Kontynuacja spotkania z samotniczką
Wąsatka uniosła wzrok, a przed sobą dostrzegła kotkę. Nieznajomą. Pewnie samotniczkę. Wyglądała trochę znajomo, lecz ciężko było stwierdzić, gdyż wojowniczka nie miała zbyt dobrego wzroku, więc pysk kotki wydawał się jej jedynie niewyraźną plamą. Ciekawe, kim była ta samotniczka. Czy chciała zrobić jej krzywdę? Wąsatka nawet by się nie opierała. Nie miała teraz siły walczyć.
Na szczęście obca nie wydawała się groźna. Do uszu Wąsatki nie doszły żadne jej warknięcia czy syknięcia ani zresztą nie poczuła bólu na skórze, więc samotniczka jeszcze jej nie zaatakowała. Stała jedynie w ciszy, przyglądając się wojowniczce, jakby była jakąś zagadką, którą musiała rozwiązać. Przez jej obecność Wąsatkowy Ruczaj przestała nawet płakać. Zainteresowała ją ta kotka, dlatego też zdecydowała się wreszcie podnieść z ziemi i stanąć z nią na równi, by mogły porozmawiać.
Nim jednak cokolwiek powiedziała, pociągnęła nosem i otarła pysk łapą. Nie mogła przecież rozmawiać z samotniczką, będąc taką obsmarkaną, bo tylko by się przed nią ośmieszyła.
— Dzień dobry, proszę pani — przywitała się z nią po chwili, na co samotniczka parsknęła śmiechem.
— Nie przesadzajmy, aż tak stara jeszcze nie jestem, żeby mówić do mnie pani! — odparła, uśmiechając się zadziornie.
Na jej słowa Wąsatka skinęła głową, odwzajemniając uśmiech, mimo że jeszcze przed chwilą wylewała łzy nad losem Cykoriowego Cykora. Teraz miała już inną rzecz na głowie, więc dlaczego miałaby się przejmować czekoladową kotką? Będzie o niej myśleć po powrocie do obozu. Może. A może zapomni o niej już na dobre, gdyż nie miała w zwyczaju być bardzo pamiętliwa.
— Dobrze, przepraszam! — miauknęła Wąsatka. — W takim razie jak mam się do ciebie zwracać? — dopytała jeszcze, przekręcając nieznacznie głowę, jak to miała w zwyczaju.
Obca kotka zamilkła na moment, jakby się nad czymś intensywnie zastanawiała. Czyżby zapomniała, jak ma na imię? To niemożliwe! A może tak naprawdę wcale nie miała imienia? Nie, na pewno nie. Każdy miał przecież jakieś imię, prawda?
— Karusia — mruknęła w końcu samotniczka, uśmiechając się trochę szerzej. Przez moment w jej oczach mignęło poddenerwowanie, lecz zaraz później kotka poruszyła się, rozwiewając napiętą atmosferę, która wytworzyła się wokół niej. — Możesz mi mówić Karusia, ale teraz lepiej powiedz mi, jak ty się nazywasz? — odwzajemniła pytanie.
Wąsatka zmrużyła podejrzliwie ślepia. Coś jej w tej samotniczce nie pasowało. Czemu tak się zawahała przed wypowiedzeniem swojego imienia? Czemu wyglądała na zestresowaną? Coś tu nie grało. Może była jakimś szpiegiem, który miał za zadanie wytropić Wąsatkę i ją porwać? Na pewno tak właśnie było. Wojowniczka nie mogła więc zdradzić jej swojej prawdziwej tożsamości. Musiała wymyślić sobie nową. Od teraz nie była już Wąsatką, a…
— Wąsowska! — odrzekła, zadzierając nieznacznie brodę. — Ja się nazywam Wąsowska, ale jeśli chcesz, to możesz na mnie mówić Wąs. Inne koty często właśnie tak skracają moje imię — wyjaśniła, chcąc brzmieć bardziej przekonująco. W końcu skoro podała więcej szczegółów, to musiało oznaczać, że mówiła prawdę, czyż nie?
Karusia po usłyszeniu jej imienia również zmrużyła oczy, jakby nie do końca jej wierzyła.
— Dobrze, Wąsie… Miło mi cię poznać — mruknęła po jakimś czasie, wracając do swojego przyjaznego usposobienia. — Czy chciałabyś się ze mną podzielić tym, co cię męczyło? Trochę mnie zmartwił twój stan — dodała, z wręcz matczyną troską w głosie.
Wąsatkowy Ruczaj rozdziawiła pysk, by coś odpowiedzieć, lecz wtem przypomniała sobie, że nie mogła przecież zdradzać temu szpiegowi informacji dotyczących swojego życia.
— Ach, nie, nic! To nie było nic ważnego — oznajmiła, przytakując sobie głową. — A przynajmniej nic takiego, czym chciałabym się dzielić z dopiero co poznaną samotniczką, rozumiesz? — dodała jeszcze, choć nieco ciszej, jakby liczyła na to, że Karusia tego jednak nie usłyszy.
— No przecież! Głupia ja, sama też pewnie nie powiedziałabym zupełnie obcej kotce nic o swoim życiu prywatnym — stwierdziła, po czym podniosła łapę i machnęła nią zbywająco.
Wojowniczka uznała, że na dziś wystarczy jej już tej rozmowy.
— Właśnie. Ach, tak w ogóle, to będę już wracać — miauknęła, odwracając się od biało-czarnej kotki. — Do zobaczenia! — dodała jeszcze, zmierzając w stronę terenów Klanu Wilka.
— Do zobaczenia! — mruknęła za nią Karusia.
Wąsatce wydawało się, że usłyszała w jej głosie jakby nadzieję, lecz postanowiła nie zaprzątać sobie tym głowy. Zapewne był to ostatni raz, kiedy widziała się z tą samotniczką. W końcu, jaka była szansa na to, że spotkają się znowu przy granicy? Tego samego dnia i o tej samej porze? Graniczyło to z cudem!
* * *
Teraźniejszość
Po śmierci Dyniowej Skórki, za którą podobno odpowiadali samotnicy, Wąsatka zaczęła zastanawiać się nad tym, jak teraz radzi sobie Cykoriowy Cykor i jej fagas — Wilgowa Gorycz. Czy oni również stali się ofiarami jakiejś grupy bezklanowców, która zabijała koty dla zabawy? A może tak naprawdę to oni byli samotnikami, którzy zabili Dynię? Takie teorie spiskowe, choć zabawnie było je wymyślać, raczej nie miały wiele wspólnego z prawdą. W końcu, dlaczego Cykoria i Wilga mieliby chcieć mordować niewinnych Wilczaków? Może gdyby to Ognikowa Słota została zabita, Wąsatka byłaby w stanie uwierzyć, że Cykoria chciała po prostu zemścić się na swojej mentorce. Ale co takiego zrobiła im Dyniowa Skórka? Była przecież dosyć neutralnym członkiem klanu, a przynajmniej tak uważała Wąsatkowy Ruczaj. Nie słyszała o niej żadnych plotek, a sama nigdy nie pokłóciła się z nią ani razu. Rudofutra zazwyczaj cicho brnęła przez kolejne dni, trzymając się na uboczu. Czarno-biała wiedziała o niej tylko tyle, że była blisko z Kocimiętkowym Wirem, ponieważ obie kotki często spędzały ze sobą czas. Najpewniej Dynia była matką mistrzyni, choć Wąsatka wolała nie snuć domysłów.
Zamiast dłużej się nad tym głowić, postanowiła wybrać się na mały spacer. Od jakiegoś czasu bolał ją staw, a łapa często jej drętwiała, dlatego pomyślała, że może uda jej się rozchodzić te dolegliwości. Poza tym Pora Nagich Drzew powoli dobiegała końca, więc Wąsatka chciała przejść się po terenach i sprawdzić, czy gdzieniegdzie nie pojawiły się już pierwsze oznaki nadchodzącej Pory Nowych Liści. Miała nadzieję, że cieplejsze dni nadejdą szybko, przynosząc ze sobą mnóstwo ziół i zwierzyny! W końcu stos z upolowaną zwierzyną przez ostatnie kilka księżyców świecił pustkami, podobnie jak brzuchy Wąsatki i jej pobratymców. Nie mogła się doczekać, aż wreszcie będzie mogła zatopić zęby w jakiejś tłustej wiewiórce czy myszy. Na samą myśl aż ciekła jej ślinka!
