BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 października 2026

Od Smoka do Puchacza

Zebranie klanu

Leżała na swoim posłaniu, aż nagle usłyszała wołanie Czereśni. Od razu podniosła głowę, zastanawiając się, o co mogło tym razem chodzić. Chyba nie było w żłobku żadnych kociąt, które nadawałyby się na mianowanie. I raczej nie było także uczniów, którzy mieliby otrzymać awans — a już tym bardziej nie należał do nich Pierścień! Każdy inny terminator był natomiast raczej zbyt młody. Więc… zebranie musiało dotyczyć czegoś innego. Pewnie ciekawego, skoro nie była to żadna ceremonia.
Smok rozejrzała się wokół, by móc z kimś porozmawiać na temat tego wydarzenia. Padło na Puchacza, który znalazł się w jej polu widzenia.
— Ej, ty! — krzyknęła do niego.
Kocur zwrócił wzrok w jej stronę, trochę zakłopotany.
— Tak, ty! — dodała, zadzierając brodę. — Jak myślisz, kto tym lazem umalł?
Czekoladowy popatrzył na Smok mocno zdezorientowany.
— Co? Kto miałby umierać? — zapytał.
Wojowniczka przewróciła oczami. Co za dureń! Nawet nie zrozumiał jej żartu.
— Głupiś! — mruknęła żartobliwie. — Pzecież to na pewno nie będzie żadne mianowanie, więc mam nadzieję, że w takim lazie znaleziono jakiegoś tlupa — oznajmiła, zawiedziona tym, że musiała tłumaczyć kocurowi swój żart.
— Chciałabyś, żeby ktoś umarł? — zastanowił się coraz bardziej zdumiony.
Smok zmrużyła oczy.
— Tak. Na pzykład Moldol albo Pielścień! — prychnęła. — A tak naplawdę to czekam na to, aż w końcu wydazy się w tej pzynależności coś waltego mojej uwagi. Jak na lazie powiewa nudą! Chyba nie zapzeczysz? — miauknęła, przechylając głowę.
— Nie da się zaprzeczyć. Dlatego już rzadko przesiaduję w tym obozie. — Obrócił do niej pysk, uśmiechając się.
Szylkretka uniosła jedną brew do góry, a potem uśmiechnęła się zadziornie.
— Co masz na myśli? — spytała zaciekawiona. — Czyżbyś znalazł jakąś lozlywkę poza azylem?
— Wiesz, poluję, spaceruję… Różne rzeczy, żeby zabić czas — zaczął wyjaśniać. — Spacerowanie jest dużo ciekawsze, gdy potrafisz biegać po drzewach. Chodzisz szybciej i lepiej wszystko widzisz.
Wojowniczka coś nie potrafiła mu uwierzyć.
— Mhm… Skolo tak, to może kiedyś pzejdziemy się lazem na jakiś spacel i mi udowodnisz, że to takie ciekawe? — zaproponowała.
Czekoladowy uśmiechnął się nonszalancko.
— W porządku.
— Owocowy Lesie! — rozpoczął w końcu Czereśnia, a wszystkie rozmowy nagle ucichły. — Zebrałem was z pewnego powodu, lecz nie jest to żadne mianowanie niestety — wyjaśnił, rozwiewając pewne wątpliwości. — Wczoraj do mych uszu dotarła wola naszej przewodniczki, Wszechmatki! Jej słowa zostały przekazane mi przez Purchawkę oraz Wiciokrzewa — kontynuował, by zamilknąć na chwilę. — Zmiany są trudne, szczególnie te, które dotyczą kwestii dotychczas niezmiennych od wielu księżyców. Jednak zmiany są częścią życia! Dlatego... chcę, abyśmy razem podjęli decyzję, która wpłynie na życie każdego tutaj.
Szylkretka spostrzegła na pysku Puchacza niechęć.
— Widzę, że nie jesteś zbyt ucieszony słowami Czeleśni… — szepnęła do niego, chichocząc pod nosem. Była ciekawa, która część przemowy lidera wywołała u niego taką reakcję.
— Wiesz, nie rozumiem, po co mieliby cokolwiek zmieniać. Jak dla mnie to, że jakiś ptak usiadł na jakimś drzewie, nie powinno być powodem zwołania zebrania. Cała ta społeczność zachowuje się, jakby nigdy jerzyków nie widziała.
W oczach kotki pojawiła się iskra ekscytacji. Tak! Wreszcie spotkała kogoś w swoim wieku, kto podzielał jej opinie.
— Naleszcie! — miauknęła wpierw. — Ja lównież uważam, że wiala we Wszechmatkę to głupota! — oznajmiła, zadzierając brodę z wyższością. — Nie istnieją żadne dowody na to, że ona w ogóle istnieje! Niektózy Owocniacy to chyba lozum postladali. Wiezą ślepo we wszystko, co im się wmówi!
— Purchawko, Wiciokrzewie, zechcecie podzielić się wolą Wszechmatki z nami? Najlepiej, abyście to właśnie wy uczynili, bym niczego nie pomylił i nie przekręcił.
Po tych słowach Czereśnia łapą wskazał na miejsce tuż pod drzewem.
Czekoladowy parsknął tylko śmiechem, po czym uspokoił się pod naciskiem spojrzenia przywódcy, tylko po to, by chwilę później jeszcze raz obrócić się do kotki i przekręcić oczami, wskazując dyskretnie ogonem na tych ważniaków.
Wówczas Purchawka skinęła głową na słowa Czereśni i wraz z Wiciokrzewem u boku ruszyła pod mównicę.
— Kilka dni temu Wszechmatka postanowiła do nas przemówić! — zaczęła, wypinając dumnie pierś. — Tak właściwie to do Wiciokrzewu. Dostał on od niej wizję — kontynuowała, budując napięcie. — Wszechmatka ukazała mu się osobiście, tłumacząc, że w Owocowym Lesie muszą zajść spore zmiany! Wszechmatka uważa, że istnienie roli zastępcy i fakt, że wyznacza ich lider, przeczy naszym poglądom. Żaden kot nie powinien mieć aż tak dużego wpływu na naszą piękną przynależność, dlatego Wszechmatka zażądała, by rola zastępcy działała inaczej. Powiedziała nam, że chce, by w tej sprawie to koty takie jak wy miały wpływ na przyszłość Owocowego Lasu — oznajmiła, uśmiechając się szeroko.
Na moment zamilkła.
— Gdybyście wciąż nie byli przekonani o autentyczności tej wizji, to muszę wam powiedzieć, że kilka dni później ja również spotkałam Wszechmatkę. Tym razem we śnie. Ona również przekazała mi te same informacje co Wiciokrzewowi, toteż uważam je za najświętszą prawdę — kontynuowała. — Wraz z Wiciokrzewem zaczęliśmy obmyślać plan. Chcieliśmy, by wola Wszechmatki została spełniona, więc głowiliśmy się nad tym, co moglibyśmy uczynić, by tak się stało. Aż w końcu doszliśmy do wniosku, że powinna powstać u nas Rada! Dopracowywaliśmy ten pomysł przez wiele dni, poza obozem, w ciszy i skupieniu, i nie możemy się doczekać, aż zostanie wdrożony w życie! Przekazaliśmy już cały plan Czereśni, a on przekaże go i wam.
Puchacz teraz już przestał się śmiać, zamiast tego wbił oburzony wzrok w Purchawkę.
Smok również nie dowierzała swoim uszom.
— Co za skandal! — skomentowała to na tyle głośno, by jej nowy koleżka na pewno ją usłyszał. Chciała dramatu.
Zwiadowca walnął ogonem o gałąź.
— Co im przeszkadzają zastępcy?! I tak mamy więcej niż klany!
Nim szylkretka zdążyła mu odpowiedzieć, Czereśnia kontynuował:
— Jak słyszeliście, Wszechmatka chce, by każdy był równy, aby głos każdego został wysłuchany! Z tego też powodu chciałbym wprowadzić ową Radę, nim dołączę do naszych zmarłych bliskich — przerwał na chwilę, biorąc głębszy wdech. — Rada będzie składać się z czterech kotów, po jednym przedstawicielu z każdej rangi, czyli wojownik, zwiadowca, stróż i szaman lub inny kot ze szkoleniem medycznym. Niestety będzie się to wiązać z likwidacją rangi zastępców, którzy zostaną wcieleni do rady. Z racji, iż Figa i Guziczek są zwiadowcami, potrzebujemy jeszcze wojownika i stróża. Pierwszy skład rady będzie liczyć piątkę kotów ze względu na profesję dotychczasowych zastępców. Wybór do rady będzie zależeć od was poprzez głosowanie, jednak proszę, abyście zawsze robili to świadomie i nie na żarty. Każdy Owocniak powyżej trzydziestu księżyców może się zgłosić lub zostać zgłoszony przez innych, oczywiście za zgodą kandydata. Wspomnę jeszcze, że członkostwo w radzie nie jest aż do śmierci, tylko na okres dwudziestu księżyców i po tym czasie ponownie będzie odbywać się głosowanie pod okiem kolejnego lidera, który wtedy będzie sprawować pieczę nad Owocowym Lasem. Dodatkowo nastąpią również zmiany w wyborze liderów, ale to dopiero następnym razem, gdyż chcę mieć pewność, że przekażę Owocowy Las we właściwe łapy — oznajmił. — A więc! Teraz dopiero wysłucham waszych zgłoszeń do rady, lecz nie chcę, abyście się przekrzykiwali!
Po przemowie Puchacz szturchnął nową koleżankę.
— Może ty spróbuj tam wejść, co? Jak już zmieniają to niech chociaż rządzi ktoś ogarnięty. Bo ja nie zamierzam słuchać tych nadętych kotów — zaproponował.
Smok pokręciła głową.
— Nie mogę! Musiałabym mieć tzydzieści księżyców — westchnęła, przewracając oczami. — Ale nie maltw się! Pójdę zgłosić mojego tatę. On także jest ogalnięty! Zagłosuj na niego! — mruknęła, po czym zeskoczyła z drzewa.
Prędko udało jej się przebić przez tłum kotów.
— Ja chcę zgłosić Gondola! — oznajmiła donośnie.
Po jej słowach inne koty również zaczęły rzucać swoimi propozycjami, jednak Smok nie zwracała na nie zbyt dużej uwagi. Zastanawiała się już nad tym, jak wielu kotom będzie mogła pochwalić się tym, że jej ojciec zasiada w Radzie!
— Czy ktoś jeszcze chce się zgłosić lub zaproponować kandydatów? — rozległ się w końcu głos Czereśni, który spotkał się jedynie z ciszą Owocniaków. — Skoro tak to rozpoczynamy głosowanie! Jedyne zasady to brak możliwości głosowania na siebie oraz więcej niż raz na kota z danej profesji! Każdy po kolei będzie mówić, na kogo głosuje, a ja wraz z Figą, Guziczkiem i Purchawką będziemy liczyć głosy — oznajmił, po czym wymienił wszystkich zgłoszonych kandydatów raz jeszcze.
Wtedy rozpoczęło się głosowanie. Smok była niezmiernie ucieszona, słysząc wszystkie koty, które wykrzykiwały imię jej taty. Wiedziała, że również na niego zagłosuje, lecz kogo miała wybrać na stróża? Nie obchodził jej żaden z wymienionych tam kotów. Każdego uważała za przegrywa. Ale skoro już musiała…
— Gondol i… Płatek! — ogłosiła, wybierając kocura tylko i wyłącznie dlatego, że w jego imieniu nie występowała głoska “r”.
Kiedy tylko wszyscy inni wyrazili swoje zdanie, lider zszedł z drzewa, by porozmawiać z liczącymi głosy. Po dłuższym czasie ich cichej konwersacji lider powrócił na wcześniejsze miejsce.
— Owocowy Lesie! — rozpoczął, uciszając koty. — Na drodze głosowania przedstawiam cały skład Rady! Wymienionych proszę o wystąpienie. A więc! Przedstawicielami zwiadowców będą dotychczasowi zastępcy, Figa i Guziczek! Przedstawicielem uzdrowicieli i innych szkolących się medycznie jest Purchawka! Wojowników będzie reprezentować Gondor, a stróżów Płatek! Dziękuję wszystkim za udział.

* * *

Odkąd zostali wybrani członkowie Rady, a jednym z nich został Gondor, Smok chodziła cała rozweselona. Zawsze trzymała ogon wysoko, a pierś dumnie wypiętą. Cieszyła się niezmiernie z tego, że jej ojciec został wpływowym kotem w Owocowym Lesie, i liczyła na to, że gdy wreszcie osiągnie trzydzieści księżyców, tata zadba o to, by i ona wzniosła się na wyżyny hierarchii. Czy to nie byłoby piękne? Powinna od razu zostać liderem! Zapisałaby się w historii Owocowego Lasu jako najlepszy i najsilniejszy przywódca wszech czasów! Zgarnęłaby dla nich nowe tereny, nowe koty i armię. Podporządkowałaby każdy klan Owocowemu Lasu! Wszyscy by ją szanowali. Wszyscy uwielbiali. Wszyscy — co do jednego. Nikt nie śmiałby się jej sprzeciwić ani podważyć jej słów. Ach, tylko o tym marzyła…
Teraz jednak musiała skupić się na tym, by zostać najlepszą wojowniczką, zanim zacznie wspinać się wyżej. Oprócz tego musiała także zdobywać sprzymierzeńców, a w jednym z kotów z Owocowego Lasu widziała idealnego kandydata na kogoś takiego. Tym kotem był, rzecz jasna, Puchacz.
Umówiła się z nim nawet na spacer! Nie zamierzała tracić czasu, dlatego, gdy tylko spostrzegła czekoladowego w obozie, postanowiła do niego podejść.
— Puchaczu! — mruknęła wpierw, uśmiechając się do niego zadziornie. — Widzę, że ci się nudzi! — dodała. — Mam nadzieję, że pamiętasz, iż w dniu wybolu lady zgodziłeś się, by zablać mnie na jakiś ciekawy spacel?

<Puchaczu?>

02 października 2026

Podsumowanie!


Kolejny miesiąc za nami, ten akurat dla większości jakże stresujący, napięty przez szkolne plany, zajęcia dodatkowe, sprawdzian czy kartkówki. Mimo to wasza aktywność nadal była odczuwalna, a wena nadal dopisywała, co widać po rozmaitych wydarzenia w klanach! Oby kolejne tygodnie były równie owocne, albo nawet i lepsze!

OPOWIADANIA
W sierpniu na blogu pojawiło się aż 192 posty, z czego 160 z nich stanowiły Wasze opowiadania! A oto wyniki dla poszczególnych klanów: 

Klan Burzy - 31
Klan Klifu - 34
Klan Nocy - 31
Klan Wilka - 36
Owocowy Las - 23
Samotnicy - 2
Pieszczochy - 10
POPULACJA
W tym miesiącu do bloga dołączyło 11 kotów:
6 przez narodziny w klanie/grupie 
5 przez dołączenie z "zewnątrz"

Za to pożegnaliśmy 5 kotów:
5 przez śmierć
0 przez zaginięcie
WYRÓŻNIENIA
W wyniku głosowania na postać miesiąca, we wrześniu wygrał Połyskliwy Kogut z Klanu Burzy!  
Za to wśród każdego z klanu/ugrupowania, wyróżniono po najaktywniejszym członku/członkach:

W Klanie Burzy: Połyskliwy Kogut [7 opowiadań]
W Klanie Klifu: Migoczący Nieboskłon [10 opowiadań]
W Klanie Nocy: Trzcinowy Szmer [11 opowiadań]
W Klanie Wilka: Ślepowron [5 opowiadań]
W Owocowym Lesie: Wrotycz [5 opowiadań]
Pośród Samotników: Konwaliowa Mielizna i Kobczyk [1 opowiadanie]
Pośród Pieszczochów: Odeta [8 opowiadań]

Z tych wszystkich postaci, najaktywniejsza we wrześniu okazała się Trzcinowy Szmer z liczbą 11 opowiadań!
SPRAWY TECHNICZNE
  • ///
SPRAWY FABULARNE

W Klanie Burzy rankiem, gdy Poczciwy Szakłak chciał zabrać swojego ucznia na polowanie, Burzacy zorientowali się, że... Bursztynowa Łapa zniknął pod osłoną nocy! W obozie po kocurze nie ma śladu, a jego trop urywa się niedalego drogi grzmotu, gdzie zapach zbyt bardzo miesza się ze smrodem asfaltu. Żywiczna Łapa nie wyjawiła żadnych informacji na temat motywacji czy miejca, w którym przebywa Bursztyn, a podejrzenia o przeprowadzce do Owocowego Lasu zostały rozwiane, gdy napotkany patrol Owocniaków zaprzeczył obecności rudego w ich szeregach. Co się stało z Bursztynem? Tego nikt, poza siedzącą cicho Żywicą, nie wie!
Po obozie rozeszła się wieść o śmierci jednego z więźniów - Rudzikowego Skrzydełka. Jej ciało zostało pochowane nieopodal tych należących do innych zbrodniarzy, a wojownicy wspominają o chorobie i straszliwym kaszlu, który musiał zakończyć jej żywot. Nie odbyło się czuwanie, a ciało na grobu przeniosła skąpa grupa kotów... Podczas gdy do legowiska medyków zostali zwołani Połyskujący Kogut i Łzawa Łapa - dwójka, która doniosła Zawodzącej Gwieździe o śmierci więźniarki. Co tak na prawdę się stało? Czy Klan Burzy może się czuć bezpieczne z Łzą i Kogutem w szeregach? 
Minionego wieczoru doszło do spotkania Zawodzącej Gwiazdy oraz Czereśni na Wrzosowisku. Dymny zjawił się w umówionym miejscu wraz z Lotosowym Pąkiem oraz Śpiewającym Raniuszkiem, a czekoladowy natomiast wybrał Purpurę i Poziomka na swych towarzyszy. Rozmowa dwójki liderów dotyczyła pewnej kotki, która po ostatnich wydarzeniach w rodzinnym klanie zniknęła, by następnie zostać znalezioną przez patrol Owocniaków.
Jak się okazało Wełnista Mszyca, obecnie Wróżka dostała możliwość pozostania wśród sojuszników, nawet jeśli jej brat na spotkaniu wykazywał zupełnie inne zdanie w tej sprawie. Czereśnia następnego dnia udał się do lecznicy, by osobiście rozmówić się z albinoską. Jaką kotka podejmie decyzję? Zostanie, rozpoczynając trening jako czyjaś uczennica czy jednak powróci do rodziny, z którą nie miała kontaktu przez ostatnie księżyce?
Odbyło się przesłuchanie Łzawej Łapy i Połyskującego Koguta. Zawodząca Gwiazda zebrał klan i, nie faworyzując córki, odebrał jej przyszłą pozycję medyka w konsekwencji za pomoc w morderstwie. Ona, jak i przewodnik, zostali zawieszeni jako prawowici członkowie Klanu Burzy i czas bliżej nieokreślony spędzą w towarzystwie więźniów. 
W międzyczasie, Poziomkowa Łapa zapuściła się w jeden z niestabilnych tuneli - co skutkowało jego zawaleniem. Wieść o tragedii, z której kotka ledwo wyszła żywcem, przerywając zebranie klanu, doniósł Gadożerowy Pysk. Uczennica najbliższe wschody słońca spędzi pod okiem medyczki, a wojownicy z podopiecznymi proszeni są o ostrożność w przemieszczaniu się tunelem w kierunku Kamiennych Strażników, jak i nie ryzykowanie zapuszczania się w te nieodpowiednie dla publiki.
Opowiadania fabularne: 1 2 3 4 5 6 

 W Klanie Klifu nie wydarzyło się nic ciekawego
Opowiadania fabularne: Brak

W Klanie Nocy praca Błota i Muszli została zakończona! Teraz na wyspie stoi już solidne legowisko. Od teraz będzie w nim spać cała czekoladowa populacja klanu (Fląderka, Błoto, Komarza Łapa). Oczywiście nadal mogą przychodzić na główną wyspę, ale głównie po to żeby wykonywać swoje obowiązki, posilić się, pójść do medyka lub jeśli inny Nocniak im pozwoli. Czekoty muszą samodzielnie radzić sobie z utrzymywaniem swojego legowiska w dobrym stanie. Wymienianie w nim mchu zostało dołączone do obowiązków uczniowskich Komarzej Łapy. Jeżeli chodzi o przyszłość byłych samotników Błoto został budowniczym Klanu Nocy, ma za zadanie umacniać legowiska w obozie i generalnie wykonywać bardziej żmudne fizycznie prace na terenie głównej wyspy (te lżejsze to nadal działka Fląderki). Muszla za to został mianowany na ucznia, zmieniając imię na Skroplona Łapa i zaczął swoje szkolenie na temat norm społecznych panujących w społeczności pod okiem Morszczynowego Wąsa.
Pod osłoną nocy do obozu wtargnęli dwaj wygnańcy — Baśniowa Stokrotka oraz jej partner, Dryfująca Bulwa. Tuż za nimi ruszyły dwa drapieżniki, które skorzystały z okazji braku straży przy wejściu (którą wcześniej zaatakowali i intruzi).
Podczas gdy samotnicy schowali się na drzewie, wydry rozpoczęły atak od najmłodszych członków klanu - kociąt. Włamały się do żłobka, alarmując przy tym cały Klan Nocy o swojej obecności. Mimo walecznej postawy wojowników, nie obyło się bez ofiar. Zginął jeden ze starszych, oddany rodowi Kijankowe Moczary, a wiele innych wojowników otrzymało liczne rany. Najbardziej jednak ucierpiała Kokoszka — podczas ataku straciła jedną z łapek oraz ogon.
Mandarynkowa Gwiazda w tym czasie stanęła do walki ze starą przyjaciółką, Baśniową Stokrotką, finalnie zwyciężając z nią i kończąc jej żywot.
Klan Nocy wygrał zarówno z samotnikami, jak i drapieżnymi wydrami. Partner martwej kocicy za udzielenie informacji został puszczony wolno, jednak czy była to słuszna decyzja...?
Opowiadania fabularne: 1

W Klanie Wilka z samego rana wszystkich Wilczaków przywitały słowa Zalotnej Gwiazdy. Liderka ogłosiła, że w nocy Dyniowa Skórka opuściła obóz i aż do świtu do niego nie powróciła. Tę wersję wydarzeń potwierdziła również Kocimiętkowy Wir, która tamtej nocy stała na warcie. Rudofutra kotka miała wyjść za potrzebą, a następnie gdzieś zaginąć. Z tego powodu liderka wysłała patrol poszukiwawczy złożony z Tropiącej Łaski, Sowiego Zmierzchu i Nadciągającego Pomroku, aby odnalazł Dyniową Skórkę. Kiedy jednak patrol wrócił i przekazał Zalotce nabyte informacje, okazało się, że po wojowniczce pozostało jedynie kilka kępek futra i kropel krwi. 
Zalotna Gwiazda ponownie przemówiła do klanu, oznajmiając, że śmierć Dyniowej Skórki była najpewniej sprawką samotników lub jakiegoś drapieżnika. Nakazała wszystkim zachować szczególną ostrożność podczas samotnych wędrówek, a następnie, jak gdyby nigdy nic, kazała wszystkim się rozejść. Wilczaki powróciły więc do swoich codziennych obowiązków, uznając śmierć Dyni za niefortunny wypadek. 
W tym wszystkim zdaje się jednak, że pewna grupa kotów wie o śmierci wojowniczki znacznie więcej, niż przeciętny członek Klanu Wilka...
Wilczakom mogło się wydawać, że po mianowaniu Bryzki na uczennicę medyka w lecznicy zrobi się zbyt tłoczno. Szybko przekonali się jednak, że nie będzie to problemem, gdy pewnego poranka zauważono, że Cisowego Tchnienia nie ma na swoim posłaniu. Seradelowy Nektar, która pełniła tej nocy wartę, oznajmiła, że szylkretowa medyczka wybiegła z azylu. Przyznała, że nie zdołała jej zatrzymać, a następnie uznała, że nie ma sensu jej gonić. W obozie panuje więc przekonanie, że najstarsza medyczka sama postanowiła usunąć się z drogi nowemu pokoleniu medyków. Czy jest ono jednak zgodne z prawdą? O tym wie tylko Zalotna Gwiazda…
Opowiadania fabularne: 1 2 

W Owocowym Lesie minionego wieczoru doszło do spotkania Zawodzącej Gwiazdy oraz Czereśni na Wrzosowisku. Dymny zjawił się w umówionym miejscu wraz z Lotosowym Pąkiem oraz Śpiewającym Raniuszkiem, a czekoladowy natomiast wybrał Purpurę i Poziomka na swych towarzyszy. Rozmowa dwójki liderów dotyczyła pewnej kotki, która po ostatnich wydarzeniach w rodzinnym klanie zniknęła, by następnie zostać znalezioną przez patrol Owocniaków.
Jak się okazało Wełnista Mszyca, obecnie Wróżka dostała możliwość pozostania wśród sojuszników, nawet jeśli jej brat na spotkaniu wykazywał zupełnie inne zdanie w tej sprawie. Czereśnia następnego dnia udał się do lecznicy, by osobiście rozmówić się z albinoską. Jaką kotka podejmie decyzję? Zostanie, rozpoczynając trening jako czyjaś uczennica czy jednak powróci do rodziny, z którą nie miała kontaktu przez ostatnie księżyce?
Opowiadania fabularne: 1 

Samotników nie spotkało nic nowego.
 Opowiadania fabularne: Brak

Dziękujemy za aktywny miesiąc i życzymy weny na kolejny!

