— Śniący Obserwatorze? Myślisz, że dużo rzeczy jeszcze mogło tu zostać? — zapytała, rozmyślając nad tym, ile jeszcze razy będzie jej dane tutaj przyjść. Czuła dyskomfort, gdy przebywała na wrzosowiskach. Był szczególnie silny w momencie, w którym nie wychodziła na nie jakiś dłuższy czas, zaszywając się sprawnie w ziemistych odnogach. Przewodnik pokręcił głową.
— Jestem zdziwiony, że znajdujemy cokolwiek. Nasi pobratymcy z pewnością przeszukali to miejsce bardzo dokładnie. Jednak może znalazłyby się jakieś resztki. Teraz, Porą Nagich Drzew każda z nich się przyda. Do legowisk, do leczenia chorych, jeśli się nam poszczęści i znajdziemy zioła, jak to zrobiłaś ostatnio — miauknął, powstrzymując ziewnięcie. Koteczka pokiwała głową, z determinacją rozglądając się po dawnym legowisku z wyburzonym dachem. Jej oczka zatrzymały się na Kamiennej Wieży, a potem na błękitnookim, jakby pytała go, czy mogła tam wejść. Mentor, zauważywszy ten gest, zawahał się chwilę, jednak po paru uderzeniach serca pokiwał wreszcie głową.
— Obiecuję, że będę ostrożna. Płomienie nie mogły pochłonąć Wieży tak bardzo, jak roślinność, tak myślę — powiedziała, nie będąc pewna czy chciała zapewnić starszego o tym, iż nic jej się nie stanie, czy raczej siebie, że to nie był pomysł godny mysiego móżdżka.
Zajrzała do zniszczonego, dawnego legowiska medyków. Zaczęła węszyć i rozglądać się po kątach, gdzieś za sobą słysząc krzątanie się śnieżnobiałego. Gdy nie wychwyciła niczego, co było warte jej czasu, postanowiła podążyć tunelem prowadzącym do środka Wieży. Jej łapki zetknęły się z chłodną posadzką. Upewniła się, że było na tyle bezpiecznie, żeby mogła wznowić swoje poszukiwanie skarbów.
W pewnym momencie w kącikach jej oczu zamigotało jej coś charakterystycznego; bardzo miękkiego w dotyku. Parę rozrzuconych, sójczych piór z wątłym zapachem Wędrującego Nieba na sobie. Zbliżyła się do nich z błyskiem w oczach, ujmując je jak najdelikatniej w łapki i przyglądając im się przez parę uderzeń serca. Powinna je zwrócić pointowi. Mogła przy okazji wykorzystać tę szansę na zamienienie z nim słowa. Musiał pozostawić je tutaj dawno, skoro zapach ledwo co się unosił. Gdyby miała go, chociaż odrobinę gorszego, pewnie nie miałaby pojęcia czyje to i uznała, że jakaś para ptaków musiała się tutaj zagnieździć pod nieobecność Burzaków.
Z satysfakcją wycofała się ostrożnie, a liczne pierze powtykała sobie w gęste kłosy. Dzięki temu miała pewność, że pozostaną wraz z nią i nie pogubi ich przy pierwszej lepszej okazji. Była z siebie dumna, miała oko do skarbów. Pochwaliła się znaleziskiem mentorowi.
— Znalazłam je w Kamiennej Wieży. Pachną Wędrującym Niebem, ale bardzo delikatnie — mruknęła, łapą muskając lekko jedno z nich. Kocur popatrzył na nią przez parę uderzeń serca, wreszcie kiwając głową.
— W porządku. Nic więcej nie znalazłaś? — zapytał, a Burzaczka pokręciła głową, po czym odchrząknęła. Bała się zapuszczać dalej, w dodatku nic nawet nie podsunęło jej choćby jednej myśli o możliwych kolejnych łupach. Łapki zaczęły świerzbić ją do tego, żeby tam wrócić i pomyszkować jeszcze, ale w tej chwili pręgus ruchem ogona nakazał jej ruszyć za sobą. Całe szczęście! Kotka powoli zaczynała odczuwać pozostałości Pory Nagich Drzew. Uszy ją szczypały, a z pyszczka wydobywała się mała chmurka, gdy kroczyła u boku starszego przez wrzosowiska. Wyglądały dość urokliwie… szkoda, że czyhało tutaj tak wiele niebezpieczeństw. Miała wrażenie, że w tunelach dużo mniej istot chciało ją skrzywdzić.
Zanurzyła się do jednego z tuneli z ulgą, gdy do jej nozdrzy doleciał znajomy, ziemisty zapach. Z czasem światło zaczęło tonąć w ciemności, zmuszając ją do pełnego polegania na własnych zmysłach. Jednak tymi drogami od swojego mianowania na uczennicę podążała tak wiele razy, że znała je na pamięć. Ponadto wyrobiła sobie konkretny sposób radzenia, w razie, gdyby się zgubiła. Wreszcie, odnoga zaczęła się poszerzać, a ona sama znalazła się w centrum azylu.
Śniący Obserwator ruchem ogona nakazał jej podążyć za sobą. Kotka ze zdziwieniem poruszyła uszami, idąc za nim posłusznie. Myślała, że na dzisiaj będzie to już koniec jej treningu, myliła się jednak. Stanęli nad mizerną stertą zwierzyny.
— Poziomkowa Łapo, wybierz sobie coś ze sterty tak, żeby się najeść. Gdy skończysz posiłek, to przyjdź do legowiska medyków — nakazał jej, a potem odwrócił się na pięcie i kotka ostatnim, co zobaczyła, to jego znikająca końcówka kity w wejściu do nory.
Spojrzała na malutki stosik przed swoimi łapami. Żołądek ścisnął ją nieprzyjemnie. Nie chciała wyjadać pobratymcom, jednak skoro mentor sam jej kazał coś sobie wybrać oraz zjeść, to nie powinna robić inaczej, niż nakazywał, prawda? Nie bez powodu tak jej powiedział.
Schyliła się i pochwyciła w zęby kreta. Nie mogła się doczekać, aż ponownie takiego upoluje. Chciała pochwalić się siostrzyczkom swoją techniką łowienia ich! Wydawało jej się, że do tej pory widział to jedynie Śniący Obserwator.
Odeszła na bok, a gdy tylko oderwała kawałek mięsa, przyjemny posmak rozpłynął jej się po podniebieniu. Łapczywie sięgała po następne kawałki, aż w końcu została z dokładnie wyczyszczonym szkieletem. Nie była pewna, ile dokładnie jej to zajęło, aczkolwiek na tyle długo, żeby zaczęła się zastanawiać, za ile Porzeczka wróci z patrolu, a Malinka z treningu. Dzielna Łapa również przebywał w tej chwili poza obozem, Lodówkowy Cios dbała o jego doszkolenie. Szylkretka westchnęła, dźwignęła się na łapy i ruszyła w stronę wgłębienia.
Zajrzała do środka z zaciekawieniem, prędko spostrzegając Wierzbę, a także jej dwa maluszki. Jej oczka powiększyły się, a w sercu pojawiło niezwykle miłe uczucie. Jak to było być matką? Czy było jej ciężko? Czy Wdzięczna Firletka nie gniewała się za to, że przyprowadzona do ich obozu ciężarna kotka nadal przebywała w jednym z jej legowisk? Musiała w końcu znosić również tę mniej przyjemną stronę rodzynków; piski, harce, wywracanie wszystkiego z powodu znudzenia. Chociaż nie miała pojęcia, czy Jabłonka lub Jętka były wystarczająco silne albo duże na takie zabawy, jedynie zgadywała, bazując na własnych wspomnieniach z dzieciństwa.
Pochyliła głowę przed szylkretką, spojrzenie przekierowując na mentora. Kocur podniósł się ze swojego łoża, oddając łaciate kocię z powrotem ich matce. Podszedł do medyczki, a potem pobrał od niej zawiniątko ziół. Zerknął na Poziomkową Łapę.
— Zjedz te zioła, są na drogę. — Łapą przysunął parę wysuszonych liści, a niebieskooka przekręciła łebek na bok ze skonfundowaniem. “Na drogę”? Popatrzyła na łodyżki. Z pewnością były gorzkie! Szkoda, że Wdzięczna Firletka nie miała miodu… W paru sprawnych gryzach przemieliła podane jej medykamenty, a potem przełknęła, krzywiąc pyszczek. Miała rację, wcale nie były dobre! Jednak skoro były na odporność, to jej nie powinno nic z tego zaszkodzić.
— Śniący Obserwatorze, a w jaką drogę wyruszamy? Czy idziemy teraz, skoro miałam się najeść? — zapytała go nieśmiało, przestępując z łapy na łapę. Głupio jej było, że pytała dopiero teraz, aczkolwiek jeszcze nie wyruszyli, dlatego może nie było wcale za późno na to.
Dziko pręgowany poruszył uszami.
— Porozmawiasz z paroma ważnymi kotami. Myślę, że jesteś już gotowa — oznajmił, a potem ruszył w kierunku wyjścia. Poziomkowa Łapa stała tam jeszcze przez parę uderzeń serca, niczym wryta, przeskakując spojrzeniem to na medyczkę, to na samotniczkę, jakby nie mogła sama uwierzyć własnym uszom. Była gotowa? Ale na co? Odpowiedź była bardziej oczywista, niż jej się wydawało, jednak ani jej się śniło ją dopuścić do siebie tak łatwo. Gdy zrównała z nim kroku, nagle ją olśniło:
— Czy jak wrócimy, to będę mogła zwrócić Wędrującemu Niebu pióra? — W jej ślepiach zatańczyły iskierki nadziei. Początkowo nie wiedziała, że zadała nieświadomie pytanie retoryczne. Śniący Obserwator kiwnął jednokrotnie głową, dlatego przynajmniej część zmartwień zeszła z koteczki. Westchnęła z wyraźną ulgą.
***
Droga zajęła im przynajmniej pół dnia. Słońce chyliło się już ku zachodowi, na niebie malując przepiękną plejadę barw, poprzecinaną paroma chmurkami. Koteczka napuszyła sierść, żeby lepiej chronić się przed chłodem. Czas podróży był spowodowany chwilami przerwy, które musieli sobie robić, a także przez niezbyt sprzyjające warunki związane z pogodą. Szylkretka była niezwykle wdzięczna kocurowi za to, iż kazał jej wtedy coś zjeść; prawdopodobnie, gdyby tego nie zrobiła, rozmyślałaby teraz nad tym, czy śnieg zapełniłby chociaż trochę jej pusty żołądek. Oczywiście, powoli robiła się głodna, aczkolwiek potrafiła to jeszcze znieść. Poczuła ostre oznaczenia zapachowe Klanu Klifu, a potem do jej uszu doleciał klangor mew. Mimo to, nad głową nie krążył jej żaden ptak, co nieco ją zdziwiło. Jak daleko niosły się dźwięki znad plaży? Nieopodal niej malował się zarys Kamiennych Strażników. Śniący Obserwator przekroczył sprawnie granicę, ruchem ogona nakazując jej podążać za sobą. Burzaczka z zawahaniem podążyła jego śladami, przechodząc przez oznaczenia i rozglądając się w poszukiwaniu patrolu. Dziko pręgowany na to jednak nie czekał, tylko ruszył prosto w zwykłym tempie. Niebieskooka obawiała się, że w każdej chwili zza któregoś ze źdźbeł trawy mogli wyskoczyć wojownicy sąsiedniego klanu.
Wysoko pnący się kamień wyrósł przed jej oczami z ziemi. Zbliżyła się do niego, a potem, zauważywszy, iż mentor stoi przed jakąś dziurą, w paru susach dotarła do kocura.
— Co to za miejsce? — zapytała, zastanawiając się, czy będzie zmuszona pójść przodem. Na szczęście nie. Śniący Obserwator wszedł do wgłębienia, a ona tuż za nim.
— To tunel, którym dotrzemy do celu — odparł, idąc pewnie przez podziemne odnogi. Koteczka poczuła ulgę, gdy z każdej strony otaczały ją ziemiste, chłodne tunele. Teraz również istniało ryzyko, że zostaną nakryci, aczkolwiek czuła się tutaj dużo bardziej komfortowo, nawet jeśli szła tędy pierwszy raz. Pomiędzy dwójką zawitała grobowa wręcz cisza, przerywana jedynie przez dźwięk ocierania się o ścianki lub szuranie pod łapami.
***
Młódka nie była pewna, jak długo szła. W pewnym momencie poczuła, jakby pokrętne przejście miało nieskończenie wiele odnóg i prowadziło bardzo, bardzo daleko. Łapki powoli zaczynały ją boleć, a do uszu docierało ciche burczenie brzucha. Wreszcie, niczym na zawołanie, przed jej oczkami pojawiło się blade światło. Z zaciekawieniem próbowała zajrzeć przez ramię dziko pręgowanemu, aczkolwiek było to niezwykle trudne. Musiała być cierpliwa.
Pomieszczenie powiększyło się znacznie. Śniący Obserwator przysiadł przy wodzie, wlepiając spojrzenie w swoją podopieczną. Szylkretka dużymi oczkami badała teren, z zachwytem przyglądając się licznym malunkom. Przypominały koty, chociaż nie była pewna. Opowiadały pewną historię. Miała ochotę zapytać o nią mentora, gdy jej oczy zatrzymały się na sadzawce.
Tafla obijała się lekko o brzeg, mocząc jej poduszki łap. Wzdrygnęła się, gdy zimno poniosło się sprawnie po jej całym ciele, aż najeżyła sierść na ogromnym ogonie. Śniący Obserwator zaś nic nie mówił, czekając prawdopodobnie, aż Poziomkowa Łapa się uspokoi. Nie mogła się napatrzeć na niezwykłe zwierciadło przed nią. Miała teraz również możliwość przypatrzeć się sobie dokładniej. Do tej pory nie miała zbyt wielu okazji, zdążyła wręcz zapomnieć, jak dokładnie wyglądała. Jak układały się jej fikuśne łatki, jak piękne oczy miała…
— Gdy będziesz gotowa, połóż się i napij parę łyków wody.
Kiwnęła posłusznie głową. Czy była gotowa?
— A… po czym mogę poznać, że to już czas? — mruknęła, spoglądając na niego nieśmiało. Przewodnik poruszył nieznacznie gęstym ogonem.
— Wtedy, kiedy poczujesz, że to już. Wsłuchaj się w siebie.
Poziomkowa Łapa zamknęła oczy, wyobrażając sobie… nic. Widziała ciemność, a w umyśle zapanował nagle spokój. Przysiadła więc przy wodzie, a potem, patrząc na nią po raz ostatni, nabrała paru łyków mroźnej wody. Nagle zrobiła się senna i nim się obejrzała, odpłynęła w objęcia snu.
Otworzyła oczy. Przed nią rozciągała się nieskończona czerń, a ona sama czuła się tak, jakby łapki ginęły jej w mroku. Rozejrzała się w poszukiwaniu kogokolwiek, jednak na początku nie mogła odnaleźć zupełnie nikogo. Z zaniepokojeniem położyła po sobie uszy, nie rozumiejąc, gdzie się znalazła. Nagle, dotarł do niej cichy szmer, a potem w kącikach oczu zalśniła jasna sylwetka. Zdawało się, że prowadziły ją same gwiazdy, bowiem pod łapami ulatywał jej jasny dym, a w futrze powtykane miała liczne, jaskrawe punkty. Uczennica otworzyła oczy szerzej, spoglądając na nieznajomego. Kocur był postawny i wysoki, dużo większy od niej. Widziała go po raz pierwszy. Oprócz wysokości mięśnie malowały się pod jego okrywą. Intensywnie pomarańczowe ślepia wpatrywały się w nią z chłodem, a sama koteczka miała ochotę zapytać go o coś, chociaż poczuła, że nie powinna. Nie rozumiała dlaczego. Skinęła mu głową na przywitanie, tak wypadało.
— Poziomkowa Łapo, nazywam się Bobrzy Siekacz. Stąpałem po ziemi za czasów, kiedy ty jeszcze się nie urodziłaś. Obserwowałem cię jednak ciebie oraz cały twój postęp w nauce, od twoich narodzin — powiedział, poruszając lekko ogonem. — Mimo wszystkich trudów, jakie zesłało na ciebie życie, nie poddałaś się. Zarażasz każdego uśmiechem i wiesz, kiedy powinnaś zachować się w określony sposób. Masz dobre serce, zawsze myślisz o innych, nierzadko poświęcając mało czasu na siebie.
Koteczka w tej chwili dostrzegła poruszenie niedaleko przodka. Ognistoruda, wysoka, acz smukła kocica z licznymi pręgami przecinającymi jej boki, również z masą gwiazd towarzyszących jej, przysiadła nieopodal, owijając ogon wokół swoich łap. Szpiczaste uszy miała postawione, a długie pędzelki poruszały się nieznacznie, jakby muskane wiatrem. Uśmiechała się do Poziomki szeroko, tak, jakby znały się całe życie. Jej ciemnozielone ślepia wypełnione były ciepłem. Przytaknęła kocurowi.
— Mimo samotniczego pochodzenia, twoja lojalność pozostawała zawsze Klanowi Burzy — mruknęła. — Poziomkowa Łapo, nazywam się Koniczynowa Łąka i najpierw przejdziesz przez moją próbę. Zanim to się jednak stanie… Słoneczny Fragmencie?
— Już myślałem, że mnie nie zawołasz, Koniczynowa Łąko — wybrzmiało pogodne miauknięcie. Ruda przewróciła oczami z uśmieszkiem.
— Jeszcze byś się na mnie obraził, jakże bym mogła!
Spomiędzy dwójki wyłonił się postawny, kremowy kocur o niebieskim spojrzeniu. Uszy miał wywinięte do środka, zupełnie tak, jak Rudzikowe Skrzydełko czy Połyskliwy Kogut. Sierść na jego kryzie przypominała tą lwią, kręcącą się na końcach. Szylkretka poruszyła ogonem nieznacznie. Czuła się tak, jakby to był najbardziej istotny moment w całym jej życiu. Zanim została odnaleziona przez patrol Klanu Burzy, wraz z siostrzyczkami, wydawało jej się, że niekiedy słyszała to imię, chociaż zupełnie nic jej nie mówiło.
— Dobrze. Zaczynaj.
Zbliżyła się do kotki sprawnie, a gdy tylko dotknęła nosem jej ramienia, Poziomkowa Łapa znalazła się w innym miejscu. Dookoła niej były tunele, które nie wydzielały charakterystycznego zapachu, mimo że pod łapami czuła ziemię. Rozejrzała się dookoła, gdy nagle jej uszy postawiły się na sztorc. Gdzieś nieopodal kwiliło kocię głucho. Zaczęła zmierzać do źródła dźwięku, czując, że musiała mu pomóc. Wreszcie, odnalazła małą, czarną dymną koteczkę, która się do niej uśmiechnęła.
— Pomożesz mi stąd wyjść, Poziomkowa Łapo? Bardzo chciałabym zobaczyć krowę, a tutaj żadnej nie ma! Proszę? — zapytała, robiąc duże oczka. Lśniły intensywną żółcią. Młódka również miała masę gwiazd wpiętych w futro. Szylkretka zniżyła się do niej.
— Chcesz, żeby cię ponieść? — Gdy ta pokręciła głową, uczennica poruszyła spokojnie wąsami. — Ale powiedz, gdy rozbolą cię łapki. — Burzaczka nie była pewna, czym były krowy, aczkolwiek wiedziała, że nie mogła tutaj zostawić koteczki. W końcu jej rodzice z pewnością się o nią martwili, prawda?
Czuła muskanie w bok od jednej ze ścian. Krówka stąpała obok niej z uniesioną wysoko główką, z podekscytowaniem unosząc wysoko łapki. Wyglądała na najbardziej energicznego i szczęśliwego kociaka, jaki istniał. Na samą myśl niebieskooka uśmiechnęła się nieznacznie. Czy tak samo czuła się ich mama, gdy je doglądała? Pokręciła głową. Nie było sensu się nad tym zastanawiać teraz. Przed dwójką pojawiły się trzy różne odnogi.
— Który wybierzesz? Tylko jeden jest właściwy.
Uczennica zastanowiła się chwilę. Przechodziła tędy pierwszy raz, a mimo wszystko coś wołało ją do jednego z nich. Zawęszyła. Tylko ten, o którym myślała, pachniał inaczej, dlatego postanowiła, że ruszy właśnie nim i zaufa sobie. Zachęciła ruchem ogona Krówkę do tego, żeby ruszyła za nią.
Gdy szły tak w ciszy, dymna koteczka nie pozwalała na to, żeby uśmiech zszedł jej z pyszczka. Nim się obejrzały, szylkretce udało się je wyprowadzić z ciemnych korytarzy. Odetchnęła z ulgą, chcąc wymruczeć coś do Krówki, jednak kocię, zdawało się, zniknęło. Skonfundowana Poziomka rozejrzała się za młódką, jednak nigdzie jej nie było. Z ciemności wyłonił się Bobrzy Siekacz, patrząc na nią z dumą.
— Z tymi słowami, ja, Bobrzy Siekacz, dawny przewodnik Klanu Burzy, spoglądam na tę uczennicę Śniącego Obserwatora z aprobatą.
Pochylił się, a następnie zetknęli się nosami. Poziomkowa Łapa spojrzała na niego nieśmiało.
— Pamiętaj, że czasami musisz wybrać także siebie. Ufaj sobie, nie trać nigdy nadziei i zostań najlepszą przewodniczką Klanu Burzy. Taką, która każdemu będzie przykładem i o której nie zapomną szybko. Nie rezygnuj nigdy ze swojej dobroci.
Koteczka uśmiechnęła się, czując, że robi jej się cieplej na sercu. Chciała zrobić co w jej mocy, żeby cały Klan Burzy, a także przodkowie byli z niej dumni. Żeby wszyscy myśleli o niej dobrze, ufali jej w razie potrzeby.
— Nie zrezygnuję nigdy, to nieodłączna część mnie, żeby nieść pomoc potrzebującym — obiecała, a futro na jej boku delikatnie zafalowało z podekscytowania.
Wraz z tymi słowami postawna sylwetka czekoladowego zniknęła w mroku, pozostawiając za sobą ostatnie, gwiezdne pyłki. Zamiast niego przyszedł Słoneczny Fragment. Kocur podszedł do niej i gdy zetknęli się nosami, powiedział:
— Z tymi słowami, ja, Słoneczny Fragment, dawny przewodnik Klanu Burzy, spoglądam na tę uczennicę Śniącego Obserwatora z aprobatą.
Koteczka miała wrażenie, jakby z każdą kolejną aprobatą przybywało jej pewnego nowego uczucia, którego nie mogła zrozumieć za dobrze. To tak, jakby przeżywała swoje mianowanie za każdym razem od nowa, mimo że jeszcze nadal była przecież uczennicą. Zamrugała, a potem przyszedł czas na ognistorudą przewodniczkę. Kotka uśmiechnęła się do niej szeroko i poruszyła uszami.
— Z tymi słowami, ja, Koniczynowa Łąka, dawny przewodnik Klanu Burzy, spoglądam na tę uczennicę Śniącego Obserwatora z aprobatą.
Kotka znalazła się z powrotem w jamie. Czuła się tak, jakby wyrwano ją z transu. Spojrzała na mentora spokojnie, gdy obraz przed jej oczami stawał się coraz bardziej wyraźny. Dziko pręgowany nie spał, wyglądał na zmęczonego.
— Jestem gotowa — mruknęła ochryple, po czym odchrząknęła, uśmiechając się szeroko.
***
— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego przewodnika. Poziomkowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika, użyczać swojej wiedzy reszcie kotów i w ciężkich czasach przeprowadzić bezpiecznie klan przez niebezpieczne ścieżki? — donośny głos przywódcy poniósł się echem po Grocie Pamięci.
— Przysięgam — miauknęła, a końcówka jej ogona podrygiwała z podekscytowania. Miała wrażenie, że zaraz pęknie z dumy! Parokrotnie przejechała językiem po piersi, a potem wlepiła z powrotem wzrok w dymnego kocura. Musiała, chociaż troszkę się uspokoić, w końcu stała przed całym Klanem Burzy. Kocur zamruczał, patrząc na nią.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię przewodnika. Poziomkowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Rosochata Poziomka. Klan Gwiazdy ceni twój optymizm i wspaniałomyślność oraz wita cię jako nowego przewodnika Klanu Burzy.
Koteczka zbliżyła się do barwników i zanurzyła łapę w tej rdzawej, przydzielonej przewodnikom, kronikarzom oraz wojownikom. Następnie odcisnęła łapę na właściwym miejscu, nieopodal wielu innych, należących do poprzednich przewodników. Jedna z nich z pewnością musiała należeć do Połyskliwego Koguta, inna do Śniącego Obserwatora. Ciekawe, które były Bobrzego Siekacza, Słonecznego Fragmentu i Koniczynowej Łąki?
W ten sposób upamiętniła swoje istnienie. Uśmiechnęła się, a po jej ciele rozpłynęło się ciepło.
— Rosochata Poziomka! Rosochata Poziomka! — docierał donośny wiwat pobratymców do jej uszu. Szylkretka odszukała w tłumie swoje siostry i popędziła do nich ile sił w łapach. Znalazłszy się już przy Malince, wtuliła głowę w jej pierś, a Chyża Porzeczka szturchnęła ją lekko w bark. Rosochata Poziomka, jakie piękne imię! Odchrząknęła. Miała ochotę skakać z radości.
— Rosochata Poziomka! To przyszła pora już teraz tylko na Malinkę — miauknęła czarna, spoglądając na buraskę.
***
Jednak nie był to jeszcze koniec dnia. Musiała odszukać Wędrujące Niebo i oddać mu zgubę. Obejrzała się na siebie i zauważywszy, iż piórka nadal się jej dobrze trzymały, odetchnęła z ulgą. Nie złamała żadnego, wręcz zatopiły się głębiej w jej kłosy, więc były bezpieczne. Nieboskłonna Łapa była w obozie, dlatego też Poziomka podejrzewała, iż jej mentor również, a przynajmniej taką miała nadzieję.
Niebieski point właśnie szedł w stronę sterty zwierzyny. Gdy wybrał sobie z niej kąsek, koteczka podeszła do niego pospiesznie.
— Wędrujące Niebo, znalazłam to w starym obozie Klanu Burzy. Myślę, że należą do ciebie — powiedziała, wyjmując po kolei każde z piór. Postawiła je ostrożnie przed kronikarzem, a gdy wreszcie przyszedł czas na ostatnie z nich, kiwnęła do niego głową.
— Dziękuję ci, Rosochata Poziomko. Zastanawiałem się ostatnio, gdzie mogłem je podziać — powiedział spokojnie, gdy odłożył piszczkę, a pióra ujął aksamitnie w łapy. Szylkretka uśmiechnęła się szczerze. Cieszyło ją to, że zguba wróciła do właściciela i że może dzięki temu poprawiła humor niebieskiemu.
[Event w Klanie Burzy: oddanie właścicielom ich zguby]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz