BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obsmarkany Kamień x Lwia Paszcza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obsmarkany Kamień x Lwia Paszcza. Pokaż wszystkie posty

17 stycznia 2024

Od Obsmarkanego Kamienia CD. Lwiej Paszczy

 Usłyszał o tym, że Lwia Paszcza była w ciąży. To było dla niego szokujące, ponieważ nie słyszał, aby z kimkolwiek się spotykała. Na samą jednak myśl, że wybrała innego czuł przeogromny smutek. Liczył na to, że coś więcej łączyło ich dwójkę. Pragnął być przy niej, spełniać jej najróżniejsze prośby, by tylko ta raczyła go odrobiną uwagi. Lecz teraz... Co mógł począć? Czy wciąż miał prawo się do niej zbliżać, skoro związała swe życie z kimś innym? 
Na nic mu teraz wiedza o gwiazdach, o których uczyła go matka oraz wojownicze miano. Spóźnił się, a życie po raz kolejny zdawało się z niego naigrywać. Czy będzie już na zawsze sam? Nie będzie mógł dostać tego zakazanego owocu, który spowodował, że szarość życia została rozjaśniona przez promienie nadziei? 
Nie umiał sobie z tym poradzić. To tak bolało. Rozrywało jego serce i był głuchy na wszystko co działo się w obozie. Przeżywał swój pierwszy miłosny zawód i nie potrafił pogodzić się z nową rzeczywistością. W końcu... zdawało mu się, że Lwia Paszcza go lubiła. Chodzili na spacery, rozmawiali... Wszystko było w porządku. Nie dostrzegł w niej negatywnych odczuć, które mogły wskazywać na to, że za nim nie przepadała. Zresztą... gdyby go nie lubiła, nie zgadzałaby się na ich samotne wypady poza obóz. 
A może uczynił coś co ją zraniło? Ale wtedy raczej kotka by z tym się nie kryła, a powiedziała mu o tym prosto w twarz. 
Mimo to bał się z nią spotkać i dość długo odwlekał w czasie ten moment. Obserwował z daleka żłobek, zastanawiając się kto był ojcem kociąt. Liczył na to, że dzięki oglądaniu kto wchodzi do środka dowie się czegoś więcej. Niestety... pomimo, że parę kotów do niej zaglądało, tak żaden w jego ocenie nie wydawał się partnerem rudej. Często odwiedzała ją rodzina, ale nikt nowy. 
Odwagę odzyskał dopiero wtedy, gdy doszły go wieści, że Lwia Paszcza urodziła. Wtedy też na drżących łapach pokonał dzielący go dystans i skierował swoje kroki do żłobka. Pierwsze spojrzenie na rudą piękność sprawiło, że łapy się pod nim ugięły. Wciąż działała na niego niczym wonny kwiat, który wabił pracowite pszczoły. 
— Lew...? — wydał z siebie dźwięk, który sprawił, że jej wzrok na nim spoczął. 
Czy powinien podjeść? Musiała być na niego zła, że tak nagle zniknął z jej życia... Nie chciał jednak przeszkadzać jej oraz jej nowo założonej rodzinie. Musiał jednak dowiedzieć się kto był ojcem tych kociąt, które właśnie zauważył u boku swojej niedoszłej partnerki. Jedno było rudę, a drugie szylkretowe. Liczył na to, że rzut oka na jej młode spowoduje, że dowie się kto był ojcem, ale dalej nie mógł nikogo do tego wytypować. Najwidoczniej musiał zapytać wprost. 
— J-ja... przepraszam, że... że wcześniej cię nie o-odwiedzałem... Chcia-ałem się za-apytać... Kt-t-to jest o-ojcem two-oich dzie-eci...? 
— Minęło trochę czasu... Byłam pewna, że umarłeś, jednak Ostowy Pęd powiedział mi, że jeszcze żyjesz. — syknęła nie będąc zadowolona, że kocur poruszył temat ojcostwa jej kociąt. — To jest bardzo dobre pytanie Smarku. Sama się zastanawiam kto jest ich ojcem. — Spojrzała na śpiące u jej boku kocięta, starając się zignorować zaskoczony wyraz pyska czarnego na jej odpowiedź. Niechętnie dokończyła myśl, będąc ciekawa reakcji kocura. — A im dłużej się zastanawiam, to dochodzę do wniosku, że ty jesteś ich ojcem. Tak, na pewno jesteś ojcem Margaretki. Spójrz tylko na nią... — Odsłoniła kociaka, by Obsmarkany Kamień mógł jej się przyjrzeć — Widzisz? Jej taka jak ty, mała i słaba. Piwonia taka też była, dlatego umarła... Była z nich wszystkich najbardziej do ciebie podobna. Gdyby tylko się wdały we mnie, tak jak Nagietek... — Strzepnęła uchem unosząc pysk ku górze i na chwilę odwracając spojrzenie od swojego gościa.
Zamarł w szoku, a jego pysk otwierał się i zamykał. On... był ojcem?! Spojrzał po dzieciach i rzeczywiście Margaretka zdawała mu się podobna do ich dwojga. 
— Jak... jak to się stało...?! — pisnął, robiąc śmielszy krok na przód. — Na-naprawdę jestem ta-tatą? A ja... ja myśla-ałem, że ma-asz innego ko-kocura — od razu zalała go ulga, bo okazało się, że ukochana go nie zdradziła. Wciąż była mu wierna, a on za dużo sobie wmówił. — Prze-epraszam, że cię z t-tym zostawiłem. Są-ądziłem, że mnie już nie chcesz... Dla-atego nie przy-ychodziłem. O-obiecuje po-pomóc je wy-wychować.
— Nawet jeśli bym miała innego, to wiedz, że nie ważne co, to właśnie ty zajmujesz w moim sercu szczególne miejsce. I nie, nie mam innego kocura... Jeszcze — zamruczała dostrzegając ulgę na pysku kocura, a ostatni wyraz wręcz wyszeptała. — Kocięta się biorą z miłości Smarku. Musisz mnie bardzo kochać, więc dlatego Gwiezdni zdecydowali się zesłać mi te kocięta jako dowód twej miłości do mnie. — Uśmiechnęła się niewinnie do kocura, pozwalając mu podejść bliżej niż powinien — Poza tym porą nagich drzew spędzaliśmy ze sobą sporo czasu. Nie mów, że zapomniałeś... — Drgnęła lekko uchem, po czym sięgnęła pyskiem w kierunku szylkretowego kociaka, którego ostrożnie przesunęła w stronę jego "ojca" — Chcesz ją przytulić? Powinieneś. Powinna znać zapach i głos swojego ojca.
Rzeczywiście. To była prawda... Nie potrafił mimo to dalej w to uwierzyć, lecz powoli szczęście zaczynało rozpływać się po całym jego ciele. Był tatą! Naprawdę był! Nie do wiary! 
Skinął głową i objął swoją córkę, starając się być ostrożny w tym, aby nie zrobić jej krzywdy. Była taka malutka! Poczuł jak łzy radości zaczynają spływać mu po mordce. 
— Marga-aretko, cześć. Tu ta-tata. Jakaś ty pię-ękna — wymiauczał, zachwycając się nad tym, że miał pod swoimi skrzydłami swego potomka. Matka mu nie uwierzy jak jej powie! To była najszczęśliwsza chwila w jego życiu! 

<Lew?>

10 grudnia 2023

Od Lwiej Paszczy CD. Zasmarkanej Łapy (Obsmarkanego Kamienia)

 Przysłuchiwała się bełkotowi opuszczający pysk Zasmarkanej Łapy. Dopiero po paru uderzeniach serca zaczął mówić z sensem, a przynajmniej mówił coś co zaciekawiło rudą na tyle, aby nie przerwała Smarkowi paplaniny. Była zaskoczona faktem jak jej matka, Ziębi Trel oraz matka czarnego kocura było do siebie podobne. Kocice mogły znaleźć wspólny język jakim było wychowanie potomstwa na porządne koty, a nie coś pokroju bezstresowego wychowania Różanej Przełęczy. 
Może i w niej młoda wojowniczka znalazłaby sojusznika? Czas pokaże, chociaż z tego co zdążyła zauważyć to liderka już położyła swe brudne łapska na samotniczce. Samotnicze, która mogła być dla rudej bardzo przydatna i mogła się bardzo przysłużyć klanowi. Kto wie co zdążyła jej powiedzieć na temat Lew i jej rodziny.
— Tak Smarku, to nic złego — rzekła miło przyglądając się otarciom i siniakom zdobiące ciało tej żałosnej kupy futra. — Jak chcesz ją również ci mogę pomóc przezwyciężenia strach. — zaproponowała. — Musisz być odważny, jeśli chcesz kroczyć u mojego boku. A chcesz tego, prawda Smarku? — Przejechała lekko końcówką ogona po nosie kocura, o mały włos nie sprawiając, że obsmarkał jej białe futerko na ogonie. — Chyba nie chcesz mi przynieść wstydu? Musisz się wziąć w garść. Bo teraz mimo tych przypomnień to nadal jesteś żałosny. A ja nie mogę pozwolić, aby otaczały mnie żałosne koty i zdrajcy. — Wysunęła pazury i drasnęła lekko kocura po brzuchu, tak by rana nie rzucała się w oczy, co najwyżej przypominała otarcie o jakiś ostry kamień bądź inny przedmiot — Co ja ci mówiłam o synu liderki? Zapomniałeś już? — Spytała z pogardą w głosie — Widziałam jak opuściliście obóz razem. Mam nadzieję, że zbliżyłeś się do niego tylko po to, aby obsmarkać to jego paskudne futro. 
— Chcę — potwierdził z pewnością w głosie. — D-dla ciebie postaram się być lepszym kotem. 
Skulił się czując ból i słysząc jej pytanie. Wbił w nią wielkie przestraszone oczy, a jego pozycja wskazywała na to, że chciał zapaść się pod ziemię.
— T-t-tak j-ja sma-smarkałem w niego, b-bo ma m-mięciusią sierść... N-nic więcej.
— "M-mięciusią"? — zapytała zażenowana odpowiedzią, czując przeogromną złość na syna Żmii, że jeszcze miał czelność prawić komplementy kocurkowi w jej obecności — T-ty... — nie dokończyła, bo postanowiła wybrać inną metodę. Przybrała znowu łagodny wyraz pyska prostując się, mimo to w jej żółtych oczach przez cały czas dało się dostrzec pogardę — No, spisałeś się Smarku. Zadbałeś o to, żeby to moja sierść była najmiększa i najwspanialsza. Oby tak dalej. — pochwaliła kocura, lekko pacnęła go łapą w geście aprobaty — Następnym razem możesz użyć miodu, bądź żywicy do tego małego sabotażu, trudniej się go pozbyć. — wymiauczała cicho podsuwając jakże wspaniały plan. Problem był taki, że musieli poczekać, aż się ociepli. — To ty Smarku, głównie ty musisz stać na straży mojej wspaniałości. Nikomu innemu nie mogę powierzyć tego zadania.
Pokiwał gorliwie głową, aby nie widzieć ponownie jej złości. 
— O-oczywiście. D-dla ciebie wszystko — zapewnił. — Nie chcia-ałem ci umniejszać. Two-twoje futerko jest zde-zdecydowanie milsze i przyjemniejsze i n-nie śmia-ałbym go za-asmarkać.
— Tylko byś spróbował, a byłoby to po raz pierwszy i ostatni — przestrzegła kocura. Doceniała to, że panował nad swoim mokrym nosem w jej obecności i zachowywał należyty odstęp od niej, o ile sama się do niego nie zbliżyła. — Muszę przyznać, że pora nagich drzew potrafi mieć swój urok. To twoja zasługa — przysiadła na ubitym przez kocura śniegu, bacznie obserwując otaczający ich teren. Mimo mrozu, udało im się trafić na całkiem sprzyjająca im porę dnia, podczas której płatki śniegu opadały delikatnie z nieba, niczym tańczące kryształki. — Swoją pierwszą styczność ze śniegiem źle wspominam. — wyznała melancholijnie — Dobrze, że przesiedziałam porę nagich drzew w ciepłej kociarni. Nie wyobrażam sobie rozpocząć treningów od przymusowego biegania w zaspach śnieżnych...
Na moment wstrzymał oddech, bowiem ta bliskość kocicy go onieśmieliła. Wpatrywał się w nią maślanymi oczami, potakując jej na wszystko co wychodziło z jej pyska. Widać było po nim, że zadurzył się w niej po uszy.
— T-tak... Mi cię-ciężko się tre-trenuje. Nie je-estem tak u-uzdolniony jak ty.
— To prawda. Gdybyś był rudy, wszystko przychodziłoby ci z łatwością, tak jak mnie czy mojemu rodzeństwu. Wierzę jednak, że już niedługo zakończysz trening i zostaniesz wojownikiem, tak jak ja. Ciekawe jakie imię dostaniesz od naszej miłosiernej liderki...
— Oby pa-pasujące do mnie. B-bo nie chce mieć takie-ego, które by by-yło po-ponad twoje. Nie-e zasługuje na ta-akie wyróżnienie.
— Cóż, najpewniej twoje imię będzie zawierać nadal człon Smark. — Nie ukrywała rozczarowania z tego powodu. — Ja bym się go pozbyła i zmieniła na coś brzmiącego groźnie, tak abym podczas przedstawiania ciebie nie musiała czuć zażenowania. Jesteś czarny, jak noc... I chodzisz za mną jak cień. Można by to połączyć i stworzyć coś pięknego. Coś co będzie pasowało do Smarka z przyszłości, który zmężniał przez te kilka księżyców nie chcąc rozczarować czy to mnie, czy własnej matki.
Słysząc to kocur wyprostował się i uśmiechnął.
— M-myślisz? Oh... — Zaszurał łapą w śniegu. — T-tak. Chcia-ałbym, ale wą-ątpie, że liderka ta-ak o tym pomyśli jak ty...
— Jak mój brat dojdzie do władzy mogę mu szepnąć na uszko, aby zmieniono ci imię, jeśli oczywiście to które otrzymasz będzie cię ośmieszać.
— B-b-bardzo dziękuje. — Pochylił głowę w podzięce. — N-nie wiedziałem, że twój brat t-taki a-ambitny. J-ja nie chciałbym zostać li-liderem. T-to przerażające — zadygotał na samą myśl o tym.
— Nie mówiłam ci tego? Tyle się działo, że pewnie wyleciało mi to z głowy. — Zamyśliła się, była niemal pewna, że wspominała o tym kocurowi. — Nie ma w tym nic przerażającego Smarku. To sam zaszczyt. Będąc liderem masz możliwość kierowania wojownikami i dbania o nich. Nie każdemu to wychodzi... — parsknęła myślami wspominający rządy liderów podczas, których panowania żyje — Ale z moim bratem u władzy to się zmieni. Umocni sojusze, a przede wszystkim zadba o nasz klan, tak jak żaden inny lider nie zadbał pomiędzy rządami mojej praprababki, a jego. — Z pyska wydobył się pomruk zadowolenia, kocica naprawdę nie mogła się doczekać przejęcia rządów przez brata — Pewnie rzuciło ci się w oczy, że większość kotów to "starszyzna"? To jeden z przykładów złych rządów, który nadal się utrzymuje. Klan był słaby, dlatego kocięta się nie rodziły. Ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Jednak teraz to się zmienia, a będzie jeszcze lepiej. Za czasów Piaskowej Gwiazdy dobrze się kotom żyło, tak mówi mój dziadek. No chyba, że ktoś okazywał się zdrajcą. Dla zdrajców nie ma miejsca w klanie. Skażone nasiona trzeba wyplenić, prawda? Ach, ile bym dała by się wtedy urodzić — westchnęła rozmarzona, nie wspominając o tym ile by dała, aby ze Smarka był większy pożytek niż łechtanie jej wielkiego ego — Jutro też wybierzemy się na spacer — zaproponowała, czy też raczej zażądała od kocura, aby znalazł jutrzejszego dnia dla niej czas. 
— O-oczywiście. Dla ciebie wszy-wszystko. Nie odmówiłbym to-towarzystwa takiej pięknej kotki j-jak ty — miuaknął, a jego uszy aż się zaczerwieniły. Nieśmiały uśmiech pojawił się na moment na jego pysku, bowiem ta chwila to było spełnienie jego marzeń.
Z jej pyszka wyrobił się cichy, wymuszony chichot, po czym podniosła się ze śniegu. Nieco zmarzła, jednak nie śmiała tego otwarcie powiedzieć. Bo jeszcze z czarnego pyska mogłaby paść propozycja, która za żadne skarby nie chciała przyjąć. Gdyby kocur był rudy z chęcią by przyjęła propozycję wtulenia się w jego sierść, jednak sama myśl wtulenia się w czarną ohydną sierść sprawiała, że jej żołądek zrobił fikołka. Tak też wolała zacisnąć zęby i wytrzymać jeszcze przez chwilę poza obozem. Skinieniem głowy dała znać synowi Żmii, aby ruszyli naprzód – kocur w tri miga poderwał się na równe łapy i przystąpił do torowania ścieżki dla córki Zięby. Przynajmniej dzięki truchtowi trochę się ogrzeje nim wrócą do obozu. 
I tak jakoś wyszło, że ta zimowe spacery na tyle im weszły w krew, że nikogo z wojowników nie dziwiło już zbytnio to, że ruda kocica wymykała się z obozu w towarzystwie swojego drogiego chłoptasia, który mimo wad, całej ich sterty, był dla niej w stanie zrobić wszystko. A ona to bardzo ceniła. 

***

Smark był oporny i to jak. Wciąż był żałosny, mimo kolejnych otarć na ciele nie zmądrzał ani trochę. Czy to mogła być wina jego styczności z innymi nie rudymi kotami? Bardzo możliwe. 
A żeby tego było mało, Lew miała okazję zobaczyć w całej okazałości jak bardzo był żałosny. Kocur dopuścił się zniewagi liderki Klanu Wilka na zgromadzeniu, tym samym, po którym to Lew została niesłusznie ukarana. Gniew na liderkę i na kocura przelały szalę. Doszła do wniosku, że coś z czarnymi kotami musi być doprawdy nie tak. Przeszedł ją dreszcz, gdy przypomniała sobie, że jedna z liderek Klanu Burzy sprzed jej narodzin była czarna. Na samą myśl zrobiło jej się niedobrze, że coś takiego zostało wybrane na tak ważne stanowisko, jakim była pozycja lidera.
— I takie są skutki rządów jednego nieudolnego kota... Ugh! — odrzuciła na bok mech. Trudno było jej się uspokoić, przez cały czas pracy z mchem jej ogon poruszał się nerwowo.
Brakowało jej tej wolności, słodkiej wolności, którą zyskała wraz z zostaniem wojowniczką. Nie mogła sama opuszczać obozu, ktoś zawsze musiał jej towarzyszyć. Poza tym znalazło się kilka kotów, które czerpały satysfakcję z możliwości wysłuchiwania się kotkom. Z trudem mogła znieść karcące spojrzenie matki, która ilekroć się mijały po tym jak ją ukarała, traktowała rudą jak powietrze. W uszach wciąż dźwięczały jej słowa brata, że kocica na pewno się ich wyrzeknie. Tylko z jakiej racji miałaby się ich wyrzec, skoro nie zawinili?! Na szczęście jej ukochany dziadek wciąż jeszcze żył, więc miała komu mówić to co jej leżało na serduszku. 
— L-Lewku...
— Co?! — syknęła rzucając spojrzenie na kocura, który nagle zmaterializował się tuż obok niej. Zamachnęła się na niego łapa, w której trzymała mech i zatrzymała ją tuż przed pyskiem czarnego. — Och. Byłam pewna, że słyszałam brzęczenie jakiegoś natrętnego owada, którego chciałam pacnąć łapą, a to na całe szczęście tylko ty Smarku. — Faktycznie, ulżyło jej, że w legowisku uczniów w tej chwili nikt poza nimi się nie znajdował. Była ciekawa gdzie wywiało jej brata. Może to i nawet lepiej, że go nie było? — O co chodzi? Nie umiesz mchu wymienić?
— U-umiem... Ba-ardzo mi przykro, że też do-ostałaś karę. To niespra-awiedliwe. Nic prze-ecież nie zrobiłaś złego. Sły-yszałem od twojego bra-ata jak było na-aprawdę.
— Tak, to prawda. Jednak to żadna nowość, nie rudzi liderzy lubują się w ośmieszaniu moich bliskich, sprawia im chyba to jakąś wewnętrzną satysfakcję. Taka tradycja najwidoczniej mojego rodu, bycie niesprawiedliwe karanym. — podjęła podnosząc się z ziemi i zbliżyła się do zdegradowanego ucznia okrążając go z lekkością. — Niektórzy wojownicy doszukują się faktycznie w tym mojej winy, zapominając o prawdziwym winowajcy. Dobrze, że ty do nich nie należysz Smarku. Niech pozostali żyją sobie w obłudzie, bo tak dla nich wygodniej. Szkoda tylko, że prawość w Klanie Burzy została ukarana w imię pokrewieństwa z liderem. Zamiast czterech, powinien być jeden zdegradowany wojownik... Co o nas inni liderzy teraz myślą nawet nie chce wiedzieć.
— M-mnie Szakala Gw-gwiazda chciała zjeść — zadygotał na samo wspomnienie, smarkając się bardziej. — T-to było straszne. G-groziła mi przy li-liderce...
— Wątpię, żeby faktycznie cię chciała zjeść. Chudy i mały jesteś, nie najadłaby się  się tobą. — parsknęła, chciała dodać jeszcze, że Szakala Gwiazda by się pewnie nim otruła, gdyby faktycznie chciała go skonsumować, ale darowała to sobie ostatecznie gryząc się w język — Po prostu uraziłeś jej dumę, dlatego ci zagroziła. A poza tym... pewnie była ciekawa reakcji Różanej. Sprawdzała ją.
— I-i tak się jej b-boje. Je-jest straszna... T-tak jak mówili... — wyraził swoją opinię na temat liderki wilczaków.
— Dziwisz się? Każdy byłby straszny jakby jego sierść została ubrudzona smarkiem, i to w dodatku kogoś takiego jak ty. Ugh. Ohyda, trochę jej współczuję, ale tylko trochę. Kto wie, może twój wybryk doprowadzi do kolejnej wojny pomiędzy naszymi klanami. Jeśli tak będzie, masz mnie chronić. Taka rola kocurów. Dlatego musisz wziąć się w garść i przestać być tym czym jesteś na co dzień. Musisz udowodnić, że będziesz wojownikiem jakie pragnę mieć przy sobie, a nie kolejnym rozczarowaniem... Bo na razie zapowiada się na to drugie...
Powróciła do wcześniejszego zajęcia, jakim była wymiana mchu nie racząc dzisiejszego dnia już więcej swych pięknym głosem syna Żmiji. Miała nadzieję, że kocur weźmie sobie do serca jej słowa i zmieni się. Bo jeśli miał do końca swego życia być żałosnym Smarkiem, to szczerze żałować będzie, że Szakala Gwiazda nie ziściła swoich gróźb wyświadczając im przysługę.

***

Nim trafiła do legowiska medyków, udało jej się wysyczeć, aby ta łajza, Słoneczna Łapa nie zbliżała się do niej w żadnym wypadku. Jeśli ktoś miał opatrzyć jej rany to tylko mógł być to Rumiankowe Zaćmienie, chociaż szczerze żałowała, że nie będzie mogła się zająć nią kocica, która niestety musiała opuścić świat żywych kilka księżyców temu. Wolała z nią porozmawiać w tej chwili niż z kotką, która uważała się za kocura. Jednak nie mając większego wyboru, postanowiła później porozmawiać z szylkretem mając nadzieję, że ten zrozumie ją i pomoże. 
Obolała i zmęczona, od płaczu i stoczonej walki nie mogła się doczekać, aż dostanie lekarstwo — nasiono maku, które chociaż trochę pomoże jej zapomnieć o tym co się stało, chociaż na moment. 
Nieco otępiała, bo mak powoli zaczął działać, spoglądała na otaczając ją koty. Mogłaby przysiąc, że wśród nich dostrzegła przemykające czarne futro kocura, który tak jak się spodziewała nosił to samo żałosne miano jak wojownik. Stal z tyłu, nie racząc się do niej zbliżyć, być może z powodu szoku, czy też dlatego, że medyk po prostu mu nie pozwolił na to. Bo by tylko przeszkadzał mazgając się nad uchem syna Różanej Przełęczy.
Bez słowa przyglądała się poczynaniom medyka, temu jak liliowy zajmuję się raną na jej łapie, po czym lekko dotknął jej głowy, tuż przy lewym oku mokrym mchem, który wsiąknął część czerwonej cieczy okalającej jej żółte ślepie.
Zmęczona przymknęła w pewnym momencie oczy, oddając się w objęcia snu, będącego w tej chwili wybawieniem, czegoś co najbardziej ze wszystkich możliwości potrzebowała.


<Smarku?>

08 października 2023

Od Zasmarkanej Łapy CD. Lwiej Paszczy

 Zamrugał zaskoczony. Nie spodziewał się, że Lew tak zareaguje. Może rzeczywiście nierozważnym było myśleć o nurkowaniu w ziemi, skoro tak źle jej się to kojarzyło? Nie chciał jej do siebie zrażać. Nawet teraz sprawdził czy jego futro nie jest zabrudzone. Dostrzegając kawałek roztarganego futerka, szybko go przygładził, aby nie wyjść na brudnego nieokrzesańca. Pragnął w końcu jej uwagi. Nie wybaczyłby sobie tego, gdyby ta porzuciłaby ich przyjaźń. 
— Ma-masz ra-rację. T-to byłoby złe — potaknął jej posłusznie, wciąż podążając za nią niczym cień. 
W sumie był taki czarny i mógłby za niego uchodzić, ale szczerze to wolał, aby kotka spojrzała na niego przychylniejszym okiem. Wciąż marzyło mu się, że pewnego dnia usłyszy od niej "Smarku... Kocham cię". On mógłby w jej kierunku te słowa wypowiedzieć wielokrotnie, ale nieco się bał odrzucenia. Dlatego też czekał na jej pierwszy krok. 
— Witaj Iskrząca Burzo, jak tam? — Lew zagadała do rudej, która spojrzała niepewnie na ich dwójkę. Widząc to, wywinięto ucha rzuciła mu krótkie spojrzenie, które tak dobrze znał, ponieważ stosowała je wielokrotnie matka, gdy życzyła sobie, aby ją zostawił w spokoju. — Mógłbyś... 
— Tak, jasne. P-przyniosę ci coś na ząb. — Szybko się zawinął, kierując kroki ku mizernemu stosowi. Kątem oka dojrzał jeszcze jak ruda rozmawia z siostrą, nie zwracając już na niego uwagi. No nic... Następnym razem może to z nim będzie chciała porozmawiać. Na ten moment chwycił w pysk całkiem świeżą zdobycz i zaniósł na posłanie wojowniczki, tak jak zwykle go o to prosiła. Czy czuł się z tym źle, że go wykorzystywała? Skądże! Był przeszczęśliwy, że mógł jej nieco dogodzić i odciążyć od pracy. Wymieniał jej mech, sprawdzał czy na pewno jest najmiększy i czysty, przynosił posiłki i to wszystko po to, by zasłużyć na jej uśmiech. Może kiedyś... Może kiedyś będą spać tutaj razem...

***

Pora Nagich Drzew przyniosła olbrzymi ziąb jak i biały puch, który pokrywał całą ziemię. Uznawał to za coś dobrego, ponieważ nie wybrudzi się i nie da powodów Lwiej Paszczy do odrazy. Gdy tylko wrócił z treningu, oczekiwał jej niczym kociak wypatrujący matki. Dzisiaj się porządnie postarał, aby dobrze się prezentować. Chciał zaprosić ją w końcu na spacer. W głowie układał słowa, które jej powie, gdy tylko się zjawi. Czy nerwy go zjadały? A owszem. Ledwo siedział spokojnie w miejscu! 
W końcu, kiedy pojawiła się w zasięgu jego wzroku, podszedł w jej stronę. Ta jak zwykle w pierwszej chwili go zignorowała, ale znał ją dobrze i wiedział, że była świadoma jego obecności. 
— Lwia Paszczo... Wy-wybierzemy się na spa-spacer? — Uszy zapłonęły mu do czerwoności. 
Kotka stanęła i zmierzyła go wzrokiem. Wypiął dumnie pierś, by mogła podziwiać to, jak bardzo się postarał, by być czystym i ulizanym. Trochę pomogła mu z tym matka, bo nie dosięgał w niektóre miejsca na ciele, ale prezentował się nieskazitelnie. Ona w końcu też mu kibicowała w zdobyciu serca rudej. 
— Właściwie, czemu nie. — stwierdziła. Nie wyglądała jakby miała coś szczególnego do roboty. — Tylko będziesz musiał utorować mi przejście w zaspach. Nie lubię jak kulki śniegu przyczepiają się do mojej sierści.
— O-oczywiście! — miauknął, szczerząc się od ucha do ucha, po czym ruszył przodem, przedzierając się przez śnieg. 
Robił to w sposób umiejętny, by zrobić dość szeroki korytarz, który sprawi, że wojowniczka nie będzie musiała płakać nad przemokniętym futerkiem. Nie mógł w końcu pozwolić, aby ten dzień stał się dla niej uciążliwy i przykry. Zależało mu na jej komforcie. 
Kiedy tak szli układał sobie w głowie raz jeszcze o czym chciał z nią porozmawiać. Gdy dotarli na płaski teren, gdzie mogli cieszyć się sobą, zaczął odgarniać śnieg, tworząc okrąg na tyle duży, by Lwia Paszcza mogła wygodnie przysiąść.  
— Po-podoba ci się? — zapytał wpatrzony w nią niczym w obrazek. 
Kotka rzuciła sceptycznym wzrokiem po otoczeniu. 
— Coś mało tu miejsca. Odgarnij więcej tego śniegu. Połóż się i w nim wytarzaj, tak będzie szybciej — zadecydowała, wbijając w niego spojrzenie. 
Zamrugał i powiódł po okręgu wzrokiem. Rzeczywiście może to było za mało, aby zrobić wygodne miejsce do spędzania czasu. Trochę szkoda mu było swojego futerka, w końcu postarał się, aby było nienagannie czyste i ułożone tak, aby zaimponować rudej, ale... ale czego się nie robiło dla jej wygody i szczęścia. 
Położył się na ziemi po czym zaczął pracować. Kilka razy się przeturlał, ubijając śnieg pod sobą, aż nie zrobił na tyle wielkiego koła, by ją zadowolić. Przez ten czyn zrobiło mu się strasznie zimno, ponieważ przemoknął całkowicie. Zaczął dygotać, szybko językiem poprawiając zmierzwioną sierść na ciele. Strasznie odstawała, ukazując od czasu do czasu jego zaróżowiałą skórę. 
— A to co? — Ruda spojrzała zainteresowana na zadrapanie, które zostało odsłonięte, podczas jego próby pielęgnacji. 
Spiął się, ponieważ zapomniał, że przecież, gdy było się mokrym, sierść traciła swoją objętość, a co za tym szło, ukazywała jego siniaki i otarcia. Nie wiedział za bardzo jak z tego wybrnąć. Nie chciał jej okłamywać, ponieważ kocica była dla niego ważna. Mogła zresztą się obrazić, gdyby poznała prawdę, którą przed nią zataił. A zresztą... Liczył na to, że będą kiedyś razem! A to oznaczało, że zasługiwała, by wiedzieć o jego małym sekrecie. 
— U-um... N-no... B-bo... T-to takie... P-przypomnienie, abym nie b-był ż-żałosny. J-jak byłem mały i p-płakałem, zachowywałem się jak t-tchórz a-albo robiłem w-wstyd mojej ro-rodzinie t-to mama mnie b-biła... A-ale to nic złego! N-naprawdę! — szybko zaczął to tłumaczyć. — J-ja p-po prostu tego chcę... Mama mnie nie k-krzywdzi. Przy-przywykłem, b-bo dzięki temu... Dzięki temu p-przezwyciężam strach i staje się o-odważniejszy. P-pomaga mi t-to d-dorosnąć. 
Spuścił po sobie uszy, wpatrując się intensywnie we własne łapy. Liczył, że ruda to zrozumie i nie pójdzie na skargę do liderki. Nie chciał robić mamie kłopotów. Potrzebował jej twardej łapy. Uczyła go życia. Pomagała mu wyrosnąć na porządnego kota. Tak przynajmniej myślał. 

<Lew?>
[961 słów]
[Przyznano 19%]

04 października 2023

Od Lwiej Łapy (Lwiej Paszczy) CD. Zasmarkanej Łapy

 
Pochlebstwa padające z pyska stojącego przed nią kocura były jak miód na jej serce. Nie wyglądało to jakby z niej kpił, nie to co niektórzy. Jasno mogła stwierdzić, że syn Żmiji prosto z serca prawił jej komplementy. A w szczególności zdradzały to, jego zaczerwienione uszy. Żaden z kotów nie peszył się tak w jej towarzystwie, jak właśnie czarny. A szkoda, mogliby brać przykład z Zasmarkanej Łapy. Powinni. Stwierdzał w końcu same fakty, a Lwia Łapa znała swoją wartość. 
— Wszystko co mówisz to sama prawda. — zamruczała zadowolona po tym całym łechtaniu ego — Mama musi naprawdę cię kochać, że ci dała takie piękne imię jakim jest Smark. To bardzo ładne imię. — parsknęła rozbawiona, doprawdy żałosne. — Ale wiesz co, Zasmarkana Łapo? Ja też o tobie myślę... — mówiąc to nachyliła się do kocurka sprawiając , że ten speszył się jeszcze bardziej — Taka dama jak ja potrzebuję kogoś takiego jak ty, kto będzie przypominał jej o tym jak jest piękna i bronił przed tymi, którzy uważają inaczej.
Zmierzyła go wzrokiem od łap do głowy. Może coś jeszcze z niego będzie jak zmężnieje w ciągu tych kilku księżyców? Chociaż kto wie, raczej z ucznia, który tak się prezentuje nic lepszego nie wyrośnie. Gdyby miała wybór to by nawet nie spojrzała na kogoś takiego jak Smark, ale skoro napatoczył się właśnie on i to w sytuacji, gdy pozostała bez błazna i sługi... Bo w końcu Stokrotka była w nią zapatrzona tak jak czarny. Czemu i tym razem nie powinna tego faktu wykorzystać na swoją korzyść.
— N-n-naprawdę? — wydusił z siebie, wręcz dostając jakby skrzydeł. Jego spojrzenie stało się pewniejsze, a nerwowość gdzieś zniknęła. Był gotowy zrobić w tej chwili dla rudej wszystko. Byle tylko ta zaszczyciła go uwagą. 
— O-oczywiście. Ch-chętnie Lwia Ł-łapo. Z-zrobie wszystko co z-zechcesz. M-mogę wy-wychwalać twe piękno nawet t-teraz. — Przysunął się do niej, chcąc być bliżej. Magnetyzowała go samym spojrzeniem. Przyciągała jak płomień owada.
Kąciki pyszczka unosiła ku górze, gdy Smark zadeklarował, że zrobi wszystko co zechce. Właśnie kogoś takiego szukała. Kogoś takiego jak Smark, ktoś kto ociepli jej wizerunek. Bo nawet jeśli wpatrywała się w niego z pogardą, to on robił do niej maślane oczy. 
 W momencie kiedy kocurek się do niej przysunął, ona nieznacznie się cofnęła. Nie chciała, by ją dotknął chociażby barkiem. 
— Wychwalać mnie możesz o każdej porze dnia i nocy. Tylko tak by każdy słyszał, dobrze? Nawet w trakcie rozmowy z innymi możesz wspomnieć jaką piękną kotkę o ognistej sierści mają w klanie. — Zerknęła na swoje pazurki, które dzięki nauką matki prezentowały się idealnie. — I to niejedną. Zasmarkana Łapo, a co sądzisz o Iskrzącej Łapie? Czy ją również uważasz za ładną kotkę?
— U-um n-nie znam jej... N-nie wiem kto to — przyznał niepewnie. — A-ale jak tak patrzyłem na wszystkich t-to ty jesteś najpiękniejsza w c-całym klanie, a m-może i na świecie.
Gdyby Zasmarkana Łapa był rudy i nie miał tak durnego imienia, to z przyjemnością by się o niego otarła polikiem za tę ilość pochlebstw w tak krótkim czasie.
— Chodź za mną~ — mówiąc to podniosła się, nawet nie raczyła spojrzeć na byłego samotnika, swe kroki skierowała w stronę otwartych terenów poza obozowiskiem. Długo nie musiała szukać, bo już po chwili dostrzegła znajome cętkowane futra swojego rodzeństwa. Kurza Pogoń tłumaczyła coś Iskierce i Piaskowi, bo tak się złożyło, że mieli łączony trening. Lwia Łapa przysiadła na trawie nie spuszczając wzroku z cętkowanej kotki. — To ona, Iskrząca Łapa. A ten obok niej kremowy kocur to Piaskowa Łapa. Ta bura kotka to Kurza Pogoń, ale to nie ważne. Co myślisz o tej dwójce, a w szczególności o Iskierce? — podjęła nim się do nich wystarczająco zbliżyli 
Przyjrzał się tej dwójce nerwowo zerkając to na jedno, to na drugie. Nie wiedział zbytnio co się dzieję. Wbił zaraz swój wzrok w łapy, niezdolny do przyznania przed świadkami, że to Lew była najwspanialsza. Ta dwójka go nijak nie obchodziła.
Gdy Iskrząca Łapa spojrzała na nich pytająco, pisnął przestraszony i schował się za jedyną kotką, którą znał. Nie chciał się mazać przed Lew, ale coraz bardziej nie kontrolował strachu spowodowanego tą sytuacją. 
— M-m-musze p-p-przed ni-nimi? — ledwo się powstrzymywał przed daniem nogi z powrotem do obozu i wepchnięciem łba pod mech.
— No dalej, nie wstydź się. Spójrz jaką Iskierka ma piękną cętkowaną sierść. Możesz jej tak samo jak mi wcześniej powiedzieć, że ładnie wygląda. Na pewno się ucieszy. — podjęła zaskoczona zachowaniem kocura, przecież nikt nie miał mu zamiaru krzywdy zrobić — Piaskowi też miłe słówko możesz powiedzieć — szepnęła, chcąc by komplementy od Smarka dla jej rodzeństwa wyglądały jak najbardziej naturalnie
Widać było, że wszyscy byli zmieszani tą sytuacją. On, ten cały Piasek, a Iskierka zerkała zaciekawiona w stronę Lew. I jak miał tu się odezwać?
— Ł-ładne ma-macie fu-futerka — w końcu wydusił z piskiem, kładąc po sobie uszy, czując jak serce wali mu szaleńczo w piersi.
— W końcu są moim rodzeństwem, więc dziwne by było, gdyby nie mieli. Mam nadzieję, że zaprzyjaźnisz się z nimi tak samo jak ze mną. — rzuciła rozbawiona, no tak nie wspomniała kocurowi, że ta dwójka to jej rodzeństwo. — Nie będziemy wam już przeszkadzać w treningu, chodź Smarku! — zwróciła się do kocura i nie czekając na jego odpowiedź oddaliła się od swojego rodzeństwa, ponownie kierując się w stronę obozu. — Mój brat zostanie kiedyś liderem,  dlatego powinieneś się trzymać z nami. — podjęła, gdy Smark zrównał z nią kroku — A i jeśli usłyszysz jakieś głupie plotki na nasz temat, to wiedz, że stoją za nimi koty, które zazdroszczą nam... tak naprawdę wszystkiego. Nie można im ufać.
— D-dobrze — odetchnął z ulgą, gdy nareszcie zostali sami. Posłał Lwiej Łapie uśmiech. — A-ale i tak jesteś naj-najpiękniejsza. Ż-żadna inna tobie nie d-dorówna — zarumienił się pod futerkiem, uciekając od niej speszonym wzrokiem.
— A wiesz, że znalazł się głupiec mówiący mi prosto w pysk, że jestem brzydka? I to nie jeden... Jednym z nich był Szepcząca Łapa. A potem próbował mi prawić komplementy, pewnie licząc na to, że mu wybaczę tę zniewagę... Uważaj na niego, jest niebezpieczny. Skrzywdził mnie. I to nie raz.
— C-co? — Rozdziawił w szoku pysk. — J-ja bym n-nie wybaczył, b-bo to podłe kłamstwo. O-odkąd cię ujrzałem, nie mogę o-oderwać od ciebie wzroku. O-on jakiś głupi i ślepy. M-może lu-lubi kocury?
— Nie zdziwiłabym się, gdyby tak było. A jak nie lubi, to prędzej czy później na pewno polubi, bo żadna porządna kotka raczej go nie zechce. Nie będzie miał wyboru... Mówiłeś, że zrobisz dla mnie wszystko co tylko zechcé, tak?
— T-tak!
— To w takim razie przynieś mi piszczkę do legowiska uczniów. Zgłodniałam. Damie nie przystoi chodzić głodnej. Jeszcze by ktoś usłyszał jak burczy mi w brzuchu, a to byłby wielki wstyd! — posłała uczniowi uśmiech, gdy ten udał się w te pędy w stronę stosu piszczek. Lwia Łapa w tym samym czasie skierowała się do wspomnianego legowiska uczniów, aby wypocząć przed jutrzejszym dniem. Czekał ją znowu trening z jej ulubioną mentorką. Przynajmniej Zasmarkana Łapa błaźniąc się przed nią zapewni jej trochę rozrywki.

***

Gdy tylko przekroczyła jedną łapą teren obozu, od razu dostrzegła czekającego na nią przy wyjściu czarnego kocura. A skąd wiedziała, że czekał na nią? Cóż, gdy tylko ją zobaczył ożywił się bardziej i zrównał z nią kroku, gdy ta bez okazania nim żadnego zainteresowania skierowała się w stronę swojej siostry.
— Dzień d-dobry Lwia Paszczo! G-gratulacje! Zostałaś wo-wojowniczką! Je-jesteś niesamowita. J-ja p-pewnie tak szybko nie z-zostane mianowany jak ty. C-ciężko mi to idzie. P-pewnie będę musiał zmienić szkolenie na kogoś innego. B-bo sobie nie radze... Ale bycie me-medykiem mnie nie ciekawi. M-może będę kopał tunele? I b-byłbym tym co je zwiedza?
— Lepiej, żebyś się szkolił dalej na wojownika. Kopanie tuneli pozostaw innym, tym co się lubią brudzić i nie powinni wystawiać swoich nosów poza nie. — prychnęła zirytowana, gdy uczeń zwrócił się do niej jej wojowniczym imieniem, nie przepadała za nim — Jak już wiesz, ja nie lubię brudu i nie lubię przebywać w towarzystwie brudnych kotów, więc zastanów się pięć razy nim zechcesz naprawdę zmienić swoje szkolenie…

<Smarku?>

19 września 2023

Od Zasmarkanej Łapy do Lwiej Łapy

Odkąd ją ujrzał, nie potrafił oderwać od niej wzroku. Łapał się na tym, że ją szukał wśród nieznajomych, którzy budzili w nim przerażenie. Nie potrafił przywyknąć do tego miejsca. Bał się wszystkiego. Kotów, zapachów, dźwięków. To nie była jego nora, w której spędził dzieciństwo. Było tu inaczej. Jedyne co sprawiało, że na moment przestawał myśleć o nadchodzącej śmierci to ona. Nie znał jej imienia. Nie podchodził, jedynie obserwując ją z oddali. Nigdy czegoś takiego nie czuł. Łzy odchodziły, a zachwyt pojawiał się w jego wnętrzu, kiedy widział ją na horyzoncie. Poruszała się z gracją, tak lekko, jakby fruwała. Słońce rzucając na nią swoje promienie powodowało, że jej sierść lśniła niczym najprawdziwszy ogień. I chociaż dostał wyraźne polecenie, aby trzymał się z daleka od rudzielców i tej rodziny, nie potrafił. To był niczym zakazany owoc. Kusił go tylko coraz bardziej. 
Kolejne dni mijały na obserwacji. Wtedy też poznał jej imię, kiedy usłyszał jak ktoś ją wołał. Odwróciła się, uśmiechnęła do innej rudej kotki i zaczęła z nią rozmowę. Wyobrażał sobie jakby to było z nią rozmawiać. Musiała mieć piękny głos. Jej śmiech dźwięczał mu w uszach, powodując ciepło na sercu. Nadal jednak utrzymywał dystans, zbyt nieśmiały, aby dokonać pierwszego kroku. Była bowiem niezdobytą górą, na którą bał się wdrapać. Jedynie myśli o niej pozwalały odgonić mu łzy. Trzymał się więc jej obrazu w głowie, niczym tonący, który ratuje się przed odejściem z tego świata. Marzył. A w tych marzeniach był on i ona, trzymający się za ogony. Był szczęśliwy. 
Jednak te ulotne chwile nie trwały długo. Zawsze zostawał wyciągany w teren przez Ostowy Pęd, który starał się nauczyć go jak żyć w Klanie Burzy. Cóż... Nie wychodziło mu to najlepiej. Za bardzo świat go przerażał, aby w spokoju kroczyć po ziemi i zapamiętywać pozycję łowiecką. Dzisiaj także ledwo przetrwał. Rozpłakał się chyba pięć razy, kiedy w końcu mentor zarządził powrót. 
Kiedy ten koszmarny trening dobiegł końca, szybko przemknął w kierunku legowiska uczniów, chociaż tak naprawdę wolałby odnaleźć matkę i wypłakać się jej, że chciał do domu. Nie było jej jednak, bo też trenowała. Musiał poradzić sobie z tym narastającym uczuciem, które rosło mu w piersi, wyciskając łzy. Był już tak blisko! Tak blisko! Przyśpieszył, aby zniknąć z oczu każdemu w obozie. Zacisnął swe oczy, czując jak uderza w coś miękkiego. Pociągnął nosem, spoglądając w górę, po czym jego serce stanęło. Ten rudy kolor sierści, ta twarz. Zamarł. To była ona. Wstrzymał powietrze, a świat jakby zwolnił. Byli tylko oni. Nikt poza nimi. Wszystko przestało się liczyć. 
— Uważaj jak chodzisz — Jej zdegustowany wyraz pyska spowodował nie lada szok. 
Niepewnie się odsunął, potykając o własne łapy, aby zejść jej z drogi. Była taka władcza. Nie znał jej od tej strony. W zasadzie mało co o niej wiedział. 
— P-p-przepraszam — pisnął, spuszczając wzrok na swoje kończyny. Widząc jednak jak ta odchodzi, poczuł przemożną chęć wyznania swoich uczuć. To był znak od losu. Nie mógł teraz pozwolić jej tak po prostu odejść! Z szybko bijącym sercem, dotknął jej boku, co spowodowało, że odwróciła się do niego z niezadowolonym wyrazem pyska. 
— J-ja… —zaczął, próbując ubrać to wszystko w słowa. — M-może… chciałabyś… pogadać? 
— O czym miałabym rozmawiać? I to... — taktyczne spojrzała na niego zdegustowana, że ktoś taki jak on istnieje. — ... z kimś takim jak ty?
Serce zabiło mu szybciej. Ten wzrok, te słowa, nie spowodowały w nim strachu. Matka wiele razy tak na niego patrzyła, gdy ją zawodził. Chociaż starał się zdobyć na odwagę i pokazać jej, że nie był tylko pasożytem, który wyżerał jej pokarm, nie potrafił. Znał swoje miejsce. Tu sprawa miała się podobnie. Lwia Łapa wyczuwała najpewniej jego żałość. Odtrąciła, co złamało mu serce. Nie poddał się jednak, bowiem jej widok, jej głos z takiego bliska, był tym czego pragnął od wielu tygodni. 
— O czymkolwiek. Chciałbym cię p-p-poznać — odpowiedział, oblizując nerwowo pysk. — Ja… — zarumienił się pod futrem, posyłając jej speszony wzrok. — Nigdy nie widziałem tak p-pięknej k-kotki. M-masz bardzo ładne fu-futerko. Sama o nie d-dbasz? 
— No proszę, ktoś tu ma dobry wzrok. Cieszy mnie to, że doceniłeś mój urok. Nie każdemu słowa pochlebstwa mej osoby potrafią przejść przez gardło, w końcu zapieram dech w piersiach. I tak, sama o nie dbam. To moja chluba.
Uśmiechnął się widząc, że jego słowa spodobały się jej do tego stopnia, że zaczęła zdradzać mu co nieco o sobie. Czyli lubiła pochwały i znała swoją wartość. Dobrze było wiedzieć. 
— T-tak… T-to prawda, że z-zapierasz dech w piersiach. O-odkąd cię zo-obaczyłem… M-myśle ciągle o t-tobie. J-jesteś przep-piękna i… — Jego uszy całe zaczerwieniły się, aż po same czubki. — Pewnie mądra… Zaraz z-zostaniesz tą wo-wojowniczką — przypomniał sobie nazwę tej dziwnej rangi, na którą się szkolił. — No i d-dasz popalić. U-um… — Zaszurał łapą po ziemi. — J-jestem tak w o-ogóle Za-Zasmarkana Ła-apa. M-mama mnie tak na-azwała, bo bywam wra-ażliwy. A ty Lwia Łapa… D-dumne imię. Pa-pasuje ci. 
Gorąco uderzyło go tak niespodziewanie, że jego łapy wręcz chciały odwrócić się i odbiec, pozostawiając kocicę samą z tymi słowami. Ale wtedy cofnąłby się do punktu wyjścia. Znów jedyne co mógłby robić to na nią patrzeć. A nie chciał. Za długo trwał w bezczynności. Skoro już udało mu się zwrócić jej uwagę, mógł spróbować się z nią zaprzyjaźnić. Tylko ona bowiem w tym strasznym świecie powodowała, że jego strach znikał. 

<Lew?>
[895 słów]
[Przyznano 18%]