Od Łzawej Łapy

Odkąd straciła tytuł, miała wrażenie, że wszystko, co tak bardzo kochała, nagle odwróciło się do niej plecami, jak gdyby wystarczyła jedna decyzja, żeby z kotki, której jeszcze niedawno powierzano troskę o innych, stała się kimś, kogo można było bez większego żalu odsunąć na bok. Najbardziej nienawidziła swojej głupiej mentorki oraz durnego Zawodzącego Gwiazdy, ponieważ oboje doskonale wiedzieli, ile znaczyła dla niej ścieżka medyczki, a mimo to odebrali jej ją, jakby wszystkie miesiące nauki, wszystkie wyrzeczenia i każda chwila spędzona na pomaganiu innym nie miały najmniejszego znaczenia.
Najchętniej wcisnęłaby im w pyski dokładnie te same jagody, które dała Rudzik, a kiedy wyobrażała sobie ich miny, kiedy wreszcie zrozumieliby, że nie są tak nietykalni, jak im się wydawało, gniew na moment przynosił jej niemal przyjemne uczucie satysfakcji.
W jej oczach byli zdrajcami.
Zdradzili nie tylko ją, lecz także wszystko, w co wierzyła, a przecież przez cały ten czas starała się być dla nich kimś, na kim można polegać. Zawsze chciała pomagać, zawsze chciała być obok, kiedy ktoś cierpiał, i nawet wtedy, kiedy sama była zmęczona albo miała własne problemy, potrafiła odsunąć je na bok, żeby zająć się kimś, kto potrzebował jej bardziej. Czy naprawdę tak wiele oczekiwała w zamian, licząc na to, że kiedy przyjdzie jej najtrudniejszy moment, ktoś również stanie przy niej?
Łzawa Łapa poczuła pieczenie pod powiekami i natychmiast odwróciła głowę. Nie chciała, żeby ktokolwiek zobaczył ją płaczącą.
Jeszcze niedawno była kimś, do kogo można było przyjść, kiedy bolała rana, kiedy ktoś potrzebował pomocy, a teraz wystarczyło, że odebrano jej tytuł, żeby nagle okazało się, że nikt nie potrzebuje jej już wcale.
Czy naprawdę tak łatwo można było o niej zapomnieć?
Ta myśl bolała bardziej niż wszystko inne.
Jeszcze niedawno wyobrażała sobie dzień, w którym otrzyma pełne imię i wreszcie będzie mogła udowodnić całemu klanowi, że zasługiwała na swoją pozycję. Widziała siebie pochyloną nad rannymi kotami, słyszała podziękowania i wyobrażała sobie, że kiedy ktoś będzie potrzebował pomocy, pierwszym imieniem, jakie przyjdzie mu do głowy, będzie właśnie jej imię. Nie chodziło przecież tylko o sam tytuł, chciała być kimś ważnym, kimś, bez kogo inni nie potrafiliby sobie poradzić, a teraz wszystko to zostało jej odebrane, zanim zdążyła naprawdę rozpocząć swoje życie.
Nie będzie medyczką, nie będzie liderką i nie będzie nawet kimś szczególnym.
Zostanie zwykłą wojowniczką, a potem będzie musiała spędzić całe życie wśród kotów, które będą pamiętać ją wyłącznie jako tę, która popełniła niewybaczalny błąd.
Wyobraziła sobie miny Milczącego Zewu oraz Zawodzącej Gwiazdy, kiedy będą rozmawiać o niej za jej plecami, i niemal widziała ich rozbawione spojrzenia, jakby cała ta sytuacja była dla nich powodem do dumy. Pewnie cieszyli się, że udało im się jej pozbyć, a może nawet śmiali się z tego, jak bardzo wierzyła, że kiedykolwiek pozwolą jej zostać kimś wielkim.
Wspomnienie dnia jej mianowania wróciło do niej tak nagle, że aż zacisnęła szczęki, jeszcze niedawno uważała ten dzień za jedno z najpiękniejszych wspomnień swojego życia. Pamiętała, jak była podekscytowana, jak bardzo chciała, żeby wszyscy byli z niej dumni, i jak przez cały czas wypatrywała ojca, licząc na to, że podejdzie do niej i powie coś, co zapamięta na zawsze.
Zamiast tego podszedł do Zewu, żeby mu pogratulować, podczas gdy ją pozostawił samą sobie.
Wtedy próbowała znaleźć dla niego usprawiedliwienie, ponieważ nie chciała dopuścić do siebie myśli, że mogło chodzić o coś więcej, lecz teraz, kiedy wszystko inne również się rozpadło, nagle zobaczyła w tym wspomnieniu coś, czego wcześniej nie chciała dostrzec.
To wszystko miało sens.
Ojciec nigdy jej nie kochał.
Gdyby było inaczej, zauważyłby ją, tak jak zauważał innych, i nie pozwoliłby, żeby w jednym z najważniejszych dni jej życia ktoś inny znalazł się na pierwszym miejscu. Łzawa Łapa poczuła, jak żal zaciska jej gardło, ale niemal natychmiast zastąpiła go złość. Znacznie łatwiej było jej myśleć o tym, że została zdradzona, niż przyznać, jak bardzo chciała, żeby ktoś ją wtedy przytulił i powiedział, że jest z niej dumny.
Nie potrzebowała ich.
Przynajmniej tak próbowała sobie wmówić.
Nie chciała dłużej tu żyć. Z wielką chęcią uciekłaby jak najdalej stąd. Nie zamierzała siedzieć jako więzień, czekając, aż pewnego dnia każą jej zostać zwykłą wojowniczką, a potem całe życie słuchać przypomnień o tym, kim mogła zostać, gdyby nie wszystko, co wydarzyło się wcześniej. Zrobili z niej potwora, chociaż przecież robiła tylko to, co uważała za konieczne, a jeżeli czasami podejmowała decyzje, których inni nie rozumieli, to chyba właśnie na tym polegało życie kogoś, kto miał troszczyć się o innych.
Może gdyby urodziła się w innym miocie, wszystko wyglądałoby inaczej.
Może gdyby nie była częścią tego przeklętego miotu sojuszniczego, zostałaby w Owocowym Lesie, gdzie mogłaby prowadzić spokojne życie i nie musiałaby ciągle martwić się o to, czy jej rodzina potrafi właściwie zadbać o klan. Może miałaby wtedy swoje miejsce, swoje obowiązki i koty, które rzeczywiście byłyby z niej dumne, zamiast ciągle zmuszać ją do udowadniania, że zasługuje na odrobinę uwagi.
Przez chwilę pozwoliła sobie wyobrazić taki świat, w którym wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej, a ona nie musiałaby każdego dnia zastanawiać się, czy ktoś jeszcze jej potrzebuje. W tej wizji była spokojniejsza, szczęśliwsza i przede wszystkim otoczona kotami, które przychodziły do niej nie dlatego, że musiały, lecz dlatego, że chciały mieć ją obok siebie.
Obraz był tak przyjemny, że niemal chciała w niego uwierzyć.
Potem przypomniała sobie, że to tylko wyobraźnia, a rzeczywistość nadal pozostawała taka sama.
— I co ja mam teraz zrobić? — wyrzuciła z siebie, podnosząc głos tak gwałtownie, że sama aż drgnęła.
Nikt jej nie odpowiedział, więc Łzawa Łapa zaczęła mówić dalej, jakby próbowała przekonać samą siebie, że jej pytanie wcale nie było rozpaczliwym wołaniem o pomoc.
Mogła uciec do innego klanu, lecz wtedy musiałaby liczyć się z tym, że Zawodząca Gwiazda opowie tamtejszym kotom kolejne kłamstwa, a jeśli uwierzą mu, a nie jej, po raz kolejny zostałaby sama i musiałaby szukać następnego miejsca, w którym mogłaby zacząć od nowa.
Mogła zostać samotniczką, ale ta możliwość przerażała ją jeszcze bardziej, ponieważ nie wiedziała prawie nic o życiu poza klanem, nie potrafiła dobrze polować ani walczyć i nie znała terenów wystarczająco dobrze, żeby poradzić sobie bez czyjejkolwiek pomocy. Prędzej czy później musiałaby znaleźć jakieś pożywienie, obronić się przed większym drapieżnikiem albo przetrwać pierwszą naprawdę ciężką noc, a ona nawet nie wiedziała, czy potrafiłaby rozpalić w sobie wystarczająco dużo odwagi, żeby wtedy nie uciec z powrotem do pierwszego miejsca, które zapewniało jej bezpieczeństwo.
Nie mogła zostać.
Nie mogła odejść.
Nie mogła również wrócić do dawnego życia, ponieważ po wszystkim, co się wydarzyło, nie potrafiła już udawać, że nic się nie zmieniło.
Im dłużej próbowała znaleźć jakieś rozwiązanie, tym bardziej miała wrażenie, że wszystkie ścieżki prowadzą ją w ślepy zaułek, a z każdej strony wyrastają ściany, których nie potrafiła przeskoczyć. Czuła się tak, jak gdyby los zagonił ją w kozi róg i teraz cierpliwie czekał, aż wreszcie przestanie się szarpać.
Nie cierpiała Zawodzącej Gwiazdy.
Nie cierpiała Wdzięcznej Firletki.
Nie cierpiała Skrzydlatej Płomykówki.
Nie cierpiała tego klanu.

Od Rogatego Flaminga CD. Węgorza

Przeszłość

Pora Opadających Liści dopisywała na tyle, żeby nie doskwierać Rogatemu Flamingowi. Książę miał bujną, gęstą okrywę, dlatego też załamania pogodowe nie dotykały go aż tak szczególnie. Dzięki swojej rybnej diecie zresztą powszechnej wśród kotów zamieszkujących i urodzonych w Klanie Nocy, jego futro było śliskie i lśniące, dobrze radziło sobie z pojedynczymi kroplami wody, jednocześnie wyglądając onieśmielająco. Woda była chłodna, dlatego też nie najmądrzejszym było przebywanie w niej dłużej niż jedynie po to, żeby przepłynąć z wysepki na wysepkę. Wysoko pnące się drzewa różnego rodzaju zabarwione były przez wielokolorowe, jaskrawe liście, które jeszcze nie tak dawno temu były pokryte samą zielenią z ewentualnymi ubytkami, gdy słońce przyprażyło konkretniej. Dzisiaj zapowiadało się naprawdę owocnie – nie chmurzyło się, niebo było tak czyste, jak kłosy księcia, chociaż oczywiście nie mogło się mu równać. On był ponadto i przykładał dużo więcej czasu pielęgnacji nad sobą, niżeli nieboskłon nad zbieraniem obłoków.
Dzień ten jednak nie mógł być idealnym wiecznie. Patrzył chłodno na samotnika stojącego przed nim, ciemna końcówka przyozdobiona ogórecznikiem wywijała lekko na boki, gdy sprawdzał, czy Węgorz zamierzał cokolwiek mu zrobić. Byłoby to niezwykle głupie z jego strony, w końcu Flaming nie był byle kim. Zauważywszy jednak, iż zwęglony opuścił łeb pokornie, a postawę ciała miał rozluźnioną, point spojrzał na niego wyniośle. Musiał zaznaczyć, że był u siebie. Spokojny ton głosu u zielonookiego był na plus, jednak mógł również powodować takie zachowanie u łaciatego. Na co dzień traktował niektóre koty w ten sposób, owszem, ale głównie czekoladowe i głównie Fląderkę. Ona zawsze chyliła głowy tak, jakby czekała aż ktoś na nią napluje z tym swoim wzrokiem zbitego psa. Był niezwykle łaskawy, pozwalając jej usługiwać sobie. Kto wie, może gdyby musiała komuś innemu, to mogliby ją traktować dużo gorzej?
— Przychodzisz tutaj i nie wiesz, czym są klany? — zapytał, kręcąc łbem ze zrezygnowaniem. Węgorz nadal trwał w swojej pozycji, a Flaming nie przyglądał mu się szczególnie. Wszystko było jednak grą, która miała na celu pokazać mu, że to on był najlepszy i najsilniejszy. Żeby mu przez myśl nie przeszedł atak ani nic innego, co by mogło zaszkodzić pointowi.
Szata nieznajomego przypominała tą należącą do Świteziankowego Jeziora, z którą nigdy nie zamienił, chociażby słowa, jednak nie była nielubiana wśród rodu, dlatego też nie robiło mu to najmniejszej różnicy. Westchnął teatralnie, słysząc kojący szum tafli rzeki, obijających się o grunt, na którym stali.
— Może was nie uczą. Klany to wielkie społeczności kotów, w których jest hierarchia. Koty podporządkowują się najwyżej postawionemu, czyli przywódcy. Później drugim najważniejszym jest jego prawa łapa, a zaraz pod nim medyk, czyli kot, który zajmuje się rannymi. Obowiązkiem wojowników jest chronić i bronić granic, a także przynosić każdego dnia zwierzynę na stos, żeby nie głodowano — zaczął wyjaśniać coś, co dla niego było oczywistym, w końcu tutaj przyszedł na świat i wszystkie te zasady nie były mu obce. Położył łapę na klacie. — Jestem kotem szanowanym i ambitnym, niezwykle utalentowanym, ale nie jestem przywódcą. Jeśli przyszedłeś tutaj polować na naszą zwierzynę, zrób parę kroków w tył i idź, dopóki jestem łaskawy.
Powinien się cieszyć, że Rogaty Flaming poświęcał mu tak wiele czasu. Każdego innego by zbył, oprócz rodziny i może Ulewnego Szkwału. Węgorz spojrzał na niego.
— Uczą... ale innych rzeczy — wydobyło się miauknięcie zwęglonego, nie był to jednak koniec wypowiedzi. — Nie mam zamiaru kraść wam zwierzyny, o to akurat nie musisz się martwić, poza waszymi granicami jest tego wystarczająco dużo.
Jego lekkie poirytowanie zdradziło jedynie lekkie drgnięcie końcówki ogona.
— Czy w takim klanie są jedynie koty, które się tam urodziły?
Rogaty Flaming pokręcił głową. Miał ochotę parsknąć. Czego mogli się uczyć? Pewnie nic, co by było warte jego uwagi.
— Nie. Ale większa część z nich to koty czystej krwi. Obcych traktujemy różnie, chyba że się wykażą i okażą całkowitą lojalność i szlachetność. Nie potrzebujemy kotów, które tylko by pasożytowały, bo już mamy takich od wyjadania. — Poruszył nieznacznie uchem. Miał na myśli oczywiście więźniów i koty maści czekoladowej, a także tych, co mu podpadli w ten lub tamten sposób. Dla niego jedni zasługiwali na pożywienie bardziej, drudzy mniej, a inni wcale. — Dopytujesz tak z czystej ciekawości czy może zostałeś wysłany jako szpieg? — Uniósł ciemną brew. Do tej pory zachowanie nieznajomego, może poza takim wypytywaniem nie wydało się jakieś szczególnie negatywne. Książę jednak musiał zachować niezwykłą ostrożność, skoro z nim rozmawiał, a przecież się nawet nie znali.
— Nie jestem szpiegiem. Nie pochodzę z żadnego z klanów. — Przedmiot Dwunożnych zwęglonego zafalował aksamitnie na chłodnym wietrze.
Książę pozwolił sobie na zrobienie chwilę przerwy i obejrzał go teraz dokładniej. W oczy rzuciło mu się nadszarpnięte ucho, smukła sylwetka oraz oczywiście ten przedmiot Dwunożnych. Urodą stał gdzieś pomiędzy kotką a kocurem. Przez chwilę Flaming nawet zaczął się zastanawiać jakiej płci był rozmówca.
— Jeśli to wszystko, to odprowadzę cię poza naszą granicę — powiedział do niego jeszcze, trochę zirytowany faktem, iż jego samotny spacer został przerwany w ten sposób, jednocześnie również ciekawy nieznajomego, mimo że przecież sam w tym momencie kończył ich jakże krótką interakcję. Nawet jeśli rozmówca nie wyglądał najgorzej, to nadal nie zadziało się nic szczególnego, co by mu zapadło w pamięci, oczywiście poza jego unikalną szatą, intensywnie zielonymi ślepiami i dopytywaniem o jego klan, albo przynajmniej tak sobie próbował wmówić, gdy spoglądał na niego trochę częściej, niż potrzebował.

***

Teraźniejszość

Wśród kotów Klanu Nocy, wraz z nadejściem mroźnej Pory Nagich Drzew poniosła się plotka, która finalnie dotarła i do niego, sugerująca, że powodem, dla którego do tej pory nie uganiał się za żadną z kotek, była jego preferencja do kocurów. Sam point nigdy szczególnie nie miał nawet za kim się oglądać, ponieważ albo były postrzegane negatywnie przez ród, albo zaszły mu w pewien sposób za skórę, tym samym od razu przekreślając ich dalsze interakcje. Również przez to jego opinia o kotkach uległa zmianie, pokusił się nawet o myśli, że kotki miały ikrę zamiast mózgu, z paroma wyjątkami, czyli jego rodziną i szanowanymi członkiniami Klanu Nocy. Dlatego stał się nawet bardziej wybredny. Jako najmłodszy z rodziny królewskiej, oczywiście wywołało to niepokój wewnątrz pobratymców, sugerujący, że może ród właśnie powoli przemijał. Ktoś musiał przyuważyć go na granicy z Węgorzem, jednak nie przejął się tym szczególnie – przecież koty stale miały do czynienia z samotnikami, a na zgromadzeniach rozmawiały z kotami należącymi do przynależności innej, niż oni. Również uroda samotnika mogła zmylić i sugerować, że wcale nie był kocurem, a kotką. Nikomu zatem nie powinno robić różnicy, z kim się widywał, dopóki nie zdradzał w ten sposób własnego klanu i nie łamał kodeksu wojownika. Przydadzą im się kolejni wojownicy. Może Rogaty Flaming spoglądał na całą tę sytuację inaczej też dlatego, że miał niejednokrotnie okazję zamienić z nim słowo?
Przyszedł na ich miejsce spotkań, rozglądając się za znajomym, ciemnym futrem kocura. Był ciekawy, czego mógł się od niego dowiedzieć dzisiaj. Śnieg akurat przestał sypać z nieba całkowicie pokrytego gęstymi, gołębimi chmurami. Pogoda była nieco cieplejsza, niżeli jakby miało świecić na niego słońce, a nieboskłon przestrzelony miałby być wieloma jasnymi obłokami, rozłożonymi nierównomiernie. Im dłużej musiał czekać na zwęglonego, tym bardziej się niecierpliwił.

<Węgorzu, moja cierpliwość jest na wagę złota>

01 października 2026

Kasztanka urodziła!

 Kasztanka wydała na świat czwórkę zdrowych kociąt!

Od Roztargnionego Koperku CD. Kawczej Łapy

Koper od świtu było na łapach. Zresztą jak zwykle. Nigdy nie spało zbyt wiele, zasypiało długo po zajściu słońca, wstawało na chwilę przed promieniami słońca. Przeciągnęło się lekko, spoglądając na Chudy Grzbiet, który tłumaczył coś Bryzowej Łapie. Pomimo Pory Nagich Drzew nie było jeszcze aż tak chłodno, a śnieg jeszcze nie spadł. Było za to nadal dosyć deszczowo, przez co zioła w niektórych miejscach zaczynały powoli gnić. Liliowy westchnął, poprawiając kilka ziół, które rozwalił Chudzielec po tym, jak uporczywie szukał czegoś dla Bryzki. Uczennica wydawała się… w porządku. Niezbyt szkodliwa, było widać, że charaktery całej trójki były bardzo zróżnicowane. Koper cieszyło się, że to Chudy dostał kotkę jako uczennicę. Obawiało się, że energiczna kotka, tylko by cierpiała i boku takiego mentora jak ono. Dobijało jeno do setki księżyców, a medyk coraz bardziej odczuwało to w kościach. Coś, co Cisowe Tchnienie zaczęła czuć dopiero później. Koper czuło się słabsze już od kilku księżyców i nie było pewne, co było tego powodem. Chodzenie było coraz trudniejsze, a w niektóre dni po kryjomu wyciągało zioła na wzmocnienie ze stosu. Nie wiedziało, skąd ta słabość. Obawiało się jej, nie było pewne, komu o tym powiedzieć. Nie chciało w końcu nikogo martwić. Spokojne popołudnie przerwał medykom głos Kawczej Łapy. Zaraz za nim lekko chwiejąc się na łapach Tęczowa Łapa. Koper zmrużyło oczy, wzdychając. Już chciało zapytać o co chodzi, jednak czarny uczeń wyskoczył z zapytaniem szybciej, niż się spodziewało.
— Roztargniony Koperku — zaczął Kawka. — Ten przygłup nie może spać — miauknął zdyszany.
— Gdzie byliście? Mam nadzieję, że nie sami? — zapytało Koper, przygotowując ziarna maku. — Weź go do legowiska i przypilnuj, żeby to zjadł, dobra? — mruknęło cicho.
— Byliśmy za Opuszczonym Obozowiskiem. Chcieliśmy zobaczyć wycinkę lasu, ale zauważył nas lis — odparł Nicość, unikając kwestii czy byli sami. — Dobrze.
Tęcza wziął mak do pyszczka, na razie, starając się go nie gryźć.
— Nie odpowiedziałeś mi na pytanie. Czy byliście sami? — zapytało jeszcze raz, mrużąc oczy.
— Tak byliśmy. Nie mów o tym nikomu, proszę — miauknął Kawka, przełykając ślinę.
Koper westchnęli tylko cicho, postanawiając, że się nie odezwie.

<Kawcza Łapo?>

Wyleczeni: Tęczowa Łapa

Od Kawczej Łapy do Roztargnionego Koperku

Kawcza Łapa szturchnął łapą kremowego ucznia.
— Nie śpię. Co chcesz? — zapytał Tęcza, liżąc się po łapie.
— Wyglądasz coraz gorzej stary — mruknął Nicość.
Nie wiedzieć, dlaczego w jakiś sposób zaprzyjaźnił się z niebieskookim kocurem. Mieli bardzo różne charaktery, inne preferencje, style życia, wiarę i nadzieję na przyszłość, a mimo to jakimś cudem się dogadywali. Wspólnie tworzyli trochę przerażający i nienaturalny, lecz bardzo zgrany duet. Energia Tęczowej Łapy i psotliwość Kawczej Łapy kończyła się problemami, z którymi zawsze jakoś zdołali wykaraskać się ze sprytem. Tego dnia czmychnęli z obozu, kierując się w stronę terenów za Opuszczonym Obozowiskiem. Kawka słyszał niegdyś od Księżyca, że była tam wycinka lasu. Oprócz tego zmarła tam też jakaś Barczatka, czy ktoś taki. Nicość mógł się mylić odnośnie do tego imienia, ale nie zastanawiał się nad tym ani wtedy, ani teraz. Uczniowie przepłynęli rzekę, trafiając na odcięty kawałek terenów klanu. Chcieli iść dalej, jednak do nozdrza obojga dotarł okropny zapach rudo Futrego stworzenia. Nicość zjeżył futro.
— Musimy uciekać. JUŻ. Przepłyniemy rzekę — miauknął Kawka, powoli, idąc w stronę. — Nie przepłynie rzeki! Na pewno! — dodał, płynąć w stronę brzegu, na którym jeszcze chwilę wcześniej byli.
Intuicja zawiodła zielonookiego.
— Chyba jednak tu płynie — miauknął Tęczowa Łapa, ledwo trzymając się na łapach.
Zaczęli biec, ile sił w łapach, w końcu, trafiając do Potwornej Przełęczy. Skryli się za jednym z kamieni, oddychając ciężko. Chwilę po tym Nicość usłyszał jak coś, a może raczej ktoś upada na ziemię z cichym hukiem.
— Tęczowa Łapo? Żyjesz? — zapytał Kawka, szturchając go łapą. — Nie będę cię ciągać przez całe tereny, nie powinniśmy nawet wychodzić! No daleeejj!!! — miauknął.
Zaczął się zastanawiać, czy kocur w ogóle żyje. Zaraz, jednak mógł usłyszeć ciche pochrapywanie.
— Nie no ja cię rozszarpię — warknął cicho, gryząc starszego ucznia w ucho.
Tęcza mlasnął i otworzył oczy.
— Do obozu. Już. Nie będę cię nosił nie ma opcji. Idziemy do medyków — mruknął rozzłoszczony.

***

Weszli do legowiska medyka. Cała trójka na szczęście była na swoim miejscu.
— Roztargniony Koperku — zaczął Kawka. — Ten przygłup nie może spać — miauknął zdyszany.

<Roztargniony Koperku?>

[328 słów]

[7%]

Od Kawczej Łapy do Makowej Iluzji

Wczorajszy patrol z Makową Iluzją, Tęczową Łapą i Nocnym Śpiewakiem musiał podsunąć Rozbitej Księżycowi genialny pomysł, jakim było wysłanie Tęczowej Łapy i jego mentorki na polowanie, aby mogli porównać swoje umiejętności. Czarny kocur miał jednak wrażenie, że Księżyc chciał po prostu popisać się przed rudą kotką, że ma lepszego ucznia. Kawka postanowił, więc nie wtryniać się zbytnio w wizję bielucha i wyszedł grzecznie z całą trójką z obozu, kierując się w stronę Opuszczonego Obozowiska. Mało Rozbity Księżyc wiedział o tym, jak bardzo beznadziejny był w rzeczywistości Nów w polowaniach. Gdy dotarli w końcu na miejsce Makowa Iluzja wydawała się nieco nerwowa. Zauważyli to prawdopodobnie wszyscy, lecz nikt prócz wielce troskliwego Księżyca nie zwrócił na to uwagi. Nicość zastrzygł uchem i wytężył skupienie, chcąc usłyszeć, o czym rozmawiała z jego ojcem i zarazem mentorem.
— Wiesz… bo ja naprawdę nie przepadam za polowaniem. Nienawidzę uśmiercać zwierzyny. A walka… jest jeszcze gorsza — miauknęła kotka.
Kawka przewrócił oczami.
„To po jakiego grzyba zostałaś wojowniczką? Już lepiej by było jej jako samotniczce, o pieszczotach nie wspominając. Żyłaby sobie tam pewnie jak ryba w wodzie” pomyślał czarnulek.
— Polujesz? — zapytał Tęczowa Łapa.
— Oj ucisz się, aktualnie to akurat podsłuchuję — odmiauknął, nerwowo machając łapą w stronę kremusa.
— Jak chcesz — wzruszył ramionami, odchodząc kawałek dalej.
— … i też nienawidzę polować, walczyć. Lubię biegać, ale to wszystko. Bo widzisz niestety jesteśmy do tego zmuszeni. Z pewnością jesteś tego świadoma? Nie boisz się zanurzyć kłów w martwej zwierzynie, aby ją spożyć, ale obawiasz się samego polowania? Zgaduję. Swoją pierwszą zwierzynę byłem w stanie złapać dopiero po kilku księżycach, a Kocimiętkowy Wir za każdym razem patrzyła jak chwilę po tym płaczę. Damy sobie radę — uśmiechnął się Księżyc.
„I to ma być mój mentor? Przecież to mameja jakaś” pomyślał Kawka, mrużąc oczy.
Po chwili wrócił Tęczowa Łapa z myszą i niewielkim wróblem. Nicość zjeżył futro.
Ustawił się, aby zapolować na ryjówkę siedzącą przy okolicznym krzaku, jednak kremowy kocur był pierwszy.
— Za wolno — miauknął wesoło, a Kawczy czuł, jak coś w nim się gotuje.
— Idź mi stąd lepiej, bo za siebie nie ręczę — warknął cicho, odsuwając się kawałek dalej.
Rozpoczął polowanie kawałek dalej. Jakimś cudem udało mu się złapać wiewiórkę. Co prawda niezbyt mięsistą i musiał wbiec za nią na drzewo, bo mu uciekła, ale ostatecznie mu się udało.
— Dobrze się czujesz? Tęczowa Łapa, który wydaje się zaraz zasnąć na stojąco upolował więcej od ciebie — zapytał Księżyc, przechylając główkę.
Nicość nie był w stanie, czy był to bardziej troskliwy, czy szyderczy gest. Nie słysząc odpowiedzi bieluch wysunął się do przodu, aby porozmawiać z Tęczową Łapą.
— Jak to jest, że ty boisz się polować, a twój uczeń jest, w tym tak dobry? — zapytał Makową Iluzję Kawka.

<Makowa Iluzjo?>

[440 słów]

[9%]

Od Nicości (Kawczej Łapy) do Nocnego Śpiewaka

Kiedyś

Pomimo braku dalszego kontaktu ze Skowronkiem Nicość z łatwością odgadł, który dokładnie kot był jego drugim ojcem. Czarny kocur z idealnie ułożonym futrem z wczepionymi w tak samo idealnych lokalizacjach ozdobach w postaci kwiatów i kolorowych piór. Gdyby małego czarnulka to obchodziło lub gdyby po prostu miał dłuższą sierść może, nawet by mu pozazdrościł wyglądu, w którego najwyraźniej włożył trochę więcej wyobraźni i kreatywności. Biorąc to jednak pod uwagę krótkowłosy mógł tylko przewrócić oczami i ignorować kocura tak jak każdego, innego, spotkanego w żłobku.

Aktualnie

— Niicooość. Kawcza Łapo. Chodź, jesteśmy wyznaczeni na patrol. No dalej, trzeba upolować trochę zwierzyny. Wkrótce nie będzie z czego polować, zbliża się Pora Nagich Drzew. Już wiesz jak często się zdarzają wypadki przez mokrą ściółkę i kamienie — trajkotał Rozbity Księżyc.
Czarny, czując, że nie uwolni się od gadania niebieskookiego półgłówka zdecydował się, że w końcu wstanie ze swojego legowiska i wyruszy na patrol razem z grupą, tak jak bieluch oczekiwał. Przeciągnął się i wyszedł na zewnątrz, mrugając kilkukrotnie oczami, aby przyzwyczaić się do nieco innego światła. Przed jego oczami stanął widok dokładnie takiej ekipy: Makowa Iluzja grzebiąca pazurem w ziemi, Tęczowa Łapa bez przerwy trajkoczący do rudej kotki, choć wyraźnie niewyspany, ale też Nocny Śpiewak, spokojny i nie rzucający się w oczy. Grupy patroli musiały być coraz większe, aby mogły przeczesywać większe obszary w poszukiwaniu pożywienia.
Szli w stronę Opuszczonego Obozowiska.
— Zimno trochę, co nie? Nocny Śpiewaku masz niezłe futro — stwierdził Kawka z uśmiechem, usiłując nie dodawać do niego szczególnie widocznego jadu. — Skąd takie fajne piórka?

<Nocny Śpiewaku?>

[252 słowa]

[5%]

Od Nicości (Kawczej Łapy) do Skowronka (Skowronkowej Łapy)

Dawniej

Nów przede wszystkim słuchał. Wysłuchiwał płaczu matki, cichego kwilenia swojej siostry. Sam nie płakał zbyt wiele. Pełnia mogła płakać zupełnie ot tak, jednak powód rozpaczy matki nie był małemu kocurowi zupełnie znany. W końcu któregoś dnia poczuł, jak płacz, smutek i pustka matki ustaje, zastąpiona przez euforię. Wtedy też w jego życiu pojawił się nowy głos. Słysząc ekscytację Kwadry postanowił otworzyć oczy, aby ujrzeć co ją tak uszczęśliwiło. Wtem przed jego oczami pojawił się czarny kocur z niewielką ilością bieli.
— Spójrz Kwadro. Jaki on chudy… — mruknął kocur, poruszając ogonem. — Jestem Sierp. Twój… ojciec. Teoretycznie, bo lepiej mnie tak nie nazywaj — uśmiechnął się ciepło, jednak było w tym uśmiechu również coś szyderczego. — Matka cię jakoś nazwała? — zapytał, a kocham tylko zamrugał. — Powinnaś je zabić Kwadro, gdy jeszcze nie potrafiły nawet prawie wcale się poruszać. Nic z nich dobrego nie wyrośnie.
Kwadra przełknęła ślinę, przykrywając lekko sobą kocięta.
— Jak mają być silne, skoro nie mogę nawet zapolować, aby zapewnić im pożywienie? W tym tempie… będę musiała je pożegnać. Ty o nie, nie zadbasz — odparła chłodno bicolorka.
— Dlatego powinnaś zabić je wcześniej — odparł kocur, a kotka zjeżyła futro.
— Nigdy — syknęła.

Pierwsze przyjście do żłobka Nicości

Nicość człapał powoli za Księżycem niczym więzień skazany na egzekucję. Szli do żłobka, gdzie miał ponoć spotkać nowych znajomych, którzy według słów Księżyca mieli być chętni do zabawy z nim. Tylko że czarny kocurek nie miał ochoty ani zamiaru się bawić. Mimo, to i tak przywitała go cała banda. Bzyczek, Pyza, Bryzka i Skowronek, dokładnie tak przedstawiła się czwórka kociaków. Z czego dwoje z nich jak dowiedział się Nicość jeszcze do niedawna zamieszkiwało Klan Nocy, z którym ponoć Klan Wilka miał sojusz. Księżyc, widząc, że czarny zostanie w teoretycznie dobrych łapach odszedł do swoich obowiązków.
— Hej, ty! Ten biały to Twój ojciec? Gdzie mama? — zapytał dymny kociak, wielce zainteresowany nowym osobnikiem.
Podszedł do Nicości i zaczął go wąchać, jakby był najciekawszym obiektem w żłobku.
— Niezbyt… — mruknął, a w jego głosie dało się wyczuć obrzydzenie. — Moja matka nie żyje. Ojciec to… kleszcz na tyłku — odparł, siadając na ziemi.
— Aahh… Ja mam tatę. I drugiego tatę. Chodź, pokażę ci! — miauknął nagle, zaczepiając drugiego kociaka łapą.
Nicość postanowił pójść za pomarańczowookim. Przed jego oczami stanęła… szylkretka.
— Przecież to kotk… — zaczął, jednak nie było dane mu skończyć, bo jego towarzysz postanowił nagle pacnąć go w łebek.
— To Pszczeli Rój. Urodził mnie i moją siostrzyczkę. Wkrótce przyjdzie pewnie też Nocny Śpiewak, chciałbym, żebyś go poznał. Skąd jesteś?
— Z daleka. Z szopy. Mieszkałam tam z rodzicami i… siostrą — odmiauknął, a swoją wypowiedź zakończył cichym westchnieniem.
W jego oczach zakręciły się łezki. Wytarł je szybko łapami.
— Siostrą? Gdzie ona jest? — zapytał Skowronek, rozglądając się.
— Umarła… z głodu — odmruknął niewyraźnie Nicość.
— Hej Skowronku, daj trochę odpocząć nowemu koledze, dobrze? Za jakiś czas pokażesz mi żłobek i poznasz go z innymi — miauknął Pszczeli Rój, a Skowronek, chociaż średnio chętnie posłuchał się ojca.

Aktualnie

— Kawcza Łapooo. Wstajemy. Chodź, Skowronkowa Łapa i Sowi Zmierzch są już dawno gotowi. Musimy zrobić dodatkowe ćwiczenia z pojedynków między uczniami. W końcu chyba zamierzasz je wygrać co? — miauknął zachęcająco Rozbity Księżyc, szturchając ucznia nosem. — No dalej. Idziemy.
Nicość zamrugał i dokładnie przeanalizował wypowiedź kocura. Wstał z ziemi i wyszedł z legowiska, aby skierować się w stronę wyjścia z obozu. Nie było mu dane nigdy więcej pogadać ze Skowronkiem, dlatego widząc go teraz niemal podskoczył. Dymny kiwnął Nicości na przywitanie, nie odzywając się zbyt wiele. Wydawał się być znacznie spokojniejszy niż te kilka księżyców temu. Wyszli z obozu i skierowali się w stronę starego obozowiska. Nie było tam zbyt wiele zwierzyny, przez zaglądających tam niegdyś dwunożnych, lecz z pewnością było trochę przestrzeni, aby jednocześnie móc łatwo poćwiczyć walkę wśród drzew.
— Hej Skowronkowa Łapo. Jak idą ci treningi? — zaczepił drugiego ucznia Kawczy.

<Skowronkowa Łapo?>

[618 słów]

[12%]

30 września 2026

Od Latającej Ryby

Pomimo braku zamiłowania do zimna, ceniła Porę Nagich Drzew za grubą warstwę lodu skuwającą wierzchnią część rzeki. Nie przejmowała się szczególnie tym, że przez zamarzniętą wodę Klan Nocy tracił możliwość łatwego zdobywania ryb, które przecież stanowiły główną część ich diety. Dla niej najważniejsze było to, że chcąc przedostać się na drugi brzeg jak dotąd porywistego nurtu, nie musiała moczyć futra. Wystarczyło zręcznie przeskoczyć po wystających krach i po chwili znajdowała się tam, gdzie chciała, sucha i zadowolona z własnej zaradności.
Już dawno straciła orientację w tym, co właściwie działo się w klanie. Ba, możliwe, że nigdy szczególnie jej na tym nie zależało. Dopóki nic nie zagrażało jej własnemu ogonowi, większość spraw mogła dla niej równie dobrze nie istnieć. Przywykła do samotnych polowań. Nikt wtedy nie spowalniał jej kroku, nikt nie sugerował, że może lepiej byłoby zapolować w rzece, i przede wszystkim nikt nie męczył jej uszu opowieściami, które z czasem zaczynała uważać za równie zbędne, co irytujące.
Lubiła tereny położone nieopodal granic Klanu Burzy. Z tyłu głowy wciąż miała tych kilku śmiesznych przedstawicieli sąsiedniego klanu, których dawno już nie widziała, choć kiedyś zdawali się wyrastać na jej drodze z częstotliwością grzybów po deszczu.
Ślepcowi nie wróżyła szczególnie długiego życia. Wystarczyło przecież, żeby choć raz oddalił się od reszty swej grupy, a prędzej czy później zapewne skończyłby jako trup w jakimś dole. Może nieco bardziej intrygował ją los Słonecznego... Właściwie nawet nie pamiętała już całości jego imienia. W myślach nazywała go Słonecznym Patrolem, ponieważ zazwyczaj natrafiała na niego samotnie, zupełnie jakby sam jeden pilnował granic.
Kogokolwiek wówczas szukał, być może w końcu go znalazł i zaznał upragnionego szczęścia. A może odszedł dalej, wciąż w pogoni za swoją zgubą, aż poza tereny własnego klanu. Pamiętała, że wspominana przez niego kotka kojarzyła mu się z czymś, a raczej kimś, ale Ryba nigdy nie uznała tej informacji za na tyle istotną, by zawracać sobie nią głowę. Nie jej sprawa. Jeśli chciał szukać, mógł szukać. Jeśli znalazł, tym lepiej dla niego.
Zdołała złapać wiewiórkę i drobną mysz, choć z każdym kolejnym krokiem mróz coraz bardziej dawał jej się we znaki. Chłód wciskał się pod futro, szczypał opuszki łap i nieprzyjemnie owiewał boki. W końcu uznała, że choćby miała ochotę zostać jeszcze chwilę, rozsądniej było jej wrócić do obozu. Nie zamierzała przecież marznąć tylko po to, żeby kilka dodatkowych pysków w klanie mogło się najeść.
Latająca Ryba dawno odkryła swój własny sposób na przetrwanie. Wystarczyło zaszyć się w kącie legowiska, kiedy robiło się zbyt głośno, albo wyjść na samotny spacer w odpowiedniej chwili. Wtedy nikt niczego od niej nie chciał, nikt nie zawracał jej głowy, a przede wszystkim nie musiała udawać, że obchodzi ją coś więcej niż własne futro.
I, jak dotąd, całkiem dobrze na tym wychodziła.

Czosnkowa Krewetka urodziła!

 Czosnkowa Krewetka urodziła dwójkę puchatych szkrabów!

Od Serdecznej Naparstnicy CD. Migotu (Migoczącego Nieboskłonu)

Przeszłość

— Wyglądasz jak mysz! — powiedział kociak do starszego kocura. — Jak połączenie kociaka z wojownikiem! Jak to w ogóle możliwe, że przeszedłeś szkolenie i jesteś wojownikiem? — zapytał.
Serdeczna Naparstnica spodziewał się w tej chwili wszystkiego, tylko nie tego, że jakiś dzieciak zacznie się z niego naśmiewać. Na dodatek nie był to byle jaki kociak, a syn samego przywódcy — Lśniącej Gwiazdy. Protektorowi od razu zrzedła mina, gdy tylko usłyszał słowa młodzieńca. Dopiero co się urodził, a już był taki wyszczekany… ale czego można było się spodziewać po synu lidera? Naparstnica doskonale zdawał sobie sprawę, że ze związku Lśniącej Gwiazdy i Truskawkowego Pola wyjdą same wrzody. Westchnął ciężko, patrząc na pointa zmęczonym wzrokiem.
— Nie jestem wojownikiem — odparł, poruszając końcówką ogona. — Jeśli zależy ci na odpowiedzi, możesz spytać moją matkę, Postrzępiony Mróz — stwierdził i już miał odejść, lecz usłyszał parsknięcie Migotu.
— To czym ty niby jesteś? — zapytał kpiąco. — Taki stary jesteś i wciąż jesteś uczniem? — drążył, czując się coraz pewniej w obrażaniu Serdecznej Naparstnicy.
— Nie. Jestem protektorem — odparł krótko, próbując zachować spokój. Nie mógł w końcu wydzierać się na syna lidera, bo dostałby za to po łapach. Nie chciał być na celowniku Lśniącej Gwiazdy. Przynajmniej na ten moment.
— Protektorem? Co to niby jest? — zdziwił się Migot, wciąż nie rezygnując z drwiącego tonu.
Starszy przewrócił oczyma. Nie potrafił słuchać tego kociaka. Dźwięk jego głosu sprawiał, że miał ochotę wysunąć pazury, lecz musiał się powstrzymywać. To w końcu tylko dzieciak. Na pewno jeszcze z tego wyrośnie, czyż nie?
— Protektorzy mają za zadanie dbać o komfort zarówno fizyczny, jak i psychiczny członków Klanu Klifu. W razie, gdyby kiedyś napotkał cię jakiś problem, z którym nie potrafiłbyś sobie poradzić, możesz podejść do któregoś z nas, a my udzielimy ci rady — wyjaśnił, wciąż zachowując neutralny wyraz pyska.
Obserwował, jak mina Migotu staje się jeszcze bardziej skwaśniała. O co mogło mu chodzić tym razem?
— Słucham? — mruknął młodszy, niemal się jeżąc. — Chyba sobie żartujesz! Nie będę prosić jakichś pokrak o rady! Sam sobie dam radę, jeśli będzie trzeba! — zirytował się, marszcząc brwi.
— Jak chcesz — rzucił beznamiętnie Naparstnica, wzruszając ramionami. Naprawdę miał teraz ważniejsze sprawy na głowie niż wysłuchiwanie tego, jak jakiś pyrtek obraża jego rolę w klanie.
— Co za głupia ranga! Stworzona specjalnie dla takich nieudaczników, którzy nie nadają się na posadę wojownika! Już lepiej byłoby was wysłać do starszyzny, niż udawać, że jakkolwiek się przydajecie! — trajkotał dalej Migot.
W końcu protektor stwierdził, że ma już dość.
— Przykro mi, że taka jest twoja opinia, Migocie — oznajmił, po czym bez pożegnania odszedł od młodszego kocura.
To dziwne, że tak uważał. W końcu skoro Lśniąca Gwiazda jeszcze nie zlikwidował pozycji protektora, to znaczy, że widział w niej jakiś sens. A skoro widział w niej jakiś sens, to czy jego syn również nie powinien go dostrzegać? Naparstnica zakładał, że młody kocur bardzo szanował swojego ojca i jego opinie, więc czy nie powinien ich podzielać? Nieważne. Nie było sensu szukać sensu w zachowaniu tych kotów, bo po prostu go nie było.

* * *

W Klanie Klifu ostatnimi czasy działo się naprawdę sporo. Serdeczna Naparstnica ledwo zdążył przetrawić jedno wydarzenie, a już do jego uszu docierały pogłoski o kolejnym. Przez to wszystko nie miał jak wyrobić sobie solidnej opinii na temat poszczególnych zdarzeń. Nie wiedział, co właściwie powinien czuć w związku z tym, co obecnie działo się w Klanie Klifu. Właśnie dlatego pewnego dnia postanowił udać się na samotny spacer, by przysiąść pod jakimś drzewem i spokojnie się nad tym wszystkim zastanowić. W ciszy i spokoju. Tak, by nikt mu nie przerywał, a on mógł zdecydować, czy powinien martwić się o swoje zdrowie i pozycję w Klanie Klifu. No i czy powinien kontynuować szerzenie swoich wątpliwości co do Lśniącej Gwiazdy jako lidera. Czuł, że Wzburzonego Kormorana powoli przekabacał na właściwą ścieżkę, jednak to mogło być za mało. W końcu co dwa koty mogą zrobić liderowi? We dwójkę nie mogliby nawet otwarcie się mu sprzeciwić, bo najpewniej skończyliby wyrzuceni z klanu lub ukarani rangą więźnia.
Serdeczna Naparstnica westchnął, wędrując już po terenach Klanu Klifu w stronę niewielkiego lasku. Starał się wpatrywać w drogę przed sobą i jeszcze nie myśleć o tym, o czym chciał się zastanowić, gdy będzie już na miejscu. Czuł, że jego myśli byłyby teraz zbyt chaotyczne i niepoukładane, dlatego się wstrzymywał, mimo że na myśl nasuwało mu się już jedno konkretne imię — Truskawkowe Pole. Gdy tylko myślał o pointce, mimowolnie przyspieszał kroku, by w końcu dotrzeć do miejsca docelowego.
Gdy w końcu udało mu się oprzeć o jeden z pni, wziął głęboki oddech i poczuł, jak po jego ciele przechodzi przyjemny dreszczyk. Wiedział, że już zaraz wysmaruje na temat wszystkich Klifiaków tyle stwierdzeń, że przerośnie nimi samego siebie. Wpierw oczywiście zaczął myśleć o Truskawkowym Polu. Już od początku wiedział, że nie była najlepszym wyborem na zastępcę. To dziwne. On potrafił to dostrzec, a Lśniąca Gwiazda mimo wszystko pozostawał zaślepiony. Tylko czym? Miłością? Czy ta dwójka kiedykolwiek w ogóle się kochała? Z całą pewnością pointka nie darzyła lidera żadnym szczególnym uczuciem, zważywszy na to, że nie miała najmniejszych oporów przed tym, by zostawić go za sobą w Klanie Klifu i uciec bez słowa. To samo zrobiła ze swoimi kociętami. Porzuciła je. Naparstnica mimo wszystko trochę współczuł Firmamentowi i Migotowi — nawet jeśli ten drugi był niczym cierń w łapie. W końcu kto by nie był, mając takich rodziców… Miał nadzieję, że po zostaniu uczniem wreszcie zdobędzie nieco własnych opinii i oddali się od ojca. Może w taki sposób wreszcie przejrzy na oczy.
W każdym razie — to nie ucieczka Truskawkowego Pola oburzała go najbardziej. Właściwie to po tym, jak wieści rozeszły się po azylu, poczuł pewnego rodzaju satysfakcję, że wybór Lśniącej Gwiazdy okazał się durny. Miał nadzieję, że rudofutry wyniesie z tego zdarzenia jakąś nauczkę, lecz szybko Naparstnica zrozumiał, że nie miał na co liczyć. Wkrótce na posadzie zastępcy zasiadła Źródlana Łuna, która, oczywiście, była siostrą przywódcy. Protektor nie twierdził, że nie była doświadczona — na pewno była. Ale czy w klanie nie było nikogo lepszego od niej? Kotka była naznaczona wieloma bliznami, które ograniczały jej umiejętności. Nie miała jednego oka i jednej łapy, co na zgromadzeniach na pewno nie prezentowało się zbyt dobrze. Gdyby nie łączyły jej z Lśniącą Gwiazdą więzy krwi, zapewne już dawno skończyłaby w legowisku starszyzny. Rudofutremu nawet przez myśl by nie przeszło, by spojrzeć na taką kotkę jak na kogoś wartego posady zastępcy. Po tym Naparstnica stwierdzał, że wybór jej był kolejnym błędem lidera. Tylko dlaczego jeszcze nikt mu ich nie wytykał?
Znalazł się jednak kot, którego zniknięcie nie wydawało się przypadkowe — Pchełkowy Skok. Niebieska szylkretka wcale nie tak dawno temu zaginęła bez słowa, choć od dłuższego czasu można było się spodziewać, że coś takiego nastąpi. Do uszu Serdecznej Naparstnicy doszły plotki o tym, że wojowniczka często budziła się w nocy, majacząc coś o tym, że Tawułowa Bryza był niewinny — i z tym stwierdzeniem protektor jak najbardziej się zgadzał. Może gdyby tylko pomyślał o tym wcześniej, mógłby nawiązać jakąś rozmowę z Pchełką? Może udałoby mu się zatrzymać ją w klanie, a także dowiedzieć się co nieco o Tawułowej Bryzie? Żałował, że wcześniej był tak ślepy na jej zachowanie. Wzbudzało jego ciekawość, owszem, lecz nigdy nie przyszło mu do głowy, by zamienić z nią kilka zdań. Teraz było już jednak za późno, więc Naparstnica zdecydował się tego nie roztrząsać i porzucić ten temat.
Przypomniał sobie jeszcze o tym, że Lśniąca Gwiazda wprowadził do klanu nową rangę — Jaśniejące Skrzydła. Kocur nie rozumiał, skąd rudofutry wytrzasnął tak wymyślną nazwę ani dlaczego była dwuczłonowa. Nie miało to żadnego sensu, brzmiało źle i nie pasowało do reszty ról w Klanie Klifu. Protektor był pewien, że dało się nazwać ich inaczej, lepiej. Ale kim on był, by zarzucać liderowi brak poczucia estetyki? Musiał przełknąć fakt, że mieli teraz w klanie wojowników, protektorów, zastępców i… Jaśniejące Skrzydła. Którzy zresztą nie byli nikim więcej jak sługami Lśniącej Gwiazdy. Byli niczym jego psy obronne i wykonywali za niego całą brudną robotę. Niedawno wygnali Gąsienicowego Ogryzka z terenów Klanu Klifu z rozkazu przywódcy. Nie dali mu nawet się wytłumaczyć! Protektor był jednak pewien, że jego wujek był niewinny. Odwiedzał go w końcu w żłobku i zajmował się nim wtedy, gdy Postrzępiony Mróz była zbyt przybita po śmierci dwójki swoich pozostałych kociąt. Gąsieniczek nawet muchy by nie skrzywdził, a co dopiero liderki! To, co nagadał o nim Lśniąca Gwiazda, było po prostu bzdurą. Biało-niebieski musiał znaleźć się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym momencie, lecz to wystarczyło, by jego reputacja w klanie przepadła, a życie stało się nędzne.

* * *

Teraźniejszość

Serdeczna Naparstnica nie starał się otwarcie okazywać wrogości wobec Lśniącej Gwiazdy, lecz mimo wszystko miał wrażenie, jakby lider czytał mu w myślach. Przez ostatnie księżyce nie zabrał go na ani jedno zgromadzenie i protektor zastanawiał się, czy przywódca przypadkiem o nim zapomniał, czy może chciał mu w ten sposób zrobić na złość. Biało-niebieski chętnie porozmawiałby z kimś z innego klanu, a także jeszcze raz spojrzał na Zalotną Gwiazdę, by upewnić się, że to dziwne przeczucie wciąż mu towarzyszy. Musiał jednak czekać, aż Mirt wreszcie się nad nim zlituje i postanowi go zabrać, o ile taki dzień w ogóle nadejdzie.
Teraz kocur przechadzał się po obozie, znudzony rutyną. Ostatnimi czasy w jego życiu nie działo się nic ciekawego, a sam starał się raczej zachowywać swoje opinie dla siebie. Czuł się poniekąd zagrożony przez lidera. Nie sądził, by Lśniąca Gwiazda wiedział o tym, co Naparstnica o nim myśli, ale i tak nosił w sercu dziwną obawę. Czy powinien tak się czuć we własnym, rodzimym klanie? Czy jego przynależność nie powinna być dla niego ostoją spokoju i domem? Powoli rozumiał, że nie czuł się związany z Klanem Klifu. Nie chciał nazywać Lśniącej Gwiazdy swoim liderem ani Postrzępionego Mrozu swoją matką. Siebie natomiast nie chciał nazywać Klifiakiem. Nie czuł się dumny z reprezentowania tej zepsutej przynależności, o której ostatnimi czasy miał same negatywne rzeczy do powiedzenia.
Przez to, jak intensywnie się nad tym wszystkim zamyślił, przypadkiem niemal wpadł na syna Lśniącej Gwiazdy, który niedawno przeszedł mianowanie na wojownika. Teraz nie był już tym małym, wrednym Migotem. Teraz był dużym i wrednym Migoczącym Nieboskłonem.
— Przepraszam… — wymamrotał Naparstnica, nie zwracając zbyt dużej uwagi na kocura. Już miał ponownie pogrążyć się w rozmyślaniach nad swoimi odczuciami, gdy nagle poczuł na skórze czyjeś palące spojrzenie.

<Migoczący Nieboskłonie?>

Od Żywicznej Łapy (Żywicznej Kropli)

Nie potrafiła wybić sobie z głowy słów brata. Zresztą, w tamtej chwili nie brała ich wystarczająco na poważnie. Liczyła, że się z nią droczy, że wszystko było jedynie głupim żartem, a gdy obudzi się następnego ranka, zobaczy go znowu przy swoim legowisku, może nawet z tym samym rozbawionym wyrazem pyska, który zawsze pojawiał się u niego, gdy udawało mu się ją nabrać.
Nie było go jednak następnego ranka. Ani tego kolejnego, ani jeszcze następnego.
Mogła się tego spodziewać, zwłaszcza po rozmowie, którą odbyli, gdy przyłapała go w środku nocy przy granicy Klanu Burzy. Powiedział wtedy, że jeszcze się zobaczą. Nie sprecyzował kiedy, lecz ona skrycie liczyła, że Bursztyn szybko podkuli ogon i zawróci do klanu, zanim ktokolwiek zdąży naprawdę zauważyć jego nieobecność. Wierzyła w to uparcie, bo łatwiej było jej trzymać się tej myśli niż dopuścić do siebie możliwość, że brat rzeczywiście odszedł.
Nadzieja okazała się jednak kiepskim pocieszeniem.
Tamtej nocy nie zmrużyła oka. Leżała częściowo na swoim posłaniu, a częściowo na tym, które jeszcze niedawno należało do Bursztyna, wciągając w nozdrza resztki jego zapachu. Wtulała pysk w mech, jakby samo to mogło zatrzymać go przy niej jeszcze odrobinę dłużej. Wiedziała, że z każdym wschodem słońca woń będzie coraz słabsza, aż w końcu nie pozostanie jej po nim nic.

*** 

Wpatrywała się bez większych emocji w nieruchomego królika leżącego przy jej łapach. Polowania już dawno przestały stanowić dla niej problem. Stały się niemal wyuczonym ciągiem ruchów: dostrzec zdobycz, przyczaić się, skoczyć i wrócić do obozu z pełnymi łapami. Nie musiała się nad tym zastanawiać, ciało samo wiedziało, co robić.
Jak na uczennicę była jednak stara. Za stara.
Czuła to w spojrzeniach wojowników i w urywanych szeptach, które milkły, gdy przechodziła obok. Wszyscy wiedzieli, że najwyższa pora, by opuściła legowisko uczniów. Coraz częściej miała wrażenie, że patrzono na nią tak, jakby lada moment miała podzielić los swojego brata. Tyle że w jej przypadku powodem nie byłaby dobrowolna ucieczka z klanu, lecz zwyczajne wygnanie z powodu braku postępów.
Radziła sobie. Radziła, jak potrafiła. Była nawet w stanie spojrzeć na swoje odbicie w Przybrzeżnym Oku i powiedzieć to sobie prosto w pysk. Nie była beznadziejna. Nie brakowało jej wiedzy ani podstawowych umiejętności. Po prostu pozostawała przygaszona, pozbawiona tej pewności siebie, którą dawniej dawała jej obecność Bursztyna. Bez brata, którego przez większość życia nie odstępowała ani na krok, czuła się nagle mniejsza, mniej pewna własnych łap. To on był jej podporą. Czymś, co przez lata osłaniało ją przed tym wszystkim, czego sama się bała.
Podejrzewała, że rozpacz, w którą wręcz ociekała po jego odejściu, była jednym z powodów, dla których nadal jej nie odsunięto od treningu. Klan i tak przeżywał ostatnio tyle katastrof, że jej problemy zdawały się ledwie źdźbłem trawy pośród znacznie poważniejszych spraw. Tak samo zniknięciem Bursztyna zdawali się przejmować głównie ona i jej ojciec. Nie potrafiła jednak powiedzieć Dzwonkowemu Świstowi, że wiedziała, co naprawdę stało się z jego synem. Wolała udawać niewiedzę. W ten sposób jej załamanie wydawało się przynajmniej bardziej zrozumiałe.
— O, tutaj jesteś. — Głos mentora rozbrzmiał po jej prawej stronie. — Ładny królik, może to w końcu jakiś dobry omen dla klanu — stwierdził.
Jej wzrok pozostał smętny.
— Jedyny zwiastun jest taki, że ktoś się po prostu dzisiaj naje — odparła bez większego przejęcia. — Wolałabym, by był w tym jakiś dobry znak dla mnie — dodała, przecierając pysk łapą.
Oskrzydlony Ognik przez dłuższą chwilę przyglądał jej się w milczeniu. Jego uszy lekko drgnęły, a spojrzenie przesunęło się z królika na jej zmęczony pysk.
— Żywiczna Łapo, rozumiem, że jest ci ciężko po zaginięciu twojego brata, ale...
— Tu nie chodzi o niego, Oskrzydlony Ogniku — wyparowała, niemal z goryczą w głosie. — Tu chodzi tylko i wyłącznie o mnie. Nie chciałam nikogo zawieść, a robię to nieustannie. Zawodzę siebie, rodziców, a może i właśnie Bursztyna, i dlatego go tu już nie ma — wymamrotała, czując, jak szczęka coraz bardziej jej drży. — Ja naprawdę nie wiem, dlaczego jestem taka toporna we wszystkim. Nie wiem, dlaczego nie robię postępów.
— Robisz postępy — przerwał jej. — Zresztą, czego od siebie jeszcze oczekujesz? Umiesz polować, twoja kondycja znacznie się poprawiła, po prostu radzisz sobie lepiej na krótkich dystansach i nie ma w tym nic złego — stwierdził.
Skrzywiła się, jakby do jej uszu docierały jedynie kolejne oszczerstwa.
— To dlaczego nadal nie zostałam mianowana? Dlaczego nie możesz iść do Zawodzącej Gwiazdy i powiedzieć mu, że jestem gotowa? — wyrzuciła niemalże z żalem, skierowanym nie tylko wobec siebie, lecz także mentora.
Kocur westchnął przeciągle, błądząc wzrokiem po okolicy.
— Wydawałaś się ostatnio niestabilna emocjonalnie. Chciałem, byś spokojnie przetworzyła sobie wszystko, co się stało, i polecić cię do mianowania, gdy będziesz już spokojniejsza — oznajmił.
Poczuła palące uczucie na języku. Gula zaciskała się w gardle coraz bardziej, ale tym razem nie pozwoliła jej się złamać.
— Jestem spokojna. Jestem gotowa, by być mianowana — oświadczyła, prostując się.
— Jesteś w rozsypce — poprawił ją. — Daj sobie jeszcze kilka wschodów słońca. Przykro mi, ale mam nadal wątpliwości co do twojego stanu. Klan Burzy potrzebuje wojowników, ale takich, którzy potrafią utrzymać łapy pod sobą również wtedy, gdy życie rzuca im kłody pod nogi. Nie chcę posyłać cię w szeregi wojowników tylko po to, żebyś po kilku księżycach znowu zaczęła tonąć we własnych myślach. Najpierw musisz sama uwierzyć, że jesteś gotowa.
Żywiczna Łapa była niezadowolona z tej odpowiedzi. Niezadowolona do tego stopnia, że poczuła napływającą irytację, ostrą i gorącą, zupełnie inną od wcześniejszego smutku. Nie miała czasu, który jej sugerował. Nie chciała kolejnych wschodów słońca spędzonych w legowisku uczniów, kolejnych spojrzeń wojowników i kolejnych pytań o to, kiedy wreszcie dorówna reszcie.
Może Bursztyn miał rację. Może matka wymieniła ich na inne, lepsze dzieci.
Ojca, który był dla niej wsparciem i jako jeden z nielicznych naprawdę się o nią troszczył, z pewnością zawodziła. Był coraz starszy, a ona z każdym kolejnym wschodem słońca ryzykowała, że nie dane będzie mu zobaczyć jej jako dobrej wojowniczki. Takiej, jaką zawsze obiecywała mu, że zostanie.

***

Z czasem nie myślała już tyle o swoim bracie. Właściwie, ku własnemu zaskoczeniu, zaczęła myśleć coraz mniej o kimkolwiek poza sobą. Nie oznaczało to, że przestała za nim tęsknić. Po prostu żal przestał być jedyną rzeczą, która wypełniała jej myśli.
Stała się wręcz egoistką, skupioną przede wszystkim na własnym losie. Nie była już w wieku, w którym mogła bez końca się mazać i pozwalać sobie na kolejne błędy. Jeśli chciała opuścić legowisko uczniów, musiała przestać czekać, aż ktoś zrobi to za nią.
Uprzedała Oskrzydlonego Ognika, oczekując go przed legowiskiem wojowników każdego ranka. Ich treningi coraz mniej przypominały naukę. Były raczej wspólnymi wypadami na polowania, podczas których niemal wypruwała sobie żyły, starając się dołożyć jak najwięcej do stosu zdobyczy. Jeśli Ognik kazał jej biec, biegła. Jeśli kazał polować, polowała. Jeśli mówił, że coś robi źle, nie szukała wymówek.
Nie patrzyła już na innych. Słowa o jej wieku i pozycji z czasem zaczęły spływać po niej bez śladu. Opinia pozostałych była przecież jedną z rzeczy, które przez tak długi czas trzymały ją w miejscu.
Aż w końcu pewnego dnia usłyszała słowa, na które czekała przez tak wiele księżyców.
— Widzę, że się zawzięłaś — odezwał się Ognik. — Cóż... Chyba jesteś gotowa.
Zatrzymała się w bezruchu. Oczywiście, że takich słów oczekiwała, ale przez ostatnie księżyce zdążyła już stracić wiarę, że kiedykolwiek je usłyszy. Przez chwilę tylko patrzyła na mentora, jakby próbowała upewnić się, czy przypadkiem się nie przesłyszała.
— Mówisz na poważnie? — zapytała, wpatrując się w niego wyczekująco.
Rudzielec zaśmiał się na widok jej miny.
— A chcesz mi powiedzieć o czymś, co ma zmienić moje zdanie? Może czegoś nie dostrzegam...
— Masz świetny wzrok — przerwała mu. — Bardziej gotowa być już nie będę — zapewniła go.

***

Dzień mianowania wcale nie był wyjątkowy. Nie tak, jak się tego spodziewała i nie tak, jak kiedyś o nim marzyła. Podeszła do niego dosyć chłodno. Jedynym towarzyszącym jej w tym dniu uczuciem był przede wszystkim żal. Żal, że zajęło jej to tak długo i że pozwoliła własnym słabościom wziąć górę nad tym, czego tak bardzo pragnęła.
Mianowanie w podziemiach było dosyć przytłaczające. Tęskniła za ich dawnym, nadziemnym obozem, za otwartym niebem i światłem wpadającym między drzewa, jednak miała na uwadze, że tęsknota również była czymś, co przez długi czas trzymało ją w miejscu. Nie mogła sobie na nią pozwolić. Nie, jeśli nie chciała dłużej być tą samą niedorajdą, która spędziła dwukrotnie więcej czasu na pozycji uczennicy, niż przeciętny kot potrzebował.
Zwołanie klanu było już tylko formalnością, mocno opóźnioną przez wszystkie wydarzenia ostatnich księżyców. Zanurzyła łapę w rdzawym barwniku i z nieznaną jej dotąd pewnością odbiła swój ślad na ścianie Groty Pamięci. Widok własnej łapy na kamieniu przypomniał jej dawny wybryk Bursztyna, przez który został mianowany później od niej. Kącik pyska uniósł jej się w niemrawym uśmiechu.
Zawodząca Gwiazda miał pysk przyozdobiony zmęczeniem. Nie winiła go za brak entuzjazmu. W Klanie Burzy dzień w dzień działo się coś, co wymagało jego uwagi, a liczba nieszczęść zdawała się nie mieć końca. Miał prawo mieć już dosyć.
— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. — Zastrzygła uchem. — Żywiczna Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Niemalże wzruszyła ramionami. Przecież nie mogła odmówić.
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazd nadaję ci imię wojownika. Żywiczna Łapo, od tej pory będziesz znana jako Żywiczna Kropla. Klan Gwiazd ceni twój upór i wytrwałość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy.
Wiwat był słaby, ale nie oczekiwała niczego więcej. Swój wzrok skupiła jedynie na ojcu, którego uśmiech zdawał się jej jedyną szczerą rzeczą w całym zebranym tłumie. Miała ochotę podbiec do niego, wtulić się w jego bok i poczuć to samo ciepło, które pamiętała z najwspanialszych dni swojego kocięcego życia.
Zamiast tego czekało ją jednak całonocne czuwanie i milczenie.
Ku własnemu zaskoczeniu nie mogła się tego doczekać. Następnego dnia będzie mogła wreszcie uznać się za pełnoprawną wojowniczkę. Gdy tylko odeśpi nieprzespaną noc, pójdzie z ojcem na długo obiecywane polowanie.

[1626 słów]

[33%]

Od Żywicznej Łapy CD. Wdzięcznej Firletki

Ruda zadrżała, jednak wbrew temu, co zazwyczaj wywoływało u niej drżenie, tym razem nie był to przejaw lęku. Słowa ciotki zabrzmiały wręcz pokrzepiająco i niemal natychmiast wywołały w jej gardle cichy, niekontrolowany pomruk. Firletka miała ten szczególny sposób mówienia, przez który nawet zwykła uwaga potrafiła zabrzmieć mniej przytłaczająco.
— Ja... Sama nie wiem — wykrztusiła ze skruchą. — Chyba byłam zajęta...
— Oh tak, zajęta — zaśmiała się Firletka, przewracając w rozbawieniu oczami. — Wiesz, ile razy słyszę to od każdego? Każdy jest zbyt zajęty, by zadbać o swoje zdrowie do momentu, gdy kończy w takim stanie, że musi zostać odsunięty od swojej pracy i spędzać noce i dnie pod moim okiem — zauważyła, zerkając na pozostałe koty w legowisku. — No dobrze, niech ci będzie. Zmieńmy temat, jak tam idzie ci twój trening?
Na pysk Żywicy wstąpił lekki grymas. Nie było źle, ale nie było też czym się chwalić. Od dłuższego czasu miała wrażenie, że utknęła w miejscu, z którego nie potrafiła ruszyć ani w jedną, ani w drugą stronę. Nie brakowało jej podstawowej wiedzy ani chęci do nauki, lecz jej umiejętności wciąż nie były na tyle rozwinięte, by mogła choćby spróbować ubiegać się u mentora o zgodę na zostanie wojowniczką. Im bardziej się starała, tym bardziej dostrzegalne stawały się jej braki.
— Chyba dobrze... — wymamrotała, drapiąc pazurem w ziemi. — Twój trening... długo ci zajął?
Szylkretka przemknęła pomiędzy ziołami, poprawiając stosik, z którego osunęła się garstka zasuszonych medykamentów. Ostrożnie przesunęła je łapą na właściwe miejsce, po czym zerknęła na bratanicę.
— Hm, wiesz, trening medyków z reguły trwa trochę dłużej niż jakikolwiek inny w klanie. Z tego, co zawdzięczam swojej pamięci, już nie pierwszej młodości, nie przeciągałam go dłużej, niż było to wymagane — stwierdziła.
Żywica podniosła wyżej głowę, strzygąc uchem z zainteresowaniem.
— Oj, nie przesadzaj, chyba nie jesteś aż taka... stara — mruknęła, starając się, by nie zabrzmiało to niemiło.
Wdzięczna Firletka pokręciła głową.
— Księżyce mej młodości już dawno minęły, Żywico. Bliżej mi do wstąpienia na Srebrną Skórę, niż wieku, w którym trenowałam — przyznała z zamyśleniem. — Korzystaj ze sprawnych kości, póki możesz. W moim wieku przyjdzie ci już tylko narzekać na ból w każdej części ciała — zaśmiała się.
Żywica lubiła ciotkę. Była miła, spokojna i nad wyraz cierpliwa, a przy tym nie pozwalała sobie wejść na głowę i potrafiła być wyjątkowo stanowcza wobec swoich pacjentów.
Żywica przez pewien czas, jeszcze będąc kociakiem, sama zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby obrała tę samą ścieżkę co ciotka. Ciekawiły ją zioła, ich zapachy i to, jak medyczka potrafiła spojrzeć na kota i niemal od razu dostrzec, że coś było z nim nie tak. Ostatecznie jednak chęć przypodobania się ojcu i podążania krok w krok za bratem okazała się silniejsza. Chciała być wojowniczką. 

***

Żywica nie pamiętała, kiedy dokładnie jej oko zaczęło nieprzyjemnie swędzieć. Z pewnością miało to miejsce jeszcze wtedy, gdy Bursztynowa Łapa spał nocami blisko jej posłania. Później, gdy oznajmił jej, że opuszcza klan, zabierając tym samym ze sobą jakąś część jej samej, całkowicie zignorowała wszystko, co działo się z jej własnym ciałem. Dniami i nocami przejmowała się wyłącznie bratem. Gdzie był? Czy był cały i zdrów? Czy o niej myślał? Czy ci wszyscy znajomi, dla których porzucił swoje dotychczasowe życie, naprawdę byli dla niego ważniejsi od klanu?
Ważniejsi od niej?
Z uporem naciskała na Ognika, by przy każdej możliwej okazji prowadził ją w okolice granic. Kocur początkowo ulegał jej prośbom, mając na uwadze jej stan po odejściu brata, a przy tym nie zasypywał jej pytaniami o to, co dokładnie wydarzyło się między nią a Bursztynową Łapą. Wolał pozwolić jej przeżyć to na własny sposób.
Ulga skończyła się jednak w chwili, gdy Żywica zaczęła wpadać na drzewa, zahaczać o wystające korzenie i coraz częściej niepokojąco marszczyć lewe oko. Wtedy zamiast kolejnego patrolu w stronę granicy wylądowała na posłaniu przed własną ciotką.
— Wydaje mi się, Żywiczna Łapo, że kiedyś mówiłam ci coś o...
Ruda mimowolnie pokiwała głową.
— Myślałam, że jakiś paproch wpadł mi do oka i nie chciałam zawracać ci tym ogona. To nie było nic poważnego, byś marnowała na to czas... — zapewniła, uciekając sprawnym okiem w stronę wyjścia z legowiska. Była niemal pewna, że znalazła miejsce przy granicy, w którym urywał się ślad jej brata, chociaż od jego odejścia minęło już tyle czasu, że jego zapach dawno powinien rozwiać się wśród traw i leśnej ziemi.
— Tym podejściem tylko przybywa mi problemów, bo zamiast wyleczyć coś, gdy stan jest delikatny, przychodzicie z dużo większym problemem — westchnęła karcąco, patrząc na nią w skupieniu. — Widzisz mnie, gdy zamykasz jedno oko?
— Zależy które... — odparła niemrawo.
— Zamknij to, do którego nie czułaś, by ci coś wpadło.
Żywica westchnęła, gotowa powitać ciemność, która coraz częściej zaczynała otaczać jej świat. Nie była ona jednak całkowita. Obraz pozostawał przede wszystkim zamglony. Rozpoznawała zarysy kształtów i kolory, lecz wszystko zlewało się w nierówne plamy, pozbawione wyraźnych krawędzi.
— Widzę cię... Prawie — mruknęła. — Jesteś jakaś taka niewyraźna, chyba mało ostatnio jadłaś...
— Bardzo zabawne — odparła, a Żywica uniosła powiekę zdrowego oka, śledząc każdy ruch kotki. — Nie ruszaj się teraz, może cię... trochę zapiec.
Cętkowana spięła się i odsunęła gwałtownie, gdy medyczka stanęła przed nią i upuściła na ziemię żółtawy kwiat.
— Co to jest? Bardzo będzie boleć? — wykrztusiła.
— Glistnik jaskółcze ziele — odparła spokojnie, przecierając roślinę pod łapami. — Na pewno będzie to mniej bolesne niż gdybyś miała całkowicie oślepnąć — zasugerowała.
Żywica przełknęła ślinę, po czym niechętnie przysunęła się z powrotem bliżej szylkretki. Ogon nerwowo drgnął jej przy łapach, a uszy odruchowo cofnęły się ku tyłowi.
— Dobrze... rób co musisz — wymamrotała. — Tylko szybko, proszę.


<Firletko?>
[897 słów]

[18%]

Wyleczeni: Żywiczna Łapa

Od Żywicznej Łapy

nadal przed odejściem Bursztyna
Gdy byli młodsi, ale oboje znajdowali się już poza żłobkiem, ich wspólne treningi były dla niej zawsze rozluźniające. Bursztynowa Łapa nieustannie traktował wszystko jako rywalizację, a ona, ilekroć to nie okazywałaby się od niego słabsza w danej konkurencji, potrafiła czerpać przyjemność z samego widoku jego radości po zwycięstwie. Przy nim łatwiej było jej zapomnieć o własnych brakach.
Z Oskrzydlonym Ognikiem sprawa wyglądała z lekka inaczej. On akurat były często zniesmaczony poczynaniami młodszego rudzielca. W końcu Bursztynowa Łapa zdawał się nie brać treningów na poważnie, w przeciwieństwie do Żywicy, nadmiernie przejmującej się każdym niepowodzeniem. Nie była ani silna, ani szczególnie wytrzymała, a pędzenie po otwartych przestrzeniach, z którego Burzacy wręcz słynęli, najwyraźniej nie leżało w jej naturze.
Dołowało ją to tym bardziej, że ojciec nieraz zapewniał ją, iż nie ma nic przyjemniejszego od wiatru targającego futrem, gdy pędzi się przed siebie niemal na oślep. Dla Żywicy takie biegi oznaczały jednak coś zupełnie innego. Zamiast przyjemnego chłodu czuła przede wszystkim własne płuca, które zdawały się rozpaczliwie domagać większej ilości powietrza, oraz łapy, coraz cięższe z każdym kolejnym krokiem. Zamiast cieszyć się biegiem, odliczała w myślach chwile do końca i zastanawiała się, ile jeszcze wytrzyma.
Jakże wielki był więc jej zawód, gdy Oskrzydlony Ognik wyciągnął ją z legowiska i zamiast skierować się w stronę spokojniejszego polowania, powitał ją słowami, które zabrzmiały niemal jak wyrok.
— Dzisiaj mniej polowania, a więcej biegania — oznajmił, a mina, jaka pojawiła się na jej pysku, niemal dorównywała tej, którą przyjęłaby, gdyby ktoś właśnie oznajmił jej, że zabił jej ojca.
Smętnie człapała za kocurem, gorączkowo rozważając każdą możliwą wymówkę. Bolała ją łapa? Ogon? Może jednak była chora? Zakaszlała, próbując wybadać, czy mentor zwróci uwagę na jej wątpliwy stan zdrowia. Owszem, spojrzał w jej stronę, lecz zamiast zawrócić albo chociażby zwolnić, przyspieszył kroku, jakby jej kaszel tylko utwierdził go w przekonaniu, że trzeba ją zmusić do większego wysiłku.
Tempo, które narzucił na początku, uznawała jeszcze za znośne. Stąpała nieco koślawo, ale oddech pozostawał względnie spokojny, a łapy wciąż słuchały jej bez większych protestów. Dopiero gdy przed jej oczami zaczęły rozpościerać się coraz bardziej otwarte przestrzenie, zrozumiała, że skończyła się wszelka nadzieja na łagodny trening.
— Może jakaś rozgrzewka najpierw? — odezwała się cicho.
Rudy uśmiechnął się i pokręcił głową.
— Nie bronię ci porozciągać się, jednak samo dojście tu powinno wystarczająco przygotować cię do dalszej części. Nie chcę słyszeć, że bolą cię łapy — uprzedził, jakby jej wcześniejsze myśli zostały przez niego w pełni odczytane.
Westchnęła cierpiętniczo i lekko się przeciągnęła, wyciągając przed siebie przednie łapy. Jeszcze poprzedniego dnia była bliska płaczu, przekonana, że jest zbyt słaba, by zostać wojowniczką, a jej rodzice mogą jedynie wstydzić się za córkę, która tak kiepsko radzi sobie z treningiem. Najgorsze było jednak to, że sama nie wiedziała, jak miałaby to zmienić. Wiedziała, co stanowi problem, widziała swoje słabości, a mimo to wciąż tkwiła w tym samym miejscu.
— Będziesz biegła pierwsza i nie zatrzymuj się, dopóki nie powiem. Będę zaraz za tobą. Nie powinno być to zresztą dla ciebie problemem, na wspólnych treningach z Bursztynową Łapą nie szło ci najgorzej — zauważył z pomrukiem, a ona tylko uśmiechnęła się z zakłopotaniem. Obecność brata akurat zawsze dodawała jej otuchy. Bez niego każdy trening wydawał się cięższy, a każda porażka bardziej dotkliwa.
Skupiła się przez chwilę na wilgoci pod łapami, chłodzie przenikającym między palce i nieprzyjemnym uczuciu stania w miejscu. To wystarczyło, by w końcu ruszyła. Uciekała przed szczypaniem zimna, przed ciężarem własnych myśli i przed świadomością, że Ognik obserwuje każdy jej krok. Słaba kondycja dość szybko dała o sobie znać, lecz zmęczenie okazało się bardziej pochłaniające niż możliwość dalszego użalania się nad sobą. Każdy kolejny krok wymagał od niej coraz więcej wysiłku, ale przynajmniej nie miała już siły roztrząsać tego, jak bardzo nie nadawała się do biegania.
Wiatr szarpał jej futrem i wcale nie przynosił upragnionego ochłodzenia. Zamiast tego rozpraszał ją i utrudniał skupienie na drodze. Co jakiś czas mrużyła oczy, gdy pod powieki wpadały drobinki piasku niesione przez powiewy. Uszy przywierały jej do czaszki, a oddech stawał się coraz głośniejszy i bardziej urywany.
Zwolniła dopiero wtedy, gdy przed jej oczami wyrosła Droga Grzmotu. Niepewnie obejrzała się na mentora i ze zdziwieniem zauważyła, że znajdował się znacznie dalej, niż mogła się spodziewać. Przez chwilę przemknęła jej nawet myśl, że może wreszcie zrezygnował.
— Co teraz? — zapytała, przestępując z łapy na łapę. — Koniec? — mruknęła z nadzieją.
— Za marzenia nie karają, Żywico — odparł spokojnie. — Teraz to samo, tylko w drugą stronę.
Mina natychmiast jej zrzedła. Po raz kolejny kaszlnęła, tym razem z nadzieją, że może chociaż w ten sposób udowodni mu, iż nie ma już sił, jednak jego spojrzenie pozostało nieugięte. Skończyło się więc na tym, że znowu musiała ruszyć. Tym razem znacznie wolniej, a Ognik niemal deptał jej po ogonie, bo nie była już w stanie utrzymać rozsądnego tempa.
Trasa wydawała jej się dwukrotnie dłuższa niż wcześniej. Kiedy w końcu znajomy teren zaczął pojawiać się przed jej oczami, poczuła ulgę tak wielką, że nie próbowała nawet udawać, iż ma jeszcze trochę sił. Po prostu opadła na ziemię i ciężko dysząc, rozciągnęła się na chłodnym podłożu. Futro miała przyklejone do boków, a klatka piersiowa unosiła się gwałtownie przy każdym oddechu.
Za plecami usłyszała westchnienie Ognika, ale nie była w stanie zrobić nic ze swoją wątpliwą kondycją. Sama wiedziała, że nie było dobrze. Przez chwilę leżała nieruchomo, próbując uspokoić oddech i nie myśleć o tym, ile jeszcze takich treningów czeka ją przed zakończeniem nauki.
— Kiepsko to widzę — mruknął, na co tylko przełknęła głośniej ślinę, starając się ustabilizować oddech. — Chodź, zapolujemy jeszcze i dam ci na dzisiaj spokój. Bądź co bądź musisz mieć na uwadze, że młodsza już nie będziesz, a twój wiek... Nie możesz być tak długo uczennicą.
Skinęła tylko głową. Do tej pory starała się o tym nie myśleć, ale widok coraz to młodszych uczniów w legowisku, którzy opuszczali je znacznie szybciej niż ona, był co najmniej dołujący. Mimo wszystko sam wstyd nie wystarczał, by nagle znaleźć w sobie siłę do dalszego działania. Żywica chciała zostać wojowniczką. Chciała wreszcie przestać być tą słabszą, tą, której łapy nie nadążają za resztą. Tyle że samo pragnienie nie czyniło jej silniejszą, a ona wciąż nie wiedziała, jak przełamać tę granicę. 

[1017 słów]
[biegi długodystansowe]

[20% + 5%]