Przeszłość, Pierwsza Pora Opadających Liści po opuszczeniu Świetlików
Kątem oka zauważył ruch. Było ich więcej. Napiął mięśnie. Nie zwiastowało to nic dobrego.
— No, no… Żółtko, nie spodziewałem się, że przyprowadzisz nam nowego kolegę… — wymruczał gardłowo jeden rudy kocur z raną na oku. Starał się on grać groźnego i tajemniczego, jednak z zawahaniem stawiał swoje łapy po pokrywie śmietnika. — Tylko mam nadzieję, że nie zechce on nam zepsuć naszych interesów, bo to nie spodoba się naszej głowie rodziny — zeskoczył do nich na ziemię.
Rudzielec nie był ani wysoki, ani barczysty. Wyglądał raczej na kota, który zajmuje się szpiegostwem lub kradzieżami.
— Oczywiście, że nie. Chciałam tylko was zapoznać wszystkich. Nazywa się Leon i jest tutaj nowy wraz z jego ojcem — powiedziała głupiutka Żółtka. — Leonie, teraz rozmawiasz z Krasnym. Jest zabawny i mówi, że zajmuję się tą częścią rynku wraz z jego rodziną.
Ta “rodzina” nie wyglądała Leonowi na pokrewieństwo kotów, tylko grupę zorganizowaną z hierarchią tak jak klan lub inna banda. Zmrużył nieufnie oczy i zlustrował Krasnego.
— Twój przyjaciel nie ma języka w pysku, że sam nie umie się przedstawić? Czy po prostu go mamusia nie wychowała? — Krasny rzucił pierwszą zaczepką, na którą Leon nie zareagował.
Chciałby się rzucić na rudzielca. Dawno nie walczył, a bardzo mu tego brakowało. Jednak nie byli na własnym terenie, a w dodatku nie mieli przewagi liczebnej. Musieli się jakoś wycofać.
— Może jest trochę nieśmiały — Żółtka niepewna zerknęła na niego, jakby czekała aż się odezwie.
Krasny zamruczał, rozbawiony mając nadal na pysku swój krzywy arogancki uśmieszek. Tego już było za wiele. Wyszedł naprzeciw rudzielca, na co ten się wzdrygnął.
— My już sobie pójdziemy. Miło było, ale się skończyło — mruknął twardo, zagarniając ogonem Żółtkę w stronę wyjścia.
Krasny tylko zastrzygł uchem. Nikt się nie pożegnał. Leon wraz z Żółtką szybko wyszli z alejki i skierowali się do domu. Do momentu aż nie zniknęli za rogiem, czuł na sobie wzrok tamtych kotów. Nie rozumiał, jakie relacje “biznesowe” łączyły Żółtkę z tą bandą, jednak zamierzał się dowiedzieć na swój sposób i najwyżej zepsuć im interesy.
***
Przeszłość, poprzednia Pora Nagich Drzew
TW: walka i śmierć
Siedział w koronie drzew, patrząc na koty, które już wcześniej spotkał w centrum. Jednak teraz oni byli na jego terenie. Znajdowali się niedaleko farmy ostryg, na skraju klifu. Wichura oraz padający deszcz maskował jego obecność, a nieświadome trzy koty z centrum zajmowały się polowaniem. Rozpoznał tylko Krasnego oraz Ostka, a trzeciego kota nie kojarzył, jednak ten wyróżniał się z owej trójki, ponieważ miał obrożę. Czyli wychodziło na to, że w “rodzinie” nie tylko znajdowali się samotnicy.
Zacisnął mocniej pazury na gałęzi. Był wściekły. Może Żółtce nie przeszkadzało to, że jej tak zwani przyjaciele wchodzili na jej teren. Może była za słaba, jednak od niedawna on zaczął wraz z Louisem stawiać oznaczenia zapachowe, jednak intruzi je zignorowali. On nie zgadzał się z nikim na jakieś układy ani tajne plany, choć, to miejsce od niedługiego czasu było już jego.
Cierpliwie czekał, aż ktokolwiek podejdzie pod drzewo, żeby schronić się przed warunkami atmosferycznymi. W końcu rudzielec podszedł pod drzewo i zawęszył między korzeniami drzewa, szukając myszy. Jedzenia było tu wiele, z tego, co wiedział Leon. Nie polował przecież za często. Dostawał dobre jedzenie w domu. Jednak nie zamierzał dzielić się własną zwierzyną z obcymi.
Z głośnym warknięciem zeskoczył z drzewa, prosto na barki mniejszego od siebie Krasnego. Rudzielec pod ciężarem runął na ziemię i zaczął się szamotać w panice, a pozostała dwójka z przerażenia podkuliła ogony i ruszyła do ucieczki.
— Czy to są te wasze interesy z Żółką? Wchodzenie na nasz teren? Zapomnieliście jeszcze uzgodnić te sprawy ze mną i z Louisem! — warknął, chcąc przekrzyczeć świsty wiatru, szum deszczu oraz fal.
— Pożałujesz, że położyłeś łapska na mnie, ty leszczu! Rodzina nie toleruje takich zachowań! Za ochronę zbieramy zwierzynę! Złaź ze mnie! — Krasny kopnął go w brzuch i szybko wywinął się z jego uścisku. Jednak, zamiast wiać, stanął naprzeciw niego, gotów do pojedynku.
Leon otarł pysk z piany, której dostawał na sam widok rudzielca.
— Sam jestem w stanie obronić swoje tereny! Przed tobą, twoją rodziną, samotnikami, lisami i innymi psami! Twoja głupia banda może co najwyżej mi podskoczyć, a ty wrócisz z obdartą skórą i powyrywanymi wąsami, że śmiałeś przekroczyć granicę zapachową!
— Chyba bardzo chcesz skończyć w odmętach tej zatoki. Przywitasz się z innymi, którzy tak bardzo chcieli powstrzymać Rodzinę przed osiągnięciem swoich celów — Krasny stawił krok bliżej niego, cały zjeżony z wysuniętymi pazurami.
— Zobaczymy, kto będzie zaraz pływał z rybkami, jeśli nie ucieknie wraz ze swoimi kolegami.
Na pysku Krasnego pojawił się kwaśny grymas. Trafny komentarz, co do jego kolegów, raczej mocno zapiekł.
Nie musieli dłużej gadać. Oboje rzucili się na siebie z pazurami. Drapiąc, popychając się i turlając po trawie, coraz to bliżej byli krawędzi klifu. Krasny zauważając to, złapał go za kark, chcąc zrzucić go z klifu. Jednak nie docenił siły Leona. Srebrny zbił go z łap, jednocześnie zarzucając rudym w stronę krawędzi. Krasny starał się trzymać przednimi łapami i zębami w jego karku, gdy jego łapy zwisały w przepaści.
Leon bez wahania przednimi łapami zdarł z siebie Krasnego, który z całych sił walczył, by nie zostać zrzucony z klifu. Jednak walka była już przesądzona. Rudzielec z dzikim wrzaskiem i strachem w oczach spadł z wysokości. Spadając tak, jego krzyk został zduszony przez wiatr oraz szum wzburzonej wody, która z impetem uderzała o ściany klifu. Nawet nie było słychać upadku. Leon tylko widział, jak rude ciało roztrzaskuje się o skały i spoczywa na jednym z głazów, które obmywają fale. Posoka zabarwiła wodę i szkarłatne pasmo powoli rozciągało się w głąb morza.
— Wystarczyło, byś zwiał wraz z twoimi… A jednak wolałeś zginąć w walce… — mruknął do rudego, jakby ten mógł go jeszcze usłyszeć.
Jego barki i kark krwawiły od pazurów, jednak nie czuł bólu ani nieprzyjemnego pieczenia. Adrenalina nadal go trzymała pobudzonego. Swoimi rozszerzonymi ślepiami spojrzał się w kierunku traw, gdzie kłosy poruszały się niezgodnie z kierunkiem wiatru. Z zieleni wystawił łeb Ostek, który z przerażeniem wpatrywał się w niego. Czy widział całe zdarzenie? Leon postawił jeden krok w jego kierunku, jednak buras zniknął w trawach, ponawiając ucieczkę, tylko tym razem na dobre.
Czy właśnie stał się mordercą? Pewnie Mglisty Sen wraz z innymi Świetlikami potraktowaliby go jak Rysi Trop… Czy Żółtka będzie na niego zła, skoro pozbył się jednego z kotów, którzy pasożytowali na niej oraz jej terenach? Czy jego ojciec, by pochwalił jego zachowanie? Nie był pewien, jakie odpowiedzi były na te pytania, które wirowały w jego umyśle jak szalone, jednak pewien był jednego. Zaspokoił swoją żądzę walki. Tego mu właśnie brakowało najbardziej. Tak jak za dobrych czasów w Klanie Wilka.
Polizał się po ranach, które już przestawały krwawić i ruszył w stronę domostwa. Może nie musiał zachowywać się jak święty na nowych terenach? Wybicie tej całej “rodziny”, która rządziła okolicą, potraktuje jako nowe hobby.
🌳
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz