BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Diament. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Diament. Pokaż wszystkie posty

18 kwietnia 2025

Od Diamenta do Cienia

Spojrzał do góry; jego oczom ukazało się wciąż jasne, błękitne niebo. Niczym niezasłonięte słońce oślepiało swym blaskiem i grzało całą okolicę. Niby nie było tak gorąco, ale dla Diamenta, którego sierść była dosyć długa i puchata, takie temperatury były odrobinkę za ciepłe. Jednak skoro na niebie nie było obecnie żadnych chmur, całkiem łatwo było określić, kiedy nadejdzie noc. Wprawne oko srebrnego zauważyło kilka różowo-pomarańczowych plam przy słońcu, które najwyraźniej miało zamiar zaraz zajść za horyzont. No dobrze, a więc czas wracać. Do całkowitego zajścia słońca miał jeszcze dużo czasu, ale też znajdował się kawał drogi od ogrodu zmarłej cioci Cynamonki, co oznaczało, że powinien się pospieszyć. Dlatego chwycił mysz i wiewiórkę, które upolował dla swoich kociaków oraz brata, w razie czego, gdyby oni nic nie znaleźli i ruszył. Oprócz tego złapał jeszcze ryjówkę, ale ją sam zjadł.
I tak wyglądały jego dni podczas tej pory Zielonych Liści. Wstawał rano, porządnie układał swoje futro, aż było nieskazitelnie czyste. Następnie spędzał trochę czasu ze swoimi dziećmi, które już były duże, ale i tak traktował je jak małe, bezbronne istotki. Potem wychodził z ogrodu, żeby złapać coś do jedzenia, a jako jeden z najlepszych łowców w Kamiennej Sekcie przynosił także coś dla reszty. Pozostałą część dnia spędzał włócząc się po lesie, no i oczywiście codziennie wchodził na swoje drzewo. Miał z niego odpowiedni widok na leśną ścieżkę, tak więc od czasu do czasu widział dwunożnych lub inne koty przechodzące obok i zupełnie niezwracające na niego uwagi.
Szedł szybkim krokiem, po chwili przeszedł w trucht. Przeskakiwał nad kępami bujnych kwiatów, od których zapachu wibrowało mu w nosku i od czasu do czasu nawet kichał. Muskał futrem na brzuchu bujną, zieloną trawę i aż wzdrygał się na myśl, że po roślinach mogą chodzić robaki lub owady, mogące przejść na jego piękną sierść! Nie, nie, miał nadzieję, że tak się nie stanie.
Nagle coś go olśniło i zatrzymał się gwałtownie, wzniecając tumany kurzu i aż zdobycze mu prawie wypadły z pyska. Chwila, chwila. Przecież rano znalazł całkiem sporo delikatnych, pięknie wyglądających piór. Oczywiście zebrał je, planując wykorzystać przedmioty do ozdoby posłań. No i gdzieś schował swoje znalezisko, tak, jak zawsze. Pytanie tylko, gdzie dokładnie to było? Przez swoje roztrzepanie zapomniał, a teraz nie mógł sobie przypomnieć. No nie, nie mógł tak po prostu zostawić gdzieś pięknych piór, które sam znalazł! One były jego, nie bez powodu się napracował. Nie mógł pozwolić, żeby ktoś inny ich użył.
Zawrócił i zaczął po prostu iść przed siebie. Nie wiedział, dokąd zmierza. Po prostu pozwolił, żeby łapy go poniosły, a on oddał się rozmyślaniom. Gdzie mógł odłożyć pióra? Szedł, rozglądając się na wszystkie strony. Po jakimś czasie jego wzrok padł na pewien wysoki i rozłożysty dąb o licznych, długich gałęziach otoczonych grubą korą. Ta roślina skojarzyła mu się z jego drzewem i od razu sobie przypomniał. No tak! Tam zwykle chował swoje zdobycze, więc i pióra musiały się tam znajdować.
Ruszył pędem przed siebie i znowu prawie zdobycze wypadły mu z pyska. Doskonale wiedział, gdzie znajduje się jego drzewo, mógł dotrzeć do niego z każdego miejsca. Tak samo, jak do ogrodu Cynamonki i do opuszczonej piwnicy, w której kiedyś mieszkał. To były trzy niezwykle ważne dla niego miejsca.
Po nie tak długiej, ale też nie tak krótkiej chwili, kiedy niebo już niemal całkiem zabarwiło się na czerwono, Diament znalazł się przy drzewie. Wszedł na nie, sprawdził w swoim legowisku, na wszystkich gałęziach, także powęszył przy ziemi dookoła rośliny. No i nigdzie ich nie było! Syknął sfrustrowany, machając wściekle ogonem, aby rozładować napięcie. Nie wiedział już, co ma robić, gdzie ma szukać. A przecież nie zamierzał się poddać! Nie mógł, miał w sobie zbyt dużo honoru. No i nie chciał, żeby jego wysiłki, kiedy zgromadził te pióra, tak po prostu poszły na marne. Tak więc stał i zastanawiał się, co ma zrobić, kiedy zobaczył kątem oka ruch po jego prawej stronie. Odwrócił się błyskawicznie.
Ujrzał chudego, wysokiego kota idącego ścieżką, która łączyła Betonowy Świat i las. Miał krótkie, czarne futro, długi ogon oraz duże uszy. Przez prawe oko i pysk kocura przechodziła blizna, do tego miał ich jeszcze kilka na reszcie ciała.
Diament wpadł na pewien pomysł i uznał, że warto go zrealizować. Dobiegł do kocura i kiedy znalazł się w połowie odległości drzewa od niego, zwolnił do szybkiego, lecz swobodnego kroku.
– Hej, ty – zawołał, nie chcąc podejść zbyt blisko, żeby nie wystraszyć nieznajomego. Miał trochę doświadczenia z kotami z Betonowego Światu. Wiedział, że nie można nagle podchodzić od tyłu, bo uznają cię za zagrożenie. A tym razem Diament miał pokojowe zamiary.
Wysoki kocur obrócił się błyskawicznie i srebrny od razu poznał, że byłby z niego groźniejszy przeciwnik, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Lodowate spojrzenie lśniących, błękitnych oczu wbiło się w Diamenta, przewiercając go na wskroś i napawając kocura dziwnym uczuciem niepokoju. Po chwili walki z tym wzrokiem starszy uznał, że lepiej zrezygnować i po prostu patrzeć mu na futro między ślepiami.
– Wiesz, nie chcę ci przeszkadzać. Mam tylko takie pytanie. Nie widziałeś może gdzieś w tej okolicy kupki bardzo ładnych piórek? Są moje i naprawdę chciałbym je znaleźć, a jeśli pomożesz mi ich szukać, to mogę ci dać tę mysz. Wiewiórkę zresztą też. – Wskazał ogonem zdobycze, które leżały przy jego przednich łapach i popatrzył prosząco na nieznajomego.

<Cieniu?>

17 lutego 2025

Od Diamenta


Ciężkie krople deszczu bez przerwy bębniły o liście roślin, następnie ześlizgiwały się z nich i spadały na ziemię. Chmury, wiszące tuż nad ziemią przybrały ciemnoszary kolor. Chłodny wiatr wciąż nie poddawał się; toczył z nimi walkę. Może wygra, może rozgoni deszcz, dając chwilę wytchnienia mokrej ziemi, gnijącym roślinom i zwierzętom, z których sierści nieustannie spływała brudna woda.Ostry ból w brzuchu Diamenta dawał znać o głodzie, jakiego kocur nie czuł od bardzo dawna. Srebrny miał wrażenie, jakby przeraźliwie ostre szpony zaciskały się wokół jego żołądka, skręcały wszystkie jego wnętrzności, a wszystko tylko dlatego, że właśnie przez własną nieuwagę przepłoszył mysz. Stracił więc okazję do spożycia posiłku i należała mu się nauczka. Poza tym nie chodziło mu o to, aby się najeść, ale o to, żeby zapewnić pożywienie kociętom. To one teraz były najważniejsze w jego życiu, to o ich zdrowie dbał najbardziej. Nie mógł pozwolić, aby głodowały.
Kocur teraz powoli i ostrożnie przemierzał podmokły las. Za każdym razem, kiedy stawiał kolejny krok, słychać było ciche chlupnięcie. Nie sposób uniknąć wody i powiązanego z nią hałasu, kiedy jest się otoczonym przez prawdziwe bagna. Wszędzie było mokro, długie futro Diamenta już dawno całkowicie przesiąkło deszczówką. Dodatkowo je ochlapywał, gdy stawiał łapy w głębszych kałużach. W taką pogodę w lesie, najbezpieczniejszym miejscu, które srebrny znał, nie można było całkowicie się odprężyć. Zdradliwe, zamulone kałuże były niemal wszędzie, a skoro woda była brudna, trudno odgadnąć jej głębokość.
Te cztery czynniki: ostry głód, brudna woda, troska o ukochane kocięta i bezradność sprawiały, że kocur z każdej chwili robił się coraz bardziej zdesperowany. Jego frustracja nie miała końca, podsycana strachem o najbliższych. Zdecydowanie takie uczucia nie pomagały w żmudnym przedzieraniu się przez podmokłe tereny w próbie znalezienia czegokolwiek, co nadawałoby się do zjedzenia. Diament starał się trzymać emocje na wodzy i skupić się na polowaniu. To było w tej chwili najważniejsze.
Podniósł głowę, przenosząc wzrok z wody o niemal brązowym odcieniu stojącej pomiędzy źdźbłami trawy na połać luźnej przestrzeni, gdzie rosły Złote Kłosy. Między długimi łodygami często można było znaleźć pulchną mysz lub nawet ze dwie. Oczywiście teraz rośliny były ścięte przez wielkiego potwora dwunożnych, więc zwierzyny prawdopodobnie tak dużo nie było.
Warto jednak spróbować. Diament rozejrzał się, mrużąc oczy, aby lepiej widzieć. Żadnego kota nie było w jego polu widzenia, chyba że chował się przed wzrokiem srebrnego. Samotnik machnął ogonem, którego końcówka była ubrudzona błotem i postąpił jeszcze kilka kroków. Zalewał go coraz silniejszy zapach Klanu Klifu. Wyczuwał jednocześnie woń jaskini, wodospadu, ptaków i sosen. Zmarszczył nos z dezaprobatą i zaczął rozglądać się w poszukiwaniu zdobyczy.
Przykucnięty, w niemal całkowitej ciszy i skupieniu chodził w tę i z powrotem po terytorium Klifiaków. Pysk trzymał tuż przy ziemi, jego nozdrza rozszerzały się, gdy docierała do nich fala zapachów, z których kocur rozróżniał te świeższe zapachy, jak i stare, lekko wyczuwalne. Uszy nieustannie obracały się, próbując wychwycić jakiś dźwięk, który mógłby być wydany przez zwierzynę łowną. Do tego wszystkiego Diament również co jakiś czas sprawdzał, czy nie nadchodzi patrol. Jednego wojownika z pewnością by pokonał, jednak z goryczą uświadamiał sobie, że z trójką czy czwórką, a nawet dwójką nie dałby sobie rady.
Coraz bardziej zaczynał się nudzić, jego frustracja znowu zaczęła narastać. Już miał zrezygnować i wrócić do lasu, a nie narażać się tutaj na spotkanie z Klifiakami, kiedy usłyszał szelest gdzieś za sobą.
Nadprzyrodzonym wysiłkiem powstrzymał wszelkie odruchy, które nakazywały mu rzucić się w kierunku zdobyczy; wtedy by jej nie dopadł. Srebrny odwrócił się powoli, w ślimaczym tempie. Nie chciał, aby jakikolwiek nagły ruch zaalarmował zwierzątko. Ciało kocura drżało z ekscytacji, słyszał szum krwi w uszach. Jego serce waliło mocno i szybko, tak jakby w klatce piersiowej zamiast organu znajdował się olbrzymi młotek. Dziwne, że stworzonko jeszcze tego nie dosłyszało, Diamentowi bowiem zdawało się, że głuche uderzenia przerywające tę napiętą ciszę, są jak ciężkie kroki Dwunożnych.
Uniósł lekko pysk, rozdął nozdrza, smakując powietrza. To ryjówka. Łapami wyczuł delikatne drgania ziemi przed sobą, były to kroki zwierzątka. Słyszał ciche chrobotanie. Długie wibrysy srebrnego poruszały się, wszystkie jego zmysły pracowały, aby zlokalizować małą istotkę. Wytężył słuch i wzrok, po chwili złapał ślad zapachowy.
Tak, ryjówka znajdowała się mniej więcej w odległości pięciu lisów od polującego. Kocur powoli się do niej skradał, błagając wszelkie kamienie i duchy świętych przodków, aby pozwoliły mu upolować to zwierzątko. Już wyobrażał sobie, jak jego kocięta z błyskiem w oczach spożywają piszczkę...
„Nie. Muszę się skupić”, powtarzał sobie w myśli Diament. „Powoli i ostrożnie”.
Omijał wszelkie zdradliwe, chlupoczące kałuże, wybierał trasę, która wydawała mu się najcichsza. Po chwili ujrzał skrawek brązowego futerka. Drobne ciałko kręciło się niespokojnie, węsząc w powietrzu. Na szczęście srebrny szedł od nawietrznej, więc jego woń nie dotarła do ryjówki, jednak kocur szczerze mówiąc, zapomniał o sprawdzeniu kierunku wiatru. Teraz podziękował Matce Kamieni za to, że ona o wszystkim pamiętała i pomogła mu w podejściu zwierzątka. Diament wsunął tylne kończyny pod brzuch i uniósł tułów, przygotowując się do skoku.
Chwilę potem, srebrne łapy wylądowały w odległości wąsa od ryjówki. Kocur zaklął gniewnie i rzucił się w pogoń za stworzonkiem. Szybkości mogło mu pozazdrościć wiele kotów, tak więc bez większego problemu dogonił zwierzątko i uśmiercił je szybkim ugryzieniem mocnych szczęk w kark.
Diament najpierw się uśmiechnął, patrząc na zdobycz, leżącą u jego łap. Następnie nie powstrzymał delikatnego parsknięcia śmiechu ulgi. Czuł się, jakby z jego serca spadł kamień, ciężki kamień. Kociaki tej nocy nie będą głodne.
Po chwili jednak usłyszał zdumione krzyki za sobą. Odwrócił się i jego niebieskie oczy ujrzały patrol Klifiaków pędzący ku niemu przez Złote Kłosy.
Grupę wojowników prowadziła szylkretka o jasnym, delikatnie falującym się futrze i lekkim kroku. Czujne spojrzenie oburzonych, pomarańczowych oczu wbiła w Diamenta, który poczuł się, jakby tymi oczami chciała go przewiercić na wskroś.
Za nią biegł młody, biały kocur o krępej budowie i jeszcze jeden nieduży, liliowy kot o krótkich kończynach.
Diament uśmiechnął się pogardliwie. Patrol znajdował się w znacznej odległości od samotnika. Chwycił ryjówkę w zęby i rzucił się do ucieczki. Był doświadczony w bieganiu, pracował całym ciałem. Jego mięśnie współgrały ze sobą, rytmicznie uderzał łapami o ziemię. Wybijał się w powietrze, przemierzał spore odległości w powietrzu i tak w kółko. Ledwo muskał kończynami trawę, a już ponownie leciał, aby wylądować o długość lisa dalej.

* * *

– Złapaliście coś? – spytał Diament, kładąc ryjówkę na podłożu szopy.
Jego kociaki powitały go z entuzjazmem w oczach, gdy tylko wszedł do ogrodu dwunożnych Cynamonki. Co prawda, pieszczoszka już nie żyła, co smuciło srebrnego, jednak Kamienna Sekta nadal mieszkała w szopie. Było to idealne schronienie.
– Mysz – oznajmił z dumą Turkawka, a jego siostry przytaknęły, kiwając głowami.
Kocur przeniósł wzrok teraz na swojego brata, Bazalta. Czekoladowy jednak tylko pokręcił głową. Diament wzruszył barkami, starając się zachować entuzjazm.

* * *

Po wspólnym posiłku obolałe brzuchy w końcu zaznały wytchnienia, mogąc w spokoju strawić porcję pokarmu, którą każdy otrzymał. Nie było to dużo, ale wystarczyło. Diament ułożył się w swoim posłaniu, na które składał się koc dwunożnych i nieco mchu oraz paproci. Zajął się wylizywaniem swojej sierści, całej w błocie i wielu innych brudach. Dosyć sporo czasu mu zajęło doprowadzenie się do porządku, ale teraz poczuł się przyjemnie. Był czysty i najedzony tak samo, jak jego kocięta i brat, a jego posłanie miękkie, ciepłe i wygodne, co pozwoliło mu szybko zasnąć.

16 stycznia 2025

Od Diamenta CD. Turkawki

Młoda, smukła liliowa kotka o falującym, cętkowanym futrze zgrabnie przeskakiwała z kamienia na kamień, przeprawiając się w ten sposób przez spokojnie płynący strumień. Długimi, białymi nogami mocno wybijała się w powietrze, wymachując przy tym ogonem. Była piękna.
Diament sadził susy tuż za nią, jednak mocno spowalniał go fakt, iż znajduje się tuż przy wodzie. Na myśl o wpadnięciu do lodowatego strumienia przechodziły go dreszcze. Tak więc liliowa kotka zyskiwała przewagę. Czuł, że jak już znajdą się z powrotem na stałym lądzie, dogoni ją.
Tak też się stało. Skoczył na towarzyszkę swoich zabaw i przetoczyli się po trawie w udawanej walce. Kiedy się zatrzymali, ich pyski były tuż obok siebie. Srebrny kocur wdychał jej ciepły zapach, wpatrywał się w duże, lekko skośne intensywnie zielone oczy kotki. Czuł, że się w nich zatopi.
- Pliszko…
Poczuł szturchnięcie w bok i usłyszał miauczenie jakiegoś kota. Odwrócił się w tę stronę… i wtedy jego partnerka zniknęła razem z lasem, drzewami i strumieniem. Natomiast on znalazł się z powrotem w szopie w ogrodzie dwunożnych Cynamonki, w której sypiał.
Otworzył oczy, zobaczył przed sobą drewniane ściany, stosy gratów, kałuże wody w miejscach, gdzie w suficie były dziury, posłania, koce i zabawki, którymi bawiły się jego kocięta, kiedy były małe. No i oczywiście Bazalta i Szmaragd, wciąż jeszcze śpiących oraz Stonkę i Turkawkę, który właśnie go obudził.
Gorzko uświadomił sobie, że to był tylko sen, nic więcej. Pogodził się z tym, że prawdopodobnie już nigdy nie zobaczy Pliszki, miał nadzieję, że jego partnerka wciąż żyje i jest jej dobrze, ale kotka wciąż wracała do jego głowy. Czasami myślami, czasami w nocy, w snach, ale… to było takie realistyczne. Takie przyjemne. Tak bardzo chciałby ją jeszcze raz spotkać.
Żal szybko przemienił się we frustrację, którą Diament musiał na kimś wyładować. Oczywiście tym kimś był Turkawka, ze względu na to, że to on go obudził, chociaż dopiero co słońce wzeszło. W gardle srebrnego zaczęło narastać warczenie, dopiero po kilku uderzeniach serca się opanował. Podniósł się i stanął wyprostowany, machając wściekle ogonem przed swoim kociakiem.
- Co się stało? - rzucił oschle.
Turkawka cofnął się i skulił lekko, kładąc po sobie uszy, wydając też z siebie ciche westchnienie. Nic nie powiedział, więc Stonka podeszła do Diamenta i miauknęła:
- Chciał, żebyśmy poszli na poranny spacer.
Kocur rzucił spojrzenie na syna, a z jego oczu z każdym uderzeniem serca znikało podenerwowanie. Nie mógł się przecież gniewać na swojego kociaka, w końcu on nic złego nie zrobił. No i chciał dobrze.
- Tak, to dobry pomysł - przytaknął Diament. - Świetny.
Tymi pochwałami chciał przeprosić Turkawkę za swoje wcześniejsze zachowanie i chyba zobaczył zadowolenia w oczach syna.

***

Szli leśną ścieżką. Turkawka podskakiwał na przedzie, Stonka chyba próbowała jeść szyszki, a Szmaragd próbowała być na prowadzeniu, jednak nie mogła wyprzedzić brata. Nagle srebrny kocur wpadł na pomysł i zatrzymał się (czego jego kociaki nawet nie zauważyły i szły sobie dalej).
- Hej, mam pomysł. - Trzy pary zielonych oczu zwróciły się na niego. - Kiedyś z Jerzykiem znaleźliśmy psa. Był przyjazny. Zaprowadziliśmy go do kotów z portu. Dawno u niego nie byłem. Chcecie go poznać?

<Turkawko? Boisz się psów?>

30 grudnia 2024

Od Diamenta do Wisterii

Kocur leżał niemal nieruchomo na swoim legowisku, które sobie jakiś czas temu stworzył na drzewie. Roślina ta, była może nie bardzo wysokim, ale za to rozłożystym i o wielu gałęziach dębem. W cieplejszych sezonach, gdy znajdował się na posłaniu, ze wszystkich stron otaczały go bujne, zielone liście, dzięki czemu legowisko mogło służyć również jako kryjówka.
Spędzał tu większość swojego wolnego czasu, a na noc zwykle, jednak nie zawsze, wracał do piwnicy, gdzie spotykał się z resztą członków Kamiennej Sekty. Ale nie był jakoś bardzo przywiązany do swojej rodziny. I tak stracił już wszystkie koty, które najbardziej kochał, Pliszkę, Błotniste Ziele, Krokus, Jeżyk, Cynię… Zostali mu bracia, no i… dzieci. Tak naprawdę to był obecnie jego cel życiowy; zadbać o swoje kocięta, dopilnować, żeby były szczęśliwe i zdrowe.
Z zamyślenia wyrwał go ruch, zobaczył mignięcie czegoś jasnorudego kątem oka. Przekręcił się powoli, tak, żeby potencjalny wróg go nie zauważył. Nie miał pojęcia, czemu ktoś się zbliża do jego dębu. Przecież całe drzewo tak mocno przesiąkło zapachem, że większość samotnie błąkających się kotów uznawała roślinę za jego terytorium.
Przyjrzał się uważnie zbliżającej się istocie. Była to niska, szczupła kotka o okrągłej głowie, dwukolorowych pędzelkach na uszach i ślicznych, niebieskich oczach. Jej zadbana, jasnoruda, przecinana ciemniejszymi paskami i rozetami sierść kręciła się na policzkach i ogonie kotki, a połowa pyska, klatka piersiowa, przednie łapy, brzuch oraz mały kawałek ogona były pokryte bielą.
Diament powstrzymał rozbawione prychnięcie. Był pewny, że ktoś taki mu nie grozi. Z ciekawością siedział na gałęzi dębu, skulony za kupką drobnych listków i obserwował, co nieznajoma zamierza zrobić.
Kotka zatrzymała się i obwąchała podstawę pnia drzewa, na którym przesiadywał kocur i rozejrzała się.
Diament wychylił się ze swojej kryjówki, lekko zdziwiony, iż nieznajoma go nie zauważyła, jednak ukrył w sobie te emocje i z kamienną twarzą zeskakiwał na coraz niższe gałęzie, aż znalazł się na pierwszym od dołu konarze.
- Co tu robisz? - spytał spokojnie.
Kotka zdawała się być sympatyczna, jednak srebrny próbował sobie przywłaszczyć drzewo, a więc zachował lekko surowy ton głosu.
- Ja? Wyszłam po prostu na spacer. W końcu dzisiaj jest piękna pogoda. Zauważyłeś chyba sam?
Kocur zmrużył oczy i wpatrywał się prosto w chabrowe ślepia swojej rozmówczyni.
- A czemu się zatrzymałaś…? Akurat tutaj, pod tym drzewem.
Nieznajoma od tego momentu zaczęła wyglądać na trochę zdziwioną i chyba czuła się nieswojo pod wpływem agresywnego tonu Diamenta i jego napastliwej postawy. Srebrny za to z każdym uderzeniem serca był coraz bardziej sfrustrowany. Nie rozumiał, czemu wszystkie koty nie mogły uznać tego dębu za jego terytorium i trzymać się z daleka. Kotka machnęła lekko ogonem.
- Nie wiedziałam, że nie można… Po prostu zauważyłam, że jest już bardzo dużo pąków na tym drzewie.
- Dobrze… Ale na przyszłość pamiętaj, że to mój dąb, okej? - miauknął Diament, już normalnym, przyjaznym tonem głosu.
- Jasne. A tak w ogóle mam na imię Wisteria.
- Ja jestem Diament.
- Bardzo miło mi cię poznać.
- Mi ciebie też.
<Wisteria?>

23 grudnia 2024

Od Diamenta

Kocur desperacko grzebał w stosach gratów, rozrzucał na wszystkie strony kłęby kurzu, pajęczyny, koce, mech, słomę z posłań i prawie mu to nie przeszkadzało, że cały się brudziŁ. Czuł na sobie spojrzenia innych kotów: Bazalta oraz Stonki i Turkawki, którzy nie wiedzieli, co takiego ważnego się dzieje. Brat Diamenta jednak wszystko dobrze rozumiał i w milczeniu obserwował ruchy srebrnego, niemal bojąc się tego, że kocur odniesie porażkę.
Diament na wpół jęknął, na wpół westchnął. Czuł się strasznie źle. Zalała go fala smutku, strachu, rozpaczy, wściekłości na samego siebie, a potem to uczucie… Ta obojętność. Z każdą chwilą z jego serca znikała nadzieja, a on sam pogrążał się w szarej chmurze żalu. Już stracił energię do dalszego działania, łapy mu się ugięły, przysiadł na tylnych kończynach, dreszcze przebiegły po jego grzbiecie. I nagle… Zobaczył to. Przez chwilę myślał, że mu się tylko przywidziało, ale wsuwając łapę głęboko pod koc, niemal się wywracając, zahaczył o chropowaty, okrągły przedmiot. Kiedy go wyciągnął, usłyszał ten charakterystyczny dźwięk dzwoneczka.
Tak. Tak, udało się. Znalazł ją. Znalazł swoją piłeczkę. Piłeczkę, tą ulubioną. Tą, która towarzyszyła mu przez całe życie. Tą, z którą nigdy się nie rozstawał. Tą, którą szanował, lubił, tą, z którą rozmawiał. Tą, którą traktował jak innego kota. Tą, która była jego najlepszą przyjaciółką.
Kiedy się zorientował, że ją zgubił, już myślał, że nigdy jej nie odnajdzie. Teraz nie chciał wracać myślami do tych strasznych chwil, do tego okropnego uczucia. Obiecał sobie, że nigdy więcej jej nie zostawi, ani na chwilę. Zawsze będzie jej pilnował, żeby tylko się nie zgubiła, ponieważ następnym razem może nie mieć tyle szczęścia.
Odwrócił się i spojrzał prosto w zdezorientowane oczy swoich dzieci.
- To moja najlepsza przyjaciółka - oznajmił, uśmiechając się.

27 listopada 2024

Od Diamenta

Ciemne, ciężkie chmury, z których co chwilę spadały chłodne krople wody, wisiały nisko nad ziemią, nieruchome tak samo jak powietrze dookoła kocura. Wiatr wiał tego dnia naprawdę delikatnie, tak, że niemal nie dało się usłyszeć charakterystycznego szumu gałęzi.
Diament skrzywił pysk, z niezadowoleniem wychylając głowę spod gęstego krzaku, który służył mu jako kryjówka na tę ciężką do zniesienia pogodę. Na tyle ile miał miejsca pomiędzy gęstymi gałęziami i ostrymi cierniami, otrząsnął się z kropel i zadygotał z zimna. Chociaż miał długą sierść, kiedy był cały przemoknięty, nie było mu zbyt ciepło. Położył uszy płasko po głowie, pozwalając, aby ściekła z nich woda. Nie cierpiał tego uczucia. Futro zlepiało mu się w grube, mokre kołtuny i pachniało niemal jak błoto.
Tego samego dnia o wschodzie słońca, kiedy ani jednej chmurki nie było widać na niebie, uznał, że wyjdzie na polowanie. Owszem, złapał wiewiórkę i mysz, ale w drodze powrotnej zatrzymał go obfity deszcz.
Kiedy poczuł, że po gałęziach krzaka zaczyna spływać na niego woda, pomyślał, że musi sobie znaleźć lepszą kryjówkę, a więc wypełzł ostrożnie spod gałęzi. Syknął z obrzydzeniem, kiedy poczuł, jak ciężkie krople uderzają w jego sierść. Wyciągając się i wykonując jak najdłuższe skoki, przebiegł tuż przy ziemi mniej-więcej dziesięć długości drzewa, dopóki nie dotarł do swojego ulubionego dębu, na którym często przesiadywał.
Miał tu nawet swoje legowisko, które stworzył w Porze Zielonych Liści i od tego czasu regularnie wymieniał posłanie. W dodatku, kiedy jeszcze przy podstawie pnia znajdowała się cała masa żołędzi, to miejsce było jednym z najlepszych w całym lesie do polowania na myszy. A więc rano, to właśnie przy korzeniach tego drzewa zakopał tę wiewiórkę i mysz, które wcześniej upolował. W drodze powrotnej już nic nie złapał. Zwierzyna pochowała się przed deszczem.
Szybko przebierając łapami w mokrej ziemi, odkopał zdobycz, chwycił ją w pysk i szybkimi, zręcznymi ruchami wspiął się do swojego legowiska. Na zmianę wskakiwał na wyższe gałęzie, podciągał się lub biegał po pniu z pazurami mocno wczepionymi w korę.
Już po chwili znalazł się w swoim legowisku, w którym był całkowicie schowany przed deszczem i położył na posłaniu piszczki, następnie sam zajął miejsce obok nich. Niemal całkowicie schowany w gęstych gałęziach paproci, które były częścią jego legowiska, lustrował zmrużonymi, spostrzegawczymi oczami otoczenie.
Kiedy upewnił się, że nic mu nie grozi, nieco się rozluźnił. Ułożył się wygodnie na boku i lekko machając ogonem, zajął się oczyszczeniem sierści z błota, które powstało przez spotkanie się ziemi z wodą. Nie mógł na siebie patrzeć. Nie pamiętał, kiedy ostatnio był tak brudny. Westchnął i długimi pociągnięciami języka szybko doprowadził się do porządku, a po chwili był już nienagannie czysty, tak jak zwykle.
Widząc, że deszcz nie ustaje, przygotował się do snu w swoim posłaniu, w którym ostatnio spędzał prawie tyle samo czasu, co w legowisku w starej piwnicy, w której na ogół mieszkał. Jednak tam wszędzie był kurz i innego rodzaju bród, co wprawiało srebrnego w obrzydzenie.
A na drzewach… Czuł się dobrze. Jak w domu. Lepiej niż w domu. W sumie ostatnio… To był jego dom. Do Kamiennej Sekty jednak wracał codziennie. Do swoich dzieci, do brata. Został Kamiennym Powiernikiem, a więc miał nieco więcej władzy. Pozwalał, żeby Bazalt i Szmaragd, którzy również rządzili, o wszystkim decydowali, a sam po prostu cieszył się nieco większą wolnością. Wiedział, że to nie w jego naturze tkwić ciągle w tym samym miejscu, dlatego całymi dniami podróżował. Kiedy był zdany tylko na siebie, czuł się lepiej. Ale nie mógł opuścić swojej rodziny, chociaż już tak mało jego bliskich wciąż żyło w Kamiennej Sekcie. Nie chciał Szmaragdowi i Turkawce robić tego, co mu zrobili Jerzyk, Cynia, Pliszka, Krokus, Błotniste Ziele i Ametyst. Nie mógł tak skrzywdzić swoich dzieci. Zastanawiał się, czy nie będą się o niego martwić, jeśli nie wróci na noc. No cóż, wytłumaczy im się jutro, a na razie… Nadszedł już czas na sen.
Przeciągnął się, rozciągając się na całe posłanie i ziewnął cicho, następnie zwinął się w kłębek, nakrywając nos ogonem i zamknął oczy. Jego oddech się wyrównał, bok powoli unosił się i opadał, a po chwili kocur zapadł w niezbyt głęboki sen. Śniły mu się koszmary o deszczu, który nieustannie go gonił i moczył, aż w końcu futro Diamenta stało się najbrudniejszym futrem na świecie.

29 września 2024

Od Diamenta CD. Mniszka

Zgrabnie przeskakiwał z łapy na łapę, truchtając ostrożnie za śladem maleńkich łapek zostawionych przez jego przyszłą ofiarę. Zapach ryjówki dało się wyczuć bardzo łatwo. Kocur uważał, gdzie stawia kończyny, aby żaden hałas nie zdradził zwierzynie o jego obecności. Jeszcze nie widział ofiary, ale czuł ją bardzo wyraźnie. Delikatnie stąpał, starając się robić to jak najlżej, żeby tylko biedna ryjówka, którą zamierzał upolować, nie dowiedziała się o niebezpieczeństwie, które od jakiegoś czasu ją śledziło. Przyśpieszył kroku, aby jej nie zgubić.
Zaburczało mu w brzuchu. Jak co Porę Nagich Drzew, zdobyczy było mało i osłabione koty łatwo łapały choroby. Na przykład Diament, który zwykle był odporny na przeziębienia, dostał jakiś czas temu kataru. Nie wyleczył swojej dolegliwości od razu, uznał, że nie jest warta zachodu. A zarazki w jego organizmie zaczynały się rozprzestrzeniać i rozwijać, stając się coraz groźniejsze, doprowadzając do duszności. Gdy tylko Diament zdał sobie sprawę, że jego zdrowie jest mocno zagrożone, wziął odpowiednie zioła i teraz był całkowicie zdrowy. Powietrze zaczęło się ocieplać, słońce przyjemnie grzało i zwierzyny było coraz więcej.
Nagle zamarł w miejscu z jedną łapą podniesioną. Maleńkie brązowe zwierzątko weszło do swojej nory, następnie wysunęło z niej czubek nosa i po kilku krokach, które wykonało, z powrotem znalazło się w zasięgu łap Diamenta.
Kocur uśmiechnął się z satysfakcją na pysku. Opuścił ciało bliżej ziemi i powolutku podpełzł jeszcze kilka kroków do zwierzyny. Przykucnął, wsuwając tylne łapy pod brzuch. Jego ogon drgał niecierpliwie, w oczach wlepionych w ryjówkę było widać skupienie. Powoli podniósł tylną część tułowia, jeszcze bardziej się skulił, napinając mięśnie. Był już gotowy do skoku. Musiał jeszcze tylko wymierzyć odległość…
Duża, rozmazana plama futra mignęła mu przed oczami. Diament usłyszał pisk zdobyczy, co najeżyło mu sierść na grzbiecie i ogonie. Rzucił się na umięśnionego, liliowego kocura, który to przywłaszczył sobie jego zwierzynę. Z niedużym trudem udało mu się przygwoździć wroga do ziemi, ale pewnie tylko dlatego, iż wziął go z zaskoczenia. Nie miał zamiaru stracić zwierzyny, na którą tak ciężko sobie zapracował. Był głodny. Nie chciał także, aby jego dzieci, jego oczka w głowie, chodziły nieszczęśliwe, z pustymi brzuchami.
Otrząsnął się z nagłego napadu wściekłości i nagle zauważył, że kocur, którego zaatakował, to w rzeczywistości żaden wróg, tylko dobry przyjaciel, poznany niedawno w lesie, kiedy to Diament go śledził.
- Mniszek! - zawołał srebrny zaskoczony.
Szybko zszedł z liliowego i pozwolił mu się podnieść z wyraźną skruchą w oczach. Jak mógł go nie poznać?
- Diament? - odparł ten równie mocno zdziwiony. - Co ty tu robisz? Co się stało?
- No wiesz… - zaczął kocur zawstydzony. - Polowałem na tą samą ryjówkę co ty i… Nie poznałem cię od razu. Przepraszam. Obiecuję ci, to było niecelowo.
Mniszek otrzepał swoje gęste futro z ziemi i pokiwał rozumiejąco głową.
- Nic się nie stało.
- Możesz ją sobie wziąć. Złapię inną. - miauknął Diament, pokazując ogonem zdobycz, następnie przyjrzał się dokładnie koledze.
- Wiesz, przypominasz mi kogoś.
- Naprawdę? Kogo? - spytał zaciekawiony liliowy.
- Mojego przyjaciela z dzieciństwa. Niestety od jakiegoś czasu nie mamy kontaktu… Opuścił Kamienną Sektę. Niestety. Lubiłem go. - odparł srebrny ponuro.
- Jak się nazywał?
- Jerzyk.

Wyleczeni: Diament
<Mniszku?>

22 sierpnia 2024

Od Diamenta

 Pociągnął nosem. Co to, miał katar? Pewnie przejściowe przeziębienie od tego ochłodzenia i częstych deszczów, które z każdym dniem się nasilały. Uznał, że jeśli mu się pogorszy coś z tym zrobi, a na razie nie będzie marnować ziół.
Kocur z samego rana wyszedł na polowanie, nie bardzo mając nic lepszego do roboty. Akurat przechodził obok terytorium jednego z klanu, Klanu Klifu. Przez głowę przemknęła mu niezbyt mądra myśl i od razu ją wygonił z umysłu, ale chwilę potem wróciła. I z każdym uderzeniem serca zdawała się być coraz bardziej zachęcająca. Spojrzał w głąb terytorium Klifiaków. Od strony Siedliska Dwunożnych było pokryte wieloma łodygami zbóż. Oczywiście, nie teraz w środek jesieni, ale w cieplejsze, letnie dni wyglądało to całkiem ładnie.
Diament zastanowił się, czy rzeczywiście chce zaryzykować. Co mu to da? Właściwie to nic. Po prostu od zawsze lubił łamać zasady, to było takie… ekscytujące. No a bez ryzyka nie ma przygody, więc jeśli chciał zrobić coś ciekawego, często to wiązało się z niebezpieczeństwem.
Ale teraz był już dorosły. Od dawna był dorosły. A  dopiero niedawno przestał się zachowywać jak rozbrykane kocię. W myślach ciągle wracał do swojego dzieciństwa. Wtedy jeszcze wszyscy jego bliscy byli przy nim… Teraz miał pustkę w sercu, z każdym odejściem, z każdą śmiercią, porwaniem jakiegoś kota z Kamiennej Sekty, czuł się, jakby tracił część siebie. A tak przecież wcale nie było. Po prostu wciąż był w żałobie, to normalne. Skrzywił się, przypominając sobie pysk Pliszki i wszystkie radosne momenty, które z nią spędził. W sumie było ich zbyt wiele, żeby można było je policzyć.
„Diament” – powiedział surowo do siebie w myślach. – „Nie myśl o tym”
Z wielkim trudem oderwał swoją uwagę od niewesołych myśli i przeniósł ją z powrotem do teraźniejszości. Czy chciał wejść na terytorium Klanu Klifu? Jeszcze kilka razy zadał sobie pytanie, czy to rzeczywiście się opłaca. Pokazałby obcym kotom swoją głupotę i nierozważność. Nie chciał tego. Oczywiście, nie musiał zostać złapany… Ale i tak istniało spore ryzyko, że coś pójdzie nie po jego myśli.
Westchnął i odwrócił się od kuszącego terytorium. Pociągnął nosem. Choroby bywały uciążliwe. Miał nadzieję, że przeziębienie niedługo minie i nie będzie musiał interweniować ziołami.

***

Wrócił do bazy z dwoma myszami w pysku. Jedną oddał swoim kociętom, drugą zaofiarował Skowronek. Zauważył swojego brata, Ametysta, siedzącego samotnie przy wejściu do ogrodu. To było dziwne, bo o ile dobrze znał niebieskiego, to raczej nie spędzał czasu w niczyim towarzystwie. Szybko podszedł do kocura, żeby do niego zagadać.
- Hejka, Ametyst. – powiedział energicznie.
Zastanawiał się, jak ma na brata mówić. Wiedział, że ten uważa, że jego imię brzmi poważnie, ale nie chciał na niego mówić „Amek”. Przecież to brzmiało dziecinnie, a nie byli już kociętami. Uznał, że będzie się do niego zwracać pełnym imieniem.
- Cześć. – odparł pomarańczowooki. – Jak tam?
- Dobrze. Wiesz, dawno nie robiliśmy niczego razem. Chcesz może pójść na spacer, pogadać? Albo zapolować?
- Spoko.

Od Diamenta do Mniszka

 Las po drobnym deszczu wydawał się być dla kocura idealną okazją na spacer. Dawno nie był w lesie, uznał, że czas odetchnąć od smrodu Drogi Grzmotu i wiecznie wyciągających się ku niemu łap dwunożnych. Srebrny miał nadzieję, że nie zabrudzi się zbytnio, ponieważ dopiero co skończył swoje poranne czyszczenie. Błyszczące futro było starannie ułożone, nie za bardzo przylizane, ale też nie postawione. Jasne włoski były perfekcyjnie czyste, a na całej jego sierści nie można było znaleźć ani śladu brudu.
Zmrużył oczy i położył po sobie uszy w odpowiedzi na silny wiatr smagający go po pysku. Zauważył przed sobą klon. Idealne drzewo do wspinaczki podczas takiej pogody. Miało gęstą koronę, która pozwoliłaby Diamentowi się schować przed wiatrem, w dodatku mógłby obserwować sytuację na ścieżce, którą szedł bez ryzyka, że zostanie zauważony. Naostrzył pazury na grubym pniu i zgrabnym susem dostał się na pierwszy, najniżej znajdujący się konar. Potem wbił pazury w korę gałęzi wyżej i podciągnął się. Następnie czekał go kawałek pnia bez żadnych gałęzi, dlatego uczepiając się drzewa, przebiegł ten odcinek pionowo w górę. Jeszcze kilka skoków, odepchnięć, podciągnięć i znalazł się na samej górze. Usadowił się na jednej z gałęzi, jednak nie mógł znaleźć zbyt wygodnej pozycji i dogodnego miejsca do obserwowania. Wiercąc się, zrzucił przez przypadek kilka pięknych ogniście czerwonych liści, ale w końcu udało mu się zająć odpowiednią pozycję.
Minęło sporo czasu. Diament czuł się na drzewie jak w domu ze względu na dobre umiejętności wspinaczkowe i wyćwiczoną równowagę. Zaczął czyścić sobie pysk krótkimi pociągnięciami łapy. Cieszył się przyjemnym zapachem ziemi, zwierząt leśnych i roślin. Dobrą atmosferę budowały też ptaki śpiewające kilka gałęzi dalej. Tym razem kocur miał pełny brzuch, więc postanowił ich nie łapać, zwłaszcza, że nie lubił tego robić. Ptaki były takie pożyteczne, potrafiły latać… Eh, gdyby tylko on miał skrzydła. Uniósłby się wysoko do góry, zapomniał o wszystkich zmartwieniach, szybowałby pośród chmur, widział wszystko z góry, byłby nieograniczony! Kiedy jeszcze był młodszy, praktykował latanie. Zeskakiwał z gałęzi drzew, licząc na to, że pewnego razu mu się uda. Niestety tak się nie stało. Wtedy był jeszcze głupi. Myślał, że jego niemożliwe marzenie się spełni. Teraz wiedział, że koty nie fruwają, więc już zaprzestał nic niedających lekcji i czasami, chociaż wolał tego nie robić, polował na ptaki.
Kątem oka zauważył jakiś ruch. Odwrócił się gwałtownie. Coś przechodziło ścieżką. Podpełzł do końca gałęzi, żeby mieć bardziej efektywne pole widzenia. Wyjrzał zza liści. Ścieżką szedł jakiś kot, którego Diament nie znał. Zawęszył, jednak nie rozpoznał zapachu nieznajomego. Srebrny przez chwilę zastanawiał się, co powinien zrobić. Zignorować go, zagadać do niego, a może się zabawić i zacząć go szpiegować? Skrzywił się zły na siebie, że do głowy przychodzą mu takie niemiłe myśli. Postarał się nie rozważać swojego pomysłu i dalej obserwował kota.
Nieznajomy był dużym, umięśnionym kocurem o długiej, gęstej liliowej sierści z białymi plamami, puchatym ogonie i dużych zielonych oczach. Miał długie, lekko szare wąsy. Wyglądał na młodego. Diament postanowił zacząć rozmowę, bo uznał kota za godnego przyjaciela.
- Czekaj. – miauknął.
Nieznajomy podniósł głowę do góry, jakby przestraszony i zdziwiony. Rozglądał się, ale nic nie odpowiedział. Srebrny zdał sobie sprawę, że pewnie nie jest widoczny. Wychylił się zza kępy liści.
- Tu jestem. – zawołał ponownie.
Wykonał kilka zgrabnych susów i wylądował na ziemi. Z gracją podszedł do nieznajomego i obszedł go, próbując wyglądać majestatycznie i groźnie, chociaż wcale nie miał złych zamiarów. Po prostu chciał, aby liliowy wiedział, że musi poważnie traktować Diamenta.
- Jak się nazywasz? Co tutaj robisz? – spytał, zatrzymując się przed obcym.

<Mniszku? Bój się!>

Od Diamenta

 Kawka stała nieruchomo, nasłuchując. Kocur zamarł i wstrzymał oddech, modląc się w myślach, żeby ta go nie usłyszała. Ptak wrócił do prób rozłupania orzecha. Trzymał jedzenie w dziobie, potrząsał głową i rzucał przedmiotem o ziemię, jednak skorupka nie chciała ustąpić. Srebrny miał nadzieję, że jego przyszła zdobycz jest zbyt zajęta, żeby go usłyszeć. Podpełzł jeszcze bliżej i zatrzymał się. Znajdował się w dobrym miejscu, żeby wykonać ostateczny skok. Podciągnął łapy głęboko pod brzuch, napiął mięśnie. Końcówka jego ogona drgała z podekscytowania. Ptak orientując się, że jest celem łownym, zaskrzeczał i wzbił się w powietrze. Diament wyskoczył zza krzaków. Łapą zdołał zahaczyć o skrzydło kawki, która spadła na ziemię. Ogłuszona, próbowała uciec, ale on na to nie pozwolił. Skoczył na drobne ciałko i przytrzymał je przednimi łapami, następnie nachylił się i silnym ugryzieniem przetrącił zwierzęciu kark. Ptak obezwładniał, leżał bezruchu w kałuży własnej krwi. Kocur z satysfakcją chwycił zdobycz w szczęki, podniósł ją i przeskakując nad krawężnikami, przebiegając przez Drogi Grzmotu dotarł do opuszczonej piwnicy, w której mieszkał razem z innymi członkami Kamiennej Sekty.
Położył zdobycz przy legowiskach swoich kociąt, które obecnie siłowały się w walce na niby. Diament obserwował tą zabawę zamyślony. Wiedział, ze jego dzieci wyrosną na wspaniałych członków Kamiennej Sekty. Był dumny z każdego, nawet drobnego ich osiągnięcia. Nie wątpił, że dobrze im się będzie układać w życiu.
Ale co z nim? Co miał ze sobą zrobić? Ze swoim życiem? Wszystko się zmieniło. Wciąż myślał o utracie bliskich, ale z każdym dniem było coraz lepiej. Zawsze mówiono mu, że czas to najlepsze lekarstwo. Mieli rację. Wystarczyło tylko czekać. Najgorsze minęło. Teraz Diament był w stanie oderwać swoją uwagę od przykrych myśli, jednak nie mógł na dobre zapomnieć o bliskich. I nie chciał. Nie wiedział, co wolałaby Pliszka. Żeby o niej zapomniał, czy żeby męczył się z jej odejściem każdego dnia?
Chciał coś zmienić. Potrzebował zmiany. Chciał rozpocząć nowe życie. Nie użalać się nad sobą. Zrobić coś konkretnego. Znaleźć nowych przyjaciół. Iść do przodu. Spełniać marzenia. Eksplorować tereny klanów. Bawić się. Chodzić do Kasztelanu, tak jak dawniej.
Ale co mógłby zrobić? W sumie to sam nie wiedział. Po chwili uznał, że na razie musi wychować kocięta, żeby wyrosły na dobrze, silne koty. Przy okazji dobrze byłoby się z kimś zapoznać i zabawić. Rozluźnić się. Dawno nie odpoczął od natłoku myśli.
Uśmiechnął się z czułością, widząc jak Stonka pałaszuje ptaka złapanego przez kocura.
- Powoli. – upomniał ją.

29 lipca 2024

Od Diamenta Cd. Turkawki

Patrzył z czułością na swoje kocię, które wskakując w dosyć malutkie, jednak proporcjonalnie do rozmiarów młodego duże kupki liści, rozwalało je uderzeniami smukłych łapek. Kocur usiadł i schludnie owinął ogon wokół przednich łap, w zamyśleniu przypominając sobie, że on też wiele razy się tak bawił. Nawet w środku nocy.
W środku nocy… Zaschło mu w pysku. Wrócił myślami do spacerów i zabaw w świetle księżyca z Pliszką. Z Pliszką! Czemu jej teraz przy nim nie było? Czemu dała się złapać dwunożnym? Jak mogła mu to zrobić? Czemu do nich podchodziła? Czemu była taka nieostrożna? Już nigdy więcej nie zobaczy jej świecących, zielonych oczu! Doskonale pamiętał, jak na niego patrzyła. Z miłością, radością i wieloma innymi przyjemnymi uczuciami. A tego dnia, kiedy została mu gwałtownie odebrana… Pamiętał jej krzyk zaskoczenia i strachu, kiedy wielkie różowe łapy wyciągnęły się ku niej.
Zamknął oczy, próbując wyrzucić te myśli z umysłu. Tak bardzo tęsknił za partnerką. Starał się nie rozpamiętywać przeszłości, żyć teraźniejszością… Ale to nie było takie łatwe. Pliszka wciąż wracała do jego głowy. Jak by to było… udawać, że nikogo takiego jak ona nie zna. Czy wtedy to wszystko nie byłoby łatwiejsze? Pewnie tak. Ale… nie chciał jej wyrzucać ze swoich wspomnień. Nie chciał zapomnieć o niej.
Grymas rozpaczy pojawił się na pysku Diamenta. Mógł ją uratować. Gdyby tylko dostatecznie szybko zareagował, to by się nie stało. Pliszka i Cynia byłyby wolne. Pomagałyby mu wychowywać kocięta. I wszystko byłoby tak jak dawniej.
Wciąż tego nie rozumiał. Czemu musiał stracić tak wiele kotów, które były dla niego ważne? Miał już ich całą listę. Błotniste Ziele, Pliszka, Cynia, a do tego Krokus i Jeżyk porwane przez tych samych dwunożnych co jego partnerka. Głupi dwunożni. Wszystko zepsuli.
Diament dopiero po tym, jak liliowa zaginęła, zdał sobie sprawę, jak trudno mu żyć bez niej. Każdego dnia, każdej nocy był co najmniej jeden ten moment, kiedy to wszystko go przytłaczało. Czuł na sobie zbyt wielki ciężar spowodowany odpowiedzialnością za kocięta i rozpaczaniem po wszystkich kotach, które stracił w swoim życiu. A gdyby Pliszka wciąż żyła w Kamiennej Sekcie… Stanęłaby teraz obok niego i zaczęła go pocieszać. Wspólnie by się bawili z dziećmi i ze sobą samymi.
Wiedział, że już nigdy nie zobaczy jej pięknych oczu. Jej szczerego, szerokiego uśmiechu na pysku. Nie poczuje dotyku jej miękkiego, przyjemnego futra. Nie usłyszy łagodnego, kojącego głosu, który zawsze niósł pocieszenie nawet w trudnych chwilach. Nie usłyszy niskiego, wibrującego mruczenia. Nie poczuje delikatnego zapachu partnerki.
Co teraz miał zrobić? Nie chciał ciągle rozpaczać. Całymi dniami był tak przygnębiony, że nie potrafił myśleć o niczym innym. Głęboki smutek zabierał mu całą radość z życia. Ale jak miał się cieszyć bez niej?
Potrząsnął głową sfrustrowany. Był zły na siebie. Za to, że nie potrafił wziąć się w garść i iść dalej przez życie. Czy Pliszka by tego chciała? Żeby nic nie robił i się smucił całymi dniami? Nie. Wolałaby, aby ją uratował. Ale jak miał to zrobić? Musiałby się udać do siedliska dwunożnych, sprawdzać wszystkie gniazda… i może by ją gdzieś znalazł? Po ilu próbach? Ile by mu to zajęło? I co z kociętami? Nie. Na razie musiał zostać przy swoich dzieciach i się nimi zajmować. Nie mógł pozwolić na to, aby im też się coś stało podczas jego nieobecności.
Przypomniał sobie, że miał się bawić z Turkawką. Zdał sobie sprawę, że ten od dłuższego czasu się przytulał do jednej z jego przednich łap z futrem na grzbiecie zjeżonym. W jego oczkach było widać zdziwienie i zainteresowanie.
- Co się stało? – spytał kocur z troską, przygładzając łapą nastroszoną sierść kociaka. – Wszystko w porządku?
- Tam coś było! - zawołał Turkawka, wskazując jedno z drzew ogonem.
Diament zmrużył oczy i zlustrował pień wzrokiem, nie wiedząc, o co chodziło synu. Może to tylko wymysł jego kocięcej wyobraźni? Po chwili zauważył wychylającego się zza klonu małą kulkę z czarnymi, świecącymi oczami i mnóstwem kolców na grzbiecie. Syknął gniewnie, instynktownie osłaniając swoje kocię łapą.
- To jeż. Mogą wyglądać na niegroźnie, ale wcale takie nie są. Zobacz na jego sierść. To nie włosy, tylko kolce! Potrafią mocno ukłuć. Trzymaj się od nich z dala, dobrze?
Turkawka energicznie pokiwał głową. Diament posłał mu łagodny uśmieszek i zaczął iść do szopy.
- Może na razie wróćmy do środka. Wyjdziemy, jak zrobi się mniej groźnie. Jak chcesz, mogę tobie i twojemu rodzeństwu coś opowiedzieć. Jakąś historię – zaproponował.
 

<Turkawko?>


25 czerwca 2024

Od Diamenta CD. Turkawki

Zadowolony patrzył, jak jego kocię bryka wesoło i turla się w liściach. Zamruczał z rozbawienia na ten widok. Po chwili srebrny kocurek podszedł bliżej ojca i go przytulił. Starszy z czułością odwzajemnił gest, rozkoszując się ciepłym zapachem synka.
- Tato? Gde mama? – spytał nagle Turkawka.
Rodzic kociaka znieruchomiał. Jego umysł zasnuły przygnębiające myśli. Ponownie poczuł rozdzierający ból w sercu. Nie mógł się pogodzić z zaginięciem partnerki. Ostatnimi nocami ciągle mu się śniła. Nie potrafił przestać o niej myśleć. Tak bardzo za nią tęsknił. Nie chciał o tym rozmawiać. Wciąż był pogrążony w żałobie. Jednak musiał w jakiś delikatny sposób przedstawić sytuację dziecku.
- Nie ma mamy – miauknął kocur drżącym głosem.
Tak było najlepiej. Jego kociaki musiały się od małego nauczyć, że nie mają drugiego rodzica i że już nigdy nie zobaczą Pliszki. Na razie to musiało im wystarczyć. Jak trochę podrosną i będą wiedziały, że nie da się tak po prostu zniknąć, znowu zaczną go wypytywać. Wiedział o tym. Turkawka musiał wyczuć rozpacz w głosie ojca, bo popatrzył na niego z mieszaniną zaciekawienia i lekkiego niepokoju. W dodatku pewnie trudno było mu przyswoić świadomość o zniknięciu matki.
- Jak to? – spytał, przekrzywiając główkę.
Diament strzepnął ogonem poirytowany. Smutek w jego umyśle przerodził się w złość. Ledwo się powstrzymywał od nakrzyczenia na malucha. Razem z Pliszką planowali podróże, ale urodziły się kociaki. W końcu zdecydowali, że muszą poczekać, aż te podrosną. Ale… teraz było już za późno. Liliowa zaginęła. Ich miłość nie trwała długo. Kocur westchnął.
- Wracaj do szopy – miauknął stanowczo.
Turkawka spojrzał na niego zaskoczony, ale po chwili zdziwienie w jego oczach zmieniło się w buntowniczość. Stanął pewnie na szeroko rozstawionych łapkach i dumnie wypiął pierś do przodu. Lekkim machnięciem głowy odrzucił grzywkę, która wpadała mu na oczy i zasłaniała widok.
- Cemu? – spytał wyraźnie zdenerwowany.
Futro na grzbiecie Diamenta się najeżyło. Jeszcze tego mu brakowało. Kłótni z niesfornym kociakiem, który najwyraźniej nie rozumiał prostego polecenia jak „wracaj do szopy”. Wziął kilka głębokich wdechów, aby się uspokoić.
- Jest już późno. Opowiem wam jakąś historyjkę – zaproponował łagodnie kocur.

***
następnego dnia
Diament zdążył wrócić z polowania z wiewiórką w pysku, kiedy kociaki zaczęły już wstawać. Turkawka przeciągnął się na posłaniu i ziewnął. Kiedy zobaczył ojca ze zwierzyną w pysku, jego oczy zalśniły.
- Hej, mały – miauknął kocur, podchodząc bliżej. – Proszę, to śniadanie dla was.
Popchnął wiewiórkę w stronę swoich dzieci i usiadł przed nimi, owijając ogonem łapy. Kiedy już kociaki się posiliły, Turkawka podszedł bliżej do niego i wtulił się w długie futro ojca.
- Pobawimy się, tatusiu? – spytał proszącym głosem.
Diament namyślał się przez chwilę, aż w końcu pokiwał powoli głową.
- Tak, oczywiście. Jak chcesz, możemy wyjść poza ogród, co ty na to? Tylko nie będziemy tam zbyt długo i raczej będziemy się trzymać blisko bazy, dobrze? – zaproponował, a potem zlustrował wzrokiem kociaka. – Ale to za chwilkę. Na razie musisz się umyć. Masz strasznie potargane futerko.
Zdecydowanie nie chciał, aby jego dzieci wyrosły na nieschludne koty. Wolał, aby się dobrze prezentowały. Diament zawsze twierdził, że dobry wygląd to podstawa i tego między innymi chciał nauczyć kociaki.

<Turkawka?>

06 czerwca 2024

Od Diamenta

Krążył w kółko przed wejściem do szopy. Z wnętrza dało się słyszeć dziwne dźwięki, czyli jęki i sapanie Pliszki oraz uspokajające głosy Jeżyk i Krokus. Czy naprawdę poród był aż tak trudny? Skulił się i westchnął ze smutkiem, nie mogąc już dłużej słuchać cierpienia partnerki. Serce rozdzierała mu myśl, że liliowa lub ich kocięta mogą nie wyjść z tego cało. Z każdym uderzeniem serca coraz bardziej czuł, że musi wejść do szopy i sprawdzić, czy jego obawy się nie ziściły. W końcu nie wytrzymał. Wziął głęboki wdech i już miał wślizgnąć się do środka, kiedy przed nim pojawiła się kremowa, pręgowana łapa. Ze zdziwieniem podniósł wzrok na Śmiecia, który zagrodził mu przejście.
– Nie pomożesz jej teraz – miauknął kocur.
Srebrny chwilę patrzył na niego z oburzeniem, a potem usiadł z powrotem na swoim miejscu, starając się myśleć jak najbardziej pozytywnie.

***

Po długiej chwili, która zdawała się dla Diamenta trwać wieczność, odgłosy kotek pochodzące z szopy ucichły. Zamiast tego dało się słyszeć zachwycone westchnienia i cichutkie popiskiwanie.
Z wejścia wyłoniły się Jeżyk i Krokus. Diament od razu poderwał się na łapy.
– Możesz już... – zaczęła szylkretka.
Kocur nie dał jej dokończyć. Przepchnął się między starszymi kotkami, aby jak najszybciej znaleźć się w środku szopy. Podbiegł do posłania, na którym leżała Pliszka. Wyglądała na zmęczoną, ale na widok swojego partnera uśmiechnęła się delikatnie. Przy jej brzuchu leżały trzy małe kociaki, które najszybciej jak potrafiły, ssały mleko. Wszelkie obawy, które wcześniej nie chciały opuścić srebrnego, teraz się ulotniły. Gdy zobaczył liliową i ich kociaki, a wszyscy byli cali i zdrowi...
Poczuł to dziwne uczucie. Tę nieograniczoną miłość do swoich pociech. Przykucnął przy Pliszce i zafascynowany patrzył na swoje dzieci. Już nie bał się, że je źle wychowa, że nie będzie mógł wraz z partnerką robić tych wszystkich rzeczy, które planowali. Teraz wiedział, że do końca jego życia liczyć się będą jedynie kociaki i że zadba o to, aby były zdrowe i szczęśliwe.
– To dwie kotki i kocurek – odezwała się liliowa. – Jak je nazwiemy?
Diament zauważył, że cała reszta Sekty zaczęła się tłoczyć za nimi, starając się dojrzeć kociaki i wymyślić dla nich imiona. Kocur westchnął rozbawiony, ale odsunął się trochę, aby zrobić innym więcej miejsca. Zamyślony dokładnie przyjrzał się trzem malutkim kuleczkom. Jedna z nich, kotka, była chudziutka, ale jej przypominająca puch sierść była długa. Jej futro było srebrne w czarne cętki i białe łaty, a najwięcej go było w uszach kociaka, z których wystawało wiele włosków. Drugi kociak był smukłym kocurkiem o kolorze mniej więcej takim samym jak jego siostra, natomiast rozmieszczenie jego futra było bardzo ciekawe. Mały miał grzywkę na czole, opadającą mu na zamknięte jeszcze oczy, puchatą szyję, brzuch i ogon, oraz dłuższą sierść na policzkach i przy łapach. Ostatnia koteczka była barczysta, miała krótkie kończyny zakończone wielkimi łapami, długi ogon i małe uszy. Jej długie futro opadało na posłanie, na którym leżała. W odróżnieniu od swojego rodzeństwa jej sierść była koloru szarego w srebrne nierównomiernie rozmieszczone plamy, a jej łapy, końcówka ogona i pysk były białe.
– Może Szmaragd? – zaproponował po chwili namysłu, wskazując na pierwsze kocię.
Nie wiedział, czemu akurat to imię przyszło mu do głowy, jednak podobało mu się. Nawiązywało do jego nazwy, ponieważ on też się nazywał od kamienia szlachetnego, ale dotyczyło też Pliszki, ponieważ jej oczy były tak pięknie zielone, jak szmaragd. Liliowa pokiwała głową na znak akceptacji.
– A podoba wam się imię Stonka? – spytała Cynia, podchodząc bliżej.

***

Turkawka, Szmaragd i Stonka. Tak się nazywały jego kociaki. Był bardzo szczęśliwy, odwiedzając je. Niedługo potem dzieci otworzyły oczy. Jak cudownie się złożyło, że Szmaragd miała zielone oczy! Diament był tylko lekko zawiedziony, że żadna z ich pociech nie odziedziczyła niebieskiego koloru ślepi po nim. No cóż, za to bardzo przypominały go z umaszczenia sierści. Poza tym liczył się charakter, a nie wygląd. Po raz kolejny tego dnia pomógł wstać Turkawce, który przewrócił się w poszukiwaniu brzucha matki i mleka.

20 maja 2024

Od Diamenta

– Teraz przeskoczymy na tamten daszek, a z niego na drzewo. Potem na ten niższy budynek, na sosnę i znajdziemy się na ziemi. – miauknęła Jeżyk, wskazując trasę ogonem.
– Okej. – zawołał Diament z entuzjazmem.
Lubił takie treningi, w których trzeba było się trochę poruszać. Między innymi dlatego szkolił się na wojownika, a nie na medyka, chociaż jego mentorka oczywiście musiała mu też zrobić wiele lekcji o ziołach. Pobiegł przed siebie i pozwolił swoim łapom ześlizgnąć się z czerwonych dachówek na nieco niżej położony dach, który jednak wciąż należał do tej samej budowli. Stanął najbliżej drzewa, jak tylko się dało i wymierzył odległość. Wybił się tylnymi łapami i poszybował w powietrze. Zahaczył pazurami o gałąź i zawisł na niej. Szybko się podciągnął i otrzepał futro z liści. Przeszedł po konarze na drugą stronę drzewa, tą, która była bliżej następnego punktu na jego trasie. Wyskoczył i zgrabnie wylądował na dachu niskiego budynku, które było albo jakimś małym gniazdem dwunożnych, albo podziemnym garażem, w których przebywały śpiące potwory. Już po chwili znalazł się na sośnie i zszedł z niej na ziemię.
– Już! – zawołał do mentorki, która podążała za nim.
– Nieźle. – miauknęła ta z aprobatą w głosie. – A teraz wracajmy do bazy. Będziesz mógł trochę odpocząć i potem kontynuujemy trening.
Co prawda Diament nie był zmęczony i mógłby jeszcze sobie poskakać po dachach i drzewach, ale nic nie mówił i grzecznie podążył za Jeżyk w kierunku ogrodu dwunożnych Cynamonki. Pieszczoszka niestety już nie żyła, ale jej właściciele polubili Kamienną Sektę i pozwolili jej członkom zostać. Szli w ciszy, którą srebrny po chwili przerwał. Musiał się spytać kotki o coś, co dość często nie dawało mu spokoju.
– Jeżyk… – zaczął cicho.
– Tak?
– Kiedy zostanę mianowany?
– Niedługo. – odparła szylkretka.
Adept westchnął. Naprawdę chciał już skończyć szkolenie i robić inne ciekawsze rzeczy, które zaplanował dla siebie na resztę życia.
– Ciągle mówisz, że niedługo. – zauważył.
– Diamencie… Już prawie wszystko wiesz. Muszę cię jeszcze nauczyć paru informacji przydatnych w mieście i porozmawiam o tym ze Skowronek. Dobrze?
– Dobrze. – przytaknął niechętnie.
Nie wiedział, ile dla Jeżyk jest “parę informacji”. Nie był na nią zły, bardziej na siebie. Że tak długo mu to szło. Nie mógł się jakoś zmobilizować i skończyć ten bezsensowny trening. Spuścił głowę i utkwił wzrok w łapy, którymi smętnie szurał po trawie. Po chwili niezręcznej ciszy dotarli do ogrodu dwunożnych, a kiedy Diament zobaczył Pliszkę idącą mu na spotkanie, od razu nieco się rozchmurzył.
– Hej, jak tam? - miauknęła kotka łagodnie, kiedy do siebie doszli.
– Dobrze, a co u ciebie? - odparł srebrny.
– Dzień jak dzień.
– Chcesz się pobawić? - spytał kocur.
Wskazał na swoją piłeczkę, którą przyniósł, ponieważ wiedział, że po treningu nie wróci do piwnicy, tylko wpadnie do ogrodu dwunożnych, a nie chciał jej zostawiać na tak długo samej.
– Jasne.
Już po chwili z szopy dało się słyszeć różne szelesty, brzęczenie piłeczek i sapanie dwójki młodych kotów.

***

– A więc Diamencie, co zrobisz, zanim przejdziesz przez Drogę Grzmotu? – spytała Jeżyk.
Dzisiejszy trening miał polegać na nauczeniu się prawidłowego przechodzenia przez ulice, co dla adepta wydawało się zbędne, jednak jego mentorka nie odpuściła, mówiąc, że to bardzo ważna wiedza. Stali przed długim pasmem czarnego głazu. Szylkretka na trening wybrała oczywiście jak najmniej hałaśliwą Drogę Grzmotu, z czego srebrny był zawiedziony, bo prawie w ogóle nie mógł poczuć jakiegoś dreszczyku emocji. Przecież nawet jakby potwór biegł szybko, zdążyłby mu uciec. A odrobina adrenaliny jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
– Rozejrzę się i sprawdzę, czy nie ma żadnego potwora w zasięgu wzroku. Mogę też nasłuchiwać, bo czasami jeśli na Drodze Grzmotu jest wiele zakrętów, to widoczność jest ograniczona. – odparł zadowolony ze swojej wiedzy na ten temat.
Oczywiście w teorii był dobry, jednak jeśli przychodziło co do czego, gnał przed siebie, nie zamierzając tracić czasu na jakieś rozejrzenie się.
– Dobrze, zaprezentuj mi to. – poleciła Jeżyk.
Diament pokiwał głową i rozejrzał się. Z żadnej strony nie biegł ani jeden potwór. Szkoda. Chciał się zabawić. Udając ostrożność, wszedł na Drogę Grzmotu. Czarna posadzka w nieprzyjemny sposób kłuła poduszeczki jego łap. Jeszcze raz się rozejrzał. Nastawił też uszu, ale nic. Skierował wzrok przed siebie i długimi susami w mgnieniu oka znalazł się po drugiej stronie.
– Dokładnie tak. Widzę, że na tym się znasz. – powiedziała szylkretka po tym, jak sama też przebiegła ulicę. – Chodź za mną. – powiedziała i skierowała się w głąb miasta.
Adept posłusznie podążył za mentorką, zastanawiając się, co teraz będą robić. Może… polowanie? To by było super! Albo nie, wspinaczka na drzewa, jeszcze lepiej! Spojrzał błyszczącymi oczami z nadziei na kotkę, która zatrzymała się przed jakimś klonem i zaczęła na niego wchodzić.
– Co będziemy robić? – spytał podekscytowany, wdrapując się za szylkretką.
– Ćwiczyć obserwację. – odparła ta.
Diament westchnął. Oczywiście, obserwowanie. Czyli znowu siedzenie w miejscu i nic nie robienie przez cały dzień. Do czego mu to było przydatne? Po co miał umieć obserwować? Niby na kogo miał patrzeć?
– No i co, przecież wszystko widzę! Ptaki, drzewa, budowle, dwunożni… To co zawsze. – prychnął kocur.
Jeżyk pokręciła głową z dezaprobatą. Co tym razem zrobił nie tak?
– Skupiasz się nie na tym, co trzeba. Czy drzewa są dla ciebie czymś zwyczajnym?
– Taaaak. – odparł niepewnie.
– Dokładnie. W obserwacji najważniejsze jest przede wszystkim zapewnienie sobie dobrych warunków. Z miejsca, w którym właśnie jesteś, wszystko widzisz, ale widać również ciebie. Musisz ukryć się za liśćmi tak, aby cię przysłaniały, ale jednocześnie nie zagradzały pola widzenia. – oznajmiła szylkretka.
Diament prychnął jeszcze raz naburmuszony, ale musiał mentorce wyznać, że miała rację. Nie kłócił się już więcej, tylko grzecznie schował się za gęstą kępką jemioły.
– Dokładnie tak. Zwykle obserwujemy w celu poznania terenu, polowania, patrolowania lub szpiegowania. Czym się zajmiesz dzisiaj? – spytała Jeżyk.
– No… Nie wiem. – odparł kocur, analizując sytuację.
Ten teren bardzo dobrze znał, nie miał za bardzo kogo szpiegować, nie chciało mu się też patrolować. Jednak polowanie wydawało się dobrym pomysłem. Chętnie by się poruszał i pobiegał za jakąś zwierzyną.
– Polowanie. – odparł po chwili.
– A więc na czym się będziesz skupiać?
– Na zdobyczy.

***

Słońce już zachodziło za horyzontem, kiedy Diament wrócił do opuszczonej piwnicy. Położył piłeczkę na swoim posłaniu i zajął się czyszczeniem futra. Na chwilę pogrążył się we własnych myślach. Usłyszał czyjeś kroki za sobą. Zaciekawiony nastawił uszu, wstał i się odwrócił. Jego oczom ukazała się Pliszka.
– Cześć. – miauknęła kotka.
– Hej. – odparł.
– Myślisz, że mogę dzisiaj spędzić tutaj noc?
– Na pewno możesz! – zawołał srebrny zadowolony.
Zabrał z każdego posłania kępkę mchu, połączył wszystko, co udało mu się ukraść i powstało posłanie dla liliowej. Ułożył je obok swojego.
– Proszę bardzo. – powiedział.
– Dzięki.
Kotka położyła się. Diament zrobił to samo. Szybko zauważył, że liliowa wygląda dziwnie. Jakoś inaczej. Jakby chciała mu o czymś powiedzieć, ale nie wiedziała jak. Jakby ją coś trapiło. Tylko ciekawe co?
– Coś się stało? – zapytał zaniepokojony.
– No… Tak, właściwie to tak. Jestem w ciąży. Będziemy mieli kocięta, Diamencie. Zostaniesz ojcem, a ja matką.

[1109 słów + przechodzenie przez ulicę, umiejętność obserwacji, poruszanie się po drzewach/dachach]
[przyznano 22% +5% +5% +5%]

16 maja 2024

Od Diamenta

 Przez dłuższą chwilę patrzył na Pliszkę siadającą na trawie przed Śmieciem i Jeżyk, ich mentorami. Tego dnia byli razem na treningu, z czego był szczerze zadowolony, chociaż trochę się denerwował. W zamyśleniu podziwiał jej pełne gracji ruchy i smukłą sylwetkę. Przy swoich długich nogach i takim samym ogonie była doprawdy szczupła. W dodatku jej futro było godne podziwu. Było tak pięknie zmierzwione na głowie i ogonie, przy czym kotka miała też puchate policzki, które dodawały jej oryginalności.
– Diamencie? – miauknęła Jeżyk.
Adept oderwał wzrok od Pliszki i skupił się ponownie na słowach mentorki. Zdał sobie sprawę, że ta coś do niego mówiła, akurat wtedy kiedy przez chwilę jej nie słuchał. Lekko zawstydzony tym, co sobie teraz o nim Pliszka pomyślała, już całą swoją uwagę poświęcił treningowi.
– Z tych kamieni, które teraz zebraliście, będziemy budować stosy według wzoru Nocnego Pióra. – oznajmił Śmieć. – Pokażę wam.
Kocur położył dziewięć ze swoich kamieni blisko siebie. Powstało z tego coś na kształt niezgrabnego kółka. Na tym co już zbudował, postawił kolejne cztery małe głazy, a na samej górze jednego, czarnego w białe plamki.
– Widzicie, jak to zrobił? Trzy piętra. Pierwsze z dziewięciu, drugie z czterech, a ostatnie z jednego, tego najbardziej wyjątkowego. – poinstruowała ich Jeżyk. – No, do roboty.
Diament lekko zakłopotany spuścił wzrok na swoje kamienie. Ułożył niezgrabną podstawę, a następnie drugi, mniejszy okrąg. Jakoś to się trzymało, a więc nie było źle. Problemem teraz było, który z zebranych przez adept głazów był wyjątkowy i nadawał się na samą górę. Wszystkie były w różnych odcieniach szarości, lub brązu, żaden się nie świecił, wszystkie były nierówne. Po chwili wpadł na pomysł. I go wykonał.
– Już! – zawołał do dwóch mentorów, obserwujących pracę młodych kotów.
Jeżyk spojrzała na niego i otworzyła pysk, a potem go zamknęła. Wyglądała trochę, jakby nie wiedziała, co powiedzieć.
– To… pomysłowe, Diamencie. – miauknęła w końcu.
Miała rację, bo kocur na czubku stosu ułożył swoją ulubioną, żółtą piłeczkę dwunożnych.
***
Następnego dnia srebrny poszedł na trening wraz z Skowronek i Cynią, którą też bardzo lubił. Ona była bardzo ładna, tak samo jak Pliszka. Miała oryginalne, szynszylowe futerko i piękne zielone oczka. Do tego puszysty ogon, wywinięte uszka i piękność nad pięknościami się z niej zrobiła. Sam już nie wiedział, która z sióstr jest ładniejsza, chociaż wiedział, że wygląd to nie wszystko. To taki tylko dodatek, bo on je lubił dzięki ich charakterowi. Obie były ciekawe świata i miłe. Jeżyk i Skowronek szybko im wytłumaczyły, jak się prawidłowo rysuje na kamieniach za pomocą pazurów. Dla Diamenta to było trochę zabawne. Rysowanie na głazach? Po co? To było coś w stylu dwunożnych. Oczywiście kocur wierzył w to co cała Sekta, czcił kamienie, Bylicę i Nocne Pióro i tak dalej, ale po prostu nie potrafił powstrzymać cichego chichotu podczas wykładu mentorek. Po chwili nadeszła pora na to, aby wykonali zadanie. Mogli narysować co chcieli. Diament podszedł co Cynii i zerknął przez jej ramię na kamień, na którym kotka pazurem kreśliła różne linie. Pewnie zorientowała się, że za nią stoi ale nie zareagowała w żaden sposób, dopóki nie skończyła malunku. Po krótkiej chwili głaz z rękodziełem na powierzchni prezentował się naprawdę dobrze.
– Łał! – zawołał adept z podziwem. – Ładnie rysujesz. – pochwalił kotkę i pokazał jej swój kamień.
– Ty też nie najgorzej. – odparła na to szynszylowa, chociaż srebrny nie zgadzał się do końca z jej opinią.
Tak, starał się, ale mimo to nie wyszło mu za dobrze… No cóż, bywa. Przynajmniej było widać, że na rysunku jest głowa kota, a to w tym momencie było najważniejsze.
– Już skończyliście? Świetnie. – miauknęła Jeżyk, a następnie wydała kolejne polecenie: Udekorujcie w ten sposób jeszcze ze trzy kamienie, a potem poszukamy odpowiednich kryjówek na wszystko, co znaleźliście.
***
Kilka kolejnych bazgrołów zostało wykonane, a następnie Diament podzielił całe swoje zbiory na trzy mniejsze części. Jedną ukrył w opuszczonym gnieździe ptaków, drugą w licznych kolczastych gałęziach ciernistego krzewu, a trzecią w jakiejś starej, małej norce. Wracali teraz do swoich domów. Diament w rzeczywistości mieszkał w piwnicy, ale tym razem chciał udać się do ogrodu dwunożnych Cynamonki i spędzić czas z kotami tam mieszkającymi.
– Zobacz Cynia, co potrafię! – zawołał srebrny, chcąc się popisać i zaimponować szynszylowej.
Wyskoczył wysoko w górę przy najbliższym drzewie. Udało mu się wskoczyć na drugą gałąź i zgrabnie na niej wylądował. Chwilę stał na konarze, a potem zwinnie zeskoczył i wylądował obok kotki, uśmiechając się zawadiacko.
– Nieźle. – zamruczała kotka, na co adept wypełnił się dumą.
– Jeżyk! – zawołał, podbiegając do mentorki. – Jak myślisz, mogę na tą noc iść z wami do ogrodu Cynamonki? Tylko na tą jedną, proszę…
Szylkretka nie wyglądała na zadowoloną tym pomysłem. Zmarszczyła lekko brwi.
– A co ci się nie podoba w piwnicy? – spytała.
– Tam jest tak nuuuudnooooo.
– Niech ci będzie. Ale pamiętaj, że Sekta została podzielona na trzy grupy dla bezpieczeństwa nas wszystkich. Jutro wracasz do siebie. – oznajmiła kotka surowo.
– Jasne, dzięki!
***
Leżał na zapasowym posłaniu w szopie. Swoją piłeczkę miał wtuloną w miękkie futro szyi. Niespokojnie wiercił się i przekręcał z boku na bok. W końcu nie mógł dłużej leżeć. Usiadł na kocu i przeciągnął się. Obserwował przez chwilę ćmę, która była wyraźnie oświetlona blaskiem księżyca, który wpadał do szopy przez szpary w starych ścianach. Delikatnymi ruchami języka zaczął myć sobie futro na grzbiecie. Następnie przeszedł do boków, brzucha, szyi, piersi, łopatek, łap, pyska i skończył na ogonie. Długo mu zajęło czyszczenie się, a więc położył się z powrotem ostrożnie i nie wiercił się, aby jego wysiłki nie poszły na marne. Nie minęło dużo czasu, kiedy odwrócona do niego tyłem, leżąca na sąsiednim posłaniu Pliszka poruszyła się lekko. Skuliła się, a następnie z powrotem rozciągnęła, wyprostowując łapy, jakby nie mogła znaleźć wygodnej pozycji do snu.
– Nie śpisz? – szepnął Diament.
Chociaż starał się nie mówić głośno, w nocnej ciszy wszystko było słychać wyraźniej. Pliszka odwróciła się do kocura przodem.
– Nie. I widzę, że ty tak samo. – odparła.
– Obudziłem się niedawno i teraz nie mogę zasnąć.
– Ja też.
– Możemy w takim razie coś porobić. – zaproponował srebrny.
Rozejrzał się po szopie w poszukiwaniu jakiejś zabawki lub pomysłu na wspólnie spędzony czas. Oczywiście wszelkie piłeczki odpadały, ponieważ brzęczeniem dzwonka obudziliby resztę.
– Co powiesz na spacer? Wymkniemy się i pooglądamy naturę w nocy. – odezwała się niespodziewanie Pliszka.
– Jasne, chodźmy.
Wziął swoją piłeczkę, ponieważ nie chciał jej samej zostawiać i wybiegli z szopy. Dotarli do płotu ogradzającego ogród. Wydostali się z terytorium dwunożnych przez szparę w deskach. Pobiegli do lasu. Słychać było pohukiwanie sowy. W ciemności wszystko wyglądało inaczej. Ścieżkę oświetlał im blask księżyca, więc mogli iść przed siebie bez obawy o potknięcie się. Po chwili, kiedy znaleźli się na pięknej polanie, Diament zatrzymał się. Trawa była niebieskozielona, a kwiaty już się tak nie wychylały w górę, za to wyglądały, jakby spały. Małe, świecące na żółto, zielono i pomarańczowo kropki fruwały po ciemnogranatowym niebie, niemal całym w błyszczących gwiazdach. To były świetliki. Słychać było również szelest zwierzyny, która pod osłoną nocy buszowała w leśnym poszyciu w poszukiwaniu jedzenia.
– Jest… To miejsce jest bardzo ładne. – powiedział Diament przez zaciśnięte zęby, którymi trzymał swoją piłeczkę.
– Wiem. – odparła Pliszka, tonem sugerującym, że to oczywiste.
Przysunęła się bliżej kocura. Stali teraz bok w bok, a ich futra się stykały.
– Berek! – zawołała nagle.
Dotknęła łapą końcówki ogona srebrnego i odskoczyła, znajdując się poza zasięgiem jego łap. Uśmiechnęła się i pobiegła do lasu. Zręcznie przemykała między drzewami. Diament biegł najszybciej jak mógł, tuż za nią. Na otwartej przestrzeni byłoby mu o wiele łatwiej, ale na licznych zakrętach, które musiał robić, tracił prędkość. W końcu dogonił kotkę i ją złapał. Obydwoje padli na mech pod nimi zziajani ale zadowoleni.
– Szybka jesteś. – miauknął, kiedy udało mu się uspokoić oddech.
– Nie aż tak, żeby przed tobą uciec. – odparła na to Pliszka.
Obydwoje się uśmiechnęli i przekręcili na plecy ze wzrokiem utkwionym w niebo. Białe, świetliste punkciki niezmiernie migotały.
– Ta jest najjaśniejsza. – stwierdziła liliowa, wskazując jedną z kropek.
Diament pokiwał głową w zamyśleniu i po chwili wskazał na inną część nieba.
– A te się układają w kształt głowy kota. Tu oczy, a tu uszy i pysk. Widzisz?
– Nie…? Ach tak, rzeczywiście. Już widzę.
***
Następnego ranka musieli iść na trening. Diament miło wspominał nocne chwile spędzone wraz z Pliszką, kopiąc dół w ziemi na skraju lasu. Zobaczył Cynię, idącą ku niemu z dwoma kawałkami materiału. Byli w trakcie tworzenia magazynu na kamienie. Z pomocą kotki wyściełał dziurę jedną z płacht, a drugą przykrył głazy, które wcześniej wrzucili do dziury.
– Dobrze, ale jeszcze musicie to zakopać. – miauknęła Jeżyk, obserwując postępy młodych kotów.
Silnymi kopnięciami tylnych łap wypełnili resztę wolnej przestrzeni w dole gródkami ziemi. Gdy skończyli, Jeżyk ich pochwaliła i pozwoliła im iść na przerwę. Udali się do ogrodu dwunożnych. Srebrnemu lekko ciążyły powieki. Nocny spacer dawał mu się we znaki.
– Wszystko w porządku, Diamencie? Wyglądasz… niemrawo. – miauknęła Cynia.
– Nic mi nie jest. – zbył ją adept z uśmiechem na pysku.
***
Minęło pół księżyca. Kocur co nocy wymykał się z Pliszką. Zwykle kierowali się do lasu. Pewnego razu, kiedy księżyc był w pełni, Diament zadecydował, aby udać się na polanę świetlików. Uważał, że tamtejsza atmosfera będzie idealna do tego, co chciał zrobić.
– Może zapolujemy wracając? – zaproponowała liliowa.
Pokiwał głową. Weszli na polanę. Szurając łapami po gęstej trawie, kocur zaprowadził Pliszkę w miejsce, które było silnie oświetlone przez księżyc. Stanął na wprost kotki. Jej futro błyszczało w srebrnym snopie światła, tak samo jak jego. Wbił pazury w ziemię, zmagając się ze swoimi myślami. Zebrał w sobie wszystkie siły, aby spojrzeć w oczy Pliszki. Jej spojrzenie go uspokoiło, oczyściło mu myśli. Idąc za głosem serca, postanowił to zrobić. Nie przepuści takiej okazji. Wziął głęboki oddech i obmyślił na szybko, co dokładniej powinien powiedzieć. Wiedział, że nie może się poddać strachowi. Wiedział, że musi to zrobić.
– Pliszko… – zaczął niepewnie. – Muszę ci coś powiedzieć.
Kotka spojrzała na niego z zaciekawieniem. Diament podenerwowany oblizał pysk. Martwił się, że coś pójdzie nie tak. Bał się odmowy liliowej. Ale już nie było odwrotu. Zaczął to, więc teraz powinien skończyć. MUSIAŁ jej to powiedzieć.
– Ja… Kocham cię. – miauknął głośno i wyraźnie.
Pliszka wbiła w niego wzrok. Jej oczy błysnęły. Kocur nie potrafił odczytać jej wyrazu pyska, dopóki nie uśmiechnęła się szeroko.
– Ja ciebie też. – odparła.
Kocur poczuł ulgę. Naprawdę dużą ulgę. Na jego pysku zagościł uśmiech. Jego serce zabiło szybciej. Spojrzeli sobie w oczy. Diament przysunął się bliżej liliowej i trącił jej nos swoim. Zamruczał z radością i otarł się policzkiem o pysk kotki, kiedy ta polizała go za uchem.
– Jest jeden problem. – wyszeptał do ucha Pliszki, wciąż się do niej przytulając. – Nie mogę z tobą wychodzić na takie spacery. Nie w nocy. To może być nasz ostatni raz na jakiś czas.
– Czemu? – odparła liliowa.
Cofnęła się o krok i spojrzała na Diamenta nierozumiejącym wzrokiem.
– Nie podoba ci się? – spytała zdziwiona.
– Oczywiście, że mi się podoba! Tylko… Nie wysypiam się. Źle mi idzie na treningu z tego powodu. Muszę się skupić na szkoleniu i nareszcie zostać mianowany. – wyjaśnił kocur.
– Dobrze. – kotka wyglądała na zawiedzioną. – Rozumiem, Diamencie.
– Dziękuję. – odparł.
Ruszyli z powrotem do ogrodu dwunożnych, gdzie srebrny pożegnał Pliszkę i udał się do piwnicy. Wciąż nie mógł uwierzyć, że to się stało. Że znalazł w sobie wystarczająco dużo odwagi, aby powiedzieć liliowej o swojej miłości do niej. Że kotka czuła to samo do niego. czy to nie było wyjątkowe? Miał duże szczęście. Wiedział o tym. Udało mu się znaleźć kogoś takiego na tym świecie i do tego ona też go kochała.

08 maja 2024

Od Diamenta

Nadział na pazur kawałek tej dziwnej rzeczy dwunożnych, którą Jeżyk i inni nazywali szkłem. Schował ją do kolejnego, jeszcze bardziej dziwnego przedmiotu określanego “plastikowym kubkiem”. Miał je zbierać przez cały dzień, a potem o zachodzie słońca mentorka miała mu pokazać, co dalej i jak w ogóle używać tego czegoś. Na razie nawet nie wiedział do czego służy to całe szkło. Od szylkretki dowiedział się jedynie, że trzeba być ostrożnym, bo te odłamki mają ostre krawędzie i mogą skaleczyć. Na razie uzbierał już tyle kawałków, że w kubku zostało mało miejsca, a było dopiero wysokie słońce. Skończy dużo przed czasem i będzie mógł robić kolejne fajne rzeczy! Ruszył dalej ze wzrokiem wlepionym pod siebie. Nie chciał przegapić ani jednego odłamku.

***

Jeżyk pokazała mu, jak rozsypywać kawałki szkła i je maskować. Nadal zbyt wiele z tego nie rozumiał. Niby jak miał ukryć pułapkę, jednocześnie jej nie uszkodliwiając? Marszcząc brwi, przykrył kępkiem mchu jeden z odłamków, ale najpierw ustawił go tak, aby jeden z rogów wystawał z przykrycia. Teraz pułapka była trudna do zauważenia ale za to niebezpieczna. Nie chciałby stanąć na tym.
- Dobrze. Całkiem nieźle to ukryłeś. Chyba już wiesz, jak to robić, więc przejdźmy do kolejnej ważnej umiejętności, zanim nastanie noc. - oznajmiła szylkretka.
Był ciekaw, co tym razem wymyśli jego mentorka. Miał nadzieję, że tym razem to będzie coś mniej dziwnego i skomplikowanego. Jednak, chociaż te wszystkie ważne umiejętności, które mu pokazała do tej pory były gorsze od biegania za zwierzyną i tak były o wiele lepsze oraz ciekawsze od siedzenia nad ziołami. Cieszył się, że kotka dała mu chociaż trochę spokoju z tą medycyną. W głowie mu się kręciło od zapachu ziół, kiedy spędzał tak wiele czasu na nauce o lecznictwie. Nie sądził, że to mu będzie kiedykolwiek potrzebne, uczył się tylko dlatego, bo musiał, żeby zostać mianowanym.
- Wchodzimy na drzewa? - zapytał Diament podekscytowany, widząc, jak Jeżyk podchodzi do ogromnego dębu, który stał nieopodal.
- Dokładnie tak. - przytaknęła szylkretka, zgrabnymi susami wspinając się wyżej i wyżej.
Srebrny adept stanął przy grubym pniu i wbił na chwilę pazury w korę. Była miękka, a więc wspinaczka nie powinna być problemem. Kocur lubił wchodzić na duże wysokości, szczególnie na drzewa, a więc nie zwlekał dużej. Silnym odepchnięciem się tylnymi łapami wybił się w powietrze, a następnie w locie skierował swoje ciało na jeden z niższych konarów. Wylądował bezpiecznie na czterech kończynach i już rozglądał się w poszukiwaniu najszybszej drogi do miejsca, w którym stała Jeżyk. Kolejnymi skokami i podciągnięciami dotarł do swojej mentorki. Znajdowali się na długiej, średnio szerokiej gałęzi z wieloma liśćmi. Diament wczepił mocno pazury w korę i spojrzał w dół. Nie znajdował się aż tak daleko od ziemi. Jakby spadł z tej wysokości, nie powinno się stać nic poważnego. Oczywiście zakładając, że wyląduje na łapach, a nie na głowie. Dopiero po chwili zauważył kamienie umieszczone w bezpiecznym miejscu na drugiej gałęzi, która znajdowała się obok ich konara. Zmarszczył brwi z podejrzliwością.
- Czy… Czy na tym drzewie rosną głazy? - spytał mocno zdziwiony.
- Nie. - odparła jego mentorka. - Sama je tu przyniosłam. Teraz ty masz znaleźć pięć kamieni o podobnym rozmiarze, tak żebyś dał radę je tutaj wciągnąć.
- Ale… Po co? - był coraz bardziej przestraszony pomysłami Jeżyk.
- Żeby nimi rzucać. - padła natychmiastowa odpowiedź.
- W koty? - zawołał wstrząśnięty.
- W przeciwników. - sprostowała szylkretka.
Diament skrzywił się i zaczął schodzenie z drzewa. Zgrabnie się ześlizgiwał i zeskakiwał z poszczególnych gałęzi, aż znalazł się na ziemi. Trochę mu się nie podobał ten pomysł. Sam nie chciałby dostać głazem w głowę. To musiałoby boleć. Zaczął węszyć w poszukiwaniu kamieni. Przy okazji trochę nad tym pomyślał i w sumie… To mogłaby być dobra zabawa. Rzucanie i patrzenie, czy trafiło się do celu. Przecież nie trzeba było tego robić na innych! Wystarczyło narysować w piasku jakieś kółko, na którym by się trenowało. Znalazł pięć średniej wielkości głazów i zaniósł je pod drzewo. Potem zaczął je po kolei wciągać na konar. Gdy skończył robotę, lekko zdyszany stanął przed Jeżyk, aby ta wydawała polecenia dalej.
- Dobrze. - miauknęła kotka, omiatając wzrokiem Diamenta i to co przyniósł. - Teraz będziesz nimi rzucać do różnych celów, które ja wymyślę. Ale najpierw popatrz jak ja to robię.
Szylkretka przysiadła na tylnych kończynach, a w przednie wzięła jednego ze swoich kamieni. Zamachnęła się i z całej siły rzuciła nim w jakiegoś krzaka, który rósł nieopodal drzewa, na którym się znajdowali.
- Teraz ty. - poleciła, wycofując się, aby zrobić miejsce adeptowi.
Srebrny niepewnie stanął na końcówce konara, patrząc w dół. Gałąź się rozchybotała, kiedy przeszedł z jednego miejsca do drugiego. Ziemia pod nim przybliżała się i oddalała, aż w końcu wszystko się uspokoiło. Tak jak Jeżyk, przeniósł ciężar swojego ciała na tylne łapy i owinął przednie wokół jednego z głazów. Z niemałym wysiłkiem podniósł go. Musiał pomóc sobie brodą, którą asekurował trzymany przedmiot. W chwili, kiedy był już gotowy do rzutu, stracił równowagę. Syknął poirytowany i zaczął balansować ogonem, aby nie spaść z drzewa. Kiedy już wszystko miał pod kontrolą, zamachnął się i z całej siły cisnął kamieniem w krzaka obok kamienia Jeżyk. Gdy tylko pozbył się ciężaru, rozciągnął przednie łapy z ulgą. Coś w barku lekko mu skrzypnęło. Wziął głęboki oddech i podniósł kolejny głaz. Czekał, aż mentorka powie mu, gdzie powinien celować tym razem.

***

Zrzucił wszystkie kamienie, a potem zeskakiwał z drzewa na stosy siana Dwunożnych, bo jego mentorka uznała, że to jest bardzo ważna umiejętność, przydatna w walczeniu. Może i tak było. Nie czepiał się, tylko wykonywał jej polecenia, bo miał już serdecznie dość tego całego treningu i chciał jak najszybciej zostać mianowany. Gdy słońce zaszło za horyzont, Jeżyk pozwoliła adeptowi iść do piwnicy i zająć się sobą. Kocur uporządkował futro, ale nie tak bardzo dokładnie jak zwykle, bo przecież i tak zaraz miał iść spać i znowu rano jego sierść będzie cała potargana. Teraz zdyszany siedział na posłaniu. Był tuż po męczącej zabawie ze swoją piłeczką. Gonił za nią po całej piwnicy, aż w końcu Skowronek mu zwróciła uwagę. Powiedziała, że lepiej, aby się wyspał i nie przeszkadzał innym, a więc wraz z zabawką przy pyszczku położył się na posłaniu. Było trochę niewygodne, ale już nie marudził. Zasnął.

***

Następnego dnia miał nadzieję, że Jeżyk pozwoli mu zapolować. Ale nie, musiał siedzieć w tej dusznej szopie z ziołami. Zapach roślin był w całym pomieszczeniu i sprawiał, że Diamentowi powoli zaczynało się kręcić w głowie. Chciał mieć to za sobą, a więc przyspieszył sortowanie ziół najbardziej jak potrafił.

[trening med. 1049 słów]
[przyznano 21%]

27 kwietnia 2024

Od Diamenta

- A teraz pora na szybkie przepytywanie - oznajmiła Jeżyk, patrząc uważnie na adepta. - Będzie dotyczyło materiałów z tej i poprzedniej lekcji. Zaczynamy. Wymień mi pięć trucizn, jakie znasz - poleciła.
- Cis pospolity, Szalej… Ostrokrzew kolczasty, wilcza jagoda i… Zimowit jesienny! - wykrzyknął usatysfakcjonowany.
Po wielu wschodach i zachodach słońca spędzonych na uczeniu Diamenta medycyny, szylkretka szybko zorientowała się, że więcej zapamiętuje z krótkich lekcji. Jak mówiła, miał w sobie za dużo energii i często potrzebował przerw. Tak więc, zamiast jednego długiego wykładu robiła mu kilka małych. W nawyk też jej weszło przepytywanie go pod koniec, aby sprawdzić, czy zapamiętał nowe informacje.
- Bardzo dobrze. Jak uratujesz kota od zjedzenia jakiejś trucizny, na przykład cisu?
- Podam zioła na wymioty - prychnął srebrny z tonem sugerującym, iż pytania są naprawdę banalne.
- W takim razie gdzie rośnie Ostrokrzew kolczasty? - Padło następne pytanie.
Diament podniósł na nią zaskoczony wzrok. Tak dobrze mu szło! Przez chwilę próbował odgrzebać tę informację, którą pewnie miał gdzieś z tyłu głowy, ale po chwili nieudanych prób przypomnienia sobie, zrezygnował.
- Na ziemi - powiedział wymijająco, uśmiechając się szeroko.
Jeżyk też się uśmiechnęła, ale pokręciła głową.
- W lasach. - wyjaśniła. - Jak działa Szalej jadowity?
Adept przez chwilę się zastanawiał. Wiedział o tym kilka rzeczy, ale nie potrafił ich połączyć w całość. Potrzebował te informacje ubrać w słowa, ale nie wiedział jak.
- No… Jakoś tak, że jak się zje, to leci piana z pyska i ma się drgawki? - spytał niepewnie.
Te pytania były już trudniejsze od początkowych. Czemu Jeżyk nigdy nie mogła się nad nim zlitować? Chociaż, był z siebie dumny. Ostatnio porządnie wziął się za trening i już mu szło coraz lepiej. Tylko czekał na dzień, kiedy mentorka powie, że jest gotowy do mianowania.
- Tak. Ta trucizna powoduje też wymioty i problemy z oddychaniem, ostatecznie też dochodzi do śmierci - dopowiedziała kotka.
Diament skrzywił się lekko na to słowo. Śmierć to poważna sprawa. Dobrze wiedział, co znaczy utrata jakiegoś bliskiego i nie chciał ponownie czuć tego bólu, a przecież jeszcze tylu jego przyjaciół mogło umrzeć. I znowu by rozpaczał za każdym z osobna.
- Ostatnie pytanie: Z czym często jest mylony Zimowit jesienny? - wyrwała go z rozmyślań Jeżyk.
- Zimowit? Z czosnkiem - odpowiedział, ponownie skupiając się na treningu.
- Dobrze.
Mentorka odwróciła się i weszła w głąb szopy, gdzie akurat się znajdowali. Stare graty dwunożnych były pokryte pajęczynami, dlatego wolał się tam na razie nie zapuszczać. Po podłodze walały się też sztuczne myszki i piłeczki z dzwoneczkami w środku. Pamiętał, że jak był mały, często się tu bawił. Teraz oczywiście nadal spędzał czas ze swoją ulubioną piłeczką, którą też wziął na trening i trzymał przy swoich łapach, ale większość zabawek została oddana młodszym kociakom. Diament patrzył zaciekawiony na szylkretkę, która przyniosła kilka ziół i dwie piszczki.
- Co będziemy z tym robić? - spytał zdziwiony.
- Trzeba cię nauczyć pewnej ważnej umiejętności. Mianowicie, wkładanie ziół do zdobyczy. Głównie tego używamy, jak chcemy kogoś otruć. Oczywiście, to nie są prawdziwe trucizny - wyjaśniła kotka.
- Super! - zawołał srebrny, podekscytowany.
Jeżyk poleciła mu najpierw patrzeć, a potem próbować wykonać czynność samodzielnie. Mentorka szybkim ruchem pazura rozcięła pewien fragment skóry na boku piszczki. Co ciekawe, krew prawie w ogóle nie leciała. Wepchnęła tam kilka ziół, które najpierw porządnie zgniotła i położyła mysz na drugim boku, tak aby rana nie była widoczna.
- Łał! - wyrwało się z pyska Diamenta.
Od razu sięgnął po swoją zdobycz i resztę liści, które Jeżyk przyniosła. Podniósł łapę i wysunął pazury, gotowy do przecięcia skóry zwierzęcia. Miał tylko nadzieję, że nie ubrudzi futra.
- Zaczekaj! Musisz zrobić ranę dokładnie w tym miejscu co ja, aby leciało mało krwi. Pamiętaj, wszystko musi być robione dyskretnie. - Poinstruowała go jeszcze raz szylkretka.
Srebrny pokiwał energicznie głową, nie tracąc zapału do wykonania czynności, która wydawała mu się czymś super w stylu Kamiennej Sekty. Spróbował jeszcze raz. Tym razem nie popełnił żadnego błędu.

[620 słów] 
[przyznano 12%]

17 kwietnia 2024

Od Diamenta

jakiś czas temu
Poczuł się, jakby został wrzucony do jakiejś bardzo zimnej wody. Mieszanka dziwnych, niezbyt przyjemnych uczuć coraz bardziej narastała. Z trudem mu się przełykało ślinę, oddychało. Z każdym kolejnym uderzeniem serca chciał w ogóle tego dnia nie wstawać ze swojego posłania. Drobne ciało jego matki leżało przed nim. Gdyby nie ten fakt, nie uwierzyłby w te przykre słowa.
- To niemożliwe – wypalił szybko, z podenerwowaniem kręcąc ogonem. – Błotniste Ziele nigdy nie dałaby się zabić potworowi.
- To najlogiczniejsze rozwiązanie, Diamencie – miauknęła uspokajająco Skowronek.
Jej głos był cichy, smutny, współczujący. Srebrny kocur z gniewem podniósł głowę znad zwłok swojej matki i utkwił piorunujący wzrok na Kamiennej Szamance. Nie chciał współczucia, co mu to da? Dezorientacja i szok zmieniły się w furię. Czuł coraz większą potrzebę obwiniania kogoś za tą nagłą śmierć. Ktoś musiał być za to odpowiedzialny. Omijając ciało, powoli podszedł do Skowronek.
- Tylko tak mówisz – wypluł z siebie. – Czemu mam ci wierzyć? – spytał oskarżycielsko, podchodząc coraz bliżej. Jego długie wąsy już prawie stykały się z jej wąsami. – Byłaś tam razem z nią. – Całe jego ciało drgało ze złości i rozpaczy.
- Nie byłam. Diamencie, rozumiem twój smutek, ale musisz się trochę uspokoić – zaczęła Skowronek, tym swoim podejrzanie milutkim głosem.
- Jak mam się uspokoić, skoro zrobiłaś coś takiego!? – krzyknął. Coś ciepłego i mokrego spłynęło po jego policzku. – Zabiłaś ją! Nie kłam, ja i tak poznałem prawdę! Wepchnęłaś ją pod tego potwora!
Nie myślał już, co mówi. Targały nim zbyt silne uczucia.
- Nie… - próbowała się bronić kotka.
Diament jej nie słuchał. Rzucił się na nią, zatapiając pazury w jej grzbiecie. Szylkretka jęknęła z zaskoczeniem. Próbował ją powalić ciężarem swojego ciała. Wplątał łapy w jej futro, aby utrzymać równowagę i sięgnął zębami do jej gardła. Poczuł mocny cios w głowę. Spadł ze Skowronek i z głuchym łomotem uderzył o ziemię. Zapadła ciemność.

***

Otworzył oczy. Poderwał się z posłania i wysunął pazury, rozglądając się niepewnie po piwnicy. Jak się tu znalazł? Chwilkę później zaczął sobie wszystko przypominać. Ktoś musiał go tu przenieść. Zobaczył Krokus siedzącą przy jednej z zakurzonych ścian.
- Gdzie Błotniste Ziele? – miauknął.
Pewnie zabrzmiał ostrzej niż planował, ale myślenie o grzeczności nie było w tej chwili takie ważne.
- Chcesz ją zobaczyć? – spytała łagodnie bura.
A więc to była prawda, a nie zwykły koszmar. Diament usiadł z powrotem na swoim posłaniu, kręcąc głową. Nie był jeszcze gotowy. Łzy skapywały z jego oczu na koc od Cynamonki, który dostał, kiedy jeszcze był mały. Co z tego, że będzie mu się gorzej spało na mokrym posłaniu.
- Jak to się stało? – spytał słabym głosem.
Wcześniej nie dał sobie wytłumaczyć okoliczności śmierci Błotnistego Ziela. Teraz kiedy już nieco ochłonął, był gotowy przyjąć więcej wiadomości bez wyżywania się na innych kotach.
- Znaleźliśmy ją na Drodze Grzmotu, już nieżywą. Gdybyśmy mogli, chętnie byśmy jej pomogli, ale było na to za późno. Udało nam się ustalić, że wcześniej była w domu Cynamonki, zapewne wracając do bazy, nie zachowała ostrożności – powiedziała powoli Krokus.
Mieli go teraz za agresora? Zapewne jego reputacja musiała znacznie spaść. Nie chciał, żeby go się bano, ani żeby ktoś traktował go gorzej ze względu na tamten atak.
- Czy ze Skowronek wszystko w porządku? – mruknął, odwracając wzrok, nagle bardzo zainteresowany swoimi łapami.
- Nic jej nie jest – odparła Krokus. – Ale widać, że całkiem nieźle walczysz.
Normalnie wypiąłby pierś z dumą na tę pochwałę, ale teraz jedynie spuścił smętnie uszy, z powrotem spoglądając na kotkę. Błotniste Ziele nie dożyła ukończenia treningów przez swoich synów.
- Czemu zachowujecie się, jakby nic się nie stało? Nie powinniście być na mnie źli? Czemu nikt na mnie nie nakrzyczy? – spytał cicho.
Był zdziwiony tym brakiem jakiejś kary lub czegoś innego. Nie chciał, żeby mu wszystko uchodziło na sucho, bo co z niego wyrośnie?
- Bo ty nie zrobiłeś niczego złego, Diamencie. Ja cię rozumiem. Nie panowałeś wtedy nad sobą, ale z wiekiem kontrolowanie swoich uczuć będzie dla ciebie łatwiejsze – wyjaśniła Krokus.
Ta odpowiedź go zaskoczyła. Chwilę mu zajęło przetrawienie słów burej i zrozumienie ich sensu. Z powrotem postawił uszy i po chwili pokręcił głową.
- Nikt nie rozumie – powiedział z wyraźnym naciskiem na pierwsze słowo.
Chciał już zakończyć tę wymianę zdań. Odwrócił głowę i zaczął się myć. Czuł na sobie wzrok kotki, ale ignorował to.
- Diamencie, ja też straciłam matkę – odezwała się w końcu Krokus.
Jego łeb automatycznie się odwrócił. Wlepił wzrok w swoją przyszywaną ciotkę i lekkim ruchem głowy zachęcił ją, aby mówiła dalej.

***

Następnego dnia, po pogrzebie Błotnistego Ziela siedział obok Jeżyk, kiedy ta pokazywała mu poszczególne zioła. Skaza i Szczekuszka zaginęli. Nikt nic nie wiedział o ich zniknięciu, a przynajmniej tak mówili. Skowronek ciągle była. A najdziwniejsze było to, że oni zniknęli tego samego dnia, kiedy matka Diamenta straciła życie. Czy to nie było podejrzane? Pewnie zauważyli, że kocur już zaczął osądzać niektórych, a nie chcieli, żeby się wydało, więc uciekli. Na samą myśl o tym sierść na karku srebrnego się podniosła. Dopiero po chwili zdołał się uspokoić. Spróbował powtarzać sobie w głowie, że to zwykły zbieg okoliczności. Nie mógł przecież ciągle zwalać winy na innych!
- Diamencie, słuchasz mnie w ogóle? – miauknęła lekko podniesionym głosem Jeżyk.
Adept powoli podniósł na nią wzrok, z roztargnieniem próbując sobie przypomnieć, co mówiła przed chwilą. W końcu, po kilku nieudanych próbach pokiwał ze zdezorientowaniem głową.
- T-tak, jasne. Słucham – zapewnił ją.
- A więc co mówiłam? - spytała podchwytliwie.
- No… Coś o ziołach – odparł zawstydzony.
Jeżyk potrząsnęła z politowaniem głową i jeszcze raz pokazała mu wszystkie roślinki, o których mówiła. Tym razem Diament już całą uwagę skupiał na lekcji.

***

Nadal był w żałobie po śmierci matki, jednak jego rozpacz już nieco zmalała. Powoli przyzwyczajał się do życia bez niej, jednak to smutne wydarzenie codziennie spędzało mu sen z powiek. W nocy było gorzej. Nie miał co robić i jego mózg zaprzątały smutne myśli. Dlatego starał się, aby dzień był jak najbardziej pracowity. Nie chciał mieć przerw na rozmyślanie. A więc, gdy tylko przestało padać, wybrał się na poszukiwanie ziół. W ogrodach dwunożnych udało mu się znaleźć nieco aksamitki, golterii i kocimiętki. Było tego całkiem sporo, ponieważ w większości ogrodów zioła były czymś przepuszczającym światło osłonięte przed śniegiem. Większość oczywiście zostawił Dwunogom, ale trochę roślin każdego rodzaju, jaki znalazł, zwinął w kulkę i niósł ją teraz w pysku. Postanowił wyjść poza miasto, aby poszukać jeszcze jakichś roślin dziko żyjących. Już po chwili znalazł nieco liści dębu, krwawnika i krwiściągu. Gdy na niebie znowu pojawiły się ciemne chmury zwiastujące deszcz, postanowił jak najszybciej znaleźć się w kryjówce Kamiennej Sekty. Szybkim krokiem ruszył do miasta. Wracając, spojrzał na terytorium Klanu Klifu gdzieś w oddali. Podobno kiedyś jego przodkowie mieszkali na takich Złotych Trawach, a przez wredne klanowe koty musieli się wynieść. A więc ten cały sojusz z Klanem Burzy, z którego nawet ani jednego członka nie znał, wydawał mu się bezsensowny. Przecież te królikojady mogą ich zdradzić, a Kamienna Sekta potrafi sobie poradzić sama! Zastanawiał się, czy inni byliby na niego źli, jakby poszedł eksplorować tamten teren… W sumie mała wycieczka to przecież nic złego, czyż nie? Ale na pewno nie zrobi tego teraz, bo zbierało się na deszcz. Przyśpieszył do truchtu, nie patrząc już za siebie.

***

- Dobrze, że znalazłeś kocimiętkę, bo jej brakuje – miauknęła Krokus roztrzęsionym głosem.
Niemalże wyrwała Diamentowi zioła z pyska i szybkimi, niezbyt ostrożnymi ruchami je posegregowała. Dziwnie wyglądała. Coś się musiało stać. Diament rozejrzał się po piwnicy. Większość członków Kamiennej Sekty znajdowała się w tym pomieszczeniu. Kocur postawił uszy z zaskoczeniem. Czy mu się wydawało, czy Krokus zjadła trochę kocimiętki? Była chora, czy co? Przecież nie kaszlała. Nie, musiało mu się chyba przywidzieć.
- Jafar zaginął! Został porwany. – Wyjaśniła mu kotka. – Chciałyśmy pomóc, ale Bastet odmówiła. Czemu?
Zachowywała się trochę, jakby Diament znał odpowiedź, a przecież dopiero co w ogóle usłyszał o tym zaginięciu. Nic nie mówił, jedynie stał cierpliwie. W duchu zaczął współczuć burej. Ona także rozpaczała po śmierci Błotnistego Ziela, a teraz znowu jakaś katastrofa… Musiała być całkiem mocno zaprzyjaźniona z Jafarem, skoro tak to przeżywała.
- Na szczęście Jago zgodziła się współpracować. Nie martw się Diamencie, będziemy działać. Tylko pamiętaj, aby tego nie rozpowiadać.
- Jasne. – Przytaknął od razu.
[trening med. 1302 słowa] 
[przyznano 26%]

30 marca 2024

Od Diamenta CD. Jerzyka

Przemykanie pośród cieni, nawigacja i skakanie po drzewach, grupowe treningi misyjne różnego rodzaju, symulacja bitew, sygnały misyjne i tak dalej. Wszystko to już umiał, wszystkiego nauczyła go Jeżyk na treningach. I jeszcze do mianowania na pełnoprawnego wojownika Kamiennej Sekty, zostały mu jeszcze te strasznie nudne zioła. Jerzykowi, który oznajmił, że wybiera się do Kasztelanu, medycyna też się najwyraźniej nie podobała.
– Super! Idę z tobą! – zawołał radośnie Diament, czując ulgę, że może się oderwać od ziół, które wymagały jego przesortowania. Nie przejmował się nimi za bardzo. Mógł to zawsze zrobić później. Chwycił teraz swoją piłeczkę i ruszył za Jerzykiem do Kasztelanu.

***

– I co z piłką chodzisz, jak jakiś mały kociak? – spytał, a raczej stwierdził rosły, brązowy kocur. Jakoś tak dziwnie się stało, że Jerzyk gdzieś zniknął, pewnie poszedł w coś grać, albo założył się z kimś o coś. A Diament został sam, w tym nie do końca dobrze mu znanym miejscu i grupa, nieco starszych od niego kotów, otoczyła go. Nie miał jak uciec, a teraz wyśmiewali go i dokuczali mu. Do tego obrażali jego ulubioną zabawkę! Nie mógł na to pozwolić, a nie wiedział, co robić. Czuł się bezradny. Futro na karku Diamenta się uniosło.
– Czego się spodziewałeś? Niby taki duży, ale nadal wygląda jak smarkacz! – parsknął inny kot-gnębiciel. 
Krew zabuzowała w żyłach srebrnego adepta. Obracając się, spoglądał na każdego z kocurów wrogim spojrzeniem.
– Już prędzej ty wyglądasz jak smarkacz z tym swoim potarganym futrem! – zawołał głośno Diament. Rzucając obelgi, nie bał się, czuł jedynie przypływ pewności siebie. – Na pewno łażą po was wszystkich pchły i kleszcze. – wypluł te słowa z siebie z odrazą.
– E, co pyskujesz! – zawołał grubym głosem największy z nich. 
Nie minęło uderzenie serca, kiedy policzek Diamenta został zaorany ostrymi pazurami kocura. Adept cofnął się z sykiem. Jakiś inny kocur podstawił mu łapę. Trzeci popchnął go z taką siłą, że srebrny się przewrócił. I jakoś w tym całym zamieszaniu piłeczka wypadła Diamentowi z pyska. Od razu jeden gnębiciel ją przechwycił i rzucił gdzieś w tłum kotów.
– Nieeeeeeeeee!!! – wrzasnął Diament z rozpaczą. Jak on teraz znajdzie zabawkę? Czy w ogóle ją znajdzie?
– To się teraz naszukasz, smarkaczu. – warknął szyderczo lider grupy. – Sam tego chciałeś. Było nie pyskować. – cała zgraja łobuzów wybuchnęła śmiechem i odeszła zadowolona. 
Diament najchętniej by się rzucił na jednego z nich, pogryzł i podrapał aż do krwi, ale musiał jak najszybciej znaleźć swoją piłeczkę. Przy jego boku błyskawicznie znalazł się Jerzyk, który najwyraźniej musiał usłyszeć, co się działo.
– O co chodzi?

***

Co za szczęście, że wszystko się dobrze skończyło. Jakiś życzliwy staruszek z siwą kępką włosów na brodzie widział, gdzie upadła piłeczka i ją im przyniósł. Diament wracał z Jerzykiem do piwnicy, mocno zaciskając zabawkę w pysku. Wciąż miał wszędzie łzy. I w oczach i na policzkach. Bardzo mocno się rozpłakał, kiedy już myślał, że piłeczka się nie znajdzie. Najgorsze z tego wszystkiego było to, że po kilku wschodach słońca Jerzyk gdzieś zniknął. A był jednym z najlepszych przyjaciół Diamenta! Zawsze każdemu pomagał, był przemiły i lojalny. To byłoby bardzo dziwne, gdyby z własnej woli zostawił Kamienną Sektę, przecież nie zniósłby rozłąki z rodziną. Może ktoś go porwał? Jakiś hycel go znalazł? Diament leżał naburmuszony na posłaniu, przytulając się do swojej zabawki.
„Gdzie jesteś, Jerzyku?” – pomyślał ze smutkiem. „Szukałem cię, ale nigdzie ani śladu. Jeśli możesz, proszę, wróć do nas.” – Wiedział, że kolega nie słyszy jego myśli, że prawdopodobnie jest daleko stąd, ale i tak miał nadzieję, że to wszystko głupi żart i że już niedługo Jerzyk przyjdzie cały zdrowy i uśmiechnięty.

[trening med – 578 słów]
12%

Bardzo dziękuję Piki za sesję. Miło mi się pisało, lubię ich obydwóch i  mam nadzieję, że tobie też się podobało. <3