BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkęW Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)
Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)
Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)
27 marca 2023
Od Zdradzieckiej Rybki CD. Rudzikowego Śpiewu
19 marca 2023
Od Rudzikowego Śpiewu CD. Zdradzieckiej Rybki
— To ja powinienem zadać to pytanie. — Usiadł na spokojnie, opatulając ogonem przednie łapy.
Gwar rozmów dochodzący zza jego grzbietu zdawał mu słabnąć wraz z każdą chwilą, kiedy coraz to bardziej skupił swój wzrok na kocurze. Urażona postura nie robiła na nim wrażenia. Gdy Rudzik był wojownikiem, znał go jako Pędzącego — zuchwałego kociaka, ucznia, a potem i wojownika. Zarazem odważnego, ale i głupiego.
— Co miała oznaczać ostatni sytuacja ze zgromadzenia? — westchnął. — Nie spodziewałem się, że twoje imię może być jednak trafne. Myślałem, że to pora je zmienić, ale skoro wygadujesz innym klanom takie głupoty na nasz temat, to zmienia to postać rzeczy — skwitował, prostując się.
Nie przejmował się, czy robi dobrze, bądź czy to, co mówi, ma jakikolwiek sens. Po czekoladowym nie spodziewał się tylu kłopotów. Wydawało mu się, że wychodzili na prostą, ale na ten moment zdawali się cofać, zostawiając wszelkie postępy za sobą.
Reakcja Rybki była poniekąd do przewidzenia. Skierowane do tyłu uszy, nisko położone, w pełni świadczyły o jego niezadowoleniu.
— Nie chciałeś mi pomóc. A on... on tu jest... Krzywdzi mnie każdego dnia. Mam po prostu sobie siedzieć i czekać na śmierć? — prychnął, przygarbiając się bardziej. — Chciałem, aby Kamienna Gwiazda go tylko zabrała. Ja już nie chcę słyszeć jego głosu. Nie chcę. Zabierz go ode mnie Rudzik. Nie pozwalaj na to, by mnie torturował...
Nastawił uszu. Brak oskarżeń w jego kierunku był pozytywnym znakiem. I z pewnością całkiem przyjemnym, patrząc na masę krzywych spojrzeń kierowanych w jego stronę ostatnimi czasy.
— Jak Kamienna Gwiazda miałaby go zabrać? — spytał spokojnie, choć poniekąd słowo "Zając" padające z pyska czekoladowego potrafiło wywołać w nim masę skurczów, a więc był wdzięczny za nie mówienie wprost. — Twoja córka to nie on. A to, że tak uważasz, nie jest powodem, by oddawać ją Klanowi Burzy. Dla nich to też był ciężki etap i wspominanie im o tyranie-przywódcy w niczym nie pomoże — stwierdził.
07 lutego 2023
Od Zdradzieckiej Rybki CD. Rudzikowego Śpiewu
11 grudnia 2022
Od Rudzikowego Śpiewu CD. Zdradzieckiej Rybki
Zabił. Po prostu rzucił się w przypływie emocji do gardła Kruczej Gwiazdy, a następnie jednym ruchem pozbawił jej życia. Przed większością, jak i nie całością klanu, pokazał to, czego najbardziej się w sobie obawiał. Podzielił w jakimś stopniu los matki.
Stał się mordercą.
Nieważne, że jego powód był słuszny. Nie czuł się, jakby go to jakkolwiek usprawiedliwiało. Kto go zresztą miał teraz karać, gdy stał na czele? Nie postawi się w kącie, a robienie czegokolwiek pożytecznego nie pozwoli oczyścić mu sumienia.
— Rozumiem twoje szczęście, ale nie przesadzajmy — wymamrotał. Powaga to coś, czego mu teraz brakowało, a co powinien sobą reprezentować. Zamiast tego był straumatyzowanym kłębkiem nerwów, kulącym pod siebie ogon i zwieszającym z bezradności łeb.
Zachowanie czekoladowego wywoływało w nim mieszane uczucia, bliskie zwykłemu szoku. Kocur pokręcił głową, po czym otarł się o niego łbem, mrucząc. Wywołało to u Rudzika lekkie spięcie, bo nie potrafił jakkolwiek zareagować na ten dziwaczny gest.
— Tak czy siak powinieneś się z tego cieszyć. Zostałeś bohaterem oraz liderem. Cieszę się, że to ty będziesz nami przewodził — westchnął z rozmarzeniem, odsuwając od niego pysk.
— Liderem, którego nikt nie szanuje. Marne osiągnięcie — mruknął, odwracając wzrok. — Nie wiem, czy jest się z czego cieszyć, naprawdę. Może powinienem oddać władze Trzcinie, go bardziej lubię. Jak myślisz? — zapytał z powagą, skupiając wzrok na wspomnianym zastępcy, który aktualnie rozmawiał ze swoją córką, Makowym Polem.
Ledwo co zauważył zaskoczone spojrzenie Zdradzieckiej Rybki.
— Zasłużyłeś na ten tytuł. Nie zląkłeś się tej wariatki, uwolniłeś ją od nas. To ty, a nie Trzcina nas uratował. To ty jesteś naszym bohaterem. Nie wątp w to — Przytulił go do siebie, klepiąc po grzbiecie łapą. — No już, już. Pamiętaj. To nie czas na użalanie się. Jesteś silniejszy, niż przypuszczasz.
Rudy skulił uszy. Nie zgadzał się z tymi słowami, ale pozwolił swej opinii zostać na krańcu języka. Do czekoladowego i tak nic nie docierało, dla niego sytuacja była prostsza. Cieszył się, bo nie było już tej, która spowodowała w nim tak wiele lęków.
Za to dla świeżego lidera ta sprawa wyglądała inaczej. Teraz problemy każdego klanowicza były i jego problemami. Nie mógł niczego olewać, bo straci resztki szacunku, który w ogóle miał.
Przełknął ślinę i przyspieszył kroku. Jeśli nowe tereny nie przyniosą niczego dobrego, to tak naprawdę klanowi przysłuży się jedynie śmiercią.
Wsunął się do legowiska medyków. Ku jego uldze nie było tu aktualnie takich tłumów, jakie widywał ostatnimi dniami. Sam, pomimo doskwierającym mu problemów zdrowotnych, postanowił przeczekać z wizytą u uzdrowiciela, aby nie obciążać go dodatkową robotą.
Bo tak z pewnością powinien robić lider. Zadbać w pierwszej chwili o wojowników, a o siebie na sam koniec. Trzcinowa Sadzawka nie podzielał jego zdania i odkąd tylko Rudzik zaczął mieć problemy z przemieszczaniem się i brakiem czucia w kończynach, bury poganiał go do odwiedzin Muchomorzego Jada. Sam fakt, że rudy teraz się tu znalazł, był wynikiem tego, iż został przytargany tu za ucho.
Odchrząknął, zwracając na siebie uwagę niebieskiego. Ten zatrzymał się gwałtownie, zaprzestając wcześniejszemu dreptaniu między stosami ziół i posłała mu dociekliwe spojrzenie.
— Co cię do mnie sprowadza, Rudzikowy Śpiewie? — zapytał, wznawiając swój marsz.
— To, co każdego — westchnął, z trudem stawiając kolejne kroki w jego stronę. — Ciężko mi się chodzi. Jestem nawet w stanie powiedzieć, iż ta tylna łapa jest mi zbędna, bo i tak nie jestem w stanie nią cokolwiek zrobić — przyznał, wskazując pyskiem winowajcę swoich problemów.
Medyk skinął głową i podszedł do niego, biorąc się do standardowej roboty.
Zdawało się, że jest lepiej. Wróciło mu jakiekolwiek czucie do łapy i teraz wszelkie niedogodności mógł zwalać jedynie na podeszły wiek. Jako dobry omen odbierał to, że dał radę udać się na zgromadzenie i wrócił z niego o własnych siłach. Niby nie wydarzyło się nic strasznego, prócz sprzeczki dwójki młodych wojowników. Wciąż jednak wolał to, aniżeli wdawanie się w bójki z kimkolwiek spoza klanu.
Swój wzrok skupił na czekoladowej sylwetce, błąkającej się po obrzeżach obozu. Rudzikowi ciężko było stwierdzić, czy ostatecznie wzięcie go na zebranie miało jakkolwiek pozytywny wpływ na jego wariactwo. Dalej wydawał się nieobecny i przekonany o tym, że Zajęcza Gwiazda paraduje po ich terenach w ciele jego własnej córki.
Ominąwszy szerokim łukiem żłóbek, przystanął przy kocurze i uśmiechnął się lekko, pomimo braku chęci na ten czyn.
— I jak po zgromadzeniu? — zapytał, wytężając wzrok i próbując wyłapać cokolwiek ze sposobu ruchu kocura. — Całkiem spokojnie, w porównaniu co do niektórych spotkań, czyż nie? — mruknął, licząc, że nadany przez niego temat pozwoli im kontynuować rozmowę.
26 października 2022
Od Zdradzieckiej Rybki cd Rudzikowego Śpiewu
27 września 2022
Od Rudzikowego Śpiewu CD. Zdradzieckiej Rybki
Usłyszana zaledwie chwilę temu wypowiedź momentalnie wbiła mu się do głowy. Ulokowała się między chaotycznymi myślami i w pełni pochłonęła jego uwagę, przez co drętwo wpatrywał się w czekoladowe futro znajomego, stojącego zaledwie jeden krok przed nim. Wciąż czuł pod sierścią wilgoć mokrego nosa i pozostawione na skórze smarki, które co prawda wprowadzały Rudzika w stan lekkiego obrzydzenia, a jednocześnie były dowodem na to, jak trudy życia coraz bardziej przytłaczały pręgowanego tygrysio wojownika.
Zdawało mu się, że nic ze słów Zdradzieckiej Rybki nie łączyło się w spójną całość. Możliwe, że resztki z Pędzącego Wiatru całkowicie zniknęły i pozostał zwykły obłąkaniec. Istniała też minimalna szansa, iż w tej poplątanej gadce kryła się nieoczywista prawda, zbyt absurdalna, by mógł w nią ot tak uwierzyć.
Sam fakt, że żółtooki wziął go za drzewo wzbudzał podejrzenie zażycia przez niego wcześniej zbyt dużej dawki kocimiętki. Wspomniany osobnik stał przed nim, wpatrując się w niego, a jego uszy wciąż były nisko położone.
Rudy w końcu odchrząknął, bo sam zaczynał przypominać swoim milczeniem i brakiem ruchu głaz przykryty pomarańczowymi liśćmi. Zawahał się, a jego dolna szczęka drgnęła, nim w pełni uchylił pysk.
— Na pewno chcesz iść na polowanie, czy jednak wolisz ze mną o czymś jeszcze porozmawiać? — spytał spokojnie, nastawiając uszu w kierunku dźwięków za jego pleców. Orzechowe Serce i Wzburzony Potok najwyraźniej nie pozwalali zapomnieć im o swojej obecności, ale ciężko było stwierdzić, czy chcą ich podsłuchiwać, czy po prostu kazać im się ruszyć. W końcu nie na pogadanki się umawiali.
— Nie wiem... Powinniśmy iść na polowanie. Tak będzie lepiej. — zadecydował. — Nie chcę ich wkurzyć. — Zerknął nerwowo w kierunku swoich opiekunów. — Nie chcę umrzeć...
— Nie umrzesz — odparł z westchnieniem, czując, że to wszystko ma swoje drugie dno. — Czemu miałbyś? Masz na myśli to, o czym przed chwilą mówiłeś? Że twoja córka chcę cię... — urwał, zastanawiając się, jakim cudem młoda i pozornie bezbronna istota miałaby dysponować tak sadystycznymi myślami — zabić? — dodał w końcu z niepewnością.
— T-tak. O-ona jest straszna. Wepchnęła mi mech do gardła, gdy spałem. Chcę mnie publicznie stracić... Namawia do samobójstwa. — Pociągnął nosem. — O-ona... i o-oni... — Spojrzał kątem oka na ich niechcianych towarzyszy. — N-nienawidzą mnie. Chcą mojego cierpienia. A ty... ty... ty mnie ochronisz, prawda? — Wbił w niego wilgotne oczy przepełnione nadzieją.
To pytanie było w pewnym stopniu błahe i nie wymagające od cętkowanego nawet żadnej ingerencji, bo przecież nikt nie miał prawa zabić czekoladowego. Mimo wszystko udzielenie odpowiedzi nie było dla Rudzika już takie proste, bo obawiał się, że traktował tę sprawę zbyt pobłażliwe i jeszcze się to dla niego źle skończy.
— Oczywiście — wyrwało się nagle z jego pyska, bez chociaż tej jednej, dodatkowej chwili namysłu. — Ale nic złego i tak się nie stanie, spokojnie. No już, otrzyj oczka i idziemy przebudzić w tobie tego silnego i szybkiego wojownika, który najwyraźniej utknął gdzieś w twojej głębi — rzucił, ruszając pewnym krokiem w przód.
Po krótkiej chwili usłyszał odgłos drepczącego żwawo za nim kocura. Szli, szukając pożywienia, co nie zajęło im wcale aż tak dużo czasu, bo zaraz na ich drodze zjawiła się mysz. Rudzik zatrzymał się, czując nagłe uderzenie w swój tył.
— Wybacz — usłyszał od rozglądającego się po otoczeniu czekoladowego.
— Chcesz ją wziąć? — zapytał rudy, starając się brzmieć jak najłagodniej. — Dobrze wiesz, że na lądzie nie jestem wcale taki dobry — dodał ściszonym głosem, żeby podążająca za nimi niczym cień dwójka nie słuchała swobodnie o jego wadach.
Rybka za to skinął głową, posyłając mu lekki uśmiech. Przypadł do ziemi, po czym zaczął się skradać. Sprawnie złapał mysz, która nawet nie zorientowała się o jego obecności, gdy było już za późno. Nie wyszedł z wprawy. Wrócił ze zdobyczą do Rudzika i z dumą rzucił ją mu pod łapy.
— Złapałem — miauknął, informując go o tym dokonaniu, niczym uczeń swojego mentora
— I ty śmiesz wątpić w to, że jesteś dobrym wojownikiem? — parsknął z rozbawieniem. — Ten gryzoń uciekłby mi co najmniej dziesięć razy, nim bym go złapał.
— Polowanie to nie tylko, co powinien umieć dobry wojownik. — Zwiesił łeb. — T-tak... Może by uciekła. Głośno tuptasz, a tu trzeba być cichym i szybkim — poinformował go.
— Głośno tupie? — powtórzył z zaskoczeniem. — Czy ty mi właśnie zasugerowałeś, że jestem gruby i ciężki?
— Nie! — Spiął się, szybko kręcąc głową. — Nie... — Wskazał na niego łapą. — Jesteś skórą i kośćmi. To wina głodu. Tuptasz głośno, bo ciężko stawiasz łapy. Musisz chodzić na palcach — miauknął.
Cętkowany spojrzał niechętnie na swoje kończyny, z lekka zaskoczony jego reakcją. Zdradziecka Rybka stał się bardzo przewrażliwiony, nawet bardziej niż on niegdyś.
— Wiem, wiem, że o to ci chodzi. Niestety za bardzo przyzwyczaiłem się do pływania. Wykorzystywanie całych sił z łap, by utrzymać się w porywistej rzece, za bardzo weszło mi do głowy — przyznał na swoje usprawiedliwienie.
<Rybko?>
15 września 2022
Od Zdradzieckiej Rybki cd Rudzikowego Śpiewu
14 września 2022
Od Rudzikowego Śpiewu CD. Zdradzieckiej Rybki
— Dobrze, nie wykluczam takiej opcji. Po prostu to brzmi abstrakcyjnie, wiecie? Zabrzmi to na hipokryzję z mojej strony, ale Echo potrafiła bać się własnego cienia. Nie wyobrażam... — urwał, przypominając sobie, że niegdyś poleciała na zgromadzeniu za nieznajomą samotniczką i sam nie wiedział, co tak naprawdę jej zrobiła. — Porozmawiam z nią — zmienił stanowczo zdanie.
Czekoladowy zaczerpnął głośno powietrza.
— Jak jeszcze raz mnie uderzy, to... i tak nic z tym nie zrobię. — Położył po sobie uszy. — Albo przyjdę do ciebie ponownie i będziesz miał na sumieniu moje cierpienie, gdy poklepiesz ją po główce — fuknął. — I powiedz jej, że nie jesteśmy parą, bo mi nie wierzyła
Zarumienił się pod futrem, lekko kiwając głową.
— Przekażę — rzucił sztywno. — Ale mogłeś jej powiedzieć, że masz przecież partnerkę i dzieci.
— Powiedziałem jej! — oburzył się. — To i tak nie uwierzyła. Wiesz, co powiedziała? Że ją zdradzam! Nie mam zamiaru dać się wkopać w te plotki jak dziadek. Mu to zniszczyło rodzinę. Więc ogarnij swoją siostrę! – syknął.
— Dobrze, powiem jej — powtórzył, choć poruszanie takich tematów z szylkretką nie brzmiało na najlepszy pomysł. Martwił się, że w taki sposób może zepsuć ich dobre relacje. — Nikt by w takie plotki zresztą nie uwierzył, naprawdę — dodał dla uspokojenia sytuacji.
— No nie wiem. — Zmrużył oczy. — Ona uwierzyła. Krucza Gwiazda posądzała mnie o romans z Bażancim Futrem. Nie zdziwiłbym się, gdyby też tak myślała o nas — prychnął.
— Krucza to... — urwał, przypominając sobie o obecności dwóch pozostałych wojowników. Mina Orzechowego Futra wskazywała na to, że pomimo odwróconego w drugą stronę pyska, wciąż nasłuchiwał ich rozmowy.
— Zanikające Echo też swoje przeżyła w Klanie Burzy. Może po prostu jest... Przewrażliwiona.
— Co takiego? — Rybka wbił w niego wzrok. — Ona była w Klanie Burzy? Kiedy? — zdziwił się.
— Ty nie wiesz? — spytał zaskoczony. — Kiedy jeszcze obaj byliśmy w niewoli, to podobno pobiła się na zgromadzeniu z jednym burzakiem — zaczął wyjaśnienia, nie wspominając o szczegółach, takim dla przykładu jak to, że wspomniany kot to jego były kochanek. — Potem doszła do ich obozu, bo szukała mnie. Trochę się odwaliła tamtej nocy, ale następnego dnia widziałem ją... Martwą. Nie wiem, co ich lider wymyślił, ale nie ruszała się. Wygnał mnie stamtąd i byłem pewny, że Echo nie żyje. A potem spotkałem ją nagle na naszych terenach. Ją również skrzywdzili. Oko straciła akurat w trakcie bójki z jednym z członków ich klanu — dodał, przełykając ślinę. Żal mu było po tym wszystkim siostry.
— Nie wiedziałem o niej. Gdybym wiedział, to wziąłbym ją może ze sobą i razem odnaleźli Klan Nocy. Chociaż teraz po tym co zrobiła, pewnie bym tego żałował. — Skrzywił się. — Krucza Gwiazda nie ma do niej problemu? — zapytał z lekkim oburzeniem, gotów na pewnie zarzucić coś o niesprawiedliwości tego świata.
— Ma — westchnął rudy, przebierając łapą w ziemi. — Nie może spać w obozie, tylko poza nim. Jej również nie ufa, więc najwyraźniej woli trzymać ją na dystans — rzekł, spoglądając z niechęcią w kierunku legowiska lidera.
— Współczuję bardzo — rzucił, zmieniając z lekka podejście. — To odwiedź ją. Pewnie musi nadrobić stracony czas z kochanym bratem. I pamiętaj, co mi obiecałeś — dodał ostrzej.
— Będę pamiętać, Pędzą... Rybko. Zdradziecka Rybko — poprawił się, widząc złość na pysku Orzechowego Serca. Najwyraźniej chciał dla swojego wujka jak najgorzej.
Czekoladowy po prostu skinął głową i odszedł wraz ze swoją obstawą.
Co jakiś czas spoglądał z troską na Zdradziecką Rybkę. Kocur wydawał się martwy niczym zwiędła róża. Jego kroki nie były tak żwawe jak niegdyś. I nie była to kwestia starości, bo Rudzik miał więcej księżyców na karku, a nieraz udawało mu się wydobyć z siebie te młodzieńczą iskrę.
Pobyt w Klanie Burzy doszczętnie zniszczył żółtookiego. Pędzący Wiatr już dawno odszedł z tego świata, ustępując miejsca tej ledwo idącej i porządnie straumatyzowanej wersji.
— Myślałem, że moglibyśmy wspólnie zapolować na najbliższym postoju — wymamrotał, znajdując się momentalnie u jego boku. — Teraz nie ma rzek, więc chętnie podpatrzyłbym, jak to robi mistrzowski łowca na lądzie — dodał z lekkim uśmiechem, fundując czekoladowemu lekkiego kuksańca w bok. — Wiem, że jesteś obecnie w ciężkiej sytuacji, ale gdybyś się choć trochę rozchmurzył... — zawahał się. — To byłby to najpiękniejszy widok tego dnia.
04 września 2022
Od Zdradzieckiej Rybki cd Rudzikowego Śpiewu
02 września 2022
Od Rudzikowego Śpiewu CD. Zdradzieckiej Rybki
Poza tym nie miał znajomych wśród nich. A patrząc na tych pierwszych, w głowie wciąż przelatywały mu wspomnienia z Rozżarzonym Płomieniem. Niegdyś był pewny, że dla kocura zrobiłby wszystko. Tęsknił za ciepłem rudego futra przy swojej mordce, za każdą okazaną czułością i liźnięciem w czubek głowy. Nie tylko miłe słówka padające z pyska Burzaka były dla niego błogosławieństwem. Kiedyś wystarczyło mu chociażby zwykłe „hej”, aby łapy miękły mu z wrażenia.
Te myśli zaczynały go dobijać. Skrzywiony otrzepał się, próbując przepędzić je ze swojej głowy.
— Umm, ładny księżyc o tej porze, prawda? Taki jasny. — Podjął się desperacko rozmowy, gapiąc się na wyjątkowo rozgwieżdżony nieboskłon.
Spostrzegł, że i czekoladowy podnosi wzrok ku górze.
— Tak. Bardzo ładny. Możemy tu się zatrzymać, jak chcesz — mruknął. — A jak ty... się trzymasz, po wiesz czym? — spytał, co zbiło rudego z tropu. Ledwo co obiecał sobie nie myśleć o tym.
— Dobrze. Nie mam takiego wstrętu do wody jak ty, po prostu wmawiam sobie, że sam się prawie utopiłem podczas pływania, a nie, że to wina jakiegoś psychola — odparł.
Za bardzo kochał zanurzyć się w rzece bądź jeziorku, aby teraz pozwolić sobie na wykluczenie tej czynności z życia. Duszczenie się nie było niczym przyjemnym i wręcz czuł panikę na wspomnienie tak długich chwil bez możliwości zaczerpnięcia oddechu, ale starał się nie łączyć tego wspomnienia z wodą.