Wojowniczka spacerowała wzdłuż brzegu rzeki, zastanawiając się, kiedy znów zaroi się w niej od ryb. Wilczaki nie były wprawdzie mistrzami w ich łowieniu, ale właściwie, dlaczego nie mieliby zacząć się tego uczyć? Mieli przecież na swoich terenach ogromne jezioro, a także strumienie, z których z pewnością mogliby wyłowić kilka piszczek. Może Zalotna Gwiazda powinna poważnie rozważyć poproszenie Nocniaków o szkolenie w tym zakresie w ramach sojuszu? Wąsatka zastanawiała się jednak, jak długo tak właściwie pożyje jeszcze ich liderka. Wydawała się naprawdę stara! Może nawet starsza niż sam Klan Wilka! Ciekawe, skąd brała energię do życia. Może czerpała ją ze słońca? Ale skoro w Klanie Wilka wszyscy wierzyli w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, to może Zalotna Gwiazda powinna czerpać siłę z mroku? To byłoby fajne!
Kiedy Pustułkowy Szpon zostanie już liderem, Wąsatka mogłaby go podpytać o te wszystkie sprawy związane z byciem przywódcą. Choć oczywiście, wciąż była na niego trochę obrażona i nie zamierzała mu kiedykolwiek wybaczyć, że przez tak wiele księżyców okłamywał ją w sprawie jej pochodzenia! Nadal nie mogła otrząsnąć się z szoku, że zastępca wcale nie był jej ojcem, a zamiast niego jej tatą był jakiś głupi Wilczy Skowyt. Inaczej go zapamiętała z czasów, gdy była jeszcze kocięciem, i teraz nie mogła uwierzyć w to, że jej prawdziwy ojciec okazał się takim lisim bobkiem!
To była gruba przesada. Bardzo gruba. Grubsza nawet od samego Grubej Ryby, haha! Choć trudno było przebić go pod tym względem, bo rudofutry naprawdę był spory. Ciekawe, czy większość jego masy stanowił tłuszcz, czy może po prostu miał grube kości? A może jednak to wszystko to były mięśnie? Tego Wąsatka raczej się nie dowie. Ważne, że przynajmniej przyjemnie było siedzieć obok niego w Porze Nagich Drzew. No, pomijając fakt, że miał problemy z oddychaniem, i czasem zdarzało mu się na kogoś kichnąć albo charknąć.
Nim wojowniczka zdążyła znowu pogrążyć się w myślach na jakiś inny temat, do jej uszu dotarł głos:
— Wąsie! Hej! — odezwała się znajoma Wąsatce kotka. — Co za przypadek, że znowu się widzimy! To chyba jakiś znak od wszechświata, mam rację? — kontynuowała Karusia.
Czarno-biała zwróciła głowę w stronę źródła dźwięku. Faktycznie — po drugiej stronie rzeki stała biało-czarna kotka, która uśmiechała się do Wilczaczki.
— Witaj, Karusiu — miauknęła spokojnie Wąsatka, ostrożnie podchodząc bliżej brzegu.
To naprawdę podejrzane, że udało im się spotkać po raz drugi. To był kolejny dowód na to, że ta niepozorna kotka musiała być szpiegiem w ukryciu! Tylko bardzo słabym szpiegiem, bo Wąsatkowy Ruczaj przejrzała jej zamiary już podczas pierwszej rozmowy!
— Znak od wszechświata, a może jednak twoja chęć ponownego spotkania ze mną? — dodała wojowniczka po chwili, unosząc brew.
Pysk Karusi jakby nagle zbladł. Kotka otworzyła szerzej oczy, zamierając na moment w bezruchu.
— Co? Słuchaj, bo ja… ja… chciałam, żebyśmy odbu-
— Winny się tłumaczy! — przerwała jej Wąsatka, cała się jeżąc. — Przyznaj się, że mnie szpiegujesz! Szpieg! Szpieg! — zaczęła krzyczeć, na co Karusia zdziwiła się jeszcze bardziej.
— Ja? Szpieg? Ależ skądże! Ja nie jestem żadnym szpiegiem! — odparła skonfundowana samotniczka. — To czysty przypadek, że spotkałyśmy się po raz drugi! Przecież nie miałabym powodu, żeby specjalnie cię szukać, czyż nie? Ja tylko chciałam coś upolować i dlatego tu przyszłam! W tych rejonach kręci się bardzo dużo wiewiórek, wiesz? — zaczęła się tłumaczyć.
— Ha! Wiedziałam, że kłamiesz! Przecież teraz nie ma wiewiórek! — upierała się wojowniczka. — Marny z ciebie szpieg, Karusiu! A teraz lepiej przyznaj się, jak brzmi twoje prawdziwe imię! — zażądała.
