BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lew. Pokaż wszystkie posty

19 sierpnia 2024

Od Lwa CD. Misty

Wstał i wyślizgnął się z legowiska. Pochmurek, Mniszek i Misty jeszcze spali. Jego przyjaciel wkrótce go opuści… w końcu powróci do Klanu Klifu razem z Mniszkiem. Trochę mu będzie brakowało ich wspólnego mieszkania tutaj wspierania się… byli trochę jak w klanie. Lew tym wszystkim zarządzał jako jedyny na tyle ogarnięty, dopóki się nie rozchorował. Po nim jakieś problemy miał Pochmurny Płomień, ale udało im się i dla niego znaleźć uzdrowiciela. Teraz chciały powrócić do treningu Misty. Kotka nie radzi sobie jeszcze zbyt dobrze, a jeśli chce lepiej sobie radzić i nie być całe życie uzależniona od innych, bo może to być niebezpieczne, gdyby zniknęli. Umówili się, że dzisiaj wstaną wcześniej i poćwiczą przy okazji łapiąc coś na śniadanie, bo ze wczorajszego stosu niewiele zostało. A dokładniej nic. 
„Oj, ktoś tu dzisiaj dostanie od niego reprymendę” - stwierdził, widząc wokół Pochmurka i jego legowiska ślady wczorajszej kolacji. Jak zawsze się obżera. Nie mogą sobie pozwolić na jedzenie bez umiaru, w mieście nie tak łatwo o pożywienie.
- Misty - powiedział trącając kotkę łapą. - Misty, obudź się. Idziemy na trening.
- Cccc-co? - spytała, patrząc na niego zaspanym wzrokiem zielonych oczu.
- Idziemy na trening. Dzisiaj. Nie słucham wymówek.
- A śniadanie? - spytała zawiedziona. - Idziemy bez śniadania?
- Nic nie ma. Pochmurny Płomień wszystko zeżarł - stwierdził fakt, zerkając z lekkim wyrzutem na smacznie śpiącego Pochmurnego Płomienia. Ty żarłoku, jeszcze pożałujesz…
- Aha - odpowiedziała, błądząc wzrokiem po otoczeniu. - Tylko jak będziesz go ochrzaniać to nie przesadź.
- Okej okej, postaram się - uspokoił kotkę. Wiedział, że nie lubiła jak krzyczy na kogoś. - A teraz chodźmy. Zrobimy szybki trening, po nim polowanie i wracamy, potem zobaczymy co będziemy robić.

***

Stanął pod drzewem, na którym niegdyś Pochmurny Płomień uczył go jak się wspinać. Teraz kolej Misty. Co prawda to nie jest najważniejsza z umiejętności jakie powinna posiadać, ale nadal przyda jej się niewielka lekcja wspinaczki. Jednak nadal nie wspina się zbyt dobrze. Potem może poćwiczą walkę. To coś, co powinni umieć w mieście. Misty podeszła do niego.
- Dzisiaj zrobię ci małą lekcję wspinaczki. Na tym drzewie sam stawiałem pierwsze kroki we wspinaniu się na drzewa. Potem nauczenie się chodzić również po dachach to była drobnostka. Pochmurny Płomień kochał wspinać się na drzewa, to pokazywał mi najchętniej. I sztuczki, które na nich wyprawiał…
- Jakim cudem was wtedy nie przyłapali?
- Nie wiem. Ale jak widać bez problemu skończył mnie szkolić, a teraz jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Tak teraz na to patrząc… nie zmieniłbym niczego w swoim życiu.
- A to chciałeś kiedykolwiek coś zmieniać?
- Wiesz… to skomplikowane. Nie chcę teraz o tym mówić. - Przez chwilę stanął w bezruchu, starając się odgonić wspomnienia. To się stało księżyce temu. Było minęło, Lew żyjesz tu i teraz, teraz liczy się tylko trening Misty, a ty masz go poprowadzić. - Wracając. Powinniśmy teraz ćwiczyć, a nie marnować czas na pogaduchy.
- Dlaczego nie chcesz o tym mówić? - Najwyraźniej nadal drąży temat. Echhh wy wścibscy…
- Mówiłem, nieważne. To nie twój problem, ta sprawa cię nie dotyczy - powiedział tak lodowatym tonem, że kotka aż się skuliła. - A teraz pozwól że wrócimy do treningu. A dokładniej go zaczniemy, zamiast paplać o pierdołach. - Ta konwersacja wpędziła go w zły nastrój. Nie lubił, gdy ktoś wciskał wścibskiego nosa w nie swoje sprawy.

***

Trening poszedł gładko, przynajmniej w połowie. Misty po wytłumaczeniu jej paru rzeczy, pokazaniu i poprawieniu wspinała się na drzewa jakby robiła to od urodzenia. Z tej części treningu był zadowolony. Gorzej z walką. Jakkolwiek był dosyć delikatny i starał się by nic jej się nie stało, w końcu przewyższał ją rozmiarami, wagą i doświadczeniem… to była w tym po prostu słaba. Ale to da się poprawić jeszcze parę treningów i będzie git. Polował głównie sam, bo Misty nie polowała jeszcze zbyt dobrze. Zapolował tylko dla siebie, Misty i Mniszka. Pochmurny Płomień w ramach kary nie dostanie nic pod nos i będzie musiał sam sobie upolować lub będzie głodny. Choć znając Pochmurnego Płomienia pójdzie gdzieś na cały dzień i wróci dwa razu grubszy, chcąc nie tylko się najeść, ale też zrobić mu na złość. Współczuje mu jak go będzie potem brzuch bolał z przejedzenia… ale tak się kończy obżarstwo i niedojrzałe podejście do życia. Mimo iż były wojownik był od niego starszy, to dojrzałością nie grzeszył w najmniejszym stopniu…
- Lew? Wszystko w porządku? Nic nie mówisz prawie całą drogę do domu - spytała Misty. Nie odpowiedział, nie miał pojęcia jak odpowiedzieć. - Czy to przez to że się dzisiaj tak dopytywałam? 
… Dlaczego kolejna rozmowa i znowu do tego wracają.
- Nie. To nie przez to, po prostu się zamyśliłem. - Zamilkł na chwilę. - Chciałbym, byś więcej nie wracała do tamtej rozmowy. To, co się wtedy ze mną działo, było dla mnie trudne i nie chcę więcej do tego wracać, ani nikomu o tym mówić. Jakbym chciał, to bym o tym powiedział, czyż nie?
- Dobrze… Nie będę już wracać do tamtej rozmowy. - Zerknął kątem oka na Misty idącą nieco za nim. Widział, że teraz kotka o czymś rozmyśla, ale nie wnikał. Będzie się trzymał swojej wspaniałej zasady: nie mój problem, to nie wciskam w niego nosa.
- Jesteśmy już w domu - stwierdził, skręcając w alejkę. 
Puścił Misty przodem, a potem sam się przecisnął przez swoisty „tunel” między gratami dwunożnych, którym docierało się do ich swego rodzaju obozu. Mniszek siedział przed swoim legowiskiem, w postaci jednego z pudeł, i mył się, a Pochmurny Płomień spał w legowisku, mamrocząc coś przez sen.
Odłożył piszczki w korzeniach wierzby i podszedł do legowiska Pochmurnego Płomienia. Pacnął go łapą.
- Wstawaj, wstawaj, nie lenimy się. Ja z Misty zdążyliśmy już wrócić z treningu i polowania, Mniszek wstał, a ty nadal śpisz. To, że nie jesteś w klanie, nie znaczy, że możesz mieć wywalone na wszystko.
- Okej, okej, nie zapowietrzaj się. Bardzo mi przykro, ale tym razem nie wysłucham twojej reprymendy i po prostu pójdę jeść gdzie indziej - wymamrotał.
- Owszem, pójdziesz sobie coś upolować. Tylko proszę cię, nie przejedz się, bo to nie będzie na złość nam, tylko tobie. Pamiętasz jak ostatnio zjadłeś coś nieświeżego i się zatrułeś? Potem się pochorowałeś odwodniłeś i musieliśmy ci ściągać uzdrowiciela. Owszem, też byłem jakiś czas temu chory i mi go załatwiliście, ale nie byłem chory na własne życzenie z czystej głupoty.
Pochmurny Płomień uśmiechnął się głupio i wyszedł. Lew wziął swoją mysz i tak jak zwykle wskoczył na stos pudeł by ją zjeść. Misty do niego dołączyła. Zapowiadał się kolejny spokojny dzień…

<Misty odpisz… tylko błagam szybciej niż odpisujesz Mniszkowi XD>
[1037 słowa + poruszanie się po drzewach]
[przyznano 10% + 5%]

Wyleczeni: Pochmurny Płomień

15 czerwca 2024

Od Lwa CD. Niedźwiedziego Miodu

Lew korzystając z okazji iż Pochmurny Płomień może pozostać z Misty i Mniszkiem w domu, wyszedł na samotne polowanie i ogólnie, by spędzić trochę inaczej czas. Przynajmniej nie musi się już martwić że coś się stanie Misty, a co gorsza małemu Mniszkowi, który jest od niej słabszy, bo nawet Pochmurny trochę się ogarnął po tym, jak kilkadziesiąt razy prawie potrącił go potwór, kilka razy ledwo uniknął manipulacji, kilkanaście upadku z dachu, kłótni z kimś na ulicy, bójki czy czegoś. Teraz przynajmniej nie wyściubia nosa z bezpiecznej kryjówki bez Lwa, bo jak na razie w mieście jest zdany tylko na niego, nawet Misty jeszcze nie byłaby w stanie mu pomóc, pokierować go, a co gorsza powstrzymać przed jakąś głupotą. Ach ten Pochmurny… duże kocię. Słońce przyjemnie świeciło po wczorajszym deszczu, położył się na większym kamieniu przymknął oczy i odpoczywał. Niektórym z daleka mogłoby się wydawać że śpi, ale cały czas czujnie nasłuchiwał i przyglądał się światu z pod lekko uchylonych powiek.
- Przepraszam cię przyjacielu - usłyszał głos. Zastrzygł uszami i uniósł głowę, po czym przyjrzał się obserwowanemu już od jakiegoś czasu kotu do którego ten głos należał.
- Wyglądasz na kogoś, kto czasami wyściubia nos zza miasta… Wiesz może, czy o suchej łapie przejdę na drugą stronę rzeki? - kontynuował kot.
Lew przyjrzał się mu uważniej. Po zapachu wywnioskował że to kocur, miał czekoladową sierść, złote oczy w odcieniu miodu i nie miał raczej zbyt masywnej sylwetki, jego budowa była raczej atletyczna, a to że był wychudzony jeszcze potęgowało to wrażenie. Wyglądał na nieco starszego niż on.
- Tak się składa że wiem przyjacielu
 - odpowiedział. - I jeśli chcesz mogę ci pokazać gdzie - mówiąc to odwzajemnił przybrany przez kocura przyjazny wyraz pyska, kalkulując na szybko, czy na pewno zostawienie Misty i Mniszka z Pochmurnym Płomieniem było mądre, ale no nic, jak coś ma się stać, to się stanie i nic tego nie zmieni, a jak on znalazł pomoc jak był zagubiony, tak ten kocur też powinien ją dostać, więc Lew mu ją da.
- O to mógłbyś mi pokazać, byłbym bardzo wdzięczny - odpowiedział mu kocur.
Lew wstał i przeciągnął się.
- Tędy - powiedział, wskazując ogonem kierunek i ruszył w kierunku przejścia, z którego kiedyś sam korzystał, a mianowicie starej kłody. - Chcesz się dostać do klanu? - Zapytał.
- Tak - odpowiedział mu czekoladowy.
- Kiedyś też chciałem dołączyć do tego ich klanu. - Powiedział wracając pamięcią parę księżyców wstecz. Był wtedy taki mały i naiwny… Myślał że życie jest takie proste jak już się urwał od dwunożnego który go bił, głodził i Lew sam nie chce sobie przypominać co jeszcze, choć niestety to samo mu się pcha do głowy. - Ostatecznie tego nie zrobiłem, ale za to poznałem jednego z wojowników Klanu Klifu, mojego obecnego przyjaciela który nauczył mnie walczyć, polować i parę innych rzeczy. - Nie wspomniał o tym dlaczego nie dołączył do klanu. O tym i o swojej przeszłości nie wspominał nikomu. Nawet Pochmurny Płomień nie wiedział niemalże nic, poza tym co wydarzyło się przy nim.
Szli dalej gawędząc o tym i owym aż dotarli do przejścia.
- To tutaj. Wystarczy przejść po kłodzie a jak chcesz dotrzeć do Klanu to wystarczy biec przez pole aż dotrzesz do drogi grzmotu, tak się składa że prawdopodobnie natkniesz się na ich patrol nawet specjalnie się nie spiesząc. - Dodał patrząc na to jak wysoko jest słońce by się upewnić. Przyjrzał się kocurowi. Widać było że ten patrzy się z niechęcią, w sumie nawet pewnym lękiem na wodę. - Jak widać każdy ma swoje fobie i to jest normalne - podsumował w myślach nie chcąc ranić kocura mówiąc o tym co zaobserwował na głos.

<Niedźwiedzi Miodzie?>

06 czerwca 2024

Od Lwa CD. Mniszka

Lew spacerował po mieście. Był ciepły, słoneczny dzień, lekki wiaterek zwiastujący już nie tak odległe nadejście zimy rozwiewał jego długą, lśniącą sierść. Spacerował już dosyć długo, chciało mu się pić. Co prawda w domu była kałuża i w starym poidełku dla ptaków też trochę wody się zapewne zebrało, ale nie chciało mu się jeszcze wracać. W zaułku zauważył kałużę. Normalna kałuża, jednak coś przy niej stało.
Mały futrzany kształt pochylał się nad taflą wody i pił powoli wodę z kałuży. Raczej nie będzie miał nic przeciwko, jak Lew też się z niej napije. Nie wyglądał na groźnego. Podszedł bliżej i też pochylił się nad kałużą. Gdy tylko zrobił krok, w jego stronę zostało skierowane spojrzenie dwojga zielonych oczu. Odwzajemnił spojrzenie z lekkim uśmiechem na pysku.
- Kim jesteś? - zapytał w końcu kot.
- Jestem Lew. - Przedstawił się w sumie bez większego namysłu. - A ty?
- Ja jestem Mniszek. Jastrząb mnie porwał z Klanu Klifu od Mamy i Tatusia i Jastrząb z Jeżówką... I nie umiem sam wrócić. Pochmurny Płomień nie zdążył mnie uratować...
- Pochmurny Płomień?
- Pochmurny Płomień to nasz przyjaciel, mój i Jastrząb. Jest już wojownikiem - oświadczył z zadowoleniem, chwaląc się swoim starszym kolegą.
- Znam Pochmurnego Płomienia, to mój przyjaciel! Szkolił mnie w tajemnicy parę księżyców temu. A więc jesteś z Klanu Klifu... Nie wiem, jak ci pomóc, najpierw musiałbym dowiedzieć się kiedy mają patrole, by cię odprowadzić. Z Pochmurnym już się nie widuję, a do obozu sam nie dojdę, bo nie wiem jak. Jeśli chcesz, możesz u mnie zamieszkać do czasu, aż uda nam się odprowadzić cię do twojego klanu. W sumie nie widzę innego wyjścia, raczej nie potrafisz jeszcze dobrze przechodzić przez Drogę grzmotu, walczyć ani polować, co?
- Uhm… - Przytaknął mu Mniszek z lekkim niezadowoleniem, iż musi przyznać swój brak wspomnianych umiejętności.
- To w takim razie możemy iść do mojego domu. A i mam coś do zjedzenia, o ile Misty wszystkiego nie zjadła. Misty to moja przyjaciółka, która ze mną mieszka, polubisz ją.

***

Przemykali niezauważeni w cieniu, aż dotarli do dobrze znanego Lwu zaułka. Jego domu od dobrych paru księżyców. Zerknął na Mniszka.
- Już prawie jesteśmy. Idź za mną.
Lew wcisnął się znowu między stertę przedmiotów dwunożnych i przepychał się do dziury, przez którą dostawał się do swojego pięknego domku. Ostatnio często nią przechodził, w sumie podobało mu się, że nie mieszka już sam oraz że wreszcie przeniósł się tutaj. W końcu dotarł do wejścia. Wsunął się do środka i rozejrzał się.
- Hej Misty! Już wróciłem!
- Cześć Lwie! - odpowiedziała mu Misty z lekkim uśmiechem na pyszczku, po czym wróciła do zbierania kwiatków.
- Mistuś, mamy nowego współlokatora! Oto Mniszek.
W tym momencie młody liliowy kocurek wysunął się z wyjścia na blask ogrzewających polankę promieni słońca.
- Witaj Mniszku! Miło cię poznać! - Misty z ciekawością na niego spojrzała, a Mniszek rozglądał się, uważnie przyglądając się każdemu szczegółowi otoczenia.

<Mniszku kochany, jak ci się podoba?>

24 maja 2024

Od Lwa Do Misty

Lew wstał dzisiaj wcześnie i miał zamiar iść na polowanie. Był na krańcu miasta, wkroczył na tereny niczyje, gdy jego uwagę przykuły dwa koty stojące w oddali. Zakradł się cicho by przyjrzeć się lepiej kotom. Jeden kot był dosyć niewielki, najpewniej jeszcze naprawdę młodziutki, o rudawo cynamonowym puszystym futerku, na jego szyjce można było zobaczyć różową obróżkę, w dodatku biedak był dosyć wychudzony jak na pieszczoszka, na którego wyglądał, a drugi kot był dosyć duży, a jego futro było rude i przecinały je pręgi, był duży i masywny, w pewien sposób górował nad tym drugim, widać było, że radzi sobie tutaj gdzie jest świetnie i w żadnym stopniu nie przypominał pieszczocha. Podszedł jeszcze bliżej, kryjąc się w pobliskich krzakach i dowiedział się, że mały kot to młodziutka koteczka a drugi to kocur w średnim na oko wieku czego się wcześniej domyślał. Źle mu z oczu patrzyło. Wyglądał jak szaleniec, co chwila wysuwał i chował pazury, jakby chciał coś komuś zrobić, jego pysk skręcał się w dziwnym wyrazie, rozglądał się czujnie dookoła. Jego ton głosu wydawał się również dziwny, poza tym czuć było od niego zapach krwi. Nie krwi myszy, ptaka czy innej zdobyczy. Krwi kota. Coś mu się zdaje, że ta kotka może być w niebezpieczeństwie. Słyszał, jak kocur obiecuje jej jedzenie, dużo jedzenia, dom oraz wszystko, czego zechce, tyle że było to strasznie przesadzone. Poszedł za kotami, znał całe tereny niczyje wzdłuż i wszerz, a czarny kierował małą kotkę na pustkowie, a nie wydaje mu się, by ktokolwiek mieszkał na pustej przestrzeni bez schronienia przed deszczem, wiatrem, śniegiem czy zimnem. Na razie szedł za nim, ale czuł już, że to nie zapowiada się dobrze. Już zaczynał wierzyć, iż tylko mu się zdaje, ale niestety, gdy oddalili się na pustkowie na tyle, że nie było żadnej innej żywej duszy w pobliżu, jego nadzieje zostały rozwiane. Czarny kocur rzucił się na koteczkę. We Lwie się zagotowało, jednak starał się zachować zimną krew. Błyskawicznie wyskoczył z kryjówki, uderzając przeciwnika z całej siły przednimi łapami w bok i obalając na chwilę na ziemię. Co prawda kocur wstał dosyć szybko, ale lew uzyskał, co chciał, bo tamten wypuścił kotkę.
- Zostaw ją - powiedział pewnie i stanowczo do kocura wpatrując się w niego przenikliwym spojrzeniem swoich niebieskich oczu.
- A dlaczego miałbym to zrobić - odpowiedział ten, odwzajemniając spojrzenie i starając się samym głosem i nad wyraz osobliwym spojrzeniem wściekłych pomarańczowych oczu wystraszyć Lwa, ale zapewne nie wiedział, że to nie przejdzie. Lew się nie boi. Takie sztuczki to niech se stosuje na innych, na nim to nie robi większego wrażenia.
- A dlaczego miałbyś tego nie zrobić? Zostaw ją. W tej chwili.
Przez ułamek sekundy dojrzał na pysku kocura wyraz zaskoczenia. 
- Jeszcze ci się żaden młodzik tak nie postawił, co? To ja będę pierwszy - pomyślał z zadowoleniem.
Kocur nic nie robiąc sobie z tego, co Lew do niego mówi, chciał rzucić się na koteczkę. Ale nie na jego warcie. Lew był szybszy i wskoczył przed nią, waląc łapą z wysuniętymi pazurami delikwenta prosto w pysk. Kocur warknął w jego stronę i skoczył na niego. Lew kątem oka zdążył dostrzec, jak mała koteczka kuli się i cofa, wpatrując się w nich z przerażeniem wielkimi pięknymi zielonymi oczami. Sam szybko przesunął się pod brzuchem skaczącego na niego kocura i przy okazji przeorał go pazurami przedniej łapy. Kocur wylądował na cztery łapy, ale zanim zdążył się obrócić, Lew już się na niego rzucił od tyłu. Przewalili się na ziemię, turlając się po niej i raniąc przeciwnika czym się da. Kot wykorzystał to, że Lew nadal nosi swoją starą obrożę i usiłował się chwycić ja kłami lub pazurami i w końcu mu się to udało. Na szczęście dla Lwa, jak je wcisnął, tak teraz nie mógł uwolnić pazurów, które w nią wbił. Lew wykorzystał ten moment i ugryzł go w tę właśnie łapę. Pod wpływem bólu tamten szarpnął mocniej i uwolnił łapę. rzucił się na niego, waląc go łapą w pysk, i zostawiając tam piekące głębsze zadrapanie na prawym oku. Lew zamrugał, szybciej strząsając krew i rzucił się z powrotem do walki. Chwycił przeciwnika za ucho i pociągnął, rozdzierając je, ale ten wykorzystując chwilę jego nieuwagi, chwycił go od tyłu za kark i rzucił na ziemię. Zanim Lew zdążył się podnieść, kocur rozorał mu pazurami prawy bark. Zanim jednak zdążył cofnąć łapę, Lew ją chwycił zaciskając na niej coraz bardziej szczęki. Przeciwnik zawył z bólu. Jednak to nie koniec. Podniósł się, szarpiąc przeciwnika za trzymaną w swoim pysku łapę i w ten sposób go przewalając. Przeciągnął go kawałek od ziemi i wpatrywał się z zadowoleniem w oczy kocura patrzące na niego z bólem, przerażeniem i złością. Puścił łapę czarnego, która opadła bezwładnie na ziemię i skoczył na niego, przyszpilając go do ziemi. Uśmiechnął się triumfalnie i spojrzał mu prosto w oczy.
- Wygrałem - powiedział pewnym siebie głosem z nutą bezczelności zmieszanej ze złośliwością. - A teraz, zabieraj stąd swoje cztery litery kupo futra. A jak jeszcze raz zobaczę cię, chcącego skrzywdzić jakiegoś kota, to gorzko tego pożałujesz.
Lew puścił przeciwnika i odsunął się stając tak, by móc chronić koteczkę. jakby tamten chciał jeszcze raz podjąć atak...Kocur wstał i jeszcze przez chwilę wpatrywał się w Lwa z niedowierzaniem, jakby dalej nie rozumiejąc, co się stało. Pewnie i tak nie wie, że Lew jest aż tak młody, ale z pewnością jego zwycięstwo zrobiło na nim jakieś wrażenie. Lew ponaglił kocura, by ten odszedł. Ten powoli odwrócił się i pognał gdzieś w sobie tylko znanym kierunku.
Gdy kocur już sobie poszedł, Lew spojrzał na nadal stojącą z boku koteczkę. Co ona tam robiła? Wyglądała jak typowa pieszczoszka, jej puszyste pozlepiane futerko było nastroszone, dalej wpatrywała się przerażonymi zielonymi oczkami w niego, odchodzącego kota daleko w oddali, oraz pustą przestrzeń. Biedne dziecko, jak widać miała dosyć niemiłą przygodę, jak na pierwszy raz poza domem.
- Heej, mała nic ci nie jest? - zapytał się koteczki, podchodząc powoli bliżej, by jej nie wystraszyć.
- Nnie nic mi nie jest. - odpowiedziała mu kotka. Trzęsła się ze strachu jak galaretka. Co, ona myśli, że Lew też chce jej coś zrobić? I tu pomyłka. On nie krzywdził, nie krzywdzii nie będzie krzywdzić niewinnych kotów...
- Czego się boisz? - zapytał kotkę. - Przecież cię nie zjem - zaśmiał się swobodnie.
- …Nie zjesz?
- Nie zjem cię, a co myślałaś, że wszystkie nie pieszczoszki krzywdzą się nawzajem?
- Nie…
- A faktycznie, nie przedstawiłem się. Jestem Lew. - A ty?
- Mam na imię Misty.
- Gdzie jest twój dom Misty? Odprowadzę cię.
- Nie trzeba, sama dam radę.
Lew jeszcze raz przyjrzał się koteczce. Wyglądała jak wychudzony szczur. Jej zapewne niegdyś ładna i lśniąca zrudziała sierść była teraz potargana i matowa, gdzieniegdzie miała powbijane kolce jakiś krzewów. Jak widać, nasz szczurek niezbyt sobie radzi, heh. - pomyślał. Jak widać, niezbyt sobie tutaj radzi, co jest oczywiste po jej wyglądzie. Musiała nawiać właścicielowi, myśląc, że tu żyje się tak łatwo i przyjemnie. A tu zaskoczenie, no cóż.
- Nie dasz rady. Nawet nie zaprzeczaj, bo widać to po tym, jak wyglądasz. Kiedy, komu i po co nawiałaś właścicielowi, huh?
- Ja nie nawiałam…
- To, co się stało? Ktoś cię porzucił? Twój właściciel umarł?
- Mhm - mruknęła koteczka, a w jej ślicznych zielonych oczach zaczęły zbierać się łzy.
- No już, nie płacz. - Mówiąc to, podszedł do kotki i ją objął. - Pomogę ci. Jak nie masz domu, mogę zabrać cię do mnie, zamieszkamy razem, mam bardzo dużo miejsca a mieszkam sam. Zobaczysz, spodoba ci się. Nie myśl, że cię tu zostawię, przecież ty już wyglądasz jak nie wiem co.
- Nnaprawdę? Mmogę z tobą zamieszkać?
- Oczywiście, że tak! Tylko najpierw muszę iść zapolować, bo inaczej nie mamy dzisiaj śniadania i kolacji. Chodź, to w tamtą stronę, w okolicach pola można znaleźć najbardziej tłuste i smaczne myszy! Możemy zapolować razem!
- Ale ja nie umiem polować - powiedziała zwieszając główkę Misty.
- O, to nauczę cię! Chodź!
Chwycił Misty i posadził sobie na karku. Przecież to sama skóra i kości. Jest tak leciutka, że mógłby ją zanieść choćby na drugi koniec świata. Wydawała się przez chwilę trochę zszokowana, ale teraz nie czas na zatrzymywanie się i tłumaczenie swoich zachowań.

***

Podniósł ze stosu upolowanych przez siebie myszy jedną, tłustą brązowo rdzawą myszkę i podał kotce. Mówił, by sobie brała, ile chce, jak jest głodna, ale najwyraźniej jeszcze na tyle się nie odważy przy nim. Ma nadzieję, że Misty mu zaufa, w mieście zaufanie jest ważne, pod jednym dachem tym bardziej.
- Trzymaj mała. Jedz myszę, bo z takim truposzem to ja nie dojdę do miasta. Musisz nabrać trochę sił, a potem pójdziemy do mnie, to sobie odpoczniesz. A i jak już się przyzwyczaisz, jeśli chcesz, mogę cię nauczyć polować, walczyć, pokonywać drogę grzmotu, chodzić po dachach i inne takie. Zobaczysz, będzie fajnie i zabawnie, bo jednak bez umiejętności tego typu w mieście zginiesz, niestety, taka prawda.
Kotka na początku nieufnie przyglądała się myszy. Pierwsza degustacja mysiego dzikiego mięska jak widać. W końcu zaczęła z niewiarygodną prędkością pochłaniać zdobycz. Gdy wreszcie się pożywili, Lew wstał i spojrzał na Misty.
- Chodź. Czas do domku. Dasz radę wziąć piszczki? Pobiegniemy po dachach, tam jest mniejsze prawdopodobieństwo, że się na kogoś natkniemy i będzie bójka o żarełko.
- Ale ja nie umiem chodzić po dachach…
- Ale ja umiem. Dlatego zaniosę cię na grzbiecie, staraj się nie wiercić i trzymaj piszczki.
Schylił się, by koteczka mogła mu wejść na kark i ruszyli w kierunku miasta.

< Mistuś, wykaż się (i nie zjedz Lwa za noszenie cię na grzbiecie)>

08 maja 2024

Od Lwa

- Wiem, że nie zawsze świat był dla ciebie łaskawy. Nie powodziło ci się i nie układało. Siedziałeś słaby i wygłodzony w jakiejś dziurze nie wierząc, że nadejdą lepsze dni. Jednak teraz, nadchodzą dni, w których jesteś silny, wielki i wspaniały. Jak dobrze wiesz, musimy zakończyć na razie nasz trening, twoje umiejętności są już ponadprzeciętne, a ja nie chcę narazić się klanowi.
- Od kiedy ty jesteś odpowiedzialny, Pochmurny Płomieniu? - rzucił Lew do swojego przyjaciela.
- Nie śmiej się. Teraz nie na to czas. Nie martw się, dorosłość i odpowiedzialność mnie jeszcze nie dopada.
- To dobrze. - Śmiejąc się odpowiedział Lew - kontynuuj - dodał błyskawicznie się uspokajająco.
- Jak więc mówiłem, świat potraktował cię dosyć surowo, jak byłeś młodszy. Teraz, jesteś silny i odważny, potrafisz już przeżyć, ale brakuje ci jednego. Jesteś zbyt miękki jak na miejskiego kota. Musisz stać się bardziej surowy i wymagający, stąpać twardo po ziemi i nie dać się złamać. Jak byłem małym dzieciaczkiem, mama mówiła nam, że jak chcemy przetrwać, nie możemy być miękcy. Wtedy nie wiedziała, że nie będziemy żyć w mieście i w sumie nie miałbym jej za złe gdyby wtedy nas tu nie oddała.
- Co masz na myśli… Nie mów mi, że zamierzasz opuścić Klan Klifu.
- Jeszcze nie, chcę wybłagać Srokosza o danie mi małej Jastrząb na uczennicę i chcę ją wyszkolić na najlepszą wojowniczkę, jaką świat widział. A potem… potem się zobaczy. Ale wracając. Wierzę, że jesteś w stanie stać się kimś więcej. Kimś wielkim, wierzę, że jesteś w stanie zamienić swoje marzenia w rzeczywistość i uczynić to tak cholernie wielkim, że cały świat będzie w stanie to dostrzec.
- Co powiedziałeś?
- Że jesteś w stanie...
- nie o to chodzi. Skąd znasz słowo “Cholerny”?
- Nasz właściciel tak mówił. Dosyć często, raz gdy coś mu upadło, wydarł się tak, że mi prawie uszy odpadły i jakoś takoś się to słówko zapamiętało...
- Wiesz że ten zwrot nie należy do najładniejszych?
- Wiem.
- To staraj się go nie używać.
- Dobrze.
- A co do tej wielkości, co masz na myśli?
- Dobrze wiesz co.
- Aaa, ale ja nie jestem gotowy!
- Jesteś. Musisz tylko w siebie uwierzyć.
- Uspokój się.
- Dobrze, już jestem spokojny.
Lew spojrzał na Pochmurnego Płomienia w sposób komunikujący mu jasno, że nie zachowuje się, jakby się uspokoił.
- Dobra jestem spokojny. Wiem, że wydaje ci się, że jesteś słaby. Ale wiem dobrze, że jest inaczej. Jesteś silny i twardy, tylko musisz to w sobie dojrzeć. Poza tym... na pewno nie będziesz w tym sam. Z pewnością odnajdziesz jakąś drogą sobie istotę, a poza tym masz moje wsparcie. Nie dam rady ci pomóc od już teraz, ale jak naprawdę będziesz go potrzebował, to zrobię wszystko by ci pomóc. Nie pozwól odebrać nikomu tego co masz w sobie, nie daj im odebrać siebie i wiedz, że nadchodzi czas, aby stać się kimś wielkim. Jest światło, jaśniejsze od ciemności, które wskaże ci drogę. Klan Gwiazdy będzie z tobą i poradzisz sobie. A i jak już poznasz tego kota, to daj znać jak będą kociaki...
- Zwariowałeś!? Ja? Ja i partnerka? Chyba żartujesz. Ja nie potrafię w związki.
Oj potrafisz potrafisz. Wystarczy, że się porządnie umyjesz, uczeszesz ładnie grzyweczkę do tyłu i podbijesz do jakiejś piękności z bukiecikiem kwiatków lub wianuszkiem, albo tak po prostu i wal po prostu co czujesz. Albo tak: "Hej piękna!" lub coś w tym stylu.
- Dzięki Pochmurny Płomieniu, ale jak mówiłem, nie szukam żadnej partnerki czy też partnera, mam się dobrze jako singiel, do kotek nie umiem gadać i jakoś specjalnie mi to nie przeszkadza, a kocury wcale mnie pod tym kątem nie interesują.
- Gadaj, co chcesz, ale jak berbecie się pojawią, pokaż je wujaszkowi Pochmurnemu...
Lew spojrzał na niego groźnie w odpowiedzi.
- No dobra, dobra, o nic już nie prosiłem.

***

Posiedzieli jeszcze chwilę, gawędząc o najróżniejszych rzeczach. Chcąc nie chcąc, nadeszła ta część spotkania, na którą z upragnieniem nie czekali.
- Żegnaj Lewku mój kochany. Będę za tobą tęsknić. Spędziliśmy razem wiele wspaniałych treningów, świetnie się bawiłem ucząc ciebie. Będę czekać na nasze kolejne spotkanie.
- Kto wie, może się niedługo przypadkiem na siebie natkniemy. Do zobaczenia Pochmurny Płomieniu. Będę za tobą tęsknić przyjacielu. Byłeś dla mnie czymś więcej niż mentor, byłeś mi przyjacielem i na zawsze nim zostaniesz.
Zbliżyli się do siebie i Lew wtulił się w czarne futro przyjaciela. Dorównywali sobie wzrostem, chociaż on był młodszy.
- Auć - powiedział Pochmurny Płomień. - Coś mi się stało z barkiem. Jak wrócę, muszę udać się do medyka.
- Tylko pamiętaj, by to zrobić, zanim ci się coś gorszego z tym zrobi. I może nie będziemy się tak obściskiwać, to wtedy mniej będzie cię boleć...
- Eee nie gadaj, przeżyję, raz prawie zmieniłem się w kocią mrożonkę, opowiadałem ci. Jak przeżyłem coś takiego, to jeden mały ból barku nie robi na mnie większego wrażenia, jak z resztą widać. Bo to było takie malutkie auć, przy większym byłoby AUĆ a przy jeszcze większym ała Ała lub AŁA albo też "AŁAAAA!!!" przy naprawdę wielkim bólu. Czyli to było w sumie takie malusieńkie auć bez większego znaczenia.
- Tylko pójdź potem z tym małym auć do medyka, zanim zmieni się w ała odpada mi łapa.
- Dobra dobra, pójdę.
Odsunęli się od siebie. Wiedział, że jak będą się za długo żegnać, to się rozkleją i będą się tak ślimaczyć, że natknie się na nich patrol i będzie taki jakby mały większy problem.
- Do zobaczenia Pochmurny...
- Do zobaczenia Lewku
Lew odwrócił się i pognał polem w stronę miasta. Nie może płakać. Musi być twardy, płaczą tylko słabi i mazgaje. Tata mówił, że tylko mięczaki płaczą i jego tata nigdy nie płakał. Lew był jego synem. Lew też nie płacze. Biegł dalej przez łąki, potem przez miasto aż dotarł do domu. Przez całą tę drogę nic nie powiedział, nie rozglądał się i nie przerywał biegu. Nie myślał o niczym i nie czuł nic. Nie smucił się, ani nie płakał. Nie jest mięczakiem, nie był nim, a nawet jeśli był, to nie jest to już teraz ważne. Nie był nim, nie jest i nie będzie. Nigdy, ani teraz, ani w przyszłości. Jego ojciec przeżył w tej, jak to się nazywa? Pseudohodowli! Pseudohodowli, a on uwolnił się od złego właściciela i przeżyje w mieście.

[1013 słowa]
[przyznano 20%]

03 maja 2024

Od Lwa

Lew spacerował po pustych terenach poza miastem. Było tu ciszej, gdzieniegdzie stały tylko niewielkie domki, był spokój, nikt o nic się nie wykłócał i rzadko można było spotkać większą ilość kotów. Szedł by tak dalej, gdy nagle coś przykuło jego uwagę. Na ziemi, obok jednego z budynków coś leżało. Podszedł bliżej. Czy to… To był Jastrząb! Biedne stworzenie leżało na ziemi, jedno ze skrzydeł było nienaturalnie wygięte i poranione, a ptak cały zaplątał się w sieć którą albo ktoś chciał go złapać albo może po prostu zaplątał się i nie potrafił uwolnić. W pierwszej chwili pomyślał o tym, że Jastrząb ma pióra, a ta mała koteczka od Pochmurnego Płomienia takie chciała, ale zauważył że klatka piersiowa ptaka jeszcze nieznacznie się porusza. Nie miał pojęcia jak pomóc stworzeniu, ale nie mógł go pozostawić na pastwę losu. Podszedł bliżej do ptaka i choć bał się że ten chwyci go tymi wielkimi szponami, albo swoim silnym dziobem, chwycił go delikatnie i przesunął kawałek. Chwytając to coś w czym Jastrząb się zaplątał zębami, pazurami i czym się dało starał się uwolnić ptaka. Przez jakiś czas sprawiało mu to trudność, ale w końcu mu się udało. Teraz ten majestatyczny ptak wydawał się jeszcze bardziej mizerny i osłabiony niż wcześniej. Spojrzał na jego skrzydło. Wylizał porządnie rany Jastrzębia i rozejrzał się w poszukiwaniu wody. Ptak leżał tu już od jakiegoś czasu sądząc po tym że ślady krwi na ziemi były już nieco zaschnięte i starsze, z pewnością chce mu się pić i może być głodny. Obok ściany stało wiadro, pamięta że miał takie na swoim pierwszym podwórku. Podszedł do wiadra, na szczęście było w nim trochę wody. Chwycił je za krawędź i pociągnął jakoś po ziemi w stronę stojącego nieopodal drzewa. Przysunął tam ptaka i odchylając lekko wiadro wylał nieco wody tworząc niewielką kałużę. Zamoczył łapę w wodzie i ochlapał Jastrzębia odrobinką wody odskakując by ten go nie zaatakował. Ptak powoli zaczął się podnosić i ożywiać i Lew widział jak go obserwuje jednym z uchylonych, czujnych oczu. Odszedł tak by ptak nie krępował się i mógł się na spokojnie napić, a sam udał się na szybkie polowanie by ułatwić stworzeniu przetrwanie jakiegoś okresu, dopóki nie będzie w stanie samo tego robić..

***

Wrócił do Jastrzębia z tłustą okazałą myszą. Co prawda tak duży ptak jakoś bardzo się tym nie naje, ale lepsze to niż nic. Położył zdobycz obok ptaka szybko się odsuwając bojąc się że Jastrząb będzie chciał walczyć o pożywienie, co prawda jest słaby ale wiedział że zarówno koty, jak i ptaki i inne stworzenia są w stanie bić się o marną kosteczkę nawet jak są słabe. Gdy ptak już się najadł i trochę ożywił, lew upolował dla niego jeszcze kilka myszy i zostawił w pobliżu by słabe zwierzę miało jakąś szansę na przetrwanie. Za jakiś czas do niego wróci sprawdzić w jakim jest stanie. Zebrał z ziemi wszystkie pióra które się do czegoś nadawały, a Jastrząb zgubił ich dosyć dużo, i wpadając w ścianę i przez tę sieć czy cokolwiek to było, utrudniło mu latanie i zaplątało mu się na skrzydłach.
- Niech klan gwiazdy ma cię w swojej opiece dobre stworzenie! - zawołał tylko na pożegnanie z ptakiem, wziął wszystkie pióra które wcześniej zebrał, były naprawdę piękne choć większość z nich była raczej mniejsza, ale co z tego. Pobiegł zadowolony w kierunku miasta z masą najróżniejszych piór i piórek w pysku. Wszedł do miasta. Widział zazdrosne spojrzenia niektórych kotów widzących jego zdobycz i Lew nie miałby nic przeciwko by im takie sprezentować, ale te pióra są dla Jastrząb i zaniesie je Pochmurnemu Płomieniowi by ten mógł jej je dać. Specjalnie przecisną się do swojego tajemnego miejsca i schował pióra w dobrym miejscu gdzie nikt ich nie odnajdzie. Przed opuszczeniem tego miejsca odświeżył oznaczenia zapachowe i złapał mysz która udało mu się tam znależć. Zjadł mysz i udał się pobawić nad rzekę. Chciał nauczyć się łowić, a że Pochmurny Płomień tego nie umie będzie się musiał nauczyć sam. I lepiej pływać. Może zacznie od pływania, bo bez tego się nie obędzie. Pobiegł przez łąki i puste niczyje tereny.Dotarł do rzeki, i wszedł w jej spokojny nurt. W tym miejscu nie była bardzo głęboka, w sam raz dla niego. Wchodził coraz głębiej, pozwalając by woda obmywała mu, boki, grzbiet. druchowo zaczął machać łapami by unosić się na powierzchni. Zaczął przebierać z całej siły swoimi dosyć silnymi i umięśnionymi łapami, przesuwając się szybko w wodzie, okazało się że jego silne łapy idealnie sprawdzają się w wodzie. Nabrał powietrza w płuca i zanurkował. Widział przepływające w wodzie niewielkie rybki. Zaczął za nimi skakać i próbować je łapami oraz zębami, ale szybkie morskie stworzonka mu uciekały. lew wyszedł z wody i odszedł na parę długości lisa. Wziął rozbieg i z impetem wpadł w taflę wody sygnalizując to całemu światu wielkim pluskiem. Robił w wodzie przewroty, wirował. Czuł się w niej jak ryba. Nie wie do jakiego klanu mógłby należeć jeśli pływa prawie jak Klan Nocy, wspina się na drzewa jak Klan Klifu, jest prędki jak Klan Burzy, walczy jak koty Klanu Wilka lub nawet lepiej. A może on nie pasuje do żadnego klanu? W końcu nie robi wielu rzeczy które te klany robią. Na przykład nie otwiera krabów. Nie wie zbyt dużo o innych klanach niż Klan Klifu, bo o nim Pochmurny Płomień ze względu na swoją przynależność mówi najwięcej. Lew wyszedł z wody i się z niej otrząsnął, tak że jego długa sierść jeszcze bardziej się napuszyła i wyglądał na jeszcze większego niż jest i nawet trochę przypominał prawdziwego Lwa. Wpatrzył się w wodę. Co jakiś czas przepływały tam ryby. Lew skupił się na punkcie przed sobą, na środku wody. Gdy przepływała tam kolejna ryba, Lew uderzył w nią łapą wywalając ją na brzeg. Czyli potrafi łowić. Tylko taki problem że lew nie wie które ryby można jeść a które nie. Wypuścił rybę z powrotem do wody, po co a krzywdzić to stworzenie gdy ma co jeść i jest nawiedzony gdy może mu zaszkodzić jak je zje. Niech sobie żyje spokojnie. Lew wszedł na pole. “Złote Kłosy” tak nazywały to koty klanowe, jeszcze nie były pięknymi okazałymi kłosami zboża, ale Lew wierzył że muszą wyglądać pięknie. Podszedł do drzewa i się na nie wspiął. To było ich ulubione drzewo, jedno z dwóch stojących pośród pola w tym miejscu. Szkoda że nie miał z kim potrenować walki, dzisiaj Pochmurny Płomień nie znalazł luki by mieć z nim trening bo coś mu wypadło. Zszedł z drzewa i udał się w drogę powrotną. Gdy dotarł do swojego zaułka, wszedł na dach by odpocząć. Lubił tam przesiadywać. Położył się na grzbiecie oglądając przelatujące chmury. Jedne były jak owieczki, inne trudno było określić co przypominają, jedne pędziły niespokojnie po niebie jak Pochmurny Płomień, inne szły spokojnie jak on zastanawiając się co najlepszego wyprawia jego przyjaciel. Każda chmurka była inna, a przez to była również wyjątkowa. Miała inny kształt, inaczej się poruszała, inaczej zmieniała kształty. Chmury są trochę jak koty różnią się, są niepowtarzalne i wyjątkowe. Każdy kot jest inny i wyjątkowy. Taki, jaki powinien być. Choć niektóre rozumieją to trochę źle.

[1167 słów]
[przyznano 23%]

Od Lwa

Lew gnał przez miasto. Otaczały go ciemności. Za nim pędziła wielka grupa kotów, z oczami płonącymi jak ogień, o pazurach tak ostrych, że wydawałoby się, że jednym dotknięciem rozerwą go na strzępy. Ich kły lśniły w blasku mrocznego księżyca, gotowe wgryźć mu się w skórę. Powoli go doganiali. Już czuł na sobie kły i pazury wszystkich upiornych stworzeń, gdy nagle jasny promień światła poraził go w oczy i się obudził.
Wstał, przeciągnął się i wysunął z legowiska. Pierwsze promienie słońca wysuwały się zza dachów budynków. W powietrzu unosił się zapach miasta, zmieszany z zapachem poranka. Wskoczył na kontener i przedostał się na płaski dach budynku. Usiadł i rozejrzał się. Jego miasto. Lubił to miejsce. Chociaż wiele kotów uważało siedlisko dwunożnych za niezbyt dobre miejsce do mieszkania, to Lew nie zamieniłby go na żadne inne, poza tym miał wrażenie, że tam w dziczy żyje dużo szaleńców. Pochmurny Płomień to co innego, on był dorosłym kociakiem. Taki dobry, taki niewinny. Z pewnością nie skrzywdziłby nikogo z pełną tego świadomością i zamiarem uczynienia tego. Nie wiedział w sumie, czy nie lepiej dołączyć do jakiegoś gangu, bo życie na własną łapę nie było łatwe, ale nie widział siebie w żadnej z tych grup. Nie było tam żadnej prawdziwej lojalności i przywiązania. Na razie musiał sobie jakoś poradzić, potem zobaczy, co zrobi. W jego przytulnym zaułku było mu dobrze, więc na razie tu pozostanie.
Zszedł z dachu i udał się zapolować. Wrócił do domu z tłustą myszą i powrócił na dach z zamiarem zjedzenia jej. Gdy już zjadł, zaczął się zastanawiać, co może teraz zrobić. Trening z Pochmurnym Płomieniem jest później, więc może udać się na przechadzkę po mieście, a potem… przypomniał sobie! Musiał rozejrzeć się po swoim domu. W tej stercie przedmiotów dwunożnych mogło być wiele kryjówek i przytulnych miejsc na legowisko, a zawsze może sobie zmienić jego położenie.
Szybko powrócił na ziemię i skierował swoje kroki w stronę parku. Dawno tam nie był, odkąd uciekł przed dwunożnymi. Wszedł na główną alejkę. Po obu stronach były drzewa pełne świeżych zielonych liści. Gdzieniegdzie po obu stronach stały ławki, a na niektórych siedzieli dwunożni. Po prawej, na niewielkim wzgórzu psy bawiły się ze swoimi właścicielami, po lewej kocięta dwunożnych bawiły się na placu zabaw. Słysząc ich radosne śmiechy, Lew mimowolnie się uśmiechnął. Lubił, gdy stworzenia wszelakiej rasy czuły się szczęśliwe.
Spacerował dalej alejkami przed siebie. Doszedł do mostka, pod którym przepływał niewielki strumyk, gdzie pływały kaczki z małymi kaczuszkami, a Dwunożni rzucali im coś do jedzenia. Woda ślicznie mieniła się w słońcu. Lew zatoczył kółko i wrócił na główną ścieżkę jedną z bocznych alejek i wyszedł z parku. Teraz pójdzie rozejrzeć się po swoim domu, albo pochodzi po dachach. Jeszcze nie wie. Lew lubił takie luźne przyjemne dni, jakie oferowała mu wiosna, znacznie łatwiejsze do przetrwania i przyjemniejsze od zimowych. W szczególności lubił słoneczne poranki. Promienie słońca na jego futrze, zapach poranka i w ogóle wszystko. Uwielbiał też oglądać wschody słońca z dachów budynków. Słońce powoli wyłaniało się zza dachów, a na horyzoncie można było zauważyć linię blasku.
Lew wszedł do swojego zaułka, i przyjrzał się uważnie stercie przedmiotów. Od której strony zacząć? Po lewej stronie znajdowały się deski, za którymi mogło coś być. Obok sterta starych opon. Obok parę starych drewnianych skrzyń ustawionych na sobie w swego rodzaju wieże i schodki. Parę nieokreślonych stalowych przedmiotów, parę innych desek, płyty z różnego rodzaju drewna. Leżało tu też kilka kartonów i przewróconych skrzyń.
Zaintrygowała go jednak szpara między drewnianymi skrzyniami, coś go tam ciągnęło, wydawało mu się, że to może być coś interesującego. Wcisnął się w szparę, potem przecisnął przez stertę desek, zatrzymał się na chwilę, bo zaplątał się w jakiś worek, przepchnął się kawałek dalej, aż zobaczył dziurę. Za dziurą było światło, widział trochę trawy i ścian. Przecisnął się przez dziurę w blaszanej części bramy, i znalazł się…
Nie wiedział, gdzie się znajduje. Miejsce to miało mniej więcej okrągły kształt, przy ścianach stały skrzynie kartony i parę stert starych opon, niektóre obiekty były poprzykrywane plandekami. Na ziemi rosła śliczna pachnąca zielona trawa, ściany w niektórych miejscach porastał bluszcz. Na środku rosło drzewo, wierzba płacząca, we wgłębieniu po lewej również, w niektórych miejscach były krzaki, na których dało się zauważyć drobne, zielone niedojrzałe owoce. We wgłębieniu naprzeciwko stała duża sterta desek. To miejsce było WSPANIAŁE, Lew nigdy nie widział ładniejszego. On je odkrył i znajduje się przy jego domu, więc to chyba jego teren.
Oznaczył go starannie i przepchnął się z powrotem przez stertę najróżniejszych skrzyń i obiektów na drugą stronę. Nie powie nikomu o tym miejscu, to będzie jego tajemniczy ogród. Dostać przez te graty jest się tam trudno, jak nie zna się drogi, a od góry ściany wydają się zbyt wysokie, ale to zaraz sprawdzi, by upewnić się, że jego przytulny kącik jest bezpieczny i nikt go nie zajmie. Wszedł na dach i podążał wzdłuż swojego zaułka, aż znalazł się nad stertą rupieci. Podążał kawałek dalej, aż znalazł się na dachu pokrytym starą, omszoną czerwoną dachówką. Dach zataczał okrąg, a za nim znajdował się dół, w którym był jego śliczny ogród. Niskie były szanse, by jakikolwiek kot był w stanie tędy bezpiecznie dostać się na dół. Poza tym na krawędzi znajdowały się ostre srebrne ciernie ze stali, więc próba takowego delikwenta zostałaby udaremniona. Lew przeszedł na około po dachu i wskoczył na dach po lewej stronie jego zaułka. Pognał przed siebie po dachach, w promieniach słońca, w których jego futro lśniło jak ogień. Pędził przed siebie, czerpiąc czystą radość z biegu. Jego mięśnie równo się napinały, a łapy rytmicznie uderzały o nawierzchnię. Kąpał się w blasku słońca i był naprawdę szczęśliwy. Dobiegł w końcu do swojego celu, na granicę miasta, zrobił jeszcze jeden długi sus na dach niższego domku, z niego zeskoczył na ziemię i pognał przed siebie. Czuł pęd wiatru rozwiewający mu jego długie złociste futro. Zamiast jak zawsze pokonać normalnie rzekę, przyjrzał się uważnie wodzie, szukając płytkiej części. Jest! Podbiegł do wypatrzonego miejsca, wskoczył w chłodny, rześki nurt ciesząc się chwilą. Przepłynął na drugą stronę, otrząsnął się z wody i pognał dalej, zostawiając za sobą rzekę. Jest młody, jest szczęśliwy. Na nic by tego nie zamienił. Zatrzymał się na polu, przed drogą grzmotu. Pamiętał, jak pokonywał ją po raz pierwszy, jak wtedy bał się, że zostanie potrącony przez potwora po pierwszym dotknięciu jej łapką. Wyskoczył wysoko w niebo, próbując dosięgnąć barwnego motyla i opadł ze śmiechem na ziemię, tarzając się w świeżych, jeszcze niewysokich kłosach zboża. Czekał na Pochmurnego Płomienia. Miał mu pokazać swoje najlepsze metody na łapanie ptaków. Nie musiał długo czekać, jego przyjaciel niedługo się zjawił.
- Hejo Lwie, co tam?
- W porządku Pochmurny Płomieniu, dziękuje. A u ciebie?
- Też spoko. Jakieś nowości?
- Co do wydarzeń w mieście nie wiem, ale dzisiaj coś odkryłem.
- Co?
- Postanowiłem, że nikomu nie powiem, ale ty to co innego poza tym nie mieszkasz w mieście, więc się nie wygadasz. No więc mówiłem ci o tej stercie różnych rzeczy dwunożnych?
- Mówiłeś, mówiłeś. A co, odkryłeś tam jakiś skarb?
- Nie, nawet coś lepszego.
- CO!!??!? - wrzasnął zaciekawiony Pochmurny.
- No więc, jak przejdzie się pod tym stosem, można dostać się do dziury w starym ogrodzeniu, i za nim jest otoczony murami, bezpieczny przytulny kącik. Rosną tam krzewy owocowe, kwiaty, jest tam parę fajnych miejsc do spania.
Odpowiedzi nie dostał, jednak Pochmurny Płomień wpatrywał się w niego jak zauroczony z szeroko otwartymi oczami i pyskiem.
- Coś się stało, Pochmurny Płomieniu?
- WOW… - wyrwało się z pyska kocura. - To musi być super miejscówka.
- Jest super. Niestety nie mogę ci jej pokazać, bo mieszkasz w klanie.
- Ale wierzę ci na słowo, jak już trafię do Klanu Gwiazdy, poślę tam mojego ducha, by sobie zobaczył to śliczne miejsce.
Lew zauważył dziwny nieznany błysk w oku swojego przyjaciela, jak mówił o tym miejscu, wiedział, że może to oznaczać dosłownie wszystko, więc miał tylko nadzieję, że nie żaden głupi pomysł.
- Dobra możemy zaczynać trening - odezwał się jako pierwszy Pochmurny Płomień.
- To zaczynajmy. Miałeś mi pokazać swoje sposoby na polowanie na ptaki.
- To do roboty! - Powiedział z entuzjazmem Pochmurny Płomień. Lew widział, że ten kocha uczyć inne koty. Nie w sensie, że jest przemądrzały i je poucza, lubi przekazywać swoją wiedzę i umiejętności innym.

Pochmurny Płomień pokazał mu pozycję, w jakiej najefektywniej można się skradać, by ptak się nie spłoszył. Upolowali dwa tłuściutkie wróble i przenieśli się na drzewo.
- Zobacz, jak fajnie poluje się na ptaki na drzewach!!!
- Zobaczę, jak upoluję cokolwiek!
- To do roboty, same się nie upolują!
Pochmurny Płomień z zaangażowaniem zaczął przedstawiać mu wszystkie swoje triki i akrobacje w powietrzu, przy tym podkreślając, jak mało da się ich robić przy zaledwie dwóch drzewkach. Lew zauważył znikomy ruch po prawej stronie. Spojrzał uważnie w tamtą stronę. Zięba, usiadła na gałęzi i świergotała. Lew skupił się na ptaku. Zięba wzniosła się i podleciała w jego stronę. Gdy przelatywała nad nim, Lew sprawnie wybił się w powietrze, chwytając ptaka zębami. Poczuł na języku smak świeżej krwi zdobyczy. Spojrzał na Pochmurnego Płomienia, który pochłonięty swoimi akrobacjami nie zwrócił na to większej uwagi, więc Lew po prostu zszedł na dół, ułożył zwierzynę pod drzewem przysypując ziemią, by ją ukryć, i wrócił na drzewo.
- Pochmurny Płomieniu, czy mógłbyś pokazać mi któryś ze swoich trików?
Pochmurny Płomień nie zareagował zbyt skupiony na swoim zajęciu.
- Pochmurny Płomieniu?
- A tak, co chciałeś?
- Miałeś pokazać mi parę swoich trików i akrobacji.
- A faktycznie. Hmm, co by ci pokazać na początek… Może pokażę ci skoki na większe odległości? Wszystko kiedyś może się przydać.
- To pokaż.
- Najpierw znajdę jakieś dobre gałęzie.
Pochmurny Płomień przyglądał się uważnie gałęzią, aż w końcu wybrał sobie jedną niespecjalnie wysoko umieszczoną, a za cel obrał sobie gałąź oddaloną nieco ponad długość lisa od tej, na której stał. Lew przyglądał się uważnie każdemu ruchowi jego mięśni. Kocur napiął je, wybił się, i wykonał skok.
- Pokażę ci jeszcze coś, bo fajna gałąź się trafiła! - krzyknął wyraźnie uradowany.
Pochmurny wystrzelił z gałęzi, na której stał i uchwycił się tej nad sobą zębami. Rozbujał się na niej, puścił i wykonując spektakularny obrót wylądował na niej.
- Fajne, co? Chcesz spróbować?
- Tak! - Od razu odpowiedział Lew. To coś było świetne. Bez problemu powtórzył skok lądując na gałęzi, na której wcześniej był Pochmurny Płomień, który w tym czasie usunął się na inną, jednocześnie nie odchodząc zbyt daleko by móc pomóc Lwu, jakby miał jakiś problem. Lew skupił się na gałęzi. Wyskoczył w powietrze, chwytając się gałęzi jak wcześniej jego przyjaciel. Zaczął mimowolnie bujać się na gałęzi, machając tylnymi łapami, aż w końcu puścił się jej i zaczepił się co prawda tylnymi łapami o nią, ale przednimi nie dał rady wylądować. Chwycił się jeszcze raz gałęzi zębami i spróbował jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz… Aż w końcu…
- Lwie! Udało ci się! Juhuuuu!
- Udało mi się!
- Brawo Lwie, jestem z ciebie dumny!
- Dzięki Pochmurny Płomieniu!
Pochmurny Płomień był dobrym przyjacielem. Lew nie zamieniłby go na żadnego innego.
Biegali po polu, wygłupiając się przez jakiś czas, aż w końcu położyli się na ziemi, patrząc na chmury.
- O zobacz, ta ma kształt ryby!
- O a ta Lwa! Jak ty Lwie!
- Ta wygląda jak owca.
- A ta jak potwór.
- A tamta jak kot
- Lwie?
- Tak?
- Jeśli miałbyś wybierać między klanem a przyjacielem, co byś wybrał?
- Przyjaciela. - Odpowiedział nie zastanawiając się długo nad odpowiedzią Lew
- Hmm jesteś pewien?
- Tak.
- A gdybym kiedyś znalazł się gdzieś w mieście i nie wiedział, jak wrócić do klanu co byś zrobił?
- Pomógł ci tam wrócić, o ile byłbyś jeszcze w kawałku.
- Ha ha bardzo śmieszne. Ale… gdybym nie mógł mieszkać już w klanie i znalazł się w mieście?
- Do czego zmierzasz?
- Do niczego.
Lew wiedział, że coś jest na rzeczy. Te pytania go zaniepokoiły. Czy jego przyjaciel ma zamiar opuścić klan? Miał nadzieję, że nie, przecież jest do niego tak przywiązany. Jest tam mała Jastrząb, jego siostry, mentorka, którą przecież lubi i pamięta o niej nawet po ukończeniu szkolenia.
- Gdyby zaszła taka sytuacja zamieszkałbyś ze mną, ale wiesz, że do czegoś takiego nigdy nie dojdzie.
- Racja, ale fajnie, że zrobiłbyś coś takiego.
- Muszę się już zbierać, chyba za jakiś czas macie patrol.
- A racja! Ja też muszę iść! To paaa! - Pochmurny Płomień szybko chwycił swoją część zdobyczy i pobiegł gdzieś w głąb terytorium. Pewnie do ich obozu.
Lew udał się w swoją stronę. Tym razem już nieco zmęczony i zamyślony przeszedł przez rzekę tradycyjnie, a przez miasto szedł chodnikiem. Wszedł do swojego legowiska i zwalił się na ziemię. Odpoczął chwilę, zjadł ziębę, którą dzisiaj upolował i poszedł spać. Tym razem był naprawdę zmęczony, na szczęście tym razem nie nawiedzały go koszmary. Może kiedyś przeniesie się do nowo odkrytego miejsca, ale jeszcze nie teraz.

[2076 słów]

[przyznano 42%]

02 maja 2024

Od Lwa

 retrospekcje

Była noc. Kolejny okropny dzień minął. Dwunożny go uderzył. Znowu. I jeszcze to idiotyczne imię. “Lewek”. Dlaczego? Nie mogą go normalnie nazwać? Lewek miał już dość. Kark go bolał od częstego bicia, miał katar od przebywania w zimnym pomieszczeniu, nie miał posłania, był zamykany w jakimś małym ciasnym pomieszczeniu. Nie da rady już tak dłużej żyć. Musi zobaczyć życie poza płotem, może kiedyś mu się poszczęści i uda uciec. Siedział jak zazwyczaj w tym wilgotnym, zimnym, brudnym i ciasnym pomieszczeniu. Jedynym źródłem światła było niewielkie okno na wysokości odpowiadającej mniej więcej trzem długością ogona. Lew ułożył się na twardym posłaniu, i próbował zasnąć ale warunki mu to uniemożliwiały. Wstał i zaczął krążyć po pomieszczeniu. pragnął się z tego wydostać ale wątpił że uda mu się przemknąć przez drzwi, a do okna próbował doskoczyć wiele razy, ale nigdy mu się to nie udało. Spróbuje jeszcze raz. Wziął lekki rozbieg, taki na jaki pozwalała mu wielkość pomieszczenia, i spróbował skoczyć. Nie udało się. I jeszcze raz. I jeszcze raz… Próbował wiele razy, nie pozwalał sobie na przerwy. Albo teraz, albo nigdy. Nie wytrzyma dłużej w tym okropnym miejscu. Wykonał ostatni rozpaczliwy skok, i już myślał że opadnie na ziemię jak przy każdej poprzedniej próbie, ale jego łapy opadły na drewniany parapet, wbił w niego mocno pazury i wierzgając tylnymi nogami starał się dosięgnąć parapetu. gdy wreszcie mu się to udało zaczął badać swoją drogę ucieczki. Na jego szczęście okno było uchylone. Co prawda szpara znajdowała się u góry, ale to nie był problem. Wysunął się przez nią i wylądował z drugiej strony, od razu ześlizgując się z parapetu i wpadając w biały puch na dole. Śnieg. Przebrnął jakoś do płota, przecisnął przez przerwę w ogrodzeniu i był po drugiej stronie. 
- Jestem wolny!!! - Krzyknął uradowany. - I od teraz nie nazywam się Lewek. Od teraz, nazywam się Lew. - oświadczył z zadowoleniem wypinając dumnie pierś.
pognał przed siebie w nieznaną stronę. znalazł się na pustej ośnieżonej przestrzeni. Stał tam jakiś kot. Może mu pomoże?
- Dzień dobry Panu!!!
- Spadaj gnojku to nie miejsce dla pieszczoszków. - Parsknął i splunął w jego stronę pogardliwie, po czym zamachnął się na niego uderzając go w bok i przewracając. 
Lew przerażony pognał w nieznanym sobie kierunku przed siebie byle by z dala od tego kota. Wbiegł pod jakiś kontener, skulił się i zasnął.
Nie wiedział co przyniesie mu przyszłość, ale głęboko w sercu liczył na to że świat będzie mu bardziej przychylny, choć wiedział że życie nie będzie takie łatwe jakby tego pragnął.

***

Lew wstał i się przeciągnął. Jego kochany dom. Był nawet lepszy od jego starego parku. Musiał go wreszcie obejrzeć dokładnie, ale najpierw powinien się nauczyć chodzić po dachach jak to postanowił jakiś czas temu. Wyszedł ze swojego legowiska z plandeki rozłożonej na deskach opartych na jakiejś starej drewnianej skrzynce. Najpierw znajdzie sobie jakiś mały domek, a potem powspina się na kamieniczki. Jak się tego wreszcie nauczy. Udał się w stronę południowego krańca miasta, by znaleźć sobie jakiś uroczy mały domek. Gdy wreszcie wybrał zastanowił się jak do tego podejść. Jest drzewo, może po nim wejść. Ale nie zawsze będzie miał drzewo. Przyjrzał się budynkowi. z dachu schodziło długie coś jakby pień drzewa. To się chyba nazywało rynna. Może po niej wejdzie? Podszedł do rynny i chwytając ją łapami próbował wejść wyżej, ale się za każdym razem się ześlizgiwał. Może spróbuje wchodzić na to jak na drzewo? Kształt jak drzewo, grubość odpowiednia, co prawda tekstura pod łapami czuć że inna ale raczej powinno się wchodzić tak samo. Zaczął się piąć wyżej i wyżej po rynnie do góry, aż wszedł na dach. Stanął na nim, wbijając pazury w nawierzchnię i balansując starał się iść do przodu. Chwiał się trochę, i parę razy ześlizgnął, ale w końcu udało mu się dojść na koniec, po drodze przeskakując komin. Potem zawrócił kawałek i usiadł na środku dachu starając się utrzymać w pionie. Rozejrzał się po okolicy. Domki, drzewa, krzewy, siedlisko dwunożnych, rzeka w oddali, droga grzmotu którą ledwo widać. Gdzieś tam daleko za nią jest teraz jego przyjaciel, Pochmurny Płomień. Wstał, i skierował się w stronę końca dachu dalej trochę chwiejąc się na łapach, ale poszło mu znacznie lepiej niż wcześniej. Zsunął zeskoczył na drzewo, a z niego parę gałęzi w dół i na ziemię. Teraz powinien coś zjeść a potem zabierze się za coś trudniejszego. Lew udał się na pole i zapolował. Udało mu się złapać więcej niż jest w stanie zjeść, więc postanowił że myszy które mu zostaną zostawi gdzieś może jacyś samotnicy miejscy którzy nie pozwalają sobie tak często jak on na przechadzki poza miastem się lepiej pożywią. Wrócił do miasta, i udał się w okolice placu gdzie często chodzą różne koty. Schował się za ścianą i rzucił parę myszy w stronę środka. Nie minęła chwila, gdy z zaułków, zza ścian i wszystkiego za czym dało się schować wypadło parę kotów. Kłębiąca się i bijąca o parę myszy kupa futra i kości rzucała się po placu aż się kurzyło. W końcu zadowoleni zwycięzcy chociażby kawałka zdobyczy triumfalnie odbiegli ub pomaszerowali zostawiając przegranych bez jedzenia. Tak to już jest w mieście, raz się je a raz czyści ziemię i jęczy chodząc o pustym brzuchu. A on chodzi polować za miasto zamiast tłuc się o resztki więc nie ma takiego dylematu. Odszedł już bez jedzenia i udał się w stronę domu. Tam przyjrzał się jak mógłby wejść na dach. Przy ścianie stoi kontener na śmieci, obok niego jakieś pudło. Wszedł po pudle na kontener a z kontenera na rynnę i po niej wszedł wyżej. Usiadł na dachu. Lubi obserwować wszystko siedząc na czymś wysokim, na drzewie, wzgórzu, teraz też na dachu. Z pewnością będzie wchodził na dach częściej bo jest tu dobry widok i tak właściwie jest to dosyć przyjemne i fajne. Wstał i zaczął iść po kolejnych dachach. Tu chodzi się wygodniej, jest więcej płaskich dachów nie musi się męczyć z utrzymaniem równowagi. Pospacerował jeszcze trochę i zawrócił. Zszedł na dół i wrócił do swojego tradycyjnego włóczenia się po mieście i okolicach.

***
Wszedł na dach. Była ciepła wiosenna noc, niebo było czyste, chmur było na nim niewiele. Było widać na nim setki, tysiące gwiazd. Czy to prawda? Czy przodkowie siedzą tam na górze i ich obserwują?Położył się na grzbiecie. Jedna gwiazda, druga, trzecia… Ile było już tych wielkich kotów, które zasłużyły na pamięć swoimi bohaterskimi czynami? On raczej do nich nie dołączy. Jest tylko zwykłym samotnikiem który nawet nie ma szans na chociażby ujrzenie ich przez krótką chwilę, chociażby przez sekundę móc usłyszeć, wyczuć kota  Klanu Gwiazdy. Nie jest nawet w klanie by sobie na to zasłużyć. Przecież co. Wojownicy mogą w pełni przestrzegać kodeksu wojownika, on nie. Wojownicy są w klanie, a on nie. Pewnie jest dla nich tylko jednym z setek niepotrzebnych kotów spoza klanów. Ale to nie przeszkadza mu by wierzyć. Oglądając gwiazdy zasnął. Miał nadzieję że Klan Gwiazdy ma go teraz w swojej opiece, jak koty z klanów Bo chyba wszystkie wierne koty ma, prawda?

[1152 słów + chodzenie po dachach]
[przyznano 23%+5%]

13 kwietnia 2024

Od Lwa

-Tak więc, musisz mocno wbić pazury w korę, w ten sposób. I przesuwasz się po prostu idąc do góry wbijając pazury. To proste. - Proste. Jak zawsze dla Pochmurnego Płomienia. On jest dobrze wyszkolonym wojownikiem a on dopiero rozpoczął szkolenie.
- Lwie na co czekasz! - zeskakując z drzewa ponaglił go przyjaciel - chodź!
Lew stanął pod drzewem. Było dosyć duże. Stanął na tylnych łapach opierając się przednimi o pień drzewa i na próbę wbił pazury w korę. Był gotów. Tak jak pokazywał my Pochmurny Płomień, powoli kroczył po pniu wbijając mocno pazury w korę. Uwiesił się błyskawicznie łapami na pierwszej stabilnej gałęzi. 
- I co, takie to trudne?
- A no trudne. Muszę chyba szybciej wchodzić. 
- A co myślałeś? Przecież nie miałeś chyba zamiaru robić sobie spacerku w pionie? Przecież prędzej połamałbyś sobie pazury. Dobrze że to na mały dystans. Powtórzmy jeszcze raz. Bierzesz rozpęd, i wbiegasz po drzewie wdrapując się na trzecią od góry gałąź. Wszystko jasne?
- Tak. - Odpowiedział Lew. Ale w stu procentach to on nie był pewien
Odszedł na odległość kilku lisów i jeszcze raz upewnił się że obrał dobry kąt i kierunek. 
Pognał przed siebie z każdą chwilą zbliżając się do obiektu. Gdy już był na odległość króliczego soku od drzewa, wybił się i skoczył na nie. Gdy tylko się na nim znalazł, wyciągając wysoko łapy błyskawicznie piął się w górę. Nim się obejrzał, znajdował się już na gałęzi którą wskazał mu Pochmurny Płomień. 
- Brawo! Jesteś na górze! To teraz zejdź. Pójdziemy coś upolować a potem mam ci do przekazania inny rodzaj wiedzy. 
Lew by dosyć zaciekawiony tym co powiedział Pochmurny Płomień, ponieważ jego mentor nad wyraz kocha walkę i wspinanie się na drzewa, więc propozycja nauki czego innego wydawała mu się dosyć dziwna. Umiejętności otwierania krabów raczej nie potrzebuje, poza tym nie ma gdzie się tego uczyć. Do tuneli wchodzić nie będzie, więc tego też nie. Co chce pokazać mu przyjaciel? 
Polowanie poszło im dobrze, w czasie pory nowych liści było znacznie łatwiej o dorodną zdobycz niż w czasie pory nagich drzew. Gdy skończyli polowanie, Pochmurny Płomień położył się pod drzewem, tuż przy kupce zdobyczy którą upolowali i przywołał go do siebie kiwnięciem ogona. Lew przycupnął naprzeciw niego. 
- Lwie, wiesz zapewne że w lesie mamy pięć klanów. Mógłbyś mi je wymienić?
- Klan Burzy, Klan Klifu, Klan Nocy, Klan Wilka i Owocowy Las. 
- Bardzo dobrze. Jak wiesz, prawdziwy wojownik powinien podążać za kodeksem wojownika. 
- Czy… chcesz mnie go nauczyć? - wypalił Lew
- Bingo! Zgadłeś. Tak więc powinniśmy się wziąć do roboty, a już niedługo będziesz potrafił go wyrecytować gdyby cię w nocy o północy obudzono. To teraz Po kolei na szybko omówimy wszystkie podpunkty. Jak coś to trochę wolniej niż przed chwilą.
- Dobrze. To możemy zaczynać?
- Tak. Zasada pierwsza brzmi: Broń wszystkich klanów, kosztem własnego życia. Twoja pierwsza lojalność jest wobec klanu, ale wszystkie koty, które przestrzegają kodeksu wojownika, są twoimi sojusznikami. Każdy klan musi zapewnić, że żaden inny klan nie upadnie. Tutaj raczej nie masz jak się do tego po samotnikowemu zastosować, jednak zapewne rozumiesz o co chodzi. Mamy pięć klanów. Każdy jest wyjątkowy i każdy potrzebny. Klany Powinny się wspierać, do tego możemy to uprościć.
Zasada druga: Każdy klan jest dumny i niezależny. Ma tradycje, które należy zawsze szanować. Tu raczej nie muszę tłumaczyć, po prostu należy szanować tradycje klanów. 
Jedna z najważniejszych według mnie, zasada trzecia. Honorowy wojownik nie potrzebuje zabijać innych, by zwyciężyć w swojej bitwie, jest to dozwolone jednak w obronie własnej lub jeśli koty są wyjęte spod kodeksu wojownika. 
Zasada czwarta, Starszyzna, karmicielki i kocięta muszą zostać nakarmieni przed uczniami i wojownikami. Najprościej najpierw jedzą ci co nie umieją lub nie mogą polować. 
Zasada piąta, Uczniom nie wolno jeść bez pozwolenia, dopóki nie zapolują, by nakarmić starszyznę. Taka prosta zasada by starsi nie musieli wieki czekać na coś do zjedzenia, uczniowie mają motywację by im coś upolować.
Tu taka bardziej tradycja, czyli zasada szósta,  Zgromadzenie klanów odbywa się w każdą pełnię, kiedy trwa rozejm. W tym czasie nie powinno być żadnych walk między klanami. Mamy taki czas by było nieco większe porozumienie. W praktyce idzie się w jedno miejsce gdzie siedzi się na kupie i wszyscy odwalają dziwne i zboczone rzeczy. 
Kolejna, według mnie nawet ważniejsza od zasady trzeciej, zasada siódma. Żaden wojownik nie może opuścić kocięcia w bólu czy niebezpieczeństwie, nawet jeśli jest to kociak z innego klanu. W tej kwestii znając ciebie jestem w stanie stwierdzić iż jesteś ostatnim kotem który dopuściłby się czegoś tak okropnego jak zostawienie kociaka w potrzebie.
- Chyba raczej tak samo ważna jak trzecia chciałeś powiedzieć. Według mnie, ważny jest zarówno szacunek do cudzego życia danemu temu komuś przez Klan Gwiazdy, jak pomoc kocięciu w potrzebie, co również jest szanowaniem cudzego życia. - Wtrącił Lew. Wiedział że Pochmurny Płomień uwielbia kociaki bo dużo o nich mówi, ale szacunek do życia dorosłego kota, jak i małego kocięcia jest tak samo ważny. 
- Dobra Lew uznajmy że owszem. Ale jednak kto byłby tak okropny pozwolić takiej biednej puci puci kuleczce puchu cierpieć? - Mówiąc o tym Pochmurny gestykulował tak żywo jakby chciał ochronić wszystkie biedne kociaki na tym świecie przed całym jego złem. - Teraz kolej na zasadę ósmą. Zastępca zostanie przywódcą, kiedy poprzedni przywódca umrze, zostanie wygnany albo przeniesie się do starszyzny. Po śmierci, przejściu na emeryturę, awansie lub wygnaniu zastępcy, nowy zastępca musi zostać wybrany przed pełnią księżyca. To jest bardziej taka klanowa zasada niż coś do czego musisz się stosować. 
Zasada nie zabijaj dla zabawy, czyli zasada dziewiąta, Zwierzyna zabijana jest tylko po to, by się nią pożywić. Podziękuj Klanowi Gwiazdy za jej życie. To raczej rozumiesz, z pewnością mama mówiła ci nie raz “nie baw się jedzeniem!”. To wskazuje na brak szacunku do pożywienia które otrzymujesz od klanu gwiazdy. Zasada dziesiąta, Nowo pasowany wojownik musi odbyć ciche czuwanie przez jedną noc po ceremonii. Kolejna ceremonialna zasada, to akurat jesteś w stanie zrobić. Zasada jedenasta która zapewne jest ci dosyć bliska mimo iż powiem ci o niej po raz pierwszy. Wojownik odrzuca wygodne życie kota domowego. To wiesz i rozumiesz dobrze, co prawda w niezbyt fajnych okolicznościach, ale sam również porzuciłeś takie życie wybierając trud życia samotnika, jednocześnie postępując zgodnie z zasadami danymi nam przez klan gwiazdy. - Klan gwiazdy… Dlaczego wcześniej o nim nie wiedział… Przodkowie którzy się nim opiekują, co prawda nie uchronili go przed przykrościami napotkanymi w życiu, ale gdyby usuwali mu każdy kamyk o którego może się potknąć spod łapy nie byłby wolny. wszyscy by się ciągle wokół niego kręcili. 
- Leeeew Jesteś tuuu? - wyrwał go z zamyślenia głos Pochmurnego Płomienia. - Jeszcze się nie zamyślaj, została jedna zasada i dwa dodatkowe podpunkty do omówienia.
Dwunasta zasada zasada brzmiąca: Granice muszą być sprawdzane i oznakowywane każdego dnia. Przegoń każdego intruza—ale wojownik musi zawsze pamiętać, że wszystkie koty przestrzegają kodeksu wojownika. co się też nie do końca ciebie tyczy ale przydać się może, oraz dwie dodatkowe zasady uzupełniające: Pierwsza, Koty mogą wchodzić na terytoria innych klanów, jeśli idą z delegacją do lidera danego klanu, oraz druga, Jeżeli lider nadużywa swoich praw, jest słaby lub okrutny jego wojownicy mogą wypowiedzieć mu posłuszeństwo wbrew kodeksowi. Co więcej jest to zachowanie wręcz wymagane. To ostatnie chyba powiedziałem tylko po to byś nie myślał że kodeks jest tak głupi że ktoś może odebrać członkom klanu wolność na dobre i ci nie mogą nic z tym zrobić nie łamiąc kodeksu. 
- Czy to już koniec Kodeksu Wojownika?- zapytał bo był już w sumie trochę zmęczony. 
- Tak. W sumie to na dzisiaj możemy już kończyć. Oczy ci się już zamykają, a ja też bym już sobie uciął komara. - to mówiąc ziewnął szeroko. - O nawet przyleciało parę, wiosnę poczuły to dokuczać zaczynają. Natręty. To do zobaczenia
- Do zobaczenia, trzymaj się.
- Ty też się trzymaj jak to hycle u was łażą. Paaaaaaaaa!
- Do widzenia Pochmurny Płomieniu!
Lew był okropnie zmęczony. W sumie udał się do ciemnego zaułka gdzie wpadł ostatnio uciekając przed hyclami. Chyba na razie tutaj będzie jego tymczasowy dom. A może zostanie tutaj na dłużej. Znalazł jakąś starą płachtę i wymościł sobie posłanie w kacie pod starymi deskami. Wszedł do swojego posłania i położył się długo rozmyślając nad wszystkim. Nad życiem, nad tym co zrobił źle lub dobrze, o rodzinie. No właśnie, jak mają się teraz Mama, Tata i Tygrysek. Czy też trafił do złego domu i teraz błąka się Klan Gwiazdy wie gdzie, czy też siedzi w przytulnym domu gdzie jest kochany z dala od tych wszystkich zmartwień. 

[1379 słów]
[przyznano 28%]

12 kwietnia 2024

Od Lwa

 Lew obudził się i wciągnął świeże powietrze w płuca. Wyczuł w nim nutę czegoś innego, czegoś nadzwyczajnego. Słyszał śpiew ptaków, a gdy uchylił oczy trawa zdawała się być bardziej zielona, a na drzewie pod którym stała jego ulubiona ławka było znacznie więcej liści. Nadeszła pora nowych liści. Lew jeszcze nigdy jej nie widział, bo gdy się urodził była już pora zielonych liści, a teraz widzi że jest jeszcze piękniejsza niż ją sobie wyobrażał. Wiedział że jeszcze nie wszystko zmieniło się całkowicie, ale już było cieplej i wszystko budziło się do życia. Wstał, przeciągnął się i zapragnął rozprostować kości. Rozejrzał się. Ludzi w parku jest niewiele, może pobiegać po zielonych, pachnących świeżą trawą i kwiatami trawnikach. Przeciągnął się jeszcze raz i pobiegł przed siebie pozwalając sobie by poczuć pęd wiatru rozwiewający jego lśniące złociście w słońcu futro. Pognał przez park i zwolnił przy ogrodzeniu. spróbował na nie wskoczyć i co prawda z ledwością ale mu się to udało. Musi popracować nad równowagą. Zeskoczył z płota i kryjąc się w cieniu kierował się z miasto. Dobrze że jest tak duży bo inaczej ciężko byłoby mu trenować z Pochmurnym Płomieniem. Zapewne małe łapki miałyby zbyt mało siły by ponieść go tak daleko i nie byłby w stanie bezpiecznie trenować walki z Pochmurnym Płomieniem który przecież jest od niego znacznie starszy. Za miastem zatrzymał się na chwilę by złapać oddech. Czasem czuł się tutaj nieswojo. Lubił wolność, śpiew ptaków, te pola i drzewa ale w mieście czuł się… inaczej. To było jego miasto, coś co dobrze znał. Może czuł się tu tak dobrze bo właśnie tu się narodził. Sam nie wie. Ruszył dalej. Dotarł na pole, tam gdzie umawiali się z Pochmurnym Płomieniem. Rozejrzał się. Gdzie on może być? Jego mentor zataczał okrąg dookoła drzewa, a gdy tylko go dojrzał od razu się zatrzymał i podbiegając do niego tym razem na szczęście nie wrzasnął tylko powiedział:
- O witaj Lwie! Jak tam u was w mieście! Też już wiosna nadchodzi? 
- Żebyś wiedział. Po moim parku chodzi tylko dwunożnych że trudno zliczyć, psy biegają, zwierzyny trochę więcej, a i promyki słońca miło grzeją skórę…
- O u nas też dużo żarełka. - oblizał się kocur - ostatnio udało mi się złapać wielką tłustą mysz. Dawno tak dobrze nie jadłem. 
- Miałeś mi dzisiaj pokazać wspinaczkę. 
- A racja! Wspinaczka! Już nie mogę się doczekać jak ci to wszystko pokażę! Zobaczysz jakie to fajne! Ja to uwielbiałem podczas szkolenia, uwielbiam teraz i już zawsze będę uwielbiał! Tak jak mówiłem, nie mogę się już doczekać.
- Heh nie musisz już czekać, chyba możemy już zacząć trening?
- A, racja! To zaczynamy. A faktycznie, to ja jestem mentorem. No to zaczynamy!!! 
Lew lubił swojego mentora niby dorosły ale jeszcze dziecko. Nie zgrywa ważniaka i da się z nim pogadać i pożartować. W sumie jest też jego przyjacielem. Nie ma wątpliwości że będą się spotykać jak skończy szkolenie, jeśli nawet by jej nie miał to zapewne Pochmurny Płomień wymyślił by jakąś głupią wymówkę by dalej się spotykać.
- Co się tak zamyśliłeś, no chodź pod to drzewo! - wyrwał go z zamyślenia głos kocura.
- Już idę! - odpowiedział mentorowi
- No to chodź, bo ja się tu zaraz zestarzeję.
- Nie martw się nie zestarzejesz. Starzejesz się zbyt wolno, już zdążyłem tutaj przyjść. 
Spojrzał na głupawy uśmieszek Pochmurnego płomienia. Na jego przymrużone oczy. Jego mina stawała się z każdym ułamkiem sekundy coraz głupsza aż w końcu wybuchnął śmiechem.
- Mogli byśmy wreszcie zacząć trening? - Zapytał się swojego nadal trzęsącego się ze śmiechu i chichoczącego mentora gdy wreszcie udało mu się odzyskać powagę. 
- Jasne, spoczko to zaczynamy. 
Pochmurny Płomień podszedł do drzewa.
- Aby wybrać dobre drzewo do wspinaczki należy wziąć pod uwagę między innymi grubość gałęzi. Jeśli będą one zbyt cienkie, mogą się pod tobą załamać. Jeśli będą za grube mogą być zbyt mało sprężyste. Na ogół wiadomo że nie ma drzewa którego wszystkie gałęzie są idealne, ale im więcej dobrych gałęzi ma drzewo, tym lepiej nadaje się do wspinaczki. Aby wiedzieć które gałęzie cię utrzymają, musisz po prostu sprawdzić to na niższych czy się nie załamią, a po cienkich zazwyczaj widać że są za cienkie, na przykład, nie udałoby ci się gdybyś próbował chodzić po gałęzi w sam raz dla wiewiórki czy ptaka, twoja musi być grubsza. Jeśli zaś zamierzasz siedzieć na drzewie, to radzę wybierać gałęzie grubsze, ale w tym przypadku nie muszą być zbyt sprężyste bo i tak będziesz na nich tylko siedział. Jak się już trochę powspinasz to z pewnością będzie ci łatwiej wybierać gałęzie i będziesz to robić dosyć intuicyjnie. Czy wszystko jasne? 
- Aaa mógłbyś powtórzyć? 
- Jasne, Aby wybrać dobre drzew.. - i w tym momencie Lew błyskawicznie mu przerwał bo wiedział że słuchanie po raz kolejny tej gadki nie wchodzi w grę. On to mówi jakby wkuł to na pamięć.
- Może lepiej mi tego nie powtarzaj… Na razie rozumiem tyle ile trzeba, jak będę miał jakieś wątpliwości to cię zapytam. 
- Dobrze. Czyli możemy zacząć praktykę jak teorii już trochę znasz. - Pochmurny Płomień przyjrzał mu się uważnie i kontynuował. - Myślę że gałęzie takiej grubości jak dla mnie powinny na razie wytrzymać twój ciężar. Jesteś chudy jak patyk, sama skóra i kości, nie dojadasz. Więc w sumie jesteś zapewne nawet lżejszy ode mnie. Powinieneś zacząć więcej jeść. Na szczęście mamy wiosnę więc może się trochę utuczysz. A teraz patrz - Lew spojrzał uważnie. Pochmurny Płomień najpierw wskoczył na jedną z niższych gałęzi, wbijając lekko pazury w korę. 
- Zaraz twoja kolej. Zaczekaj, tylko wskoczę troszkę wyżej. - to mówiąc schował pazury, chwycił się przednimi łapami za wyższą gałąź znowu je wbijając, podciągnął lekko do góry. co prawda miał niższą gałąź po której mógł się tam wspiąć ale najwidoczniej miał swoją wizję. 
Lew odbił się lekko od ziemi i wskoczył na drzewo. W sumie nie jest to aż takie trudne. Chyba. W dodatku dzięki chropowatej korze ma się większą przyczepność. 
- Dobra, jak widzę dobrze ci idzie, to może wskoczysz to wyżej, do mnie? - to mówiąc przesunął się kawałek tak by umożliwić mu wejście obok niego.
- No nie wiem…
- No weź nie bądź cykor!
- Dobra! I pamiętaj że nie jestem cykor! 
Lew podciągnął się tak jak pokazał mu wcześniej Pochmurny Płomień. Usiadł obok kocura i spojrzał na niego. 
- O ja cię! Udało ci się! I to za pierwszym razem!!! Jupiiiiiii! Moja krew! Chcesz może wspiąć się wyżej? Widzę tam fajną gałąź z której będziemy mogli sobie pooglądać widoczki.
- Możemy spróbować. - Zachęcony wcześniejszym osiągnięciem Lew chciał kontynuować wspinaczkę. 
Pochmurny Płomień odbił się lekko i wylądował na jednej z gałęzi. 
- Chodź! Dasz radę! Wiesz że w ciebie wierzę!
Lew powtórzył po swoim mentorze starając się odtworzyć pracę mięśni przy skoku. Wybił się, przez chwilę poszybował w powietrzu, i już udało mu się chwycić łapą gałęzi, już prawie na niej siedział ale nieszczęśliwym trafem łapa mu się niefortunnie ześlizgnęła. Już czuł jak spada, czekając na najgorsze, gdy czyjaś szczęka zacisnęła mu się na karku i wciągnęła w górę.
- No już, młody nie panikuj, żyjesz. Dał się słyszeć głos Pochmurnego Płomienia. 
Lew otworzył oczy i ujrzał że siedzi bezpiecznie na gałęzi opierając się o pień drzewa.
- Po raz kolejny mnie uratowałeś, dziękuję Pochmurny Płomieniu!
- Pff błahostka. W sumie nie tyle życie co zdrowie bo raczej upadek z tej wysokości byś przeżył.Tylko raczej musiałbyś iść do jakiegoś tam waszego jak wy to tam nazywacie? Uzdrowiciela? Chyba tak. Zapewne mógłbyś się nieźle potłuc. 
Patrzyli długo razem na okolice i sprawdzali kto więcej wypatrzy. W końcu zeszli na dół i doszło do ich długiego pożegnania.
- Do zobaczenia Pochmurny Płomieniu!
- No, cześć!
- Cześć!
- To pa!
- Pa
- Widzimy się jutro wieczór!
- Do zobaczenia!
Lew wrócił do domu, przedtem łapiąc parę myszy. Już miał zjeść swój posiłek gdy ujrzał ludzi z obręczami na kiju, chodzących po jego parku. Hycle! Błyskawicznie przeszedł przez ogrodzenie, i pognał przed siebie. Uciekał jak najdalej od tych przeklętych hycli. Wbiegł w jakiś zaułek, wcisnął się za jakąś stertę starych opon i trzęsąc się z przerażenia siedział tam starając się uspokoić oddech. W końcu, wyczerpany tym wszystkim zasnął.

[1307 słów + wspinanie na drzewa]
[przyznano 26% + 5%]

Od Lwa

 Lew tego dnia obudził się dosyć wcześnie. Dzisiaj nie miał treningu z Pochmurnym Płomieniem treningu rano. Może to dlatego, że jest potwornie zimno, spadł śnieg, a w dodatku karton w którym spał przemókł. Dobrze że ma długie futro, bo gdyby miał tak krótkie jak niektóre koty, nie wyobraża sobie jak miałby przetrwać porę nagich drzew. Jak uciekał od dwunożnych, był niedoświadczony i głupi, nie wiedział że jak ucieknie o tej porze ciężko będzie mu przetrwać. Ale co wtedy miał zrobić, gdy nie znał świata i starał się po prostu zmienić życie na lepsze, uwolnić się od tamtych podłych dwunożnych. Wstał z posłania i zaczął się kręcić po mieście. Czas coś zjeść. Udał się do parku, i tak jak pokazał mu Pochmurny Płomień zapolował na mysz. Udał się z myszą na swoją ulubioną ławkę pod wielkim drzewem w najdalszej części parku. Lubił to miejsce, było przytulne, ciche i spokojne. Dwunożni nieczęsto się tam kręcą. Wdrapał się na ławkę i zjadł mysz. Kręcił się po mieście starając się omijać rewiry gangów by im nie podpaść. Gdy słońce górowało pobiegł na obecnie nie obsiane pole trenować z Pochmurnym Płomieniem. Pochmurny Płomień już kręcił się w tamtym miejscu. Znając jego i jego niecierpliwość kręci się na zmianę stąd do obozu od samego rana. 
- O witaj Lwie! Co tam w tym waszym betonowym świecie? - Od razu tradycyjnie zagadał go kocur. Zawsze się go to pyta i zawsze nie dowiaduje się zbyt wiele, bo Lew żyje poza wszystkim co go otacza, nie wykłóca się z innymi, daje żyć wszystkim wokół i sam też tego od nich oczekuje. 
- Dzień Dobry Pochmurny Płomieniu. Jak zawsze. Poza porwaniem Jafara nie wiem nic. - Lew nie znosił złośliwości, dlatego też nigdy nie przezywał Jafara “Księżniczką”. To że inne koty tak robią, nie znaczy że on też musi. 
- Wiem wiem, tylko tak się pytam. Z przyzwyczajenia. Czego dzisiaj możemy się pouczyć - zmienił nagle temat - zapewne nadal walki, polować na ptaki raczej jeszcze nie będziesz w stanie, może potem pokazałbym ci wspinaczkę? Zawsze może ci się przydać…
- Dobry pomysł, ale może na razie potrenujemy nadal walkę? Raczej wspinaczka na drzewa nie pomoże mi jakoś specjalnie gdy będę musiał walczyć na otwartym terenie. 
- Dobrze. Zaatakuj mnie.
Lew zaatakował, rzucając się na mentora od boku. Pochmurny Płomień uskoczył w tą samą stronę, a Lew wylądował na ziemi. 
- Jeszcze raz, twoje ruchy muszą być mniej oczywiste. Staraj się uniemożliwić przeciwnikowi odgadnięcie co zamierzasz zrobić. Tak jak jakiś czas temu, patrzyłeś na prawo skacząc na lewo. 
Lew wstał i skoczył na Pochmurnego Płomienia, tym razem bez żadnych wymyślnych zmyłek. skoczył i zacisnął zęby na przedniej łapie kocura. Nie wie na ile dobry jest ten ruch, ale może się nada. Jednak po chwili się przekonał jak głupi ruch zrobił. W tym momencie Pochmurny Płomień dał mu do zrozumienia, że właśnie w chwili gdy trzymał by przeciwnika tak za łapę, tamten byłby w stanie rozgryźć mu gardło. Może następnym razem mu się uda. Tym razem wybił się naprawdę mocno i udało mu się wylądować na grzbiecie Pochmurnego Płomienia zanim ten zdążył cokolwiek zrobił. Zszedł z niego i pozwolił mu się podnieść. W tej chwili przeciwnik pomyślał by zapewne że Lew jest głupi i dał przeciwnikowi wymknąć się spod pazurów. Jednak Lew miał w tym swój zamierzony cel. Gdy tylko Pochmurny Płomień wstał, Lew nie dał mu się rozejrzeć, i skoczył na niego, chwytając go łapami za gardło. Odskoczył i dał kocurowi przeanalizować co się właśnie stało. 
- Czy tak było dobrze?
- Tak. Zdecydowanie. To co zrobiłeś na końcu było naprawdę dobre. Gdybyś miał wysunięte pazury pewnie byłbym już martwy. Może teraz poćwiczymy obronę?
Pochmurny Płomień natarł na niego od boku, uderzając go na wysokości ramienia i powalając na ziemię. Stanął nad nim i Lew wiedział że byłby w tym momencie w niezbyt optymistycznej sytuacji, ale nie panikował. Przyjrzał się możliwością od swojej strony. Pochmurny Płomień też stoi w taki sposób, że jakby się postarał mógłby dosięgnąć jego brzucha. Jak potrenuje trochę więcej może byłby w stanie od razu rzucić się do gardła takiemu kotu myślącego że już zdobył nad nim przewagę. Na razie wykorzysta możliwość dosięgnięcia brzucha Pochmurnego Płomienia. Wymierzył mu kopniaka odrzucając kocura do tyłu, dając sobie tym samym możliwość podniesienia się  wstania do walki. Gdy Pochmurny Płomień starał się chwycić go za barki, on wystrzelił do przodu na tyle szybko by go nie trafił. 
- Dobrze ci idzie. Jak widać musiałeś się rozgrzać. Chodźmy teraz zapolować! - Lew nie zdążył już nic odpowiedzieć, bo Pochmurny Płomień pognał gdzieś w tylko sobie znanym kierunku za jakąś zwierzyną którą tylko on przy swoich umiejętnościach był w stanie wyczuć. Lew stanął i starał się wyczulić wszystkie swoje zmysły by wyczuć zdobycz. Mysz. Po prawej. Zaczął się skradać w kierunku zapachu tak by zwierzątko go nie usłyszało. Jeszcze kawałek, jeszcze kawałeczek iii… Lew skoczył, i wbił pazury w ciałko zwierzątka czuł jeszcze przez krótką chwilę pod łapami jak biło maleńkie serduszko stworzonka, zanim przestało. Złapał jeszcze kilka myszy, i zaczekał aż wróci Pochmurny Płomień, który pewnie sam nie wiedział po co, pognał po zdobycz na najdalszym krańcu pola mimo iż wszędzie wokoło było jej wystarczająco. Wreszcie czarny kocur się pojawił. 
- Pochmurny Płomieniu! Dlaczego poszedłeś po zdobycz tak daleko? Przecież tutaj jest tego wiele. 
- Nie wiem. Tak… Po prostu. 
- Weź ze sobą część mojej zdobyczy do obozu, przynajmniej będziesz miał jak się wytłumaczyć co robiłeś gdy cię nie było. - Zapewne i tak by się nie zastanawiali jeśli się ciągle tak kręci - Ja już muszę wracać.
- Dzięki Lewku. To znaczy Lwie. Sorki zapomniałem że tak nie lubisz. 
- Nic się nie stało. Kiedy następnym razem? Może o zmierzchu, wczoraj było przed świtem.
- Więc dobrze. Jutro o zmierzchu.
Lew widział stanął patrzył tylko jak Pochmurny Płomień pokonuje drogę grzmotu. 
Jego mentor jest naprawdę zabawny. Najpierw bał się przejść, a teraz jakimś cudem robi to bez niczyjej pomocy. Widocznie zapomniał że się bał. Lew wrócił do miasta. Poszedł na swoją ławeczkę by zjeść mysz. Zjadł szybko posiłek i poszedł na kolejną przechadzkę alejkami parku. Lubi park. Jest prawie jak taka dzicz, tylko że za kratami. Nie lubi się sam włóczyć po całych niczyich terenach bo chodzą tam często niebezpieczni włóczędzy, a tutaj może chodzić bezpiecznie. 


[1017 słów]
[przyznano 20%]

Od Lwa

 Lew spacerował po alejkach parku. Było ciemno, o tej porze po parku kręcili się tylko nieliczni dwunożni z psami. Jego ruda sierść lśniła złociście za każdym razem gdy przechodził pod lampą. Kręci się już tak od trzech księżyców, odkąd uciekł od złych dwunożnych, którzy zabrali go od rodziny. Bez ojca, bez matki, bez brata, zdany tylko na siebie. Czasem jakiś miły człowiek poczęstował go czymś do zjedzenia. Inni, wręcz przeciwnie go odganiali, i starali się go unikać. Lew starannie unikał konfrontacji z gangami, nie chciał należeć do żadnej z tych grup samolubnych kotów, do których należy się tylko przez strach. Ciekawe gdzie dzisiaj będzie spał. Wczoraj spał pod ławką w najciemniejszej części parku, przedwczoraj w jakimś kartonie, parę wschodów słońca temu znalazł wygodny krzak. Może powinien faktycznie dołączyć do którejś z tych grup kotów które mieszkają w dziczy? Miałby gdzie mieszkać, co jeść, a i sam mógłby się komuś przysłużyć. Zastanawia się nad tym odkąd usłyszał o tym od jakiejś pieszczoszki. Może dzisiaj spróbuje… 
Wyszedł z parku, i ścieżką dwunożnych udał się w kierunku końca miasta. Gdy wszedł w tereny mniej zabudowane odetchnął świeżym powietrzem w którym nie było czuć woni drogi grzmotu, potworów i innych zapachów miasta. Szedł pewnym krokiem aż do wielkiej drogi grzmotu. Zatrzymał się przy niej, i rozejrzał by znaleźć dogodny moment by przejść. Przeszedł szybko na drugą stronę, i spokojnym już krokiem by uspokoić oddech kierował się na przód. Nie wiedział gdzie dokładnie jest jaki klan, ale z tego co mówiła mu tamta pieszczoszka będzie wiedział że dotarł na miejsce po zapachu. Dlatego Lew szedł łapiąc i analizując wszystkie zapachy w otoczeniu. Przeszedł przez rzekę. Musi być już blisko. W pewnej chwili poczuł jeden zapach, silniejszy od pozostałych. Czyli tak pachnie ten klan. Lew zapamięta go na przyszłość. Szedł przed siebie, gdy nagle zobaczył kocura. Był czarny, jego łapy były białe, a niebieskie oczy wpatrywały się w niego. Pachniał tym zapachem, więc zapewne jest członkiem tego klanu.
- Dzień dobry, w jakim klanie się znajduję? Czy mógłbyś zaprowadzić mnie do waszego przywódcy?
Kocur nadal wpatrywał się w niego oczami szaleńca i nagle popędził w jego stronę starając się na niego rzucić. Lew pognał co sił w łapach, starając się uciec przed kocurem. Przebiegł po kamieniach przez rzekę i gnał wzdłuż niej. Sam nie wie jak długo tak biegł gdy nagle zobaczył przed sobą rzekę. Niestety, było już za późno, nie zdążył wyhamować i wpadł do wody. Gdy tylko udało mu się wynurzyć na chwilę głowę i złapać oddech, zobaczył że z naprzeciwka pędzi w jego kolejny czarny kot. Teraz, lew już naprawdę nie wiedział co robić. Kocur zatrzymał się przy wodzie, i schylił w jego stronę. Machał z całej siły łapami, starał się zrobić wszystko by kolejny szaleniec go nie dosięgnął. Coś jednak złapało go za kark i wyszarpało z wody. Lew wstał i otrząsnął się. Spojrzał na kocura stojącego obok i nie wiedział co myśleć. Ten kto nie chce się na niego rzucić? W dodatku wyciągnął go z wody. Może chociaż ten kot jest normalny. Pachniał inaczej od tamtego szaleńcy, może jest z innego klanu?
- Cześć, nazywam się Pochmurny Płomień. Jestem wojownikiem Klanu Klifu.
- Ja jestem Lew. Dziękuję że mnie uratowałeś. Uciekałem przed szaleńcem z innego klanu zapewne i nie zauważyłem wody. 
Lew zauważył że kocur dziwnie się na niego patrzy.
- Coś nie tak?
- Nnie, tylko tak dziwnie mówisz. Jakbyś był znacznie młodszy niż jesteś.
- To w jakim wieku ty myślisz że jestem? 
- Nie wiem, kilkunastu księżyców.
Lew się zaśmiał. On? On kilkanaście księżyców? Wolne żarty…
- Nie, mam chyba jakieś… - zastanowił się - jakieś siedem księżyców. Moja mama mówiła że nasza rasa jest dosyć duża. To dlatego może ci się wydawać że jestem starszy. 
- Aha. Jesteś rasowy. Wyszedłeś z domu i się zgubiłeś dwunożnym?
- Nie, uciekłem kilka księżyców temu. Tamci dwunożni byli dla mnie źli. Chciałem przyjść dzisiaj do klanu, zapytać się czy mogę dołączyć. Ale w tamtym klanie był jakiś szaleniec i rzucił się na mnie. musiałem przed nim uciekać. Ja chyba w sumie wolę zostać włóczęgą.
- Aha. Jak sobie radzisz siedlisku dwunożnych?
- W mieście? Jest ciężko. Często nie ma co jeść a ja nie umiem jeszcze tak dobrze polować. W dodatku są gangi i czasem również szaleni włóczędzy na których trzeba uważać. Nie umiem dobrze walczyć. Tata mnie kiedyś uczył ale to niewiele. 
Pochmurny Płomień się zamyślił. 
- Może ja mógłbym cię trenować? - po krótkiej chwili powiedział.
Nie wiedział co odpowiedzieć. Ten starszy dziki kocur może go wyszkolić, tak że będzie walczył jak prawdziwy dziki kot? Czemu miałby się nie zgodzić!
- A możesz?
- Jasne że mogę. Przyjdź tutaj jutro, gdy będzie zmierzchało. Nauczę cię wszystkich moich trików. Już nie będziesz musiał się bać żadnych włóczęgów. A jeśli chcesz dać radę innym gangom, możesz założyć swój własny! 


* * *

Lew położył się w krzakach i zasnął. Nigdy nie spodziewał się że będzie miał możliwość być szkolony przez wojownika, jednocześnie pozostając włóczęgą! A poza tym wreszcie sobie jakoś poradzi, i może nawet będzie miał swój teren i nie będzie musiał szukać schronienia po całym mieście.