— To ciesz się. Ja nie umiem o tym tak myśleć — westchnął żółtooki, spuszczając wzrok na własne łapy. — Ciągle go widzę. Nie chcę odejść. To jak niekończący się koszmar.
Rudzik nie dopytywał, o kogo chodzi. Domyślał się, że w związku z tematem Rybka obawiał się Zajęczej Gwiazdy.
— Może zwalczysz to kiedyś, a paskudne uczucie minie — podsunął, choć w pocieszaniu był kiepski. — Wiesz, masz teraz Bławatkowy Potok, na pewno ci pomoże ci to wszystko przeżyć. Jak chcesz, to też możemy się przejść czasem nad rzekę — zaproponował niepewnie. — Pokażę ci na nowo dobre strony wody.
— Dziękuję — odparł krótko. — Postaram się to zwalczyć. Jeżeli tego nie zrobię, Krucza Gwiazda mnie wygna. Nawet jak nie chcę... muszę wejść do wody. Ale na to jeszcze za wcześnie... może kiedyś — gdybał.
— Możesz próbować sobie wmówić, że wody w Klanie Burzy są po prostu inne, w sensie, że gorsze. My mamy świetne rzeki, w których żaden Nocniak się nie utopi — zapewnił, co brzmiało raczej jak pocieszenie dla naiwnego kocięcia, aniżeli dorosłego wojownika z prawdziwą traumą.
— Magiczna rzeka? — zdumiał się. — To... to brzmi nieprawdopodobnie...
— Może "magiczna" to złe określenie zważywszy na to, że Krucza mówi tak o swoich bachorach — mruknął, uśmiechając się delikatnie. — Po prostu może spójrz na to z innej strony. Klan Nocy to inne miejsce, bezpieczniejsze, tu się wychowywałeś i tu od zawsze było bezpiecznie. Nie licząc Kruczej, to dalej jest.
Czekoladowy zamyślił się na moment, a nim zdążył coś powiedzieć, Rudzikowy Śpiew ziewnął szeroko.
— Przepraszam, chyba jednak jestem trochę zmęczony — wymamrotał. — Powinienem jednak wrócić do obozu i trochę się przespać — dodał, patrząc na niego przepraszająco, bo w końcu skrócił ich wspólny, nocny wypad.
27 sierpnia 2022
Od Zdradzieckiej Rybki cd Rudzikowego Śpiewu
24 sierpnia 2022
Od Rudzikowego Śpiewu CD. Zdradzieckiej Rybki
— Oh, dawno nie polowałem na lądzie — mruknął, rozglądając się. — Jakoś tak... Wolę wodę — przyznał ze swobodą, zapominając na krótką chwilę, dlaczego to właśnie tam nie poszli szukać pożywienia dla klanu.
Czekoladowy drgnął, mordując go spojrzeniem. Rudzik skrzywił się w odpowiedzi i skulił uszy, słysząc jego dalsze słowa.
— Możesz zawrócić — wycedził. — Po co masz zawracać sobie głowę na zwierzynę lądową z wadliwym nocniakiem? — prychnął, odwracając pysk w przeciwnym od niego kierunku.
— Nie jesteś wadliwym nocniakiem — westchnął z zakłopotaniem, nie wiedząc, jakimi słowami go pocieszyć tak, by rzeczywiście uwierzył w jego współczucie, a nie zasłaniał się stwierdzeniem "Mówisz tak z litości". — Po prostu mamy inne preferencje, to tyle. Zresztą, mi zawsze słabo szło ganianie za gryzoniami bądź ptaszyskami. Popatrzę, jak ty sobie radzisz i może się czegoś nauczę — dodał pospiesznie.
W tym, co mówił, rzeczywiście była prawda. Nie dysponował taką szybkością jak Rybka, bardziej stawiał na wytrzymałość i siłę łap, gdy trzeba było utrzymać się w rwącej rzece.
Ten burknął coś cicho i ruszyła przed siebie. Rudzik starał się podążać za nim bezgłośnie, byleby mu nie przeszkadzać. Oddalił się tylko na moment, jednak nic nie zdziałał przez ten czas. Każde lecące ptaszysko umykało jego łapom, tak samo jak biegnące po ziemi gryzonie. Za bardzo odzwyczaił się od takiej metody polowania, przez co nawet nie chciał wiedzieć, co uczyniłaby Krucza, widząc go tak bezradnego.
— Dawno nie czułem się tak bezużyteczny — mruknął głośno.
— Ha! To teraz wiesz, jak ja się czuję. Nie mogę polować na ryby jak dawniej. Krucza Gwiazda uważa mnie przez to za ciężar — burknął.
— Nie jesteś w żaden sposób ciężarem — westchnął, krzywiąc się na wspomnienie o liderce. — Urozmaicasz naszą dietę. Pokazujesz, że nie samymi rybami Klan Nocy żyje — dodał z lekkim rozbawieniem.
— Powiedz to jej — fuknął, mając na myśli czarną. — Weź moje myszy — miauknął. — Już nam starczy. — Pokazał kocurowi, gdzie je skrył, po czym sam wziął dwie w pysk, kierując się ku obozowi
Rudy skinął głową, biorąc wskazane przez czekoladowego zdobycze. Ruszył za nim, spoglądając na górujący na niebie księżyc. Noc była całkiem ładna.
Wrócili do obozu i odstawili piszczki na stos. Mieli się już rozdzielić, ale Rudzika naszła pewna myśl.
— A może przejdziemy się na krótki spacer? — zaproponował. — Nie jestem zmęczony, a może dobrze zrobiłoby nam takie obejście terenów po tym, jak długo byliśmy poza nimi — stwierdził.
18 sierpnia 2022
Od Zdradzieckiej Rybki cd Rudzikowego Śpiewu
07 sierpnia 2022
Od Rudzikowego Śpiewu CD. Zdradzieckiej Rybki
Przełknął ślinę, starając się żyć normalnie. Nieraz słyszał o tym, co spotykało czekoladowe, ale udawał po prostu głuchego. Gdy dostrzegał go doszczętnie przemoczonego, mrużył oczy i zmienił swój kierunek spaceru. Był ślepy na jego cierpienie, bo wiedział, że jest temu winny. A to tylko dlatego, że był zwykłym tchórzem i spanikował, gdy czarna zaczęła oskarżać go o zbyt wiele rzeczy.
Nie mogło być jednak dobrze. Nastał dzień, gdzie nieświadomie przyszło mu wdać się w konwersację ze swoim byłym przyjacielem. Choć czy kiedykolwiek ich znajomość znalazła się na takim poziomie? Po tym, jak wydawało mu się, że w Klanie Burzy jakkolwiek się do siebie zbliżyli, tak teraz sam to wszystko zaprzepaścił.
Spokój przerwał mu Bażancie Futro, idący do niego z miną, jakby szykował już dla niego bojowe zdanie. Niezbyt dobrze wyglądał. Miał sterczącą sierść i zaspany wzrok. Widać było po nim zmęczenie.
— Rudzikowy Śpiewie? Czy mógłbyś mi pomóc? — spytał, ale jego ton głosu wskazywał na to, że odmowy by raczej nie przyjął.
Rudy drgnął, słysząc, że ktokolwiek zwraca się do niego z prośbą o pomoc. Był przyzwyczajony do krzywych i niechętnych spojrzeń, jakby rzeczywiście wygadał Klanowi Burzy wszystkie ich sekrety.
— Pewnie mógłbym, ale to zależy od okoliczności — mruknął. — Jeśli mam jakkolwiek się komuś narazić, to przykro mi, poszukaj kogoś rozsądniejszego — poprosił. — Opinia innych o mnie jest już wystarczająco szemrana — stwierdził z westchnięciem.
— To dotyczy twojego kochasia z Klanu Burzy — miauknął. — Nie mam już sił się z nim użerać, gdy śpi. Pomóż mi go pilnować — polecił.
— Kocha... — urwał natychmiastowo, uspokajając oddech. Nie chodziło mu o Żara, miał na myśli Pędzącego, a raczej aktualnie Rybkę. — Ah, nie jest moim kochasiem i nie sądzę, by chciał mojej obecności po tym wszystkim — wyjaśnił. — Serio, lepiej będzie, jak poszukasz pomocy gdzie indziej.
— Myślę, że chcę, bo ty jeden wiesz, co przeżył i może znajdziesz na to sposób. Chodź. Nie marudź i nie zachowuj się jak tchórz — powiedział, dając mu łapą po grzbiecie, by ten wstał.
Przeszedł go dreszcz. Znowu to słowo, które prześladowało go od dawna i które każdy kierował w jego stronę. Dźwignął się z ziemi i niepewnie ruszył za kocurem, obawiając się z każdym krokiem coraz bardziej spotkania z czekoladowym. Przecież ten na pewno domyślił się, skąd Krucza wiedziała o jego zdradzie. Rozszarpie go jak nic.
— Więc słuchaj. Muszę cię ostrzec. Gdy śpi, wstępuje w niego demon. Rzuca się, wrzeszczy, a ostatnio porozrywał sobie łapy. Dlatego będziesz pilnował, aby nic sobie znów nie zrobił. Przyciśnij go do ziemi i na nim leż, a pysk napchaj mchem. Ja w tym czasie się prześpię, bo już nie wyrabiam. — Ziewnął.
Cętkowany zmrużył oczy, nie patrząc nawet na niego. O czym on mówił? Nie może być aż tak źle.
— Dobra, mogę go popilnować — rzekł z niechęcią.
Tak jak przewidywał, Zdradziecka Rybka na jego widok skrzywił pysk i spojrzał z wyrzutami na Bażancie Futro.
— A on czego tu? — warknął, patrząc na niego zmęczonym wzrokiem. — Jesteś z siebie zadowolony? Zniszczyłeś mi życie.
Rudzik położył uszy po sobie, starając się nie wyrazić żadnych emocji.
— Wyszło, jak wyszło, miałem swoje powody — wymamrotał.
— Ciekawe jakie — prychnął. — Podkuliłeś ogon i zrzuciłeś całą winę na mnie. Wspaniały z ciebie zastępca. Nawet nie potrafisz walczyć o swoją posadę.
Skrzywił się. Wielu się dziwiło, że wrócił do klanu i nie zareagował w ogóle na zmianę władzy. Zbyt bardzo wierzył, że wojownicy wolą to, co jest teraz. Jego mieli za tchórze i drugiego zdrajcę. Co gorsza — mieli rację.
— Nie kłóćcie się — odezwał się Bażant, wskazując na żółtookiego. — Ty masz spać. On cię popilnuje — dodał, spoglądając na rudego.
— Co?! — czekoladowy sapnął zdumiony. — Ygh... Nie wiem, czy to odpowiednia osoba. Pewnie się popłacze...
— To może polecę po Kruczą Gwiazdę, ona z tobą chętnie posiedzi — syknął Rudzik, spoglądając niechętnie na Bażancie Futro. — Widzisz? Nie chce mnie, nic tu po mnie — mruknął.
Rybka nastroszył sierść na to, wbijając wzrok w łapy.
— Nie. Siadaj, a ty spać. Mam was dosyć. Byliście w Klanie Burzy, to teraz o siebie dbajcie. Jak wyjdziesz stąd — zwrócił się do Rudzika — To zwale na ciebie całą winę za jego stan. — Po czym opuścił ich.
— Co za mysi móżdżek. — Czekoladowy przewrócił oczami.
— Ale to nie moja wina! — burknął cętkowany w ślad za Bażantem, uderzając gniewnie ogonem o ziemię. Kocur jednak zostawił ich samych, więc niechętnie usiadł, zachowując odpowiednią odległość od nastroszonego wojownika. — W jednym się w takim razie zgadzamy — mruknął, niechętnie przyznając mu tę rację. — Bażant to palant.
— To idę spać. Mam nadzieję, że nic ci nie zrobię — westchnął Zdradziecka Rybka, zamykając oczy.
Rudzik obserwował go nieufnie. O co im wszystkim chodzi? W jaki sposób czekoladowy miał być groźny, szczególnie po tym wszystkim, co przeszedł? Niemrawo ułożył się nieopodal, opierając pyszczek o przednie łapki. Ostatni raz przecież widzieli się nad rzeką, jeszcze z Zajęczą Gwiazdą. Odkąd wrócili do klanu, rudy w ogóle nie zwracał uwagi na kocura.
Przez chwilę było spokojnie. Rybka zasnął. Po jakimś czasie zaczęły się jednak problemy. Zmarszczył czoło, podrygując lekko we śnie.
— Nie. Nie chcę... — szeptał. — Zostaw... — Z każdym słowem jego ciało napinało się coraz bardziej. Oddech mu przyspieszył, a z gardła wyrwał się krzyk.
— Nie! Aaa! — Zaczął machać łapami, kręcąc się na boki.
Rudzik poderwał się jak opatrzony, nie wiedząc, co się w tym momencie dzieje. Dlaczego tak się darł i miotał na wszystkie strony? Niepewnie zbliżył się, chcąc go obudzić, ale dostał przypadkowo łapą w pysk i z cichym syknięciem pełnym bólu wrócił na swoje miejsce.
Ten darł się dalej, coraz bardziej miotając się po ziemi. Wbił sobie zęby w łapę, ciągnąc swoją sierść, która wyszła wraz z krwistym potokiem, ochlapując posłanie
— Pędzący Wietrze, przestań! — Wrzasnął rudy, spanikowany jego czynami. Ilekroć próbował się do niego dostać, dostawał w pysk. — Czy tam Rybko! Albo Zdradziecka Rybko! Zostaw swoją łapę! — krzyczał.
Kocur dalej nie reagował. Nie wiadomo, do czego mogłoby dojść, gdyby nie Bażancie Futro, który wszedł do nich z pomrukiem niezadowolenia. Widząc zamieszanie, nastroszył ogon i spojrzał oskarżycielsko na Rudzika.
— Przecież ci mówiłem idioto, byś go zakneblował! Nawet to do ciebie nie dociera? — syknął, rzucając się na czekoladowego kocura i przyciskając go do ziemi. — Dawaj. Nie poradzę sobie sam. Bo zaraz odgryzie sobie nie sierść, a mięso.
Rudy wciąż z szeroko otwartymi oczami starał się zrobić cokolwiek, choć jego łapy trzymały go w miejscu.
Starał się przypomnieć, co wcześniej mówił mu kocur. Rozejrzał się za mchem i gdy naszła okazja, wcisnął go w pysk żółtookiego.
— Przepraszam, ja nie wiedziałem, że to tak na serio. Myślałem... Myślałem, że przesadzasz — tłumaczył się głupio.
— Czy ja wyglądałem, jakbym przesadzał?! — warknął na niego. Kocur pod nim nadal się szarpał, ale coraz mniej, gdy ten blokował jego ruchy. — Siadaj na nim. Tul go mocno, póki się nie ocknie. I go nie budź, bo się nie wyśpi i padnie z przemęczenia
— Tulić? Dlaczego mam go tulić? To gejowe — wymamrotał, ale ostre spojrzenie Bażanta kazało mu przestać wymyślać. Niepewnie usiadł na Rybce i przytulił się do niego, starając się jak najbardziej trzymać go przy ziemi w bezruchu. — Tak dobrze? — spytał.
— Tak, tylko mocniej. Pilnuj łap. Dociskaj go tak, jakby zależało od tego twoje życie. Bo po części zależy. Jak ci przyleje łapą, to wcale nie jest miło. Nie spadnij z niego i a głowę połóż na jego głowie, by jej nie unosił, bo sobie kiedyś rozbije tę czaszkę — polecił , ziewając, wcale nie przejęty tym, co się działo, tak jakby przywykł do takich sytuacji
Rudzik skrzywił się mocniej. Przecież z boku musiało wyglądać to zarazem komicznie jak i dwuznacznie. Oparł pysk o głowę kocura, a przy każdym oddechu czuł coraz intensywniejszy zapach wody. Z tym mu się kojarzył na ten moment Pędzący głównie.
— I tak całą dzień? — spytał z westchnięciem. — Nie na to się zgadzałem... W sumie to na nic się nie godziłem...
— Nie narzekaj! Trzeba było go tam nie zostawiać. Teraz mu się odpłać pomocną łapą. Ja idę spać gdzie indziej, powodzenia. — I po prostu wyszedł, zostawiając go samego z problemem
— Ale... — Chciał coś dodać, jednak nie było mu to dane. Westchnął, spoglądając z niechęcią pod siebie, na czekoladowe futro. Ilekroć kocur się poruszał, Rudzik dostawał lekkiego ataku paniki i już próbował go unieruchomić, dociskając sobą jego ciało do ziemi.
— Nie ruszaj się, błagam — szeptał. — Uspokój się, Rybko, Pędzący, czy jakkolwiek się teraz nazywasz... — powtarzał, jakby te słowa miały cokolwiek zmienić.
Jego ucho drgnęło nieznacznie, jakby usłyszało jego słowa. Nieco się rozluźnił, wysuwając i wsuwając pazury, podrygując od czasu do czasu. Dopiero po długim czasie wydawał się porządnie usnąć. Rudzik poczuł kolejne drżenie pod sobą. Zestresowany z całych sił przycisnął kocura do ziemi, by ten znowu nie oszalał. Pysk bolał go dalej od jego wcześniejszych ataków.
Rybka nagle stęknął, czując na sobie ciężar. Wypluł mech, kaszląc.
— Bażant, zejdź już ze mnie
— Nie jestem Bażant — westchnął, patrząc na niego nieufnie. — A jesteś już w normalnym stanie? Nie dasz mi znowu łapą w pysk? — spytał.
— Co? — Zamrugał. — Rudzik? Nie... nie dam. Obudziłem się. Agh... cholera znów wyrwałem sobie sierść — skrzywił pysk, widząc krew na łapach. — Ciągle to samo... Błędne koło
Rudy słysząc jego poważny ton głosu, odetchnął z ulgą i zszedł z niego, odsuwając się i tak na bezpieczną odległość. Wciąż mu nie ufał.
— Długo to już trwa? — spytał.
14 lipca 2022
Od Rybki (Zdradzieckiej Rybki) cd Rudzikowego Śpiewu
- Chciałeś nam uciec, Rybko? Zostawić swojego biednego kolegę? - zamruczał, znów zanurzając łepek rudego pod wodę.
Obserwował to z coraz większym strachem. Bał się znów zanurzyć, stracić dech, poczuć to rozrywanie płuc. Nie przejmował się teraz dawnym zastępcą Nocniaków. Martwił się o siebie. Samo patrzenie na to, powodowało u niego atak paniki. Więc tak wyglądał? To było okrutne i przerażające. Z jego pyska zaczęły wydobywać się urwane wdechy, tak jakby już zaczął się topić.
- J-ja? U-uciec? Nieeee - pisnął. - T-to nie m-mój ko-olega - Zrobiło mu się słabo, ciemność powoli go ogarniała, a łapy mrowiły. Musiał odejść od wody. I to już.
Rudzik bezsilnie szamotał się, walcząc o każdy oddech, a skoro tylko miał szansę na zaczerpnięcie powietrza, wykorzystywał ją, jednocześnie starając się odgryźć białemu łapę.
Był głupi. Jak on mógł o tym myśleć?! Przecież oboje wiedzieli, że przegrali. Nie zrobią nic białemu. Czuł się coraz bardziej źle.
- Oh, nie? Nie zaprzyjaźniliście się planując moją śmierć razem? Nic a nic? - syknął, kładąc po sobie uszy lider Klanu Burzy. Zaraz wziął ostry zamach i z uśmieszkiem ochlapał czekoladowego kocura wodą.
Woda opadła na jego pysk; jej drobne kropelki, a on zaczął się tam drzeć, jakby go mordowali. Gdyby tylko miał sprawne kończyny, na pewno by odskoczył i odbiegł najdalej jak się da. Niestety jedyne co mógł w takiej sytuacji zrobić, to wykręcić głowę jak najdalej do tyłu, powodując upadek na swój bok.
- NIC A NIC! TO BYŁ JEGO POMYSŁ! - Wskazał łapa na zastępcę, dygocząc.
Chciał odejść od rzeki. Nie być tu z nim, nie dotykać wody, nigdy. Niech zajmie się rudzielcem, a mu da spokój.
Nagle Rudzikowy Śpiew odskoczył w tył, powodując większy plusk wody. Niewielka fala w pełni zmoczyła czekoladowego, który już tam nie wytrzymywał psychicznie i czuł, że zaraz sam się tam zleje ze strachu. Otrzepał się z wody, dążąc coraz bardziej i bardziej, a oddech mając coraz bardziej świczący. Cofnął się od wody, ale znów go zatrzymano. Co za mysi móżdżek z rudego! Przecież zaraz zajdzie tu na zawał i to z jego winy!
- Pchełko, co to za zamiana stron? Nie mówiłeś, że też chciałbyś się popluskać z Rybką... - Biały zatrzymał się na chwilę, gdy zaraz na jego pysku pojawił się chytry uśmiech. - Proszę, możesz kontynuować. Chyba, że Rybka, zamiast być na dole, wolałby się pobawić z Pchełką, hm? Nie chcesz nauczyć nurkować swojego nie-kolegę? Będziesz miał wtedy spokój ode mnie.
Słysząc propozycję kocura, przebiegł mu po grzbiecie dreszcz. Może jeszcze kilka chwil temu, byłby w stanie przyjąć jego propozycję, by ocalić swoją skórę przed zmoczeniem, ale teraz? Jego słowa były okropne. To jak mówił o tym jak o zabawie… Zemdliło go. Nie chciał dłużej bawić się w jego gierki. Nie chciał słyszeć jego głosu. W oczach zebrały mu się łzy. Chciał do domu...
- Nie będę go topił wariacie! Odejdźmy od wody. Błagam! Odejdźmy! Już koniec zabawy - szlochał.
- Popieram - wykrztusił rudy, cicho kaszląc. - Dwa do jednego, przegłosowane, no to wracamy - oświadczył, ale jego głos był słaby. Powoli starał się przybliżyć do brzegu, chociaż kołysał się przez szok, a łapy mu się plątały.
- Powinieneś uważać, komu się stawiasz, Pchełko - syknął lider, podbiegając do niego i powalając łapą z powrotem do wody. Zaraz spojrzał jeszcze na Rybkę, z obrzydliwym uśmiechem na pysku. Wiedział, że to jego koniec. Zaczął bardziej ryczeć, chcąc uchronić się przed białym. Ten nie robił sobie z tego nic a nic, ciesząc się jak głupi. - Możesz podziękować koledze, jego teksty nie podeszły mi do smaku - wzruszył ramionami, podbiegając do czekoladowego, by wcisnąć jego łeb pod wodę.
Wrzasnął widząc co robi. Wrzasnął, gdy dotknął jego głowy. Przerażenie wypełniło mu ciało, a wnętrzności skręciły. Nacisk na łeb się wzmocnił, a on skończył pod wodą. Zaczął się rzucać, łykając ciecz, krztusząc się i wrzeszcząc pod taflą. Tracił tak cenne powietrze, jednak był za bardzo przerażony i jedyne czego teraz pragnął, to uciec nim tu umrze. Dusił się. Ponownie. Gdy jego łeb wrócił na powierzchnię, pluł wodą, kaszląc i wydając z siebie nieokreślone dźwięki. Ciało pragnęło życia, powietrza, nie wody.
Dojrzał jak Rudzik zaczął cofać się w głąb rzeki, gotów odpłynąć na drugą stronę. Serce mu pękło na tysiące kawałków. Zostawi go? Tutaj? Samego z tym sadystą? Chciało mu się wyć. Jak mógł mu to zrobić?! Obiecali coś sobie. Rudy zatrzymał się w bezpiecznej odległości, jakby słysząc jego myśli.
- Przestań – wykrztusił Rudzik do Zajęczej Gwiazdy – Jeśli sam nie chcesz się topić, to nie rób tego innym.
- Oh, przepraszam. Myślałam, że nocniaki umieją pływać - przy ostatnim słowie, znów nadepnął na głowę Rybki, zanurzając go pod wodę.
- Nie! - wrzasnął, kiedy znów znalazł się w wodnej toni. Szarpał się, dusząc, płacząc i gdy myślał, że odpłynie, że to koniec, że tu umrze, ucisk na głowie zniknął. Wynurzył łeb znów kaszląc, pozbywając się z płuc wody.
Czując na głowie łape białego i jak powoli znów próbuje go zbliżyć na spotkanie z wodą, pękł rycząc jak bóbr.
- Nie! NIE! ONI SĄ NAD RZEKĄ. Nad rzeką, nad rzeką! - powtarzał to w kółko i w kółko, spanikowany.
- Co?! - Rudzik zadrżał, słysząc jego głos.
Na pysk Zająca wszedł obrzydliwy uśmiech. Złamał go. Jednak teraz nie myślał trzeźwo. Poczuł jak kocur delikatnie, niemal troskliwie wyciągnął go z wody i położył na brzegu, daleko od miejsca tortur, podczas gdy Makowa Furia złapała szybko Rudzika za ogon, by ten nigdzie nie zwiał. Pociągnęła go do brzegu, gdzie byli oni. Zdrajca i kat.
- Widzisz, Rybko? A mogłeś mi powiedzieć szybciej, to nie byłoby takich problemów - zamruczał łagodnie Zając.
Nadal kaszlał, wypluwając wodę z płuc. Nawet jeśli jej już tam nie było, on ją czuł. Otarł pysk z cieczy, leżąc na ziemi i drżąc. Uspokajał się... Oddech powoli wracał do normy i właśnie teraz wracało mu jasne myślenie. Na Klan Gwiazd co on zrobił?! Nie wierzył, że to tak się skończyło. Nie potrafił zrozumieć dlaczego. Rozpłakał się tylko w odpowiedzi, chcąc zapaść się pod ziemię. Był zdrajcą. Nie był w stanie wytrzymać dłużej. Opierał się ile się dało. Jego limit został osiągnięty.
Rudzik spojrzał na niego gniewnie, a on tylko się bardziej skulił. Usłyszał złowieszczy śmiech Zajęczej Gwiazdy, zadowolonego z faktu, że dopiął swego.
- Wracamy. Mamy co chcieliśmy - oznajmił, dumnie prostując grzbiet i unosząc ogon.
Znów trafił do szczeliny w skale. Rudzika gdzieś zabrali. Nie obchodziło go gdzie. Skulił się w kącie, oddychając z ulgą, bo nareszcie był sam. Miał spokój i ciszę. Szum rzeki nadal rozbrzmiewał mu w głowie, a płuca paliły. Chciał wierzyć, że jego siostrzeńcy dotarli do obozu i ostrzegli ich, by się stamtąd wynieśli. Jeżeli nadal tam byli... wolał nie myśleć co się stanie. Pogrążył się w rozpaczy, wpatrując się w skałę. Wciąż słyszał głos białego, który do niego mówił, szeptał, śmiał z jego słabości. Nie było go tu przecież... skąd więc dobiegał? Z jego głowy. Zasłonił uszy łapami, ale nadal go słyszał. Był zadowolony, a on cierpiał.
***
Biała figura pojawiła się w wejściu do jego więzienia. Chłodne spojrzenie zielonych oczu przebiło czekoladowego na wylot.
Zadrżał, cofając się aż pod ścianę szczeliny. Czuł zapach krwi i już wiedział, że kocur nie przynosi żadnych dobrych wieści. Lider Burzaków ostentacyjnie oblizał pysk, rozmazując czerwoną ciecz zlepiającą sierść na pysku i gardle. Była gęsta... świeża.
- Dziękuję za pomoc, Rybko. Ty i reszta, co przebywa w Klanie Burzy są ostatnimi Nocniakami na tych terenach - zamruczał gardłowo, siadając niedaleko więźnia, uważnie mu się przyglądając.
Co takiego powiedział? Nie... nie... to znów jego chory żart. Owszem zdradził lokalizację obozu, ale sądził... sądził, że jego kuzyni poinformowali ich, że powinni się przenieść. Nie zrobili tego? Sądzili, że tu wytrzyma? Zabił ich? Wszystkich?
Patrzył na kocura tępo, czując jak brakuje mu tchu w piersi. Spuścił po sobie uszy, kręcąc głową.
- Nie... Nie mogłeś... Klan Nocy jest silny... Nie daliby się wybić! - miauknął żałośnie. Bławatka nie żyła? Mama? Oni wszyscy... martwi? Potwór. To był potwór nie kot. Nogi już mu się zrosły. Czekał na sygnał od Glinianego Ucha do ucieczki, a teraz? Dokąd miałby uciec? Czuł narastającą panikę, zaczął kręcić głową. - Nie. Niemożliwe... - Ale umysł widzący sierść białego w krwistej otoczce, wskazywał na jedno. Że było to prawdopodobne. Przecież nie powiedział kuzynostwu, by ich ostrzegli. Skąd miał wiedzieć ile wiedzieli o tym, co robił mu Zając? Czy ktoś ich poinformował? Nie. Nikt.
Zamordował ich.
On.
Łapami Zająca.
Poczuł łzy spływające mu po policzkach. Nienawiść do kocura. Jak on mógł... Chciał tak bardzo go zabić. Tak bardzo. Mógł to zrobić. Byli sami. Wysunął pazury. To tylko chwila moment. Jednak co zerkał na biel jego sierści, z zamysłem gdzie uderzyć, robiło mu się słabo. Nie dotknie go. Nie był w stanie.
Zajęcza Gwiazda tylko zaśmiał się pod nosem.
- Myślisz, że parę wygłodzonych kotów zdołałoby się obronić przed Klanem Burzy? Przede mną? - Kocur pokręcił głową. - Jesteś jeszcze bardziej naiwny niż myślałam. - na chwilę zamilkł, by mógł przyswoić tę informację. - Jesteś zły, zszokowany. To wszystko racjonalne uczucia, Rybko. Ale pamiętaj, że teraz za każdy, nawet najmniejszy twój ruch, potknięcie, mogę zrobić co tylko chcę. Bo nie jesteś dłużej użyteczny. Więc uważałbym na twoim miejscu.
Poznał Zająca dobrze przez ten czas jaki ze sobą spędzili, dlatego wierzył w to, że mógł to zrobić, wybić Klan Nocy. Ile razy na początku o tym mu wspominał? On sam nie potrafił się przed nim obronić. Jednak... Nocniaków było więcej, powinni nawet jak wychudli, uciec przed atakiem. Ale to był potwór. A teraz oświadczył mu, że był sam, że był zdany na jego łaskę. Miał rację. Teraz był skończony. Mógł go zabić w każdej chwili. Jego i Rudzika. Po co miał trzymać ostatnie Nocniaki przy życiu? Wybije ich do cna i słuch po nich zaginię. Chyba, że zrobi z nich obiekt do podziwiania, trofeum, by pokazywać ich Burzaką jak jakiś zagrożony wyginięciem gatunek. Obie opcje brzmiały okropnie. Nie chciał tu zostawać, ale też i nie chciał umierać.
- Co z nami w takim razie zrobisz jak nie jesteśmy ci potrzebni? - miauknął gorzko. - Wypuść nas. Odejdziemy... Nie usłyszysz o nas nigdy...
- Oh Rybko, Rybko - zacmokał, kręcąc łbem. - Myślisz, że zadałem sobie tyle trudu, żeby teraz od tak was wypuścić? Ostatnie Nocniaki? Nie, mój drogi, nie. Zostaniesz tu i będziesz cieszył moje oko do końca twoich dni - zamruczał biały. - Poza tym, co ty byś teraz beze mnie zrobił? Pływać nie możesz, nie polowałeś od tylu księżyców... nieetycznym byłoby cię tak wypuszczać na pewną śmierć.
Przerażony wbił w niego wzrok. Na zawsze? Nie ma ucieczki? Nie... nie... On się mylił. Dałby sobie radę. Byle być jak najdalej od niego. Od białego koloru futra, jego oczu, które przeszywały go na wylot. Znów zaczął kręcić łbem.
- Poradzę sobie. Rudzikowy Śpiew też przecież jest... on ze mną pójdzie. Będę tutaj ciężarem, nie potrzebujesz mnie, osłabiam tylko twój klan... Nie jestem od ciebie zależny. Skąd taki pomysł? NIE BĘDĘ TWOJĄ ZABAWKĄ DO TOPIENIA - wydarł się na niego, już poważnie panikując. Bał się, bardzo. Nie chciał go widzieć codziennie, dzień w dzień, słyszeć jego głosu. Czuł, że oszalałby doszczętnie. Chociaż czy teraz nie był już zepsuty? Widział go wszędzie, we snach, na jawie, jego głos dźwięczał wciąż i wciąż mu w głowie. Wolał jednak odejść. Spróbować zapomnieć. Zapomnieć jak o złym śnie.
- O, nie słyszałeś? Wypuściłam Rudzikowy Śpiew. Był zbyt... irytujący na moje nerwy. I zwiał. Najszybciej jak potrafił. Chyba mu jednak na tobie nie zależało. W ogóle - Wzruszył ramionami.
Co? Rozszerzył oczy ze zdumienia. Nie. To jakiś żart? Zerknął w stronę wyjścia, by sprawdzić czy gdzieś tam chodzi ta pokraka, ale nic nie dostrzegł. Owszem... w nocy słyszał jakieś wrzaski, ale nie spodziewał się, że... Nie. Nie mógł mu tego zrobić.
- Czemu go puściłeś, a mnie nie?! - wytknął to. - To też Nocniak! Bo co? Bo był zastępcą? Ja też jestem irytujący! Wypuść mnie! - błagał.
Dlaczego Rudzik go zostawił? Czemu to zrobił? Obiecał, że zrobią to razem.
- Bo ty, Rybko, jesteś jedyny w swoim rodzaju. Tak ciężko byłoby mi się z tobą rozstać... więc uznałam, że nie będzie takiej potrzeby - zamruczał gardłowo, z szerokim, obrzydliwym uśmiechem na pysku.
To będzie zawsze go prześladować do końca życia. Łzy wezbrały mu w oczach.
- Co?! Jak to?! NIE. Co niby jest we mnie wyjątkowego? - Jego serce nie nadążało nad oddechem. Będzie go torturował do końca życia?! Bo uznał go za wyjątkowego?! - Co chcesz mi zrobić? - przełknął ślinę, czując jak zaraz tam zemdleje ze strachu.
Wiadomość, że miał tu zostać... z nim...
- A muszę coś chcieć? Lubię cię mieć przy sobie, to tyle - zamruczał biały. - Chcę cię tylko trochę doedukować, nic wielkiego. Ah, i w końcu możesz mnie nazywać moim imieniem. Jestem Piaskowa Gwiazda, mój drogi.
Zaśmiał się na jego słowa. On już totalnie zwariował. Albo to on już tracił zmysły? Kojarzył ją, ale nie ma mowy, by była biała. I przypadkiem nie umarła? Nie... nie mogła opętać lidera... Czy to znaczy, że nawet po śmierci się od niej nie uwolni? Przetarł łapą pysk. To było chore.
- Chyba wariuje... - wydusił. Pokręcił ponownie głową. - Jak na Klan Gwiazdy?! Niemożliwe! To chore! Ty nie żyjesz, nie powinno cię tu być!
- Powiedzmy, że lider, który aktualnie jest moja kukiełką popełnił błąd zadzierając ze mną - zamruczała, szczerząc się do więźnia. - Więc radzę ci, nie popełniaj tego samego błędu co on.
Jej kukiełką? Sterowała nim? Bał się kota, który nawet nie był jej ciałem? Czy ona powariowała?! Już miał traumę, gdy widział biały odcień futra. Zniszczyła go... dla zabawy... Skulił uszy na te słowa. Nie chciał popełniać żadnego błędu. Nie chciał mieć jej w swojej głowie. Przecież to... to byłoby piekło. Nie uwolniłby się od niej nigdy.
- W czym chcesz mnie edukować? - zamiast tego zmienił temat, by zrozumieć po co on jej tak naprawdę był i jaki czeka go los.
Biały uśmiechnął się delikatnie, siadając wygodniej.
- W życiu, mój drogi - zaczęła spokojnie. - Widzisz, nie wszystko jest czarno białe, jak ci się wydaje. Uważasz mnie za potwora, a to co robię za chore. Wiele tak uważa. A ja uważam, że pozostanie obojętnym wobec rzeczy, które dzieją się wbrew mym ideałom za chore. Jak można leżeć spokojnie, gdy widzisz, że wszystko na co pracowałeś lega powoli w gruzach? W łapach niekompetentnego lidera, niekompetentnych wojowników... wrogów, a czasem przyjaciół.
Znasz to uczucie, Pędzący Wietrze. Dobrze wiem, że znasz. Inaczej byś mnie nie zaatakował na zgromadzeniu. Nie mogłeś patrzeć, jak depczę po ciałach wojowników z Klanu Nocy, więc postanowiłeś mnie zabić. Wiedz jednak, że nie jestem za to zła. Już nie. Możesz spać spokojnie, nie martwiąc się o to. Już nic ci nie zrobię. Mam jednak dla ciebie propozycję. Zostań tutaj. Z własnej woli. Jako wojownik Klanu Burzy. Dobrze wiesz, że nie ma lepszego wyboru. Ze mną u władzy będziemy niepokonani, a ty już nigdy nie poniesiesz porażki. Chcesz wracać do Klanu Nocy? Do Rudzika, który jako jedyny się ostał? Po tym, jak cię tu zostawił? Nawet jeśli wierzysz, że Klan Nocy żyje, to odpowiedź sobie szczerze. Myślisz, że cię przyjmą? Nawet jeśli uciekli, podałeś lokalizację ich obozu. Nie potrafisz znieść widoku wody. Zostaniesz odrzutkiem. Wszyscy tam uznają cię za dziwadło. Zostaniesz pośmiewiskiem. Co będziesz z tego miał?
Jej propozycja... zostanie w Klanie Burzy. Sierść mu się zjeżyła. Nie chciał być Burzakiem! Zdradziłby wtedy wszystkich najbliższych. Jednak miała rację. Przecież... jak mógł być Nocniakiem z fobią do wody? I czy przypadkiem nie powiedział, że był ostatnim z nich? Sądził, że większość mogła ocaleć? Nie rozumiał jej słów. Brzmiały inaczej, tak jakby szaleniec odszedł, a pojawił się ktoś normalniejszy. Przecież przed chwilą mu groziła, a teraz? Zaproponowała współpracę. Nie rozumiał. Gubił się już w tym wszystkim.
- Nawet jeśli... to tam nie będzie ciebie i twoich chorych zapędów - syknął na nią pod nosem. - Poradzę sobie. Oni zrozumieją. A nikt im nie powie co zrobiłem. Rudzik nie zdradziłby mnie. Więc... się mylisz. Nie zrobiliby tego. Będę bohaterem, który tobie się oparł. Nie złamałaś mnie aż tak, bym ci przyklasnął i tu został na zawsze z własnej woli. Torturowałaś mnie! Kto za kimś takim by poszedł? Tylko ktoś nienormalny!
- Nie musisz klaskać, udowadniać mi niczego. Już pokazałeś swoją wartość. Gdybyś został, nie musiałbyś szukać sposobów, by płaszczyć się przed nowym liderem. By znaleźć poparcie jako odrzutek wśród swoich, tak niepasujący, tak... zepsuty.
A odpowiadając na twoje pytanie... kto jest normalny po doświadczeniu mordu i tortur? Po usiłowaniu zabójstw i zobaczeniu jak przez własny błąd zginęło tyle kotów.
Nie będziesz bohaterem, Pędzący Wietrze. Bohaterzy nie istnieją. Bo władzę i chwałę nie przynoszą godne, bohaterskie czyny. Tym możesz zaskarbić sobie sympatię, która zniknie, nim się obejrzysz. Szacunek i lojalność możesz zdobyć tylko siłą. Psychiczną, czy fizyczną, wciąż siłą. A przy użyciu siły, zawsze ktoś ucierpi.
Nie rozumiał jeszcze bardziej co się działo. Kocur... nie przypominał dawnego siebie. No... prócz tej krwi na pysku. Stał się miły... za miły. Gdzie groźby? Gdzie podziała się Rybka? Najpierw ogłaszał, że zostanie z nim na zawsze, że szkoda go wypuszczać, bo umrze. A teraz... proponuje mu zostanie wojownikiem od tak? To się łączy z jego poprzednią wypowiedzią? Nie rozumiał...
- To przez ciebie jestem zepsuty! Zniszczyłaś mnie! Po co? By wymordować niewinne koty? - Pokręcił głową. - Nie chcę widywać cię codziennie. Mam dość koszmarów z tobą. Gdybym tu żył, czułbym się nadal jak w więzieniu.
- Do więzienia można się przyzwyczaić, mój drogi. Spójrz tylko na mnie. Siedzę w tym obrzydliwym ciele już tyle księżyców, a jednak wciąż mam jasny umysł. Nie chciałam wymordować niewinnych kotów. Źle na to patrzysz. Mój Klan głodował, a Klan Nocy mimo moich próśb o pomoc nigdy nie zareagował. Nie byli niewinni. Każdy ma coś za uszami i nie nam to oceniać. Teraz, chcę ci tylko pomóc, tak, jak ty pomogłeś mi dokończyć niedokończone sprawy. Nie będziesz mógł żyć normalnie otoczony wodą należącą do Klanu Nocy. Naprawdę chcesz tego dla siebie? Ty też możesz dokończyć ten etap w swoim życiu i zacząć jako wojownik Klanu Burzy. Bez zbędnego bagażu. Nikt nie spojrzy na ciebie jak na odmieńca, jeśli to ja powiem, że jesteś jednym z nas. Wierzą mi we wszystko. W każde słowo. Wierzą, że to co mówię im pomoże, wzmocni. Bo pokazałam im to. Ty też pokazałeś mi, że jesteś warty miana mojego wojownika. Naprawdę chcesz przepuścić taką szansę?
Zacisnął pysk.
- Dlatego wymordowałaś ich?! Oni też głodowali na wyspie, gdy ukradłaś nam tereny! Byliśmy kwita! I skąd pewność, że cię nie zabiję, gdy zwrócisz mi wolność? Może nadal chcę się zemścić za to co zrobiłaś mojemu klanowi? I czemu ci tak zależy bym został twoim wojownikiem? Zasłużyłem przez swój upór, czy tak bardzo podobają ci się moje krzyki? Czy chce przepuścić? A jeżeli ci odmówie to co? Wypuścisz mnie? Spójrz lepiej na siebie. Może Zabiłaś mi całą rodzinę. Mam żyć z kimś takim w klanie? Nawet jeśli jestem zepsuty... Nie naprawisz szkód.
- Myślisz, że boję się śmierci? - zamruczała gardłowo. - Myślisz, że zależy mi na tobie? Być może. Twoja wytrwałość to coś, czym niewielu wojowników może się pochwalić. Pójdę o krok dalej i powiem, że jesteś jednym z bardzo nielicznych. Mało kto by tyle wytrzymał pod moją łapą. Jeśli chcesz zyskać potęgę i nie popełniać dłużej błędów to tak. Żyłbyś ze mną w jednym klanie. Bo wiesz, że się nie mylę. I mimo moich brutalnych metod, zawsze zyskuję co chcę.
A szkody? Rany się goją, mój drogi. A nawet najokropniejsze blizny z czasem zarastają sierścią. Kot bez szkód, to jak wojownik bez pazurów i kłów. Im więcej przeżyłeś, tym silniejszy będziesz. Zepsucie nie musi być złe. Ważne, że czegoś się z niego nauczysz i nie dasz skrzywdzić w ten sposób drugi raz.
Nie rozumiał. Nic już nie rozumiał. Miał masę wątpliwości. Nie wiedział co zrobić, jak zareagować. Czuł, że kot miał rację. Jednak... nie chciał by Rudzik uznał go kiedyś za zdrajcę, gdyby spacerował po terenach Burzaków. Spojrzał na swoje łapy. Teraz ta cała niewola nie miała dla niego sensu. Świrował. Co było dobre, co było złe? Te cierpienie było czymś dobrym? Prychnął śmiechem. Podniósł się na łapy i spojrzał na kocura. Był niby teraz silny? Musiał to sprawdzić. Podszedł bliżej, aż nie stanął tuż przy jego pysku. Zapach krwi był duszący. Spuścił łeb, kręcąc głową.
- Silniejszy... - Nagle przybił go do ściany łapami, tak jak podczas ich pierwszego spotkania. Zrobiło mu się słabo. - Silniejszy? - po czym padł na ziemię, cały dygocząc. Zwinął się w kłębek, chowając pysk w łapach. - To czemu nie potrafię cię zabić?!
Wyraz pyska białego nie zmienił się, aż do końca jego pytania. Podszedł do niego i schylił łeb.
- Bo tego nie chcesz, Pędzący Wietrze.
- Jak to nie chcę?! Chciałem odkąd zaatakowałaś nasz klan! Odkąd okaleczyłaś mojego siostrzeńca! Rudzik miał cię otruć! Więc co ty mi tu gadasz... - parsknął powoli popadając w obłęd.
- Tak. Chciałeś. Ale już nie chcesz. Wiesz, że to nic by nie dało. Wiesz, że nie zmieniło sytuacji. A z drugiej strony, nie chcesz upodobnić się bardziej do mnie.
Nie chciał? Nie. Nie chciał. Jednak z innego powodu, chociaż jej słowa brzmiały sensownie.
- Nie.To nie to... Przerażasz mnie. Dlatego nie potrafię tego zrobić. Jesteś zmorą, koszmarem, który mnie niszczy i w dzień i w nocy. Chce od ciebie uciec, a ty wracasz. Nie wierze w twoje zapewnienia. Drwisz sobie ze mnie. Mordowałaś mnie dzień w dzień nad rzeką. Zostaw mnie - miauknął, nadal nie zmieniając pozycji, chowając się przed jego wzrokiem
Coraz więcej wątpliwości. Coraz więcej pytań zaczęło krążyć mu po głowie. A co jeśli to nie była ona? Może przez ten cały czas to był Zajęcza Gwiazda, a ona teraz wygrała władze o ciało? Jednak jej słowa temu przeczyły... A jeżeli zlali się w jedno? I byli już kimś... innym z tymi samymi wspomnieniami?
- Mordowałam? - mruknęła, zbliżając się do kocura. - Nie, to nie tak. Nie dałabym ci zginąć. Zmora, koszmar? Słyszałam już gorsze określenia na siebie, ale wierzę, że to wszystko nieporozumienia. Droga do potęgi wymaga takich poświęceń. Ty już wiele poświęciłeś, nie musisz dłużej cierpieć - miauknęła, przykładając nos do jego czoła.
Załkał, gdy zbliżyła zakrwawiony pysk do niego. Nie wiedział co się dzieję. Był w szoku. Spojrzał na jej gardło obmazane krwią i skulił się bardziej, chowając głowę między łapy. Poczuł dotyk jej pyska na swojej głowie. Został naznaczony krwią najbliższych. Zamordował ich. Nie żyli przez niego.
- Cierpię gdy cię widzę. Nawet teraz. Cierpię, bo zamordowałaś mi rodzinę. Jak to... to mogą być nieporozumienia? - Krew z pyska białego zleciała mu z głowy, aż na pysk. Sapnął, ledwo co łapiąc oddech.
- Poświęcenia, Pędzący Wietrze. Zapominasz tego słowa. Oni poświęcili się, byś ty mógł żyć dalej. Nie ma godniejszej śmierci niż taka.
Jak to... poświęcono ich za niego? Zemdliło go. Świat z niego drwił. Teraz już nie wiedział co się działo. To był chory żart? Musiał.
- Nie chciałem... nie chciałem tego. Ja się poświęciłem. Ja miałem zginąć, nie oni... - wydusił z siebie.
- Los nie zawsze wybiera, tak jakbyśmy chcieli, dziecko. Jeśli tego nie zaakceptujesz, resztę życia spędzisz obwiniając się za coś, co nie było pod twoją kontrolą. Chcesz tego?
Nie chciał. Ale zdawał sobie sprawę, że to nie był żaden los. To była jego decyzja. Sam sprowadził na klan nieszczęście.
- Było pod moją kontrolą. Gdybym ci nie powiedział... nie powiedział... wtedy... To moja wina... Powiedziałem ci, a ty ich zabiłaś - zapłakał.
- Nie miałeś wyboru. Możesz mnie za to obwiniać. Zabiorę to brzemię od ciebie. Nie dałam ci wyboru, dlatego tak to się skończyło.
Jej słowa... były pozbawione logicznego związku. Gdzie podział się Zając? Ten, który nawiedzał go we snach? Czy to możliwe, że zniknął, gdy zdradził swój klan? Ale... nie. On tu był. Wszedł z tym uśmiechem do niego. A teraz... Nic mu tu nie pasowało. Czuł się tak jakby rzeczywistości mu się mieszały, a każda z nich była inna.
- Co z tobą jest nie tak?! Byłaś zła, a teraz udajesz troskę! Nie wiem co robisz, po co to. Nie rozumiem kim jesteś! - miauknął łapiąc głęboki oddech - Kim ty jesteś? - szepnął, próbując pojąć to wszystko umysłem. Kim ona była? Co tu się działo?!
- Nie płacz, dziecko. Jestem Piaskowa Gwiazda. Być może nie rozumiesz, kim jestem, jednak w głębi duszy znasz odpowiedź na to pytanie. Musisz tylko jej odszukać. Kiedyś wszystko ci się rozjaśni, Pędzący Wietrze - Biały nos oderwał się od czoła kocura, a sam Zając powoli zaczął opuszczać legowisko Rybki, chcąc zostawić go samego z własnymi, mętnymi myślami.
Kiedy odszedł, leżał tam jak zamurowany, czując jak głowa zwilżyła mu się już zastygającą krwią. Powieka mu zadrżała, a przez ciało przeszedł dreszcz. Piaskowa Gwiazda. Kim ona była? Nie znał odpowiedzi. W jego głowie była tylko pustka. Kim była Piaskowa Gwiazda? Potworem? Katem? Zającem? Kim ona była?! Czemu nie dała mu jasnej odpowiedzi. Co się stało podczas ich rozmowy? Dlaczego nagle tak zmieniła nastawienie? Kim była?
A kim był on? Blizny się zrastają, jednak nie te jego. Co miał zrobić? Co zrobić, gdy umysł był zniszczony, a on nie wiedział już co było prawdą a co fałszem. Dlaczego mu to zrobiła? Obwiniać ją... zabrała jego winę na siebie... Przecież Zając chciał tego. By ją czuł, by odczuwał, że to jego wina. Wtedy, gdy uciekli jego siostrzeńcy. Mówił mu to. A teraz? Zabrał winę na siebie.
Co tu się na Klan Gwiazd działo?!
***
Został wypuszczony przez nową liderkę Burzaków. Domyślił się, że Zając umarł. Odszedł… jednak nie na długo. Mógł opętać kogoś znowu. Czy on był następny? Nie chciał jej w głowie. Do teraz nie rozumiał co się z nim stało. Nie czuł się jak dawniej. Był inny… zniszczony, pokonany.
Nie zatrzymał się na pożegnania. Nie spojrzał na Gliniane Ucho. Po prostu odszedł, biegnąc ile sił w łapach przez tereny Burzaków. Kierował kroki w stronę farmy Szalonego Dziadka, by okrążyć jezioro. Nadkładał sobie drogi, fakt, ale nie zamierzał przeprawiać się przez rzekę, która przez ostatnie księżyce stanowiła jego miejsce tortur. Szukał Rudzikowego Śpiewu. Tylko on mu został. Teraz po tym wszystkim musieli trzymać się razem i kto wie? Odbudować dawną potęgę? Chciał w to wierzyć, bo stracił już całą nadzieję. Dopiero teraz zrozumiał, że tyran miał rację, co do jego stanu zdrowia. Już dyszał, a łapy bolały od krótkiego biegu. Stracił formę. I nie tylko to. Stracił coś cenniejszego, co definiowało go jako Nocniaka. Swojego ducha. Czuł się zniszczony, wyżuty i wypluty. Gardło go suszyło, ale myśl, że miałby podejść do wody, sprawiała że odechciewało mu się pić. To wszystko jego wina. Gdyby nie on, mógłby cieszyć się nadal życiem. Teraz to była tylko jego marna imitacja. Czekał na deszcz, cokolwiek, jednak chmury nie wyglądały na chętne do współpracy. Szedł dalej i dalej. Ominął miejsce, gdzie była niegdyś kłoda prowadząca na wyspę. Rzucił jej tylko zmęczony, zamglony wzrok, kierując się przed siebie. W lesie padł.
"Co ty byś beze mnie teraz zrobił? Pływać nie możesz, nie polowałeś od tylu księżyców... nieetycznym byłoby cię tak wypuszczać na pewną śmierć."
Wspomnienie... jego głosu... Miała rację. Umrze tu nim znajdzie Rudzika. Zakaszlał, czując palący ból w gardle. Zamknął oczy, odpływając w błogą nicość.
***
Ocknął się w innym miejscu. Był w norze. Obok leżał mech nasączony wodą. Od razu napił się, gasząc pragnienie. Dojrzał, że wraz z nim był tu ktoś jeszcze. Jakiś samotnik... Widząc, że się ocknął, podszedł kręcąc głową.
- Nie wiem co z wami jest nie tak dzikusy, ale powinniście na siebie bardziej uważać. Gdyby nie ja, już byś nie żył - miauknął z powagą srebrny.
- Dziękuję - sapnął, siadając. Kocur nie wyglądał na niebezpiecznego, a nawet jeśli to nie miał sił i ochoty na walkę. Przyjął od niego jakieś zioła, nie zastanawiając się czy to przypadkiem nie trucizna. Chciał tylko znaleźć Rudzika... Właśnie! Może samotnik go widział?
- Czy widziałeś może rudego kocura z białą plamą na piersi? - zapytał, wbijając w niego oczekujący wzrok.
Zielarz pokręcił głową.
- Tylko ciebie tu ostatnio widziałem. Wasz klan chyba opuścił to miejsce - zauważył. - W sumie dobrze, bo mogę teraz ze spokojem zbierać rośliny, a nie być ciągle przeganiany.
Zwiesił łeb. No tak. Klan Nocy przecież nie istniał, a jeśliby ocalał, to raczej by mu powiedział, że widział jakichś niedobitków. Czyli rudy wojownik musiał przeprawić się przez rzekę i tereny lisów. Mógł być po drugiej stronie. Ciekawe czy pochował trupy ich rodzin, gdy dotarł do obozu.
- Muszę już iść - podniósł się na łapy.
- Jak chcesz, ale następnym razem na mnie nie licz. Wolę pomagać kotką - poinformował, pokazując mu wyjście.
Ciekawe w takim razie, dlaczego się nim zainteresował. Pomylił go z samicą? Prychnął, opuszczając nore. Świtało. Brzuch odezwał się głośno, powodując że zmuszony był wpierw zapolować. Przynajmniej przetestuje czy i w tym tyranka miała rację. Pamiętał jak to się robiło. To nie mogło mu tak nagle wylecieć z pamięci. Odszedł w las, odprowadzany wzrokiem przez samotnika.
***
Upolował mysz. Zeszło na to długo, ale nadal potrafił to zrobić. Takich umiejętności się nie zapomina. Posilił się nią ze smakiem, ruszając w dalszą drogę. Nie czuł klanowych zapachów. Zdążyły już się rozejść, pozostawiając pustkę ciążącą na okolicy. Szedł i szedł, aż jezioro nie zamigotało spod drzew i krzewów. To nie było jeszcze to miejsce. Zatrzymał się.
Szelest liści. Spiął mięśnie, nasłuchując. Odwrócił powoli łeb, w porę obserwując, jak czyjaś sylwetka przybija go do ziemi. Stęknął, a widząc Bławatkowy Potok, otworzył z szokiem pysk. Ona również nie wierzyła własnym oczom, przyglądając się jemu jak duchowi. Zaśmiał się, co wytrąciło ją z równowagi. Zeszła z niego, a on nie mógł odwrócić od niej wzroku.
- Pędzący Wietrze, to ty? - miauknęła zdumiona.
- Też umarłem? To Klan Gwiazd? Nie spodziewałem się, że ciebie jako pierwszą tu spotkam - powiedział.
Kotka szybko pokręciła głową, podchodząc do niego bliżej.
- Nie jesteśmy w Klanie Gwiazd. Rudzikowy Śpiew mówił, że żyjesz, ale... Jak? Co tu robisz? Uciekłeś im?
Rudzik. Od razu wstał na łapy, patrząc jaśniejszym wzrokiem na kotke. Rudzik mówił? A to oznaczało...
- To wy żyjecie?!
- Tak, żyjemy. Zaprowadzę cię do obozu. Przenieśliśmy się z dala od jeziora, w bezpieczne miejsce. - wyjaśniła.
Zalała go fala ulgi. Czyli jednak jego siostrzeńcy ich ostrzegli. Odeszli. Piaskowa Gwiazda nie wybiła Klanu Nocy. Znów... znów się nabrał... Przytulił się do niej, mocząc łzami jej sierść. Szczęście. To teraz czuł.
- Mama i moi siostrzeńcy żyją? - dopytywał.
- Tak. Nawet zostali mianowani na wojowników. - Odsunęła się od niego, prowadząc do obozu. Ruszył za nią. Chciał to zobaczyć, uwierzyć i mieć nadzieję, że ten koszmar dobiegł już końca.
***
Radości nie było końca. Matka go wycałowała, wytuliła za wsze czasy. Tęsknił za nią, jak za resztą rodziny. Siostrzeńcy jednak nie byli zbyt zadowoleni na jego widok. No tak... przecież Orzech stracił z jego winy oko. Nigdy go za to nie przeprosił, nie było okazji. Kiedy bliscy się rozeszli, skierował do nich kroki. Siedzieli razem we trójkę, mordując go wzrokiem.
- Ja... Przepraszam. - miauknął do swojego dawnego ucznia. - Mam nadzieję, że mi wybaczysz, Orzechowa Łapo.
- Orzechowe Serce - poprawił go kocur.
- Tak, Orzechowe Serce. Nie spisałem się jako wujek, jak i jako mentor. Gdybym wiedział sam oddałbym swoje oko, w zamian za twoje.
Kocurek wzruszył ramionami.
- Robiłeś co konieczne, by nas nie zdradzić. Jesteśmy wdzięczni, że namówiłeś Burzaki, by nas wypuścili, ale i tak... - Wziął głęboki oddech. - I tak pękłeś co?
Zdumiony rozszerzył oczy. Skąd... Przecież... Nie... Rudzik by go nie zdradził. Nie powiedziałby nikomu o jego wpadce. Zdradził wrogowi lokalizacje starego obozu, prawda. Pękł i się tego wstydził. Wierzył, że z jego łap wszyscy zginęli i był ostatni...
- Zawsze powtarzałeś, że byś umarł za klan. A tu jesteś, żyjesz. Co poszło nie tak? - kontynuował. - Gdybyśmy się stamtąd nie wynieśli, pewnie bylibyśmy martwi. - wytknął mu to. - Brzydzę się tobą. - I po prostu odszedł.
Dalia ruszyła za nim, jednak Tojad został.
- Masz przerąbane. Może trzeba było już zostać tam z tymi Burzakami, skoro tak się super dogadywaliście? - Splunął mu pod łapy, kierując się za rodzeństwem.
Rozejrzał się po obozie. Koty na niego zerkały. Czy myśleli tak samo jak oni? Że był zdrajcą? Dreszcz przebiegł mu po grzbiecie. Wygnają go? Przecież... chronił ich tyle księżyców! Nie mogli mu tego zrobić, nie mogli...
- Krucza Gwiazda cię woła - Bażancie Futro stanął tuż za nim. Spojrzał na niego, a ten uciekł w bok wzrokiem. Nie miał mu za złe, że go zostawił. Zrobiłby to samo na jego miejscu. Byle ochronić klan...
Wstał i udał się w stronę miejsca, gdzie oczekiwała na niego czarna. Nie wiedział co się stało z Niezapominajkową Gwiazdą, nie miał szans zapytać. Wszedł do legowiska, w którym urzędowała i już wiedział, że ta rozmowa nie będzie wcale prosta.
- Wróciłeś?
To jedno słowo, które padło jej z pyska, sprawiło mu duży dyskomfort. Żadnych innych pytań, żadnej mimiki na twarzy, nic.
- Tak... Wypuścili mnie - miauknął spięty. - Ich lider nie żyje...
- Zabiłeś go?
Kolejne krótkie pytanie. Czuł, że miał przechlapane. Nawet jak wrócił, patrząc po reakcjach siostrzeńców, wiedział że ona również wiedziała. Przecież mogli jej powiedzieć...
- Nie. To nie moja sprawka, chociaż kilka razy tego próbowałem... - odpowiedział jej.
Uniosła brew.
- Jasne. Masz mnie za głupią, Pędzący Wiatrze? Czy może wolisz by się do ciebie zwracać Rybka? - prychnęła, jeżąc sierść. - Słyszałam wszystko. Zdradziłeś nas, a teraz ze mnie kpisz?
Położył po sobie uszy. Czyli jednak Rudzikowy Śpiew go zdradził! Gdy usłyszał z jej pyska swoje prześmiewcze określenie, nadane mu w Klanie Burzy, poczuł skręt w jelitach. Nie. To niemożliwe. Ten koszmar powinien się zakończyć, a nie trwać nadal...
"Gdybyś został, nie musiałbyś szukać sposobów, by płaszczyć się przed nowym liderem." Jej głos, czy raczej jego zadźwięczał mu w głowie.
- Nie, nie wolę Krucza Gwiazdo. Zajęcza Gwiazda mnie torturował przez wiele księżyców. Kupiłem wam czas. Gdyby złapał Bażanta, to on by od razu wszystko wypaplał i nas by wybili. Uwierz, nie chciałem. Tak wyszło, ale was nie było w tamtym miejscu już dawno. - tłumaczył się. Tylko tyle mógł teraz zrobić.
Kotka zmrużyła oczy.
- Więc mówisz, że nie wyrzekłeś się nas? Nie stałeś się jednym z nich?
- Nie! Jestem wierny nadal Klanowi Nocy. Staraliśmy się zabić ich lidera, zemścić się za to co nam zrobił. Nigdy się was nie wyrzekłem. Nigdy też nie zostałem burzakiem. Byłem tylko więźniem. Rudzikowy Śpiew potwierdzi, widział wszystko! - zapewniał.
Jak mogła nawet o czymś takim myśleć? Nawet kuszony przez Piaskową Gwiazdę, nie dał się przeciągnąć na stronę Burzaków.
Czarna uśmiechnęła się.
- Dobrze, wierzę ci. - odrzekła, siadając, a go zalała ulga - W ramach potwierdzenia twych słów upoluj mi rybę. Schłodź się w chłodnej wodzie. Znów poczujesz się jak w domu. - mruknęła.
Zamarł. Gdyby to było tylko takie proste. Spiął się cały, machając zdenerwowany ogonem. Rudzik nie mówił jej w jaki sposób byli torturowani? Wbił pazury głębiej w ziemię.
- Ona... torturowała mnie w wodzie... - Spojrzał na swoje łapy, czując narastającą presję. - Wybacz Krucza Gwiazdo, nie dam rady.
Liderka wstała i podeszła do niego.
- To nie była prośba. - syknęła koło jego ucha. - Udowodnij dziś, że jesteś jednym z nas. Później pozwolę ci unikać wody ile będziesz chciał. Albo wracasz do swoich królikojadów, Rybko. - prychnęła z pogardą, podążając do wyjścia. Zatrzymała się, by zerknąć na kocura . - Więc co mam ogłosić klanowi?
Zacisnął pysk. Serce waliło mu jak oszalałe, po usłyszeniu jej słów. Musiał to zrobić... Musiał... Nie mógł pozwolić Piaskowej Gwieździe i na to. Jej słowa o zostaniu samotnikiem, nie mogły się spełnić.
Znów słyszał je, lecz te niedawne, co wywarły się mocno w jego pamięci.
"Myślisz, że cię przyjmą? Nawet jeśli uciekli, podałeś lokalizację ich obozu. Nie potrafisz znieść widoku wody. Zostaniesz odrzutkiem. Wszyscy tam uznają cię za dziwadło. Zostaniesz pośmiewiskiem. Co będziesz z tego miał?"
"Nie będziesz bohaterem, Pędzący Wietrze. Bohaterzy nie istnieją. Bo władzę i chwałę nie przynoszą godne, bohaterskie czyny."
Coraz bardziej wierzył w te słowa. Trudno było zgodzić się z kimś, kto przez księżyce sprawiał ci ból. Jednak miała rację. Nie był już Nocniakiem. Udawał przed Kruczą Gwiazdą, że było w porządku. Ona to wiedziała. Postawiła mu ultimatum. Albo to zrobi, albo miał wracać do swojego kata, który już nie żył.
- Upoluje rybę - Wyminął ją w przejściu.
Nie wierzył w to co robił. Był jednak zdeterminowany.
Widział tu małe jeziorko. Koty schładzały się w nim po upalnym dniu. Na sztywnych łapach dotarł aż nad brzeg, zatrzymując się.
Dreszcze przebiegły po jego grzbiecie. Nie da rady. Ta falująca tafla, jego śmiech... ucisk na głowie. Zamknął oczy, łapiąc głęboki oddech. Musiał to zrobić.
Jeden krok.
Dusił się. Ponownie był pod wodą i walczył o oddech.
Zamrugał, a wizja zniknęła.
Nie wiedział co się działo. Co to było. Pamiętał jak polowało się na ryby. Wystarczyło wyciągnąć jedną na brzeg i po problemie.
Dotknął łapą wody. Czuł jak go pali, jak wyżera mu skórę. Zacisnął pysk.
Musiał to zrobić.
Czuł jak wszyscy na niego patrzą. Pewnie już o nim słyszeli i jego strachu do wody.
"Wszyscy tam uznają cię za dziwadło. Zostaniesz pośmiewiskiem."
Gula w gardle mu ciążyła, a łzy zaczęły mu ściekać po policzkach.
Kolejny krok.
Nie było tu żadnej ryby. Były głębiej. Dalej. W nicości. Musiał iść dalej... By udowodnić im, że się mylą.
Kolejne kroki. Szum rozchlapywanej wody, bulgotanie, gdy łykał ciecz do płuc.
Spojrzał w niebo, tak jakby miało mu pomóc nie patrzeć pod łapy.
Poczuł jak coś ociera się o jego kończynę. Zerknął w dół i dojrzał rybę. Jej podwodny kształt. Łasiła się do niego. Jakby wiedziała, że nie stanowił zagrożenia. Nie był głęboko, woda sięgała mu poniżej łokci.
Ale była tu. Dotykała go. Szeptała. Znów był nad rzeką. Czuł ciężar białego na sobie. Zrobiło mu się ciemno przed oczami i zemdlał.
- Bażancie Futro wyłów tą pokrakę. - zarządziła Krucza Gwiazda, obserwując męczącego się rybojada. - Z racji tego, że z twojej winy go pojmali będziesz pomagał mu stać się znów Nocniakiem. Od ciebie zależy czy wasza dwójka będzie dalej żyć w tym klanie.
- Co? To chyba jakiś żart. - syknął kocur.
- Nie pyskuj tylko wyłów, Rybkę. - prychnęła. - No chyba, że ktoś inny chce go przygarnąć?
- Ja mogę - zgłosiła się Bławatkowy Potok, spoglądając zaniepokojona na nurkującego przyjaciela.
Bażancie Futro klnąc pod nosem pobiegł mu na ratunek i wyłowił, dając mu kilka razy po pysku, by się ocknął.
Czekoladowy zakaszlał, wypluwając z siebie wodę. Drżał cały, widząc tylko rozmazany obraz tego co działo się w obozie.
- Klanie Nocy! Nasz brat powrócił z Klanu Burzy po wielu księżycach do domu. Lecz nikomu z nas nie umknęła jego zmiana. Został pozbawiony swojej tożsamości. - ogłosiła. - Od dzisiejszego dnia aż dopóki nie pozbędzie się swojego lęku do wody zwany będzie Zdradziecka Rybka. Bławatkowy Potok i Bażancie Futro niczym rodzice wprowadzą go na nowo do życia w naszym klanie.
Zapowietrzył się. Usłyszał prychnięcie dawnego przyjaciela, który siedział tuż przy nim. Nie był zadowolony z decyzji kotki. On również.
"Nie będziesz bohaterem, Pędzący Wietrze. Bohaterzy nie istnieją. Bo władzę i chwałę nie przynoszą godne, bohaterskie czyny".
Jego świat właśnie runął na tysiące drobnych kawałków.
<Rudzik?>