BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

20 sierpnia 2026

Nowi członkowie Klanu Burzy!

Ostatni Pożar wraz z partnerką przyniosły do obozu trójkę kociaków!

            

 Zwiastunek




19 sierpnia 2026

Od Diane Elizabeth Montclair

Diane długo czekała na chwilę, w której wreszcie będzie mogła przekroczyć próg domostwa i zobaczyć ogród nie przez szybę, lecz z bliska, jednak kiedy Celestyn w końcu zgodził się jej towarzyszyć, ogarnęło ją uczucie tak silnego podekscytowania, że przez moment niemal zapomniała o wszystkich naukach Sycylii dotyczących spokojnego zachowania. Zatrzymała się przy drzwiach, spoglądając na ojca z szeroko otwartymi oczami, a jej ogon poruszał się lekko za plecami, zdradzając radość, której nie potrafiła już całkowicie ukryć.
— Gotowa? — zapytał Celestyn, dostrzegając jej niecierpliwość.
Diane natychmiast wyprostowała grzbiet.
— Tak, tato. Oczywiście.
Celestyn odpowiedział jej ciepłym spojrzeniem, po czym uniósł głowę i wydał z siebie kilka donośnych, przeciągłych miauknięć, które poniosły się po domostwie, odbijając się cicho od ścian. Nie minęło wiele czasu, nim zza drzwi dobiegł odgłos zbliżających się kroków, a chwilę później pojawiła się przed nimi jedna z Wyprostowanych.
Łysa dłoń sięgnęła do klamki i powoli uchyliła drzwi, lecz ku zaskoczeniu Diane nie zrobiła miejsca, by mogła przejść. Zamiast tego wielkie, pozbawione futra dłonie wyciągnęły się w jej stronę i po chwili objęły jej drobne ciało, unosząc ją z ziemi z zaskakującą łatwością. Palce zacisnęły się ostrożnie wokół jej boków, a długie opuszki przesunęły się po kremowym futrze.
Diane zesztywniała.
Jej uszy przylgnęły lekko do głowy, a serce przyspieszyło, gdy nagle znalazła się wysoko ponad podłogą, całkowicie pozbawiona możliwości decydowania o tym, dokąd zostanie zabrana. Przez krótką chwilę nie potrafiła nawet zrozumieć, co właściwie się dzieje. Czyżby jednak nie mogła wyjść? Czy Sycylia zmieniła zdanie i poleciła Wyprostowanym zatrzymać ją w środku?
Niepokój zacisnął się w jej piersi niczym cienka obręcz.
Spojrzała na Celestyna, szukając w jego pysku odpowiedzi, lecz ten zachował spokój. Zamiast protestować, kilkakrotnie miauknął do Wyprostowanej, a następnie wykonał łapą kilka wyraźnych gestów, wskazując najpierw na Diane, później na drzwi i wreszcie w kierunku ogrodu. Wyprostowana odpowiedziała krótkim skinieniem głowy, jakby dopiero teraz zrozumiała, dokąd ojciec zamierza zabrać córkę.
Dopiero wtedy dłonie rozluźniły uścisk.
Diane ponownie poczuła pod łapami podłoże, a jej ogon drgnął nerwowo, gdy odsunęła się o krok. Wciąż nie była pewna, co właściwie zaszło, lecz Celestyn najwyraźniej zauważył jej zaniepokojenie.
— Jesteś jeszcze dość młoda i po prostu się o ciebie martwią — wyjaśnił spokojnie. — Nie chcieliby, żebyś się zgubiła.
Diane skinęła głową, choć dopiero po chwili jej mięśnie zaczęły się rozluźniać. Spojrzała ponownie na uchylone drzwi, za którymi czekał nieznany dotąd świat, i tym razem nie zatrzymało jej nic.
Kiedy przekroczyła próg, natychmiast otoczyło ją ciepłe, letnie powietrze, zupełnie inne od tego, które wpadało do wnętrza przez okno. Pachniało nagrzaną ziemią, świeżą trawą i kwiatami, których woń do tej pory docierała do niej jedynie jako odległa, delikatna nuta.
Diane zrobiła pierwszy krok na zewnątrz.
Ogród okazał się znacznie większy, niż sobie wyobrażała.
Z okna widziała przede wszystkim plamy zieleni i barwne skupiska kwiatów, które zlewały się ze sobą w jeden malowniczy obraz, lecz teraz każdy fragment tego widoku zdawał się posiadać własne życie. Źdźbła trawy kołysały się łagodnie pod wpływem wiatru, drobne liście drżały na cienkich łodyżkach, a pomiędzy nimi kryły się niewielkie kwiaty o płatkach tak delikatnych, że Diane przez chwilę bała się nawet zbliżyć łapę.
Nad wszystkim rozpościerało się intensywnie błękitne niebo, którego barwa wydawała się jeszcze głębsza niż ta widziana zza szyby.
— Och... — wyrwało jej się cicho.
Celestyn uśmiechnął się pod nosem.
— Chyba rozumiem, dlaczego tak bardzo chciałaś tu przyjść.
Diane nie odpowiedziała od razu. Powoli ruszyła przed siebie, pamiętając o obietnicy złożonej matce, by uważać na każdy krok. Z początku stawiała łapy ostrożnie, niemal przesadnie, lecz po kilku chwilach jej spojrzenie zaczęło wędrować od jednego miejsca do drugiego, chłonąc każdy szczegół.
Najbardziej przyciągnęły ją kwiaty.
Przykucnęła przy niewielkiej kępce, pochylając głowę tak nisko, że jej wąsy niemal dotknęły płatków. Z bliska dostrzegła cienkie żyłki przebiegające przez ich powierzchnię, drobne krople rosy ukryte pomiędzy listkami oraz różnice w odcieniach, których nie sposób było zauważyć z okna.
— Tato, spójrz — powiedziała z zachwytem. — Z daleka wyglądały zupełnie inaczej.
Celestyn podszedł bliżej i spojrzał na roślinę.
— Bo piękno rzadko pokazuje wszystko od razu. Czasem trzeba się zatrzymać i przyjrzeć mu dokładniej.
Diane zapamiętała te słowa.
Przez kolejne chwile chodziła po ogrodzie u boku ojca, co jakiś czas zatrzymując się przy kolejnych roślinach. Celestyn nie poganiał jej ani nie próbował kierować jej uwagą, pozwalając, by sama odkrywała to, co najbardziej ją interesowało. W pewnym momencie Diane dostrzegła grupę żółtych i białych kwiatów rosnących obok siebie, a w jej oczach natychmiast pojawił się ten sam blask, który pojawiał się zawsze, gdy zaczynała coś tworzyć.
— Mogłabym z nich zrobić bukiet — powiedziała cicho.
— Mogłabyś — odparł Celestyn. — Ale najpierw zastanów się, dlaczego właśnie te chciałabyś ze sobą połączyć.
Diane przez dłuższą chwilę nie odpowiadała, pochylając się nad kwiatami tak, jakby próbowała dostrzec w nich coś więcej niż tylko piękne barwy. Przyglądała się, jak żółte płatki łagodnie przechodzą w biel, jak cienkie łodyżki poruszają się przy każdym powiewie wiatru i jak pomiędzy liśćmi tańczą drobne plamki światła.
— Chyba... chciałabym, żeby wyglądały radośnie — powiedziała w końcu, nie odrywając wzroku od roślin. — Tak, jak ten dzień.
Celestyn uśmiechnął się lekko.
— W takim razie nie wybieraj ich tylko dlatego, że dobrze do siebie pasują. Wybierz te, które potrafią powiedzieć dokładnie to, co chcesz przekazać.
Diane uniosła głowę, a jej oczy rozbłysły jeszcze mocniej. Nigdy wcześniej nie pomyślała o kwiatach w ten sposób. Do tej pory widziała w nich przede wszystkim kolory i kształty, które można było połączyć w piękną kompozycję, teraz jednak zaczynała rozumieć, że każda z tych roślin mogła stać się też częścią czegoś znacznie bardziej osobistego.
Ostrożnie wyciągnęła łapę w stronę jednego z kwiatów, lecz zatrzymała ją tuż nad płatkami.
— Nie zerwę ich dzisiaj — zdecydowała po chwili. — Najpierw chciałabym zapamiętać, gdzie rosły.
Celestyn spojrzał na nią z wyraźnym zadowoleniem.
— To dobry początek.
Diane uśmiechnęła się lekko, po czym wtuliła się w ojca. To był najwspanialszy dzień jej życia! Kto wie? Może następnym razem będzie mogła dzielić go również z Sycylią, Ateną i Onufrym?

Od Borowika CD. Śnienia

Siedziałem sobie ukryty w cieniu liści, obserwując obóz z wysokości. Wcale nie wypatrywałem żadnego konkretnego kota. A już na pewno nie nikogo o futrze koloru zachodzącego słońca, pokrytego gdzieniegdzie białymi chmurkami. Co to, to nie.
Zerknąłem w dół na brodatego kocura i stojącą obok mamę Płatka. Nie znałem jej za dobrze, ale skoro była mamą, w dodatku kogoś równie miłego, jak Płatek, to musiała być miła również.
Gdy usłyszałem wołanie czarnego, momentalnie odbiłem się od gałęzi i runąłem w dół, lądując zgrabnie na czterech łapach.
– Hm. Cześć, Śnienie. Cześć, Poin…
Zachwiałem się na łapach po skoku z takiej wysokości. Na szczęście szybko odzyskałem równowagę.
Potrząsnąłem głową.
– No. Hm. Cześć, Śnienie i Poinsecjo. Możemy… na spacer iść. Tak.
– Świetnie! – odparł brodaty. – Nie ma co siedzieć w obozie przy tak ładnej pogodzie.
Ruszyliśmy, kierując się w stronę Owocowego Lasku. Ja po jego lewej, mama Płatka po prawej.
– Ano… Gratuluję… mianowania, tak w ogóle. Nie mówiłem wcześniej chyba… To dość… niespodziewane – mruknąłem, odwracając się co jakiś czas za siebie, wcale nikogo nie wypatrując.
Czarny uniósł lekko brwi i parsknął lekko.
– Co, nie spodziewałeś się, że kot spoza Owocowego Lasu dałby radę ukończyć wasz trening?
Zmarszczyłem brwi. Nie no, nie to miałem na myśli.
Ugh. Strasznie jestem dziś rozproszony. Muszę się bardziej skupić. Bo jeszcze powiem komuś coś przykrego i nawet się nie zorientuję…
Skup się.
– Co? Uh. Nie, nie. Nie rozważałem tego ani przez jedną chwilę mojego życia. Zaskakujące, że wcześniej ci nie pogratulowałem… Bo… bo ja cieszę się. Że teraz mogę chodzić tak sobie po lesie z kimś o tak wyśmienitej brodzie… to znaczy, o tak wybitnych zdolnościach łowieckich i… i ten… i… innych… takich. No, właśnie.
– Przyznaj wreszcie, Borowiku, tu zawsze chodziło tylko i wyłącznie o moją brodę. Tylko dlatego zostałem przez was przyjęty – zażartował, przechylając lekko głowę.
– Uh. Nie no… Nie powiedziałbym, że tylko przez to, ale… uh… nawet jeśli, to… to… okazałeś się też przy okazji… genialnym wojownikiem…
Byłem dumny ze Śnienia, że uniezależnił się od swojej brody. Teraz tak naprawdę mógłby ją zgolić i nadal prawdopodobnie byłby kimś. Nawet jeśli to dzięki niej, jak twierdzi, znalazł tu swoje miejsce, jego życie już od niej nie zależy. Jest wolny.
Śnienie uniósł brwi w lekkim zdziwieniu, po czym uśmiechnął się miękko.
Wtedy odezwała się mama Płatka.
– Borowiku – zagadnęła, zmieniając naszą konfigurację i stając tuż przy mnie. – Widziałam, że niedawno rozmawiałeś z moim synem.
Zerknąłem w niebo, wypatrując ewentualnego zagrożenia z powietrza.
– Uh. No, czy ja wiem, czy tak niedawno… – Oblizałem pysk. – Wyszliśmy z nim na spacer może raz czy dwa, w Porze Nagich Drzew… To dość… obiektywnie… dawno.
– Ah, tak… – miauknęła, zamyślając się na chwilę. – Czy nie uważasz, że ktoś tak, delikatnie mówiąc, niesamodzielny i o wciąż, moim zdaniem, nie całkiem poukładanych priorytetach jest odpowiednim towarzystwem dla mojego syna?
Zmarszczyłem brwi, nie odrywając wzroku od koron drzew.
– Uh. Uważam… kogo… czego… co?
Muszę przyznać, że nie do końca skupiłem się na jej słowach, które jedynie przelały się przez mój przewód słuchowy i zniknęły bez śladu.
Poinsecja chyba chciała wyjaśnić, kogo-kto-czego-co-uważam, bo otworzyła właśnie pysk, ale ja zdążyłem się już rozproszyć.
Zamarłem na chwilę.
Przypadłem nagle do ziemi, zerkając z fascynacją na czarnego kocura, blokując mu drogę.
– Śnienie. Nie ruszaj się. Na brodzie usiadł ci motylek. Patrz, trzepocze skrzydełkami…
Przyglądałem się malutkiemu stworzonku z fascynacją, a gdy odleciało, wodziłem za nim wzrokiem, aż całkiem zniknęło między liśćmi drzew.
– No, już odleciał. Nie ważne. – Wstałem, otrzepując się nieco z piasku. – O, w ogóle, to gdzie idziemy? Będziemy polować czy jak?

