W ostatnich dniach, jak nie księżycach sporo się działo – szokująca prawda o Ziemniaku, ucieczka Czajki, bobry, miot sojuszniczy między Owocowym Lasem a Klanem Burzy. W tym wszystkim Wiciokrzew pozostał sam jako uzdrowiciel, gdyż Purchawka przebywała w kociarni, jako królowa i matka czwórki maluchów, które niedawno przyszły na świat. Kocur teraz miał na głowie aż dwójkę uczniów, z czego Mistral była bardziej niezależna, gdyż koniec jej szkolenia zbliżał się wielkimi krokami, a przynajmniej tak uważała młódka – chciała, jak najszybciej zostać zielarzem i nie być już ciężarem dla ojca, który miał do wyszkolenia jeszcze Gołąbka. Dlatego też, kiedy mogła, to brała na siebie leczenie Owocniaków, doglądanie starszyzny oraz swojej mentorki i najmłodszych członków ich społeczności.
Do tego, co jakiś czas odwiedzała czwórkę więźniów, głównie ze względu na niedawną chorobę Poziomkowej Polany, ale i sprawdzanie ogólnego stanu pozostałych. Na szczęście nikt z dawnych samotników już nie chorował, więc biała nie musiała się martwić o kolejną niespodziewaną epidemię, której mogli doświadczyć w czasie problemów z bobrami. Z ich powodu część starszych odeszła, trafiając pod opiekę Wszechmatki.
Uczennica właśnie przysłuchiwała się ojcu, do którego dykcji zdążyła się już na tyle przyzwyczaić, że ta nie przeszkadzała jej w żadnym stopniu. Starszy wraz z burym młodzikiem znajdował się w składziku z ziołami i po kolei tłumaczyć każdą roślinę – czym jest, gdzie znaleźć, jak i kiedy stosować. Mistral oczywiście posiadała już tę wiedzę, więc kiedy tylko widziała, jak liliowy wskazuje na kolejny medykament, niebieskooka w myślach od razu wymieniała najważniejsze informacje. Na obecny moment nie miała zbyt wiele do roboty, a po zapasy wychodziła z jakimś wojownikiem raptem parę wschodów słońca temu. Już myślała, że wyleczyli wszystkich chorych w tym, kiedy usłyszała czyjeś kroki w legowisku.
Z lekkim uśmiechem wycofała się ze składziku i już miała pytać przybysza, co mu dolega, kiedy to ujrzała przed sobą srebrną zastępczynię. Nic do kotki nie miała, lecz to i owo słyszało się o jej temperamencie, który przekazała dwójce kociąt, którymi musiał zajmować się biedny Topola. To właśnie na swojego partnera czekoladowa zrzuciła obowiązek wychowania potomstwa, co raczej nie przypadło do gustu, lecz nie jej było to oceniać – w końcu była jedynie uczennicą i znajdą, którą księżyce temu przyprowadzić Wiciokrzew do obozu. Mistral początkowo też nie była istny uosobieniem grzeczności, jednak dzięki wpływowi Purchawki zmieniła się, tak? Tak.
— Witaj Figo, coś dolega, że pomiędzy obowiązkami znalazłaś czas na przyjście do nas? — spytała, starając się brzmieć na tyle przyjaźnie, by później nie być na celowniku zastępczyni.
— Jest może Wiciokrzew?
“Jeszcze jakieś widzimisię robi… Spokojnie, pozytywne nastawienie.”
— Niestety jest zajęty treningiem Gołąbka, lecz jestem ja — odparła, by następnie wskazać kotce jedno z posłań.
— Wolałabym –
— Nalegam — przerwała jej, co spotkała się ze spojrzeniem srebrnej spod przymrużonych powiek. W końcu jednak zajęła miejsce, na które chwilę wcześniej wskazywała młodsza. — To, co dolega? — spytała ponownie, podchodząc bliżej pręgowanej.
— Swędzi mnie ucho.
“Ach tak, przy oklapniętych uszach łatwiej o infekcje” — pomyślała, a fidze jedynie skinęła głową, by oddalić się po aksamitkę.
— Wiciokrzewie, masz może pod łapą aksamitkę? — zapytała, pojawiając się na nowo w składziku, gdzie bury uczeń właśnie próbował sobie przypomnieć zastosowanie jagód jałowca. Biała tylko kątem oka zerknęła na ciemne kulki u jego łap, w których miał utkwiony wzrok, dopóki nie usłyszał starszej.
— Ja wiem, gdzie jest! — wyrwał się ochoczo, na co Mistral przewróciła oczami z uśmiechem. Kocurek miał zapała, to musiała przyznać.
— Ty to tam się skup na jałowcu, bo w tyle z wiedzą będziesz — oznajmiła zaczepnie, a w międzyczasie liliowy sięgnął po upragnioną przez jego córkę roślinę. — Chcecie coś później zjeść? — dodała, mając w planach udać się po zwierzynę przed odwiedzinami Purchawki w żłobku.
— Wiewiórkę.
— N-nornicę.
— Przyniosę, kiedy tylko wyjdę od Purchawki.
— To dla niej a-aksamitka? — dopytywał zielonooki uzdrowiciel.
— Nie, Figa przyszła z infekcją ucha. — Ojciec jedynie skinął na jej słowa i wrócił do treningu burasa. W tym czasie niebieskooka z kwiatem w pysku podeszła do zastępczyni, by przeżuć roślinę na papkę, którą następnie nałożyła w miejscu infekcji, choć czekoladowa raczej nie była zbytnio zadowolona z tego powodu. Mistral jednak nie obchodziło jej kręcenie nosem – skoro przyszła to musiała się liczyć z takim obrotem spraw.
«★»
Kiedy tylko srebrna opuściła dziuplę, po chwili w ślad za nią podążyła uczennica. Ona jednak swoje kroki skierowała prosto do żłobka, w którym na szczęście już nie przebywała dwójka kociąt tworzących istny chaos na tak małej przestrzeni. Jedno z nich za mentora dostało Figę, a drugie samego Czereśnie. Dzięki ich nieobecności w legowisku panował tam istny spokój, które od paru księżyców brakowało. Oczywiście Purchawka nie była jedyną królową, gdyż oprócz niej była jeszcze Rohan z trójką potomstwa, z czego dwójka z nich odziedziczyła nietypową biel po matce.
— Witaj Purchawko, Rohan — przywitała się na wstępnie, by następnie podejść do małych kulek, które ciasno leżały przy brzuchu dymnej. Dwójka z nich to kotki i kolejna to kocury, niemal każde było czarno-białe oprócz Modrogończyka, gdyż ten był czekoladowy. Niby cała czwórka była podobna do siebie, a jednak inna – różniła ich też ilość bieli, gdyż Gończyk i Zew mieli jej niewiele w porównaniu do sióstr, Łza była bicolorem, a Psianka arlekinem.
Chwilę porozmawiała ze swoją mentorką, dzieląc się wieściami, jakie miała dla niej. Później podeszła do Rohan, a przynajmniej taki był plan, gdyż na jej drodze pojawił się srebrny kocurek, który obserwował jakiegoś robaka na ziemi.
— Hej Pierścieniu — zaczęła, kucając, by znajdować się mniej więcej na wysokości kociaka. — Co tam obserwujesz? — spytała, samej skupiając na chwile wzrok na drobnym żyjątku.
<Pierścieniu?>
[887 słów]
[18%]
Wyleczeni: Figa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz