BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

21 maja 2026

Od Konwaliowej Mielizny CD. Fląderki

Przeszłość, przełom poprzedniej pory zielonych i nowych liści

Pora nowych liści powoli dobiegała końca, co było jednoznaczne z coraz cieplejszymi dniami i większą ilością zwierzyny, dopóki ta nie schowa się po swoich chłodniejszych norach w ziemi. Klan Nocy raczej nie cierpiał z powodu głodu, nawet w sezonie nagich drzew, kiedy to temperatura się obniżała, zmuszając ich ofiary do skrycia się. Liliowego jednak nie obchodziła ta kwestia – był uwięziony na jednej z wysp na rzece, a racje żywnościowe były wydzielane i przynoszone przez wybrane koty. Jakiś czas temu zrezygnował z prób rozszyfrowania tej całej sytuacji, mając wrażenie, że niepotrzebnie tworzy coraz więcej pytań w czasie poszukiwań odpowiedzi na nie.
Jego niebieskie oczy śledziły każdy ruch pozostałych członków rodziny, których tu z samego rana zaciągnięto. Ciężko westchnął, skupiając uwagę na cieniu kołyszących się szuwarów – monotonny, powtarzalny ruch nieco koił jego nerwy, pozwalając na oderwanie się od tego wszystkiego. Myśli zaczęły płynąć niczym ryby z nurtem rzeki, nie próbował ich łapać, jedynie je obserwował, będąc świadomym ich obecności. Zwykle o tej porze byłby poza obozem na łowach lub patrolu granicznym – nie przepadał za bezczynnością, więc kiedy mógł, to opuszczał wyspę i wyruszał w głąb terenów klanu, by jakoś przysłużyć się pobratymcom. Wiatr targał, by jego długą szatę, zabierając ze sobą wilgoć, która wcześniej osiadała w czasie przeprawy przez rzekę.
Lekki podmuch powietrza dotarł do więźniów, przedzierając się przez wysokie szuwary otaczające ich z każdej strony. Jedynym miejsce, gdzie było ich mniej, był kawałek czegoś, co nawet nie można nazwać małą plażą. Podłoże z piasku przyozdobione było śladami czwórki rzekomych zdrajców i strażników, którzy ich tu wrzucili i dotąd pilnowali.
Wtem do jego uszu dotarł cichy szum, a następnie chlupot wody, jakby jakiś kot wychodził na brzeg. Podniósł się z dotychczasowego miejsca i podobnie, jak reszta utkwił spojrzenie w przerzedzonym fragmencie naturalnych murów – ich oczom ukazała się Fląderka oraz Rosiczkowa Kropla, która pozostawała bardziej z tyłu, jakby brzydziła się samego obcowania z oskarżonymi. Jako pierwsza w jej kierunku ruszyła Borówkowa Słodycz, a jej pysk wyrażał mieszaninę emocji, które minęły, gdy była na tyle blisko czekoladowej, by nie rozpoznać w niej swojej córki. Biała została wyminięta przez młodszą, choć ta zdawała się nie zwracać uwagi na szylkretkę, gdyż podjęła próbę rozmowy ze strażnikiem.
Liliowy był kolejnym, który skierował swoje kroki do młódki, którą niemal każdy w klanie traktował jak służbę, kogoś gorszego i to tylko z powodu koloru sierści. Jego jasne spojrzenie było skupione na Fląderce, która położyła przyniesioną rybę i nosem podsunęła ją bliżej łap wojownika. Jednak nie to zwróciło uwagę kocura, a to, co cicho wymruczała. Początkowo wręcz się w nim zagotowało, mięśnie spięły, sierść najeżyła.
“Jak śmiała! Rybie flaki, a nie liderka! Mnie może traktować, jak popychadło, ale one nie mając z tym nic wspólnego!” — krzyczał w myślach, będąc początkowo ślepym na to, że swym zachowaniem przestraszył młodszą.
— Wybacz mi — odparł, uspokajając się. — Po prostu krew we mnie wrze, gdy przychodzi mi myśleć o niesprawiedliwości w klanie. Jednakże raduje mnie, że są bezpieczne — dodał, posyłając kotce lekki uśmiech.
— Z-zrozumiałe…
— Mam prośbę, gdyż ja, jak widać, niezdolny do czegokolwiek jestem. Dbaj o me siostry, proszę.

«★»

Obecnie

Od burzliwych wydarzeń związanych z rzekomymi zdrajcami minęły cztery sezony. Niebieskooki początkowo starał się wykonywać swoje dawne obowiązki, jakby nigdy nic, lecz zadanie te utrudniali dawni pobratymcy. Konwalia miał dość tego wszystkiego, co wieczór błagał Przodków, by jakoś zareagowali na to, co się dzieje w Klanie Nocy. Najchętniej, by obserwował, jak to miejsce jest pochłaniane przez gniew rzeki. Jeśli tak miało wyglądać jego życie w kociej społeczności, to wolałby odejść stąd już teraz, w tym momencie – jedynym, co go tu trzymało to rodzina, jedyne koty, które myślały racjonalnie i nie wierzyły we wszystko, co za kociaka starano się im wcisnąć do młodych główek.
Machnął zdenerwowany ogonem, podnosząc się z dotychczasowego miejsca. W zasięgu jego wzroku pojawiła się pewna sylwetka persony, która chyba była niczym kotwice w czasie tego odosobnienia, ochraniając go przed szaleństwem – choć może i już to nastąpiło.
— Fląderko, masz może chwilę? — spytał, podchodząc do młódki. Parę zaciekawiony spojrzeń padło na nich, na co liliowy najeżył sierść.
“Przeklęte mysie móżdżki. No, na co czekacie? Lećcie do niej, by potraktowała zwykłą rozmowę jako dowód zdrady” — fuknął w myślach.
— Może się przejdziemy? — zaproponował i nie czekając na odpowiedź szylkretki, wyruszył w stronę wyjścia z obozu. — Powiedz mi Fląderko, nie masz czasem tego wszystkiego dość, nie chcesz odejść? — zapytał, kiedy byli wystarczająco daleko od ciekawskich spojrzeń i uszu wyczulonych na plotki. — Jeśli nie chcesz, to nie musisz odpowiadać.

<Fląderko?>

Od Lśniącej Gwiazdy

„Doprawdy żałosne” — pomyślał Lśniąca Gwiazda z chłodną irytacją, podczas gdy nieruchomo spoczywał w swoim legowisku.
Królicza Prawda odszedł, pozostawiając po sobie nie tyle pustkę, co nieprzyjemne wrażenie zachwianej równowagi, którego Lśniąca Gwiazda nie potrafił zignorować, nawet jeśli usilnie próbował skupić myśli na czymś innym. Sam fakt ucieczki nie stanowił jeszcze tragedii — wojownicy odchodzili od klanów od pokoleń, czasem z powodu strachu, czasem gniewu, a czasem zwyczajnego zagubienia — lecz obecna sytuacja wydawała się znacznie bardziej skomplikowana, ponieważ wszystko wydarzyło się zaledwie kilka księżyców po objęciu przez niego przywództwa.
Klan potrzebował stabilności, której ostatnio rozpaczliwie brakowało, a wojownicy, choć starali się tego nie okazywać, obserwowali swojego nowego przywódcę znacznie uważniej, niż chcieliby przyznać. Lśniąca Gwiazda wyczuwał to niemal bez przerwy; dostrzegał spojrzenia zatrzymujące się na nim odrobinę zbyt długo podczas zgromadzeń, słyszał przyciszone rozmowy cichnące, gdy przechodził obok, i zauważał owo charakterystyczne napięcie pojawiające się wśród wojowników zawsze wtedy, gdy klan przechodził przez okres zmian.
I właśnie dlatego Królicza Prawda stawał się problemem.
Nie dlatego, że wiedział coś konkretnego, ponieważ Lśniąca Gwiazda nigdy nie pozwoliłby komukolwiek zbliżyć się do siebie na tyle, by rzeczywiście odkryć coś istotnego, lecz dlatego, że tamten zaczął patrzeć na pewne rzeczy zbyt uważnie, jakby próbował dostrzec ukryte pod powierzchnią znaczenie wydarzeń, które dla reszty wojowników pozostawały zupełnie naturalne. Lider zakładał, że stratę matki wiązać może z nim samym. Nawet, jeśli większość uważała Gąsieniczka za jej oprawcę.
Podejrzenia — nawet, jeśli posiadał je tylko jeden kot — były niebezpieczne, zwłaszcza w klanie zmęczonym zmianami i niepewnością.
Lśniąca Gwiazda powoli uniósł wzrok ku wyjściu z legowiska, przez które wpadało blade, przytłumione światło pochmurnego dnia, rozlewające się po kamiennym podłożu długimi smugami szarości. Sylwetki wojowników przesuwały się w oddali pomiędzy legowiskami niczym ciemniejsze plamy na tle mokrych skał, podczas gdy echo ich głosów odbijało się od ścian groty cichym, jednostajnym szmerem przypominającym odległy pomruk burzy.
Przez krótką chwilę wsłuchiwał się w owe dźwięki z nieruchomym spokojem, choć pod powierzchnią owego opanowania jego myśli poruszały się szybko i chłodno, analizując kolejne możliwości oraz potencjalne konsekwencje odejścia Króliczej Prawdy. Nie chodziło nawet o samego uciekiniera, lecz raczej o pytania, które mogły pojawić się po jego zniknięciu, ponieważ koty zawsze potrzebowały wyjaśnień, a brak odpowiedzi niemal automatycznie rodził plotki. Wojownicy zaczną zastanawiać się, dlaczego odszedł, czy był nieszczęśliwy, czy może coś go niepokoiło, a im dłużej podobne rozmowy będą trwały, tym większa szansa, że niektórzy zaczną dostrzegać napięcia, które dotąd ignorowali.
Ta myśl była wystarczająco irytująca, by mięśnie pyska Lśniącej Gwiazdy napięły się lekko pod rudym futrem. Nie znosił sytuacji wymykających się spod kontroli, ponieważ kontrola stanowiła jedyną rzecz naprawdę utrzymującą klan w ryzach, nawet jeśli większość wojowników nigdy nie zdawała sobie z tego sprawy. Koty potrzebowały poczucia bezpieczeństwa równie mocno jak pożywienia czy schronienia, a on zamierzał im to zapewnić — nawet jeśli oznaczało to konieczność odpowiedniego kierowania ich emocjami oraz przekonaniami.
Zmarszczył nagle pysk, gdy przeszywający ból rozlał się po jego prawym oku, a nieprzyjemne pieczenie zmusiło go do gwałtowniejszego mrugnięcia. Od kilku dni ignorował problem, uznając go za drobną niedogodność, lecz teraz pulsowanie stało się niemal nieznośne i przypominało mu o sobie przy każdym ruchu powieki.
Westchnął ciężko, po czym podniósł się z legowiska płynnym ruchem, przeciągając grzbiet tak, by nawet w samotności zachować charakterystyczną dla siebie elegancję. Nawet gdy nikt go nie obserwował, poruszał się z opanowaną pewnością przywódcy, który nigdy nie okazuje słabości, ponieważ maska stanowiła część niego tak trwałą, iż momentami wydawała się niemal prawdziwa.
Kiedy wyszedł do głównej części obozowiska, chłodne powietrze jaskini otuliło go wilgotnym chłodem, a blade światło wpadające przez wejście przecinało półmrok długimi smugami szarości, rzucając drżące cienie na nierówne ściany groty. Kilku wojowników niemal natychmiast skierowało ku niemu spojrzenia, wobec czego na pysku Lśniącej Gwiazdy pojawił się znajomy, łagodny uśmiech, który potrafił wzbudzać w innych kotach poczucie bezpieczeństwa niemal instynktownie.
Zatrzymał się przy jednym z wojowników wracających od stosu świeżej zwierzyny i zamienił z nim kilka spokojnych słów o porannym patrolu, po czym pochwalił młodego ucznia za złapaną mysz. Każdy gest pozostawał odpowiednio wyważony, każde spojrzenie wystarczająco ciepłe, a każde słowo dobrane tak ostrożnie, jakby od początku wiedział dokładnie, czego inni potrzebują od niego usłyszeć.
Dopiero gdy odwracali wzrok, bursztynowe ślepia przywódcy stawały się chłodne i ciężkie niczym kamień zalegający na dnie jeziora.
Legowisko Jagnięcego Ukłonu przywitało go ostrym zapachem ziół, który niemal natychmiast wypełnił jego nozdrza gorzką wonią nagietka, mokrych korzeni oraz suszonych liści. Medyczka siedziała pośród swoich zapasów z charakterystycznym spokojem, oddzielając zwiędłe łodygi od świeższych roślin, a kiedy usłyszała jego kroki, uniosła łeb, zatrzymując na nim intensywnie niebieskie spojrzenie.
— Dobrze cię widzieć, Jagnięcy Ukłonie — odezwał się miękkim, opanowanym tonem, który niemal automatycznie przybierał podczas rozmów z innymi kotami. — Obawiam się, że moje zdrowie postanowiło ostatnio wystawić mnie na próbę, ponieważ od kilku dni coś wyraźnie drażni moje oko, a pieczenie zaczyna stawać się coraz bardziej uciążliwe.
Uśmiechnął się lekko, choć sam ruch pyska sprawił, iż ból znów zapulsował pod powieką ostrym ukłuciem.
— Uznałem więc, że rozsądnie będzie oddać się w łapy najlepszej medyczki, jaką zesłał nam Klan Gwiazdy, zanim podobna drobnostka przerodzi się w coś poważniejszego.
Jak zwykle zabrzmiał szczerze, spokojnie i niemal ciepło, dzięki czemu niewielu kotom przyszłoby do głowy, iż pod ową idealnie kontrolowaną powierzchnią jego myśli pozostawały chłodne oraz nieustannie skupione na jednym problemie.
— Lśniąca Gwiazdo — miauknęła ruda, podczas gdy starannie nakładała na jego oko ziołową maść. — Co chcesz zrobić z Ćmim Księżycem? Obiecałeś, że sprowadzimy ją do domu.
Zastrzygł lekko uszami.
— Nie martw się. Dowiesz się o wszystkim na dzisiejszym zebraniu klanu — miauknął łagodnie, a następnie posłał jej ciepły uśmiech. — Nigdy nie porzucam obietnic, możesz być tego pewna, Jagnięcy Ukłonie.

Wieczór… 

— Moi drodzy — zaczął w końcu spokojnie, a jego głos odbił się od kamiennych ścian głębokim, miękkim echem. — Ostatnie dni wystawiły nasz klan na próbę, jakiej wielu z nas się nie spodziewało.
Kilka kotów poruszyło się lekko, a echo szmerów niemal natychmiast ucichło.
— Nie zamierzam ukrywać przed wami prawdy — ciągnął łagodnie, splatając ogon wokół łap. — Królicza Prawda opuścił obozowisko.
Po jaskini przebiegł cichy pomruk. Niektórzy wojownicy wymienili pomiędzy sobą szybkie spojrzenia, uczniowie unieśli łby gwałtowniej, a starszyzna poruszyła się niespokojnie.
Lśniąca Gwiazda obserwował ich reakcje z nieruchomym spokojem.
— Nie znamy jeszcze wszystkich powodów jego decyzji — mówił dalej tonem tak łagodnym, iż niemal niemożliwe było doszukanie się w nim choćby śladu irytacji. — Być może kierował nim strach. Być może zagubienie. Klan Gwiazdy jeden wie, co dzieje się w sercu kota, który decyduje się odejść od własnego klanu.
Przerwał na moment, opuszczając lekko spojrzenie, jakby sama myśl sprawiała mu autentyczny smutek.
I znów wyglądał przekonująco.
— Nie będę jednak osądzał go pochopnie — dodał po chwili ciszej. — Każdy wojownik czasem się gubi, a naszym obowiązkiem nie jest odpowiadać gniewem, lecz zachować jedność oraz rozsądek.
Lśniąca Gwiazda uniósł lekko łeb, a jego bursztynowe spojrzenie przesunęło się po zgromadzonych wojownikach z niemal ojcowską łagodnością.
— Nie pozwólcie jednak, aby strach lub plotki osłabiły nasz klan — powiedział już nieco pewniejszym tonem. — W chwilach niepewności łatwo jest zapomnieć o tym, kim jesteśmy. Łatwo pozwolić, by podejrzenia podzieliły wojowników, którzy powinni stać ramię w ramię pod spojrzeniem naszych przodków.
Przy ostatnich słowach uniósł wzrok ku górze, ku ciemnemu sklepieniu jaskini, jakby naprawdę wierzył, iż gdzieś ponad skałami Klan Gwiazdy obserwuje każdy jego ruch.
Wziął głęboki wdech, jak gdyby jeszcze raz przemyśleć musiał to, co przed chwilą powiedział.
— Mam pozytywne nadzieje, i naprawdę chciałbym powiedzieć, że decyzja Króliczej Prawdy jest po prostu nie do końca świadomym wyskokiem. Lecz nie jestem w stanie okłamywać samego siebie. A tym bardziej was. Obawiam się, że jego zaginięcie nie jest do końca tak przypadkowe, jak można by pomyśleć. I dlatego też chciałbym porozmawiać z kilkoma kotami o jego zachowaniu sprzed ucieczki — na moment przerwał. — O tym wszystkim dowiecie się jednak niedługo. Choć mam pewne przypuszczenia, to wciąż potrzebuje opinii innych, by móc cokolwiek zrobić.
Zatrzymał spojrzenie na klanie dłużej, niż było to konieczne, pozwalając, by każde wypowiedziane zdanie osiadło w ich umysłach jak ciężki, lecz stabilny kamień, który miał utrzymać konstrukcję ich zaufania w ryzach, nawet jeśli pod spodem wciąż poruszały się niewypowiedziane obawy.
— Jeśli chodzi o Ćmi Księżyc, to już niedługo ja wraz z Truskawkowym Polem dobierzemy koty, które wraz ze mną wyruszą do Klanu Nocy z prośbą o wyjaśnienia — kontynuował spokojnie, a jego głos nie zdradzał ani pośpiechu, ani wahania, choć w rzeczywistości każda decyzja w obecnych czasach wymagała większej ostrożności niż kiedykolwiek wcześniej.
W klanie przebiegł cichy szmer, ponieważ sama wzmianka o wyprawie do Klanu Nocy budziła w niektórych kotach niepokój, a w innych ostrożną nadzieję, że sytuacja Ćmiego Księżyca wreszcie znajdzie swoje rozwiązanie, nawet jeśli droga do tego miała prowadzić przez nieznane i potencjalnie nieprzyjazne tereny.
— A jeśli chodzi o Gąsienicowego Ogryzka — dodał po chwili, a jego ton stał się odrobinę chłodniejszy, choć wciąż zachowywał tę samą, starannie wyważoną łagodność, która sprawiała, że słowa nie brzmiały jak oskarżenie, lecz jak konieczna ostrożność — to na ten moment będzie on musiał pozostać w obozie, ponieważ jego obecność poza nim mogłaby jedynie wprowadzić dodatkowy chaos w już napiętą sytuację. — ...Niestety, obawiam się, że zniknięcie Króliczej Prawdy może mieć z nim coś wspólnego.
Wśród zgromadzonych kotów ponownie przeszedł cichy szmer, tym razem bardziej stłumiony i cięższy, jakby sama wzmianka o potencjalnym związku między Gąsienicowym Ogryzkiem a zniknięciem Króliczej Prawdy natychmiast obudziła w nich mieszankę niepokoju i niepewności, której Lśniąca Gwiazda świadomie nie próbował ani wzmocnić, ani całkowicie rozwiać.
Bo zbyt wiele jasności mogło być równie niebezpieczne jak jej brak.


Wyleczeni: Lśniąca Gwiazda

Od Trzcinowego Szmeru CD. Żmijowcowej Wici

Trzcinowy Szmer popatrzyła na kocura i zamruczała uradowana całkiem sensownym pomyśle, który wyszedł ze żmijowcowej główki.
— Całkiem dobry pomysł… Nie spodziewałam się tego po tobie — zaśmiała się, wbijając czule szpileczkę w wojownika.
— Ja mam same wspaniałe pomysły! Po prostu mnie nie doceniasz! — Zrobił urażoną minę, udając, że go ubodła uwaga kotki. Jednak po chwili również się zaśmiał.
— Imiona od ptaków zamieszkujących tereny Klanu Nocy to naprawdę bardzo dobry pomysł. Brzmią bardzo szlachetnie i typowo dla naszego klanu. Pewnie spodobają się kotom z rodu.
— Maskonur brzmi ciekawie i oryginalnie.
Maskonur rzeczywiście był ciekawym i niespotykanym imieniem, jednak było wiele ptactwa, z którego mogliby wybrać imię dla swoich przyszłych dzieci. Jej myśli skierowały się ku Łyskom, na które tak lubiła polować.
— Łyska jest też ładnym imieniem, szczególnie dla kotki.
Żmijowcowa Wić posłał jej skromny uśmiech, jednak znała go na tyle, by wiedzieć, że jest szczery. Cieszyła się szczęściem kocura.
— Nie mogę się doczekać, aż ujrzę przed sobą małe puchate kuleczki — powiedziała do siebie na głos.
Żmijowcowa Wić zauważył to i nosem delikatnie dotknął jej ucha.
— Również nie mogę się doczekać.

* * *

Pogoda podczas Pory Nowych Liści z czasem stała się chłodna. Podmuchy zimnego wiatru oraz przelotne deszcze obmywały tereny Klany Nocy, jednocześnie uprzykrzając codzienne obowiązki wojowników.
Od ostatnich kilku dni zauważyła, że wzrósł jej apetyt oraz że treningi z własnym uczniem stawały się stopniowo coraz cięższe. Jednak uczeń wydawał się umieć tak samo mało jak od dłuższego czasu. Jednak te same odległości, które wcześniej umiała przebiec i przepłynąć z łatwością, teraz musiała robić sobie przerwy. Bolące łapy, zadyszka i wzrastające zmęczenie uprzykrzały jej codzienne obowiązki.
Rankami coraz częściej czuła mdłości. Nie chciała z tym jeszcze iść do Gąbczastej Perły, gdyż uważała, że nie czuje się jeszcze aż tak źle.
Tym razem, zamiast porannych promieni słonecznych albo przeciekającego legowiska wojowników od deszczu, obudził ją ból brzucha oraz zaciskającego się gardła. Trzcinowy Szmer wstała prędko z posłania i niechcący, trącając Żmijowcową Wić, wybiegła na polanę, by zniknąć na śmietnisku. Zwymiotowała i zmęczona osunęła się na ziemię.
“Na Klan Gwiazdy, co mi się dzieje?”
Zaraz za nią wyszedł zmęczony Żmijowcowa Wić, którego musiała obudzić. Kocur miał potargane futro oraz mrużył ze zmęczenia swoje zielone oczy.
— Coś zjadłaś niezdrowego? — ziewnął i niemrawo podszedł do niej bliżej i usiadł obok. Nie wiedziała, czy chciał jej dodać otuchy, czy kocur zrobił to ze zwykłej przyzwoitości. — Ostatnio mam wrażenie, że gorzej się czujesz.
— To prawda… Nie wiem, o co chodzi, jednak wolę jeszcze nie iść do Gąbczastej Perły, jeszcze nie teraz…
— Czy to nie są objawy jakiegoś przeziębienia albo zielonego kaszlu?
Trzcinowy Szmer spojrzała na kocura powątpiewająco. Przeczuwała, że to nie było jakieś zwykłe zatrucie. Mimo tego, że pragnęła kociąt, tak nie chciała jeszcze odchodzić od obowiązków wojownika, szczególnie, że nie pokazał się jej jeszcze ciążowy brzuszek. Głupio jej było pójść do legowiska medyczki. Gąbczasta Perła pewnie wybuchłaby z ekscytacji, jednak od razu nakazano by jej przeniesienie do żłobka. Trzcinowy Szmer jeszcze nie chciała się tam znaleźć.
— Wątpię… Chyba jestem w ciąży, Żmijowcowa Wicio.

< Żmijowcowa Wicio? Czy możemy nazwać się partnerami? Może nie romantycznymi ale biznesu! 💸💕😽>

Od Przebiśnieg

Co się wydarzyło u Przebiśnieg ostatnio?
Właściwie to nic ciekawego, bo ciekawe to negatywy, prawda? Dalej wychodzi na dwór. Dobrze, że jej właściciel jej tego nie zabrania. Ciężko byłoby jej się przyzwyczaić do tego, aby tego nie robić. 
Chociaż nie czuję już potrzeby wychodzenia. Coraz częściej jest w siedlisku sieciarzy. Tak jednak od samego początku nie było. 

-*- 

Po śmierci Muszelki nic nie było takie samo. Jej przyszywana matka próbowała nauczyć ją zaufania do innych kotów, sama za bardzo się oddając. Nawet w betonowych królestwach dwunożnych były tak zwane klany, chociaż one bardziej nazywały się kompaniami. Sami kiedyś należeli do jednej — Kampanii Świeżych Ryb. Można się domyślić, że stąd Muszelka nauczyła się polować na ryby, a potem nauczyła tego swoją przybraną córkę. Kampania Świeżych Ryb szczyciła się tym, że jest w stanie ukraść sieciarzom każdą rybę! W rzeczywistości to w większości oni oddawali im te ryby albo sami na nie polowali. Dopiero teraz, mieszkając z jednym z nich, dowiedziała się tego. Ich tereny obejmowały prawie wszystkie bujance w Betonowym Królestwie. 
Oprócz Kampanii Świeżych Ryb były jeszcze inne — Kampania Wielkiej Zieleni i Kampania Wielkiej Budowli. Ta pierwsza znajdowała się wokół gniazd sieciarzy, gdzie była ogromna ilość małych lasów. Tam podobno kradli sieciarzom nie tylko jedzenie, ale również łapali ich szczury i myszy. Teraz jednak wie, że w rzeczywistości byli nagradzani za łapanie szkodników. Przynajmniej tak spostrzegła po tym, jak jej sieciarz patrzył na te małe stworzonka. Druga za to mieszkała wokół starej budowli sieciarzy. Za dnia była pusta, ale w nocy można było znaleźć tam wiele resztek po zwiedzających. Z perspektywy czasu Przebiśnieg uważa, że życie tej kampanii najbardziej przypominało życie kotów z lasu. Nawet jeśli oczywiście również dostawali pomoc od sieciarzy.
Zresztą nic dziwnego, bo jednak żyli w ich świecie. Polegali na nich, a równocześnie zachowywali się, jakby byli od nich niezależni. 
Mieszkanie z kampanią rzeczywiście dawało schronienie. Przebiśnieg jednak ciężko było zaufać reszcie kotów. Ciężko stwierdzić, dlaczego — może właśnie przez fakt, że została wrzucona do tego środowiska? 
Innym kotom jakoś nie było trudno się do niej przyzwyczaić. Wiedzieli jednak, jak to działa — sieciarz wyrzucał kota na śmietnik, był znajdowany przez kampanię i potem żyli razem. Kampanie były na tyle wielkie, że niektórzy nie nadążali za tym, czy ktoś jest nowy, czy nie, chociaż to zazwyczaj starsze koty miały z tym problem, jeśli już dożywały takiego wieku. 
Pomimo tego, że były trzy kampanie, różniły je tylko tereny zamieszkania, a reszta była po prostu ciężka do życia. Współpracowały nawet ze sobą, bo miały wspólny problem — „łapiarzy”, czyli sieciarzy wyłapujących samotne koty oraz psy. 
Potem pojawił się jednak również inny problem, czyli trucizna. Wybiła ona bardzo dużą część kampanii, a najbardziej oberwała Kampania Wielkiej Zieleni, gdzie w mięsie znajdowanym w małych lasach były metalowe części sieciarzy. Nieuważny kot nie dawał rady zwrócić takiego mięsa i umierał niedługo potem. Szczury tak samo — chodziły chore, a potem choroba przenosiła się na koty. To właśnie taka choroba przeniosła się na Muszelkę. 

-*- 

Przebiśnieg po przyjeździe do nowego miejsca jadła tylko ryby. Nie dotykała niczego innego w obawie przed trucizną. Gdy przyszła pierwsza pora lodu — lub Pora Nagich Drzew — sprawiła, że przesiedziała w siedlisku sieciarza większość tej pory roku. Tutaj było zimniej, a ona przyzwyczaiła się do ciepła. Dalej jednak nie dała się dotknąć sieciarzowi bez swojego pozwolenia. Pies przestał jej przeszkadzać, a ona zaczęła się do niego wręcz przekonywać. Poznała inne koty. Dalej nie ufała im jakoś mocno, ale dzięki doświadczeniom z przeszłości i faktowi, że nie musi dzielić z nimi miejsca zamieszkania, bardziej się do nich przekonała. Im dłużej jednak przebywała u sieciarza, tym bardziej zaczęła mu ufać. Aż do momentu, w którym zdołała nawet usiąść na nim, a on tylko delikatnie zaczął ją głaskać. Gdy gwałtownie się ruszył, od razu się przestraszyła i skoczyła do swojego kącika. Może niedługo znów zdobędzie się na tak duży krok? Ma nadzieję, że to będzie jej jedyny dom, jeśli w końcu zdobędzie się na nazwanie go domem. Gdy nie ma się tego, co się lubi, to się lubi to, co się ma. 

Od Borowika Do Orchidei

To był ciężki trening. Nie fizycznie. Nie psychicznie. Nie nauczyłem się zupełnie niczego nowego. Była to zwykła praktyka. Chodzi tutaj bardziej o…wyzwanie umysłowe. Wszystko zaczęło się od walki. Ostatnimi czasy ja i Kurka skupialiśmy się głównie na tym, aby w trakcie moich treningów mój nad wyraz rozwinięty mózg i wrodzona intuicja mogły dorównać masie mięśniowej. Na razie ona nie istnieje. Ale za kilkadziesiąt księżyców być może osiągnę pełną syntezę ciała z duchem. Lub nie.
W pewnym momencie Kurka przerwał walkę.
— Borowiku! Mówiłem ci, że możesz używać swoich pazurów! Nie martw się, nie dam się trafić!
Eh. Faktycznie miałem problem z ich używaniem. Mimo że opanowałem techniki do perfekcji, praktyka okazuje się trudniejsza. Mam pewnego rodzaju opór przed bezmyślnym rozcinaniem ciała przeciwnika. Nie wiem, dlaczego.
— Ugh…
— Nie „ugh”, tylko tak! Musisz używać wszystkiego, co dała ci Wszechmatka. Tak jak ptakom dała skrzydła, by latały. Czymże jest ptak bez skrzydeł, Borowiku?
I wtedy się zaczęło. Od tego momentu mój mózg przestał skupiać się na czymkolwiek innym niż na tym pytaniu.
Czym jest ptak bez skrzydeł? No jak to czym. Głupie pytanie. Ptakiem. Który nie ma skrzydeł. Może stracił je w wypadku lub urodził się bez nich. W końcu ma nadal w nazwie „ptak”, a nie…cokolwiek innego. Więc to po prostu ptak. Chyba że to pytanie jest podchwytliwe? Może utrata skrzydeł równa się utracie tożsamości…? Może jest wtedy bardziej…wiewiórką lub…jakimś owadem…?
Wróciłem do obozu. Nadal próbowałem zidentyfikować nowy, nieznany mi gatunek, ale nijak nie mogłem go nigdzie przypasować. Brakowało mi zaawansowanej wiedzy dotyczącej przyrody. Wtedy poczułem, że już nie wytrzymam. Czaszka mi wybuchnie jak nic. Rozejrzałem się po obozie i wtedy dostrzegłem siedzącą na jednej z wyższych gałęzi Orchideę.
Wlazłem więc na drzewo.
— Uh. Orchideo. Witaj. — Zatrzymałem się przed nią, wyprostowany. — Przychodzę do ciebie z pewną nurtującą mnie sprawą, a ty jesteś jedyną, która może znać odpowiedź na mniej lub bardziej teoretyczne pytanie.
Zamrugałem.
— No bo jesteś jedyną kotką w promieniu dwudziestu lisich ogonów. Znaczy nie. Ale jedyną, którą zobaczyłem. Uh. No…też nie. Ale pierwszą. Tak, tak.
Usiadłem, nie czekając na reakcję.
— Pytanie natury przyrodniczej: czym jest ptak, który nie ma skrzydeł? Ja bym obstawiał wiewiórkę. Chociaż z tułowia to bardziej ślimak…
Spojrzałem na nią kątem oka, czekając na odpowiedź po tym oficjalnym, acz tradycyjnym, niewątpliwie wstępie.

<Orchideo?>

[372 słów]

[7%]

Od Korowego Szeptu Do Cętkowanej Łapy

Jak to bywało od zawsze, w patrolu łowieckim byli też uczniowie. Kora uśmiechnęła się na wspomnienie swojego pierwszego patrolu, w którym poznała Kamyczka. To było tak dawno temu, teraz… Byli razem! Kochali się nawzajem i każdą wolną chwilę spędzali ze sobą. Cóż, te niewolne również, jeśli tylko mogli. A do tego jego wkurzający brat gdzieś zniknął! Uciekł i już nie zawracał jej głowy. Życie szylkretki nie mogło być lepsze! Znaczy, oczywiście, że mogłoby być, ale to ją zadowalało. Nadal nie miała zbyt wielu znajomych, ale wcale ich nie potrzebowała. Z większością kotów rozmawiała tylko wtedy, gdy musiała z nimi współpracować albo chciała się czegoś dowiedzieć. Jeśli nie było takiej potrzeby, to zadowalała się towarzystwem Ognistej Słoty i Kamiennego Pióra. Na patrolach też zazwyczaj nie mówiła wiele, ale jej uwagę przykuł kocur, który swoim chodem odstraszał zwierzynę. Nikt inny tego pewnie nie zauważył, bo skupiali się na wszystkim innym… Albo po prostu mieli to gdzieś.
Korowy Szept podeszła do rudego ucznia i zrównała z nim krok.
— Hej, ogon wyżej. — rzuciła, jednak spokojnym głosem.
W żaden sposób nie miała być to reprymenda, a zwykłe podanie pomocnej łapy. Kora sama wiedziała, jak ciężko szło nadążanie za starszymi, bardziej doświadczonymi. Tyle ile miała problemów jako uczeń…
— Straszysz wiewiórki. — dodała po chwili. — Polowałeś już kiedyś?

<Cętkowana Łapo?>

Od Korowego Szeptu CD. Księżycka (Księżycowej Łapy)

Dawno temu

Kora wybrała się na spacer. To była jej mała rutyna. Zawsze przed polowaniem wolała się rozruszać, żeby potem się nie przemęczyć. Często chodziła z Kamyczkiem, ale tym razem szła sama. Kręciła się po obozie, jak zwykle obserwując inne koty. Tak wiele się zmieniło…
Zamyślona nagle zauważyła coś wbiegającego w krzaki, tuż obok żłobka. Od razu przywróciła się do porządku i powoli podeszła do nieznajomego. Okazało się jednak, że w krzaku nie czeka żaden wróg chcący ukraść małe kociaki, ani niebezpieczne zwierzę, tylko mała, biała kuleczka puchu. Najwyraźniej przerażona, bo cała się trzęsła.
— Co się stało? — zapytała spokojnie.
— A-Ach… Ja tylko. — Kocurek zaczął się nerwowo tłumaczyć. — Przepraszam! O-Obudziłem kogoś? — zapytał, wychodząc z krzaków.
Korowy Szept rozejrzała się wokół, ale nie widziała żadnego kota, który przyciągałby się leniwie, nagle zbudzony, więc pokręciła głową.
— Wybacz, ja nie… — miauknął kotek. — Nie chciałem! J-J-Jak masz na imię?
— Korowy Szept — przedstawiła się wojowniczka. — Ale może być Kora. — dodała po chwili.
Przyjrzała się maluchowi, ale nie widziała, aby cokolwiek mu dolegało. Pewnie przestraszył się jakiegoś głośnego dźwięku i tyle… Cóż, to wcale nie dobrze. W Klanie Wilka nie można było się bać, a przynajmniej nie można było pokazywać strachu. Jak bardzo Kora uważała to za głupie, to jednak taka była prawda, więc ten maluszek mógł mieć ciężko w życiu… Miała szczerą nadzieję, że biały kocur przeżyje noc w lesie, bo potem było łatwiej…
— A ty jak się nazywasz? — zapytała po chwili. — I co tu robisz?

<Maluszku?>

Od Rzekotki Do Fląderki

Rzekotka rosła jak na drożdżach, karmiona pyszniutkim mleczkiem od Kropiatkowej Skórki. Dni mijały jej na zabawie z kotem, który tu mieszkał na stałe. Miał trudne imię i Rzekotka nie umiała go wymówić, więc był po prostu ładnym panem. Ładny pan często dawał im zabawki czy wymyślał różne gry. Nawet takie skomplikowane! I wtedy niebieska nie mogła się w nie bawić, bo były za trudne… więc siadała sobie z boku i egzystowała, patrząc radośnie na falującą trawę.
Tak właśnie wyglądał typowy dzień Rzekotki. Jakiś czas temu ich ojciec przyniósł córkom pierwszy raz mięso! Takie prawdziwe, zimne i z futrem… to chyba była mysz, jeśli Rzekotka dobrze pamiętała. Taka podłużna, z różowym ogonem. Smakowała zabawnie, jej kości chrupały a ogon zwisał im z pyszczków podczas konsumpcji. Dziewczynki bawiły się wtedy tymi ogonkami i straszyły siebie nawzajem, aż ojciec kazał im przestać, bo nie powinny w ten sposób traktować darów od przodków. Rzekotka tego nie rozumiała… przecież było fajnie! Czemu Fala nie chciał z nimi się pośmiać? Czy naprawdę robiły coś złego?
Po południu przyszła pora na kolejną drzemkę tego dnia. Rzekotka leżała obok Ropuszki i spała bardzo twardo. Nie czuła nawet, kiedy jej pociekła ślinka i pobrudziła futro siostry. Ropuszka szturchnęła siostrę niezadowolona, budząc pomarańczowooką. Rzekotka wstała wtedy przebudzona i sennym krokiem potuptała ku wyjściu ze żłobka. Kropiatkowa Skórka zasnęła wraz z córkami i nie widziała, jak jeden wolny atom odlatuje od reszty. Niebieska kotka zatrzymała się, czując pełnię zapachów z obozu. Nagle rozległ się głośny dźwięk, przez który podskoczyła jak poparzona i cała się napuszyła. Rozejrzała się dookoła. To chyba było czyjeś…kichnięcie? Jej wielkie oczyska dostrzegły jakąś liliową kotkę, która przecierała nos. Więc to ona! Gdy kociak chciał do niej podejść, ta się dziwnie zatoczyła i zaczęła coś mamrotać. Rzekotka nie słyszała, co nie zdążyła nawet, bo przyszedł jej ojciec. Niósł im właśnie kolację, a widząc córkę w pobliżu wojowniczki, przyspieszył kroku. Zmierzchająca Fala odłożył zgrabnie jakieś gryzonie na bok i odgrodził wojowniczkę od córki.
— Leć do mamy Rzekotko — miauknął. — Ćmie Mżenie, zaprowadzę Cię do medyka. Źle wyglądasz.
Po czym odeszli. Kotka dalej coś mamrotała i dziwnie się zataczała. Jakby widziała rzeczy, których nie ma, i próbowała je omijać? Czy to było możliwe? Czy ona widziała więcej, niż zwykły kot? Rzekotka też by tak mogła? Ale byłoby fajnie…
Jej wzrok przykuła piszczka. Nie wiedziała, co to było za stworzenie, ale złapała je za fałd skóry i spróbowała zaciągnąć do żłobka. Niedługo później ich matka się obudziła i pomogła córce, a ta opowiedziała jej wszystko, co się wydarzyło.

Nastał wieczór. Kocięta, najedzone dziwnym nowym stworzeniem, ułożyły się do snu. Ropuszka od razu odsunęła się od niebieskiej siostry, żeby nie oberwać znowu śliną. Rzekotka spała na maminym ogonie, wtulona w bujną sierść. Mijały godziny, aż w końcu był środek nocy. Rzekotka miała wielką strużkę śliny przy pyszczku i przez sen sturlała się z ogona rodzicielki. Chyba śniła o zawodach w turlaniu. Kręciła się dalej, aż nie wyturlała do jednego z brzegów żłobka, w którym spała nieznana dotąd koteczka. Rzekotka zatrzymała się przy głowie kotki, wturlując się do niej. Przez sen wymacała ucho nieznajomej i zaczęła je ślinić, myśląc, że jest to uszko jej mamusi. I tak sobie spała dalej, mlemląc czyjeś ucho.

<Fląderka?>

Wyleczona: Ćmie Mżenie

Od Trzcinowego Szmeru CD. Gąbczastej Perły

Trzcinowy Szmer zamruczała na widok wesołej Gąbczastej Perły.
— Porozmawiać? Przyszłam poplotkować! — zamruczała rozkładając się na ciepłych kamieniach przy źródełku. Pora Zielonych Liści była jej ulubioną, szczególnie przez takie chwile! Zamoczyła ogon w oczku wodnym i chlapnęła na siebie wodą, by troszkę się schłodzić. — Widziałam, że w lecznicy obsłużyłaś Korzenną Łapę, coś ciężko się przyzwyczaić, że ma się w rodzinie, takie czarne owce... Na dodatek jej futro... Widać, że było naprawdę w opłakanym stanie!
Gąbka pokręciła głową.
— Weź! Nawet mi nie przypominaj — burknęła na wzmiankę o futrze Korzennej Łapy. — Głupie czekoladowe koty. Mogłyby chociaż postarać się nie utrudniać innym życia. I pomyśleć, że koty musiały patrzeć na jej łyse plamy! Ohydztwo — wygłosiła, wykrzywiając pysk.
Na moment zamilkła, po czym kontynuowała:
— Czy to w ogóle nie masz szczęścia co do rodziny. Twoi rodzice to przecież zdrajcy, nie?
— Nie mam — przyznała, czując, że jej humor spadł, kiedy medyczka poruszyła temat jej rodziny. — Jednak ja nie wybrałam, kogo krew będę dziedziczyć. Sama wolałabym założyć rodzinę i naprawić błędy wszystkich moich krewnych. Przywrócić lojalność w Klanie Nocy…
Medyczka uśmiechnęła się na słowa Trzciny.
— Cieszę się, że nie powielasz błędów swoich przodków — mruknęła, po czym wyszczerzyła się szerzej, zadziorniej. — Kiedy przyprowadzisz do mnie jakiegoś sympatycznego partnera? Lub, no wiesz… partnerkę — spytała. — I jak sytuacja z tym, no... Zmierzchającą Falą? Mówiłaś mi kiedyś o nim, jeśli dobrze pamiętam.
— Zmierzchająca Fala znalazł dla siebie kogoś innego — powiedziała ze smutnym uśmiechem, mając na myśli Kropiatkową Skórę. Oboje byli nierozłączni i coraz rzadziej mieli okazję spędzać czasu sam na sam, czy to z Zmierzchającą Fałą, czy to z Kropiatkową Skórą. Jednak szczerze życzyła im szczęścia. — Sama czekam na ten dzień aż będę mogła mieć kocięta... Szczerze sama nie wiem, czy czasem bardziej mi nie zależy na potomstwie, niż na znalezieniu partnera, ale wiadomo najpierw muszę mieć kogoś... Same kociaki nie spadają z nieba… A szkoda... — westchnęła podpierając się łapą.
Gąbka wzruszyła ramionami.
— Jak to się mówi? Jest pełno ryb w morzu, a Zmierzchająca Fala nie wie, co traci — stwierdziła, próbując jakoś (nieudolnie) pocieszyć koleżankę. — Ale co się będziemy rozwodzić nad jakimiś kocurami. Może masz jakieś radosne wieści, którymi mogłabyś się podzielić?
— Oprócz narzekania, chyba nic mi nie zostało niestety — zaśmiała się, doceniając trud Gąbczastej Perły w pocieszaniu jej. — Rezedowa Łapa się leni i nic nie robi! Nie wiem, ileż można go uczyć. Im dłużej mam go pod swoimi skrzydłami, tym koty myślą, że nie umiem go nauczać. Masakra!
Dymna zachichotała.
— Może Fląderka rzuciła na niego klątwę? — zastanowiła się na głos. — Nieszczęsne te dziecię. Nie zdziwiłabym się, gdyby jej wpływ zaburzał trening Rezedowej Łapy. Myślę, że już dawno powinniśmy coś z nią zrobić, nim zacznie pożerać Nocniaków! — mówiła trochę w żartach, a trochę na serio. — Dziwne, że Rezeda nie podzielił jeszcze losu Centurii…
— Nie pozwolę, by ten pod moimi skrzydłami skończył tak marnie, jak jego siostra, jednak też nie wyobrażam sobie, żeby wszyscy na niego chuchali tylko dlatego, że stracił siostrę i znalazł się w pechowym miocie! — prychnęła poirytowana. Nikt nie ubolewał nad nią, kiedy straciła siostrę z miotu podczas powodzi, to czemu Rezedowa Łapa miałby być traktowany ulgowo? — Klan Nocy potrzebuje silnych wojowników, a nie kotów, które nie wiedzą, jak polować na kaczki. Samymi rybami Nocniaki się nie żywią... — burknęła.
— Tak, tak. Mi też zmarła siostra, a jednak ukończyłam trening — mruknęła, prostując się nieznacznie. — Upłynęło wystarczająco księżyców, by wziął się w garść. Ale cóż, nie masz jak go zmusić. Zwierzę możesz zaprowadzić do wodopoju, ale wody do pyska mu nie wciśniesz — stwierdziła, potakując głową. — Jestem pewna, że dobrze go szkolisz. Niektórzy po prostu nie doceniają tego, co mają w zasięgu swoich łap.
— Dzięki, że tak myślisz. Może jest jeszcze szansa, że Rezedowa Łapa przejrzy na oczy, jak pokażę mu w najbliższym czasie, jak się poluje na łyski. Rzadko się pojawiają na stosie, a jednak jesteśmy w stanie je upolować… Może zrobiłabym mu sparing z młodszymi uczniami, by zobaczył, jak sobie inni radzą? Co ty na to? Albooo ty byś zabrała się z nami? W Klanie Wilka musieli ciebie nauczyć co nieco.
Gąbczasta Perła zachichotała, udając speszenie.
— Owszem, coś umiem. Mogę wam pomóc w treningu, ale to musiałby być jakiś bardzo spokojny dzień, ponieważ w lecznicy zawsze coś się dzieje.
Trzcinowy Szmer zamruczała zadowolona. Może nie zabierze kotki poza obóz, żeby skontrolowała trening Rezedowej Łapy w najbliższych dniach, ale zawsze jest szansa, żeby taki dzień się nadarzył.
Obie kotki jeszcze siedziały razem przez jakiś czas, plotkując w najlepsze. Może nie żadna nie powiedziała tego na głos, jednak zbyt dobrze im się gawędziło. Czy mogły powiedzieć, że są przyjaciółkami?

* * *
Noc zgromadzenia po ataku borsuków


Borsuki zdążyły już wyjść z obozu. Wiele kotów było rannych, w tym Trzcinowy Szmer, której jedna z przednich łap nie była w najlepszym stanie. Usiadła na trawie, chcąc wziąć w końcu głęboki oddech. Nie mogła uwierzyć, że w Klanie Nocy mieli tak głupiego ucznia, jaką była Korzenna Łapa. Na dodatek, pożal się Klanie Gwiazdy, dzieliły więzy krwi.
Gąbczasta Perła wraz z niespodziewaną pomocą jednego z więźniów, zajęła się intensywnym opatrywaniem rany Sennej Łzy, aktualnie znajdującej się w stanie krytycznym przez dużą utratę krwi. W tym samym czasie Pierzasta Kołysanka zaczęła rozglądać się za innymi rannymi, wśród nich, oprócz niej i Wężynowego Splotu, znalazli się także Rysi Bór i Czosnkowa Krewetka, z których to ta druga wydaje się być w znacznie gorszym stanie, w dodatku wciąż nie odzyskała przytomności.
Z legowiska starszyzny wyszedł zmartwiony Rezedowa Łapa i oznajmił śmierć Nenufranowego Kielicha, a przy wyjściu z obozu wyciągnięto ciało jednego z krewnych Trzcinowego Szmeru, Rozpromienionego Skowronka. Może nie mieli ze sobą zbyt wiele interakcji, jednak byli rodziną. Mimo niechęci do Borówkowej Słodyczy, ze względu na nałożone piętno przez Mandarynkową Gwiazdę, współczuła kotce straty własnego rodzonego brata. Wiedziała doskonale, jak straszne kot czuje się po śmierci kogoś tak bardzo bliskiego.

* * *

W końcu weszła do legowiska medyka, gdzie Gąbczasta Perła pracowała w pocie czoła, kończąc opatrywać rany Wężynowego Splotu. Kiedy tylko starsza szylkretka wyszła na polanę, ta zasiadła na miejscu, gdzie przed chwilą siedziała owa wojowniczka, i wyciągnęła posłusznie łapę w kierunku dymnej medyczki.
Widziała zmęczenie i złość malującą się na pyszczku Gąbczastej Perły. Jednak sama nie wiedziała, co ma kotce powiedzieć. Miała obgadywać głupotę Korzennej Łapy? Nie miała już nic do gadania na temat czekoladowej kotki. Nie chciało jej się szczerze otwierać nawet pyska. Nie zamierzała wyręczać Żmijowcową Wić, który był mistrzem w narzekaniu.
— Nie jestem w stanie uwierzyć, że coś takiego się właśnie wydarzyło… Mandarynkowa Gwiazda powinna tych wszystkich kotów o czekoladowym futrze wyrzucić z Klanu Nocy. Znów się przez nie źle dzieje.
Po chwili milczenia przytaknęła jej głową. Nie chciała powiedzieć tego na głos, jednak wyrzucanie z Klanu Nocy kotów tylko z powodu ich koloru futra było całkiem niesprawiedliwe. Jednak dla Korzennej Łapy należało się karne imię oraz kategoryczny zakaz wychodzenia z obozu.
Gąbczasta Perła zauważyła jej ciszę i przekrzywiła łebek.
— A ty jak uważasz? Coś jesteś za cicho.
— Nie wiem, co mogłabym więcej powiedzieć oprócz tego, że Korzennej Łapie powinno się brutalnie uświadomić, jak wielką krzywdę zrobiła pobratymcom. Taka głupota nie może zostać przeoczona przez Mandarynkową Gwiazdę i wątpię, by ta patrzyła na to pobłażliwie. Straciliśmy dwóch pobratymców.
Medyczka, zadowolona z odpowiedzi, przytaknęła głową i sprawnie opatrzyła jej łapę. Podała jej nasionko maku i wskazała głową na wyjście z lecznicy.
— Odpoczywaj, powinno szybko się zagoić. Twoja łapa nie jest złamana, skręcona czy zwichnięta. Ślad ugryzienia przez borsuka raczej zostanie. Będziesz miała kolejną ciekawą bliznę do kolekcji. — Podeszła do składziku, szykując kolejne zioła dla następnego poszkodowanego Nocniaka.
— Nie będę narzekać, ktoś musi mieć ciekawe pamiątki po służeniu temu klanu — powiedziała zmęczona. — Dzięki za opatrzenie. Teraz Złocisty Widlik nie będzie mi truł życia i straszył zakażeniem.
Gąbczasta Perła nie odezwała się już do niej, a do środka wszedł smutny Rysi Bór. Trzcinowy Szmer skinęła mu głową i wyszła na polanę. Nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy i złożyć kondolencje.

* * *
Po przejściu Różanej Woni do starszyzny

Najstarsza medyczka Klanu Nocy właśnie ogłosiła, że odchodzi na emeryturę i będzie odpoczywać w legowisku starszyzny, które jakoś długo nie czekało na nowe koty, które by je zamieszkały. Zebranie klanu szybko się skończyło, a Mandarynkowa Gwiazda zeskoczyła z gałęzi sumaka, po czym zniknęła w swoim legowisku.
Trzcinowy Szmer przeniosła natomiast swoje spojrzenie na Gąbczastą Perłę, która właśnie stała się jednym z najważniejszych kotów w Klanie Nocy. Była ich łącznikiem między Klanem Gwiazdy oraz kotem, do którego powinno się od razu podchodzić w razie problemów ze zdrowiem.
Podeszła do dymnej kotki i pacnęła ją ogonem w bok.
— Zaczepka! — zamruczała, kiedy tamta odwracała się w jej kierunku. Kiedy tylko ją ujrzała, na jej pysku pojawił się szeroki uśmiech. — Gratuluję ci. Jesteś oficjalnie naszym medykiem. Teraz mam chody u naszej głównej medyczki, czy mogę cię poprosić o otrucie Rezedowej Łapy albo czy znasz zioła żeby się w końcu skupił na nauce? — zażartowała.
— Oczywiście, mogłabym zrobić mu małego psikusa, by lepiej się słuchał — zaśmiała się.

* * *
Aktualne

Wróciła z patrolu wraz z Rezedową Łapą i odesłała kocura, żeby ten poszedł do legowiska starszyzny, by zaniósł upolowaną przez nią kaczkę. Tymczasem ona ruszyła do lecznicy, ciągnąc za sobą smaczny kąsek, jakim był okoń. Położyła na ziemi rybę i spojrzała na medyczkę, która gimnastykowała się przy uporządkowywaniu ziół.
— Ekhem! — odchrząknęła, zwracając na siebie uwagę Gąbczastej Perły. — Gdzie jest twój Bociani Klekot żeby zajął się takimi sprawami, jak uporządkowywanie ziół w magazynku?
— Właśnie wyszedł na zbieranie ziół wraz z ogrodnikami.
— Powinnaś zrobić sobie przerwę, nie po to masz asystenta medyka, żeby samej tak strasznie harować! — Podeszła bliżej swojej przyjaciółki i położyła na jej posłaniu okonia. — Chciałam z tobą porozmawiać. Chyba wyłysiejesz na te informacje!
Brązowe oczy kotki zabłyszczały z zaciekawienia i podeszła do niej, kładąc się na swoim legowisku obok okonia, którego jej przyniosła.
— Mów, z chęcią zrobię sobie przerwę na pogawędki, skoro i tak przyniosłaś jedzenie. — Wzięła pierwszego soczystego kęsa ryby i przeniosła wzrok z powrotem na nią. — A więc słucham. Co takiego ciekawego masz mi do powiedzenia?
Trzcinowy Szmer zamruczała zadowolona, że udało się zaciekawić dymną. Położyła się obok niej, przy okazji pozwalając sobie na wzięcie gryza okonia.
— Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o kociętach, Zmierzchającej Fali oraz partnerstwie?
— Owszem. Mówiłaś, że jednak nie jesteście razem. Czy coś się zmieniło? Odbiłaś go Kropiatkowej Skórze, skoro o tym mówisz? Nie mów, że to zrobiłaś!
— Oczywiście, że nie! Kropiatkowa Skóra to moja przyjaciółka, nie mogłabym tego zrobić! Tym bardziej, że są ze sobą szczęśliwi oraz mają swoje małe urwisy.
— Okej… To do czego bijesz w takim razie?
— Do tego, że znalazłam kandydata na ojca dla moich przyszłych kociąt!
— Na Klan Gwiazdy — Gąbczasta Perła wytrzeszczyła oczy — kto to?
— Żmijowcowa Wić.
Po pysku medyczki przeszło wiele różnych emocji, których Trzcinowy Szmer nie mogła nawet zliczyć. Od zdziwienia po ekscytację. Kotka poprawiła się na posłaniu, zapominając, że miała co jakiś czas jeść jej okonia.
— I jak? Już się staraliście o kocięta? Były jakieś komplikacje czy potrzebujesz w tym medycznej pomocy? — zalała ją morzem pytań. — No, chyba że chcesz mi wszystko opowiedzieć dokładnie, ale to już na uszko — spojrzała na nią sugestywnie.
— A tego to już nie musisz wiedzieć! — prychnęła speszona, odwracając wzrok. — Możesz być pewna, że plan wejdzie w życie, a ja potrzebuję coś wykombinować z Rezedową Łapą, który nadal nie jest choćby o wąs od mianowania! Musisz go trochę postraszyć. Może członkini rodu królewskiego się posłucha w końcu!

<Gąbczasta Perło? Przyjaciółce może pomożesz w nastraszeniu Rezedowej Łapy? 🧽🫧>

Od Cętkowanej Łapy Do Chudego Grzbietu

Przyglądali się granicą Klanu Burzy, czuł zapach pól i królików. Typowe dla kotów, które mają widoczne wrzosowiska na wyciągnięcie łapy, głupie koty, które wierzą w Klan Gwiazdy. Wszyscy, którzy wierzyli w gwiezdne koty, byli dla niego słabi i miękcy. To Miejsce Bez Gwiazd było zbawieniem wszystkich żyjących kotów i jedyne czymś, co koty powinny wysławiać. Najwyżej ich wiara była dla wybranych.
— Możemy wracać; granica z królikożercami i tak jest pusta. — Uczeń powędrował z czekoladową kotką w głąb ich lasu. Jak wróci, to może jeszcze wybłaga babcię, by przekonała Krucze Pióro lub Pustułkowy Szpon o to by go wzięli do patrolu łowieckiego, lub granicznego. Tak by się chciał sprawdzić, jak poluje mu się w grupie, musiało być to fajne doświadczenie. W takich grupach zwykle się polowało na większą zwierzynę, a on chętnie by coś takiego złapał.
— Jak chcesz, możesz iść przede mną, Cętkowana Łapo. Widzę, że bardzo już chcesz być w domu. — Przez jakiś czas szedł obok niej, chcąc być grzecznym. Kotka może wyczuła, że chciał być w domu, chociaż ostatnio jak rzuciła się na niego z nienacka, gdy wracał ze zwierzyną dla niej. Mimo tego nie chciał wchodzić z nią w dyskusję, bo by się to skończyło dla niego źle i zaczął prowadzić. Jego mentorka wydawała się jakoś pogodna, czy też miał niby być? Bycie wesołym nie było w stylu Wilczaków, więc szedł przed siebie, nie rozpraszając się.

* * *

Do obozu było jeszcze daleko, znajdywali się aktualnie blisko Spalonej Zatoki. Trzeba było, jeszcze trochę przejść, by tam dotrzeć, pogoda na szczęście im sprzyjała, było ciepło i ładnie na niebie, ani jednej deszczowej chmury. Ten spokój sprawiał, że Cętkowana Łapa czuł się zrelaksowany, na chwilę wyłączając swoją czujność, przecież byli sami, to nic nie może im się stać. Rudzielec przyglądał się drzewom, na którym siedziały ptaki, oblizał się, chciał złapać jednego. Ptaki jednak szybko odleciały, bo uczeń syknął gdy poczuł pazury na swoich plecach, szybko użył tylnych łap, by odepchnąć przeciwnika z jego tyłu. Obrócił się szybko, chcąc wiedzieć, z kim miał do czynienia. Oczywiście, była to znowu Tropiąca Łaska. Kotka trzepnęła głową, po czym znowu skoczyła na niego z pazurami, poczuł, jak kotka przejechała nimi po policzku, a niektóre futro z policzka zdawało się spać na trawę. Cętek szybko się odsunął i odbił się od drzewa, skacząc na jej bark, wgryzł się w niego, kotka syknęła i walnęła nim o drzewo. Rudzielec leżał obok drzewa, czuł zawroty w głowie, czuł się taki słaby, na szczęście to uczucie minęło gdy jego mentorka przejechała mu pazurami po barku, a ten ugryzł ją w łapę. Tropiąca Łaska jeszcze spoliczkowała go, a ten puścił jej łapę.
— Jestem pod wrażeniem, choć prawie byłbyś martwy. Jak wrócimy, masz przyjść z tym od razu do lecznicy, rozumiesz? Nie chcę, byś z tym latał tak po obozie, a inni będą to widzieć. Powiedź medykom, że te rany dostałeś od jakiegoś samotnika, a teraz przyspieszamy tempo! — Cętkowana Łapa pociągnął nosem i wypluł krew, po czym ledwo stanął z ziemi i poszedł za nią.

 * * *

Wrócili do obozu i od razu pognał do legowiska medyków, może po prostu coś weźmie na ból, a blizn nie będzie chciał, by ktoś mu to opatrywał. Będąc w pomieszczeniu, zobaczył, że jest na tyle pusto, że można było się skupić na zapachu świeżo zebranych ziół, szukał wzrokiem czy ktoś nie jest wolny, widział jednego liliowego medyka, ale on zajmował się Garbatą Łapą, właściwie podawał mu coś mokrego, chyba jakiś dziwny rodzaj choroby dopadł Garbatka. Nie zamierzał jednak patrzeć na tego zdeformowanego kleszcza i zobaczył, że akurat był jeszcze inny medyk. Bury w tygrysie pręgi z niebieskimi oczami, korzystając z tego, że był jeszcze wolny, podszedł do niego.
— Przepraszam, masz może coś na lekki ból? — Poczuł, że coś mu ciekło z nosa. Była to krew, więc szybko ją wytarł łapą.
Młodszy medyk, oderwany od swoich czynności, wziął świszczący wdech, nim się odwrócił. Zmarszczył brwi, gdy go zobaczył, a rudzielec na razie zostawił to bez komentarza.
— Zależy, co Cię boli — odparł. — Jeśli egzystencja to proponuję trochę koci... chociaż nie, za młody jesteś. Nie pogadam z Tobą o Twoich problemach, więc jeśli to ból takiego typu, to zejdź mi z oczu. Jeśli inny, to nasiona maku powinny pomóc. — Cętkowana Łapa, prawie parsknąłby śmiechem, czy on go miał, za jakiegoś przygłupa co nie ma co robić, tylko iść bez sensu do medyków truć, żyć? Zależało mu tylko na tych nasionach maku.
— Nie wiem, co sugerujesz, bo do medyka idzie się tylko na dolegliwości fizyczne, a ja tu nie przyszedłem na ploteczki i bezsensowne gadanie o egzystencji. Daj mi po prostu parę tych nasion i będziesz mnie mieć z głowy. — Nie był jakimś mysim móżdżkiem, by sobie chodzić do medyka rekreacyjnie, jako uczeń wojownika miał inne zajęcia. Walki, polowania, wspinaczki, a jak już ploteczki, to tylko z rodziną lub znajomymi, niekoniecznie z losowymi kotami, które napotka w obozie. Cętkowana Łapa wiedział, na jakim szczeblu hierarchicznym był, to nie chciał gadać z byle kim losowym, jako wnuk przywódczyni musiał pokazać klasę i to, że nie da się pomiatać jakiemuś medykowi. Czarny kocur z pręgami tylko zmarszczył brwi, ale na razie nic nie mówił.
— Korona Ci z głowy nie spadnie, jak mi sprzedasz jakieś ploteczki — burknął medyk.
Odwrócił się, by wziąć jedno ziarno maku. Następnie podał mu je na małym liściu.
— Masz. Zjedz to i wytrzyj nos, krwawy zasmarkańcu. Bo jeszcze pomyślą, że to ja Cię zbiłem! — Rudzielec zjadł bez problemu ziarenko, po czym wytarł znowu łapą nos i oblizał krew, która była widoczna. Wyglądał na czystego i nie wzbudzającego żadnych podejrzeń kota z wyglądem.
— Nic nie widać, co do tego kto mnie zbił, to był jakiś dziwny samotnik, taki — cały czarny z bielą i zielonymi oczami. Był taki agresywny, że myślałem, że ma wściekliznę, ale odpędziłem go z naszych terenów! — To była półprawda, bo coś, co go zaatakowało, było agresywne, ale nie był to samotnik, tylko jego mentorka. Co do jakichś ploteczek, to musiał sobie przypomnieć, co ciekawego słyszał ostatnio.
— Skoro już tu jestem, to ci sprzedam kilka ciekawych gawędek. — Nachylił się do jego ucha.
— Słyszałem, że Cykoriowy Cykor tak się wstydzi swego ucznia, że rzadko go trenuje, a omija go szerokim łukiem, gdy go widzi. Przez to ktoś inny czasem musi ją trenować lub ktoś wyciąga ją siłą, by poszła z nim na trening. Trochę takie nieszczęście, że Garbata Łapa ma taką mentorkę — chciał momentem powiedzieć "co za szczęście", ale nie wiedział, jaki stosunek medyk ma do tej kaleki. Dobrze jednak dla nich, że Garbata Łapa będzie słabszy, bo szybciej się go pozbędą.
— I jeszcze słyszałem, ale to od Seradelkowej Łapy, że ponoć Biała Łapa na swoim pierwszym treningu tak pokłóciła się z Wilgową Goryczą, że go zagryzła. Przez to jej mentor nie chciał iść do medyka, by czasem nie zostać wyśmianym za to, że jego własna uczennica go poturbowała. — Jego rówieśniczka zawsze miała najwredniejsze plotki do sprzedania, aż sam podziwiał jej kreatywność. Choć trudno byłoby jej to powiedzieć, bo ma urazę, że go pokonała.
Bury kocur tak się dziwnie uśmiechnął, że Tęgosz zaczął się niepokoić i ten błysk w niebieskich oczach kocura.
— Cykoria siebie też mogłaby się powstydzić — mruknął medyk cicho. Tęgosz jednak tego nie usłyszał, a nie chciał dopytywać, jak głupi co powiedział chudzielec.
— Biała Łapa…? To ta mała wredna pirania? Ona jest tragiczna! Przodkowie nie powinni dawać jej w ogóle zębów! Jedyne, co jej siedzi w głowie, to bójki. Strach pomyśleć, co z niej wyrośnie. Myślę, że w przyszłości będzie trzeba zawiązać jej pysk trzcinami, żeby nikogo nie skrzywdziła. Jeszcze tego mi brakowało pfff... pacjentów pogryzionych przez wściekłą uczennicę! — Mamrotał coś dalej pod nosem, Cętek tego jednak też nie dosłyszał, tylko kiwnął głową, by dać rozmówcy znak, że coś zrozumiał to, czego nie rozumiał. Buras skrzywił swój pyszczek i zgarbił się mocniej niż poprzednio przy nim.
— Nieźle sobie radzisz w słuchaniu takich ciekawych rzeczy — mruknął buras.
— Jak usłyszysz coś jeszcze, to wiesz, do kogo przyjść. — Nie planował przychodzić często do tego medyka, ale wydawał się być sympatyczny.
— Jasne, wiesz, ból głowy mi minął, więc nie mam co tu siedzieć i zajmować innym miejsca. To cześć. — Cętkowana Łapa pożegnał się z medykiem, po czym wyszedł z lecznicy. Widząc Seradelkową Łapę, podszedł do niej, by z nią pogadać lub czepiać się nawzajem jak zwykle.

<Chudzino, czy następnym razem będziesz miał też dla mnie jakieś ploteczki?>

[1354 słów]

[27%]

Wyleczeni – Garbata Łapa

Od Jesionowej Łapy CD. Miodowej Łapy

Jesionowej Łapie znacznie było lżej, odkąd złożyła wizytę u Chudego Grzbietu; wreszcie się wysypiała i była pełna sił. Humor znacznie jej się poprawił i była ogółem gotowa do wszelkich obowiązków. Ostatnio wróciła do treningów walki. Tygrysia Noc był nie lada przeciwnikiem, lecz byłej samotniczce udawało się nadrabiać swoje braki w swoich technikach.
Pewnego popołudnia wybrała się na kolejny trening, ale tym razem nie był on sam na sam z Tygrysią Nocą, a razem z Miodową Łapą. Jesionce na pysku od razu się wymalowywał uśmiech na jej widok. Lubiła spędzać z nią czas, mile im się rozmawiało.
Gdy kotka dołączyła razem ze swoim mentorem, liliowej uczennicy ciepło na sercu się zrobiło. Zamruczała z uśmiechem, gdy złota podreptała do niej. Wysłuchała jej słów z uwagą, a na pytanie zadrżały jej wąsy z zastanowienia.
— Wilczy Skowyt? — Zerknęła szybko na kocura. — Niestety nie jestem jeszcze za bardzo zaznajomiona z tym, kto jest jaki. Jedynie powierzchownie. Raczej nie wiem zbyt wiele więcej od ciebie… — westchnęła cicho, trochę z zażenowania. Była w klanie już jakieś sześć księżyców i wciąż nie rozróżniała jednego kota od reszty.
— Oh, nic nie szkodzi! Nie przejmuj się tym — odparła z przekonaniem. — Byłam tylko ciekawa. — Uśmiechnęła się z pomrukiem pocieszenia.

* * *

Szaro-białe chmury się ciągnęły żmudnie po błękitnym niebie niedługo po niewielkich opadach. Skutecznie zasłaniały one części promieni słońca przed dostaniem się do ziemi osłoniętej przez płaszcz ze zwartej sieci gałęzi drzew. Jesionowa Łapa wróciła właśnie do obozu razem z Miodową Łapą po udanym treningu. Starsza kotka przedstawiła techniki walki, których nauczył ją jej ojciec, i poprawiła Tygrysia Noc. Uśmiechnięte wybrały sobie po zdobyczy ze sterty jedzenia. Liliowa pręguska wybrała mysz, a złota kotka wzięła kosa. Obie usiadły gdzieś w cieniu na uboczu obozu i zajęły się jedzeniem.
— Więc — zaczęła młodsza kotka. — Kto cię nauczył tak walczyć? Bo coś mówiłaś, że przed dostaniem się do klanu już umiałaś co nieco.
Na pytanie Miodki Jesionka przerwała jedzenie i zastrzygła uszami.
— To mój tata. On mnie nauczył. Tak jak resztę mojego rodzeństwa. Tyle że według niego to ja wśród nich miałam naturalny dryg do walki. No wiesz, głównie przez moje gabaryty.
— Miałaś rodzeństwo? Jeśli mogę spytać, słoneczko, jak mieli na imię?
— Andromeda i Cefeusz. Moja mama miała bzika na punkcie jakiejś wiary z takiego jakby ugrupowania, w którym była, zanim ją wygnali. Tak bardzo ją przypominam, że nazwała mnie swoim imieniem – Kasjopeja. Jednak często zwracano się do mnie per Kasjope, by oddzielić mnie od matki — opowiedziała, po czym wróciła do jedzenia swojej porcji jedzenia. Miodowej Łapie zabłyszczały oczy z ciekawości.
— Jakie piękne imię! Czemu nigdy mi nie mówiłaś o nim? Gdybym ja się tak kiedyś nazywała, na pewno bym się tym chwaliła! — Ucieszyła się, kładąc jedną łapę na swojej klatce piersiowej, a drugą na ramieniu srebrnej, jakby nie dowierzała.
— Nie mówiłam, bo raczej powinnam się wyrzec mojego pochodzenia samotniczego — odparła z uśmiechem, lekko zawstydzona. — Kasjopeja to jeden z gwiazdozbiorów na nocnym niebie. Kiedyś, jak będziesz chciała i będzie czyste niebo od chmur, mogłabym ci wskazać, który to — dodała, a towarzyszka westchnęła z zachwytu.
— Oczywiście, że bym chciała! Zawsze fajnie dowiadywać się nowych rzeczy, zwłaszcza od ciebie, słoneczko — zamruczała wesoło i otarła się pyszczkiem o bark Jesionowej Łapy, na co ta się uśmiechnęła szeroko.
— Miło mi, Miodku. — Zaśmiały się obie lekko i wróciły do posiłku.
Jeszcze trochę kotki sobie porozmawiały i podzieliły językami, a gdy wreszcie zmierzchło, poszły do legowiska, by wypocząć po udanym dniu.

<Miodowa Łapo? <3>

Od Szepczącej Łapy (Szepczącej Hipnozy) CD. Gąbczastej Łapy (Gąbczastej Perły)

Tego dnia bardzo bolała mnie głowa, a wszystko dookoła wydawało się rozmazane i zamglone. Każdy głośniejszy lub wyższy tonacją dźwięk dosłownie przynosił mi ból, jak gdyby ktoś wbijał mi pazury głęboko w uszy. Słabym krokiem skierowałem się więc do lecznicy, gdzie ujrzałem panią Gąbczastą Łapę, sprzątającą uschnięte zioła z podłoża legowiska. Już miałem się odezwać, kiedy dymna nagle zamarła, wpatrując się we mnie niczym w najgorsze zło tego kociego świata. Po mniej niż uderzeniu serca futro na jej karku gwałtownie się podniosło, tak jakby księżniczka próbowała zmienić się w jeża, a jej pazury wbiły się w ziemię, raz po raz połyskując w niewielkich promieniach słońca, jakie dały radę dostać się do lecznicy. Instynktownie spłaszczyłem uszy, jednocześnie podkulając ogon. To nie wyglądało najlepiej. W tamtym momencie pani Różana Woń także zauważyła moją obecność, jednak nie zdążyła zrobić nawet pół kroku w moją stronę, ponieważ jej uczennica ją wyprzedziła.
— Czego chcesz?! — warknęła w moją stronę, trochę się przybliżając.
Choć próbowałem wydusić z siebie chodźby pół słowa, albo jakikolwiek dźwięk, nic z mojego pyszczka nie wylatywało.
— Głuchy jesteś czy co? — szepnęła księżniczka, przybliżając się jeszcze bardziej.
Teraz między nami dystansu było mniej niż dwa mysie ogony, co trochę mnie przerażało. Grało we mnie wiele emocji, ale w większości było to zakłopotanie pomieszane ze strachem. Najwyraźniej Gąbczasta jeszcze bardziej się zdenerwowała. Jej postura zmieniła się z skulonej na wyraźnie wyprostowaną, a oczy zwęziły się w dwie, niewielkie szparki.
— Nie pamiętasz, co ci mówiłam?! — syknęła, na co ja tylko jeszcze bardziej się zakłopotałem.
Próbowałem odszukać w odmętach pamięci jakieś słowa uczennicy na temat wchodzenia z nią w jakieś interakcje czy cokolwiek takiego, czyli tak naprawdę w ogóle jakiegokolwiek jej słowa, ale nic sobie nie przypominałem.
— Tss… mewi szpieg. Mówiłam ci, żebyś więcej się tu nie pokazywał! Nie chcę cię na oczy widzieć, zdrajco!
Kilkukrotnie zamrugałem, nie wiedząc, co zrobić.
— Gąbczasta Łapo, co Ci na wszechwiedzący Klan Gwiazdy odbiło? — spytała pani Różana Woń, o której istnieniu obok na chwilę zapomniałem.
— Mówiłam temu lisiemu ścierwie, żeby mi się na ślepia nie pokazał! — syknęła dymna, odwracając głowę w stronę starszej.
— Ale ty przecież nic takiego nie mówiłaś, a przynajmniej na pewno nie przy mnie? Chyba pamiętałabym…
Rozejrzałem się po swoim otoczeniu, zastanawiając się co zrobić w tej sytuacji. Po uderzeniu serca stwierdziłem, że mogę wykorzystać rozmowę kotek i wycofać się z potrzasku, w jakim się znalazłem.
Powoli wycofałem się z lecznicy, podczas gdy medyczki nadal rozmawiały, jeśli taką wymianę zdań można było mianem rozmowy określić.

Aktualnie (tw. Krew)
⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Przez następne dni od tamtego… Incydentu, nie mogłam przestać o tym wszystkim myśleć. Miałam od tego jeszcze większy mętlik w głowie niż zwykle. Szczególnie, że nie mogłam sobie przypomnieć sytuacji, w której pani Gąbka przekazałaby mi takie słowa. Właśnie pracowałam w ogrodzie przy grządce, którą wiele księżyców temu sama zasadziłam (oczywiście z pomocą pani Pierzastej Kołysanki). Nie powiem, że nie — byłam z tego trochę dumna.
W pewnym momencie usłyszałam ciche “bzzz” tuż przy swoim uchu, wręcz niemal w nim.
— Ugh, głupi komar… — mruknęłam, potrząsając lekko głową, aby go jakoś odstraszyć, czy coś.
Mimo to poczułam swędzenie i po chwili po części przypadkowo przycisnęłam go łapą do ziemi, kończąc jego żywot. Próbowałam wrócić do pracy i o tym nie myśleć, jednak zaczynałam czuć takie nieznośne swędzenie, którego nie mogłam powstrzymać. Nie do końca tego świadoma, raz na jakiś czas drapałam się tam, gdzie komar zostawił na mnie swój ślad. W pewnym momencie poczułam na łapie płyn, który okazał się być moją osoką.
— Na ciernie i osty — przełknęłam pod nosem, strzepując swoim pręgowanym ogonem.
Przez chwilę zastanawiałam się, czy zrobić coś z tym fantem, a mianowicie czy nie próbować tego odkazić czy coś takiego, jednak końcowo po prostu to zbagatelizowałam, po prostu wracając do swojej pracy. Z dnia na dzień rana coraz to bardziej piekła i swędziała. Dopiero kiedy zorientowałam się, że przestałam słyszeć na lewe ucho, udałam się do ogrodu, szybko lokalizując niewielki żółto-pomarańczowy kwiatek, który miał mi pomóc. Złapałam dwa płatki, sprawnie przeżuwając je na papkę. Zaraz później przygotowana mikstura wylądowała na rance. Przez pierwsze uderzenia serca trochę piekło, ale na szczęście dość szybko pieczenie minęło. Właśnie skończyłam swój posiłek, kiedy wpadłam na pomysł przyniesienia jakiegoś dobrego kąska różnym Nocniakom. Na początek jako cel obrałam sobie żłobek, do którego wniosłam dwie wiewiórki. Piastun, który akurat tam przebywał, spał, więc nie mógł dowiedzieć się, że to ode mnie. Następnie dorwałam ze sterty srokę, która wylądowała przed moją byłą mentorką. Później pognałam do pani Różanej Woni z dwoma myszami. Ta wymamrotała jakieś liche podziękowania, a kiedy już myślałam, że to tyle, bo reszta już jadła, przypomniałam sobie o istnieniu pani Gąbczastej Perły. Z jednej strony bardzo nie chciałam tam iść i nie daj Klanie Gwiazdy spotkać się z nią oko w oko, jednak jakieś poczucie obowiązku kazało mi tam iść. Skoro nosiłam zwierzynę każdemu, dlaczego miałabym ją ominąć? To byłoby w końcu bardzo aroganckie. Złapałam więc w zęby dwie dorodne rybki, chcąc po prostu niezauważenie podarować jej kąski, a następnie wrócić do swoich zajęć. Niepewnym krokiem weszłam do środka, kładąc jedzenie i szybko odwracając się za siebie, aby wyjść, jednak to ostatnie mi się nie udało, ponieważ usłyszałam za sobą głos medyczki, przez co lekko spłaszczyłam uszy, a mój puls podskoczył.
— Czego ode mnie chcesz mewi szpiegu, nie chcę cię na oczy widzieć!
— Chciałam tylko przynieść ci coś do jedzenia…
Czarna spojrzała na ryby, a później znów na mnie.
— Chciałeś mnie otruć?! — syknęła, na co ja myślałam, że zwymiotuje ze stresu.
— Ni-nie! Po prostu próbowałam być miła… Skąd ten pomysł! Co ja ci takiego zrobiłam, że mnie nienawidzisz! Już nic nie rozumiem! — powiedziałam drżącym głosem, powoli mając dość jej dziwnego i niezrozumiałego dla mnie zachowania.

< Głąbka? Czego ty w ogóle ode mnie chcesz? >


Wyleczeni ~ Szepcząca Hipnoza

Od Fląderki CD. Białego Strumienia

– D-dobry wieczór – miauknęła, prostując się z pokłonu, którym uraczyła na dzień dobry kocura. Spostrzegła, że czerwonooki uniósł brew na to nietypowe powitanie. Kotka jednak nie specjalnie się przejęła tym, wpatrując się w nieznajomego zarówno z przerażenia, jak i podziwem. Biało-niebieski kot nie kłamał. Postąpiła zgodnie z jego instrukcjami. Zwlekała z powrotem do obozu, kryjąc się w zaroślach niedaleko granicy, aż w końcu, pośród mroku, spostrzegła jasny punkt w oddali. Punkt, który z każdym krokiem stawał się wyraźniejszy i przybierał koci kształt. Nie mogła uwierzyć w to, że teraz stał przed nią kot o śnieżnobiałej sierści i czerwonych oczach! Kot, który był pośrednikiem między śmiertelnikami a Przodkami. Książę Klanu Burzy? Czy też Książę Klanu Gwiazdy? Czy mogła tak nazwać śnieżnobiałego, stawiając go na równi chociażby z Klekoczącym Bocianem? Wyglądał równie dostojnie jak przedstawiciele rodu królewskiego. Brakowało jedynie krwistego symbolu na jego czole, aby naprawdę był z nimi na równi. – J-jestem Fląderka – dodała szybko, w obawie, że kocur mógł się niecierpliwić. Nie chciała go rozgniewać. – Z-z Klanu Nocy. P-przepraszam, że przeszkadzam... i zakłócam... Pana spokój o tej porze...
Zbyt dużo mówiła. Zbyt dużo niepotrzebnych słów opuściło jej pyszczek. Zdawała sobie z tego sprawę powinna się streścić i zapytać syna Gwiazd o... no właśnie o co? Myślała tak dużo, o co mogła poprosić kocura, jednak teraz w jej głowie była pustka.
Szara Skóra wspomniał, że w Klanie Burzy żyje trójka śnieżnobiałych kotów, którzy byli pośrednikami gwiazd. Fląderka po raz pierwszy w tamtym momencie o nich usłyszała i, pomimo początkowych obiekcji co do kontynuowania rozmowy z wojownikiem sąsiedniego klanu, zdecydowała się go wysłuchać. Szara Skóra był przekonujący lub też po prostu Fląderka była naiwna. Jednak myśl, że potomek Gwiazd mógłby spełnić jej jedno życzenie, sprawiła, że zaczęła się mocno głowić nad tym, o co go powinna poprosić. O to, aby klątwa się nie uaktywniła? O bezpieczeństwo klanu? A może mogłaby poprosić o to, aby jej futerko przybrało inny kolor i ... Nie. Nie mogła pozwolić sobie na tak egoistyczną prośbę.
Pamiętała, jak nawiązała podczas rozmowy ze starszym kocurem do historii dotyczącej tego, skąd wzięły się maści. Nie była pewna, czy była godna, by pomówić ze śnieżnobiałym. Szara Skóra wysłuchał odrzutka, jednak na końcu się roześmiał. Przyznał szylkretce rację, mówiąc, że to najprawdziwsza prawda, lecz kot, którego miała w nocy spotkać, był ponad te podziały. I nieważne, że jest zrodzona z ognia, z błota czy z mroku nocy, na pewno jej wysłucha i pomoże.

<Biały Strumieniu? łap, nabijaj ładnie odpisy, bo Flądra zamula>

Od Tawułowej Bryzy

Tawułowa Bryza, mimo niezadowolenia z wyboru Lśniącej Gwiazdy, starał się dobrze wykonywać swoje zadania. Polował jak zwykle, spędzając również sporo czasu na wręcz obsesyjnym przepędzaniu mew, które próbowały ponownie założyć gniazda na klifach. Pozbawiał je życia z zimną krwią, zrzucając ich ciała w odmęty fal, a także niszczył gniazda oraz zrzucał jaja w przepaść. Nie mógł wiecznie chodzić nadąsany z powodu tego, że Pchełkowy Skok nie została wybrana na zastępczynię, tylko Truskawkowe Pole. A możliwość zrobienia czegoś pożytecznego, aby ptactwo nie skrzywdziło już nikogo więcej z jego bliskich, pomagała mu uporządkować własne myśli i odczucia. Chociaż… może niepotrzebnie był uprzedzony do byłej Owocówki? Może Lśniąca Gwiazda dostrzegł w kocicy coś, czego po prostu Tawuła nie był w stanie dostrzec? Miał nadzieję, że rudy kocur po prostu nie zadużył się w Truskawce i tylko z tego powodu ją mianował na swoją prawą łapę. Nie... Lśniąca Gwiazda był przecież synem Judaszowcowej Gwiazdy! Przygarniętym, jednak wciąż synem! Nie zrobiłby czegoś takiego! Był z rodziny Tawułowej Bryzy, jednak to z Pchlim Skokiem, biały kot, był bliżej. I to jej ufał. Jej słowom i osądom.
"Może... może mógłbym zapytać się innych Klifiaków kogo by wybrali na zastępcę... gdyby to im przypadło bycie przywódcą?"
Tak, to była dobra myśl. Odpowiedź matki już znał. Swoją również. Pozostało się zorientować, jakie zdanie mają pozostałe koty.
W drodze do obozu, Tawułowa Bryza przypomniał sobie o czymś takim, jak "Rada Pięciu Wąsów". Co prawda było to już coś na wzór legendy, relikt przeszłości i rządów poprzednich liderów, jednak co nieco widział na ten temat od zmarłych starszych. Za decyzje, które wpływały na funkcjonowanie klanu, odpowiadała niegdyś piątka kotów. I to od głosu większości zależało, czy dane rozwiązanie zostanie wcielone w życie. Funkcja lidera była jedynie reprezentatywna!
"To… to jest coś, czego Klan Klifu potrzebuje!"
Zatrzymał się, a jego sierść się zjeżyła. Nie poznawał siebie. Dopiero co zmieniła się władza, a on już myślał o tym, co zrobić, aby do władzy doszły inne koty. Koty, które zostałyby wybrane głosem większości członków ich społeczności.
Przełknął ślinę. Na razie postanowił zostawić tę myśl dla siebie, bojąc się, że mogliby uznać go za zdrajcę. W końcu nie chciał nikogo zrzucić ze stanowiska ani mordować, tylko udoskonalić przewodzenie klanem! Tak, aby więcej kotów miało wpływ na decyzję i los ich społeczności! No i nie chciał dzielić legowiska z Gąsienicowym Ogryzkiem.

Nowa Członkini Pustki!

Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Potrącenie przez samochód

Od Gąski

Gąska była jedną z uczestniczek niedużej grupy mającej udać się w okolice śmietniska, w której skład wchodziły koty różnych profesji. Zwiadowcy, wojownicy, stróże, a nawet uzdrowiciele. Mieszanka wybuchowa, można by rzec. Każdemu z nich zostało przydzielone zadanie, zgodnie z rolami, jakie pełnili w społeczności. Gąska z pomocą Drobinki starała się dać drugie życie przedmiotom wyrzuconym na stertę śmieci przez dwunożnych. Część przedmiotów zdaniem buraski nadawała się do udekorowania nimi chociażby obozu czy zrobienia z nich zabawek dla kociąt, a inne miały naprawdę przydatne zastosowanie! Chociażby fragment koca, którym dwie zimy temu Gąska wymościła swoje posłanie. Guziczek również pomagał stróżkom w poszukiwaniach, głównie, aby podtrzymać cięższy przedmiot, gdy te w tym samym czasie wyciągały spomiędzy śmieci fragment materiału.
Gąska przekrzywiła łebek. Przypomniało jej się, jak kiedyś rozmawiała, z pewnym Burzakiem na zgromadzeniu, który wspomniał coś o kąciku zabaw dla kociąt, który mieli... w Grocie Pamięci? Chyba mówili na nie Łapkowo? Chyba dobrze zapamiętała nazwy. Może w Owocowym Lesie również taki azyl dla kociąt by się przydał? Aby nie tylko spędzały czas w kociarni, ale mogły poszerzać na własną łapkę teren i odkrywać bezpieczną przestrzeń, nawet na zewnątrz? Co prawda Borowik oraz Gołąbek byliby już za duzi na możliwą zabawę na takiej przestrzeni, jednak kocięta, które miałyby lada moment przyjść na świat w Owocowym Lesie, na pewno byłyby szczęśliwe. No i miała nadzieję, że sojusznicy nie mieliby jej za złe, gdyby zapragnęła zrealizować swój pomysł, czerpiąc od nich inspirację.
Co jakiś czas unosiła spojrzenie znad sterty śmieci, w której buszowała, aby spojrzeć na swoich synów, którzy pomagali innym kotom w ich zadaniach. Żałowała, że zarówno Czajka, jak i Orzeszek nie mogą być częścią życia dwójki znajdek.
– To my będziemy wracać do obozu – miauknęła Drobinka, informując pozostałe koty o ich powrocie
Gąska z pomocą Guziczka ciągnęła kawałek materiału, na którym znajdowały się przeróżne przedmioty. Zdecydowali się wybrać nieco dłuższą drogę, idąc równolegle wzdłuż Drogi Grzmotu, gdzie teren był prosty. Później wystarczyło skręcić w prawo i częściowo uda im się ominąć przejście przez Rozlewisko. A potem prosto i już byli w obozie!
Potwory raz za razem przejeżdżały tuż obok trójki kotów. Ich ryk drażnił uszy szylkretki, nie wspominając o zapachu, jaki po sobie pozostawiały. Myślała, że zdążyła przywyknąć przez wzgląd na ich bliskie sąsiedztwo.
Gąska wypuściła z pyska materiał. Zakasłała. Przetarła końcówką ogona kąciki swych oczu, które od woni spalin zaczęły łzawić.
– Okropieństwo… – Kaszląc, spoglądała na Drogę Grzmotu. Przetoczył się po niej kolejny z tworów dwunożnych, pozostawiając za sobą ogromną czarną chmurę. Przestrzeń, którą spowił dym, powoli zaczęła się przerzedzać, dzięki czemu Gąska była w stanie dostrzec tereny znajdujące się po drugiej stronie Drogi. Nerwowo poruszyła wąsami, gdy zdała sobie sprawę, że spomiędzy zarośli wystaje para niebieskich uszu. Byli obserwowani. Być może przez samotnika lub jakiegoś zagubionego kota należącego do tej grupy kotów, którą niedawno przyjęli. – Spójrzcie… o, tam! To kot, a nie jakiś drapieżnik, prawda?
– Hm? – mruknął Guziczek. Odłożył materiał i spojrzał w stronę, w którą wskazywała pyskiem Gąska. A raczej wskazywała, bo stróżka zbliżyła się do Drogi Grzmotu, aby z bliższej odległości przyjrzeć się stworzeniu.
– Hej, ty tam! Widzimy cię! – zawołała.
Kot uniósł łebek. Przez chwilę wpatrywał się w Gąskę swoimi brązowo-pomarańczowymi oczami, gdy wtem bez uprzedzenia zniknął pomiędzy zaroślami.
Gąska stała, jak wryta, nie będąc w stanie wypluć, ani jednego słowa. Jej oczy pozostawały szeroko otwarte, zatrzymane na miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu stał niebiesko-biały kot. Wyglądał jak... Czajka... Czy to możliwe, że ich rodzeństwo chciało się z nimi skontaktować? Odszedł tak nagle, bez uprzedzenia, sprawiając, że Kajzerka, pomimo radości z obecności wnucząt, kolejny raz posmutniała i podupadła na zdrowiu.
– To pewnie jakiś samo...
– Cz-czajka? – miauknęła cicho, robiąc krok naprzód. Guziczek nerwowo poruszył uszami. Powoli ruszył w kierunku siostry. Buraska odwróciła się w kierunku młodszej stróżki i brata. – To był Czajka! Jestem tego pewna! T-to mógłby być też Deszcz, ale jego ciało zdobiłyby rany... – Słowa, które opuszczały jej pyszczek powoli zaczęły się zamieniać w bełkot bez ładu i składu. Czuła przeogromną radość, że troje muszkieterów znowo mogło być razem. A Kajzerka… na pewno będzie przeszczęśliwa, gdy zobaczy ponownie Czajkę! Na pewno mocno uściska swojego syna, tak samo jak niebieskiego wyprzytula Gąska i Guziczek!
– Gąsko, p-poczekaj…
Nie słuchała tego, co mówił do niej Guziczek. Myśl, że jej rodzina znowu mogła być razem, przyćmiła jej trzeźwe myślenie. Postawiła łapę na Drodze Grzmotu. Potem drugą. Trzecią i czwartą. Zamierzała dogonić kocura i siłą zaciągnąć go z powrotem przed oblicze matki.
Krzyk Guziczka oraz Drobinki, jak i pisk opon nadjeżdżającego samochodu były ostatnimi dźwiękami, jakie dotarły do jej uszu, nim spowił ją mrok.

Od Mistral Do Mordor

Młódka wylegiwała się w słonecznej części polany obozu. Jej plecy były przyjemnie ogrzewane przez zieloną trawę, która wcześniej była wystawiona na działanie promieni wielkiej, jasnej kuli na niebie. Po błękitnym nieboskłonie leniwie przemieszczały się w wyższych partiach, gdzie kocie oko nie było w stanie sięgnąć. Ptaki głównie latały niżej, więc przyszła zielarka Owocowego Lasu mogło dostrzec ich sylwetki na tle białych, pierzastych obłoków. Dopiero niedawno pojęła, co tak naprawdę urzekało szamankę w obserwacji nieba, że kiedy tylko mogła, to biała mogła ją znaleźć leżącą w centrum obozu ze wzrokiem utkwionym w niebie. Starsza też lubowała się w nazywaniu chmur, jakby miało to sprawić, że te pozostaną w danym kształcie, niestrudzenie opierające się bezlitosnym prądom wiatru, które pchał je dalej, naruszając delikatną strukturę.
Niebieskie oczy leniwie śledziły ruch coraz to kolejnych chmur, kiedy ta, którą wzięła za obiekt obserwacji, znikała, przysłonięta koronami drzew, otaczającego ją lasu. Po chwili ciężko westchnęła, czując, jak jej ciało rozluźnia się coraz bardziej – tego jej właśnie było trzeba. W ostatnich dniach starał się, jak mogła, by pokazać Wiciokrzewu, że jest gotowa ukończyć szkolenie i zająć stanowisko oficjalnego zielarza Owocowego Lasu, szczególnie iż to kocur teraz dźwigał na barkach zdrowie pobratymców, gdyż szamanka przebywała w kociarni, a on był jedynym uzdrowicielem po tym, jak Poranek postanowił zakończyć swoje życie wśród nich. Tylko że wcześniej nie było takiego problemu, jak teraz, ponieważ mieli jeszcze Purchawkę, a dymna teraz była zajęta wychowywaniem potomstwa. Mistral nie miała serca jej o cokolwiek prosić w kierunku jej mianowania, gdyż doskonale wiedziała, że zgodnie z sojuszem część kociąt zostanie oddana pod opiekę ojca za parę księżyców, więc starsza zapewne chciała, jak najwięcej czasu spędzić z nimi.
W końcu oderwała spojrzenie od nieba, by skierować je na legowisko starszyzny. Te znajdowało się pomiędzy dwoma krzewami kaliny, które kolejno to od bliźniaczych klonów zajmowali stróżowie i królowe z kociętami. Środkowy krzew zajmowała czwórka kotów, a wśród nich dawna liderka oraz jej zastępczyni, Przypływ z Pieczarką. Ich towarzyszami była najstarsza kotka, Kajzerka, oraz Lis, który był niewiele starszy od niej, lecz z powodu ran odniesionych po spotkaniu z rudym drapieżnikiem, nie był w stanie kontynuować szkolenia na stróża, biorąc też pod uwagę jego poważne problemy z równowagą. Kocur nie był w stanie ustać nawet na łapach, szczególnie że jedna z nich była na tyle zmasakrowana, że przez księżyce źle się zrosła i tak naprawdę nie nadawała się do użytku.
Młody Lis był zdecydowanie najbardziej wymagającym kotem w Owocowym Lesie pod względem opieki uzdrowicieli. Z Pieczarką było podobnie, gdyż po walce z bobrami straciła kończynę – niby nic wielkiego patrząc na to, iż Wiciokrzew także kiedyś stracił łapę, lecz on był młodszy od dawnej liderki. Na szczęście uzdrowiciele nie byli sami sobie pozostawienie z opieką nad starszymi, gdyż byli jeszcze stróżowie mieszkający tuż obok. Każdy z nich posiadał bardzo podstawową wiedzę medyczną, będąc w stanie odciążyć uzdrowicieli, biorąc się za leczenie mniej poważnych obrażeń, które najczęściej wymagały jedynie opatrunku.
Wiciokrzew wraz z Gołąbkiem znajdował się u starszych, kiedy to Mistral spostrzegła ruch przy żłobku. Niebieskie ślepia od razu skierowały się na kota, który opuszczał kalinę – jej źrenice zwęziły się nieco, kiedy to ujrzała Purchawkę, która zmierzała w stronę uczennicy. Od razu obróciła się na brzuch i wstała z ziemi.
— Purchawko — zaczęła, lecz została uciszona przez szamankę.
— Lubczyk i floks.
— Co? — spytała zdziwiona, nie rozumiejąc słów żółtookiej.
— Na co podajemy lubczyk i floks.
— Zmieszane razem pomagają w leczeniu kaszlu.
— Macierzanka?
— Łagodzi nerwowość, niepokój i stres.
— Olcha?
— Pomaga przy bólu zęba.
— Tatarak?
— Na infekcje. — Z ostatnią odpowiedzią białej, dymna skinęła głową, a jej pysk przyozdabiał uśmiech. Po tym kotka odeszła bez słowa pod drzewo, gdzie mieściło się legowisko Czereśni.
Szok nadal trzymał się uczennicy, kiedy obserwowała rozmowę między Purchawką a liderem Owocowego Lasu, nie rozumiejąc zbytnio zachowania królowej. Dopiero po chwili otrząsnęła się z tego stanu i od razu zerknęła do żłóbka, Rohan obserwowała zabawę swoich kociąt z czwórką od czarnej. Mimowolnie odetchnęła z ulgą na ten widok – nie wiedziała czemu, ale obawiała się, że kotka mogła ot tak zostawić potomstwo bez jakiejkolwiek opieki.

«★»

Dziwne zachowanie Purchawki wyjaśniło się, kiedy to w czasie Wysokiego Słońca czekoladowy lider zwołał Owocniaków. Każdy był ciekaw powodu, dla którego Czereśnia postanowił ich zebrać w jednym miejscu. Żółtooki znajdował się na najniższej gałęzi topoli i kiedy tłum w miarę ucich, rozpoczął przemowę:
— Mistral, wystąp.
Niebieskooka zdziwiona rozejrzała się po zebranych, szukając wzrokiem Purchawki. Kotka stała w wejściu do żłobka wraz z Rohan i kociakami, a jej pysk zdobił uśmiech dumy ze swojej uczennicy. Dopiero po chwili wyszła przed innych, stając przed Czereśnią, który nad nią górował.
— Najwyższy czas, abyś stała się zielarzem, zajmując profesję, która długo pozostawała pusta. Wykazałaś się wytrwałością i empatią. Czy przysięgasz pozostać lojalna naszej społeczności i dbać o jej zdrowie?
— Przysięgam.
— A zatem witamy cię jako nowego zielarza Owocowego Lasu! — Zebrani od razu zaczęli głośno skandować imię młódki.
O zmierzchu kotka wyszła wraz z szamanką poza obóz, by jej już dawna uczennica odbyła ostatnią ceremonię tego dnia, czyli rytuał Poznania Oblicza Swego Mienia, gdzie otrzyma także Imię Duszy. Każdy kot inaczej odkrywał swoje imię, dlatego też biała nieco się stresowała, szczególnie przez to, że mentorka poświęcała jej czas, który powinien być przeznaczony dla kociąt. Na szczęście daleko nie odeszły, kiedy zawiał silny wiatr, zrywając z drzew jeszcze parę młodych i słabych liści, które zaczęły tańczyć wokół ich dwójki.
— Chyba już poznałaś swoje mienie, Orkanie Muskający Skraj Przepaści.

«★»

Sprawnie wróciły do obozu, od razu udając się do żłobka, gdzie cztery kociaki czekały na swoją mamę. Mistral już im nie przeszkadzała, chcąc porozmawiać chwilę z Rohan, jednak jej uwagę przykuł młoda szylkretka, która zdawała się ją zabijać wzrokiem. Mimowolnie się wzdrygnęła, nim postanowiła podejść do młódki.
— Witaj Mordor.

<Mordor?>
[937 słów]

[19%]

Od Mistral Do Pierścienia

W ostatnich dniach, jak nie księżycach sporo się działo – szokująca prawda o Ziemniaku, ucieczka Czajki, bobry, miot sojuszniczy między Owocowym Lasem a Klanem Burzy. W tym wszystkim Wiciokrzew pozostał sam jako uzdrowiciel, gdyż Purchawka przebywała w kociarni, jako królowa i matka czwórki maluchów, które niedawno przyszły na świat. Kocur teraz miał na głowie aż dwójkę uczniów, z czego Mistral była bardziej niezależna, gdyż koniec jej szkolenia zbliżał się wielkimi krokami, a przynajmniej tak uważała młódka – chciała, jak najszybciej zostać zielarzem i nie być już ciężarem dla ojca, który miał do wyszkolenia jeszcze Gołąbka. Dlatego też, kiedy mogła, to brała na siebie leczenie Owocniaków, doglądanie starszyzny oraz swojej mentorki i najmłodszych członków ich społeczności.
Do tego, co jakiś czas odwiedzała czwórkę więźniów, głównie ze względu na niedawną chorobę Poziomkowej Polany, ale i sprawdzanie ogólnego stanu pozostałych. Na szczęście nikt z dawnych samotników już nie chorował, więc biała nie musiała się martwić o kolejną niespodziewaną epidemię, której mogli doświadczyć w czasie problemów z bobrami. Z ich powodu część starszych odeszła, trafiając pod opiekę Wszechmatki.
Uczennica właśnie przysłuchiwała się ojcu, do którego dykcji zdążyła się już na tyle przyzwyczaić, że ta nie przeszkadzała jej w żadnym stopniu. Starszy wraz z burym młodzikiem znajdował się w składziku z ziołami i po kolei tłumaczyć każdą roślinę – czym jest, gdzie znaleźć, jak i kiedy stosować. Mistral oczywiście posiadała już tę wiedzę, więc kiedy tylko widziała, jak liliowy wskazuje na kolejny medykament, niebieskooka w myślach od razu wymieniała najważniejsze informacje. Na obecny moment nie miała zbyt wiele do roboty, a po zapasy wychodziła z jakimś wojownikiem raptem parę wschodów słońca temu. Już myślała, że wyleczyli wszystkich chorych w tym, kiedy usłyszała czyjeś kroki w legowisku.
Z lekkim uśmiechem wycofała się ze składziku i już miała pytać przybysza, co mu dolega, kiedy to ujrzała przed sobą srebrną zastępczynię. Nic do kotki nie miała, lecz to i owo słyszało się o jej temperamencie, który przekazała dwójce kociąt, którymi musiał zajmować się biedny Topola. To właśnie na swojego partnera czekoladowa zrzuciła obowiązek wychowania potomstwa, co raczej nie przypadło do gustu, lecz nie jej było to oceniać – w końcu była jedynie uczennicą i znajdą, którą księżyce temu przyprowadzić Wiciokrzew do obozu. Mistral początkowo też nie była istny uosobieniem grzeczności, jednak dzięki wpływowi Purchawki zmieniła się, tak? Tak.
— Witaj Figo, coś dolega, że pomiędzy obowiązkami znalazłaś czas na przyjście do nas? — spytała, starając się brzmieć na tyle przyjaźnie, by później nie być na celowniku zastępczyni.
— Jest może Wiciokrzew?
“Jeszcze jakieś widzimisię robi… Spokojnie, pozytywne nastawienie.”
— Niestety jest zajęty treningiem Gołąbka, lecz jestem ja — odparła, by następnie wskazać kotce jedno z posłań.
— Wolałabym –
— Nalegam — przerwała jej, co spotkała się ze spojrzeniem srebrnej spod przymrużonych powiek. W końcu jednak zajęła miejsce, na które chwilę wcześniej wskazywała młodsza. — To, co dolega? — spytała ponownie, podchodząc bliżej pręgowanej.
— Swędzi mnie ucho.
“Ach tak, przy oklapniętych uszach łatwiej o infekcje” — pomyślała, a fidze jedynie skinęła głową, by oddalić się po aksamitkę.
— Wiciokrzewie, masz może pod łapą aksamitkę? — zapytała, pojawiając się na nowo w składziku, gdzie bury uczeń właśnie próbował sobie przypomnieć zastosowanie jagód jałowca. Biała tylko kątem oka zerknęła na ciemne kulki u jego łap, w których miał utkwiony wzrok, dopóki nie usłyszał starszej.
— Ja wiem, gdzie jest! — wyrwał się ochoczo, na co Mistral przewróciła oczami z uśmiechem. Kocurek miał zapała, to musiała przyznać.
— Ty to tam się skup na jałowcu, bo w tyle z wiedzą będziesz — oznajmiła zaczepnie, a w międzyczasie liliowy sięgnął po upragnioną przez jego córkę roślinę. — Chcecie coś później zjeść? — dodała, mając w planach udać się po zwierzynę przed odwiedzinami Purchawki w żłobku.
— Wiewiórkę.
— N-nornicę.
— Przyniosę, kiedy tylko wyjdę od Purchawki.
— To dla niej a-aksamitka? — dopytywał zielonooki uzdrowiciel.
— Nie, Figa przyszła z infekcją ucha. — Ojciec jedynie skinął na jej słowa i wrócił do treningu burasa. W tym czasie niebieskooka z kwiatem w pysku podeszła do zastępczyni, by przeżuć roślinę na papkę, którą następnie nałożyła w miejscu infekcji, choć czekoladowa raczej nie była zbytnio zadowolona z tego powodu. Mistral jednak nie obchodziło jej kręcenie nosem – skoro przyszła to musiała się liczyć z takim obrotem spraw.

«★»

Kiedy tylko srebrna opuściła dziuplę, po chwili w ślad za nią podążyła uczennica. Ona jednak swoje kroki skierowała prosto do żłobka, w którym na szczęście już nie przebywała dwójka kociąt tworzących istny chaos na tak małej przestrzeni. Jedno z nich za mentora dostało Figę, a drugie samego Czereśnie. Dzięki ich nieobecności w legowisku panował tam istny spokój, które od paru księżyców brakowało. Oczywiście Purchawka nie była jedyną królową, gdyż oprócz niej była jeszcze Rohan z trójką potomstwa, z czego dwójka z nich odziedziczyła nietypową biel po matce.
— Witaj Purchawko, Rohan — przywitała się na wstępnie, by następnie podejść do małych kulek, które ciasno leżały przy brzuchu dymnej. Dwójka z nich to kotki i kolejna to kocury, niemal każde było czarno-białe oprócz Modrogończyka, gdyż ten był czekoladowy. Niby cała czwórka była podobna do siebie, a jednak inna – różniła ich też ilość bieli, gdyż Gończyk i Zew mieli jej niewiele w porównaniu do sióstr, Łza była bicolorem, a Psianka arlekinem.
Chwilę porozmawiała ze swoją mentorką, dzieląc się wieściami, jakie miała dla niej. Później podeszła do Rohan, a przynajmniej taki był plan, gdyż na jej drodze pojawił się srebrny kocurek, który obserwował jakiegoś robaka na ziemi.
— Hej Pierścieniu — zaczęła, kucając, by znajdować się mniej więcej na wysokości kociaka. — Co tam obserwujesz? — spytała, samej skupiając na chwile wzrok na drobnym żyjątku.

<Pierścieniu?>
[887 słów]

[18%]

Wyleczeni: Figa

Od Smugi CD. Wiciokrzewu

Niedługo po ucieczce Czajki z Owocowego Lasu

— Może i się porobiło, ale według mnie tak jest nawet lepiej — przyznał. — Nie mówię tu o Czajce, a o Ziemniaku. Lepiej, by każdy znał prawdę, niżeli mieli żyć w niewiedzy, a później obawiać się o własne życie na każdym kroku — dodał, spoglądając na uzdrowiciela.
Zdawał sobie sprawę, jak liliowy musi się okropnie czuć, w końcu nagle się dowiaduje, że Osetka nie ma w Owocowym Lesie z racji jakiejś wroniej strawy, co wymyśliła sobie, że wysługując się innym kotem, nie da żyć zielonookiemu i jego dawnemu uczniowi. W dodatku starszy był świadkiem, jak Rokitnik umiera i osobiście musiał wytargać tego zapchlonego sierściucha. Smuga też miał przyjemność widzieć śmierć drugiego kota – moment ten wręcz wżera się w umysł i powraca w najmniej oczekiwanym oraz chcianym momencie.

Obecnie

Pora zielonych liście powoli dobiegała końca, Owocowy Las powoli wracał do dawnego życia, skupiając się na tym, co najważniejsze, czyli sojusz z Klanem Burzy. Raptem parę dni temu szamanka urodziła czworo kociąt, niemal wszystkie czarno-białe i dymne niczym sama ich matka. Wojownik nie miał jeszcze poznać nowych członków społeczności, które robiły niemałą furorą – w końcu chyba każdy chciał zobaczyć maluchy, od których będzie zależeć dalsza współpraca między Burzakami a nimi. Sama idea sojuszu była mu nieco obca, w końcu Owocniacy dobrze radzili sobie dotychczas, więc czemu nagle mieliby nawiązywać jakieś relacje z sąsiadem?
Żółtooki podniósł się z posłania na gałęzi, by następnie zejść po konarze klonu, w którego koronach mieściło się legowisko wojowników, a na sąsiednim drzewie zwiadowców. Mimowolnie zerknął w stronę drugiego drzewa, gdzie czasem mógł dostrzec sylwetki innych Owocniaków – parę księżyców temu zawsze starał się wypatrzeć ojca, zastanawiając się, czy ten już nie wyruszył na patrol. Bolesne wspomnienia na krótki moment wróciły, a nadal dość świeże blizny przypomniały o swoim istnieniu w postaci nieprzyjemnego uczucia pieczenia.
Całkiem sprawnie opuścił klon, by następnie skierować swe kroki do starej topoli, gdzie wśród liści miał swoje miejsce Czereśnia, a niżej w dziupli uzdrowiciele. Czasem był pod wrażeniem, jak przestronne jest drzewo w środku, by pomieścić chorych, zioła i czwórkę kotów, którzy zajmowali na stałe miejsce we wnętrzu pnia.
— Wiciokrzewie, masz chwilę? — spytał na wstępie i dopiero po chwili przywitał się skinieniem głowy z dwójką uczniów. Liliowy teraz miał na głowie szkolenie ich obu, gdyż Purchawka przez jakiś czas miała jeszcze przebywać w żłobku ze swoimi nowo narodzonymi dziećmi.

<Wiciokrzewie?>

20 maja 2026

Od Króliczej Ułudy (Gasnącej Łapy) CD. Tiramisu (Bukowej Korony)

Dawno temu

— Skoro już poznaliście te zioła, to może spróbujecie swoich sił w małym teście? — zaproponował Kiełbasa, po czym zakasłał chrapliwie. — Będę wam po kolei pokazywać rośliny, a wy spróbujecie zgadnąć, jak się nazywają. Proste, prawda?
Srebrny skinął głową, na co Kiełbasa uśmiechnął się i chwycił pierwszą roślinę. Był to żółty kwiat. Nim Królicza Ułuda zdążył mu się przyjrzeć, Tiramisu już zawołał:
— Mniszek!
Po chwili srebrny wyprostował się i polizał futro na piersi, jakby chciał zamaskować zbyt gwałtowną reakcję. Królik poruszył ogonem nerwowo, spoglądając z niepokojem na młodszego kocura.
— Dobrze… a ten? — zapytał Kiełbasa, przetaczając w ich stronę czerwone jagody.
— Go-
— Golteria — przerwał mu Tiramisu, nawet nie dając dokończyć. Kikut ogona starszego kocura uderzył z rezygnacją o ziemię, wydając głuchy odgłos.
— No, Tiramisu… widzę, że pilnie się uczysz pod okiem Kiełbasy — powiedział Królicza Ułuda z wymuszonym uśmiechem. — To może nie będę wam przeszkadzał? Wrócę do nas i porozmawiam z Trójokim Zającem. Pewnie biedak siedzi tam sam.
Młodszy zmrużył oczy.
— Jasne, możesz iść. To jednak dziwne, że tak szybko się stąd zwijasz. Jesteś pewny, że nie chciałbyś dobrnąć do końca tego testu?
Kremowy uśmiechnął się nieco sztucznie, a jego powieka zadrżała. Ten Tiramisu był złośliwy. Nie dawał mu się nawet wykazać podczas testu, a teraz zachowywał się, jakby nic się nie wydarzyło. No nic. Był jeszcze młody, na pewno kiedyś z tego wyrośnie.
— Nie, nie… Wiesz, jak to powiadają; starego kota nowych sztuczek nie nauczysz. Nie powinienem się angażować w to całe ziołolecznictwo — mruknął, wstając i odwracając się od Kiełbasy i srebrzystego kocura.
— Skoro tak mówisz… — odparł Tiramisu, niby zawiedziony, ale w jego głosie pobrzmiewała nuta satysfakcji.
Królik spiął mięśnie, jednak zanim którykolwiek z dwóch kocurów to zauważył, zdążył im zniknąć z pola widzenia. Coś tam co prawda zapamiętał z tego, co mówił Kiełbasa, ale jego umysł nie był już tak szybki i ostry jak niegdyś. Nie był w stanie tak sprawnie odpowiadać, jak Tiramisu. Może gdyby test miał nieco inną formę, udałoby mu się coś wskórać, ale tak… nie było co się oszukiwać.

* * *

Po objęciu władzy przez Mirtowe Lśnienie

Poważnie zastanawiał się nad tym, czy lepiej żyłoby mu się już w mieście, czy tutaj. Z dala od Klanu Klifu co prawda czuł się samotnie, ale wolał to niż ciągłe chodzenie na paluszkach. Rudofutry lider na pewno miał sporo za uszami i w jakiś sposób przyczynił się do śmierci Pikującej Jaskółki, ale Królik nie miał wystarczających dowodów, by faktycznie tak myśleć. Czuł się mimo wszystko zagrożony obecnością Lśniącej Gwiazdy, który, jak mu się zdawało, nie patrzył na niego przychylnie. Przynajmniej ze wzajemnością, bo kremowy też często obrzucał go pogardliwymi i zirytowanymi spojrzeniami. Zresztą tak samo, jak Truskawkowe Pole.
Ta kotka w ogóle nie powinna zasiadać na tak wysokiej randze w Klanie Klifu! To było po prostu zniewagą wszystkich kotów, które wychowały się tutaj i o wiele bardziej zasługiwały na to stanowisko. Prawda była taka, że pointka wspięła się tak wysoko tylko dlatego, że podlizywała się rudemu kocurowi i przytakiwała na każde jego słowo. Mirt dobrze wiedział, że Truskawka zgodzi się z każdym jego, nawet najgłupszym, stwierdzeniem i zacznie je szerzyć wśród innych. On to się dopiero potrafił ustawić. Odebrał Mysiemu Postrachowi przywództwo i nikt nawet nie śmiał mu podskoczyć. To był skandal!
Królik czuł się, jakby to on jedyny miał trochę oleju w głowie w całym Klanie Klifu. Nie licząc Oszronionego Kła, której chyba też nie podobało się to, jak obecnie działa ich przynależność. Cieszył się, że przynajmniej ona była na tyle mądra, by dostrzec błędy swojego wujka. Kremowy ciekaw był jeszcze, jakie były odczucia Wzburzonego Kormorana czy Źródlanej Łuny wobec ostatnich akcji. Pewnie się cieszyli, że członek ich rodziny osiągnął tak wiele, co trochę raniło pręgowanego. Jego własna matka umarła, a jej decyzje zostały perfidnie zbezczeszczone przez jakiegoś egoistycznego mysiego móżdżka.
Królicza Prawda westchnął ciężko ze swojego posłania, które teraz wydawało się takie niewygodne i obce, obserwując życie w obozie. Wszystkie koty… wydawały się takie niewzruszone, niewtajemniczone. Nie wiedziały, co dzieje się za ich plecami. Nie zwracały uwagi na to, że teraz na szczycie zasiadał samozwańczy przywódca. Dlaczego to akurat Mirtowe Lśnienie mógł stanąć na mównicy i ogłosić wszystkim, że od dziś przewodzi Klanem Klifu? Gdyby zrobił to ktokolwiek inny, pewnie wybuchłoby zamieszanie, a klan pogrążyłby się w napiętej atmosferze.
To musiało być jakoś przemyślane. Rudofutry musiał zmanipulować tyle Klifiaków, ile mu się udało, by wierzyli w niego i jego dobre zamiary! Inaczej jego plan nie przeszedłby tak gładko.
Kremowy nawet nie zauważył, że był cały spięty. Jego zęby aż szczękały o siebie, gdy tak mocno je zaciskał. W tym klanie naprawdę nie dało się żyć! Przez cały czas czuł się tak, jakby Lśniąca Gwiazda obserwował każdy jego ruch. Jakby jedno niewłaściwe drgnięcie ciała mogło sprawić, że podzieli los Pikującej Jaskółki. Nagrabił sobie tymi kwaśnymi minami za każdym razem, gdy rudy się odzywał, och, nagrabił… ale mimo wszystko uważał, że było warto. Nie zamierzał podkulać ogona i udawać, że sytuacja w Klanie Klifu mu odpowiada.
W końcu wstał z posłania i żwawym krokiem ruszył do wyjścia. Nie chciał już dłużej siedzieć w tym zatęchłym azylu i wolał się przejść. Tym bardziej że nadeszła już Pora Nowych Liści i wszystkie rośliny tak pięknie zakwitały. Może ich różnorodne barwy jakoś ukoją zszargane nerwy Królika. W końcu nic tak nie uspokaja, jak spacer wśród natury, czyż nie?
Gdy tak maszerował, na myśl nasuwały mu się liczne pytania.
“Czy ktoś by za mną tęsknił, gdybym odszedł z Klanu Klifu? Jak zareagowałaby Oszroniony Kieł, Źródlana Łuna, Wzburzony Kormoran czy Trójoki Zając? Czy próbowaliby mnie szukać, czy pogodziliby się z moją ucieczką?” — zastanawiał się, czując, że żołądek zaciska mu się z nerwów. Nie chciał ponownie zostawiać wszystkich tych, których kochał, ale jednocześnie… może tak byłoby dla nich najlepiej?
Pamiętał, jak bardzo żałował odejścia do miasta, ale czy tym razem byłoby tak samo? Może już po raz kolejny powinien spróbować szczęścia gdzie indziej, zamiast tak gnić i marnować się w Klanie Klifu? Jego przybrane kocięta, które kochał jak swoje, na pewno prędzej czy później przyzwyczają się do tego, że zniknął, że ich… zdradził i okazał się tchórzem. Zresztą i tak miał wrażenie, że za nim nie przepadają. Tyle poświęcił, by się do nich jakoś zbliżyć, ale jego starania przynosiły raczej marne skutki.
Pewnie uważały tak samo, jak Bukowa Korona — że jest nachalny, że za bardzo się stara i próbuje wtrącać się w ich życie. Może lepiej im będzie, gdy ich natrętny ojciec już zniknie i będą mogły wreszcie odetchnąć? Poza tym mieli przecież Trójokiego Zająca, który zdecydowanie był bardziej wyluzowanym i spokojniejszym członkiem rodziny. Jego obecność na pewno cenili i szanowali bardziej. Na pewno.
Kremowy zatrzymał się w końcu, czując, że powoli traci dech. Nie wiedział, czy to przez fakt, że odzywała się w nim astma, czy dlatego, że zaraz łzy napłyną mu do oczu. Na Klan Gwiazdy, ależ on był beksą! Taki z niego wielki wojownik, a zaraz popłacze się jak małe kocię o to, że jego własne dzieci go nie lubią.
Wcisnął pazury w ziemię, zirytowany własnymi myślami. Czemu nie mógł ich po prostu wyciszyć? Był już starym, doświadczonym kocurem, który powinien rozumieć siebie, znać swoje miejsce na świecie, a był jego kompletnym przeciwieństwem. Czasem wciąż czuł się jak swoja nastoletnia wersja — zagubiony w świecie, próbujący desperacko wpasować się w jakiekolwiek otoczenie.
Dlaczego zawsze czuł, że odstaje? Dlaczego ani razu w swoim życiu nie poczuł, że naprawdę gdzieś przynależy? Może los chciał, by dalej szukał swojego miejsca? Skoro i w mieście, i w Klanie Klifu nie czuł, że tam pasuje, to może powinien próbować gdzieś indziej? Otaczało go tyle innych przynależności: Klan Wilka, Klan Nocy, Klan Burzy… W którymś z tych miejsc z całą pewnością w końcu odnalazłby spokój.
Dlatego podjął decyzję. Może i była impulsywna i nieprzemyślana, ale była też jego ostatnią nadzieją. Chyba nie wybaczyłby sobie, gdyby resztę swojego życia spędził nieszczęśliwy i nielubiany przez każdego, kto go otaczał. Musiał coś z tym zrobić, bo inaczej — w Klanie Gwiazdy lub Mrocznej Puszczy — siedziałby i całymi dniami użalał się nad sobą i tym, jak bardzo zmarnował swój jedyny żywot, jaki otrzymał.
Nie wrócił do azylu. Nie poszedł się pożegnać z bliskimi ani nie zdradził im, gdzie idzie i jaki ma plan. Czuł się z tym źle, bardzo źle, ale wiedział, że gdyby spróbował wyjaśnić im, jak się czuje, pewnie próbowaliby go zatrzymać w Klanie Klifu i wywołać w nim wyrzuty sumienia. Wolał, by powód jego odejścia pozostał dla nich tajemnicą. Wolał, by głowili się nad tym, co dokładnie sprawiło, że postanowił dać nogę z klanu, choć pewnie nie będzie trudno domyślić się, co tak naprawdę go do tego skłoniło.
Nim jednak poszedł na którąkolwiek z granic, zanurzył się w morskiej wodzie, próbując zmyć z siebie zapach… siebie. Gdy uznał, że jest w miarę bezwonny, wyszedł na brzeg i po piachu ruszył w stronę terenów Klanu Burzy. Wybór tego klanu wydawał mu się najsensowniejszy. Do Klanu Wilka nawet by się nie odważył wstąpić… Dyniowa Skórka, Kocimiętka i Mak pewnie od razu by go rozszarpały! Natomiast Klanu Nocy i Mandarynkowej Gwiazdy trochę się obawiał. Srebrzysta nie wyglądała na kotkę, którą dałoby się łatwo przekonać do przyjęcia jakiejś przybłędy w szeregi Nocniaków. Poza tym Królik nigdy nie grzeszył talentem do pływania. Klan Burzy wydawał się optymalny, a poza tym kremowy znał stamtąd pewnego czarnofutrego kocura.
Na burzackie tereny wkroczył niemal tak pewnie, jak na swoje własne. Zamierzał odnaleźć ich obóz i wybłagać swojego imiennika o miejsce wśród Burzaków. Choć teraz tak sobie myślał, że może imię też powinien sobie zmienić… Nikt chyba nie chciałby mieć w klanie dwóch Królików. Tym bardziej że jeden z nich był liderem!
Kremowy wiedział, że ciężko będzie mu się rozstać z imieniem, które nadała mu jego własna matka i które było z nim przez całe życie. To prawie tak, jakby pozbywał się cząstki siebie, ale jeśli zmiana imienia przyniesie mu jakąś korzyść w nowym klanie, to nie będzie się nad nią długo użalał. Mimo wszystko był sobą, niezależnie od tego, czy nosił imię Królik, czy… jakiekolwiek inne.

* * *

Szwendał się po burzackich terenach i wydawało mu się, że zataczał kółka. Nie wiedział już, w którą stronę powinien iść, by wrócić na terytorium Klanu Klifu, więc jednoznacznie można było przyznać, że najzwyczajniej w świecie się zgubił. Może los jednak nie chciał, by znowu zmieniał przynależność…
Nawet trochę zmęczył się tymi poszukiwaniami obozu, dlatego postanowił odpocząć. Przysiadł w cieniu dziwnej, białej konstrukcji i odetchnął, czując, jak mięśnie w łapach mu płoną. Starość nie radość, jak to mówią, a on akurat na karku miał już sporo księżyców. Miał tylko nadzieję, że Królicza Gwiazda nie uzna go za balast dla klanu i nie wygoni poza granice… Nie wiedziałby, gdzie ma się podziać. Do Klanu Wilka i Klanu Nocy i tak nie chciałby dołączyć, a już tym bardziej nie widziało mu się wracać do Klanu Klifu. Może udałoby mu się jakoś odnaleźć drogę do Owocowego Lasu? Jego mieszkańcy wydawali się dosyć mili i przyjaźni, więc może przyjęliby zmęczonego wędrownika.
Po jakimś czasie zaczęło nieznacznie kropić. Wojownik postanowił schować się pod skrzydłem białego Potwora, a tam położył się na trawie i oparł głowę o łapy. Nie mógł długo opierać się zmęczeniu, w końcu jego powieki zrobiły się bardzo ciężkie, a on sam powoli odlatywał do krainy snów.
Nim jednak całkowicie usnął, jego ucho drgnęło. W oddali usłyszał kroki i zirytowane bąknięcia. Choć wciąż był zmęczony, wiedział, że te koty mogły być jego jedyną nadzieją. Otworzył sennie ślepia i chwiejnie się podniósł, chcąc za wszelką cenę odnaleźć przechodzący niedaleko patrol. Wysunął głowę zza czubka konstrukcji, a jego oczom ukazała się trójka kotów. Jeden z nich był niemal cały biały i jedynie uszy oraz zad miał niebieskie, drugi był rudo-srebrzysty i miał wywinięte w tył uszy. Trzeci natomiast… był cały czarny, o oliwkowych ślepiach. Bardzo znajomy.
— Hej, przepraszam! — mruknął Królicza Prawda, niezgrabnym krokiem ruszając w stronę Burzaków.
Wszyscy po kolei zjeżyli futra i spojrzeli ze zdziwieniem w stronę kremowego przybłędy. Ich pazury błysnęły groźnie — każdy z nich był gotowy do przepędzenia wojownika, gdyby okazał się zagrożeniem.
— Nie chcę sprawiać problemów, przysięgam… Pragnę jedynie porozmawiać z waszym liderem o pewnej sprawie — wyjaśnił, czując, że serce zaczyna mu bić coraz szybciej z nerwów.
Czarnofutry wysunął się naprzód patrolu, mierząc Królika podejrzliwym wzrokiem, jakby chciał go bezgłośnie spytać: “Co ty kombinujesz?”.
— Dlaczego chcesz porozmawiać z naszym liderem? — zapytał Poczciwy Szakłak.
Kremowy wziął kilka drżących oddechów, po czym odparł:
— U waszych sojuszników, to znaczy w Klanie Klifu, źle się ostatnio dzieje. Chciałbym mu o tym opowiedzieć i przy okazji poprosić o… przyjęcie mnie do klanu. — Jego głos był nieśmiały, tak że ani srebrzysta kotka, ani łaciaty kocur go nie usłyszeli. Bał się, że Szakłak i reszta patrolu wyśmieją go za to, że chciałby włączyć się w ich szeregi.
Czarnofutry jednak przełknął ślinę i zwrócił się do swoich pobratymców:
— Pójdziecie po Zawodzące Echo? Myślę, że będzie chciał się dowiedzieć, co ten Klifiak ma mu do przekazania…
Srebrzysta kotka zmrużyła oczy, jakby się nad czymś zastanawiała, lecz finalnie skinęła głową i wraz z biało-niebieskim wojownikiem ruszyła w stronę, jak się Królik domyślił, azylu.
Gdy wreszcie dwójka Burzaków znalazła się na tyle daleko, by nie było szans, aby usłyszeli rozmowę Królika i Szakłaka, pręgowany odezwał się:
— Dziwna sprawa, co nie? — Na jego pysku pojawił się nerwowy uśmiech. — Myślałem, że już do końca życia zostanę w Klanie Klifu, ale to, co się tam ostatnio dzieje, to jakaś tragedia! Mam nadzieję, że ten Zawodzące Echo mnie zrozumie i pozwoli mi u was zostać. Mogę ci już nawet teraz przysiąc, że zrobię wszystko, by się wam przydać! Będę polował dniami i nocami, uzupełniając stos! — próbował jakoś nawiązać rozmowę z wojownikiem. Cieszył się, że trafił w tym patrolu na kogoś, kogo znał.
Gdy Królik skończył mówić, zrozumiał, że Poczciwy Szakłak wpatrywał się w niego nieobecnym wzrokiem, zamiast go słuchać.
— No… cóż, nie musimy rozmawiać, jeśli nie chcesz. Możemy w ciszy poczekać, aż twoi pobratymcy wrócą, żaden problem — mruknął Królik, choć sam raczej wolałby porozmawiać z czarnofutrym, by zająć czymś głowę. — Swoją drogą… jak mają na imię? — zapytał jeszcze, lecz zielonooki milczał.
W końcu odchrząknął, na co wojownik zamrugał kilkakrotnie.
— Huh?
— Jak mają na imię?
— Kto?
— No… ci.
Poczciwy Szakłak jeszcze przez moment się wahał, jednak w końcu odpowiedział:
— Szara Skóra i Skrzydlata Płomykówka.
To by było na tyle z ich rozmowy, bo Królicza Prawda nie zamierzał zmuszać towarzysza do czegoś, do czego w tym momencie nie miał głowy. Ciekawe, co się stało, że wydawał się teraz taki nieobecny. Choć to nie tak, że już podczas ich wcześniejszych spotkań był jakoś nadzwyczaj pewny siebie i rozmowny.

* * *

Po jakimś czasie Skrzydlata Płomykówka i Szara Skóra pojawili się na horyzoncie na czele z Zawodzącym Echem. Królik niemal nie zadygotał z obawy przed tym, że dymny kocur mógłby go nie przyjąć. Oby okazał mu litość, a nie uznał go za szaleńca, który postradał zmysły… W końcu, dlaczego miałby wierzyć dziwnemu Klifiakowi, który twierdzi, że lider jego klanu to zakłamany manipulator?
Gdy zastępca zjawił się wystarczająco blisko, kremowy w geście szacunku nieznacznie pochylił przed nim głowę. Jego wibrysy zadrżały z nerwów, lecz mimo wszystko podniósł wzrok, próbując zaprezentować się pewniej przed Echem.
— A więc co takiego masz mi do przekazania, czego chciałbym wysłuchać? — zapytał czarnofutry, dominując Królika swoją tajemniczą aurą.
— Nie wiem, czy nie lepiej byłoby, gdybyśmy porozmawiali na osobności… To chyba nie jest sprawa, którą chciałbyś dzielić się ze swoimi pobratymcami — stwierdził kremowy, spoglądając na Burzaków stojących nieopodal.
— W takim razie pdejdźcie stąd na odległość kilku lisich ogonów, ale bądźcie w gotowości. Nie wiemy, jakie zamiary ma ten kot — rozkazał dymny.
Gdy Skrzydlata Płomykówka, Szara Skóra i Poczciwy Szakłak wykonali polecenie zastępcy, Królik zaczął mówić:
— Cóż… nie wiem, czy to dobre wieści, ale chodzi o to, że mam pewne podejrzenia co do nowego przywódcy w Klanie Klifu — mruknął, nie przerywając kontaktu wzrokowego z zastępcą. Bał się, że gdyby odwrócił spojrzenie, ten uznałby, że kłamie. — Może nawet nie tyle podejrzenia, co obawy. Jestem synem Pikującej Jaskółki, która miała objąć stanowisko lidera po śmierci Judaszowcowej Gwiazdy, lecz nie dostąpiła tego zaszczytu, bo… ktoś ją zamordował. Po tym nieszczęsnym wydarzeniu Mirtowe Lśnienie wepchnął się na mównicę i sam zdecydował, że zostanie przywódcą, jednocześnie pozbawiając Mysiego Postrachu roli zastępcy — tłumaczył. — Poza tym na swoją prawą łapę mianował jakąś kotkę, która dopiero kilka księżyców temu dołączyła do Klanu Klifu! Widać, jak głęboko Lśniąca Gwiazda ma w poważaniu decyzje mojej matki. Wiem, że on mnie nie cierpi, że nienawidzi mojej matki i całego jej rodu. Wydaje mi się, że śmierć Pikującej Jaskółki to coś głębszego niż zwykły przypadek. Nie mam na to wystarczających dowodów, ale wiem, że gdybym tylko odważył się wściubiać w to nosa, zostałbym wygnany. Albo i gorzej. Może i podzieliłbym los mojej świętej pamięci matki…
Zawodzące Echo przez chwilę milczał, jakby nie do końca wiedział, co uczynić z przedstawionymi mu informacjami. Może Królik powiedział za dużo? Może przedstawił to niewiarygodnie?
— I jaka w tym moja rola? — wydusił w końcu Echo.
— Ja… nie czuję się bezpiecznie w Klanie Klifu. Chciałbym zamieszkać w Klanie Burzy, by wreszcie móc spać spokojnie — miauknął niemal błagalnie. Zastępca nie wyglądał na przekonanego.
— Skąd mam wiedzieć, że tego wszystkiego nie wymyśliłeś? Każdy może chodzić po klanach i wciskać jakieś bajeczki, by wzbudzić współczucie — fuknął, spoglądając na przybysza chłodnym wzrokiem.
— Ja nie chcę waszego współczucia. Pragnę tylko bezpieczeństwa. W zamian przysięgam, że będę przykładał się do polowań dwa razy bardziej niż przeciętny kot. Będę wykonywał wszystkie powierzone mi obowiązki od wschodu słońca aż do jego zachodu. Proszę, Zawodzące Echo, ja naprawdę zrobię wszystko, by nie czuć tego palącego spojrzenia Lśniącej Gwiazdy na mojej skórze…
Mina niebieskookiego wciąż nie złagodniała.
— Najpierw będziesz musiał zostać uczniem, by przyswoić wszystkie nasze zwyczaje, a jest ich dużo. Jesteś pewien, że chcesz podjąć próbę wpasowania się w grono Burzaków? — zapytał, unosząc jedną brew.
— Zrobię wszystko — powtórzył. — Może… moim mentorem mógłby zostać Poczciwy Szakłak? Rozmawiałem z nim, gdy patrol po ciebie poszedł. Wydaje się całkiem… fajny — zaproponował, uśmiechając się delikatnie do zastępcy.
— Powiedz mi jeszcze, jak cię zwą.
Kremowego zatkało. Nie pomyślał o nowym imieniu, choć miał na to tyle czasu! Gdy jednak spostrzegł, że dymnemu kończy się cierpliwość, wyrzucił z siebie:
— Gasnąca Prawda! — Nie chciał się przedstawiać jako Królik z wiadomych przyczyn. “Gasnąca” przyszła mu na myśl od członu jego babki, jak i mentorki, która nieszczęśliwie umarła na jego oczach. Była mu tak bliska, tak bardzo ją szanował. Czuł, że powinien jakoś ją uhonorować.