<Śnienie???>

Od Muszli

Wilgotny wiatr nieprzychylnej Pory Nowych Liści targał futrem rudego kocura, kładąc mu kłosy płasko po pysku, a nad głową wisiały gęste, gołębie chmury, zwiastujące niedługo planujący nadejście deszcz. Czuł mokry grunt pod łapami, zwilżony mech, który porastał prawie każdy zakątek obozu rybojadów. Całe szczęście, że przynajmniej nie zawitały do Nocniaków dzisiaj przymrozki, ponieważ mokre futro połączone z chłodem nie mogło zwiastować niczego dobrego, więcej chorób nie było potrzebne ani jemu, ani jego ojcu. Napuszył trochę swoją sierść w celu uchronienia się od wiatrów.
Muszla wyszedł u boku jednego ze strażników dość niepewnie. Mimo że przebywał w tym miejscu już dość długo, bo od przynajmniej pięciu księżyców, miał wrażenie, jakby zaledwie wczoraj tu przyszedł. Jakby ząb czasu nie dotknął nikogo, nadal czuł się jak zagubiony uczeń, który – mimo przygotowań i to długich – został wrzucony na głęboką wodę i musiał sobie jakoś poradzić, jednocześnie wspierając resztę bliskich mu kotów. Dzisiaj Mandarynkowa Gwiazda nakazała wezwać go przed własne oblicze, a rudy van od razu zaczął się martwić. Do jego głowy napływało pełno przeróżnych myśli, co mogło się z nim teraz stać. Bał się, że zostanie wygnany, a ojca będzie zmuszony pozostawić samego. Byli tak naprawdę na łasce srebrnej kocicy i mogła zrobić z nimi, co tylko jej się podobało. Nie był nawet pewien, dlaczego miałby stąd wybyć, skoro nie sprawiał problemów, aczkolwiek więźniowie byli balastem dla klanu i dobrze o tym wiedział... więc ta obawa nie była taka oderwana od rzeczywistości, jak by chciał, żeby była. Wszedł do wnętrza pnia u boku łaciatego kocura, zastępcy, który wycofał się uderzenie serca później na znak i zaczekał przy wejściu. Usiadł przed pręguską, chyląc łeb w geście szacunku. I tkwił tak jeszcze przez jakiś czas, nie wiedząc, czy to on powinien rozpocząć konwersację, czy zdać się na głowę klanu. O jego uszy obiły się słówka o rodzie królewskim, ale nie był nawet pewien, jak powinien się do niej zwrócić, żeby pokazać, że wiedział, iż była postawiona – oczywiście – wyżej od niego. Pomarańczowooka odchrząknęła po paru uderzeniach serca, jakby oczekiwała, że to właśnie on zacznie konwersację.
— Muszlo, chciałabym dzisiaj zamienić z tobą kilka słów o Twojej przyszłości i przeszłości — zaczęła. — Ty i Błoto jesteście więźniami już dość długo i czas, byście odpracowali swoje księżyce spędzone na terenach Klanu Nocy. Najpierw jednak chciałabym się dowiedzieć, czy zamierzacie zostać tu na stałe.
Zerknął na pręgowaną, czując ulgę, że zakończyła trwającą między nimi ciszę. Wsłuchał się w jej słowa, nie przerywając jej ani razu. Gdy skończyła, kiwnął głową. — Tak... chciałbym zostać tu na stałe, najlepiej z Błotem. Zrobimy co w naszej mocy, żeby odpracować wszystkie te księżyce — obiecał szczerze, myśląc, co dalej najkorzystniej byłoby dodać. Starsza w odpowiedzi skinęła głową. Van zaczął dostrzegać w tym momencie siwe włoski na jej pysku. Pamiętał ją z czasów zgromadzeń, chociaż też nie aż tak wyraźnie. Wiedział jedynie, że kiedyś spotkał się z tym widokiem… czy bardzo zmieniła się od tamtego czasu?
— W porządku, chciałabym zapytać, skąd tak właściwie jesteście. Należeliście wcześniej do jakiejś grupy albo o jakiejś słyszeliście?
Kocur z jakiegoś powodu nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Ze względu na to, iż byli uciekinierami z Klanu Wilka, nie wolno było im wspomnieć nawet słówka o Wilczakach, jako iż Klan Nocy był jednym z klanów, który miał pojęcie o istnieniu sąsiadów, dlatego mogli połączyć kropki, o ile ktokolwiek przejął się nagłą nieobecnością tak wielu kotów. Wspomnienia o miejscu, do którego trafił niedługo po porzuceniu przez rodziców wraz z siostrzyczką, Łezką, nadal migotały w jego umyśle, jednak jak przez mgłę. Tym, co najbardziej zapadło mu w pamięci, było oczywiście testem na ucznia. Samotna noc spędzona w lesie, jako kociak. Czy w ciągu całego swojego życia słyszał o samotniczych grupach? Nie mógł sobie teraz przypomnieć. Musiał improwizować, nawet jeśli w przyszłości mogło kosztować go to spokój umysłu. Czy Mandarynkowa Gwiazda miała pojęcie o wszystkich samotniczych społecznościach? Miał nadzieję, że nie.
— Pochodzimy z Betonowego Świata. Do tej pory podróżowaliśmy sami, jednak chłodna pora zmusiła nas do wkroczenia do lasu. Usłyszałem raz, że w leśnym poszyciu aż roi się od myszy, a pod zmrożonym lodem ryby obijają się o siebie i przede wszystkim, nie ma grupy obok grupy, nie jest tak duszno i tłoczno. Chwyciliśmy się czegokolwiek, nie mogliśmy pozwolić na to, byśmy pomarli z głodu. W mieście było zbyt wiele grup, z którymi nie byliśmy w stanie... walczyć, a przynajmniej nie wiecznie, bo było nas za mało, zaledwie dwójka przeciwko całej bandzie — opowiadał, czując się tak, jakby nawet jedno źle powiedziane słówko mogło sprawić, że żałowałby go do końca.
— Co w takim razie robiliście na naszych terenach?
Na to pytanie poczuł, jak lekko zapada mu się serce, chociaż próbował tego po sobie nie okazać.
— Przegoniono nas z naszego dotychczasowego miejsca zamieszkania, grupy rosły w siłę, werbując do swoich szeregów coraz więcej kotów — zaczął, krzywiąc się delikatnie. — Myślałem, że może mimo wszystko uda nam się tam zostać, jednak teraz myślę, że to niemożliwe. Zbyt niebezpieczne. — Zerknął na przywódczynię raz jeszcze, chociaż nie wyzywająco, a ze skruchą. — Nie chcieliśmy sprawiać problemów, przepraszam, że tak wtargnęliśmy na wasze tereny — kontynuował, okazując szczery żal związany z tym, co miało miejsce. Nie lubił, gdy coś negatywnego działo się z jego powodu, miał wrażenie, że wszystkie te nieszczęśliwe sytuacje były przynajmniej w jakiś sposób spowodowane przez niego, nawet jeśli na niektóre z nich nie mógł znaleźć w głowie żadnego prawdziwego powodu ku takiemu tokowi myślenia.
— Nadal nie tłumaczy to przekroczenia granicy zapachowej — zauważyła, a Muszla czuł się tak, jakby ktoś wbił w niego ostry patyk. — Tereny niczyje są chyba w stanie pomieścić samotników. Chyba że któryś z was skusił się na naszą zwierzynę.
Kocur poruszył nieznacznie ogonem, próbując przypomnieć sobie najwięcej z tamtego dnia. Nie zajęło mu to długo, zresztą to nie było też tak, że miał z wielkimi detalami wymieniać, co po kolei robił danego dnia, dwadzieścia księżyców temu. Może wystarczyło powiedzieć prawdę. Spochmurniał odrobinę. — Błoto to mój ojciec. Ruszyłem za nim tamtego dnia, bo długo nie wracał do naszego tymczasowego schronu, bardzo się o niego martwiłem. Powiedział, że będzie szedł brzegiem rzeki, dlatego w miarę wiedziałem, gdzie powinienem go szukać. Gdy szedłem jego tropem, z czasem natknąłem się na wyrwane kępki futra, płatki kwiatów, a nawet ślady krwi i nigdzie nieopodal go nie było. Pod wpływem impulsu ruszyłem dalej za zapachem, obawiając się najgorszego. Zaprowadziło mnie to prosto tutaj — wyjaśnił, czując, jak robi mu się chłodno w gardle. Tym razem nie kłamał. — Nie jestem pewien, czy Błoto upolował coś na tych terenach. Ja jedynie chciałem upewnić się, czy wszystko z nim w porządku...
Liderka zwęziła oczy w szparki, a więzień nie był w stanie stwierdzić, czy mu uwierzyła, czy nie.
— W porządku — skinęła głową. — Błękitna Laguno, możesz odprowadzić go na wyspę.
I po paru uderzeniach serca do legowiska wszedł łaciaty kocur. Nim się Stroczek, a raczej… Muszla obejrzał, znalazł się z powrotem w dziurze więźniów. Czy ta rozmowa była pierwszym krokiem ku temu, żeby polepszyć obecne warunki życia Muszli oraz Błota? Chciał w to wierzyć. Chciał, żeby ojciec mógł swój pozostały czas na tym świecie spędził na ciepłym, miłym legowisku wśród kotów, które nie traktowałyby go źle. Wierzył w dobroć Nocniaków, nawet jeśli bardzo się momentami bał.

Od Diane Elizabeth Montclair

Diane ruszyła w stronę miejsca, w którym najczęściej przebywał Celestyn, choć tym razem jej kroki były nieco szybsze niż wcześniej. Starała się jednak panować nad własnym pośpiechem, pamiętając o słowach Sycylii, która zawsze powtarzała, że nawet największe podekscytowanie nie powinno odbierać kotce gracji ani rozwagi.
Celestyn siedział w szerokiej smudze światła, która wpadała do wnętrza przez częściowo odsłoniętą szybę.
Diane zatrzymała się kilka kroków od ojca.
Przez krótką chwilę po prostu mu się przyglądała. W jego spokojnej sylwetce było coś, co zawsze pomagało jej zebrać myśli, dlatego nie czuła przy nim tego samego napięcia, które towarzyszyło jej rozmowom z Sycylią. Mimo to chciała odpowiednio dobrać słowa. W końcu prosiła go o coś, na czym naprawdę jej zależało.
— Tato?
Celestyn odwrócił głowę, a na jego pysku pojawił się łagodny uśmiech.
— Tak, Diane? Chciałaś ze mną porozmawiać?
Diane podeszła bliżej, wskoczyła na parapet i usiadła przy oknie. Przez moment patrzyła przez okno, pozwalając, by widok ogrodu ponownie pochłonął jej uwagę. Z tej perspektywy nie mogła dostrzec wszystkich szczegółów, które tak bardzo ją ciekawiły, lecz właśnie przez to jej wyobraźnia pracowała jeszcze intensywniej.
— Rozmawiałam z mamą — powiedziała w końcu. — Chciałam poprosić ją, żeby wyszła ze mną do ogrodu, ale odmówiła. Powiedziała, że najpierw powinnam zająć się swoimi obowiązkami i nauczyć się panować nad tym, jak bardzo chciałabym tam pójść.
Celestyn przyjrzał jej się uważnie.
Diane opowiedziała mu o rozmowie z Sycylią znacznie spokojniej, niż początkowo zamierzała. Nie chciała, aby zabrzmiało to tak, jakby skarżyła się na matkę. Wprost przeciwnie — rozumiała jej argumenty i sama przyznawała, że były rozsądne. Mimo wszystko gdzieś pod tym zrozumieniem kryło się rozczarowanie, którego nie potrafiła całkowicie ukryć.
Celestyn dostrzegł je bez trudu.
— Rozumiem, że mimo wszystko nadal bardzo chciałabyś zobaczyć ogród.
Diane skinęła głową.
— Tak. Szczególnie teraz, kiedy wiem, że jeszcze nigdy naprawdę go nie oglądałam. Mogłam jedynie patrzeć przez okno i zastanawiać się, jak wyglądają te wszystkie rośliny z bliska.
Jej wzrok znów powędrował ku szybie.
Tym razem jednak nie ograniczyła się do podziwiania barw. Próbowała wyobrazić sobie fakturę liści pod łapą, zapach ziemi rozgrzewanej przez słońce oraz chłód rosy, która z pewnością wciąż kryła się w cieniu. Wydawało jej się, że ogród ma własny świat, zupełnie inny od tego zamkniętego w ścianach domu, i właśnie ta myśl budziła w niej największą ciekawość.
— Chciałabym też spróbować stworzyć własny bukiet — dodała po chwili. — Nie wiem jeszcze, czy potrafiłabym dobrać pasujące do siebie kwiaty, lecz chciałabym spróbować.
Celestyn przez moment milczał.
— W takim razie tym bardziej powinnaś zobaczyć go z bliska.
Diane uniosła głowę.
— Naprawdę?
— Oczywiście.
Celestyn wstał, lecz zanim zeskoczył z parapetowej półki, jeszcze raz spojrzał przez okno.
— Jeśli chcesz nauczyć się sztuki, musisz najpierw nauczyć się patrzeć. A tego nie da się zrobić wyłącznie przez szybę.
Te słowa wydały jej się niezwykle trafne. Jeżeli naprawdę chciała kiedyś tworzyć, musiała nauczyć się dostrzegać to wszystko.
Diane podniosła się.
— Tylko mama powiedziała, że najpierw powinnam wykonać swoje obowiązki.
Celestyn uśmiechnął się pod nosem.
— I w tej kwestii ma całkowitą rację. Nie zamierzam namawiać cię do ich zaniedbania. Zajmij się tym, co do ciebie należy, a kiedy skończysz, możemy wyjść.
Diane poczuła, jak ciepło rozlewa się po jej piersi.
Nie chciała okazać przesadnego entuzjazmu, zwłaszcza po rozmowie z Sycylią, dlatego jedynie skinęła głową, choć końcówka jej ogona zdradziła ją, poruszając się z ledwie powstrzymywaną radością.
— Dobrze, tato. Postaram się wszystko zrobić jak najlepiej.
— Wierzę w ciebie.

18 sierpnia 2026

Od Diane Elizabeth Montclair

Kotka znalazła Sycylię niedługo później, kiedy ta zajmowała się porannymi obowiązkami, porządkując rzeczy pozostawione w domostwie i doglądając wszystkiego z tą samą starannością, z jaką zwykła podchodzić do każdego szczegółu codzienności.
Diane przez moment nie odzywała się, obserwując matkę z lekkim wahaniem. Wiedziała, że przy Sycylii powinna szczególnie uważać na sposób, w jaki się zachowuje, ponieważ matka przywiązywała ogromną wagę nie tylko do słów, które wypowiadała, lecz także do postawy, gestów i sposobu poruszania się.
Kremowa koteczka odruchowo wyprostowała więc grzbiet i uniosła głowę nieco wyżej, a następnie ruszyła w stronę matki spokojnym, miarowym krokiem. Starała się, aby jej ogon nie zdradzał podekscytowania, choć trudno było jej całkowicie ukryć drżenie końcówki.
— Mamo? Jeśli nie przeszkadzam, chciałabym o coś zapytać.
— Nie przeszkadzasz.
Sycylia przyjrzała jej się nieco dokładniej, jakby próbowała odgadnąć powód tej ostrożności.
— Zastanawiałam się... czy zechciałabyś wyjść ze mną do ogrodu? Oczywiście, jeśli masz czas.
Sycylia przerwała wykonywaną czynność i powoli zwróciła głowę ku córce. W jej spojrzeniu nie było jeszcze ani zgody, ani odmowy; jedynie spokojne zainteresowanie, które sprawiło, że Diane niemal natychmiast wyprostowała grzbiet i bardziej świadomie ułożyła łapy przy sobie.
— Do ogrodu?
— Tak, mamo.
Diane odpowiedziała niemal natychmiast, lecz zaraz potem zamilkła, jakby przypomniała sobie, że Sycylia nie przepadała za zbyt pochopnymi reakcjami. Wzięła więc spokojniejszy oddech i pozwoliła, aby między nimi zapadła krótka cisza, podczas której z zewnątrz dobiegł cichy śpiew ptaka. Głos niósł się przez uchylone okno, mieszając się z delikatnym szelestem liści poruszanych porannym wiatrem.
— Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy?
Diane spuściła wzrok, czując, że jej początkowa pewność siebie zaczyna powoli znikać. Jeszcze przed chwilą wydawało jej się, że wystarczy poprosić, a potem wraz z matką będzie mogła przejść przez próg i wreszcie zobaczyć z bliska wszystko to, co od wczoraj przyciągało jej uwagę. Teraz jednak przypomniała sobie, że Sycylia lubiła znać powód każdej decyzji, zwłaszcza jeśli dotyczyła ona czegoś, co wymagało odłożenia codziennych obowiązków.
— Chciałabym spędzić z tobą trochę czasu poza domem. Wczoraj ogród wydał mi się wyjątkowo piękny i pomyślałam, że dobrze byłoby zobaczyć go z bliska, szczególnie teraz, kiedy rośliny tak bujnie rosną — odpowiedziała, po czym w jej oczach pojawił się cieplejszy blask. — Zauważyłam też kilka kwiatów, które mogłyby dobrze wyglądać w bukiecie…
W miarę jak mówiła, Diane zaczęła odzyskiwać odrobinę śmiałości.
— Bukiet?
— Tak. Pomyślałam, że mogłabym zrobić coś dla ciebie i Celestyna, jeśli nie mielibyście nic przeciwko.
Na pysku Sycylii pojawił się cień uśmiechu, tak subtelny, że Diane niemal mogła pomyśleć, iż tylko jej się przywidziało.
— To bardzo miły pomysł, Diane. Doceniam, że chciałabyś zrobić coś własnymi łapami.
Sycylia na moment umilkła.
— Nigdy wcześniej tam nie byłaś?
Diane pokręciła głową.
— Nie, mamo.
— Więc wszystko, co tak cię zachwyciło, widziałaś tylko przez okno?
— Właśnie dlatego jestem taka ciekawa, jak ogród wygląda naprawdę. Z daleka kwiaty wydają się niemal jednolitą plamą barw, a chciałabym zobaczyć ich płatki, liście i wszystkie drobne szczegóły.
W jej głosie pojawiło się coś więcej niż zwykła ciekawość. Było w nim szczere zauroczenie, którego nie próbowała już ukrywać.
— Rozumiem więc, że bardzo zainteresowałaś się ogrodem.
— Od wczoraj trudno mi przestać o nim myśleć.
— I dlatego chciałaś wyjść od rana?
Diane poczuła lekki wstyd.
— Tak... chyba rzeczywiście. Przepraszam, mamo.
Sycylia westchnęła cicho, lecz w jej głosie nie było gniewu. Przeciwnie, kiedy odezwała się ponownie, jej ton stał się nieco łagodniejszy.
— Nie przepraszaj za samo zainteresowanie czymś pięknym. Cieszę się, że dostrzegasz urok natury i że budzi ona w tobie chęć tworzenia. Musisz jednak nauczyć się panować nad własnym entuzjazmem. To, że czegoś pragniesz, nie znaczy, że powinno wydarzyć się natychmiast.
Diane skinęła głową.
— Rozumiem. Najpierw powinnam pomyśleć o swoich obowiązkach.
— Właśnie tak. Obowiązki nie stają się mniej ważne tylko dlatego, że za oknem czeka coś ciekawszego.
Diane zerknęła mimowolnie w stronę okna.
— Widzę jednak, że bardzo chciałabyś tam pójść.
— Tak — przyznała Diane cicho. — Ale nie będę nalegać, jeśli uważasz, że to nie jest odpowiednia pora.
Sycylia uśmiechnęła się delikatnie.
— I dobrze, że przyszłaś zapytać.
Diane podniosła wzrok.
— Czy to oznacza, że mogę?
— Nie.
Nadzieja, która pojawiła się w oczach Diane, zgasła równie szybko.
— Nie chcę, żebyś odebrała moją odmowę jako karę. Nie zrobiłaś niczego złego. Ogród jest piękny, ale trzeba uważać na rośliny, błoto, owady, a przede wszystkim pamiętać o właściwym zachowaniu.
Diane słuchała w skupieniu.
— Rozumiem. Jeśli kiedyś pozwolisz mi wyjść, postaram się zachowywać tak, jak należy.
— Tego właśnie oczekuję.
— Będę chodzić spokojnie i uważać, gdzie stawiam łapy. Jeśli będę chciała coś obejrzeć albo dotknąć, najpierw zapytam.
Sycylia skinęła głową.
— I pamiętaj, że dobre maniery nie zostają za drzwiami. Nawet wśród kwiatów powinnaś mówić spokojnie, zwracać uwagę na innych i panować nad swoim podekscytowaniem.
— Postaram się, mamo.
Mimo odmowy wciąż czuła lekkie rozczarowanie, które zacisnęło się gdzieś pod jej sercem niczym cienka nić. Nie zamierzała jednak pozwolić, aby przesłoniło jej ono wdzięczność za samą rozmowę. W końcu ogród nadal znajdował się za oknem, a jego piękno nie zniknie tylko dlatego, że będzie musiała jeszcze trochę poczekać.
— Skoro tak, zajmę się tym, co powinnam, a później... — urwała na moment, po czym dodała z odrobiną nadziei: — może zapytam jeszcze tatę, czy zechciałby mi towarzyszyć.
Sycylia przyjrzała jej się przez chwilę, po czym skinęła głową.
— Możesz go zapytać. Jeśli Celestyn uzna, że to odpowiednia chwila, nie będę miała nic przeciwko.

Od Diane Elizabeth Montclair

Dzień od ostatniego opowiadania... 

Następnego ranka Diane obudziła się wcześniej, niż zamierzała.
Przez kilka długich uderzeń serca pozostawała nieruchoma, wtulona w miękkie posłanie, z przymkniętymi powiekami i uszami nastawionymi na najcichsze odgłosy dobiegające z innych pokoi. Domostwo pogrążone było jeszcze w porannym spokoju; gdzieś w oddali skrzypnęła drewniana deska, przez ścianę przemknął stłumiony szmer, a potem wszystko ponownie ucichło. Jedynym wyraźnym dźwiękiem był śpiew ptaka, który dochodził zza uchylonego okna i brzmiał tak lekko, jakby jego właściciel nie musiał martwić się niczym poza tym, by jak najpiękniej rozpocząć nowy dzień.
Diane otworzyła oczy.
Pierwszą rzeczą, o której pomyślała, był ogród.
Nie było to już tylko wspomnienie wczorajszego widoku, który tak długo przyciągał jej wzrok. Teraz ogród stał się niemal namacalną myślą, która zakorzeniła się gdzieś głęboko w jej umyśle i przez całą noc nie pozwalała jej o sobie zapomnieć. Wciąż pamiętała intensywny błękit nieba, złociste promienie przesączające się pomiędzy liśćmi oraz soczystą zieleń roślin, która wydawała się niemal nierzeczywista.
A przede wszystkim pamiętała, jak bardzo chciała znaleźć się pośród niej.
Podniosła się powoli i przeciągnęła, a następnie ruszyła w stronę parapetu. Chłodne, poranne powietrze natychmiast musnęło jej pysk, gdy tylko zbliżyła się do szczeliny między ramą a skrzydłem.
Ogród wyglądał inaczej niż poprzedniego dnia.
Nie dlatego, że rzeczywiście się zmienił, lecz dlatego, że poranne słońce nadawało mu zupełnie nowe oblicze. Trawa pokryta była rosą, której drobne krople lśniły w pierwszych promieniach niczym rozsypane po ziemi kryształki. Liście uginały się pod ich ciężarem, a niektóre kwiaty wciąż pozostawały częściowo zamknięte, jakby dopiero budziły się ze snu. Nad rabatami unosiła się delikatna mgiełka, która powoli rozpływała się wraz z każdym kolejnym promieniem słońca.
Diane przycisnęła nos do chłodnej powierzchni szyby.
Zapach ogrodu był subtelniejszy niż wczoraj, lecz właśnie przez to wydawał jej się jeszcze piękniejszy. Czuła wilgotną ziemię, trawę, liście i słodką woń kwiatów, która mieszała się z chłodem poranka.
— Dzisiaj — szepnęła.
Jej ogon poruszył się lekko.
— Dzisiaj na pewno wyjdziemy.

CDN.

Od Ćmiej Łapy do Jagnięcego Ukłonu

Przeszłość

Ćmia Łapa przygotowywała układy z ziół, kiedy do legowiska wkroczyła zadyszana Psotny Nietoperz z wiadomością:
– Rozżarzona Pieśń rodzi!
Jagnięcy Ukłon, Księżycowa Aldrowanda oraz Ćmia Łapa popędziły do żłobka, w którym zastały ciężko oddychającą rudą królową i dzieci niebieskiej karmicielki, Dymówkę i Ciskę.
– Psotny Nietoperzu, wyprowadź twoje pociechy na zewnątrz. Ćmia Łapo, nasącz mech miodem. Księżycowa Aldrowando, przynieś zioła dla rodzącej. – Wydała rozkazy Jagnięcy Ukłon, a kotki zabrały się do ich wykonywania. Aldrowanda szybko wzięła zawiniątko ze skalnej półki, a uczennica nasączyła mech w miodzie, który był dobrze schowany.
Niebieskooka podała liście malin i trybulę, krótkoogonowa dała jej mech z klejącym miodem, a Aldrowanda uspokajała rodzącą.
– AGHFFF! – wydusiła z siebie ruda.
– Dasz radę, Rozżarzona Pieśni. Już widzę pierwszego kociaka!
Na świecie pojawiła się mała czekoladowa kulka. Ćmiej Łapie przypominał on pewnego wojownika…
Od razu wzięła się za jego wylizywanie. To była kotka. Mała po chwili zaczęła piszczeć i lekko się wiercić.
– Brawo, Rozżarzona Pieśni, masz zdrowego kocurka! Tfu, koteczkę! – pocieszyła ją uczennica. Znowu się zakręciła…
Po chwili na świecie pojawiła się druga kulka, tym razem była ona w połowie ruda, w połowie biała.
Ćma bez wahania zaczęła ją wylizywać pod włos. Trochę dłużej to trwało niż przy jej lub jego siostrze, ale bez żadnych komplikacji kociak zaczął oddychać. Był to kocurek.
– Masz syna! – krzyknęła do rodzącej.
– Już prawie, Rozżarzona Pieśni, ostatnie kocie! – powiedziała Aldrowanda, uciskając jej brzuch.
Po chwili na świat przyszło ostatnie kociątko, było ono również podobne do pewnego wojownika Klanu Klifu… To była kotka.
– Urodziłaś śliczną córeczkę! – powiedziała w eter.
Karmicielka położyła głowę na podłożu legowiska z wycieńczenia. Kremowa wyjęła jej mech z pyska, a Jagnięcy Ukłon przyniosła kotce jej kociaki.
Ruda z rozczuleniem popatrzyła na swoje dzieciątka. Przybliżyła je łapą do siebie, a maluchy zaczęły ssać mleko.
– Idę zawiadomić Psotnego Nietoperza – oznajmiła Księżycowa Aldrowanda i wyszła ze żłobka.
– Dobrze się dziś spisałaś. – Uśmiechnęła się niebieskooka mentorka do swojej podopiecznej.
– Dziękuję, Jagnięcy Ukłonie. – Zawstydziła się lekko, a przynajmniej zrobiła taką minę.
– Tylko nie myl płci! – zaśmiała się, lekko dotykając nosem jej głowy.

<Jagnięcy Ukłonie?>
[333 słowa + asystowanie przy porodzie]

Od Wełnianki do Lipieńka

Jeśli była jedna rzecz, której Wełnianka szczerze nie cierpiała – poza byciem ignorowaną przez starszych, zmuszaną do pójścia spać zaraz po zachodzie słońca czy jedzenia tych paskudnych, smakujących mułem ryb, które jej mamusia zwała karpiami (fuj!) – to była to nuda. Okropna, nieprzerwana nuda. Jej koledzy z miotu Sennej Łzy opuścili chwilowo żłobek, aby rozprostować łapki na spacerze z mamą. Królowa zabrała wraz z nimi Milczka, którego rodzeństwo w tajemniczych okolicznościach zniknęło niedawno ze żłobka. Wełnianka nie tęskniła za nimi szczególnie, nie zdążyła wszak nawiązać z nimi zbyt silnej więzi – ale jednak w ich legowisku zrobiło się przez to znacznie ciszej i trochę samotniej…
Biało-ruda miała plan, aby zaprosić do zabawy Drzemlika i, być może, również jego siostrę, ale niestety i oni byli tym razem nieobecni. Zgodnie ze słowami piastuna zabrani zostali do medyków na wizytę kontrolną – czy coś takiego. W każdym razie koteczka nudziła się okropnie, leżąc na swoim mchowym łóżeczku i licząc zabawki zawieszone pod sufitem kociarni. Za każdym razem ich ilość była inna, co niesamowicie ją frustrowało – jak i frapowało. Przecież nie mogły się przemieszczać, a nigdy nie widziała, aby ktoś je zrzucał lub zawieszał nowe!
W pewnym momencie ta niesamowicie pasjonująca czynność została jej przerwana. Zastrzygła uszami, słysząc ciche szuranie dobiegające z ich kącika w kociarni. Uniosła łebek, szeroko otwierając duże, brązowe ślepka. Och, jej braciszek w końcu się obudził! Uśmiechnęła się pod nosem łobuzersko. Przykucnęła nisko na łapkach, przygotowując się do skoku i – hyc! – wybiła się z piaszczystego podłoża, lądując tuż na nim.
— Cześć, leniuchu! — miauknęła rozbawiona, gdy ten jeszcze dość skonfundowanym, ledwo obudzonym wzrokiem przyglądał się jej z nieskrywaną konsternacją. — Te, no… Jasne coś już dawno wzeszło, a ty się wciąż leniłeś!
— Masz na myśli słońce? — zapytał, po czym zgrabnie zrzucił siostrę z siebie, prędko wstając i otrzepując się z ziemi. — Ale ty jesteś dzikuską, wiesz? Nawet nie dasz mi spokojnie wstać…
Brat wystawił psotnie język w jej stronę, po czym dał jej lekkiego kuksańca. Ta odwdzięczyła mu się tym samym, po czym oboje zaczęli się śmiać.
— Wiesz co, Lipieńku — zaczęła po chwili, zatrzymując się na moment, aby w głowie poszukać odpowiedniego słowa (które jak na złość nie chciało do niej przyjść!). — Zastanawiałam się nad…
— Nad? — Przechylił łebek w bok, siadając i owijając ogon wokół łapek, wylizując przy okazji sterczące niezgrabnie po spaniu futerko.
— No wiesz… Ach, nie lubię tego, że brakuje mi… Słów, tak. — Spuściła łebek, wpatrując się przez chwilę w podłożę, sfrustrowana. — Pamiętasz historie, które opowiadał nam Złocisty Widlik?
— Pewnie, że tak — odparł od razu, chociaż bez wielkiego entuzjazmu. Wełnianka nie spodziewała się po bracie innej odpowiedzi. On zawsze lubił wchodzić piastunowi w słowo i dopytywać o powód, dla którego dana opowieść potoczyła się tak, a nie inaczej. Był widocznie zirytowany, gdy kremowy zrzucał wszystko na karb tradycji.
— No, więc… Tam była taka jedna, o pochodzeniu małych kotów. I o tym, co je przynosi.
— O ptakach?
— Właśnie, tak, dziękuję! Tego słowa mi brakowało… — westchnęła cicho, po czym kontynuowała, na nowo ożywiona dzięki pomocy burasa. — W każdym razie, zastanawiam się, jak to działa. Skoro wszyscy mamy inne kolory… A każdy kolor przynosi inny ptak… To czy każde z nas przyniósł ktoś inny? — Zdawała się tym pytaniem szczerze przejęta, jakby odpowiedź udzielona przez kocurka miała nieść za sobą jakieś wielkie konsekwencje.

< Lipieńku? >

Słonkowa Łapa została adoptowana!

Nowy właściciel: kruliik. [Discord]

Od Fiołka do Wężynowego Splotu

Wpatrywała się w legowisko medyków, zastanawiając się, czym obecnie zajmowała się Gąbczasta Perła. Konstrukcję ze splątanych pnączami tataraku i gałęzi sumaka tworzących zadaszenie zdobiły żółte jaskry. To nie było jedyne miejsce w obozie, gdzie rośliny kwitły, zachwycając swoimi żywymi kolorami i zapachami. Gdzie nie spojrzeć, widać było przeróżne kwiaty, a Fiołek mogła tylko zastanawiać się, jak pięknie wyglądała Kolorowa Łąka, o której opowiadali starsi i wojownicy.
Wiedziała, że niedługo ją zobaczy, wtedy kiedy zostanie mianowana na uczennicę. Żałowała tylko, że stanie się to pewnie, dopiero kiedy nadejdzie Pora Opadających Liści. Gdyby teraz stała się łapą, miałaby o wiele łatwiej. Widziała, ile zdobyczy wnosiły do obozu koty powracające z patroli myśliwskich. Zwierzyny zdecydowanie nie brakowało, co w połączeniu z przyjemną temperaturą sprawiało idealne warunki do szkolenia.
Zobaczyła kawałek dymnej sierści medyczki, a iskierki w jej oczach zamigotały z zadowolenia. Bardzo lubiła Gąbczastą Perłę, która często odwiedzała ją, Jasność i Senną Łzę w żłobku. Ruszyła w jej kierunku, po chwili jednak zobaczyła, że ta kierowała     się do wyjścia z obozu, a chwilę później już jej nie było. Pewnie poszła zbierać zioła. Fiołek skrzywiła się z rozczarowaniem. Nie zdążyła zagadać do kotki.
Rozejrzała się więc po obozie, ponieważ poczuła to dziwne uczucie, które zawsze towarzyszyło jej, kiedy była zbyt długo sama. Coś jakby kłuło ją w klatce piersiowej, coś nie dawało spokoju, jakiś niepokój nie pozwalał jej usiedzieć w miejscu. Ledwo się powstrzymywała przed głośnym zamiauczeniem na cały obóz, aby ściągnąć na siebie uwagę innych.
Podeszła do grupki wojowników, rozmawiających w cieniu sumaka tworzącego legowisko Mandarynkowej Gwiazdy. Wśród nich był Błękitna Laguna, jego czarna gwiazdka na łapie, którą pokazywał coś swoim rozmówcom i krwistoczerwony znak lotosu na czole od razu rzuciły się koteczce w oczy.
— Ty, Zmierzchająca Falo, poprowadzisz patrol na wybrzeże niedaleko Bursztynowej Wyspy. Słyszałem, że ostatnio pływa tam dużo ryb, więc na pewno coś znajdziecie. — Te słowa doleciały do uszu Fiołka, kiedy podeszła bliżej i niezbyt dyskretnie usiadła między wojownikami, kiwając z powagą głową, jakby zastępca mówił do niej.
Dymny przytaknął i już chciał odejść, aby poszukać sobie chętnych do polowania, ale spojrzenie jego pomarańczowych oczu spotkało się ze wzrokiem koteczki.
— Ehm… Potrzebujesz czegoś, Fiołko? — zapytał życzliwie i opiekuńczo, co ściągnęło na szylkretkę uwagę reszty wojowników.
— Idę z wami na patrol! — oświadczyła zdecydowanym głosem i wstała, dumnie podnosząc ogon do góry.
Na chwilę zapadła niezręczna cisza, a Zmierzchająca Fala przestąpił z łapy na łapę, jakby niepewny co odpowiedzieć, aby jej nie urazić.
— Kociaki nie mogą chodzić na patrole. — Kropiatkowa Skórka włączyła się do rozmowy, spokojnie patrząc na nią swoimi ładnymi oczami. — Nie martw się, już niedługo zostaniesz uczennicą. A potem wojowniczką.
— Ale ja chcę teraz! — zawołała zezłoszczona.
Machnęła wściekle ogonem, a futro na jej grzbiecie się nastroszyło. Błękitna Laguna coś jeszcze powiedział tonem pełnym pogardy i krytyki do jej zachowania, jednak Fiołek już nie chciała tego słuchać. Ostentacyjnie tupiąc, skierowała się na środek obozu.
Nagle złość minęła, kiedy w jej głowie powoli zakiełkował plan. Już nie chciała iść na patrol. Teraz miała lepszy pomysł. Odczekała chwilę, aż wojownicy wrócą do swoich spraw i kiedy nikt na nią nie patrzył, powoli podeszła do źródełka. Pochyliła głowę i napiła się, chociaż wcale nie była spragniona. Rozejrzała się po obozie ostatni raz. Najbliżej stała Wężynowy Splot, która wylizywała swoje długie, szylkretowe futro i nie zwracała uwagi na koteczkę.
Nagle Fiołek przechyliła się i z głośnym piskiem na całą wyspę wpadła do źródełka. Planowała później powiedzieć klanowi, że ktoś ją wepchnął. Cała zanurzyła się pod powierzchnią wody, jej tylna łapka dotknęła dna. Spróbowała się odepchnąć, jednak jej pazurki ześlizgnęły się po kamykach i boleśnie wykręciły. Zawyła z bólu, tym samym nabierając wody do pyska. Poczuła kłucie w płucach. Potrzebowała powietrza! Zaczęła szybciej machać kończynami. Nie umiała jeszcze pływać! Co ona sobie wyobrażała?!
Na chwilę udało jej się wynurzyć pysk i głośno charcząc, wypluła wodę, a następnie zdążyła nabrać odrobinę powietrza, zanim znowu się zanurzyła.
Dlaczego była taka głupia?! Nie mogła pokazać się z gorszej strony! Teraz nikt jej nie będzie traktował poważnie, no bo co za Nocniak topił się w źródełku do picia?! I to wszystko tylko dlatego, że Błękitna Laguna nie chciał jej wziąć na patrol. No teraz to na pewno nie weźmie! Płuca bolały ją coraz bardziej, rozpaczliwie machała łapkami, czekając na ratunek.

<Wężynowy Splocie?>

Od Diane Elizabeth Montclair

Wzrok Diane powędrował ku lekko uchylonemu oknu, przez które do wnętrza domostwa sączył się ciepły, letni blask, a wraz z nim wpadały ledwie wyczuwalne powiewy powietrza, niosące na sobie zapach mokrej ziemi, młodych liści oraz kwiatów rozkwitających w ogrodzie. Za szybą rozciągał się jej ulubiony widok — ten, który potrafił uciszyć nawet najbardziej niespokojne myśli i sprawić, że choć na krótką chwilę zapominała o wszystkim, co ograniczało ją do czterech ścian. Ogród lśnił w słońcu niczym ukryty skarb, którego piękno zmieniało się z każdym mijającym dniem, a każda kępa trawy, każdy krzew i każdy delikatny kwiat zdawały się mieć własną, cichą opowieść.Niebo rozciągało się wysoko ponad dachami, bez jednej choćby chmurki, która mogłaby przesłonić jego głęboką, niemal nieprawdopodobną błękitność; było tak intensywne, że Diane przez moment poczuła, jakby samo spojrzenie w jego stronę miało moc wywabienia z niej wszystkich trosk. Słońce zawisło wysoko, rzucając na ziemię jasne plamy światła, pomiędzy którymi tańczyły cienie poruszających się na wietrze gałęzi. Roślinność również zdawała się bujniejsza niż zaledwie kilka księżyców temu — soczyste liście rozpościerały się szeroko ku niebu, młode pędy uginały się pod ciężarem świeżych kwiatów, a źdźbła traw kołysały się leniwie, jakby cała ziemia oddychała w spokojnym rytmie lata.
Diane przyglądała się temu wszystkiemu z niemal dziecięcym zachwytem, czując, jak tęsknota za wyjściem na zewnątrz narasta w niej z każdym kolejnym oddechem. Pragnęła poczuć pod łapami miękką, nagrzaną słońcem ziemię, zanurzyć nos wśród pachnących roślin i pozwolić, by lekki wiatr zmierzwił jej kremowe futro, a przede wszystkim chciała choć na chwilę znaleźć się pośród tej zieleni, która wydawała się tak bliska, a jednocześnie pozostawała poza jej zasięgiem.
Nie oznaczało to jednak, że jej domostwo było szpetne lub pozbawione własnego uroku.
Wręcz przeciwnie — ciepłe promienie słońca wpadały do środka szeroką, złocistą smugą, przesuwając się powoli po drewnianej podłodze i rozświetlając drobinki kurzu, które wirowały w powietrzu niczym maleńkie iskry. Jasność osiadała na meblach, ścianach i miękkich przedmiotach pozostawionych w pobliżu okna, nadając wszystkiemu delikatny, niemal baśniowy blask, przez który zwyczajne wnętrze nabierało niezwykłego charakteru. W powietrzu mieszały się znajome zapachy domu z wonią ogrodu, a Diane miała wrażenie, że granica pomiędzy bezpiecznym schronieniem a światem natury zaczyna powoli zanikać.
Ten widok obudził w niej coś, co znała doskonale.
Potrzebę tworzenia.
W jej wyobraźni niemal natychmiast pojawiły się obrazy barw i kształtów, splatające się ze sobą tak szybko, że z trudem nadążała za własnymi myślami. Widziała już bukiet, który mogłaby ułożyć z kwiatów rosnących w ogrodzie — złocistych, kremowych i jasnych niczym promienie słońca przedzierające się przez liście — a każdy z nich dobrałaby z największą starannością, tak aby nawet najmniejszy płatek współgrał z pozostałymi. Mogłaby związać łodygi cienką trawą albo ozdobną wstążką, jeśli tylko udałoby jej się taką znaleźć, a potem z dumą podarować gotowe dzieło Celestynowi i Sycylii.
Już teraz wyobrażała sobie ich miny.
Widziała, jak ich oczy rozszerzają się z zachwytu, jak na pyskach pojawiają się uśmiechy, a w spojrzeniach rozkwita szczere uznanie, które dla Diane znaczyło znacznie więcej niż jakiekolwiek słowa. Chciała sprawić im radość, pozostawić w ich łapach coś stworzonego własnymi siłami i jednocześnie przekazać im to, czego sama nie zawsze potrafiła powiedzieć.
Och, jak cudownie byłoby wyjść na zewnątrz całą rodziną.
Ta myśl sprawiła, że w piersi Diane pojawiło się przyjemne, lecz zarazem bolesne ciepło. Wyobraziła sobie ich wszystkich razem pośród ogrodu, spacerujących pomiędzy roślinami, zatrzymujących się przy najpiękniejszych kwiatach i rozmawiających o rzeczach, które w czterech ścianach domu wydawały się odległe.
Cały świat zdawał się po prostu wołać Diane.
Zapraszał ją do siebie każdym poruszeniem liścia, każdym zapachem niesionym przez wiatr i każdym promieniem światła, który padał na ziemię tuż za oknem. Natura była tak blisko, niemal na wyciągnięcie łapy, a mimo to kotka mogła jedynie patrzeć, czując, jak pragnienie znalezienia się pośród zieleni staje się coraz silniejsze.
Wysoko ponad ogrodem rozbrzmiewały ptasie trele, zlewające się w jedną, wielobarwną melodię, której nie sposób było przypisać żadnemu pojedynczemu głosowi. Gdzieś pośród liści brzęczały owady, pracowicie krążąc pomiędzy kwiatami, a delikatne podmuchy wiatru poruszały roślinnością, wywołując szelest przypominający cichy szept. Powietrze drżało od ciepła, nasycone zapachem lata, świeżej zieleni i rozgrzanej ziemi, a promienie słońca przesuwały się po ogrodzie niczym płynne złoto.
Przez chwilę pozostawała więc nieruchoma, zapatrzona w ogród, pozwalając, by ciepło słońca ogrzewało jej futro.
I po raz pierwszy pomyślała, że może nadeszła w końcu ta pora. Że może powinna nareszcie poznać ten czarodziejski ogród. Że może gdyby spróbowała, udałoby się jej namówić rodziców na to, by ją tam zabrali…

Od Jesionowej Szadzi CD. Miodowego Ula

Jesionowa Szadź otworzyła szerzej oczy. W sumie ostatnio, gdy odwiedziła żłobek i zauważyła szczęśliwą Ognikową Słotę i Kocimiętkowy Wir ze swoimi kociętami, mimo że były obie kotkami, to ta pierwsza znalazła ojca dla kociąt poza klanem i teraz dumnie wychowywały nowe pokolenie Wilczaków. Gdyby tak i one próbowały coś wymyślić w tym stylu, mogłyby również być dwoma matkami dla jednego miotu, lecz traktowałyby je równie tak, jakby to one obie były naraz ich prawdziwymi rodzicami. Liliowa uśmiechnęła się czule i dotknęła nosem tego partnerki.
— Jestem pewna, że coś w tej sprawie wymyślimy — wymruczała kojąco. — Dajmy temu chwilkę. — Polizała ją między uszami i otuliła ją. Złota od razu niemalże się rozpłynęła w jej objęciach i zamknęły oczy, oddając się krainie snów.

Parę wschodów słońca później

Jesionowa Szadź pożegnała się z partnerką, która właśnie wyszła na patrol poranny. Przynajmniej tak myślała. W tym czasie liliowa zajęła się pielęgnacją swojej sierści. Od jakiegoś czasu przestała bardzo dbać o swój wygląd tak, jak robiła to kiedyś. Już nie była idealnie wylizana, lecz jej sierść pozostawała w niektórych miejscach zmierzwiona i zakurzona. Pokrywało się to z momentem, gdy razem z Miodką wyznały sobie miłość i zostały partnerkami.
Zastanowiła się chwilę nad tym, jak złota powiedziała jej, że chciałaby założyć rodzinę. Jedyne, na co wpadła, to na znalezienie ojca poza klanem, tak jak niegdyś zrobiła to szylkretowa karmicielka-mistrzyni.
Gdy kotka skończyła się pozbywać mchu i kurzu z futra, zajęła się myciem łabędziego pióra. Jak skończyła, spojrzała na nie. Było dla niej bardzo wyjątkowe. Odkąd tylko pamiętała to ono zawsze było tuż obok. Czuła się, jakby ono widziało ją, jak dorastała i jak była na każdym następnym etapie jej życia.
Z zadumy wyciągnęły ją głosy innych kotów z legowiska. Podciągnęła się na łapy i wyszła na polanę obozu. Rozprostowała łapy i powiedziała Cykoriowemu Cykorowi, która akurat przechodziła obok, że wychodzi na polowanie w razie, gdyby ktoś jej szukał.
Po wyjściu z obozu skierowała się do samej granicy terytorium Klanu Wilka, gdzieś niedaleko śpiewały szpaki. Starała się iść na tyle szybko, by sprawnie przejść przez las, ale na tyle powoli, by w razie, gdyby nieopodal była jakaś zwierzyna, to ona by jej nie spłoszyła. Niemal niedaleko granicy poczuła woń wiewiórki. Wiatru, prawie że nie było, więc pewnie dopiero co rudy gryzoń tędy przebiegł.
Liliowa przyjęła pozycję łowiecką i zaczęła powoli podążać tropem. Po niedługim czasie ją dojrzała, więc powoli zaczęła kroczyć w jej stronę, a gdy zwierzątko zaczęło kopać w ziemi, Jesionka rzuciła się na nią i zabiła poprzez zmiażdżenie karku. Wtedy z krzewów wyszedł czarny kocur z białymi akcentami i jakimś materiałem wokół tylnych łap. Na jego pysku widniał rozpromieniony uśmiech.
— Cudownie! Akurat byłem głodny. — Oblizał pysk, podczas gdy Jesionka odłożyła zdobycz na ziemię i położyła na niej łapę.
— Kim jesteś? — zapytała nastawiona odrobinę ofensywnie, ale pozostawała ciekawa.
— Jestem Skarpeciarz! — wymruczał z dumą kocur. Kotka podniosła jedną brew.
— Co robisz na terenie Klanu Wilka?
— Terenie czego? — zapytał się, odrobinę zmartwiony. — W sensie, jakaś zgraja wilków tu się błąka?
— W sensie, tu żyje pewien klan kotów, do którego należę i gdybyś wpadł na kogoś innego, to byś prawdopodobnie był natychmiast wygoniony. — On natomiast spojrzał się na nią jak głupi.
— Mogę tę wiewiórkę?
— Czemu miałabym ci ją dać?
— Jestem głodny…
Wojowniczka westchnęła.
— Mogłabym ci ją dać, ale mam jedno pytanie: chciałbyś mieć kiedyś kocięta?
— Czy chciałbym… może? Ale czy bym je wychowywał? Nie chce mi się tego — odparł, a liliowa od razu się stała bardziej przyjazna.
— Bo jest pewna sprawa… ja mam partnerkę i chciałybyśmy założyć rodzinę.
— W jaki sposób? — zapytał, lecz potem od razu jakoś go olśniło. — Ooo… chyba rozumiem. No to, mogę być tym wybrańcem! — rzekł dumnie, kładąc łapę na klatce piersiowej.
— Jak dobrze. Dziękuję — odparła z ulgą.
— To mogę tę wiewiórkę? — Zrobił duże oczy.
— Możesz.

* * *

W drodze powrotnej do obozu była nadal o pustych łapach. Za każdym razem zwierzyna uciekała, zanim jej się udało do niej zbliżyć wystarczająco. Już niemal zmęczona, zrobiła sobie krótki wypoczynek i zmyła z siebie zapach wcześniejszej, upolowanej wiewiórki. Wtedy dopiero ruszyła dalej, na kolejne polowanie i raz cudem jej się udało złapać szpaka, a potem jeszcze na dodatek mysz. Gdy już kierowała się do obozu, zauważyła nornika, którego natychmiast złapała i dumna ze swojego polowania i wypełnionego celu, wróciła do obozu.
Tam już czekała na nią Miodowy Ul, która siedziała pod legowiskiem medyka. Gdy zobaczyła Jesionkę, od razu do niej podbiegła i podrygiwała z łapy na łapę, podczas gdy ta odkładała zdobycze na stertę.
— Jesteś! — pisnęła, a liliowa polizała ją między uszami.
— Jestem! Tylko daj mi się najeść, głodna jestem. — Uśmiechnęła się do niej i wzięła ze spodu sterty wróbla.
Idąc sobie w swój ulubiony kącik, wojowniczka zauważyła, jak jej partnerka ledwo dawała radę coś wstrzymać w sobie. Wzrokiem błądziła po gruncie, a pyszczek otwierał jej się i zamykał co jakiś czas. W chwili, w której się położyły, niebieskooka od razu wybuchła:
— Słoneczko, będziesz mamą! — Jesionowa Szadź była jednocześnie zdziwiona, jak i spokojna.
— Co nie? To takie super! — rzekła szczęśliwa, a Miodka trochę się skonfundowała.
— Co to znaczy? Wiesz już?
— Że będę mamą?
— No tak.
— To tak.
Między nimi zapadła chwila ciszy.
— Od początku… co masz na myśli? — zaczęła liliowa.
— To, że jestem w ciąży! — odparła.
— Jesteś w ciąży?
— Ty też?
— Ja też!
Obie otworzyły szerzej oczy.
— Znaczy, jeszcze nie jestem pewna. Dopiero co dziś znalazłam ojca dla kociąt… — wyjaśniła starsza wojowniczka.
— A wiesz, że ja też dziś dopiero co znalazłam ojca dla mojego miotu?
— Ty też dziś?
— Ja też dziś! I ojcem jest… — zrobiła dramatyczną pauzę. — …Tygrysia Noc!
Jesionka otworzyła pyszczek.
— Serio?
— Tak!
Z tych wszystkich wrażeń srebrna aż zapomniała o jedzeniu.
— To cudownie! Jestem z ciebie taka dumna, Miodku. — Kotka położyła łapę na łapie partnerki.
— Dziękuję, kocham cię tak bardzo — odparła złota i wtuliła głowę w futro na klatce piersiowej Jesionki. Przypomniała sobie w tej chwili o wróblu, którego wzięła za posiłek.

Dzień później

Był miły, ciepły wieczór po deszczowym dniu. Wilgoć wisiała w powietrzu, a ptaki z chęcią zasiadały na glebie, by żerować na wypełzających z niej dżdżownicach. Gdzieś słychać było stukanie dzięcioła, a na niektórych drzewach małymi grupkami zaśpiewywały szpaki i wróble. Ptasia symfonia towarzyszyła dwóm zakochanym kotkom, w spacerze przy brzegu jeziora. Po wykonaniu obowiązków miały chwilę dla siebie, zanim ich brzuchy urosną na tyle, by im przeszkadzać w zwykłych przechadzkach. Jesionowa Szadź obserwowała niebo, które powoli ciemniało przez ukrywające się za horyzontem słońce. Zauważyła pierwsze jasne punkty, które przypominały gwiazdy. Szły w przyjemnej ciszy, podczas gdy gdzieś w gąszczu do wieczornej pieśni Pory Zielonych Liści dołączył się pasikonik. W końcu znalazły idealne miejsce do wspólnego odpoczynku. Liliowa miała coś w planach.
Gdy usiadły na piaszczystym brzegu, Miodka się od razu całym ciałem oparła o Jesionkę i zaczęła głośno mruczeć.
— Opowiedzieć ci ciekawostkę? — zapytała się Jesionka po dłuższej chwili.
— Oczywiście! Kocham twoje ciekawostki — odparła radośnie złota, odsuwając się trochę od partnerki, by móc spojrzeć jej w oczy.
— Słyszałaś może o tym, że łabędzie zakochują się tylko raz w całym swoim życiu? — zaczęła. — A gdy ich partner przedwcześnie umiera, to pozostały zostaje sam do samego końca, a w bardziej przykrych sytuacjach również kończy swe życie — dodała, nieco przygaszonym głosem. — To cudowny, lecz i straszny obraz miłości.
Miodowy Ul patrzyła głęboko w jej zielone oczy ze wzruszeniem.
— Tego nie wiedziałam… — odparła smutno. — To są takie cudne ptaki! Nie wiedziałam nic o tej przykrej stronie…
— Niestety — stwierdziła Jesionka. — A jednak te przykre sytuacje zdarzają się bardzo rzadko. Zwykle łabędzie szczęśliwie żyją w swoich jedynych parach aż do samego końca — dorzuciła, po czym usiadła tak, by być naprzeciwko partnerki. — Lecz, jest jedna sprawa… — miauknęła i wyjęła zza ucha łabędzie pióro, kładąc je między nimi. Niebieskooka spojrzała na nie z ciekawością.
— Kocham cię tak, jak łabędzie kochają siebie nawzajem. To pióro było przy mnie przez całe moje życie, od samego początku po dziś. Obiecałam sobie, że podaruję je jedynie kotu, z kim chcę spędzić całą resztę swojego życia — przerwała na moment, by podnieść łapę partnerki i ułożyć na niej pióro. — Tak więc to ty teraz je będziesz mieć. Jest twoje. — Oczy Miodki zabłysnęły ze wzruszenia.
— Na gwiazdy… — wymruczała, rozczulona i widocznie zaskoczona. W jej oczach kłębiło się tak wiele emocji. — Słoneczko, ty to wiesz, ale ja cię tak bardzo, bardzo, bardzo, bardzo mocno kocham! Obiecuję, że zadbam o to pióro jak nic innego! — pisnęła podekscytowana, a w jej ślepkach zebrały się łzy wzruszenia. Jesionowa Szadź wzięła pióro i wetknęła je za ucho partnerki, która natychmiast ją przytuliła ze łzami w oczach.

<Bądźmy jak łabędzie, do samego końca, Miodko>

17 sierpnia 2026

Skowronek został adoptowany!

Nowy właściciel: yqalia. [Discord]

Od Firmamentowej Łapy

⚜⚜⚜⚜┄┄Księżyce temu┄┄ ⚜⚜⚜⚜

— Mamo..? — Firmament zdecydował się odezwać do rodzicielki, która leniwie wylizywała swoją łapę. Ta westchnęła, patrząc na niego w końcu po chwili.
— Tak, Firmamencie?
— Opowiesz mi coś proszę o naszych terytoriach? Chciałbym się dowiedzieć więcej. Jakie są na nim miejsca, które odwiedzę podczas szkolenia, które lubisz najbardziej… — Kotka przerwała jego słowotok.
— Nie znam się tak na terytoriach Klanu Klifu. — odburknęła. Kocurek przechylił głowę.
— Jak to nie znasz?
— Po prostu. Nie pochodzę z klanów, nie rozglądałam się po naszym terytorium aż tak. Może któreś ze starszych ci opowie. — Odgoniła go od siebie machnięciem łapy, ale on nie dawał za wygraną.
— Ale to, co widziałaś wcześniej. Musisz mieć jakieś ulubione miejsce. Nawet poza Klanem Klifu. — Patrzył na nią błagalnie, na co westchnęła ponownie.
— Nie wiem. Może… Czarne Gniazda. — Widział, że odpowiadała leniwie i nie wysilała się, toteż skinął cicho głową, dając za wygraną. — Tak jak mówiłam, idź do starszyzny, oni ci opowiedzą coś więcej.
Na jej propozycję zerknął w stronę wyjścia z legowiska. Przez chwilę zastanowił się, jednak dał za wygraną. Ruszył do starszyzny, z wysoko podniesionym łebkiem. Wszedł do środka, rozglądając się. Zauważył, że Mniszkowy Nektar akurat nie jest zajęty, cóż, może poza poranną toaletą, więc podszedł do niego, siadając przed nim grzecznie.
— Dzień dobry, panie Mniszkowy Nektarze, czy mogę panu zająć chwilkę? Chciałbym posłuchać opowieści o naszych terytoriach… Jeśli to nie problem. — zapytał kocura, który odwrócił się do niego z uśmiechem.
— Och, pewnie. Choć tu maluchu. Opowiem ci wszystko, co tylko wiem.
— Nie musi być wszystko. Nie chcę zabierać panu aż tyle czasu, chcę wiedzieć co jest poza obozem. Zaraz zostanę uczniem, chcę wiedzieć, co mnie czeka.
— No dobrze, dobrze… Klan Klifu ma dość duże terytoria…

»»————- ⚜ ————-««

Wrócił do żłobka z nowo nabytą wiedzą. Miał jeszcze tak wiele pytań, jednak zasiedział się u Mniszka do samego wieczoru. No cóż, kocurka nie da się odpędzić, gdy ten już zainteresuje się tym, co jest mu mówione. Wszedł do środka, ziewając delikatnie. Zauważył, że jego brat śpi u boku Jastrzębiego Zewiu. Spojrzał na nią lekko wahając się.
— Truskawkowe Pole znowu wyszła..? — zapytał trochę smutny.
— Tak, Firmamencie. Ale hej, zawsze masz mnie. No chyba, że mnie nie lubisz. — zaśmiała się cicho, aby nie obudzić Migotu.
— Hej, przecież cię uwielbiam! — odpowiedział jej, udając oburzonego. Ułożył się między jej łapami, przez chwilę myśląc. — Jastrzębi Zewie… Zostaniesz z nami na zawsze, prawda?
— Tak, Firmamencie. Tak długo, jak żyję. — odpowiedziała kocurkowi, liżąc jego czółko.
— A jak… Nie będziesz żyła? — zapytał ją, czując, jak futerko na samą myśl staje mu dęba.
— Wtedy trafię do Klanu Gwiazdy. Będziesz mógł mnie zobaczyć w nocy na niebie. Ale zawsze w pewnym sensie będę obok. — Kotka patrzyła na niego przez chwilę, aż w końcu uśmiechnęła się do niego ciepło. — No, a teraz już nie myślmy o takich rzeczach. Na pewno jesteś zmęczony. Dobranoc, Firmamencie.
Kocurek znów ziewnął, zwijając się mocniej w kłębek.
— Dobranoc, Jastrzębi Zewie.

Od Firmamentu (Firmamentowej Łapy) CD. Lilakowej Łapy (Pszczelego Lilaku)

Myślał akurat nad opowieściami jednego ze starszych o innych klanach. Zainteresował go bardzo Klan Burzy, ich sojusznicy. Zadawał coraz to więcej pytań, aż do momentu, gdy rozmówca zaśmiał się i zapytał, czy kocurek ma zamiar uciec. Nie odpowiedział. Jedynie speszył się, odwracając wzrok. Spojrzał na wejście do żłobka, widząc, jak do środka wchodzi kotka. W pysku miała jedzenie, pewnie dla Truskawkowego Pola. Szkoda, że jak zawsze jej tu nie było.
— Dzień dobry, Firmamencie! — rzekła kotka, odstawiając grubą mysz przed nim. Zapytała po chwili — Gdzie twoja mama?
— Wyszła gdzieś… Niestety nie wiem gdzie. — odpowiedział starszej, która skinęłą powoli głową. Po chwili położyła się przed kocurkiem, patrząc na niego z lekkim uśmiechem.
— Nic nie szkodzi. Chyba jesteś już na tyle duży, żeby samemu zjeść tą mysz, prawda? Możesz podzielić się z Migotem. — Przesunęła zdobycz w jego stronę, na co przytaknął.
— W rzeczy samej, w sumie i tak robiłem się głodny. — Schylił się, wgryzając się w zwierzynę. Po chwili spojrzał na kotkę. — Może… Mogłabyś mi opowiedzieć więcej na temat naszych terytoriów?
— Chcesz wiedzieć więcej o Klanie Klifu? Myślałam, że Truskawkowe Pole już ci coś opowiedziała. Lub Lśniąca Gwiazda.
— Tak, pewnie, że to zrobiła. Raczej omijała ten temat, nie zna ich na tyle dobrze, więc stwierdziła, że nie chce mi mieszać. Lśniąca Gwiazda też był ostatnio dość zajęty, więc nie miał czasu odpowiadać mi na tak głupie pytania.
— Och, rozumiem… Cóż, mogę ci opowiedzieć to i owo.
— Naprawdę? Byłbym niezmiernie wdzięczny. Jestem po prostu ciekaw, co kryje się poza obozem.

<Lilakowa Łapo?>

Od Lipieńka Do Żabiego Oka


Od dłuższej chwili kręciłem się przy obrzeżach obozu, udając, że wcale nie mam zamiaru zrobić niczego, czego nie powinienem. Co chwilę zerkałem przez ramię, sprawdzając, czy przypadkiem ktoś mnie nie obserwuje. Wokół panował zwyczajny, popołudniowy ruch. Wojownicy kręcili się między legowiskami, gdzieś niedaleko rozmawiały starsze koty, a ze żłobka dobiegały od czasu do czasu głosy kociąt. Nikt nie zwracał na mnie większej uwagi.
To była idealna okazja. Przynajmniej tak mi się wydawało. Przysunąłem się bliżej trzcinowego przejścia prowadzącego poza obóz. Wysokie źdźbła kołysały się lekko na wietrze, ocierając o siebie i wydając cichy, szeleszczący dźwięk. Przez niewielką szczelinę mogłem zobaczyć fragment świata znajdującego się poza bezpiecznym obozem. Teren wyglądał zupełnie inaczej niż to, co znałem. Pachniał wilgotną ziemią, wodą i czymś jeszcze, czego nie potrafiłem rozpoznać. Właśnie dlatego tak bardzo chciałem tam zajrzeć.
Postawiłem jedną łapę przed siebie, potem drugą. Brzuch niemal ocierał mi się o ziemię, gdy próbowałem przemknąć pod trzcinami jak najciszej. Serce waliło mi w piersi z podekscytowania. Wiedziałem, że nie powinienem wychodzić poza obóz, a tym bardziej sam, ale przecież nie zamierzałem nigdzie daleko iść. Chciałem tylko zobaczyć, co znajduje się po drugiej stronie. Jeszcze kawałek.
Ostrożnie wychyliłem pyszczek poza trzcinową ścianę. Chłodniejszy powiew natychmiast zmierzwił mi futro. Przede mną rozciągał się nieznany teren, a szum wody stawał się wyraźniejszy. Pomarańczowe oczy rozszerzyły mi się z zachwytu. Zrobiłem kolejny krok. I wtedy za plecami usłyszałem szelest. Zastygłem.
Uszy momentalnie położyły mi się na boki, a ogon zatrzymał się w pół ruchu. Przez chwilę nawet nie oddychałem, licząc naiwnie, że jeśli się nie poruszę, ktokolwiek za mną stoi, może mnie nie zauważy. Niestety, chyba już było za późno.
Powoli odwróciłem głowę i zobaczyłem Żabie Oko. Wielkie pomarańczowe oczy wojowniczki były skierowane prosto na mnie. Poczułem nieprzyjemne ukłucie w brzuchu.
— A ty dokąd się wybierasz? — padło pytanie.
Zamrugałem kilka razy, nie mając pojęcia, co odpowiedzieć. Spojrzałem na wyjście, potem na Żabie Oko, a następnie znowu na wyjście.
— Ja… tylko… spaceruję — zacząłem niepewnie.
Umilkłem, bo żadna wymówka nie wydawała mi się wystarczająco dobra. Zostałem przyłapany dokładnie w chwili, w której próbowałem wymknąć się z obozu.

<Żabie Oko?>

Od Lipieńka Do Fiołka


Siedziałem przez chwilę przy brzegu żłobka, obserwując Fiołek. Kotka zdecydowanie nie należała do tych kociąt, które potrafiły spokojnie usiedzieć w jednym miejscu. Jej puchaty ogon co chwilę zamiatał ziemię, a zielone oczy błądziły po obozie, jakby w każdej chwili mogła wypatrzyć coś znacznie ciekawszego ode mnie. W końcu postanowiłem podejść. Może właśnie zabawa pozwoli mi przestać myśleć o pytaniu, które od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie.
— Fiołek! — zawołałem, podbiegając do niej. — Chcesz się pobawić?
Nie czekając długo na odpowiedź, pacnąłem łapą kawałek mchu leżący obok. Kulka potoczyła się po ziemi, zatrzymała na chwilę przy kępie trawy, a ja natychmiast ruszyłem za nią. Kociarnia i jej okolice były dzisiaj wyjątkowo spokojne. Przez trzcinowe ściany przedzierały się smugi światła, a wiatr delikatnie poruszał wysokimi źdźbłami nad naszymi głowami. Co jakiś czas któraś z trzcin uginała się pod ciężarem kropli wody i spadała ona prosto na ziemię, tworząc małe, ciemniejsze plamki w wilgotnym podłożu.
Próbowałem przegonić Fiołek do kulki, ale kotka była szybka. Zanim zdążyłem ją złapać, przemknęła obok mnie i trąciła ją łapą. Zrobiłem gwałtowny zwrot, niemal tracąc równowagę, po czym rzuciłem się za nią.
— Ej! To moja! — zawołałem rozbawiony, choć wcale nie zamierzałem jej odbierać na siłę.
Po chwili oboje tarzaliśmy się przy posłaniu, próbując dosięgnąć mchu. W końcu udało mi się złapać go przednią łapą. Przycisnąłem kulkę do ziemi i spojrzałem na Fiołek z triumfalnym uśmiechem.
— Mam!
Przez chwilę cieszyłem się wygraną, ale zaraz przypomniało mi się coś zupełnie innego. Mój uśmiech trochę przygasł. Wypuściłem kulkę spod łapy i zacząłem ją nieobecnie trącać pazurkiem.
— Fiołek…?
Spojrzałem na nią z pewnym wahaniem.
— Co ty właściwie myślisz o czekoladowych kotach?
Pytanie zabrzmiało chyba dziwnie, bo szybko dodałem:
— Takich… czekoladowych jak moja mama.
Zamilkłem na moment, obserwując jej reakcję. Tym razem nie chciałem mówić jej, co sam myślałem. Chciałem po prostu usłyszeć odpowiedź kogoś w moim wieku.
— Bo jedni mówią, że są gorsi, a inni chyba wcale tak nie uważają. I już sam nie wiem, co jest prawdą.
Przekrzywiłem głowę, czekając na jej odpowiedź, a między nami leżała nieruchomo kulka mchu, chwilowo całkowicie zapomniana.

<Fiołku?>

Od Lipieńka Do Złocistego Widlika

Od kilku chwil kręciłem się w pobliżu Złocistego Widlika, udając, że wcale nie zamierzam do niego podejść. Raz przysiadłem przy wejściu do żłobka, potem podszedłem kawałek, by zaraz zawrócić. Co chwilę zerkałem na piastuna, a kiedy nasze spojrzenia się spotykały, natychmiast odwracałem głowę. Miałem do niego bardzo ważne pytanie, ale im dłużej o nim myślałem, tym trudniej było mi je zadać.
W końcu zebrałem się na odwagę i podreptałem w jego stronę. Usiadłem przed nim, podwijając łapy pod brzuch. Ogon nerwowo zamiatał ziemię, a ja przez kilka uderzeń serca wpatrywałem się w swoje pazurki.
— Złocisty Widliku…? — odezwałem się cicho.
Odczekałem chwilę, zanim zdobyłem się na dalsze słowa.
— Mogę cię o coś zapytać?
Zacisnąłem lekko pyszczek. Wiedziałem, że pytanie może być trochę… niewygodne. Właśnie dlatego tak długo się wahałem. Nie chciałem, żeby mama przypadkiem mnie usłyszała, chociaż przecież nie pytałem o nic złego. Chyba.
Spojrzałem w stronę żłobka. Przez wejście widziałem kawałek jej czekoladowego futra. Znowu przypomniałem sobie te wszystkie spojrzenia, które ostatnio coraz częściej zauważałem. Niektóre koty patrzyły na mamę przez chwilę, inne szybko odwracały wzrok. Nie rozumiałem dlaczego.
— Czy… czekoladowe koty naprawdę są gorsze od innych? — wyrzuciłem z siebie w końcu. Zaraz po tym spuściłem wzrok. Pazurkiem kreśliłem niewielkie kółko w ziemi, zbierając myśli.
— Bo słyszałem kiedyś tę historię o tym, skąd wzięły się różne kolory futra. O Sroczej Gwieździe i tych wszystkich kotach, które powstały z nieba, gwiazd, wody, piasku… i o czekoladowych, które miały powstać z błota.
Zmarszczyłem nos.
— Jeden ze starszych powiedział, że to durnowata legenda, ale potem inni zaczęli mówić o niej tak, jakby była prawdą. I… nie wiem już, co mam myśleć.
Przełknąłem ślinę i znowu zerknąłem na mamę.
— Bo jeśli to prawda… to znaczy, że mama też jest gorsza?
Zawahałem się jeszcze chwilę, po czym dodałem ciszej:
— I czy to, że nie ma jednego ucha, też oznacza, że coś jest z nią nie tak?
Przy ostatnich słowach spuściłem głowę jeszcze niżej. Nie chciałem, żeby zabrzmiało to tak, jakbym uważał mamę za gorszą. Wręcz przeciwnie. Nie rozumiałem tylko, dlaczego inni tak na nią patrzyli.
— Ja nie uważam, że jest gorsza… — mruknąłem po chwili. — Tylko chcę wiedzieć, czy powinienem tak uważać.

<A ty, Złocisty Widliku? Co uważasz o czekotach?>

Od Malinki Do Opadającego Rumianku


Tw śmierć, silne przerażenie, krew
‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁

Malinka patrzyła w bezkres nieba, mając wrażenie, że gwiazdki widniejące na nim dosłownie zjeżdżały do niej, leżącej wśród wysokiej trawy. Gdzieś niedaleko pohukiwała sowa, a jeszcze dalej żaba śledziła jedną z much swoimi dużymi, wystającymi oczami. W pewnym momencie niebo, na które spoglądała, zaszło ciężkimi, burzowymi chmurami, z których trzaskały ogromniaste pioruny, kiedy znikąd jeden trzasnął tuż obok niej. A może i nawet w nią?... Malinka rozejrzała się z poczuciem zdezorientowania, ponieważ sceneria nagle się zmieniła. Zamiast ciepłej wiosny, teraz panował środek zimy, a śnieg delikatnie chrupał pod jej łapkami. Wszędzie były drzewa, jednak wydawały się jej one nienaturalnie długie i grube, kiedy nagle spośród nich ujrzała ona parę ślepi.
— Mamusiu?... — pisnęła burka, robiąc dwa kroki w przód.
Momentalnie oczy zniknęły, jakby rozpływając się w powietrzu.
— Mamusiu!! — zawtórowała Malinka, zaczynając biec przed siebie, tym samym wbiegając prosto w ciemne odmęty lasu.
Kiedy tak biegła, co chwilę się o coś potykała. Raz o kłodę, raz przerośniętą szyszkę, a zdążyło się nawet o korzenie wystające z ziemi, które urosły w przeciągu pół uderzenia serca. Momentalnie las się skończył, a zamiast w lesie, burka była na polance nim otoczonej. Jej oddechy były ciężkie, a serce kołatało tak głośno, jak orzeł skrzeczący gdzieś wysoko na niebie, które nadal spowite było ciężkimi chmurzyskami.
Kiedy Malinka wpatrywała się przed siebie, nie za bardzo pamiętając, co tu w ogóle robi i co się dzieje, znad horyzontu wyłoniło się stado jeleni. Jeden z nich zatrzymał się, ze swoim wzrokiem wgapionym prosto w nią. Nagle wszystkie jelenie ruszyły wprost na nią.
— Nie!! — pisnęło kocię, próbując wycofać się z powrotem w las.
Wcześniej wspomniany porożec otwarł swój pysk, pokazując swoje zęby błyszczące w ledwo widocznym świetle księżyca, po czym rozwarł go zdecydowanie za dużo, ponieważ z jego “kącików” lało się szkarłatne osocze. Błękitnooka poczuła na swojej klatce piersiowej ucisk tak duży, że nie mogła złapać tchu. W pewnym momencie kotka usłyszała, jak ktoś woła jej imię jakby przez mgłę…

‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁

— MALINKOOO OBUDŹ SIEEEEEE — wrzasnęła Porzeczka, kładąc cały ciężar swojego ciała na siostrzyczkę.
Burka momentalnie otworzyła oczy, z przerażeniem rozglądając się naokoło. Jej wizja była rozmazana, a oddech płytki i nierówny.
— NO w końcu!! Już myślałam, że umarłaś przez sen!! — miauknęła wcześniej wspomniana, kiedy Poziomka bez wyjaśnienia po prostu wtuliła się w puchatą.
— Wszystko okej? Poprosiłam Porzeczkę, żeby cię obudziła, bo ja nie mogłam.
— Tak… Jest okej — mruknęła w odpowiedzi Malinka, otrzepując się z drobinek kurzu.
— Tak swoją drogą, jakiś kot tutaj wszedł — stwierdziła czarna, na co dwie przytulające się koteczki odwróciły się tam, gdzie wskazywała im najstarsza.
Malinka od razu stanęła przed Poziomką, gdyby kot ten okazał się wrogi. On jednak przyniósł ze sobą dwa króliki i podał je ich opiekunce. Mimo to podejrzliwe kocię nie spuszczało z wojownika swojego spojrzenia.

< Rumianek? Przedstaw się, może pobaw? Przygotuj się do tego całego rodzicielstwa czy coś>

Od Diane Elizabeth Montclair do Ateny Mirabelle

Diane przemierzała korytarz spokojnym, pełnym wdzięku krokiem, którego tak uparcie uczyła ją Sycylia. Każda łapa stawiana była ostrożnie i niemal bezgłośnie, a uniesiony nieco wyżej łeb oraz swobodnie kołyszący się ogon nadawały jej sylwetce elegancji, której jeszcze niedawno zupełnie jej brakowało. Starała się zachowywać dokładnie tak, jak pokazywała jej matka, choć sama nie była pewna, czy rzeczywiście potrzebowała aż tyle uwagi poświęcać sposobowi, w jaki chodziła.
Tego wieczoru nie zamierzała jednak zastanawiać się nad kolejnymi zasadami dobrego wychowania. Chciała znaleźć Atenę.
Ostatnie promienie słońca wpadały przez wysokie okna i rozciągały się długimi, złotymi smugami na podłodze. Diane przechodziła przez nie, czując przyjemne ciepło na łapach, podczas gdy z oddali dochodziły ją przytłumione odgłosy domu. Większość kotów powoli przygotowywała się już do odpoczynku, jednak Diane nie miała jeszcze ochoty wracać na swoje posłanie.
Kiedy zbliżyła się do jednego z pomieszczeń, usłyszała charakterystyczny, cichy dźwięk dochodzący zza uchylonych drzwi. Zatrzymała się na moment, a następnie wsunęła głowę do środka.
Atena siedziała przed telewizorem.
Kolorowe światło ekranu przesuwało się po jej pysku, raz rozjaśniając jej oczy, a chwilę później pogrążając je w cieniu. Siostra była tak skupiona na wyświetlanych obrazach, że nawet nie zauważyła obecności Diane. Na ekranie zmieniały się kolejne sceny, przedstawiające miejsca, których żadna z nich nigdy nie widziała na własne oczy.
Diane weszła do środka i usiadła kilka kroków od Ateny.
— Zastanawiam się czasami, co właściwie widzisz w tym ekranie — odezwała się spokojnie. — Patrzysz na niego tak długo, jakby miał ci kiedyś odpowiedzieć na wszystkie pytania dotyczące świata.

<Ateno?>

Od Wilczego Skowytu

Wilczy Skowyt obudził się ze snu wczesnym rankiem. Ostatnie dni były mocno wietrzne, a to niezbyt dobry znak dla wojowników. Obudził go mocny ból ucha, prawdopodobnie przewianie, no ale cóż. O tej porze roku nie ciężko o choroby. Wyszedł z legowiska i skierował się do legowiska medyków. Chudy Grzbiet i Cisowe Tchnienie już coś majstrowali przy ziołach.
— Dzień Dobry, wybaczcie, że wam przerwę. Boli mnie ucho, wydaje mi się, że mnie przewiało… — Mruknął i wsunął łeb do lecznicy. 
— Hm… Jasne usiądź tam. — Medyczka wskazała mu miejsce z mchu i kilku jakichś tam ziół. Wzięła nieznane wojownikowi liście i zaczęła przygotowywać lek na jego bolące ucho. Gotowa lepianka ziół wylądowała w uchu czekoladowego wojownika, a wszystko wokół zostało owinięte pajęczyną, aby ustabilizować zioła. — Gotowe, możesz już wrócić do swoich obowiązków. Gdyby coś się działo, możesz do mnie przyjść. — Mruknęła kocica, a Chudy Grzbiet jeszcze szybko przywitał się ze znajomym. Czekoladowy wojownik odpowiedział mu szybkim ruchem ogona, po czym wyszedł z lecznicy. Wychodząc z nory zaskoczył go zimny, ostry wiatr i praktyczne pustki w obozie. Wojownik skierował się do stosu ze zwierzyną i wyciągnął z niego jakiegoś tam ptaka, po czym kęs po kęsie zaczął go zjadać. Oblizał pysk, a pióra odrzucił gdzieś na bok. Po posiłku wrócił do ciepłego legowiska wojowników i ułożył się ponownie do snu.

wyleczeni: wilczy skowyt

Od Lipieńka


Nie rozumiałem, dlaczego niektórzy dorośli tak dziwnie patrzyli na moją mamę. Z początku myślałem, że po prostu coś ich zainteresowało. Może jej futro? Czekoladowe, miękkie i zawsze trochę potargane, szczególnie w miejscu, gdzie sama nie mogła sięgnąć językiem. A może brak ucha? Dla mnie było to przecież coś zwyczajnego. Odkąd pamiętałem, mama miała tylko jedno ucho i nigdy nie pomyślałem, że przez to wygląda gorzej od innych. Wręcz przeciwnie. Jej sylwetka była dla mnie tak znajoma, że kiedy patrzyłem na inne koty z dwiema uszami, wydawały mi się przez to jakieś dziwne. Dopiero niedawno zacząłem zauważać te spojrzenia. Krótkie, ukradkowe, czasem pełne czegoś, czego nie potrafiłem jeszcze nazwać. Jedne koty odwracały wzrok, kiedy mama na nie spojrzała, inne przeciwnie — patrzyły na nią zdecydowanie za długo. Czasem szeptały między sobą, a kiedy przechodziłem obok, nagle milkły. Nie lubiłem tego. Nie wiedziałem nawet, dlaczego, ale czułem w brzuchu nieprzyjemne kłucie, ilekroć ktoś tak robił.Któregoś dnia siedziałem przy brzegu obozu, obserwując wodę przesuwającą się leniwie między trzcinami. Słońce odbijało się w jej powierzchni tak mocno, że musiałem mrużyć pomarańczowe oczy. Przypomniało mi się wtedy coś, co opowiadał mi kiedyś jeden ze starszych kotów. Nazwał tę historię legendą, ale powiedział ją takim tonem, jakby była najprawdziwszą rzeczą na świecie. Według niej na początku istniała tylko Wieczna Noc, a z kawałków nieba powstały pierwsze koty. Czarne zrodziły się z czarnego nieba, białe ze Srebrnej Skórki, srebrne i szynszylowe z księżyca oraz gwiazd. Potem pojawiły się kolejne maści, aż w końcu cynamonowe i czekoladowe. I właśnie te ostatnie miały powstać z błota i mułu. Pamiętam, że starszy kot prychnął wtedy i powiedział, że to durnowata opowieść, ale zaraz potem zaczął tłumaczyć, że niektórzy naprawdę wierzą, że przez to czekoladowe koty są gorsze. Że są nieczyste. Że ciągną innych do bagna. Wtedy nie bardzo wiedziałem, co o tym myśleć. Teraz chyba zaczynałem rozumieć.
Spojrzałem na swoje łapy. Były bure, poprzecinane ciemnymi pręgami. Takie same jak u wielu innych kociąt. Podniosłem głowę i rozejrzałem się po obozie. Widziałem czarne futra, białe, rude, niebieskie, kremowe, srebrne… i czekoladowe. Tylko że nagle dotarło do mnie coś bardzo prostego. Jeśli moja mama miała czekoladowe futro, to przecież nie sprawiało, że była mniej mamą. Nie czyniło jej głupszą, słabszą ani gorszą. To było po prostu jej futro. Tak samo, jak moje pręgi były moje. Tak samo, jak pomarańczowe oczy. Tak samo, jak brak jednego ucha był częścią jej wyglądu.
Właśnie wtedy zobaczyłem ją kawałek dalej. Stała przy wejściu do kociarni i rozmawiała z jednym z dorosłych. Jej czekoladowe futro lśniło delikatnie w słońcu, a pojedyncze ucho poruszyło się, gdy usłyszała coś za sobą. Zrobiłem krok w jej stronę, ale zatrzymałem się, kiedy dostrzegłem kolejne spojrzenie. Ktoś patrzył na nią z ukosa, a potem szybko odwrócił głowę. Zmarszczyłem nosek. Tym razem jednak nie poczułem w sobie tego samego zagubienia co wcześniej. Poczułem złość.
— Przecież ona nic złego nie zrobiła… — mruknąłem pod nosem.
Legenda nagle wydała mi się jeszcze bardziej durnowata niż wtedy, gdy usłyszałem ją po raz pierwszy. Jak można było oceniać kota po tym, z czego rzekomo powstało jego futro? Przecież nikt nie wybierał, czy urodzi się czarny, biały czy czekoladowy. Nikt nie wybierał też, ile będzie miał uszu. Mama nie była błędem. Jej brak ucha nie był czymś, co powinno się przed nią ukrywać albo czego należało się wstydzić. Był czymś, co wyróżniało ją spośród innych. Czymś, co sprawiało, że rozpoznawałem ją nawet z daleka.
I chyba właśnie dlatego tak bardzo ją lubiłem.
Podniosłem się z ziemi i ruszyłem w jej stronę, zadzierając wysoko ogon. Kiedy znalazłem się przy jej boku, bez zastanowienia wtuliłem się w czekoladowe futro. Mama spojrzała na mnie z lekkim zaskoczeniem, ale po chwili pochyliła głowę i polizała mnie między uszami.
— Wszystko w porządku, Lipieńku?
Pokręciłem głową, wciskając pyszczek jeszcze głębiej w jej sierść.
— Tak. Po prostu chciałem być przy tobie.
Nie powiedziałem jej, o czym myślałem. Byłem jeszcze za mały, żeby umieć dobrze ubrać to w słowa. Ale wiedziałem już jedno. Jeśli ktoś kiedyś spojrzy na moją mamę krzywo tylko dlatego, że jest czekoladowa albo ma jedno ucho, to nie będę udawał, że tego nie widzę. Bo dla mnie nie była żadnym błędem, żadną plamą na historii Klanu Nocy ani kotem zrodzonym z jakiegoś przeklętego błota. Była po prostu moją mamą. A to było dla mnie znacznie ważniejsze niż jakakolwiek durnowata legenda.

Od Wilczego Skowytu CD. Wąsatkowego Ruczaju

Wilczy Skowyt siedział gdzieś na skraju polanki, rozmyślał o tym, czy odwiedzi partnerkę teraz, czy później, ale nagle do jego uszu dobiegł dziwnie znajomy głos. Odwrócił się i ujrzał czarno białą kotkę z zezem. Kogoś mu przypominała, ale nie mógł przypomnieć sobie kogo.
— Dobry wieczór! — mruknęła na powitanie. — Walczył pan na wojnie z Klanem Klifu? Bardzo mnie ona zainteresowała, gdy o niej usłyszałam i chciałabym się dowiedzieć nieco więcej. Więc, czy walczył pan? A jeśli nie, to może zna pan kogoś, kto na pewno walczył? Tylko nie Pustułkowy Szpon! Nie chcę z nim teraz rozmawiać — westchnęła dramatycznie, na moment odwracając wzrok od cętkowanego kocura. Wilczy Skowyt lekko się skrzywił, dlaczego ona nie chce pytać zastępcy? No, ale jednak musiał odpowiedzieć.
— Dobry wieczór, tak walczyłem. Widzisz tę bliznę tu? To po wojnie! No ale w porządku. Opowiem ci co nieco. Jakieś samotniczki to wszystko rozpoczęły. Nie pamiętam dokładnie, co one zrobiły, ale rozpętały niezłą burzę! Walczyłem jeszcze na tej wojnie jako uczeń. Wyruszyliśmy silną armią! I na polanie Klanu Klifu rozpoczęliśmy atak. — Przerwał na chwilę, aby pomyśleć i przypomnieć sobie co było dalej. — No to wiesz… Walczyłem ramię w ramię z innym wojownikiem, nazywał się Miodowa Kora, ale już nie należy do Klanu Wilka… Wybacz mi, ale nie pamiętam nic więcej oprócz tego, że po zabiciu jednego z wojowników pobiegłem do siostry. Ah jeszcze zabiliśmy ich starego przywódcę! Wybacz, że nie mogę ci więcej powiedzieć. — Wstał z ziemi i chciał już odejść, gdy wojowniczka mu podziękowała. Ten się jeszcze odwrócił i powiedział — Bardzo mi kogoś przypominasz… Moją córkę. Ale to nieważne. Dlaczego nie chcesz rozmawiać z Pustułkowym Szponem? — Zapytał z ciekawości Wąsatkowy Ruczaj. Ta niechętnie mu jednak odpowiedziała 
— Okazało się, że to nie jest mój ojciec! Kłamał mnie cały ten czas. Już wiem, dlaczego nie chodziliśmy do mamy i brata… Ale no okej! Dziękuję, że mi Pan odpowiedział. Przy okazji jak ma Pan na imię? — Zapytała go jeszcze chwile przed tym, zanim już kompletnie odszedł. Czekoladowy się zawahał, ale po chwili jej odpowiedział. 
— Nazywam się Wilczy Skowyt. Ty Wąsatkowy Ruczaj racja? — Spytał, na co kotka skinęła łbem. Wojownik nie mógł uwierzyć, że właśnie rozmawiał ze swoją córką. Przecież zaginęła wiele księżyców temu, a nagle znajduje się z nią w jednym klanie? Nie wiedział, co ma zrobić. Chociaż w Klanie Wilka była jedna kotka, z którą mógł porozmawiać na każdy temat. Bez oceniania. Pokierował się do legowiska wojowników, w którym przebywała starsza liliowa wojowniczka. — Dzień dobry Brukselko… Możemy wyjść na spacer i porozmawiać? Wydaje mi się, a raczej jestem pewny, że moja córka jest w Klanie… Wilka! — Mruknął cicho, aby inny kot nie mógł usłyszeć jego słów, ale na tyle głośno, aby jego „mama” była w stanie usłyszeć. Chyba pierwszy raz aż tak szybko wyskoczyła z legowiska, jak teraz. 
— W którą stronę chcesz iść? Poza obóz? Do Mewy? — Zapytała szybko, już prawie biegnąc do wyjścia z obozu. 
— Może nad rzekę. Tam, gdzie się pierwszy raz spotkaliśmy. — Odpowiedział jej i razem pobiegli na miejsce ich pierwszego spotkania. Dotarli już nad rzekę. Woda mocno uderzała o kamienie i ziemię obok. Nurt był silny, ale wytwarzał przyjemny dla uszu szum.
— Tłumacz mi, o co chodzi synku, uważnie słucham. — Liliowa kotka usiadła przy rzece i nastawiła uszy. 
— No… No bo… — Zaczął krążyć wokół Brukselkowej Zadry — Pustułkowy Szpon ją musiał zabrać! Ona mi powiedziała, że on nie jest jej ojcem, dlatego nie widziała już długi czas mamy i brata… w sensie siostry, ale no wiesz, o co chodzi, prawda?! Wygląda jeszcze dokładnie tak jak ona! To nie może być przypadek! Brukselko, powiedz mi, że nie oszalałem! — mruknął spanikowany lub bardziej zestresowany. Brukselkowa Zadra dotknęła łapą jego barku, aby ten się uspokoił 
— Spokojnie, na pewno jest na to jakieś rozwiązanie. Spróbuj może porozmawiać z Pustułkowym Szponem? On ci pewnie wszystko opowie. Albo zapytaj właśnie ją, może będzie pamiętała coś szczególnego? — Zaproponowała starszą kotka. Kocur zaczął o tym rozmyślać. Może rzeczywiście powinien spytać Pustułkowego Szpona o wszystko.
— Chyba raczej zapytam zastępcę o wszystko. Muszę to wiedzieć. Gdy się dowiem wszystkiego, pójdę do Mewy. Myślę, że ona też powinna była o tym wiedzieć. — Mruknął, po czym razem z liliową zabrali się do drogi powrotnej do obozowiska. Słońce już powoli zachodziło, obydwoje byli już praktycznie przy wejściu do obozowiska. Spotkali wieczorny patrol, który się z nimi przywitał i za patrolem przekroczyli próg obozowiska.
— Leć szukać Pustułkowego Szponu, a ja nam wybiorę coś ze stosu na kolacje. — Mruknęła Brukselka, a Wilczy Skowyt poleciał szukać zastępcy w centrum obozowiska. Znalazł go przy stosie ze zwierzyną. Zawahał się, lecz jednak do niego podszedł i wydukał z siebie cicho: 
— Pustułkowy Szponie? Możemy porozmawiać? Na osobności. — zakrył jedną łapę drugą, a ciemny wojownik skinął łbem i odeszli razem na skraj obozu, gdzie raczej nikt nie powinien był ich usłyszeć.
— O co chodzi Wilczy Skowycie? — Zapytał czekoladowy wojownik, na co Wilczy Skowyt się niezręcznie uśmiechnął. 
— Chodzi o Wąsatkowy Ruczaj. Wiesz może coś o jej dzieciństwie? Jej matkę... znaleźć może czy coś… Wiesz, gdzie mieszkała? Opowiadała Ci coś? — Zadawał co chwilę pytania, nawet nie dając na żadne z nich odpowiedzieć Pustułkowi. 
— Wilczy Skowycie — Przerwał mu — Po co ci te informacje? Masz coś ku mojej córce? — Zapytał niezbyt przyjemnym tonem. 
— No bo… Eh wiesz prawdopodobnie Wąsatkowy Ruczaj to moja… Zaginiona córka? — Uśmiechnął się lekko zmieszany. Czekoladowy zastępca na tą informację wstał, a gniew w jego oczach pojawił się w tym samym momencie. Zastępca rzucił się na wojownika i przyszpilił go do podłoża. 
— Na prawdę!? Twoja córka?! Ojciec roku! Musiałem ją z rzeki wyławiać! Poza Tym dopiero po takim czasie się o to upominasz i pytasz?! Wstydziłbyś się Wilczy Skowycie! — Wykrzyczał mu prosto w pysk te ostre słowa. Wokół nich zebrała się kupka kotów oglądających szopkę, którą wytworzyli wojownicy. 
— Zejdź ze mnie wariacie! — Wilczy Skowyt zrzucił go z siebie i w tym samym momencie Brukselkowa Zadra ich rozdzieliła. Inaczej by się chyba pozabijali na rogu obozowiska. 
— Czy was pogięło?! Co wy wyczyniacie! Myślałam, że macie więcej oleju w tych pustych łbach! — Liliowa kotka zaczęła na nich wrzeszczeć. Wilczy Skowyt otrzepał się z liści, mchu i kurzu, który zebrał się na jego cętkowanym futrze, gdy kocur go obalił na ziemię. Oboje postanowili się rozejść, a w tym samym czasie Pustułkowy Szpon rozgonił grupę przyglądających się wszystkiemu kotów. — No spodziewałam się po tobie czegoś innego — Mruknęła Brukselkowa Zadra do jej „synka”. Ten tylko westchnął i nadal ziejąc żarem patrzył, jak czekoladowy zastępca odchodzi gdzieś tam… Wilczy Skowyt postanowił bez słowa skierować się do legowiska wojowników i ułożył się do spania.

***

Nastał nowy dzień, legowisko wojowników było już puste. Był w nim tylko on. Powoli wstał i się rozciągnął. Postanowił, że pójdzie do Wąsatkowego Ruczaju i wszystko jej wyjaśni, a raczej spróbuje. Miał kąsek nadziei, że nie widziała wczorajszej afery.
Zobaczył ją przed legowiskiem uczniów rozmawiającą z jakimś uczniem, postanowił jednak przerwać jej tą rozmowę i podejść. — Wąsatko? Możemy pogadać? To troszkę ważne. — zaczął czekoladowy wojownik i klepnął lekko czarno białą wojowniczkę w bark. Wąsatkowy Ruczaj zwróciła wzrok w stronę, z której dobiegł ją głos.
— Och! Wilczy Skowycie, to ty? — mruknęła wpierw, przechylając głowę na bok. — O czym chcesz rozmawiać? — Zapytała, a wojownik zasugerował odejście na bok. Uczeń jednak sam odszedł gdzieś w inną część obozu, aby im nie przeszkadzać. Kocur zdjął powoli łapę z barku kotki i podrapał się lekko po policzku 
— Bo wiesz, jest duże prawdopodobieństwo, że jesteś moją córką. Tak chyba… Wszystko na to wskazuje. — Po tych słowach nastała chwilowa niezręczna cisza. Wojowniczka otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia.
— Co ty wygadujesz! Mój tata... On chyba... zaginął gdzieś! No, no... Wtedy, gdy za nim szłam! Musiał gdzieś zniknąć, skoro znalazł mnie Pustułkowy Szpon! — Odpowiedziała mu całkowicie zdziwiona i chyba niezbyt wiedziała, co ma mu na to odpowiedzieć. Kocur westchnął ciężko.
— Tak zniknąłem, bo… Nie pamiętam dokładnie, kiedy i gdzie to było… Nie wiedziałem, że nawet za mną szłaś. Pamiętasz swoją matkę? Biała kotka! I twój brat, podobny z futra do mnie. Pamiętasz ich prawda? — Błysk nadziei przeleciał mu przed oczami. Wąsatka w rzeczywistości pamiętała Mewę i Kobczyka jako dwie plamy koloru, lecz... może Wilczy Skowyt miał rację? Może Mewa była białą plamą, a Kobczyk brązową? Ach, nie pamiętała już zbyt dobrze!
— No... nie wiem, chyba... — mruknęła, spoglądając na swoje łapy. Opuścił łeb z bezsilności, nie wiedział jak przypomnieć jej o rodzinie. Może gdyby ją do nich przyprowadził? Chociaż nie wiedział, czy nie będzie to zły pomysł. 
— Nie wiem, jak jeszcze mogę Ci przypomnieć o rodzinie, ale dziękuję, że mogliśmy porozmawiać. — Odszedł powoli od wojowniczki. Musiał chyba z nią porozmawiać. Jednak bolało go to, że nie za bardzo pamiętała o swych bliskich. Musiał coś zrobić, aby jej to przypomnieć. Musiał! Nie miał innego wyboru! Może zaproponowałby jej pójście do jej matki? Albo polowanie? Albo spacer! Mogliby na nim rozmawiać! Tak! Albo od razu spacer i odwiedzenie Mewy? Świetny Pomysł! Ta chwila namysłu dodała mu nadziei i chęci na wszystko! Wrócił się do Wąsatkowego Ruczaju, która nadal siedziała w tym samym miejscu. — Ah… Wąsatko, może pójdziemy na spacer i coś by Ci się przypomniało? Warto chyba spróbować… Racja? — Zapytał, zmieszany czekając, aż ta mu odpowie. Zamyślona nie zdążyła jeszcze nic odpowiedzieć, więc Wilczy Skowyt lekko znowu ją poklepał po barku. — Halo! Ziemia do Wąsatkowego Ruczaju! — Mruknął głośniej, a kotka wybudziła się z myśli.

<Wąsatko? Co na to powiesz…?>