BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Klifu!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

06 lipca 2026

Zimowe dolegliwości!

Nadeszła Pora Nagich Drzew, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

(wkrótce zostanie uzupełniona)

Klanu Burzy:

Sójczy Błękit - infekcja oka
Mała Bazia - przemrożenie
Dziki Berberys - gorączka
Żywiczna Łapa - biały kaszel
Kurczątko - biały kaszel

Klanu Klifu:
 
Płomienne Serce - biały kaszel
Czujny Pasterz - infekcja gardła
Jastrzębi Zew - zielony kaszel
Firmament - odmrożone poduszki łap
Firletka - biały kaszel

Klanu Nocy:

Błękitna Laguna - biały kaszel
Lawendowa Rozkosz - przemrożenie
Przypalony Kasztan - gorączka
Żabia Łapa - katar
Błoto - ból głowy

Klanu Wilka:
 
Ośnieżony Kryształ - zielony kaszel
Chudy Grzbiet - biały kaszel
Tygrysia Noc - infekcja gardła
Seradelowa Łapa - swędząca infekcja
Nadciągający Pomrok - zielony kaszel

Owocowego Lasu:
 
Gołąbek - zranienie przedniej łapy
Borowik - przemrożenie
Pierścień - odmrożone poduszki łap
Alka - kocięcy kaszel
Bratek - kocięcy kaszel

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Czajka - szkło w łapie
Monarch Pierwszy - infekcja gardła
Kazarek - katar

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Szafirkowy Wiatr - infekcja oka > tymczasowa ślepota na oko
Szara Skóra - bezsenność > halucynacje

Klanu Klifu:
 
Wszyscy wyleczeni!

Klanu Nocy:

Wymarzona Słodycz - niestrawność > wymioty

Klanu Wilka:
 
Iskrząca Nadzieja - ból głowy > osłabienie

Owocowego Lasu:

Mistral - bezsenność
Pszczółka - ból głowy > osłabienie

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Przebiśnieg - zranienie ogona > infekcja > niemożność poruszania kończyną > gnicie kończyny > amputacja
Dryfująca Bulwa - infekcja oka > tymczasowa ślepota > stała ślepota na oko
Czajka - swędząca infekcja > podrażnienie skóry
Baśniowa Stokrotka - ból zęba > zepsucie zęba > wypadnięcie zęba

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka zimą.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu zimy - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

Od Ośnieżonego Kryształu do Rozbitego Księżyca

Odkąd poznała całą prawdę o Klanie Wilka, nie potrafiła spojrzeć na swoich pobratymców tak samo. Brzydziło ją to, o czym dowiedziała się z ust swojej matki, i tak strasznie ciężko było jej żyć z tą nową wiedzą. Czasem bała się nocami zmrużyć oczy, by nie obudzić się w Klanie Gwiazdy z poderżniętym gardłem. Chodziła teraz na paluszkach, obawiając się, że każdy wokół niej wie, iż tak naprawdę nie podziela wiary i poglądów większości Wilczaków. Czasem, gdy była w azylu, bała się choćby pomyśleć o Gwiezdnych Przodkach i słowach liliowej kotki z obawą przed tym, że kultyści odkryli już sposób na czytanie w myślach innych kotów. Czy było to głupie? Pewnie tak — lecz nie potrafiła zmusić się do działania inaczej. Gdzieś z tyłu głowy rozsądek podpowiadał jej, że póki otwarcie nie zrobi niczego podejrzanego, nikt nie ma prawa jej winić, lecz serce mówiło, że Klan Wilka jest miejscem na tyle brutalnym, iż za samo powiązanie z Brukselką mogłaby zostać zabita.
Wiedziała, że Brukselkowa Zadra liczyła na to, że Ośnieżony Kryształ wraz z siostrą zrobią coś w związku z informacjami, które zostały im przekazane, lecz biało-niebieska kotka nie widziała się w roli buntowniczki. Choć uważała, że to, co działo się w gronie Wilczaków, było grubą przesadą i należało jakoś temu zaprzestać, sama nie bardzo chciała się w to wszystko mieszać. Przynajmniej nie w taki sposób, jakiego oczekiwałaby od niej liliowa kocica. Kryształka brzydziła się przemocą i zabijaniem. Gdyby miała kogoś nawracać, to tylko słowem. I choć wierzyła, że każdy kot może się zmienić, tak po tym, co usłyszała od Brukselki, coraz ciężej było jej w to wierzyć. Była jeszcze taka młoda i nie chciała niepotrzebnie umierać, nawet jeśli miałaby to zrobić w imię Gwiezdnych Przodków, których uważała za rzecz świętą i niepodważalną.
Czy właśnie w taki sposób ich zawodziła? Może oni chcieli, by próbowała aktywnie nawracać swoich pobratymców? Czy takim biernym zachowaniem sprawiała, że Przodkowie się na nią gniewali? Ta myśl sprawiła, że dreszcz wstrząsnął jej ciałem, które bezwładnie spoczywało na posłaniu w legowisku wojowników, jako że umysł kotki był kompletnie pochłonięty myślami. Nie, nie, nie mogli się na nią gniewać! Przecież tak bardzo w nich wierzyła, tak bardzo im ufała. Lecz może to nie było wystarczające? W końcu co im po kilku pojedynczych wyznawcach w Klanie Wilka, skoro cała reszta kotów pogrążała się w mroku? Musiała coś z tym zrobić, och, musiała! Tylko od czego zacząć? Musiała to jakoś mądrze rozegrać. Musiała być zwinna, bystra, inteligentna, jeśli tylko chciała coś w tym klanie zdziałać, nie dając się złapać. Chyba już nawet wiedziała jak...
Nim jednak zdążyła się nad tym bardziej namyślić, jej uwagę zwróciła Brukselkowa Zadra, która leżała na posłaniu obok i nagle westchnęła ciężko, jakby z bólem. Sama też nie wyglądała najlepiej. Nie spała — to na pewno — lecz oczy miała zmrużone i leżała w niemal kompletnym bezruchu, tępo wpatrując się w punkt przed sobą. Czyżby coś jej dolegało? Niewykluczone. Kryształka od razu poczuła obowiązek, by dowiedzieć się, jak czuła się teraz jej przybrana matka.
— Hej, mamo, wszystko w porządku? — spytała troskliwie, wyciągając szyję do przodu i trącając nosem bok wojowniczki.
Ta przez pierwsze kilka uderzeń serca nawet nie drgnęła, jakby nie zarejestrowała, że ktoś się do niej odzywa. Dopiero po chwili ponownie westchnęła, wciąż nie podnosząc głowy ani nie zwracając wzroku w stronę młodszej.
— Nic mi nie jest... — oznajmiła płaskim głosem, na co łaciata zmarszczyła brwi. Niby chciała wyglądać groźniej, lecz teraz przypominała bardziej pomarszczoną kulkę puchu aniżeli jakieś niebezpieczeństwo.
— Przecież widzę, że źle się czujesz. Chodź, mamo, pójdę z tobą do Cisowego Tchnienia — zaproponowała, kładąc po sobie uszy. Miała nadzieję, że Brukselka nie zezłości się na nią za to, że tak nalega. Ale ona naprawdę chciała dobrze! Przecież wiedziała, że liliową coś boli.
— Poradzę sobie, Kryształko — odparła starsza, wciąż uparcie stojąc przy swoim. — Dużo gorsze rzeczy w życiu przeżyłam. To, co teraz czuję, to nic w porównaniu do spraw, o których ci opowiadałam — wydusiła z siebie, na co młodsza fuknęła z poczucia bezsilności. Przecież nie weźmie swojej matki za kark i nie zaniesie jej do lecznicy!
No właśnie.
Swojej matki nie zmusi do pójścia do Cisowego Tchnienia, lecz mogła poprosić szylkretową medyczkę, by ta przyszła odwiedzić Brukselkę.
— Dobrze, dobrze. Tylko się stąd nie ruszaj, zaraz tu wrócę! — miauknęła triumfalnie, wychodząc prędkim krokiem na środek azylu.
Zaraz potem skierowała się w stronę legowiska medyków. Gdy już chciała do niego wkroczyć, gwałtownie się zatrzymała, słysząc głos Zalotnej Gwiazdy dobiegający ze środka.
— Jakiś czas temu szkło wbiło mi się w łapę — mruknęła szylkretka.
Ośnieżony Kryształ cofnęła się, znikając z wejścia do lecznicy, by stanąć przy ścianie i nasłuchiwać.
— Jakiś czas? W tę ranę wdała się już infekcja — odezwała się Cis. — Zaraz to opatrzę — dodała, lecz Kryształce nie było dane podsłuchać dalszej części ich rozmowy, gdyż podszedł do niej niewielki, kremowy kocurek, który najpewniej musiał zwiać ze żłobka.
— Czemu pani podsłuchuje? — odezwał się głośno, na co łaciata wzdrygnęła się i otworzyła szerzej oczy.
— Ja? Podsłuchuję? Chyba ci się coś przewidziało, maluchu — mruknęła nerwowo, spoglądając to na kremusa, to na wejście do lecznicy. — Lepiej wracaj już do swojej mamy, zanim zacznie się martwić — dodała, machając łapą w stronę kociarni.
— Mamy? Ale ja nie mam mamy. Mam tylko tatę i starszą siostrę! — oznajmił, mrużąc oczy.
Co za wtopa!
— W takim razie wracaj do nich, zamiast się szwendać po obozie — odrzekła słodkim głosem.
Nim kremowy zdążył coś odpowiedzieć, z lecznicy wybyła Zalotna Gwiazda.
— Och, muszę już iść! Żegnaj, maluchu. Mam teraz zbyt dużo na głowie, by pozwolić sobie na rozmowę z tobą! — oznajmiła, po czym zniknęła w półmroku legowiska medyków.
Od razu wyszukała wzrokiem Cisowe Tchnienie. Gdy tylko ją spostrzegła, schyliła głowę, by okazać jej szacunek. Jeśli w sercu nie była wzorowym Wilczakiem, to przynajmniej z pozoru mogła za takiego uchodzić.
— Dzień dobry, Cisowe Tchnienie. Moja matka, Brukselkowa Zadra, bardzo źle się czuje i nie ma siły przyjść do lecznicy. Czy byłabyś skłonna odwiedzić ją w legowisku wojowników i sprawdzić, co jej dolega? Bardzo się o nią martwię — oznajmiła, czując, jak serce zaczyna jej bić mocniej z nerwów.
Szylkretka przez moment wpatrywała się w nią pustym wzrokiem, po czym skinęła głową i opuściła legowisko, kierując się w stronę tego, które zamieszkiwali wojownicy. Ośnieżony Kryształ wpierw ruszyła jej śladem, lecz po chwili zatrzymała się, widząc niedaleko Kalinowy Powiew. Starsza wciąż często nawiedzała jej myśli, lecz Kryształka nigdy nie miała na tyle odwagi, by wyznać jej swoje uczucia. Co prawda starała się raz po raz do niej zagadywać i jakoś wzmacniać ich przyjaźń, lecz wciąż wahała się przed wyznaniem tego, co czuje. Nie wiedziała nawet, czy powinna. Kalinka zapewne i tak nie czuje tego samego. Odrzuci ją, a Kryształka tylko niepotrzebnie się zawiedzie!
Gdy tak wpatrywała się w starszą wojowniczkę, przed jej pyskiem przemknął białofutry kocur — Rozbity Księżyc. Kryształka uznała, że rozmowa z nim będzie świetnym rozwiązaniem na ból związany z myślą o Kalinowym Powiewie, i od razu ruszyła jego śladem.
— Rozbity Księżycu, zaczekaj! — krzyknęła za kocurem, na co ten zatrzymał się gwałtownie.
Kryształka szybko go dogoniła i dodała:
— Nie chciałbyś może zjeść ze mną wspólnego posiłku? Zaczęłam robić się trochę głodna, a nie chcę jeść sama, tym bardziej, jeśli mogę zrobić to z kimś, kto wydaje mi się ciekawym kotem! — Nie wiedziała nawet, po co skłamała. Wcale nie była głodna, a oprócz tego nawet nigdy wcześniej nie pomyślała o tym, by zagadać do Księżyca!

<Rozbity Księżycu?>

Wyleczeni: Zalotna Gwiazda, Brukselkowa Zadra

Od Wdzięcznej Firletki

Jakiś czas temu…

Wsunęła pysk pomiędzy zioła, wybierając z niego parę jagód jałowca oraz liści malwy. Wzięła głęboki oddech, smakując zapachu medykamentów, do którego przez te wszystkie księżyce tak przywykła, że zaczął on ją po prostu uspokajać.
Po paru uderzeniach serca cofnęła się. Gdzieś z tyłu dobiegało do niej ciche, rytmiczne pomrukiwanie Wełnistej Mszycy, pochylonej nad Białym Strumieniem.
— Jak jego gorączka? — zapytała cicho, uważając na zioła w pysku.
Asystentka podniosła spojrzenie, przekręcając lekko głowę w bok i wzdychając cicho.
— Na razie bez zmian.
Zawsze zazdrościła w duchu kotce relacji, którą miała z rodzeństwem. Tęskniła za Skowronkiem.
Skinęła krótko głową, przechodząc obok kotki i muskając jej bark ogonem w geście pocieszenia. Łapa albinoski, trzymająca zimny kompres na czole brata, drgnęła.
— Nic mu nie będzie — miauknęła, zbliżając się do wyjścia z Kamiennej Wieży. — Idę odwiedzić Wędrujące Niebo, wrócę przed zachodem słońca. Gdyby mu się pogorszyło, poślij kogoś po mnie.

↠ₓ⊹❈⊹ₓ↞

Jej futro otarło się o kamienną ścianę. Wstąpiło do Groty Pamięci, skinieniem głowy witając się z Wędrującym Niebem i siedzącym obok Zawodzącym Echem.
— A więc?
Głos kronikarza był niewyraźny, jednak patrzył się na zastępcę z uniesioną brwią. Nie zwlekając, zbliżyła się do niego, delikatnym ruchem każąc podnieść mu się z posłania, w które wciśnięty był jego pysk, po czym położyła przed nim przyniesione zioła.
— A więc co? — zapytała, cofając się o krok.
Wędrujące Niebo spojrzał wymownie na czarnofutrego kocura, którego wargi wykrzywione były w grymasie. Echo spuścił wzrok i westchnął.
Coś w jej żołądku zrobiło niespodziewany przewrót. Już czuła, że nie przyniesie to nic dobrego.
— Śniący Obserwator znowu poinformował mnie o tym, co usłyszał — wydusił z siebie. Firletka zastrzygła uszyma; jego głos zadrżał, a ślipia zabłysły. — Tym razem powiedział o… Pozbywaniu się mojego ojca. I o tym, że chciałbym ociąć wszystkich od władzy i zrobić taki sam ustrój, jaki panuje w Klanie Nocy. Firletko, oni chcą się nas... Pozbyć. Mnie, mojego ojca, może- może nawet moich dzieci!

wyleczeni: Biały Strumień, Wędrujące Niebo

05 lipca 2026

Od Gąbczastej Perły CD. Trzcinowego Szmeru

— Za to powiedz mi, co tam u ciebie? Czy przyszłaś powiedzieć mi, jak strasznie idzie Klekoczącemu Bocianowi? A może masz coś innego ciekawego do powiedzenia? — zapytała Trzcinowy Szmer.
Gąbczasta Perła zachichotała pod nosem. Prawda była taka, że nic ciekawego ostatnio się u niej nie działo. Przynajmniej nie aż tak ciekawego, jak u Trzcinki! Medycy nie mogli się wiązać, posiadać kociąt ani, broń Klanie Gwiazdy, uczestniczyć w ceremonii połączenia jako jeden z dwojga partnerów!
— Co u mnie, pytasz? Cóż, nic, co mogłoby cię zainteresować — westchnęła, po czym pokręciła głową. — Ale tak, Klekoczący Bocian ostatnio zachowuje się inaczej. Jest jeszcze mniej zaangażowany w medyczne obowiązki niż wcześniej! Ten kot jest niereformowalny — burknęła, przewracając oczami. — Mam nadzieję, że niedługo ktoś z rodu doczeka się kociąt. Klekoczący Bocian sprawia, że czuję się starsza o co najmniej czterdzieści księżyców! Najchętniej odeszłabym do starszyzny już teraz, gdybym tylko miała godnego następcę — zaśmiała się, spoglądając na Trzcinkę.
Cieszyła się, że przynajmniej ona się nie nudzi i że w życiu wszystko dobrze jej się układało. Nie każdy był w stanie znaleźć sobie porządnego partnera i doczekać się wspaniałych kociąt. Taki los zarezerwowany był tylko dla najlepszych — czyli właśnie dla burej szylkretki. Była naprawdę szanowaną członkinią Klanu Nocy, więc to oczywiste, że musiały spotykać ją same dobre rzeczy!
— Na razie nie zapowiada się na żaden miot w waszym rodzie… Rogaty Flaming jest jeszcze młody — mruknęła Trzcinowy Szmer, na co dymna nerwowo poruszyła końcówką ogona. Jeśli pointowi coś się stanie, to co będzie z rodem? Czy wtedy Błękitna Laguna i Szałwiowe Serce zostaną zmuszeni do posiadania kociąt?
— To prawda, ale wiesz, miłość jest nieprzewidywalna. Czy spodziewałaś się, że Wężynowy Kieł zajdzie w ciążę z księciem? Jeszcze się okaże, że Szałwik z kimś potajemnie kręci! Miejmy tylko nadzieję, że tym razem z kimś z klanu — zachichotała.

* * *

Martwiło ją to, co ostatnio działo się w Klanie Nocy. O co chodziło Różanej Woni, gdy mówiła o tym, że droga Klanu Nocy opleciona jest mrokiem? Co mogły oznaczać jej słowa? Czy życie Nocniaków było obecnie zagrożone? Dymna nie rozumiała, co mogło to zwiastować. Może miało to jakiś związek z tymi borsukami? Nie, nie mogło. To musiało być coś związanego z Miejscem, Gdzie Brak Gwiazd! Czyżby wśród nich znajdował się jakiś zdrajca, który potajemnie nie wyznawał wiary w Gwiezdnych Przodków? Jeśli tylko Gąbka go wyniucha, to ukręci mu głowę! Klan Nocy nie mógł upaść. Klan Nocy nie mógł zostać pochłonięty przez zło!
Gąbczasta Perła została wyrwana ze swoich przemyśleń, gdy do lecznicy wszedł kot. Cała zadrżała, jakby bała się, że mógłby usłyszeć jej myśli. Na szczęście nie był to nikt ważny, a jedynie Lśniąca Ikra. Za nim stał też Siwa Czapla — obaj wyraźnie chorzy. Ikra wyglądał, jakby czuł się wyjątkowo niekomfortowo, zaś Czapla zdawał się niemal dusić.
Medyczka szybko do nich podeszła, chcąc mieć ich już z głowy, by móc wrócić do rozmyślań nad słowami Różanej Woni. Najchętniej zrobiłaby sobie wolne od obowiązków, by cały swój czas poświęcić na rozwiązanie zagadki, którą zesłał im Klan Gwiazdy.
— Co ci dolega? — spytała wprost starszego kocura.
Nim odpowiedział, obejrzała jego ciało, dostrzegając, że skóra jest zaczerwieniona.
— Niech zgadnę. Twoja skóra jest podrażniona? — mruknęła.
Lśniąca Ikra skinął głową.
Gąbka szybko zanurkowała do składziku, wyciągając z niego trybulę. Już miała podejść do niebieskiego wojownika, gdy nagle rozległ się głos Siwej Czapli:
— Gąbczasta Perło, ja naprawdę źle się czuję...
Kotka zmierzyła go morderczym wzrokiem, po czym przeniosła spojrzenie na swojego czarno-białego asystenta.
— Klekoczący Bocianie, widzisz, że mamy pacjentów, a zamiast tego się lenisz! Mógłbyś zająć się Siwą Czaplą. Widzisz przecież, że biedak zaraz nam tu padnie — warknęła.
Młodszy poderwał się ze swojego posłania, wyraźnie zaskoczony.
Gdy Klekotek wreszcie zajął się łaciatym, Gąbka wróciła do wmasowywania soku z trybuli w podrażnioną skórę wojownika.
Po skończeniu Lśniąca Ikra podziękował jej i wyszedł z lecznicy, mijając w progu Ćmię Mżenie.
Na litość Klanu Gwiazdy! Czemu wszyscy nagle postanowili zlecieć się do legowiska medyków? Czy mówiąc o mroku, Różana Woń miała na myśli jakieś nieszczęścia? Może pierwszym z nich była plaga? Epidemia?

* * *

Słowa Różanej Woni wciąż nie dawały jej spokoju. Im dłużej nad nimi rozmyślała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że sama nie zdoła rozszyfrować znaczenia tej przepowiedni. Może powinna z kimś o tym porozmawiać? Tylko z kim? Na Klekoczącego Bociana nie miała co liczyć. Mandarynkowa Gwiazda z pewnością miała teraz na głowie znacznie ważniejsze sprawy niż wizje emerytowanej medyczki. Poza tym dymna nie wiedziała nawet, jaki stosunek liderka miała do tej całej perły. Gąbczasta Perła natomiast była przekonana, że naprawdę stanowiła ona most między Klanem Nocy a Klanem Gwiazdy. W końcu otrzymała imię właśnie na jej cześć! Szkoda tylko, że wraz z mianowaniem nie odziedziczyła również daru swobodnego kontaktowania się z Gwiezdnymi Przodkami.
W końcu postanowiła odwiedzić Trzcinowy Szmer. Buraska była rozsądna i bystra, więc może pomoże jej spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Poza tym, odkąd została namiestniczką, Gąbka nie miała jeszcze okazji pogratulować jej osobiście. Była zbyt zajęta obowiązkami medyczki, by choć na chwilę zajrzeć do kociarni i wspólnie z Trzcinką nacieszyć się jej sukcesem. Dobrze chociaż, że mogła uczestniczyć w ceremonii łączącej jej i Żmijowcowej Wici. Naprawdę tworzyli piękną parę i dymna z całego serca życzyła im szczęścia.
Kiedy jednak zmierzała w stronę żłobka, przypadkiem natknęła się na bardzo znajomego kota — Stroczkową Nadzieję. Kocur od wielu księżyców pozostawał więźniem i Gąbczasta Perła wciąż nie potrafiła pojąć, dlaczego nie próbował zawalczyć o awans, godząc się na najniższą pozycję w klanowej hierarchii.
Przez krótką chwilę patrzyli sobie w oczy. Nim jednak medyczka zdążyła go wyminąć, Stroczek odezwał się pierwszy:
— Właśnie szedłem do lecznicy. Od rana okropnie boli mnie głowa.
Dymna poruszyła wibrysami.
— W takim razie nie trać czasu i idź dalej. Niech zajmie się tobą Klekoczący Bocian — odparła krótko, po czym ruszyła dalej w stronę żłobka.
Gdy weszła do środka, od razu odnalazła wzrokiem Trzcinowy Szmer.
— Trzcinko! Tak się cieszę, że ty i Żmijowcowa Wić oficjalnie przeszliście ceremonię łączącą — zamruczała na powitanie, podchodząc bliżej karmicielki. — I gratuluję ci zostania namiestniczką! Możesz być z siebie naprawdę dumna. Mandarynkowa Gwiazda stworzyła tę rangę specjalnie po to, by uhonorować właśnie ciebie. Czy to nie wspaniałe?
Usiadła przed szylkretką, uśmiechając się ciepło.
— A tak przy okazji, wyobraź sobie, że ostatnio do lecznicy przyszedł Rezedowa Łapa. Pogryzł go szczur! Co za wstyd. Marny z niego uczeń, skoro nawet taki niewielki gryzoń zdołał go pokonać.
Na moment odwróciła wzrok w stronę Nura i Łabądki. Miała ochotę zapytać o maluchy, lecz ostatecznie ugryzła się w język. Przyszła tu przecież w zupełnie innym celu.
Po chwili jej uśmiech zgasł.
— Wiesz... słyszałaś może o tym, co mówiła Różana Woń? O tym, że Klan Nocy czekają mroczne czasy? — spytała znacznie cichszym głosem. — Nie potrafię przestać o tym myśleć. Strasznie mnie to zaniepokoiło. Chciałabym poznać twoją opinię... bo sama już nie wiem, co o tym wszystkim sądzić.

<Trzcinowy Szmerze?>

Wyleczeni: Lśniąca Ikra, Siwa Czapla, Ćmie Mżenie, Stroczkowa Nadzieja, Rezedowa Łapa

Od Lilakowej Łapy

Słońce wstało znad horyzontu już jakiś czas temu, w obozie było znacznie jaśniej niż paręnaście bić serca temu. Koty zaczynały się budzić a ilość ich które spały w legowiskach znacznie się zmniejszała z każdym biciem serca. Jednak jeszcze nikt, na razie nie wychodził z jaskini służącej Klanowi Klifu za obóz. Każdy dopiero się rozbudzał, dopiero szykował do wykonywania swoich obowiązków. Nic dziwnego, że dwójka młodych kotów siedziała w obozie. Rodzeństwo obudziło się już jakiś krótszy czas temu. Cicha Łapa, jeden z nich był jak zwykle dosyć cichy. Nie mówił ani słowa, to było dosyć charakterystyczne dla brata Lilakowej Łapy. Wpatrywał się tylko od czasu do czasu w koty siedzące w obozie ciekawskim wzrokiem. To też było dosyć typowe dla kocurka. Oboje czekali obecnie na swoich mentorów, a dokładnie na to, jak postanowią wziąć ich na trening. Rodzeństwo było też mocno pogrążone w myślach. Każde w czymś innym. Lilak starając się nie myśleć o śnie (znów śniła jej się matka, dziwne), który miała tej nocy, skupiała swoją uwagę na otaczających ją kotach. Jednak odwracając swoje myśli od matki oraz patrząc na swoich pobratymców, w jej mózgu rodziła się jedna, kłująca niczym drzazga myśl. Czemu jest aż tak niska? Kotka ostatnio miała wrażenie, że nie przepadała za swoim wzrostem. Nie lubiła być niższa niż wszyscy. Czuła się przez to słaba. Była dla nich jak nieistotna mróweczka. Nie zdolna do zrobienia czegokolwiek, niezdolna do walki i bronienia Klanu Klifu. Klan Klifu, jeśli nie licząc jej brata, był poniekąd jak jej jedyna rodzina. To te koty ją przygarnęły, uratowały bez wątpienia od śmierci z takiego czy innego powodu... Kotka była wściekła, nie chciała być słaba. Co, jeśli z powodu jej słabości porzuciliby ją? Co, gdyby ktoś uznał, że jest za słaba jak na klanowicza? Fakt, nigdy nie słyszała, by ktoś został wygnany z powodu tego, że ktoś był za słaby, ale przecież każdy oprócz kociąt w żłobku był od niej wyższy. Kotce wydawało się, że od jakiegoś czasu już nie rosła. Nigdy nie była wysoka, a brat zostawił ją mocno w tyle. Warto dodać, że Cicha Łapa nie był nadzwyczajnie wysoki. Był on normalnej wielkości jak na kota w jego wieku. Zostawiał ją w tyle ze wzrostem z każdym księżycem... Choć wiedziała, że to złe, zazdrościła tego, jak wysoki w porównaniu z nią był. Kotka, choć nie potrafiła jak na ten czas uwierzyć w Klan Gwiazdy, często modliła się w duchu przed snem, żeby to było tylko czasowe, by znów zaczęła rosnąć, nie chciała być bowiem bezużyteczna dla swojego klanu. Chciała być jego wartościowym członkiem. Fakt, nie każdy w klanie nadawał się do wszystkiego, niektórzy mieli jakieś niepełnosprawności, niektórzy urodzili się nawet ze zbyt krótkimi łapkami, byli niscy. Niżsi niż ona... ale ona urodziła się z normalnymi nóżkami... Nie chciała być rozczarowaniem dla Klanu Klifu z powodu jej wzrostu. Jak poślesz kota tak małego do walki...? To nie wydawało się mądrym pomysłem, przynajmniej dla Lilakowej Łapy. Jej rozmyślania staczały się na coraz mroczniejsze rejony, kotka czuła się z tego powodu winna. Zapewne, byłoby jeszcze gorzej, gdyby nie to, że zauważyła idącą w jej stronę mentorkę. Ta szybko odwróciła jej myśli od tego i wyprowadziła je nieco w jaśniejsze rejony. W oczach Lilakowej Łapy Przepiórczy Wicher była jak dar od Klanu Gwiazdy, o ile ten istniał. Była dla niej swego rodzaju idolką, nie miała takiej od czasu gdy... została porzucona z bratem. Podziwiała ją niemalże tak samo, jak matkę. Mentorka zawsze była radosna, energiczna. Liliakowa Łapa chciałaby być jak ona. A do tego miała podobne pochodzenie do niej. Dawało to Lilakowej Łapie nadziei, że kiedyś też będzie dobrą wojowniczką mimo pochodzenia od... pieszczochów. Miała nadzieje być dobra choćby w połowie jak ona. Kotka widząc, że jej mentorka jest już blisko, ruszyła się z miejsca, wymuszając na sobie uśmiech. Nie chciała zawieść cynamonowej szylkretki złym samopoczuciem. Zwłaszcza że ta miała widocznie dobry humor, uśmiechała się. Odchodząc, Lilakowa Łapa pożegnała się tylko z bratem:
— Pa, Cicha Łapo! Byle twój mentor szybko wstał! — w jej tonie delikatnie było słychać ukłucie smutku... Musi się postarać, by jej mentorka nie usłyszała tego, gdy będzie z nią rozmawiać.
Kotka powiedziała sobie, że da radę, chociażby żeby nie zawieść Przepiórczego Wichru. Nie chciała by jej mentorka, wiedziała, że nadal tęskni za matką, że jej się śni oraz że nie to nierzadka sytuacja.
— Witamy Lilakową Łapę! Dobrze dziś spałaś? Bo mam dziś pewną niespodziankę! — wymruczała mentorka, podchodząc do niej, z uśmiechem tak ciepłym prawie że niczym same promienie słońca wydawały się przy nim zimne.
Lilakowa łapa spojrzała w górę (to było dosyć wysoko, jej mentorka miała bardzo długie nogi, a ona sama była naprawdę niska), by popatrzeć w jej zielone oczy. Te spoglądały na punkt między jej oczami, no cóż, bywało i tak, gdy twoja mentorka miała zeza. Lilakowa Łapa była ciekawa czy Przepiórczy Wicher kiedykolwiek czuła się głupio z powodu jej zeza? Czy nie lubiła go tak jak ona sama swojego wzrostu...? Raczej nie, liliowej nie wydawało się, że ktoś tak radosny martwiłby się czymś tak drobnym. Nastała cisza, ale szybko została przerwana przez liliową.
— Jaką niespodziankę, pani mentorko? — spytała żartobliwie, po czym zachichotała. Lilakowa Łapa lubiła ją tak nazywać, mimo próśb mentorki.
— Wiesz, że nie musisz tak do mnie mówić — spróbowała przypomnieć Lilakowej Łapie, po czym dodała radosnym tonem. — Będziemy mieć na treningu gości...
— Bierzemy ze sobą Cichą Łapę? Dziękuję! Wie przecież pani mentorka, jesteśmy jak dwa kawałki jednego kamienia! Najlepiej jak jesteśmy gdzieś razem, a nie rozbici i leżący gdzie indziej! To miłe z pani mentorki str... — powiedziała uradowana, przerywając własnej mentorce. Nie przewidziała, że jej wypowiedź też zostanie przerwana.
— Przepraszam, Lilakowa Łapo, ale nie dziś — rzekła nieco zakłopotana Przepiórcza Wichura, przerywając Lilakowej Łapie. Dodała po chwili do nieco zawiedzionej uczennicy. — Zamiast tego, weźmiemy ze sobą Jajeczną Łapę oraz Kurzą Łapę. No cóż, to nic, prawda? Cicha Łapa będzie trenować z tobą kolejnym razem! Masz jeszcze sporo czasu na trening, więc się nie martw.
— To nic! Jajeczna Łapa jest chyba sympatyczna. Wie pani mentorka! A skoro ona jest sympatyczna to jej siostra raczej też! — mówiła wyraźnie rozweselona, niska uczennica. Główkę kotki wypełniło też inne uczucie, nadzieja. Co, jeśli udałoby się jej zaimponować Kurzej Łapie i Jajecznej Łapie na treningu, i te chciałyby zostać jej przyjaciółkami? W każdym razie dodała po chwili pytająco: — Myśli pani mentorka, że imię Długi Lilak do mnie pasuje? Gdy raz rozmawiałam z Kurzą Łapą, ta mówiła, że by mi pasowało!
— Nie, jestem pewna, że gdy przyjdzie pora, Lśniąca Gwiazda nada ci dużo lepsze imię! Nie jesteś długa, Lilakowa Łapo, bardziej krótka, nawet bardzo krótka — wymruczała, dodając po chwili: — A teraz chodź, idziemy po Jajeczną Łapę.
— Dobrze! Już idę! Już pędzę, jak ptak po niebie! — rzekła Lilakowa Łapa, staranie ukrywając fakt, że jest było nieco żal, że inne koty zauważały jaka niska była. Wiedziała, że jej mentorka nie robiła tego złośliwie, było to w końcu łatwo zauważyć, ale żal, a nawet swego rodzaju wstyd faktycznie się pojawił.
Przepiórcza Wichura musiała tego nie zauważyć, bo uśmiechnęła się szerzej i zaczęła iść. Kotki przeszły parę kroków do gniazda, w którym Klan Klifu trzymał zwierzynę, gdyż tam właśnie znajdowała się Jajeczna Łapa wraz z Kurzą Łapą. Kurza łapa obecnie przysypiała na stojąco, a Jajeczna Łapa próbowała z nią rozmawiać. Gdy ujrzała idące w ich stronę kotki, ruda odwróciła uwagę od siostry i rzekła:
— Dzień dobry! — ton Jajecznej Łapy był przyjazny.
— Cześć, Kurza Łapo i Jajeczna Łapo, przyszliśmy wam powiedzieć, że dziś będziecie trenować z nami! Chodźcie, zbieramy się i idziemy w teren — wymruczała cynamonowa, dodając po chwili: — Dziś trochę popracujemy nad włażeniem na drzewa, a potem, zaprowadzę was do tuneli oraz popracujemy nad nawigacją.
— Dobrze, dobrze — rzekła z małym zawiedzeniem oraz niezadowoleniem w głosie, wyraźnie zmęczona, Kurza Łapa. Czyżby się nie wyspała? Lilakowa Łapa była ciekawa czemu.
— No to idziemy? — powiedziała ruda kotka
— Idziemy! Do przodu — odpowiedziała pełnym energii głosem Przepiórcza Wichura, dodając po paru biciach serca: — Za mną! Proszę iść każda za sobą, by się nie zgubić. Lilakowa Łapo, ufam ci, że je przypilnujesz, więc idziesz ostatnia.
Lilakowa Łapa poczuła ukłucie żalu, że musiała iść ostatnia. To było z powodu jej wzrostu, czyż nie? Czemu to czuła? Jej mentorka nie jest winna, czuła się głupia za to odczucie... W końcu była na tyle miła, by nie powiedzieć tego wprost. Jednak nic nie powiedziała. Zresztą nikt nic już nie powiedział, grupka uczennic po prostu podążyła za idącą w stronę wyjścia cynamonową szylkretką. Lilakowa Łapa znów przeklęła swoje zmęczenie w głowie i zaczęła iść za Kurzą Łapą.

[1396 słów]

Od Kropli CD. Psianki

— Wiesz... właściwie to trochę twój interes — zaśmiała się kotka. — Bo kiedyś byłam prawie pewna, że sama zostanę stróżem. Pamiętasz? Bawiłyśmy się w pomocników. Ty byłaś wielkim stróżem, a ja twoją pomocniczką.
Kropla pamiętała tę zabawę. Pamiętała też, że wtedy wydawała jej się totalnie absurdalna. Leczenie mchu… Nic nawet nie dawało do prawdziwego życia stróża. Kropla nie leczyła, podawała tylko zioła, gdy było wiele chorych. Właściwie Kropla nie robiła nic pożytecznego…
— Leczyłyśmy kawałek mchu i ratowałyśmy wyimaginowane kociaki. Byłam wtedy przekonana, że nie istnieje ważniejsza praca na świecie. W sumie nadal uważam, że jest bardzo ważna. Bez stróżów obóz pewnie szybko przestałby działać tak, jak powinien — spojrzała na kotkę. Kropla tylko wzruszyła ramionami, uciekając znów gdzieś wzrokiem. — Po prostu... z czasem odkryłam, że mnie ciągnie trochę gdzie indziej.
Wzrok kotki wylądował na wyjściu. Kropla pamiętała, że jako uczeń wychodziła tylko wtedy, gdy trzeba było nauczyć się wspinaczki. Teraz zresztą nie wychodziła dużo częściej, czasem jednak brała się z uzdrowicielami na szukanie ziół.
— Na samym początku, wszystko wydawało mi się obce. Nawet zwykły spacer poza obozem był czymś zupełnie nowym. Było tyle zapachów, śladów i miejsc, których wcześniej nigdy nie widziałam. Pamiętam, że nie mogłam przestać się rozglądać. Chciałam wiedzieć, dokąd prowadzi każda ścieżka, kto tędy przechodził i co znajduje się za kolejnym wzgórzem.
Kropla zmarszczyła brwi na te słowa. Chyba naprawdę była dziwna. Świat poza obozem ją przerażał, nie chciała go poznawać. Pamiętała bitwę z bobrami i to ile kotów nie wróciło, a ile wróciło okaleczonych, pamiętała, gdy Guziczek przyniósł rozjechane ciało Gąski. W obozie było bezpieczniej.
— Chyba właśnie wtedy zrozumiałam, że chciałabym zostać zwiadowczynią. Nie dlatego, że praca stróża przestała mi się podobać. Po prostu... poczułam, że las mnie woła. Że chcę go poznawać i pomagać klanowi właśnie w taki sposób.
Kropla uśmiechnęła się na słowa kotki. Dobrze dla niej. Każdego interesowało coś innego. Ważne, że Psianka poszła w coś, co interesowało ją.
— Ale wiesz co? Ja naprawdę cię pamiętam — dodała z ciepłym uśmiechem. — Pewnie myślisz, że dla ciebie to były zwykłe obowiązki. Przychodziłaś do żłobka, pomagałaś karmicielkom i wracałaś do swoich zajęć. Ale dla mnie to nie było takie zwyczajne. Byłaś jedną z pierwszych dorosłych kotek, które pokazały mi, że pomaganie komuś może być czymś naprawdę fajnym. Nawet jeśli wtedy ratowałyśmy tylko kawałek mchu.
Kropla poczuła, jak ciepło rozlewa się po jej ciele. Faktycznie dla niej zabawa z maluchami była trochę jednym z kolejnych obowiązków. Chciała być przydatna, chociaż w jakiś sposób…
Psianka zaczęła mówić o treningu. Kropla usiadła wygodniej i słuchała. Widziała zakłopotanie, gdy wspominała o pierwszym, pytaniu mentorki, widziała zainteresowanie, gdy mówiła o lesie. Widziała to, jak bardzo podoba jej się bycie zwiadowcą. Uśmiechnęła się.
— To trochę tak, jakby cały las opowiadał historię, tylko większość kotów nawet nie wie, że można ją przeczytać — Kropla zastanowiła się moment, ale po chwili pokiwała głową. — I właśnie dlatego chyba zostałam zwiadowczynią. Bo ciągle mam wrażenie, że jeszcze niewiele umiem. Że każdego dnia mogę nauczyć się czegoś nowego. Nie wiem, czy będę najlepszą zwiadowczynią w klanie... ale bardzo chciałabym kiedyś spojrzeć na ślady w ziemi i od razu wiedzieć, kto tędy szedł, dokąd zmierzał i czy powinien mnie zaniepokoić.
Krople chyba ujęła ta szczerość. Większość kotów jednak wpatrywała się w siebie. Jak się uprzeć to ona też patrzyła na siebie – chciała robić jak najwięcej, aby była doceniona. Psianka chciała jednak jak najbardziej pomagać innym. To dobrze! Chociaż Kropla miała nadzieję, że jej bycie miłym dla wszystkich nigdy się na niej nie odbije.
— Rohan mówi, że z czasem przestanie to być zgadywanka, a stanie się czymś naturalnym. Mam nadzieję, że ma rację. Bo naprawdę chciałabym kiedyś znać las tak dobrze, jakby był moim własnym legowiskiem — przerwała mówienie.
Kotka zamrugała kilka razy, nie rozumiejąc zmiany zachowania uczennicy.
— Wybacz mi Kroplo, trochę się rozgadałam… — mruknęła.
Kropla zaśmiała się cicho i pokręciła głową. Zamruczała uspokajająco i się podniosła.
— Wszystko dobrze, Psianko — zapewniła stróżka. — Lubię słuchać innych kotów. Wolę ich słuchać.
Jeśli w ogóle z nimi rozmawiam — dodała już w swoich myślach. Lubiła koty z Owocowego Lasu, poznała ich już trochę. Albo akurat byli u medyków, albo czegoś od niej potrzebowali. Jednak z żadnym z nich nie miała większych relacji. Rozmawiała z Kasztanką, jej mentorem Fruczakiem, i Smugą, gdy ten jeszcze żył. Z innymi kotami po prostu nigdy szczególnie nie zaiskrzyło, a kotce nie zależało szczególnie na przyjaźniach. Teraz do grona jej bliskich doszła Psianka.
— Cieszę się, że znalazłaś swoją drogę — dodała po chwili z ciepłym uśmiechem.
Spojrzała w stronę lasu. Ciekawe co by było, gdyby została wojownikiem? Albo zwiadowcą? Czy wtedy jej ojciec dalej by żył? A może gdyby była uzdrowicielem, to wiedziałaby, co robił Wiciokrzew i Smuga by żył...? Ale była tylko stróżem… Pokręciła głową i spojrzała na Psiankę.
— Jeśli chcesz oczywiście, to możesz do mnie przychodzić. Chętnie posłucham o twoich przygodach — zaproponowała cicho. — Albo ogólnie możesz przychodzić. Jeśli czegoś potrzebujesz — dodała z ciepłym uśmiechem.

<Psianko?>

Od Iskrzyka CD. Borowika

— Pewien, że nie chcesz być Kyzr… ksi? — zapytał Borowik albo jak kto wolał Grzyb.
— Nie ma mowy! Szybciej nazwałbym się e… — i tu Iskrzyk przerwał na chwilę, by pomyśleć. Nastała cisza na parę bić serca. Powiedział jednak z chytrym uśmieszkiem na pysku, jego ton był delikatnie żartobliwy: — Co powiesz na Iskrzykowa Gwiazda? Czy nie byłoby to śmieszne?
— A nie jest to za długie? — zapytał Borowik z nieco zmieszaną miną.
— To, co powie drogi pan Borowik na Gwiazdora, czy nie brzmi to pięknie? — rzekł półżartem Iskrzyk.
— No to niech będzie — przyznał z delikatnym uśmiechem na pysku Borowik.
Dwójka kocurów rozmawiała jeszcze przez dłuższy moment. Jednak po jakimś czasie musieli pójść w swoje strony. Pożegnali się więc szybko i poszli do swoich obowiązków.

***

Iskrzyk wygrzewał się właśnie na środku obozu, siedział z łapami zawiniętymi pod siebie i odpoczywał. Zastanawiał się przy tym, jak zagadać do Płatka, który siedział sobie na drugim końcu obozu. Białoliliowy kocur znów wyglądał na zgubionego, jak to miał w zwyczaju, gdy nie było w pobliżu matki. Z tego, co Iskrzyk widział, kocur, nie miał zbytnio znajomych, o ile ich miał. Miał już do niego iść, spróbować porozmawiać, gdy zobaczył Borowika. Młody zwiadowca szedł w stronę swojego legowiska. Szybko postanowił go zaczepić:
— Hej, grzybie! Chodź mi tu, potrzebuję pomocy! — rzekł kremowy pewnym tonem.
— Tak? — spytał Borowik, podchodząc do niego.
— Chcesz wyjść ze mną z obozu i przekonać Płatka by to z nami zrobił? Wygląda na nieco zagubionego, nie uważasz? — spytał kocura.

<Borowiku? Masz questa!>

Od Guziczka CD. Śnienia

Przed narodzinami dzieciaków

— Teraz na pewno ci nie powiem — mruknął kocur, na co Guziczek westchnął. — Najpierw będę musiał uzgodnić to z Kolendrą, a poza tym ja ostatnio też jestem częścią Owocowego Lasu. Daj mi trochę czasu na przemyślenia, czy warto.
Kocur pokiwał głową. Rozumiał obawy Śnienia i nie miał zamiaru z nimi się kłócić. Nie był miły dla Śnienia i nadal nie miał zamiaru traktować go jak największego przyjaciela. Czarny kocur jednak nie był tak nieprzydatny, jak wcześniej Guziczek sądził. Mógł z nim planować różne rzeczy, a kto wie. Może te plany przydadzą się mu, gdy już będzie władał innymi.
— A teraz wybacz, ale muszę wracać do polowania. Kolendra czeka na mnie na dole — wskazał nosem zastępcę.
Bury wcale nie był zadowolony, lecz machnął tylko niezadowolony ogonem i przeskoczył na kolejne drzewo, odsuwając się od nich.

***

Guziczek chodził wniebowzięty. Wszystkim mówił, że będzie miał kociaki. Wszystkim! Głowę miał w chmurach, lecz ciało było na ziemi. Poczuł więc impet, gdy ktoś na niego wpadł. Spojrzał na winnego i uśmiechnął się lekko, gdy zauważył, że to Śnienie. Chociaż ostatnio nie rozmawiali wiele, to Guziczek też zdążył całkowicie zaakceptować czarnego kocura jako członka Owocowego Lasu.
— Przepraszam — mruknął Śnienie.
— Nic się nie stało — zapewnił Guziczek.
Przyjrzał się mu. Ewidentne się gdzieś spieszył… A jednak dobre wieści się same nie rozniosą.
— Słyszałeś? Będę ojcem! — wypiął dumnie pierś. — Może nazwę jakiegoś malucha po tobie — zażartował.
Śnieniu widocznie jednak nie udzielał się dobry humor, na co Guziczek burknął niezadowolony.
— Gdzie się tak śpieszysz? — zapytał, a potem zamrugał kilka razy. — Idziesz pytać o to, co ostatnio? Coś z tym ruszyło? Dowiem się zresztą wreszcie co dokładnie? — zalał go pytaniami.

<Śnienie?>

04 lipca 2026

Od Malutkiej

Wyprostowani odwiedzali kocięta coraz częściej. Mama mówiła, że to dlatego, że chcą, aby były one do nich przyzwyczajone. O ile Malutkiej nie przeszkadzały te wizyty, to nie lubiła być budzona tylko po to, aby ktoś mógł ją ponosić.
Drzwi były już otwarte cały czas, jednak nie można było wyjść na zewnątrz. Tylko Luna to potrafiła. Aby przedostać się za próg, należało pokonać wielką białą siatkę, która rozpościerała się tam, gdzie wcześniej były zamknięte drzwi. Mama potrafiła przeskoczyć ją jednym susem, ale zanim Malutka będzie w stanie tak zrobić, minie wiele czasu.
Biała koteczka usłyszała głosy. Wyprostowani!
Po chwili zjawiło się dwóch dwunożnych, innych niż ci, którzy zazwyczaj odwiedzali kocięta. Mieli długie, białe obroże. Malutka spojrzała pytająco na mamę, a ta po raz pierwszy przy dwunożnych zjeżyła się.
– Kocięta, do legowiska – zakomenderowała stanowczym tonem.
Malutka jako pierwsza dotarła do pudła i schowała się w nim razem z Nalą i Riko. Luna wcisnęła się zaraz za nimi i popchnęła je w głąb posłania.
– Co się dzieje mamo? – zapytał się Riko.
Mama nie odpowiedziała. Odwróciła się przodem do wyjścia i zaczęła ocierać się o wyprostowanych, którzy usiłowali włożyć swoje łapy do jej legowiska. Luna, choć spięta, mruczała. Po chwili jeden z dwunożnych podniósł ją, a drugi złapał Riko i wsadził go do innego pudła.
– Mamo, co się dzieje?! – zawołała zdenerwowana Nala.
– Nic – westchnęła ta, objęta łapami wyprostowanego – zabierają was do obcinacza.
– Do kogo? – pisnęła Malutka sekundę przed tym, jak sama została zgarnięta do pudła, w którym znajdował się Riko. Po chwili dołączyła do nich Nala.
– Nie ma się czego bać – miauknęła mama, choć jej pysk mówił co innego – bądźcie dzielne. Niedługo się zobaczymy. To tylko rutynowe badania.
Malutka miała wrażenie, że jej mama nie mówi po kociemu. Obcinacz, badania i różne inne słowa… Miała nadzieję, że Luna wytłumaczy jej to, kiedy kocięta wrócą.
Twarda srebrna kratka na drzwiach została zatrzaśnięta, a całe pudło zachwiało się. Malutka zrobiła okrągłe oczy.
– Lecimy! – wykrzyknęła z ekscytacją. Może ten cały obcinacz nie był taki zły, skoro można było latać! Zorientowała się też, że pierwszy raz w życiu opuszcza pomieszczenie. Obserwowała, jak przelatują nad siatką, a później pokonują kolejne nieznane pokoje.
– To hałaskrzynia! – zawołała Nala, wskazując łapką na blachę
– Potwór! – przeraził się Riko.
– Cii… – uciszyła ich Malutka. Ona chciała podziwiać widoki w drodze na badania. Była ich bardzo ciekawa.

Od Malutkiej

Ściany pomieszczenia wybrzuszyły się, a drewniana część powierzchni została odłamana. Prostokątny kształt zniknął z nieprzyjemnym skrzypieniem. Luna zamruczała:
– Nie bójcie się kocięta. Drzwi się otworzyły, wyprostowani przyszli.
Malutka zdała sobie sprawę, że cała się nastroszyła. Zerknęła ukradkiem na Nalę. Ona siedziała przy mamie z gładko ułożonym futerkiem. Zatem czy tylko ona przestraszyła się tego otwarcia drzwi?
Dziura w ścianie była tak jasna, że koteczka musiała zmrużyć oczka. Wtedy z otworu wyłoniła się najdziwniejsza postać, jaką biała kiedykolwiek widziała. Co prawda mama już wcześniej opisywała jej wyprostowanych, ale to nie przygotowało Malutkiej na ten widok.
Dwunożny, który do nich przyszedł, był niezwykle wysoki. Przednie i tylnie łapy znacznie różniły się od siebie. Miał żółte, krótkie futro tylko na głowie i niebieskie oczy. Najdziwniejsze było jednak to, co miał na sobie. Mama nosiła czerwoną obróżkę, ale to, w co ubrany był wyprostowany, przekraczało wszystkie wyobrażania Malutkiej. Nie potrafiła nawet do końca tego opisać.
– To jest Ela – miauknęła mama – Tak mówią na nią inni wyprostowani.
– Cześć Ela! – wykrzyknęła Nala z podekscytowaniem. – Czy to ona zabierze mnie ze sobą, tak jak mówiłaś?
Luna zaśmiała się.
– Nie, na to jeszcze przyjdzie czas. To jest moja wyprostowana – odrzekła mama pewnie i z uniesionym ogonem podeszła do dwunożnej. Otarła się głową o jej nogę i zamruczała gardłowo. Samica schyliła się i pogłaskała Lunę po grzbiecie.
Riko i Nala tańczyli wokół dwunożnej, więc Malutka też do niej podeszła. Była ona bardzo głośna i energiczna. Zupełnie nie pasowała do spokojnej energii mamy. Biała koteczka na próbę uniosła wysoko ogon, tak jak robiła to wcześniej Luna, i spróbowała zamruczeć, ale chyba średnio jej to wyszło. W każdym razie wyprostowana prawie zmiażdżyła ją swoją dużą łapą. Kicia ugięła się nie zadowolona, ale nie uciekła, napotkawszy surowe spojrzenie mamy.
Wtedy dwunożna wyjęła coś z worka. Obróżki!
Pochyliła się nad jej siostrą i założyła jej fioletową obróżkę. Wymamrotała coś, co brzmiało mniej więcej jak Nla-la. Nala!
Po chwili przykucnęła przy jej bracie i zapięła mu na szyi zielony sznurek, szczebiocąc Ri-ko.
Gdy przyszła kolej na Malutką, wyprostowana przechyliła głowę i założyła jej niebieską obróżkę. Biała koteczka pozwoliła jej ją zapiąć, uważnie nasłuchując, czy ta powie jej imię. Nic takiego jednak się nie stało.
– Mamo? – miauknęła Malutka – Dlaczego nie powiedziała mojego imienia?
Luna wzruszyła ramionami.
– Najwyraźniej jeszcze nie wie, jak będzie ono brzmiało.
Malutka poczuła, że w oczkach zbierają jej się łzy.
– Zatem kiedy je poznam? – miauknęła z pretensją.
– Wtedy, kiedy przyjdzie na to czas – odparła mama, ziewając. Malutka poczuła, że nikt nie traktuje jej poważnie. Miała nadzieję, że to się zmieni, gdy tylko zostanie nazwana

Od Malutkiej

Zatem musiała się starać i robić te wszystkie rzeczy, o których wspomniała mama, aby nie trafić do rzeki. Jedną z nich było jedzenie karmy z pudełeczka.
Malutka na próbę podeszła do miski i wspięła się na tylne łapki, aby dosięgnąć brązowych kulek. Nie pachniały zbyt apetycznie.
– Mamo, Malutka próbuje ci zjeść jedzenie! – wrzasnął Riko.
Biała koteczka obróciła się przestraszona, a wtedy straciła równowagę i upadła wraz z miską, która przekręciła się do góry nogami. Kulki z głuchym grzechotaniem rozsypały się po posadzce.
– Kocię, co ty wyprawiasz! – wysyczała Luna z furią w oczach.
Malutka skuliła się. Nie chciała zrobić niczego złego! Chciała tylko pokazać wyprostowanym, że potrafi jeść z miski!
– Nie możesz jeszcze jeść karmy, jesteś za mała! Mogłabyś się zatruć – warknęła – Popatrz tylko jakiego bałaganu narobiłaś – mama przekręciła miskę łapą tak, że znowu stała prosto – Posprzątaj to z Nalą i Riko – poleciła zrezygnowana.
– Mamo, to niesprawiedliwe! – jęknęła Nala. Luna rzuciła jej surowe spojrzenie, a ta zamilkła.
Malutka miała ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu. Nie chciała ryzykować drugim przewróceniem miski, więc zaczęła gromadzić kulki w jednym stosiku. Była to dobra zabawa, choć jej rodzeństwo nie wydawało się podzielać jej zdania. Gdy przechodziła obok Riko, ten uderzył ją barkiem i spojrzał na nią ze złością.
– Uważaj jak chodzisz, Maluchu – warknął – Nie rób więcej nic takiego, bo nie mam zamiaru znowu po tobie sprzątać.
To nie było sprawiedliwe! Malutka mogłaby poradzić sobie sama. Poza tym nie zrobiła tego specjalnie! Nie wiedziała, że jest jeszcze za mała na karmę.
Gdy skończyli układać kulki w kupkę, Luna wrzucała je z powrotem do miski.
– Przynajmniej wyprostowani nie widzieli wyczynów Malutkiej – powiedziała Nala z przekąsem.
– Oj widzieli – odparła mama ponuro.
– Jak to? – zaciekawił się Riko
Luna wskazała łapą dziwny przedmiot wystający ze ściany.
– To jest wszechwidzące oko. Dzięki temu wyprostowani mogą nas obserwować, nawet jeśli ich tu nie ma. Wszystko co robicie jest oceniane. Więc zastanówcie się, zanim popełnicie kolejną głupotę – ostatnie słowa mama skierowała prosto do Malutkiej, która położyła po sobie uszka.
– Przepraszam, nie wiedziałam! – zaczęła się tłumaczyć, na co Nala prychnęła pogardliwie i wyszeptała coś do Riko. Spojrzenie Luny złagodniało.
– Wiem, że nie chciałaś Malutka. Zadbam o to, aby to się nie powtórzyło – biała kocica otoczyła córeczkę ogonem – A teraz wszyscy odpocznijcie. Niedługo przyjdą do was wyprostowani.
Malutka posłusznie spełniła polecenie mamy. Jej słowa napawały ją ekscytacją, ale też strachem. Co jeśli się źle zachowa? Co jeśli jej nie polubią. I co to jest rzeka?
Postanowiła, że zapyta się o to mamy trochę później, bo na razie wyglądało na to, że limit pytań się wyczerpał.

Od Malutkiej

Kolejne chwile spędzone z mamą i rodzeństwem wcale nie należały do najprzyjemniejszych. Malutka nie rozumiała wiele, choć słuchała uważnie Luny i dużo myślała nad usłyszanymi słowami.
Po jakimś czasie biała kocica ruchem ogona zawołała do siebie kocięta. Gdy te przyszły i wtuliły się w mamę, ta zaczęła mówić:
– Jak już wiecie, gdy osiągniecie dwa księżyce, zostaniecie wybrane przez swoich wyprostowanych – zaczęła Luna.
Malutka zacisnęła ząbki, zatrzymując pisk w gardle. Dwa księżyce wydawały jej się bardzo krótkim okresem, nie była pewna, czy będzie gotowa rozstać się z mamą i rodzeństwem tak szybko. Uznała jednak, że na razie jest na tym świecie zaledwie od kilku wschodów słońca i jeszcze będzie z rodziną przez długi czas. Poza tym, ciekawie będzie poznać świat za pomieszczeniem.
– Jak będzie wyglądać wybór? – zapytała się pewnym głosem Nala. Malutka zazdrościła jej takiego opanowania. Jej samej zapewne zadrżał by głos.
– To proste – pośpieszyła mama z odpowiedzią – gdy podrośniecie, wyprostowani zaczną do was przychodzić i was oglądać. Musicie być mili, dawać się głaskać, bawić się z nimi, biegać za piłeczką, a najważniejsze: mruczeć i ocierać się o nich kolana. Oni to uwielbiają. Wtedy was polubią i zabiorą. Jeśli będziecie mieć szczęście, może jeden wyprostowany weźmie was wszystkich, chociaż rzadko to się zdarza. Do tego czasu musicie nauczyć się jeść z miseczki i załatwiać się do kuwety. Musicie też spać przez całą noc.
– Noc? – dopytał Riko.
– Czas, kiedy jest ciemno. To jest noc. Wtedy na zewnątrz zachodzi słońce i widać gwiazdy. Nie możecie wtedy w tym czasie wychodzić z legowiska.
Malutka przechyliła ze smutkiem głowę.
– A co jeśli nie będę mogła spać? – zapytała.
– To sobie poleżysz – mruknęła sfrustrowana Luna, jakby to właśnie jej pytanie było głupie. Może dlatego, że było trzecie, a mama już traciła cierpliwość. Biała koteczka skuliła się, a kocica kontynuowała:
– Podsumowując, musicie załatwiać się do kuwety, jeść z miseczki, pić z miseczki i nie rozchlapywać wody, przesypiać całe noce, a gdy przyjdą wyprostowani, macie mruczeć i ocierać się o nich, dawać się głaskać i się bawić, pozwalać im na podnoszenie was i generalnie robienia z wami co chcą. Pod żadnym pozorem nie uciekajcie, nie stroszcie się, nie syczcie i nie daj matko nie drapcie ich!
– A co jeśli mnie nie polubią? – zasmuciła się Malutka.
Nala nachyliła się do siostry, a koteczka dostrzegła błysk w jej błękitnych oczach.
– Takie kocięta… Wrzucane są do rzeki! – wysyczała malutkiej prosto do ucha.
– Nie wiem, Malutka, jeszcze nigdy nie było takiej sytuacji. Zawsze ktoś zabierał kocięta – odpowiedziała jej mama, najwyraźniej nie słysząc słów drugiej córki.
Biała koteczka spięła się. Nie mogła trafić do rzeki! Nie wiedziała jeszcze, co to za jedna, ale nie brzmiała zachęcająco.

Od Malutkiej

Biała kotka siedziała na miękkim kocu. Poznała już swoje rodzeństwo, Nalę i Riko, oraz zwiedziła całe pomieszczenie.
Nie było ono wprawdzie duże, ale znajdowało się w nim wiele ciekawych rzeczy. Oprócz legowiska mamy, w którym ta spędzała najwięcej czasu, koteczka zaobserwowała interesujący pojemnik, do którego jej rodzicielka robiła kupę.
– Mamo? – miauknęła biała cicho.
– Tak, kocię?
Wszystkie pytania nagle wyparowały jej z głowy. Właściwie to na odwrót. Miała ich tyle, że nie wiedziała od czego zacząć.
– Mam kilka pytań – oznajmiła więc. Mama skinęła głową, zatem kontynuowała:
– Dlaczego sikasz do pojemnika?
Kocica zaśmiała się i zamruczała.
– To jest kuweta. Wyprostowani dali mi ją, aby moje legowisko pozostało czyste – wyjaśniła.
Kocię uniosło uszka. Nigdy nie myślało o tym w ten sposób. Ona zawsze załatwiała swoje potrzeby pod siebie i wcale nie uważała, że to niechlujne, w końcu mama zawsze po niej sprzątała.
– Gdy trochę podrośniesz, też będziesz musiała jej używać – zapowiedziała mama.
– A kto to są ci wyprostowani? – kontynuowało kocię z pytaniami.
– Niebawem ich zobaczysz. Dają nam jedzenie i schronienie, oraz się z nami bawią. Każdy kot ma swojego. Gdy trochę podrośniesz, jeden z nich przyjedzie po ciebie i zabierze cię.
– Zabierze mnie? Jak to, gdzie?
Mama uśmiechnęła się.
– Prawdopodobnie do jego gniazda. Wszystkie kocięta trafiają do swoich domów prędzej czy później.
– Ale po co? – Biała koteczka dalej nic nie rozumiała.
– Zrozumiesz, gdy trochę podrośniesz, kocię.
Koteczce nie podobało się, że mama już trzy razy w ciągu tej konwersacji użyła zwrotu “gdy trochę podrośniesz”. Wcale też nie lubiła tego, że mama mówiła do niej “kocię”.
– Dlaczego Nala i Riko mają imiona, a do mnie mówisz po prostu “kocię”? – wybuchła w końcu.
Mama poruszyła ogonem.
– Ponieważ wyprostowani ich już tak nazwali. Dopóki to samo nie stanie się u ciebie, będziemy do ciebie się zwracać “Malutka”.
Malutka. Zatem to było jej imię, dopóki wyprostowani nie nazwą jej inaczej. Nie podobało jej się to ani trochę, ale stwierdziła, że nie ma co się martwić na zapas. Na pewno wkrótce i ona zostanie nazwana.
– Mamo? Skąd będę wiedziała, jak nazwą mnie wyprostowani? – zapytała niepewnie.
– Poznasz to. Będą mówić do ciebie innym głosem, powtarzając jedno słowo – odparła.
– A ty mamo? Masz jakieś imię?
– Tak. Wyprostowani zdecydowali, że pasuje do mnie “Luna”.
Malutka miała jeszcze wiele pytań, bo prawie niczego nie rozumiała. Z jakiegoś powodu jednak była bardzo zmęczona myśleniem, mówieniem i siedzeniem, dlatego klapnęła przy mamie i niezadowolona wtuliła pyszczek w jej futro.
Może uda jej się dowiedzieć czegoś więcej, kiedy się obudzi.

Od Malutkiej

Było bardzo spokojnie. Prawie zupełnie cicho. Jedynym dźwiękiem było miarowe “bum”, które znała od zawsze. Było też bardzo ciepło. Czuła się… dobrze. Rytmiczne poruszanie się świata działało na nią uspokajająco i kołysało ją do snu.
Bardzo szybko jednak zaczęło się robić ciasno. Szybko zorientowała się, że oprócz niej są jeszcze dwie inne istoty.
W pewnej chwili poczuła, jakby cały świat się skurczył. Coś pchało ją do przodu. Nie wiedziała, co się dzieje. Uderzała łapkami o ściany wszechświata, a także w pozostałych.
Nagle jednej istoty zabrakło. Wciąż miała poczucie, że musi się wydostać.
Wtedy została sama. Znów poczuła się jak dawniej, kiedy mogła swobodnie się poruszać i nie wpadać na nikogo.
Zorientowała się, że jednak wcale nie było tak, jak kiedyś. Było tak, jakby ktoś pchał ją do przodu. Przez chwilę nic, a później znowu parcie. Gdy to stało się nie do wytrzymania, przestała walczyć z tym uczuciem i po prostu skierowała główkę w tę stronę, którą podpowiadał jej instynkt.
Po chwili poczuła przejmujące zimno. Zaczęła krzyczeć, protestować i piszczeć. Nigdy wcześniej nie czuła chłodu. To nawet nie było najgorsze. Pod sobą wyczuwała coś twardego! Nikt jej nie ostrzegł, że po drugiej stronie będzie tak niewygodnie. Gdyby wiedziała, wcale by nie uległa temu poczuciu, które kazało jej wyjść.
Wtedy jednak zapomniała o wszystkim, bo poczuła pewien zapach. Choć była to pierwsza woń, jakiej dane jej było zasmakować, to wątpiła, aby coś pachniało lepiej od niej.
Podążyła za tym słodkim zapachem i poczuła coś ciepłego i miękkiego na swoim ciele. Z jakiegoś powodu wiedziała, że to był jej świat. Gdy dostała się do sutka i zaczęła ssać mleko, słuchała miarowego “bum”. W jakiś sposób jej świat się powiększył, a pozostałe mieszkające w nim istoty również przeniosły się na drugą stronę.
Nie wiadomo czemu była bardzo zmęczona, przecież nic takiego nie robiła. Na chwilę przed zaśnięciem usłyszała słowa:
– Witajcie na tym świecie, kocięta.

03 lipca 2026

Nowy Członek Klanu Nocy!

Od Niezapominajkowej Nadziei

przed ślubem.

Nowa ranga wywołała zdziwienie Klanu Nocy. Niezapominajkowa Nadzieja sama była zdziwiona, w końcu to ona mogła być u boku Trzcinowego Szmeru w tej roli, zresztą, myślała, że Mandarynkowa Gwiazda nie ufa kotce. Chciała jej pogratulować, ale z drugiej strony nie była w pełni pewna co do rozmowy z kotką na takie tematy. Jednak czy nie pasowałoby jej pogratulować..? Westchnęła, po czym ruszyła do żłobka, gdzie aktualnie rezydowała nadal Trzcinowy Szmer. Do środka weszła niepewnie, gdyż nadal czuła się tam nieswojo. Karmicielka obserwowała teraz kocięta, które biegały po żłobku, bawiąc się ze sobą. Niezapominajkowa Nadzieja skinęła głową na przywitanie, na co szylkretka odpowiedziała tym samym.
— Gratuluję nowej rangi. Musisz być bardzo z siebie dumna. — Zaczęła dymna, rozglądając się trochę.
— Tak, Żmijowcowa Wić jest strasznie dumny, szczególnie z kociąt. — Odpowiedziała zadowolona, liżąc swoje pociechy. Cóż, nie o to zapytała Niezapominajka. Wbiła lekko pazury w ziemię.
— Cieszę się… Przyszłam na chwilę, bo zaraz wybieram się na patrol.
— Miłego patrolu i dziękuję za odwiedziny, Niezapominajko. — odpowiedziała jej Trzcinowy Szmer z lekkim uśmiechem.

teraźniejszość

Niezapominajkowa zebrała się przy reszcie kotów przygotowywujących się do wyjścia. Dzisiaj jak te księżyce temu również wybierała się na patrol, jednak już teraz czuła, że nie mogła odwiedzić kotki… Dlaczego była tak głupia? Po co jej to było, po co się wogóle odezwała… Na znak Kijankowych Moczar wyruszyli spod obozu. Czasami Niezapominajka zastanawiała się, kiedy ojciec zostanie starszym. W końcu kiedyś chyba musi. Niby był silny, ale jednak wydawało się jej czasami, że przydałaby się mu za niedługo emerytura. Dotarli do granicy z pustym terytorium. Podobno to tu znaleziono Szczawiowe Serce i jego syna. Kotka czasami sama zastanawiała się, czy czekoladowy zechce ją wydać Klanowi Nocy. Potrząsnęła łebkiem. Parol rozdzielił się, a ona sama została z ojcem. Spojrzała na niego z lekkim uśmiechem. Mieli zamiar sprawdzić granice, więc rozdzielenie się zawsze było najlepszym pomysłem na przeczesanie szybko terenu. Teraz szła u jego boku, a ich futra prawie się stykały. Niezapominajkowa Nadzieja szła dość przybita, co jej ojciec wyłapał dość szybko.
— Jak tam się trzymasz? — zapytał kocur.
— Nie najlepiej. Po prostu nie mogę uwierzyć, że tak zaprzepaściłam swoją szansę u Trzcinowego Szmeru. — głos kotki załamał się lekko.
— Wiem, o co ci chodzi. Ja sam pluję sobie w brodę do dziś, że nie dałem więcej Lodowej Sałacie. Jest mi tak przykro z tego powodu. — powiedział to cicho, a jego głos był pełen bólu. Niezapominajkowa Nadzieja już miała coś powiedzieć, gdy usłyszała coś w krzakach. Nie czuła jednak zapachu zwierzyny. Czuła kota. Czyżby samotnik wtargnął na ich terytoria?
— Słyszałeś? — zapytała ojca. Ten skinął głową, patrząc na zarośla. — Myślisz, że to jakiś samotnik?
— Trzeba będzie się przekonać. Hej, wyłaź stamtąd! — na słowa kocura szelest ucichnął. Czyżby wystraszyli samotnika? Po chwili jednak usłyszeć można było cichy płacz. Płacz kocięcia. Kotka podbiegła do krzaku, delikatnie go uchylając. To, co zobaczyła, sprawiło, że zachciało się jej wymiotować. Pomiędzy zaroślami siedział mały kociak, tulący do siebie nieżywe ciało, prawdopodobnie swojej siostry. Ruda kotka nie oddychała już, a wokół niej zbierały się muchy. Kocurek wystraszony spojrzał na dymną, sycząc.
— Hej, spokojnie, spokojnie… Nie skrzywdzę cię… — powiedziała kojąco kotka, próbując uspokoić młodszego. Nie wiedziała co robić. — Gdzie są twoi rodzice..?
— Oni… Nie wiem… Porwano nas, dwunożni, oni nas porwali… Zabrali do tych dużych klocków w których mieszkają… M- my chcieliśmy uciec, ale nie wiedzieliśmy, gdzie jest mama i tata… I znaleźliśmy się tu, ale Rufina, ona… Ona upadła i teraz nie chce wstać! — zapłakany kocurek tulił się do swojej siostry. Niezapominajkowa Nadzieja przełknęła ślinę.
— Ona… Nie żyje… Nie możesz już nic dla niej zrobić, tak strasznie mi przykro maluchu… Chodź, zabiorę cię w bezpieczne miejsce.
— Nigdzie nie idę! Zostanę przy niej, ona musi się obudzić, musi… — płakał, co niestety nie pomagało w uspokojeniu go. Niezapominajkowa Nadzieja kucnęła obok, lekko dotykając ogonem boku jego siostry. Spojrzała w niebo.
— Klan Gwiazdy, nasi przodkowie, będą ją mieli w opiece. Obiecuję ci to. Przyjmą ją do siebie i będzie tam bezpieczna, na niebie, jako jedna z gwiazd. — powiedziała, na co kocurek wciagnął smarka, patrząc na niebo.
— Klan Gwiazdy..?
— Tak. To koty, które umarły, Spoglądają na nas, zawsze. Na twoją siostrę też, jak i na ciebie. Być może… Zaprowadzili cię tu do Klanu Nocy. Może miałeś tu trafić.
— Klan Nocy? Co to?
— Miejsce z którego pochodzę. — odpowiedziała, jednak miała świadomość, że to nie jest prawdą. — Jest tam wiele kotów, nawet takich w twoim wieku. Choć, zabiorę cię tam i będziesz tam bezpieczny. Ale najpierw pochowamy twoją siostrę.
— Na pewno będę bezpieczny..?
— Na pewno. — kotka zerknęła na Kijankowe Moczary, który już w ciszy kopał dziurę. Gdy już skończył, włożyli tam ciało rudej kotki, a następnie zasypali je ziemią. Wyciągnęła ze swojego futra kwiat niezapominajki, po czym położyła na zasypaną górkę. Kociak siedział teraz wtulony w jej łapę, patrząc na kwiaty w jej futrze.
— Też mogę taki mieć..? — zapytał z nadzieją.
— Tak, oczywiście. — wyciągnęła kolejną niezapominajkę i wplotła ją w futro kociaka. Ten uśmiechnął się lekko, podziwiając kwiat. Po dłuższej chwili siedzenia w krzakach i modlitwy nad kotką udało się namówić małego aby poszedł z nimi. Kotka podniosła to za futro na karku i niosła teraz do obozu. Gdy już dotarli, musiała porozmawiać z Mandarynkową Gwiazdą. Podeszła do jej legowiska, a gdy ta zgodziła się niezadowolona na jej wejście, weszła do środka.
— Mandarynkowa Gwiazdo, znaleźliśmy kociaka na patrolu granic. — na jej słowa liderka odwróciła się, patrząc na znajdkę. Przez chwilę wydawała się być niepewna, jednak westchnęła.
— Trzcinowy Szmer ma kocięta w jego wieku. Zanieś go do niej. Wygląda na wygłodzonego. Jeśli chodzi o pozostanie w Klanie Nocy, nie widzę przeszkód. Potrzebne nam młode silne koty… — po jej odpowiedzi Niezapominajkowa Nadzieja podziękowała, zabierając kociaka do żłobka. Gdy weszła do środka, Trzcinowy Szmer spojrzała na nią, zdziwiona z wizyty, szczególnie po jej wybryku na ślubie, jednak gdy zobaczyła kociaka, wszystko stało się jasne.
— Na Klan Gwiazdy, on jest wychudzony… Gdzie ty go znalazłaś..? — zapytała wystraszona o dobro małego. Zapewne instynkt macierzyński kotki nie działał tylko przy jej kociętach. Niezapominajkowa Nadzieja spojrzała na niego zmartwiona.
— Na granicy. Podobno uciekł od dwunożnych, a jego siostra… Nie żyje. Pochowaliśmy ją w miejscu, w którym ich znaleźliśmy… — odpowiedziała cicho, gdy kociak ułożył się u boku Trzcinowego Szmeru. Kijankowe Moczary wejrzał do środka, przynosząc miekką, małą rybę, którą będzie w stanie pogryźć młodszy. Niezapominajka odebrała od kocura jedzenie, podając je małemu. Ten od razu wsunął szybko rybę, a uszy aż trzęsły się mu. Dymna spojrzała na Trzcinowy Szmer, która przyglądała się małemu z czułością. Być może to kociak jest kluczem do zbliżenia się do kotki… Jeśli jest na to oczywiście jeszcze jakakolwiek szansa…

Od Rogatego Flaminga do Łabądka

Ślub

— Co masz dla nowożeńców, Ulewny Szkwale? — Rogaty Flaming podszedł do fińczyka, zaciekawiony jego zawiniątkiem. Usadowił się obok, patrząc na kocura. Sam również miał prezent, ale... postanowił go na razie schować! Musiał zobaczyć, co mieli inni. Oczywiście jego prezent był najlepszy i z pewnością spodoba się najbardziej. Musiał najzwyczajniej w świecie się rozejrzeć...
Niebieski uśmiechnął się, zauważywszy, iż książę do niego podszedł i przy nim przysiadł.
— Sądze, książę, że na pewno dzięki nim w Klanie Nocy będzie bardziej stabilnie. Trzeba w końcu kogoś, kto przypomni, że królewski autorytet jest ważny w klanie — zrobił chwilę przerwy. — A co książę sądzi o naszych nowych namiestnikach? — zagadał, poprawiając się lekko na swoim miejscu, w dość nietypowy, a może nawet i niewygodny sposób...
Namiestnicy to była nowa ranga, którą obdarzono czwórkę kotów, z którymi, tak naprawdę, point nie miał szczególniejszych interakcji może poza paroma zamienionymi słowami i faktem, iż każdego dnia się widywali przez to, że żyli w jednym obozie. Może powinien, jako iż działali tuż obok rodu królewskiego, dowodząc kotom położonym niżej od siebie, jeśli wymagała tego sytuacja.
Żmijowcowa Wić był jego przyrodnim bratem, ale sam Rogaty Flaming nie czuł się w ten sposób, nie łączyła go nigdy szczególniejsza więź z kocurem, point był raczej zapatrzony w siebie i martwił się własnymi sprawami. W końcu musiał pomyślnie przejść trening i zostać wojownikiem! Zasłuży sobie na to miano po tak ciężkiej pracy. Skoro jednak słynęli z dobrej opinii i nie chwalili czekotów, może rzeczywiście Klan Nocy czekały lepsze czasy. U Flaminga pojawiło się lekkie niezadowolenie, że niebieski zmienił tak nagle temat. Jak on śmiał kierować rozmowę, w którą stronę mu się podobało? Liliowa Pieśń źle wpływała na kocura... — Wstydzisz się swojego prezentu, Ulewny Szkwale? — przypomniał się, a końcówka jego ogona podrygiwała z lekkiego podirytowania. Musiał wiedzieć, czy jego zawiniątko było lepsze. Oczywiście w jego mniemaniu było, ale może Szkwał lepiej znał gust nowożeńców... nie, przecież czemu by miał... To Rogaty Flaming wiedział najlepiej. A pytał kocura tylko po to, żeby upewnić się, że jego pozytywna opinia o księciu się nie zmieniła. Zastrzygł długimi, śnieżnobiałymi wąsami.
Uwagę kocura także przykuła nietypowa pozycja, jaką przybrał łaciaty i uniósł brew, ale wojownik postanowił, że najpierw sam odpowie na zadane mu pytanie, sprawnie wybijając go z coraz to wyżej rosnących podejrzeń wobec nietypowego zachowania kompana. — To porządne koty. Dopóki nie mówią dobrze o kotach czekoladowej maści, to będzie dobrze — powiedział pewnie, mrużąc niebieskie ślepia. — Klan Nocy potrzebuje miłych chwil, szczególnie po tylu tragediach, nie sądzisz? — kontynuował, licząc na bardziej wylewną konwersację dla zabicia czasu. Nie obchodziło go to szczególnie, co działo się w przeszłości, jeśli nie dotyczyło to osobiście jego, albo jego babci, Mandarynkowej Gwiazdy. No i oczywiście matki, kochanej szylkretki, która teraz siedziała dumnie napuszona z futrem tak ulizanym, że aż lśniła w chłodnym blasku księżyca.
— Nie, że się wstydzę, ale nie wiem, czy będzie wystarczający dla kotów tak wysoko postawionych w hierarchii, zdecydowanie wyżej ode mnie — odparł wreszcie fińczyk, gdy został nieco przyparty do muru. W przeciwnym razie nadal by ignorował zadane mu pytanie, skandal! — Wątpię, że będą dobrze mówić o nich, zwłaszcza po tym, jak ta Mysiomózgowa Łapa wpuściła nam bestię do obozu. Jak chciała tego borsuka, to mogła go wpuścić do swojej nory, wtedy ten większy by ją zjadł, szukając tego mniejszego i byłoby mniej problemu — kontynuował ze słyszalnym zamyśleniem. — Sądzę, że owszem, mam nadzieję, że takich miłych chwil będzie tylko przybywać!
— Nawet nie wypada dobrze o nich mówić — podkreślił książe, nawet usatysfakcjonowany odpowiedzią kocura siedzącego obok. Flaming był jeszcze kociakiem, kiedy Mysiomózga Łapa wpuściła do obozu borsuka i nieszczególnie go to obchodziło, raczej był skupiony na tym, żeby to jemu było dobrze. Bardzo irytował go fakt, iż nie pozwalano mu spać, bo to albo trzeba było go chronić, albo przenieść, albo wiecznie budzić... dobrze, że teraz, jako wojownik, mógł sobie spać tyle, ile mu się żywnie podobało. — Czekoladowe koty są problemem i zsyłają na naszą wspaniałą społeczność same nieszczęścia, zawsze muszą wymyślić coś, żeby nam nie było dobrze za długo — przejechał językiem parokrotnie po swojej piersi, ponieważ jeden z kosmyków mu się wykrzywił, a musiał prezentować się olśniewająco. — Ale ty to na pewno wiesz, ponieważ jesteś mądry, w porównaniu do twojej siostry — dopowiedział jeszcze, a na samą myśl o niebieskiej szylkretce jego pysk przyzdobił lekki grymas. Wypędził go jednak i machnął parokrotnie łapą.
— Pomyśleć, że nawet są tak uciążliwe, że siedzą w naszych umysłach. Na szczęście możemy je wyprzeć i jak Książę, powiedział cieszyć się ceremonią ślubną.
— Ale co my tam. Po co mamy rozmawiać o przykrościach, skoro celem dzisiejszego spotkania jest zabawa. Zabawmy się, nie ma co strzępić języka na te pokraki — zaśmiał się, a końcówka jego ogona uderzała lekko o grunt, jakby żyła własnym życiem. Przy wypowiedzeniu tych słów szturchnął lekko w bark, przyjacielsko, fińczyka, a za nim zamigotało liliowe futro. Rogaty Flaming odwrócił się i ujrzał liliową kocicę, jego pysk momentalnie przybrało niezadowolenie, uszy położył po sobie, a serce zastukotało, nie spodziewając się jej tutaj. — Co TY tu robisz? — powiedział chłodno, wpatrując się w zielonooką. Nie była zaproszona!
— Poproszę wszystkich o zajęcie miejsc. Niechaj ceremonia się zacznie! — rozległ się donośny głos Mandarynkowej Gwiazdy. Ulewny Szkwał udał, że nic nie miało miejsca, przy okazji nadal próbując chować za sobą liliową, zajmując tym samym swoje miejsce. Point spojrzał w stronę babki na czas, kiedy mówiła, a potem ulotnił się do przestrzeni wyznaczonej dla niego, co jakiś czas łypiąc wrogo ślepiami w kierunku wojowniczki. Kisił w sobie jakimś cudem emocje, żeby przypadkiem nie wybuchnąć złością i nie zostać wyrzuconym z wysepki. Nie mógł pozwolić na to, żeby jakaś kotka mu zrujnowała opinię wyrobioną o nim. Im więcej na nią patrzył, tym bardziej zasiewało to w jego sercu niezadowolenie, dlatego wreszcie zerknął na nią ostatni raz, a potem na Mandarynkową Gwiazdę, teraz już zwyczajnie, oczekując dalszego rozwoju wydarzeń. Trzcinowy Szmer ustawiła się przy ołtarzu, tam czekał na nią już Żmijowcowa Wić.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, żeby uczcić miłość Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici oraz przypieczętować ją oficjalną więzią! — ogłosiła, po czym popatrzyła przez chwilę na oboje państwa młodych, moment później przekierowując wzrok na zgromadzonych. — Jeśli ktokolwiek chce wyrazić sprzeciw, niech zrobi to teraz.
Z tłumu podniosła się dymna kotka, a uderzenie serca później rozległo się donośne:
— Nie zgadzam się! — na jej krzyk zdziwione westchnienia przeszły całą wyspę, a na pyszczku Trzcinowego Szmeru wymalowany był szok i niedowierzanie. Książę poruszył się lekko, nie spodziewał się takiej sytuacji, ale też nie miał żadnych oczekiwań, no może poza podziwianiem jego za sam fakt istnienia, ale to była część każdego dnia... Spojrzał na zielonooką z zaintrygowaniem. Miała odwagę i czelność przerwać taką ceremonię? Musiała mieć rybią strawę zamiast mózgu albo najadła się za dużo ryb! Srebrna kocica u szczytu zmarszczyła brwi z zaskoczeniem, point chłonął każdą reakcję niczym gąbka wodę, niczym podekscytowane kocię, w myślach dopowiadając sobie, jak dalej mogło się to potoczyć, próbując tym samym mimowolnie zgadnąć przyszłość. Niezapominajkowa Nadzieja popatrzyła na parę z pytaniem w oczach.
Nagle jego uszy wyłapały jakiś szept, a potem przemówił Ulewny Szkwał, zaczepiając go. Point zaś nie odpowiedział na pierwszą część, zbyt zajęty całą aferą, musiał przecież coś mieć od życia, bycie księciem w końcu nie jest takie łatwe...
— Co za hańba, że Niezapominajka musi rujnować ten ślub, a nawet to nie początek tej uroczystości!
Rogaty Flaming trzepnął gniewnie ogonem, a niebieski odwrócił się ku kocicy za nim, chowając ją przed czujnym spojrzeniem Flaminga. Urodziwy Szafirek, ta przebrzydła ropucha, również znalazła się u ich boku i zgrywała rybiego móżdżka, kryjąc swoją przyjaciółkę. Wojownik nagle odwrócił się z powrotem ku niezadowolonemu kocurowi, klepiąc się po brzuchu parokrotnie, niczym foka.
— To chyba mi w brzuchu burczy, em... To przez ten chaos.
Point zerknął na niego ze zdziwieniem, gdy fińczyk poklepał się po brzuchu, niczym foka. Nigdy nie widział podobnego gestu u kocura. Czy uważał go za głupiego? Poprawił swoją wspaniałą grzywę, unosząc pysk wysoko i spozierając na niego zniechęcony.
— Zaraz coś zjesz, słuchaj teraz... słuchaj, słuchaj — mówił, próbując z powrotem wczuć się w słuchanie, jednak po chwili usłyszał desperackie, żałosne "bul, bul" co znowu wybiło go z rytmu. Uderzył łapą o grunt, po czym syknął, napinając mięśnie. Od niezbyt nieprzyjemnych słów odciągnął go wrzask gdzieś blisko, któregoś z kotów. Książę usadowił się na swoim miejscu, chyba właśnie tego potrzebował. W sercu mu wrzało, krew się gotowała, a pazury miał uszykowane, by przypomnieć niektórym, gdzie było ich miejsce. Później sobie porozmawia z tą rybo-kocicą i może jej równie durną przyjaciółką! Już ostatnio miał nieprzyjemności z nimi, same problemy. Ktoś jeszcze mógłby nawrzeszczeć na te dwie głupie kotki.
Niezapominajka została wyprowadzona z wyspy przez jego ojca, Błękitną Lagunę. Nie stawiała żadnego oporu, a na pysku miała wymalowany jedynie smutek. Spojrzał na łaciatego z nadzieją, ale błękitnooki jedynie skinął głową. Flaming liczył na to, że może i jego poproszą do pomocy, ale najwidoczniej nie było takiej potrzeby.
Wesoła Łapa wyrosła obok niego niczym z ziemi.
— Panie Książę Rogaty Flamingu, kiedy idziemy jeść?
Kocur spojrzał na Wesołą Łapę, która postanowiła go zaczepić pierwsza. Miał ochotę przewrócić oczami, ale miał być dla niej wzorem do naśladowania, więc... napuszył pierś dumnie i poprawił sobie łapą frędzelki na uszach, które mu się lekko zaplątały. — Jak tylko się wszyscy uspokoją — powiedział pewnie, ruchem ogona zachęcając młódkę do tego, żeby usiadła obok. W tym momencie robiło mu różnicę, czy była gdzieś blisko, bo jeśli była, to mogła się od niego uczyć nawet w tym momencie. Wydawało się, że ta chwila nastąpi za parę uderzeń serca, więc nie trzeba będzie długo czekać. Koteczka usadowiła się tuż obok mentora, również się pusząc, dokładnie tak, jak on, przypominając szary dmuchawiec.
— Proszę o uwagę! Kontynuujemy ceremonię!
— BUL, BAL, BLABUL! — wywrzeszczała Liliowa Pieśń, trzepiąc się pomiędzy futrami bliskich jej kotów. Mandarynkowa Gwiazda pomasowała poduszkami grzbiet nosa z zażenowaniem.
Wesoła Łapa uśmiechnęła się szeroko, a jej koncentracja w związku z ceremonią wyparowała szybciutko.
— A, Panie Książę Rogaty Flamingu, ma Pan przepięęęęęęknee futerko dzisiaj!
Wreszcie ktoś to zauważył! Pysk starszego rozświetliła duma, gdy siedział tak z uniesionym łbem, a obok niego jego uczennica, Wesoła Łapa. — Starałem się! W końcu muszę prezentować się najlepiej — powiedział z zadowoleniem, a już po chwili do jego uszu dotarła kontynuacja słów Mandarynkowej Gwiazdy, dlatego zamknął pysk, akurat swoją babkę-mentorkę szanował i to bardzo. Ruchem ogona polecił młódce obok też, żeby nic teraz nie mówiła.
— Trzcinowy Szmerze, Żmijowcowa Wici czy w obliczu wszystkich zebranych tu kotów przysięgacie sobie miłość, wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów nawet po śmierci?
Buras oczy miał wlepione w oblicze Trzcinowego Szmeru.
— Przysięgam.
Szylkretka zamrugała uradowana, patrząc się na swojego wybranka.
— Przysięgam.
— Zatem mocą nadaną mi przez Klan Gwiazdy ogłaszam was mężem i żoną! Niech wasza miłość nieprzerwanie rozjaśnia wasze życia niczym świetliki na łąkach Porą Zielonych Liści!
— JESZCZE RAZ! JESZCZE RAZ! PANIE KSIĄŻĘ ROGATY FLAMINGU, ON JĄ POLIZAŁ AAAAAAAAAAAAA, czy to nie piękne????
Kocur kiwnął głową, skoro każdy teraz mógł wrzeszczeć, to czemu miałby tego bronić swojej uczennicy... I tak ta wrzawa ją zagłuszy, raczej, więc nie przyniesie mu wstydu. Dopóki nie warczała czegoś w stylu "czekoty są najlepsze, powinny rządzić nami, całym Klanem Nocy!" to nie widział kłopotu.
— Wspaniale! W takim razie zaczynamy rzut żabą! — zawołała Trzcinowy Szmer do gości. Czekając, aż się ustawią, złapała w łapki żabę, stanęła tyłem do tłumu, by rzucić na oślep. Płaz poleciał na widownię, podskakując ile sił w kończynach. Wreszcie pochwyciła go Ćmie Mżenie, a już po paru uderzeniach serca wystartowała do niej Wesoła Łapa, krzycząc coś niezrozumiałego dla kocura. Przyglądał się poczynaniom własnej uczennicy, nie interweniując, przynajmniej dopóki nie zrobiłaby czegoś nie tak. W wyrwaniu żaby też nie widział niczego złego, więc nie uznał, by trzeba było cokolwiek z tym robić. A poza tym... nie tylko on tu był, żeby reagować! On się miał prezentować ładnie, wspaniale i dawać przykład każdemu.
Zauważywszy, z jaką łatwością jego uczennica została odepchnięta, skrzywił nieznacznie pysk. Musiała pokazać, że ich treningi nie poszły na marne! "Walnij jej, Wesoła Łapo!" — myślał sobie, a gdy młódka się podniosła, w jego sercu zagościła nadzieja. Jeszcze nie wszystko stracone. Mogła się wykazać. Ignorując zupełnie to, co mówiła (bo nie było to o czekotach), przyglądał się jej ruchom i szukał miejsc, które dało się udoskonalić przy przyszłych szkoleniach. Powinien nauczyć ją, jak się ustawić, żeby jej nikt nie mógł odepchnąć. Wymagało to siły, ale to nic, czego by się nie dało nauczyć (a tak przynajmniej myślał, z pewnością). Następne zwinne ruchy koteczki sprawiły, iż pochwyciła żabę.
Rogaty Flaming otworzył ślepia szeroko, gdy żaba skoczyła prosto na jego pysk. Gdy zetknęła się z jego nosem, wrzasnął, próbując łapami ją zdjąć z siebie. Siłował się z nią przez parę uderzeń serca, niemal zderzając się z paroma innymi kotami, jednak nie było to dla niego istotne, powinni mu zejść z drogi! Wreszcie strzepnął ją poduszką, chociaż pozostawiła po sobie jakieś drobinki ziemi, a same palce miała pokryte swego rodzaju mokrą mazią. Zmarszczył nos, a pysk wykrzywił w obrzydzeniu. Gdy już miał krzyknąć coś do Wesołki, wojowniczka ugryzła małą w ogon i to dość mocno. Rogaty Flaming przygniótł istotkę łapą, odskakując w bok, żeby dwie siłujące się kotki nie uderzyły w niego, wypuścił ją przypadkowo w kierunku swojej uczennicy.
Oczy niebieskiej się zaszkliły.
— Auć to boli! — pisnęła, kładąc uszy po sobie i zaczynając płakać.
Ćmie Mżenie odpuściła sobie na jakiś czas odbicie swojej nagrody, bo, nie czekając długo i nawet nie przepraszając młodej, odeszła gdzieś na bok, więc płaz wrócił w łapki pręguski. Kotka przetarła łzy i spojrzała na stworzenie. Jej wielkie oczka patrzyły każda w innym kierunku. Pociągnęła nosem. Po chwili dotknęła żabę łapką.
— Nie zjadaj mi oczu, potrzebuję ich do podziwiania Pana Księcia Rogatego Flaminga — zaczęła, nadal pociągając nosem. — Przez Ciebie tamta kotka mnie ugryzła, wiesz? Powinnaś pójść do kąta za karę! Ale tutaj nie ma kątów... więc ci się upiecze!
Point podszedł do płaczącej blisko Wesołej Łapy, po czym ruchem ogona zachęcił ją do tego, żeby wstała, przy tym oglądając ją pospiesznie, czy nie miała nigdzie wyrwanych kępek futra, jakby mógł w jakikolwiek sposób ocenić na tej podstawie, jak bardzo była poobijana. — No już. Wesoła Łapo, jaki prezent przyniosłaś dla nowożeńców? — zapytał. Nie robił tego dlatego, że się o nią martwił... tylko po to, żeby mu nie przynosiła wstydu, nie mogła tak łatwo się rozpłakiwać! No, może trochę się zmartwił, jak się tak skuliła... może liliowa szylkretka jej zrobiła krzywdę. — Musimy im go podarować — mówił.
Kotka spojrzała, cała poklejona od ziemi, brudu, śliny, pewnie śluzu żaby i łez, na swojego mentora, który wygląda jak cud zesłany przez przodków. Pociągnęła nosem i wstała, ocierając łzy.
— Chlip — mruknęła. — Wianek zrobiłam... leży o tam na liściu — pokazała łapką na zlepek krzywych gałązek i listkami znalezionymi dookoła obozu. — Myśli Pan, Panie Księciu Rogaty Flamingu, że im się spodoba? — zapytała z nadzieją w oczach.
W jego ślepiach pojawił się przebłysk obrzydzenia, gdy zorientował się, w jakim stanie była jego uczennica, ale nie mógł z tym za wiele zrobić, nie żeby też chciał cokolwiek robić. Jak wrócą, to powinna doprowadzić siebie do porządku, albo może niech zrobi to któryś z jej rodziców. Podążył wzrokiem i jego oczyska wychwyciły wianek. W źrenicach pojawiła mu się swego rodzaju frustracja. Jego prezent nie wyglądał tak wspaniale! — Tak, na pewno im się spodoba — zapewnił, po czym zachęcił ją do tego, żeby go wzięli. Podszedł do wianka. — Nieśmy go razem, wtedy zobaczą, jak nam bardzo zależy! — kontynuował i chwycił wianek od jednej strony, a drugą, delikatnie, przysunął ku młodej.
Poszli wreszcie ku Trzcinowemu Szmerowi oraz Żmijowcowej Wici i stanęli przed górą prezentów. Ruchem głowy ich przywitał i posłał lekki uśmiech, żeby nie było, że chodzi naburmuszony. — Żmijowcowa Wici, Trzcinowy Szmerze, to dla was od nas — powiedział oficjalnie, spoglądając na dwójkę. Miał nadzieję, że Wesoła Łapa doda coś od siebie, bo on sam nawet nie wiedział, jakich kwiatów tu użyto, nie znał tych gatunków, bo nigdy się nad tym nie zastanawiał.
— Użyłam do niego gałązek! I liści, które znalazłam! Wybierałam takie łaaadne, bo wy jesteście ładni! — miauknęła, jakby powiedziała największy komplement tego świata.
— Piękny prezent. Mama i tata na pewno docenią pański gest — zwróciła się bezpośrednio do Flaminga, taktycznie ignorując jego uczennicę.
Point spojrzał na jedno z dwóch kociąt, do tej pory nie patrzył na nie jakoś szczególnie... bo zajęty był wiankiem i prezentowaniem się, jak najlepiej tylko mógł, no i też robieniem dobrego wrażenie na kim tylko to było możliwe, oprócz kotów czekoladowych, ale nie było tu Fląderki czy Mysiomózgiej Łapy, to nie było mowy o dalszych nieszczęściach. Ukłoniła się tak, jakby jej to przychodziło naturalnie. Kiwnął jej głową. Właśnie takiej reakcji oczekiwał, ale sam nie wiedział, co powinien dodać, jako iż jego uczennica wyjaśniła szybko jakie to były gatunki, a także co nieco o samym wianku, więc od niego nie pozostawało nic więcej. Oczywiście, zawsze dało się zrobić miejsce na powiedzenie także o własnych wspaniałych zasługach, ale czy ze wszystkiego musiał się spowiadać, każdemu? Każdy widział, że był wspaniały. Szacunek mu się należał. Młódka sprawnie zignorowała niebieską pręguskę, całą uwagę skupiając na poincie.
— Jak podoba się panu ślub? Mogę w czymś pomóc? — zapytała. — Może przesuniemy się na bok, żeby zrobić miejsce dla innych gości?
Point przesunął się lekko, chociaż sam nie uważał, żeby zajmował jakoś szczególnie dużo miejsca (mimo że zajmował, bo nie był najmniejszy). — Czy wiesz może, czy twoi rodzice mają dobre stosunki z tamtą kocicą, o? — wskazał ogonem Urodziwy Szafirek, a potem Liliową Pieśń, a na jego pysku wymalował się niesmak. Jeśli mieli, nie świadczyło to dobrze także o jego przyrodnim bracie. Nawet jeśli nie czuł się względem niego w ten sposób, mogło to w pewnym sensie przynosić ujmę ich rodzinie, im, jako dzieciom Wężynowego Kła. — Nie cieszy mnie ich obecność. Chwalą koty maści czekoladowej, uważając naszą wspaniałą tradycję, przekazywaną z pokolenia na pokolenie, za głupią, niewłaściwą. W dodatku, gdyby tego było mało... — zrobił dramatyczną przerwę, obserwując, jak zareaguje na to młódka. Musiał wykorzystać każdą okazję, jaką tylko mógł, do obgadywania kotów, które mu się nie podobały, bo jak śmiały go zwyzywać, ostatnio? Tak podle... Nawet Fląderka miała więcej w głowie, niż one dwie razem wzięte, pokazując im, że to właśnie one były w błędzie, a nie on, wspaniały kot, członek rodu królewskiego. — Nie mają za grosz szacunku do rodu królewskiego. Jeszcze nam nieprzyjemności przyniosą... — kontynuował, poruszając co jakiś czas końcówką ogona. Zastanowił się jeszcze nad tym, co vanka powiedziała parę uderzeń serca temu. — Nie sądzisz, że to absurd? — kontynuował. Tak naprawdę nie dał jej pełnej swobody we własnej odpowiedzi, bo już na początku podkreślił swoją niechęć, a wręcz obrzydzenie czekoladowymi kotami, a zresztą z innym podejściem spotkał się jedynie dwa razy i to u tychże właśnie kocic. Podświadomie wyrobił sobie względem niej oczekiwania, jakie miał wobec jej odpowiedzi, która miała dopiero nadejść.
Łabądek popatrzyła w stronę wskazanych kotek.
— Przykro mi, proszę pana, ale nie znam odpowiedzi na pańskie pytanie — odpowiedziała, a na resztę wypowiedzi kocura zakryła pyszczek łapką. — To okropne! Istny skandal! Naprawdę przepraszam za to, że te dwie kotki tak panu psują nastrój. Moi rodzice na pewno nie mogliby mieć z nimi dobrych relacji, skoro nie szanują rodu królewskiego! — odpowiedziała bardzo przejmująco.
Point otarł z policzka wyimaginowaną łezkę. Poczuł swego rodzaju déjà vu, bo nie był to pierwszy raz, kiedy narzekał właśnie na tę dwójkę, ale też i satysfakcję, ponieważ miał wrażenie, że udało mu się kolejnemu kotu przekazać prawdę, o której wiedzieli, tak mu się zdawało, nieliczni, skoro nadal otaczali się właśnie nimi. Pierwszy raz robił to w towarzystwie Ulewnego Szkwału, który zareagował dość podobnie, co sprawnie poprawiło mu humor. Tak tez było w tym przypadku, dobrze, że nawet młode koty wiedziały, co było właściwe, a co nie.
— Miło widzieć, że są jeszcze młode koty, które wiedzą, jak należy się zachowywać. Nie wszyscy są wychowywani równie dobrze — kontynuował, zauważywszy gest łapką, ale nawiązując też do szacunku, jakim go obdarzono i darzono nadal. Mówił tak, jakby on sam nie był młody... i niestety wiele kotów byłby w stanie wymienić w myślach, według niego. Tak naprawdę nawet on nie praktykował takich gestów, uważał, że on miał jedynie prezentować się dobrze, a jako iż wyglądał dość odmiennie w porównaniu do reszty, to nie było o to wcale trudno, no i jeszcze ten lotos na czole! Chociaż i tak najważniejszym dla niego w tym momencie było to, że kotka nie zareagowała jakoś inaczej względem tego, co jej powiedział, niż od niej oczekiwał. Potrafił przemawiać rozsądnie, właśnie przekazał kociakowi coś, czego niektórzy wojownicy nie byli w stanie pojąć, był wspaniały. No właśnie, nie tylko on to dostrzegał, skoro został mu przydzielony uczeń w tak młodym wieku! Jaka szkoda, że nie każdy wyniósł z gniazda podobnych wartości, może żyłoby im się wtedy dużo lepiej.
Koteczka wyprostowała się z dumą na komplement i skinęła głową.
— Dziękuję, proszę pana, to zaszczyt.
— Wystarczy panie książę Rogaty Flamingu — podkreślił. Z każdym kolejnym samym "panie" czuł się tak, jakby mu raz po raz opadał uśmiech z pyska.

<Słynę ze skromności, Łabądku>

Od Lilakowej Łapy CD. Migotu

Lilakowa Łapa siedziała właśnie niedaleko legowiska medyka, tuż obok gniazda, w którym Klan Klifu trzymał zwierzynę. Kotka była obecnie dosyć zamyślona, jej myśli były mocno skupione na niedawnej porażce na treningu. Lilakowa Łapa czuła wstyd. Nie, dosyć że przez mały rozmiar miała problemy z walką, to jeszcze najwyraźniej nie była najlepsza w polowaniu. Czuła się wręcz zasmucona, że jej mentorka, Przepiórcza Wichura skrytykowała ją dziś za pójście z wiatrem podczas polowania. Jak mogła zapomnieć, by tego nie robić? Czy teraz Przepiórczy Wicher uzna ją za zbędną mróweczkę, którą była? Te pytania krążyły niczym ptaki szybujące po niebie po głowie Lilakowej Łapy. Była wpatrzona w zimną kamienną podłogę jaskini, w której znajdował się obóz jej klanu. Była skupiona na tym tak mocno, że nie zauważyła, pewnego młodego białoszarego kocura biegnącego w jej stronę. Zostałoby i tak na dłużej, gdyby nie to, że zwrócił jej uwagę słowami, które powiedział:
— Ej, ty kupo futra! — krzyknął do uczennicy kocurek, lekko dysząc przy okazji. — Schowaj mnie!
Mówiąc to, wskoczył za nią. Nie schował się zbytnio przez fakt tego, że byli podobnych rozmiarów. Kotka już chciała zaprotestować zarówno z faktu, że nie chciała tak po prostu kogoś ukryć, jak i z tego, że nie życzyła sobie być nazywaną kupą futra. Szybko zorientowała, się kim był jednak kociak. Syn samego Lśniącej Gwiazdy... Gdy zrealizowała to sobie poczuła się głupio, myśląc o samym odmawianiu jemu. W końcu był kimś ważnym, kimś do kogo powinna być zwłaszcza lojalna. Słyszała kiedyś, że Klan Nocy miał tych całych książąt i księżniczki. Nie rozumiała czemu Klan Klifu tego nie miał. W końcu synowie przywódcy na pewno będą kimś wielkim, słyszała, że obecny przywódca był synem poprzedniego (chyba adoptowanym, ale nie robiło jej to wielkiej różnicy, skoro przygarnął go sam przywódca, to najwidoczniej od małego musiało widać, że będzie kimś wybitnym). Pewnie jeden z synów Lśniącej Gwiazdy też nim zostanie. Zresztą czy to ważne? Czy Migot był nieco takim nieoficjalnym Księciem Klanu Klifu? Czy Klan Klifu powinien mieć książąt i księżniczki? Czy Migot był dobrym materiałem na przyjaciela oraz, czy chciałby się z nią zadawać? Te pytania zaczęły chodzić po głowie liliowej kotki. W końcu jednak postanowiła mu odpowiedzieć:
— Tak! — rzekła półszeptem, dodając potem. — Nie wiem, przed czym uciekasz, ale w legowisku uczniów powinno być bezpiecznie! Chodź ze mną, Migocie! Byle szybko!
Zaczęła iść, a kocurek za nią. Lilakowa Łapa przypominała sobie, że powinna podziękować Klanowi Gwiazdy, że większość kotów była poza obozem na patrolach więc nikt ich nie zaczepił oraz nie spytał, co robili. Zrobiła to szybko mimo swojego braku wiary. Chciała być lojalna i pomóc synowi przywódcy, i coś czuła, że trudno byłoby jej wymyślić coś w razie potencjalnych kłopotów. Przede wszystkim, jeśli by w nie wpadli, chyba musiałaby wziąć winę na siebie, czyż nie? Nie mogła wpakować w kłopoty syna przywódcy. W każdym razie szli dosyć szybkim krokiem, a jako że obóz nie był specjalnie duży, szybko znaleźli się w tunelu, który prowadził do legowiska uczniów. W ciągu ledwo paru bić serca znaleźli się w jaskini, w której spali uczniowie.
— Jesteśmy! Chodź, położysz się gdzieś w kącie i będziemy udawać, że cię nie ma — zaproponowała.
— Nie wsypiesz mnie, prawda? — spytał kocurek.
— Tak! A mogę cię o coś zapytać, Migocie? — spytała w nagłym przypływie odwagi. — Myślisz, że chciałbyś się ze mną jeszcze kiedyś pozadawać? Tak wiesz, jak już wyjdziesz z kryjówki.

<Migoooooot? Patrz, kupa futra chcę być twoją znajomą>
[553 słów]

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Trzcinowego Szmeru

Była lekko zszokowana. Może powinna się spodziewać tego, skoro para zdecydowała się na kociaki. Z drugiej strony nie wszyscy rodzice brali ślub. Chociażby tacy Wężynowy Kieł i Błękitna Laguna (Klanie Gwiazdy dzięki!). Żmijowcowa Wić i Trzcinowy Szmer patrzyli na nią z wyczekiwaniem.
— W porządku — skinęła głową. Nie miała powodu, żeby się nie zgodzić. Oba koty darzyła wielkim zaufaniem i cieszyła się z ich szczęścia. Skoro chcieli ślubu, to ślub będą mieć!

***

Ślub

Czuła się bardzo niekomfortowo na świetlikowej wyspie. Przyczyną była obecność zarówno Czyhającej Mureny i Wężynowego Kła, jak i Błękitnej Laguny. Mimo tego starała się przeprowadzić ceremonię normalnie.
— Poproszę wszystkich o zajęcie miejsc. Niechaj ceremonia się zacznie!
Zgromadzeni ucichli. Łabądek zaczęła iść w jej stronę, rozrzucając kolorowe listki po drodze, po czym młoda koteczka usiadła gdzieś z boku. Chwilę później para młoda również do niej podeszła i zajęła swoje miejsce przed ołtarzem.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, żeby uczcić miłość Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici oraz przypieczętować ją oficjalną więzią! — ogłosiła, po czym popatrzyła przez chwilę na oboje państwa młodych, moment później przekierowując wzrok na zgromadzonych. Czuła się teraz bardzo niezręcznie. Już od jakiegoś czasu chciała dodać do formułki zaślubin możliwość sprzeciwu. Głównie dlatego, że żałowała, iż sama nie sprzeciwiła się ślubowi Sterletowej Łuski i Pluskającego Potoku. Może gdyby tak się stało, jej syn i wnuczka nadal by żyli. Westchnęła głęboko.
— Jeśli ktokolwiek chce wyrazić sprzeciw, niech zrobi to teraz.
Złapała pytające spojrzenia byłej uczennicy i jej partnera. Wtedy z tłumu rozległ się głos.
— Trzcinowy Szmerze, ja… Nie mogę na to pozwolić. Wydarłaś ze mnie moje serce, wybierając Żmijowca zamiast mnie. Dzieliłyśmy ze sobą tak wiele chwil, byłam przy tobie, gdy było ci ciężko. Proszę, ja… — Niezapominajkowa Nadzieja urwała. Wszyscy patrzyli na nią teraz. Ze złością, obrzydzeniem, irytacją. Teraz wojowniczka delikatnie skuliła się, widząc reakcje klanowiczów. Przywódczyni popatrzyła na adresatkę tej wypowiedzi. Szylkretka była widocznie wściekła. Srebrna nachyliła się do pary młodej.
— Chcecie ją wyrzucić? — szepnęła. Żmijowcowa Wić odchrząknął i skakał wzrokiem między Trzcinowym Szmerem a liderką.
— Cóż... Jest to skomplikowana sytuacja i może "wyrzucenie" nie byłoby zbyt... taktowne, ale możemy ją... wyprosić? — zaproponował, ale prędko dodał jeszcze, starając się jak najbardziej, aby jego słowa nie brzmiały jak jakiś swoisty atak. — Chociaż myślę, że najlepiej będzie, jeśli to Trzcinowy Szmer zadecyduję, ja nie jestem w żaden sposób związany z Niezapominajkową Nadzieją…
Brązowooka skinęła tylko głową. Księżniczka machnęła ogonem, by przywołać do siebie Błękitną Lagunę. Po kilku szepniętych słowach już patrzyła, jak Niezapominajka zostaje wyprowadzona z wyspy.

***

Następnego dnia poszła do Trzcinowego Szmeru, chcąc sprawdzić, jakie miała samopoczucie. Stanęła w drzwiach żłobka i zajrzała do środka. Pierwsze co zobaczyła to dwójka kociaków, która przed chwilą się kłóciła, a teraz wpatrywała się w nią błyszczącymi oczami. Uśmiechnęła się do nich lekko, po czym zwróciła się do ich matki.
— Trzcinowy Szmerze, mogę cię prosić?
Szylkretka wstała ze swojego posłania i wyszła ze żłobka. Tym razem nie poszły do jej legowiska. Nie miała to być rozmowa formalna.
— Wszystko dobrze? Mam nadzieję, że wczorajszy wieczór udał się pomimo… incydentu…

<Trzcino?>