnie rozmowy z przerośniętymi kociętami, którym pająki zasnuły nie tyle, co mózgi, ale również zatkały pajęczynami oczy i uszy... – Wybrął, mając spojrzenie utkwione w boku siostry. Przez dłuższą chwilę zwiadowczyni nic nie powiedziała, dlatego ukradkiem zerknął na jej pysk. Psianka przez cały czas wymownie wpatrywała się w brata, który nerwowo uciekł spojrzeniem w bok, by po chwili ponownie na nią spojrzeć. – N-no co?
– "Dzień dobry, Smoku!" "Hej Smok." – zaczęła, naśladując radosny ton głosu brata, by chwilę później na jej pysku zagościł grymas – "Ugh. Głupia Smok." Jak długo zamierzasz to ciągnąć? Osobiście wolę, jak nie snujesz się po obozie jak smród ze spuszczonym ogonem i nie zerkasz ukradkiem w stronę pewnej wojowniczki, by chwilę później przeklinać pod nosem. Co między wami zaszło?
No tak. Modrogończyk nie wspomniał nikomu o tym, co ostatnim razem powiedziała mu wojowniczka. O tym, że nazwała Wszechmatke "Wszechsratką", tym samym po raz pierwszy najprawdopodobniej poprawnie wymawiając "r". Gdyby sytuacja była inna, kocur najpewniej świętowałby zdobycie umiejętności poprawnej wymowy przez szylkretową koleżankę.
Jako młody szaman powinien... no właśnie, co powinien zrobić z takim przypadkiem jak Smok? Przecież skoro nie chciała wierzyć w Wszechmatkę, wcale nie musiała, ale nie powinna pozwalać sobie na kąśliwe uwagi wobec jej wyznawców, jak i samej wiary. Tym bardziej nie wypadało, aby robiła to młoda wojowniczka ledwie co mianowana. Jednak Smok była wyjątkowym przypadkiem, który nie przejmował się tym, że jej słowa mogą zranić drugiego kota. Czy ona na dobrą sprawę myślała o tym, co mówi, czy mówiła wszystko, co jej ślina na język przyniosła?
– Jej słowa dość mocno mnie uraziły... Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, a ona... Ech. Nie ważne. Nie chcę do tego wracać. – Westchnął. – Nie mam także ochoty tracić czasu na rozmowy o niej czy z nią. Póki mnie nie przeprosi, nie będę się do niej odzywać. A wiem, że tego nie zrobi... Jeśli będzie chora i o ile przyjdzie zająć mi się jej urazem bądź schorzeniem zrobię to, ale nic ponadto. Nie interesuje mnie, co robi.
– Naprawdę, Gończyku? Sam sobie właśnie przeczysz...
– W-wiem... to po prostu tak wygląda, ale chciałem doprecyzować, że nie zamierzam się na niej mścić za krzywdę. Po prostu jest mi przykro. Naprawdę uważałem ją za dobrą koleżankę... nieco irytującą, krnąbrną, ale jednak koleżankę...
Przynajmniej Psianka nie miała takich problemów, jak Modrogończyk. Przynajmniej miał taką nadzieję, gdyż łaciata nie skarżyła się, aby ktoś jej dokuczał, zwyzywał czy po prostu zranił. Kocica wydawać by się mogło, dogadywała się z każdym. I tak jak Modrogończyka często można było zobaczyć dotychczas w towarzyskie córki Rohan, gdy do niej się wręcz przyczepiał niczym rzep, próbując się dowiedzieć czy nic nie nie dolega lub po prostu chcąc zapytać, jak minął jej dzień, tak jego siostra wydawać by się mogło, często trzymała się z Borowikiem lub Puchaczem, co nie było właściwie niczym dziwnym przez fakt, że cała trójka przecież była zwiadowcami i często wspólnie brali udział w patrolach zwiadowczych.
– Poróżniliśmy się trochę... mamy odmienne zdania i spojrzenie na niektóre sprawy... – ciągnął kocur, nie wdając się w szczegóły. – Jeszcze porą opadających liści zamierzałem wyciągnąć do niej pierwszy łapę, jednak... zdałem sobie sprawę, że byłoby tylko gorzej... I próbuję po prostu odpuścić. Uwierz, staram się! – Parsknął, szczerząc zęby, widząc, że siostra również tłumiła rozbawienie na swoim pyszczku.
"Och, ile bym dał, aby oprócz Psianki był tu teraz z nami Zew i Łza. Abyśmy w czwórkę mogli podyskutować o typowych rozterkach młodych kotów."
Właśnie, jego rodzeństwo w Klanie Burzy, jak i reszta kotów żyjących na otwartych terenach pewnie nadal ciężko pracowała, aby odbudować to, co stracili podczas pożaru. Czy mieli wystarczająco jedzenia? Nawet jeśli tak, nie zaszkodziłoby podzielić się z nimi zwierzyną i ziołami, na których zapasy Owocowy Las nie mógł narzekać.
– Dzięki za nastawienie barku... – miauknęła Psianka, tuż po tym, jak podniosła się z posłania. Modrogończyk uczulił siostrę, aby oszczędzała się i przez kilka dni odpuściła udział w patrolach zwiadowczych. Kocica przytaknęła, obiecując, że będzie przestrzegać zaleceń młodego szamana. Gdy już miała opuścić lecznice, zatrzymała się jeszcze i powiedziała: – Wiesz, co Modrogończyku... nie odpuszczaj.
Kocur uśmiechnął się słabo, po czym skinął głową siostrze na pożegnanie, gdy ta zeszła w dół po rampie. Przez dłuższą chwilę miał spojrzenie utkwione w wejściu do lecznicy, które pozostawało puste, przynajmniej do czasu, aż dobrze znajoma mu szylkretowa postać weszła pewnym siebie krokiem do jej wnętrza.
Wyleczeni: Psianka - wybicie barku, Lis - odmrożone poduszki łap
<Smok? Czyżby rodzinna plaga odmrożeń poduszek łap? A może Wicio się zapodział w składziku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz