BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.W Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)
Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)
Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)
19 sierpnia 2024
Od Lwa CD. Misty
15 czerwca 2024
Od Lwa CD. Niedźwiedziego Miodu
06 czerwca 2024
Od Lwa CD. Mniszka
Mały futrzany kształt pochylał się nad taflą wody i pił powoli wodę z kałuży. Raczej nie będzie miał nic przeciwko, jak Lew też się z niej napije. Nie wyglądał na groźnego. Podszedł bliżej i też pochylił się nad kałużą. Gdy tylko zrobił krok, w jego stronę zostało skierowane spojrzenie dwojga zielonych oczu. Odwzajemnił spojrzenie z lekkim uśmiechem na pysku.
- Kim jesteś? - zapytał w końcu kot.
- Jestem Lew. - Przedstawił się w sumie bez większego namysłu. - A ty?
- Ja jestem Mniszek. Jastrząb mnie porwał z Klanu Klifu od Mamy i Tatusia i Jastrząb z Jeżówką... I nie umiem sam wrócić. Pochmurny Płomień nie zdążył mnie uratować...
- Pochmurny Płomień?
- Pochmurny Płomień to nasz przyjaciel, mój i Jastrząb. Jest już wojownikiem - oświadczył z zadowoleniem, chwaląc się swoim starszym kolegą.
- Znam Pochmurnego Płomienia, to mój przyjaciel! Szkolił mnie w tajemnicy parę księżyców temu. A więc jesteś z Klanu Klifu... Nie wiem, jak ci pomóc, najpierw musiałbym dowiedzieć się kiedy mają patrole, by cię odprowadzić. Z Pochmurnym już się nie widuję, a do obozu sam nie dojdę, bo nie wiem jak. Jeśli chcesz, możesz u mnie zamieszkać do czasu, aż uda nam się odprowadzić cię do twojego klanu. W sumie nie widzę innego wyjścia, raczej nie potrafisz jeszcze dobrze przechodzić przez Drogę grzmotu, walczyć ani polować, co?
- Uhm… - Przytaknął mu Mniszek z lekkim niezadowoleniem, iż musi przyznać swój brak wspomnianych umiejętności.
- To w takim razie możemy iść do mojego domu. A i mam coś do zjedzenia, o ile Misty wszystkiego nie zjadła. Misty to moja przyjaciółka, która ze mną mieszka, polubisz ją.
Przemykali niezauważeni w cieniu, aż dotarli do dobrze znanego Lwu zaułka. Jego domu od dobrych paru księżyców. Zerknął na Mniszka.
- Już prawie jesteśmy. Idź za mną.
Lew wcisnął się znowu między stertę przedmiotów dwunożnych i przepychał się do dziury, przez którą dostawał się do swojego pięknego domku. Ostatnio często nią przechodził, w sumie podobało mu się, że nie mieszka już sam oraz że wreszcie przeniósł się tutaj. W końcu dotarł do wejścia. Wsunął się do środka i rozejrzał się.
- Hej Misty! Już wróciłem!
- Cześć Lwie! - odpowiedziała mu Misty z lekkim uśmiechem na pyszczku, po czym wróciła do zbierania kwiatków.
- Mistuś, mamy nowego współlokatora! Oto Mniszek.
W tym momencie młody liliowy kocurek wysunął się z wyjścia na blask ogrzewających polankę promieni słońca.
- Witaj Mniszku! Miło cię poznać! - Misty z ciekawością na niego spojrzała, a Mniszek rozglądał się, uważnie przyglądając się każdemu szczegółowi otoczenia.
24 maja 2024
Od Lwa Do Misty
- A dlaczego miałbym to zrobić - odpowiedział ten, odwzajemniając spojrzenie i starając się samym głosem i nad wyraz osobliwym spojrzeniem wściekłych pomarańczowych oczu wystraszyć Lwa, ale zapewne nie wiedział, że to nie przejdzie. Lew się nie boi. Takie sztuczki to niech se stosuje na innych, na nim to nie robi większego wrażenia.
- A dlaczego miałbyś tego nie zrobić? Zostaw ją. W tej chwili.
Przez ułamek sekundy dojrzał na pysku kocura wyraz zaskoczenia.
Kocur nic nie robiąc sobie z tego, co Lew do niego mówi, chciał rzucić się na koteczkę. Ale nie na jego warcie. Lew był szybszy i wskoczył przed nią, waląc łapą z wysuniętymi pazurami delikwenta prosto w pysk. Kocur warknął w jego stronę i skoczył na niego. Lew kątem oka zdążył dostrzec, jak mała koteczka kuli się i cofa, wpatrując się w nich z przerażeniem wielkimi pięknymi zielonymi oczami. Sam szybko przesunął się pod brzuchem skaczącego na niego kocura i przy okazji przeorał go pazurami przedniej łapy. Kocur wylądował na cztery łapy, ale zanim zdążył się obrócić, Lew już się na niego rzucił od tyłu. Przewalili się na ziemię, turlając się po niej i raniąc przeciwnika czym się da. Kot wykorzystał to, że Lew nadal nosi swoją starą obrożę i usiłował się chwycić ja kłami lub pazurami i w końcu mu się to udało. Na szczęście dla Lwa, jak je wcisnął, tak teraz nie mógł uwolnić pazurów, które w nią wbił. Lew wykorzystał ten moment i ugryzł go w tę właśnie łapę. Pod wpływem bólu tamten szarpnął mocniej i uwolnił łapę. rzucił się na niego, waląc go łapą w pysk, i zostawiając tam piekące głębsze zadrapanie na prawym oku. Lew zamrugał, szybciej strząsając krew i rzucił się z powrotem do walki. Chwycił przeciwnika za ucho i pociągnął, rozdzierając je, ale ten wykorzystując chwilę jego nieuwagi, chwycił go od tyłu za kark i rzucił na ziemię. Zanim Lew zdążył się podnieść, kocur rozorał mu pazurami prawy bark. Zanim jednak zdążył cofnąć łapę, Lew ją chwycił zaciskając na niej coraz bardziej szczęki. Przeciwnik zawył z bólu. Jednak to nie koniec. Podniósł się, szarpiąc przeciwnika za trzymaną w swoim pysku łapę i w ten sposób go przewalając. Przeciągnął go kawałek od ziemi i wpatrywał się z zadowoleniem w oczy kocura patrzące na niego z bólem, przerażeniem i złością. Puścił łapę czarnego, która opadła bezwładnie na ziemię i skoczył na niego, przyszpilając go do ziemi. Uśmiechnął się triumfalnie i spojrzał mu prosto w oczy.
- Wygrałem - powiedział pewnym siebie głosem z nutą bezczelności zmieszanej ze złośliwością. - A teraz, zabieraj stąd swoje cztery litery kupo futra. A jak jeszcze raz zobaczę cię, chcącego skrzywdzić jakiegoś kota, to gorzko tego pożałujesz.
Lew puścił przeciwnika i odsunął się stając tak, by móc chronić koteczkę. jakby tamten chciał jeszcze raz podjąć atak...Kocur wstał i jeszcze przez chwilę wpatrywał się w Lwa z niedowierzaniem, jakby dalej nie rozumiejąc, co się stało. Pewnie i tak nie wie, że Lew jest aż tak młody, ale z pewnością jego zwycięstwo zrobiło na nim jakieś wrażenie. Lew ponaglił kocura, by ten odszedł. Ten powoli odwrócił się i pognał gdzieś w sobie tylko znanym kierunku.
Gdy kocur już sobie poszedł, Lew spojrzał na nadal stojącą z boku koteczkę. Co ona tam robiła? Wyglądała jak typowa pieszczoszka, jej puszyste pozlepiane futerko było nastroszone, dalej wpatrywała się przerażonymi zielonymi oczkami w niego, odchodzącego kota daleko w oddali, oraz pustą przestrzeń. Biedne dziecko, jak widać miała dosyć niemiłą przygodę, jak na pierwszy raz poza domem.
- Heej, mała nic ci nie jest? - zapytał się koteczki, podchodząc powoli bliżej, by jej nie wystraszyć.
- Nnie nic mi nie jest. - odpowiedziała mu kotka. Trzęsła się ze strachu jak galaretka. Co, ona myśli, że Lew też chce jej coś zrobić? I tu pomyłka. On nie krzywdził, nie krzywdzii nie będzie krzywdzić niewinnych kotów...
- Czego się boisz? - zapytał kotkę. - Przecież cię nie zjem - zaśmiał się swobodnie.
- …Nie zjesz?
- Nie zjem cię, a co myślałaś, że wszystkie nie pieszczoszki krzywdzą się nawzajem?
- Nie…
- A faktycznie, nie przedstawiłem się. Jestem Lew. - A ty?
- Mam na imię Misty.
- Gdzie jest twój dom Misty? Odprowadzę cię.
- Nie trzeba, sama dam radę.
Lew jeszcze raz przyjrzał się koteczce. Wyglądała jak wychudzony szczur. Jej zapewne niegdyś ładna i lśniąca zrudziała sierść była teraz potargana i matowa, gdzieniegdzie miała powbijane kolce jakiś krzewów. Jak widać, nasz szczurek niezbyt sobie radzi, heh. - pomyślał. Jak widać, niezbyt sobie tutaj radzi, co jest oczywiste po jej wyglądzie. Musiała nawiać właścicielowi, myśląc, że tu żyje się tak łatwo i przyjemnie. A tu zaskoczenie, no cóż.
- Nie dasz rady. Nawet nie zaprzeczaj, bo widać to po tym, jak wyglądasz. Kiedy, komu i po co nawiałaś właścicielowi, huh?
- Ja nie nawiałam…
- To, co się stało? Ktoś cię porzucił? Twój właściciel umarł?
- Mhm - mruknęła koteczka, a w jej ślicznych zielonych oczach zaczęły zbierać się łzy.
- No już, nie płacz. - Mówiąc to, podszedł do kotki i ją objął. - Pomogę ci. Jak nie masz domu, mogę zabrać cię do mnie, zamieszkamy razem, mam bardzo dużo miejsca a mieszkam sam. Zobaczysz, spodoba ci się. Nie myśl, że cię tu zostawię, przecież ty już wyglądasz jak nie wiem co.
- Nnaprawdę? Mmogę z tobą zamieszkać?
- Oczywiście, że tak! Tylko najpierw muszę iść zapolować, bo inaczej nie mamy dzisiaj śniadania i kolacji. Chodź, to w tamtą stronę, w okolicach pola można znaleźć najbardziej tłuste i smaczne myszy! Możemy zapolować razem!
- Ale ja nie umiem polować - powiedziała zwieszając główkę Misty.
- O, to nauczę cię! Chodź!
Chwycił Misty i posadził sobie na karku. Przecież to sama skóra i kości. Jest tak leciutka, że mógłby ją zanieść choćby na drugi koniec świata. Wydawała się przez chwilę trochę zszokowana, ale teraz nie czas na zatrzymywanie się i tłumaczenie swoich zachowań.
Podniósł ze stosu upolowanych przez siebie myszy jedną, tłustą brązowo rdzawą myszkę i podał kotce. Mówił, by sobie brała, ile chce, jak jest głodna, ale najwyraźniej jeszcze na tyle się nie odważy przy nim. Ma nadzieję, że Misty mu zaufa, w mieście zaufanie jest ważne, pod jednym dachem tym bardziej.
- Trzymaj mała. Jedz myszę, bo z takim truposzem to ja nie dojdę do miasta. Musisz nabrać trochę sił, a potem pójdziemy do mnie, to sobie odpoczniesz. A i jak już się przyzwyczaisz, jeśli chcesz, mogę cię nauczyć polować, walczyć, pokonywać drogę grzmotu, chodzić po dachach i inne takie. Zobaczysz, będzie fajnie i zabawnie, bo jednak bez umiejętności tego typu w mieście zginiesz, niestety, taka prawda.
Kotka na początku nieufnie przyglądała się myszy. Pierwsza degustacja mysiego dzikiego mięska jak widać. W końcu zaczęła z niewiarygodną prędkością pochłaniać zdobycz. Gdy wreszcie się pożywili, Lew wstał i spojrzał na Misty.
- Chodź. Czas do domku. Dasz radę wziąć piszczki? Pobiegniemy po dachach, tam jest mniejsze prawdopodobieństwo, że się na kogoś natkniemy i będzie bójka o żarełko.
- Ale ja nie umiem chodzić po dachach…
- Ale ja umiem. Dlatego zaniosę cię na grzbiecie, staraj się nie wiercić i trzymaj piszczki.
Schylił się, by koteczka mogła mu wejść na kark i ruszyli w kierunku miasta.
< Mistuś, wykaż się (i nie zjedz Lwa za noszenie cię na grzbiecie)>
08 maja 2024
Od Lwa
- Od kiedy ty jesteś odpowiedzialny, Pochmurny Płomieniu? - rzucił Lew do swojego przyjaciela.
- Nie śmiej się. Teraz nie na to czas. Nie martw się, dorosłość i odpowiedzialność mnie jeszcze nie dopada.
- To dobrze. - Śmiejąc się odpowiedział Lew - kontynuuj - dodał błyskawicznie się uspokajająco.
- Jak więc mówiłem, świat potraktował cię dosyć surowo, jak byłeś młodszy. Teraz, jesteś silny i odważny, potrafisz już przeżyć, ale brakuje ci jednego. Jesteś zbyt miękki jak na miejskiego kota. Musisz stać się bardziej surowy i wymagający, stąpać twardo po ziemi i nie dać się złamać. Jak byłem małym dzieciaczkiem, mama mówiła nam, że jak chcemy przetrwać, nie możemy być miękcy. Wtedy nie wiedziała, że nie będziemy żyć w mieście i w sumie nie miałbym jej za złe gdyby wtedy nas tu nie oddała.
- Co masz na myśli… Nie mów mi, że zamierzasz opuścić Klan Klifu.
- Jeszcze nie, chcę wybłagać Srokosza o danie mi małej Jastrząb na uczennicę i chcę ją wyszkolić na najlepszą wojowniczkę, jaką świat widział. A potem… potem się zobaczy. Ale wracając. Wierzę, że jesteś w stanie stać się kimś więcej. Kimś wielkim, wierzę, że jesteś w stanie zamienić swoje marzenia w rzeczywistość i uczynić to tak cholernie wielkim, że cały świat będzie w stanie to dostrzec.
- Co powiedziałeś?
- Że jesteś w stanie...
- nie o to chodzi. Skąd znasz słowo “Cholerny”?
- Nasz właściciel tak mówił. Dosyć często, raz gdy coś mu upadło, wydarł się tak, że mi prawie uszy odpadły i jakoś takoś się to słówko zapamiętało...
- Wiesz że ten zwrot nie należy do najładniejszych?
- Wiem.
- To staraj się go nie używać.
- Dobrze.
- A co do tej wielkości, co masz na myśli?
- Dobrze wiesz co.
- Aaa, ale ja nie jestem gotowy!
- Jesteś. Musisz tylko w siebie uwierzyć.
- Uspokój się.
- Dobrze, już jestem spokojny.
Lew spojrzał na Pochmurnego Płomienia w sposób komunikujący mu jasno, że nie zachowuje się, jakby się uspokoił.
- Dobra jestem spokojny. Wiem, że wydaje ci się, że jesteś słaby. Ale wiem dobrze, że jest inaczej. Jesteś silny i twardy, tylko musisz to w sobie dojrzeć. Poza tym... na pewno nie będziesz w tym sam. Z pewnością odnajdziesz jakąś drogą sobie istotę, a poza tym masz moje wsparcie. Nie dam rady ci pomóc od już teraz, ale jak naprawdę będziesz go potrzebował, to zrobię wszystko by ci pomóc. Nie pozwól odebrać nikomu tego co masz w sobie, nie daj im odebrać siebie i wiedz, że nadchodzi czas, aby stać się kimś wielkim. Jest światło, jaśniejsze od ciemności, które wskaże ci drogę. Klan Gwiazdy będzie z tobą i poradzisz sobie. A i jak już poznasz tego kota, to daj znać jak będą kociaki...
- Zwariowałeś!? Ja? Ja i partnerka? Chyba żartujesz. Ja nie potrafię w związki.
Oj potrafisz potrafisz. Wystarczy, że się porządnie umyjesz, uczeszesz ładnie grzyweczkę do tyłu i podbijesz do jakiejś piękności z bukiecikiem kwiatków lub wianuszkiem, albo tak po prostu i wal po prostu co czujesz. Albo tak: "Hej piękna!" lub coś w tym stylu.
- Dzięki Pochmurny Płomieniu, ale jak mówiłem, nie szukam żadnej partnerki czy też partnera, mam się dobrze jako singiel, do kotek nie umiem gadać i jakoś specjalnie mi to nie przeszkadza, a kocury wcale mnie pod tym kątem nie interesują.
- Gadaj, co chcesz, ale jak berbecie się pojawią, pokaż je wujaszkowi Pochmurnemu...
Lew spojrzał na niego groźnie w odpowiedzi.
- No dobra, dobra, o nic już nie prosiłem.
Posiedzieli jeszcze chwilę, gawędząc o najróżniejszych rzeczach. Chcąc nie chcąc, nadeszła ta część spotkania, na którą z upragnieniem nie czekali.
- Żegnaj Lewku mój kochany. Będę za tobą tęsknić. Spędziliśmy razem wiele wspaniałych treningów, świetnie się bawiłem ucząc ciebie. Będę czekać na nasze kolejne spotkanie.
- Kto wie, może się niedługo przypadkiem na siebie natkniemy. Do zobaczenia Pochmurny Płomieniu. Będę za tobą tęsknić przyjacielu. Byłeś dla mnie czymś więcej niż mentor, byłeś mi przyjacielem i na zawsze nim zostaniesz.
Zbliżyli się do siebie i Lew wtulił się w czarne futro przyjaciela. Dorównywali sobie wzrostem, chociaż on był młodszy.
- Auć - powiedział Pochmurny Płomień. - Coś mi się stało z barkiem. Jak wrócę, muszę udać się do medyka.
- Tylko pamiętaj, by to zrobić, zanim ci się coś gorszego z tym zrobi. I może nie będziemy się tak obściskiwać, to wtedy mniej będzie cię boleć...
- Eee nie gadaj, przeżyję, raz prawie zmieniłem się w kocią mrożonkę, opowiadałem ci. Jak przeżyłem coś takiego, to jeden mały ból barku nie robi na mnie większego wrażenia, jak z resztą widać. Bo to było takie malutkie auć, przy większym byłoby AUĆ a przy jeszcze większym ała Ała lub AŁA albo też "AŁAAAA!!!" przy naprawdę wielkim bólu. Czyli to było w sumie takie malusieńkie auć bez większego znaczenia.
- Tylko pójdź potem z tym małym auć do medyka, zanim zmieni się w ała odpada mi łapa.
- Dobra dobra, pójdę.
Odsunęli się od siebie. Wiedział, że jak będą się za długo żegnać, to się rozkleją i będą się tak ślimaczyć, że natknie się na nich patrol i będzie taki jakby mały większy problem.
- Do zobaczenia Pochmurny...
- Do zobaczenia Lewku
Lew odwrócił się i pognał polem w stronę miasta. Nie może płakać. Musi być twardy, płaczą tylko słabi i mazgaje. Tata mówił, że tylko mięczaki płaczą i jego tata nigdy nie płakał. Lew był jego synem. Lew też nie płacze. Biegł dalej przez łąki, potem przez miasto aż dotarł do domu. Przez całą tę drogę nic nie powiedział, nie rozglądał się i nie przerywał biegu. Nie myślał o niczym i nie czuł nic. Nie smucił się, ani nie płakał. Nie jest mięczakiem, nie był nim, a nawet jeśli był, to nie jest to już teraz ważne. Nie był nim, nie jest i nie będzie. Nigdy, ani teraz, ani w przyszłości. Jego ojciec przeżył w tej, jak to się nazywa? Pseudohodowli! Pseudohodowli, a on uwolnił się od złego właściciela i przeżyje w mieście.
03 maja 2024
Od Lwa
Wrócił do Jastrzębia z tłustą okazałą myszą. Co prawda tak duży ptak jakoś bardzo się tym nie naje, ale lepsze to niż nic. Położył zdobycz obok ptaka szybko się odsuwając bojąc się że Jastrząb będzie chciał walczyć o pożywienie, co prawda jest słaby ale wiedział że zarówno koty, jak i ptaki i inne stworzenia są w stanie bić się o marną kosteczkę nawet jak są słabe. Gdy ptak już się najadł i trochę ożywił, lew upolował dla niego jeszcze kilka myszy i zostawił w pobliżu by słabe zwierzę miało jakąś szansę na przetrwanie. Za jakiś czas do niego wróci sprawdzić w jakim jest stanie. Zebrał z ziemi wszystkie pióra które się do czegoś nadawały, a Jastrząb zgubił ich dosyć dużo, i wpadając w ścianę i przez tę sieć czy cokolwiek to było, utrudniło mu latanie i zaplątało mu się na skrzydłach.
- Niech klan gwiazdy ma cię w swojej opiece dobre stworzenie! - zawołał tylko na pożegnanie z ptakiem, wziął wszystkie pióra które wcześniej zebrał, były naprawdę piękne choć większość z nich była raczej mniejsza, ale co z tego. Pobiegł zadowolony w kierunku miasta z masą najróżniejszych piór i piórek w pysku. Wszedł do miasta. Widział zazdrosne spojrzenia niektórych kotów widzących jego zdobycz i Lew nie miałby nic przeciwko by im takie sprezentować, ale te pióra są dla Jastrząb i zaniesie je Pochmurnemu Płomieniowi by ten mógł jej je dać. Specjalnie przecisną się do swojego tajemnego miejsca i schował pióra w dobrym miejscu gdzie nikt ich nie odnajdzie. Przed opuszczeniem tego miejsca odświeżył oznaczenia zapachowe i złapał mysz która udało mu się tam znależć. Zjadł mysz i udał się pobawić nad rzekę. Chciał nauczyć się łowić, a że Pochmurny Płomień tego nie umie będzie się musiał nauczyć sam. I lepiej pływać. Może zacznie od pływania, bo bez tego się nie obędzie. Pobiegł przez łąki i puste niczyje tereny.Dotarł do rzeki, i wszedł w jej spokojny nurt. W tym miejscu nie była bardzo głęboka, w sam raz dla niego. Wchodził coraz głębiej, pozwalając by woda obmywała mu, boki, grzbiet. druchowo zaczął machać łapami by unosić się na powierzchni. Zaczął przebierać z całej siły swoimi dosyć silnymi i umięśnionymi łapami, przesuwając się szybko w wodzie, okazało się że jego silne łapy idealnie sprawdzają się w wodzie. Nabrał powietrza w płuca i zanurkował. Widział przepływające w wodzie niewielkie rybki. Zaczął za nimi skakać i próbować je łapami oraz zębami, ale szybkie morskie stworzonka mu uciekały. lew wyszedł z wody i odszedł na parę długości lisa. Wziął rozbieg i z impetem wpadł w taflę wody sygnalizując to całemu światu wielkim pluskiem. Robił w wodzie przewroty, wirował. Czuł się w niej jak ryba. Nie wie do jakiego klanu mógłby należeć jeśli pływa prawie jak Klan Nocy, wspina się na drzewa jak Klan Klifu, jest prędki jak Klan Burzy, walczy jak koty Klanu Wilka lub nawet lepiej. A może on nie pasuje do żadnego klanu? W końcu nie robi wielu rzeczy które te klany robią. Na przykład nie otwiera krabów. Nie wie zbyt dużo o innych klanach niż Klan Klifu, bo o nim Pochmurny Płomień ze względu na swoją przynależność mówi najwięcej. Lew wyszedł z wody i się z niej otrząsnął, tak że jego długa sierść jeszcze bardziej się napuszyła i wyglądał na jeszcze większego niż jest i nawet trochę przypominał prawdziwego Lwa. Wpatrzył się w wodę. Co jakiś czas przepływały tam ryby. Lew skupił się na punkcie przed sobą, na środku wody. Gdy przepływała tam kolejna ryba, Lew uderzył w nią łapą wywalając ją na brzeg. Czyli potrafi łowić. Tylko taki problem że lew nie wie które ryby można jeść a które nie. Wypuścił rybę z powrotem do wody, po co a krzywdzić to stworzenie gdy ma co jeść i jest nawiedzony gdy może mu zaszkodzić jak je zje. Niech sobie żyje spokojnie. Lew wszedł na pole. “Złote Kłosy” tak nazywały to koty klanowe, jeszcze nie były pięknymi okazałymi kłosami zboża, ale Lew wierzył że muszą wyglądać pięknie. Podszedł do drzewa i się na nie wspiął. To było ich ulubione drzewo, jedno z dwóch stojących pośród pola w tym miejscu. Szkoda że nie miał z kim potrenować walki, dzisiaj Pochmurny Płomień nie znalazł luki by mieć z nim trening bo coś mu wypadło. Zszedł z drzewa i udał się w drogę powrotną. Gdy dotarł do swojego zaułka, wszedł na dach by odpocząć. Lubił tam przesiadywać. Położył się na grzbiecie oglądając przelatujące chmury. Jedne były jak owieczki, inne trudno było określić co przypominają, jedne pędziły niespokojnie po niebie jak Pochmurny Płomień, inne szły spokojnie jak on zastanawiając się co najlepszego wyprawia jego przyjaciel. Każda chmurka była inna, a przez to była również wyjątkowa. Miała inny kształt, inaczej się poruszała, inaczej zmieniała kształty. Chmury są trochę jak koty różnią się, są niepowtarzalne i wyjątkowe. Każdy kot jest inny i wyjątkowy. Taki, jaki powinien być. Choć niektóre rozumieją to trochę źle.
Od Lwa
Lew gnał przez miasto. Otaczały go ciemności. Za nim pędziła wielka grupa kotów, z oczami płonącymi jak ogień, o pazurach tak ostrych, że wydawałoby się, że jednym dotknięciem rozerwą go na strzępy. Ich kły lśniły w blasku mrocznego księżyca, gotowe wgryźć mu się w skórę. Powoli go doganiali. Już czuł na sobie kły i pazury wszystkich upiornych stworzeń, gdy nagle jasny promień światła poraził go w oczy i się obudził.
Wstał, przeciągnął się i wysunął z legowiska. Pierwsze promienie słońca wysuwały się zza dachów budynków. W powietrzu unosił się zapach miasta, zmieszany z zapachem poranka. Wskoczył na kontener i przedostał się na płaski dach budynku. Usiadł i rozejrzał się. Jego miasto. Lubił to miejsce. Chociaż wiele kotów uważało siedlisko dwunożnych za niezbyt dobre miejsce do mieszkania, to Lew nie zamieniłby go na żadne inne, poza tym miał wrażenie, że tam w dziczy żyje dużo szaleńców. Pochmurny Płomień to co innego, on był dorosłym kociakiem. Taki dobry, taki niewinny. Z pewnością nie skrzywdziłby nikogo z pełną tego świadomością i zamiarem uczynienia tego. Nie wiedział w sumie, czy nie lepiej dołączyć do jakiegoś gangu, bo życie na własną łapę nie było łatwe, ale nie widział siebie w żadnej z tych grup. Nie było tam żadnej prawdziwej lojalności i przywiązania. Na razie musiał sobie jakoś poradzić, potem zobaczy, co zrobi. W jego przytulnym zaułku było mu dobrze, więc na razie tu pozostanie.
Zszedł z dachu i udał się zapolować. Wrócił do domu z tłustą myszą i powrócił na dach z zamiarem zjedzenia jej. Gdy już zjadł, zaczął się zastanawiać, co może teraz zrobić. Trening z Pochmurnym Płomieniem jest później, więc może udać się na przechadzkę po mieście, a potem… przypomniał sobie! Musiał rozejrzeć się po swoim domu. W tej stercie przedmiotów dwunożnych mogło być wiele kryjówek i przytulnych miejsc na legowisko, a zawsze może sobie zmienić jego położenie.
Szybko powrócił na ziemię i skierował swoje kroki w stronę parku. Dawno tam nie był, odkąd uciekł przed dwunożnymi. Wszedł na główną alejkę. Po obu stronach były drzewa pełne świeżych zielonych liści. Gdzieniegdzie po obu stronach stały ławki, a na niektórych siedzieli dwunożni. Po prawej, na niewielkim wzgórzu psy bawiły się ze swoimi właścicielami, po lewej kocięta dwunożnych bawiły się na placu zabaw. Słysząc ich radosne śmiechy, Lew mimowolnie się uśmiechnął. Lubił, gdy stworzenia wszelakiej rasy czuły się szczęśliwe.
Spacerował dalej alejkami przed siebie. Doszedł do mostka, pod którym przepływał niewielki strumyk, gdzie pływały kaczki z małymi kaczuszkami, a Dwunożni rzucali im coś do jedzenia. Woda ślicznie mieniła się w słońcu. Lew zatoczył kółko i wrócił na główną ścieżkę jedną z bocznych alejek i wyszedł z parku. Teraz pójdzie rozejrzeć się po swoim domu, albo pochodzi po dachach. Jeszcze nie wie. Lew lubił takie luźne przyjemne dni, jakie oferowała mu wiosna, znacznie łatwiejsze do przetrwania i przyjemniejsze od zimowych. W szczególności lubił słoneczne poranki. Promienie słońca na jego futrze, zapach poranka i w ogóle wszystko. Uwielbiał też oglądać wschody słońca z dachów budynków. Słońce powoli wyłaniało się zza dachów, a na horyzoncie można było zauważyć linię blasku.
Lew wszedł do swojego zaułka, i przyjrzał się uważnie stercie przedmiotów. Od której strony zacząć? Po lewej stronie znajdowały się deski, za którymi mogło coś być. Obok sterta starych opon. Obok parę starych drewnianych skrzyń ustawionych na sobie w swego rodzaju wieże i schodki. Parę nieokreślonych stalowych przedmiotów, parę innych desek, płyty z różnego rodzaju drewna. Leżało tu też kilka kartonów i przewróconych skrzyń.
Zaintrygowała go jednak szpara między drewnianymi skrzyniami, coś go tam ciągnęło, wydawało mu się, że to może być coś interesującego. Wcisnął się w szparę, potem przecisnął przez stertę desek, zatrzymał się na chwilę, bo zaplątał się w jakiś worek, przepchnął się kawałek dalej, aż zobaczył dziurę. Za dziurą było światło, widział trochę trawy i ścian. Przecisnął się przez dziurę w blaszanej części bramy, i znalazł się…
Nie wiedział, gdzie się znajduje. Miejsce to miało mniej więcej okrągły kształt, przy ścianach stały skrzynie kartony i parę stert starych opon, niektóre obiekty były poprzykrywane plandekami. Na ziemi rosła śliczna pachnąca zielona trawa, ściany w niektórych miejscach porastał bluszcz. Na środku rosło drzewo, wierzba płacząca, we wgłębieniu po lewej również, w niektórych miejscach były krzaki, na których dało się zauważyć drobne, zielone niedojrzałe owoce. We wgłębieniu naprzeciwko stała duża sterta desek. To miejsce było WSPANIAŁE, Lew nigdy nie widział ładniejszego. On je odkrył i znajduje się przy jego domu, więc to chyba jego teren.
Oznaczył go starannie i przepchnął się z powrotem przez stertę najróżniejszych skrzyń i obiektów na drugą stronę. Nie powie nikomu o tym miejscu, to będzie jego tajemniczy ogród. Dostać przez te graty jest się tam trudno, jak nie zna się drogi, a od góry ściany wydają się zbyt wysokie, ale to zaraz sprawdzi, by upewnić się, że jego przytulny kącik jest bezpieczny i nikt go nie zajmie. Wszedł na dach i podążał wzdłuż swojego zaułka, aż znalazł się nad stertą rupieci. Podążał kawałek dalej, aż znalazł się na dachu pokrytym starą, omszoną czerwoną dachówką. Dach zataczał okrąg, a za nim znajdował się dół, w którym był jego śliczny ogród. Niskie były szanse, by jakikolwiek kot był w stanie tędy bezpiecznie dostać się na dół. Poza tym na krawędzi znajdowały się ostre srebrne ciernie ze stali, więc próba takowego delikwenta zostałaby udaremniona. Lew przeszedł na około po dachu i wskoczył na dach po lewej stronie jego zaułka. Pognał przed siebie po dachach, w promieniach słońca, w których jego futro lśniło jak ogień. Pędził przed siebie, czerpiąc czystą radość z biegu. Jego mięśnie równo się napinały, a łapy rytmicznie uderzały o nawierzchnię. Kąpał się w blasku słońca i był naprawdę szczęśliwy. Dobiegł w końcu do swojego celu, na granicę miasta, zrobił jeszcze jeden długi sus na dach niższego domku, z niego zeskoczył na ziemię i pognał przed siebie. Czuł pęd wiatru rozwiewający mu jego długie złociste futro. Zamiast jak zawsze pokonać normalnie rzekę, przyjrzał się uważnie wodzie, szukając płytkiej części. Jest! Podbiegł do wypatrzonego miejsca, wskoczył w chłodny, rześki nurt ciesząc się chwilą. Przepłynął na drugą stronę, otrząsnął się z wody i pognał dalej, zostawiając za sobą rzekę. Jest młody, jest szczęśliwy. Na nic by tego nie zamienił. Zatrzymał się na polu, przed drogą grzmotu. Pamiętał, jak pokonywał ją po raz pierwszy, jak wtedy bał się, że zostanie potrącony przez potwora po pierwszym dotknięciu jej łapką. Wyskoczył wysoko w niebo, próbując dosięgnąć barwnego motyla i opadł ze śmiechem na ziemię, tarzając się w świeżych, jeszcze niewysokich kłosach zboża. Czekał na Pochmurnego Płomienia. Miał mu pokazać swoje najlepsze metody na łapanie ptaków. Nie musiał długo czekać, jego przyjaciel niedługo się zjawił.
- Hejo Lwie, co tam?
- W porządku Pochmurny Płomieniu, dziękuje. A u ciebie?
- Też spoko. Jakieś nowości?
- Co do wydarzeń w mieście nie wiem, ale dzisiaj coś odkryłem.
- Co?
- Postanowiłem, że nikomu nie powiem, ale ty to co innego poza tym nie mieszkasz w mieście, więc się nie wygadasz. No więc mówiłem ci o tej stercie różnych rzeczy dwunożnych?
- Mówiłeś, mówiłeś. A co, odkryłeś tam jakiś skarb?
- Nie, nawet coś lepszego.
- CO!!??!? - wrzasnął zaciekawiony Pochmurny.
- No więc, jak przejdzie się pod tym stosem, można dostać się do dziury w starym ogrodzeniu, i za nim jest otoczony murami, bezpieczny przytulny kącik. Rosną tam krzewy owocowe, kwiaty, jest tam parę fajnych miejsc do spania.
Odpowiedzi nie dostał, jednak Pochmurny Płomień wpatrywał się w niego jak zauroczony z szeroko otwartymi oczami i pyskiem.
- Coś się stało, Pochmurny Płomieniu?
- WOW… - wyrwało się z pyska kocura. - To musi być super miejscówka.
- Jest super. Niestety nie mogę ci jej pokazać, bo mieszkasz w klanie.
- Ale wierzę ci na słowo, jak już trafię do Klanu Gwiazdy, poślę tam mojego ducha, by sobie zobaczył to śliczne miejsce.
Lew zauważył dziwny nieznany błysk w oku swojego przyjaciela, jak mówił o tym miejscu, wiedział, że może to oznaczać dosłownie wszystko, więc miał tylko nadzieję, że nie żaden głupi pomysł.
- Dobra możemy zaczynać trening - odezwał się jako pierwszy Pochmurny Płomień.
- To zaczynajmy. Miałeś mi pokazać swoje sposoby na polowanie na ptaki.
- To do roboty! - Powiedział z entuzjazmem Pochmurny Płomień. Lew widział, że ten kocha uczyć inne koty. Nie w sensie, że jest przemądrzały i je poucza, lubi przekazywać swoją wiedzę i umiejętności innym.
Pochmurny Płomień pokazał mu pozycję, w jakiej najefektywniej można się skradać, by ptak się nie spłoszył. Upolowali dwa tłuściutkie wróble i przenieśli się na drzewo.
- Zobacz, jak fajnie poluje się na ptaki na drzewach!!!
- Zobaczę, jak upoluję cokolwiek!
- To do roboty, same się nie upolują!
Pochmurny Płomień z zaangażowaniem zaczął przedstawiać mu wszystkie swoje triki i akrobacje w powietrzu, przy tym podkreślając, jak mało da się ich robić przy zaledwie dwóch drzewkach. Lew zauważył znikomy ruch po prawej stronie. Spojrzał uważnie w tamtą stronę. Zięba, usiadła na gałęzi i świergotała. Lew skupił się na ptaku. Zięba wzniosła się i podleciała w jego stronę. Gdy przelatywała nad nim, Lew sprawnie wybił się w powietrze, chwytając ptaka zębami. Poczuł na języku smak świeżej krwi zdobyczy. Spojrzał na Pochmurnego Płomienia, który pochłonięty swoimi akrobacjami nie zwrócił na to większej uwagi, więc Lew po prostu zszedł na dół, ułożył zwierzynę pod drzewem przysypując ziemią, by ją ukryć, i wrócił na drzewo.
- Pochmurny Płomieniu, czy mógłbyś pokazać mi któryś ze swoich trików?
Pochmurny Płomień nie zareagował zbyt skupiony na swoim zajęciu.
- Pochmurny Płomieniu?
- A tak, co chciałeś?
- Miałeś pokazać mi parę swoich trików i akrobacji.
- A faktycznie. Hmm, co by ci pokazać na początek… Może pokażę ci skoki na większe odległości? Wszystko kiedyś może się przydać.
- To pokaż.
- Najpierw znajdę jakieś dobre gałęzie.
Pochmurny Płomień przyglądał się uważnie gałęzią, aż w końcu wybrał sobie jedną niespecjalnie wysoko umieszczoną, a za cel obrał sobie gałąź oddaloną nieco ponad długość lisa od tej, na której stał. Lew przyglądał się uważnie każdemu ruchowi jego mięśni. Kocur napiął je, wybił się, i wykonał skok.
- Pokażę ci jeszcze coś, bo fajna gałąź się trafiła! - krzyknął wyraźnie uradowany.
Pochmurny wystrzelił z gałęzi, na której stał i uchwycił się tej nad sobą zębami. Rozbujał się na niej, puścił i wykonując spektakularny obrót wylądował na niej.
- Fajne, co? Chcesz spróbować?
- Tak! - Od razu odpowiedział Lew. To coś było świetne. Bez problemu powtórzył skok lądując na gałęzi, na której wcześniej był Pochmurny Płomień, który w tym czasie usunął się na inną, jednocześnie nie odchodząc zbyt daleko by móc pomóc Lwu, jakby miał jakiś problem. Lew skupił się na gałęzi. Wyskoczył w powietrze, chwytając się gałęzi jak wcześniej jego przyjaciel. Zaczął mimowolnie bujać się na gałęzi, machając tylnymi łapami, aż w końcu puścił się jej i zaczepił się co prawda tylnymi łapami o nią, ale przednimi nie dał rady wylądować. Chwycił się jeszcze raz gałęzi zębami i spróbował jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz… Aż w końcu…
- Lwie! Udało ci się! Juhuuuu!
- Udało mi się!
- Brawo Lwie, jestem z ciebie dumny!
- Dzięki Pochmurny Płomieniu!
Pochmurny Płomień był dobrym przyjacielem. Lew nie zamieniłby go na żadnego innego.
Biegali po polu, wygłupiając się przez jakiś czas, aż w końcu położyli się na ziemi, patrząc na chmury.
- O zobacz, ta ma kształt ryby!
- O a ta Lwa! Jak ty Lwie!
- Ta wygląda jak owca.
- A ta jak potwór.
- A tamta jak kot
- Lwie?
- Tak?
- Jeśli miałbyś wybierać między klanem a przyjacielem, co byś wybrał?
- Przyjaciela. - Odpowiedział nie zastanawiając się długo nad odpowiedzią Lew
- Hmm jesteś pewien?
- Tak.
- A gdybym kiedyś znalazł się gdzieś w mieście i nie wiedział, jak wrócić do klanu co byś zrobił?
- Pomógł ci tam wrócić, o ile byłbyś jeszcze w kawałku.
- Ha ha bardzo śmieszne. Ale… gdybym nie mógł mieszkać już w klanie i znalazł się w mieście?
- Do czego zmierzasz?
- Do niczego.
Lew wiedział, że coś jest na rzeczy. Te pytania go zaniepokoiły. Czy jego przyjaciel ma zamiar opuścić klan? Miał nadzieję, że nie, przecież jest do niego tak przywiązany. Jest tam mała Jastrząb, jego siostry, mentorka, którą przecież lubi i pamięta o niej nawet po ukończeniu szkolenia.
- Gdyby zaszła taka sytuacja zamieszkałbyś ze mną, ale wiesz, że do czegoś takiego nigdy nie dojdzie.
- Racja, ale fajnie, że zrobiłbyś coś takiego.
- Muszę się już zbierać, chyba za jakiś czas macie patrol.
- A racja! Ja też muszę iść! To paaa! - Pochmurny Płomień szybko chwycił swoją część zdobyczy i pobiegł gdzieś w głąb terytorium. Pewnie do ich obozu.
Lew udał się w swoją stronę. Tym razem już nieco zmęczony i zamyślony przeszedł przez rzekę tradycyjnie, a przez miasto szedł chodnikiem. Wszedł do swojego legowiska i zwalił się na ziemię. Odpoczął chwilę, zjadł ziębę, którą dzisiaj upolował i poszedł spać. Tym razem był naprawdę zmęczony, na szczęście tym razem nie nawiedzały go koszmary. Może kiedyś przeniesie się do nowo odkrytego miejsca, ale jeszcze nie teraz.
[2076 słów]
[przyznano 42%]