Choroba trawiła jego umysł. Robactwo wiło się pod jego czaszką, w jego oczodołach, wgryzając się w jego skórę, paląc, drapiąc, doprowadzając do szaleństwa. Oddech, który utknął w jego piersi wiele księżyców temu, wciąż nie mógł jej opuścić. Dusił się, tonął.
To nie była jego wina. Nie była. To wszystko wina Daglezji.
Starał się być jak najlepszy. Pracował, ile tylko mógł. Jego myśli wirowały wokół treningów, walki, gonitwy za zwierzyną, wbijania kłów w jej gardło, rozdzierania delikatnych naczyń krwionośnych. Zastanawiał się, czy mysie futro smakowałoby podobnie do futra mentorki. Czym różniła się od gryzonia? Nawet uderzenia jej łap o ziemię brzmiały podobnie do niewielkiego szkodnika, gdy każdego ranka przychodziła wygonić go z legowiska uczniów; nie musiała tego robić, Pierścień nie spał od długich godzin, jednak coś powstrzymywało go przed wstaniem, przed wyjściem Daglezji naprzeciw, przed udowodnieniem jej, że nie ma racji, że nie jest najgorszym, co spotkało Owocowy Las. Zawsze czekał, w bezruchu, aż mentorka stanie nad nim i trzepnie go łapą po uszach, wzywając, by wreszcie podniósł się z posłania i zrobił coś ze sobą. Dopiero wtedy uczeń podnosił się bez słowa.
Nie wiedział już, czy wypełnia go obojętność, czy paląca nienawiść.
Błoto oblepiało jego łapy, a zimne powietrze kłuło w płuca. Zastrzygł uszami, a jego ciało zadrżało. Daglezja coś mówiła, prawdopodobnie instruowała go, jak wykorzystać jedną z prostych technik polowania. Równie dobrze mogła jednak znajdować się wiele długości lisa od niego, gdyż jej głos wydawał się nie docierać do jego uszu. Szumy pobliskich traw zagłuszały wszystkie inne dźwięki. Wiły się wokół jego łap, przytrzymywały go w miejscu. Nie mógł się ruszyć. Wgryzały się w niego, przecinały poduszki jego łap, wyrywały futro.
Nie, nie, nie, nie mógł na to pozwolić.
Musiał uciekać.
Cofnął się nagle. Daglezja przekrzywiła głowę, patrząc na niego pytająco.
- A teraz co ci?
Warknął, rzucając się do tyłu. Grząska ziemia pod łapami wciągała go, a kamienie wbijały się w jego ciało.
Musiał uciekać.
Coś podcięło jego łapy i przygwoździło go do ziemi. Krzyknął, jednak czuł, jak powietrze ucieka z jego płuc. Był pożerany przez błoto, topił się w nim, a coś - ktoś - przytrzymywał go, powtarzając niezrozumiałe słowa do jego ucha, aż do momentu, gdy zapadła ciemność.
Obudził się w znajomym miejscu. Jego powieki wydawały się nieznośnie ciężkie - ledwo udało mu się je podnieść. Próbował rozejrzeć się po legowisku, bez skutku. Ciało po raz kolejny go zdradziło.
- ...jak mogłeś doprowadzić się do takiego stanu? - ktoś westchnął. Poranna mgła wciąż wypełniała legowisko, zatapiając wszystkie zgromadzone koty w mlecznej poświacie. Pierścień nie potrafił rozpoznać ich pysków; skręcały się, znikały, zamieniały się w pysk Daglezji, przebrzydłej Daglezji. Syknął, chciał krzyczeć, że ma dość, że ją zabije, jeśli teraz nie odejdzie, jeśli nie da mu spokoju. Futro na jego karku uniosło się. Oddech przyśpieszył. Nie miał siły wstać, nie miał siły walczyć, a nawet gdyby dał radę, wiedział, że nie potrafił. Daglezja miała rację. Jej wzrok sięgał nawet tutaj, omiatał go i kontrolował. To ona sprawiła, że źle się czuł. To ona nasłała na niego te wszystkie koty.
Ktoś podetknął mu pod nos stos ziół. Ktoś inny położył łapę na jego karku, zbliżając jego pysk do nieznanych roślin. Skrzywił się wyraźnie, jednak nie miał siły się sprzeciwiać. Czy to była trucizna, którą Daglezja chciała go zmusić do posłuszeństwa? Czy wreszcie chciała się go pozbyć?
Nieznany smak rozpłynął się na jego języku. Dobrze. Niech tak będzie. Nie bał się śmierci, nie z jej łap. Jeśli chciała go otruć, mogła to zrobić.
Mgła wydawała się zgęstnieć, a ciepło wypełniło jego ciało.
Pierwszy raz od dawna Pierścień zasnął spokojnie.
Wyleczony: Pierścień
Trening: 584 słowa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz