Trening nareszcie dobiegł końca i Ryjówcza Łapa mogła wrócić do obozu. Życie w Klanie Burzy toczyło się zwyczajnie i spokojnie. Bez żadnych niespodzianek, odkąd do niego przywykła. A przynajmniej takie pozory zgrywała. Idąc przez obóz, nagle kątem oka dostrzegła Muszą Łapę rozmawiającą z mentorem. Może powinna podejść do siostry? Jednak w chwili, gdy postanowiła to zrobić, ktoś na nią wpadł. Uczennica upadła na ziemię.
Zgromiła wzrokiem tego, kto na nią wpadł. Konwaliowe Serce. Depresyjna medyczka, ciągle grzejąca dupę na posłaniu w legowisku.
- Huh.. - pisnęła pod nosem, próbując się podnieść. - P-przepraszam..
Ryjówcza Łapa odpowiedziała syknięciem. Głupia kocica! Podniosła się na równe łapki, szybko otrzepując sierść z kilku niedoskonałości. Spiorunowała wzrokiem łaciatą.
- Patrz gdzie leziesz, bezużyteczna kupo futra.
Konwaliowe Serce otworzyła szerzej oczy. Wydawała się bardziej smutna, niż zaskoczona, zupełnie jakby zgadzała się z szylkretką. Ryjówka wiedziała zapewne o Konwalii mniej, niż ta o niej, gdyż jedynie poznała podstawowe informacje o członkach klanu, bez żadnych gorących ploteczek.
Asystentka zbyt wiele nie zrobiła, bo już wkrótce podbiegli do niej Orlikowy Szept i Śpiewający Wiesiołek. Oboje odprowadzili niezadowoloną, wyrywającą się kocicę do legowiska medyków. Ryjówcza Łapa prychnęła pod nosem. Zmrużyła oczy.
Ryjówka ruszyła głębiej w tereny wilczaków. Kilka kroków. Następne. Kolejne. Im dalej szła, tym zapach Klanu Wilka stawał się mocniejszy. Odwróciła się, żeby się upewnić, jak daleko zaszła. Nie widziała terenów burzaków. Pospieszyła dalej. Krocząc spokojnym krokiem, nasłuchiwała dźwięków natury. Dudnienie kroków, śpiew ptaków, szelest liści trawy. Poza wonią klanu na którego terenach nielegalnie się znalazła, czuła jeszcze pełno zwierzyny. Zostanie tutaj przez pewien czas, zanim ruszy w dalszą drogę. Jej wędrówka dopiero się rozpoczynała, a młoda samotniczka już nie mogła się doczekać.