— O czym ty mówisz! Karusia to moje prawdziwe imię, nie mam żadnego innego! — zapewniła ją samotniczka. — Wąsie, ja naprawdę nie jestem żadnym szpiegiem! Jestem tylko kotką, która mieszka niedaleko tych terenów i często tędy przechodzi. Co w tym niby złego? — fuknęła.
— Mhm, tak właśnie powiedziałby szpieg… — mruknęła wojowniczka pod nosem. — Ech, lepiej przestań mnie śledzić! Jeśli zobaczę cię tu podczas następnego spaceru, to urwę ci uszy! — zagroziła Karusi, wskazując na nią palcem.
Samotniczka westchnęła ciężko. Jej zdumienie szybko ustąpiło miejsca smutkowi, a właściwie przygnębieniu.
— Dobrze, przepraszam… Będę pamiętać, żeby cię unikać — oznajmiła smętnie, robiąc krok w tył.
Nagle atmosfera stała się napięta i poważna. Dlaczego Karusia zachowywała się tak, jakby właśnie straciła najcenniejszy skarb w swoim życiu? Przecież Wąsatka była dla niej zupełnie obcą kotką. Strasznie dziwna była ta Karusia.
— Nie no… Znaczy… Jeśli naprawdę nie jesteś szpiegiem, to możemy się kolegować, skoro ci na tym zależy! — stwierdziła brązowooka, chcąc jakoś pocieszyć samotniczkę. — Może zbyt pochopnie cię oceniłam, wiesz? Ale jestem skłonna zmienić swoje nastawienie do ciebie! Może spotkamy się tu jeszcze za jakiś czas? — zaproponowała.
Biało-czarna kotka podniosła głowę, a na jej pysku pojawił się słaby uśmiech.
— Byłabym zachwycona, gdybyśmy zaczęły spotykać się regularniej! Wiesz… jak jest się samotnikiem, to czasem można poczuć się naprawdę samotnym, haha… Chciałabym po prostu mieć jakąś znajomą — wyznała Karusia, wzdychając ciężko.
Wąsatka skinęła głową, słysząc jej słowa. Może ona wcale nie była dziwna, a jedynie spragniona kontaktu z innym kotem?
* * *
Niestety spacer po terenach Klanu Wilka nie przyniósł oczekiwanych rezultatów, a łapa Wąsatki wciąż była odrętwiała. Wojowniczka czuła się tym bardzo sfrustrowana, tym bardziej, że jeśli taki stan rzeczy utrzyma się do samego rana, nie będzie w stanie dobrze wyszkolić swojego nowego ucznia — Aroniową Łapę! W końcu jak miała pokazywać mu wszystkie ruchy bitewne, skoro sama ledwo się poruszała? Przez jakiś czas Wąsatkowy Ruczaj zastanawiała się, jakie są szanse na to, że jutro obudzi się magicznie uzdrowiona, aż nagle przypomniała sobie, że przecież mogła pójść z tym do medyków. Oni na pewno będą wiedzieli, co poradzić na jej bolący staw i odrętwiałą łapę!
Wąsatka żwawym, choć nieco chwiejnym krokiem ruszyła w stronę lecznicy, z uśmiechem wymalowanym na pysku. Wyglądała zupełnie tak, jakby była z siebie dumna, bo udało jej się połączyć kropki. W środku napotkała Chudy Grzbiet i opowiedziała mu o zaistniałej sytuacji. Kocur przeżuł jakieś zioło na papkę i nałożył ją na bolący staw w postaci okładu, a następnie owinął całość pajęczyną.
Wąsatka grzecznie podziękowała mu za udzieloną pomoc i wyszła z legowiska medyków, gotowa udać się na swoje posłanie i zapaść w sen. Nim jednak to zrobiła, napotkała na swojej drodze niebieskiego kocurka. Postanowiła do niego zagadać, gdy zauważyła, że jego wzrok na ułamek uderzenia serca spoczął na jej opatrunku.
— Hej, Aroniowa Łapo! Jak już zauważyłeś, bolał mnie dzisiaj staw. Jeśli chcesz, żeby jutrzejszy trening się odbył, lepiej pomódl się do Mrocznych Przodków, żeby ta dziwna maść, którą nałożył mi Chudy Grzbiet, zadziałała! — zażartowała, uśmiechając się szeroko do ucznia.
<Aroniowa Łapo?>
[2028 słów]
Wyleczeni: Wąsatkowy Ruczaj
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz