Gdy w końcu otworzyła duże, brązowe ślepka, otaczający ją świat począł stawać się nieco bardziej zrozumiały – chociaż wciąż jedynie na poziomie, na jakim zrozumiały mógł być dla takiego szkraba. Stawiając swoje pierwsze mikro-kroczki, uważnie rozglądała się po otoczeniu, czyniąc przy okazji nowe, fascynujące odkrycia. W końcu dowiedziała się, jak wyglądały inne istoty, żyjące wraz z nią w żłobku – przynajmniej taką nazwę miejsca, w którym obecnie przebywała, zasłyszała – i było tu znacznie tłoczniej, niż wcześniej przypuszczała! Mogła też wreszcie poprawnie dopasować głosy współlokatorów do ich wyglądu, pyszczków, zachowań. Cóż, przynajmniej przy większości z nich, bo niektórzy wcale nie byli rozmowni – chociaż ona sama nieszczególnie wiedziała dlaczego. Pod innymi względami nie byli wcale wycofani czy nieśmiali. Zwłaszcza jej kemowy kolega, Milczek, którego wszędzie było pełno. Z chęcią z nią brykał, zawsze z uwagą słuchał historii opowiadanych kociętom przez piastuna. Wydawał się taki energiczny i żywy, a jednak… jakby całkowicie brakowało mu głosu, prawie tak samo, jak jej siostrzyczce, Centurii! Wełnianka głowiła się nad tym przez jakiś czas, ale ostatecznie zaakceptowała ten fakt jako coś normalnego, uznając, że zapewne część kotów naturalnie nie była w stanie mówić. Nie przejmowało jej to, nawet gdy one częściej od reszty opuszczały ich przytulną kryjówkę wraz z rodzicielkami, aby odwiedzić legowisko medyków – a ich matki zawsze wracały z tych spotkań z nietęgimi minami. Ona sama zresztą również pewnego dnia wybrała się z nimi. Cóż to była za frajda! Dymna kocica o mądrych oczach zadała jej kilka pytań, wyraźnie zastanawiając się nad jej przypadkiem, chociaż ona nie miała pojęcia, czemu. Nie zrozumiała ani słowa z tego, co uzdrowicielka przekazała Fląderce. Nie wiedziała też, dlaczego czekoladową tak bardzo zmartwiła ta informacja. Przecież ona mówiła zupełnie normalnie! Prawda...?
Zmieniło się to dopiero, gdy do kociarni pewnego dnia zajrzał starszy, jednooki wojownik.
Wparował tam z uśmiechem na pysku i radosnym tonem przywitał całą ferajnę małych kulek, podrzucając im przy okazji zwierzynę. Następnie niby przypadkowo zagaił rozmowę z ich piastunem, uprzednio jakby nerwowo rozglądając się dookoła, po czym wymamrotał coś konspiracyjnie ściszonym głosem. Wełnianka, jak każdy ciekawski kociak, nadstawiła opędzelkowanych uszek, przysłuchując się tej ściśle tajnej konwersacji.
— Ale pomyśl, Widliku — niebieski zaczął tonem wyraźnie przejętym, nawet gdy emocje przykryte były przez szept. — To nie może być przypadek...! Dwoje kociąt, niespokrewnionych, oboje od brązowych matek? I oboje nie potrafią mówić? To musi być jakiś spisek… Co, jeśli one napchały ich pyski tym błotem, z którego wypełzły? Może przez to tego nie umieją? A ta jedna… — Ukradkiem zerknął na młodą koteczkę, która starała nie dać po sobie poznać, że od początku przysłuchiwała się tej konwersacji. — Może jeszcze da się jej pomóc? Jakby tak to wykaszlała…
— Siwa Czaplo… — przerwał mu w połowie zdania kremowy piastun, wzdychając cicho. Następnie wskazał coś wzrokiem drugiemu kocurowi i oboje opuścili kociarnię, co pozostawiło Wełniankę z ogromem pytań i mierną ilością odpowiedzi.
Muł? Błoto? I co miał z tym wspólnego kolor jej rodzicielki? Dlaczego miała kasłać? O czym oni w ogóle mówili? Fląderka, jej mama – przecież ona by jej nigdy nie skrzywdziła! Czyż nie?... Zawsze tuliła ją do snu, karmiła, mówiła do niej tym kochającym tonem…
Pręgowana czym prędzej opuściła żłobek, licząc, że zdoła jeszcze złapać starsze koty i zapytać je o znaczenie tego wszystkiego, ale niestety się spóźniła – jednooki kocur najwyraźniej już odszedł, a ona sama wpadła wprost na Złocistego Widlika, delikatnie odbijając się od niego i przewracając, po czym… zwyczajnie zaczęła chlipać, jak to na zagubionego malucha przystało.
< Widliku? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz