– Oczywiście, że pamiętam! Chcesz iść?
Kotka skinęła głową i zanim zdążył wstać, już ruszyła w kierunku wyjścia z obozu. Nie spieszył się. I tak nie mogła daleko pójść. Nawet jakby tak zrobiła, z łatwością znalazłby ją w dość szybkim czasie. W końcu zrównał z nią kroku.
– To gdzie idziemy?
– Idziesz tak szybko, że już myślałem, że to ty mnie będziesz prowadzić – zażartował. – Możemy pójść na śmietnisko.
– Śmietnisko? A co tam takiego ciekawego? Tylko jakieś ustlojstwa Dwunożnych!
W sumie to sam nie wiedział. Rzadko tam chodził, po prostu było to pierwsze miejsce, które przyszło mu do głowy.
– Może jak się nie wspinasz to nic. – Wzruszył ramionami. – Dobra, chodźmy już.
Szylkretka od razu zaczęła wspinać się na jakieś drzewo.
– Gdzie ty leziesz?! Złaź stamtąd! – krzyknął do niej. Ta obróciła się do niego z kpiącym uśmiechem.
– Bo co? Zwiadowca nie potlafi mnie dogonić na drzewie? – zaśmiała się.
– Dogonić to ty możesz ziemię. To drzewo ma chore gałęzie. Tylko czekać aż się złamią. Chodź tutaj.
Czarna zmarszczyła brwi i zeszła z pnia. Kiedy podeszła do niego i jednocześnie do lepszego obiektu do wspinaczki, ukłonił się jej lekko teatralnie.
– Panie przodem.
Trudno powiedzieć czy reakcją karpatki było prychnięcie, czy śmiech. Kiedy ona już weszła, sam w kilku momentach znalazł się na szczycie.
– Dobra, teraz idź za mną. Tylko powoli. Jak spadniesz, na pewno coś sobie połamiesz.
W kilku susach przeszedł na inną gałąź, po czym przeskoczył z niej na kolejną. Przeszedł bliżej pnia i odwrócił się, żeby widzieć żółtooką. Ta poszła jego śladami. Co prawda wolno, ale nie skupiała się na rozłożeniu wagi, ani solidnym zaczepieniu w korze. Zachowywała się, jakby szła po ziemi. Zanim zdążył zwrócić jej na to uwagę, była już przy przerwie między konarami i… poślizgnęła się. Momentalnie rozpędził się i dobiegł do niej, żeby podać jej łapę. Dzięki temu udało jej się nie spaść.
– Żyjesz? – zapytał niepewnie, trochę w szoku spowodowanym wyrzutem adrenaliny.
– A wyglądam na umallaka? – Wąsy zadrżały jej z rozbawienia. Również się uśmiechnął.
– Nie no skąd! Ale weź tego może nie zmieniaj, co? – odwzajemnił żart. – Chodźmy dalej. Tylko teraz spróbuj iść trochę niżej na nogach i brozbłysły, kiedyardziej skupiać się na rozłożeniu ciężaru na łapach. Trochę jak przy polowaniu.
***
Droga zajęła im dość długo, przez brak doświadczenia Smok. Kiedy byli na miejscu, słońce już powoli zaczynało zachodzić. Nie był on jednak na nią zły. Przez cały czas służył pomocą, prowadził i wspierał kotkę. A przede wszystkim żartował razem z nią. W końcu nie był jej mentorem, tylko kolegą. Chwilę po tym, jak weszli pomiędzy odpady Dwunożnych, usłyszał pytanie:
– No to gdzie się wspinamy? – słyszał w głosie koleżanki lekką ekscytację. Rozejrzał się, po czym wskazał na najwyższą stertę rzeczy.
– Tam.
W życiu nie wspinał się po czymkolwiek oprócz drzew, ale był gotów przyjąć wyzwanie. Tutaj wspinaczka powinna też być łatwiejsza dla Smok, bo równowaga nie grała tu aż takiej dużej roli. Trudnością było bardziej znalezienie odpowiedniej trasy. Wyminęli kilka zepsutych potworów i ich łap, po czym wskoczyli na wielką drewnianą skrzynię. Tak bardzo, jak próbował zgrywać przewodnika, ostrzegając towarzyszkę przed ostrymi kawałkami niby-lodu i będąc na prowadzeniu, w rzeczywistości tutaj współpracowali. Smok często znajdowała łatwiejsze odcinki trasy, nie musząc się aż tak męczyć. Takim sposobem wspólnymi siłami skacząc po różnych przedmiotach, od drewnianych skrzyń po dziwne miękkie i twarde kamienie, dotarli na sam szczyt. Tam znaleźli się na dziwnie kwadratowym kamieniu, przykrytym czymś w rodzaju mchu, tylko bardziej zbitego i kolorowego. On od razu podszedł trochę bliżej krawędzi, podczas gdy Smok najpierw postanowiła podrapać trochę tkaninę pod ich łapami. Potem usiadła obok niego i zapytała:
– Na co się tak patrzysz?
Wyrwany z transu spojrzał na nią, a potem wskazał przed siebie na roztaczający się przed nimi widok.
– Stąd widzimy wszystko – powiedział oniemiały. – Jesteśmy jak władcy świata! – wykrzyknął z radością, po czym oboje zaczęli się śmiać, delektując się pejzażem, wiatrem muskającym futro i swoją obecnością.
***
Od ich pierwszego spaceru minęło trochę czasu. Poszli na podobne jeszcze kilka razy, ale potem przerwali to na czas Pory Nagich Drzew. Ale kiedy ostatnim razem zapytał ją, czy nie chciałaby może znów się przejść, odpowiedziała mu, że nie zamierza marznąć tak długo na wysokościach. Wtedy zaproponował, żeby przeszli się po ziemi “nudnym sposobem wojowników”. Zgodziła się na to pod warunkiem, że to ona będzie prowadzić, na co przystał. Dlatego właśnie opierał się o drzewo, przy wyjściu z obozu, czekając, aż Smok przyjdzie i będą mogli wyjść. Nie musiał zresztą czekać tak długo. Już po chwili calico stała obok niego.
– To co? Gotowy na nudny spacel w stylu wojowników? – zapytała, popychając go żartobliwie łapą, co i tak spowodowało, że prawie się zatoczył, ale szybko ponownie odzyskał balans. Podrapał się w tył głowy trochę zażenowany.
– Jasne…
– No co ty taki ponulak! – przerwała na chwilę, po czym w jej oczach rozbłysły iskierki, kiedy wpadła na pomysł. – Kto dlugi przy konającym buku, ten ciamajda!
I ruszyła. On patrzył na nią chwilę osłupiały. “Durniu, co się zastanawiasz? Goń ją!”, zreprymendował się w myślach i pobiegł za nią. Oboje byli bardzo szybcy. On był zwinniejszy, ale i tak nie był w stanie jej przegonić przez opóźniony start i finalnie dotarli do Konającego Buku w tym samym czasie.
– Jednak nie jestem taką ciamajdą, co? – zapytał z zawadiackim uśmieszkiem.
– No chyba! Z ciamajdami się nie zadaję!
Śmiejąc się, oboje pobiegli dalej, co jakiś czas przepychając się w zabawie. Przekroczyli rzekę, wyminęli bagno i slalomowali pomiędzy większymi zaspami śniegu, większymi kamieniami i drzewami, aż nie wypadli spomiędzy krzaków na polankę. On biegł tyłem, oglądając się na kotkę, gdy nagle zza pleców usłyszał głos:
– Puchacz! Cześć! Dawno cię nie widziałem!
Zmroziło go. W jednej chwili uśmiech znikł z jego pyska, źrenice rozszerzyły się, a futro stanęło dęba. Na osty i ciernie! Wpadł. Obejrzał się na Orłosępa, który teraz z nieodgadnionym wyrazem pyska patrzył w stronę Smok.
– Przyprowadziłeś… koleżankę?
Szylkretka wystrzeliła przed niego, ustawiając się w pozycji bojowej.
– Zjeżdżaj stąd, wlonia stlawo! Albo wepchnę ci pazuly do galdła!
Rudy samotnik uniósł lekko górną wargę z niezadowoleniem, jednak nie dał znaku ataku. Puchacz nie wiedział, co miał w tym momencie zrobić. Postanowił jednak zaryzykować. Wbiegł pomiędzy koty, stając pyskiem w stronę Smok.
– Nie rób tego!
<Smok?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz