Któregoś dnia siedział w żłobku normalnie, tak jak zawsze, próbując zagadywać Poinsecję. Kotka była co najmniej niezainteresowana, co zresztą bardzo dobitnie mu oznajmiała. Kasztanka również dostawała uwagi, że powinna pilnować swojego bachora.
— Oj chyba mnie nie polubi — mruknął smutno syn Purpury.
— Nie łam się, synku — odparła Kasztanka.
— No ale ciebie też nie lubi. Taty też. To mnie też, bo jestem waszym synem — wyjaśnił, a Kasztanka przyłożyła łapę do czoła. Westchnęła.
— Ty to ty i my to my. Nie trać nadziei — próbowała pozostać dobrej myśli.
Zwinek nie był przekonany. Może jej dzieci go polubią? Bo wychodziło na to, że sama rodzicielka nie chciała mieć nowych znajomych!
Niedługo później rozpoczął się poród Poinsecji. Przybyli uzdrowiciele, a Zwinek nie byłby sobą, gdyby nie próbował zapuścić żurawia. Dostał kopniaka od Poinsecji na dzień dobry, więc uciekł w popłochu. Na resztę patrzył z daleka, aż sprawy się nie zakończyły. Kiedy Zwinek zdążył zasnąć, ale Kasztanka jeszcze nie, usłyszeć można było popiskiwanie trzech malutkich rodzynków. Poinsecja zachowywała się bardzo opiekuńczo, jednak nie życzyła sobie żadnych odwiedzin poza ojcem kociąt i jej pierwszym synem.
~*~
Księżyc później, kiedy maluchy już mówiły i widziały, słyszały, Zwinek pomyślał, że to dobry moment, by spróbować się zaprzyjaźnić. Wiedział jednak, iż Poinsecja stała na straży jak lisica, dlatego poczekał, aż wyszła na spacer, a dzieci zostawiła z Koniczynem.
Już z daleka słyszał jazgotanie jednego z nich, Sosenka.
— No i potem było tak — mówił zawzięcie ciemny kocurek. Jego uszy podskakiwały przy każdym ruchu głową. — Że on. — Wskazał na brata. — Mnie popchnął. No to ja jego też popchnąłem!
Zwinek usiadł nieopodal i czekał na dogodny moment, by podejść. Kiedy po dłuższym czasie nie znalazł takowego, bo kocurek cały czas nawijał, westchnął jedynie. Takowe westchnienie musiał usłyszeć Sosenek, gdyż odwrócił się i zmierzył go spojrzeniem.
— No co?
— Ty to chyba lubisz słuchać swojego głosu — stwierdził głośno Zwinek.
Sosenek zamrugał parę razy.
— No i co z tego?
— Nie no nic. — Uśmiechnął się Zwinek. — Hej — zwrócił się do drugiego z braci, który posłał mu uśmiech.
— Tak?
— Jak masz na imię? Wybacz, ale ciągle mi to umyka!
— Rdeścik.
— Jak?
— R-d-e-ś-c-i-k — cierpliwie przeliterował wspomniany syn Koniczyna.
Zwinek podrapał się niezręcznie po pyszczku, posyłając mu przepraszający uśmiech.
— Bardzo trudne imię — stwierdził rudy. — Będę na ciebie wołać Uszaty, dobrze?
Uśmiechnął się szeroko i czmychnął, nim dopadł go Sosenek. Przeszedł pod krzakiem, zauważając bardzo kolorowe futro. Kojarzył je, była siostrą tamtych kocurków, ale nigdy nie widział jej bawiącej się z nimi. Cóż… Może po prostu za mało uważnie patrzył, w końcu większość dnia spędzał na zewnątrz. Kotka też miała garbaty nosek oraz wielkie uszy tak jak jej bracia i mama. Nie podniosła na niego wzroku, kiedy podszedł bliżej. Zachował kulturalny odstęp i wyciągnął szyję, by dojrzeć skryty pyszczek młodszej.
— Hej — zaczął ostrożnie. — Wszystko w porządku?
Odpowiedziało mu niemrawe poruszenie się.
— Ummm… przypomnisz mi swoje imię? — Podrapał się po karku. — Totalnie mi wyleciało, jestem całkiem zapominalski, jeśli o to chodzi… Ja jestem Zwinek!
Wciąż cisza. Zwinek nie był do tego przyzwyczajony, toteż nie do końca wiedział, jak powinien obchodzić się z kotką. Pomyślał więc, że po prostu będzie kontynuować w nadziei, iż ona nie była głucha i nie gadał na marne.
— Hmm — mruknął cicho. Po chwili wpadł na super pomysł na zaczepienie kotki. — Masz prześliczne futro! Jest takie niecodzienne, ciekawe jak powstał na nim taki wzór? — Chwila ciszy z jego strony. — Czy oczy również masz takie piękne?
Komplementy! Przecież wszystkie samice kochały pochwały, zwłaszcza swojego wyglądu, o który zazwyczaj bardzo dbały.
Czekał teraz, nie wiedząc zbytnio na co, ale w nadziei na odpowiedź.
<Kostko? Szybko nim Twoja matka wróci i mnie wykopie>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz