— Kocimiętkowy Wirze, możemy wyruszać! — miauknęła z większym entuzjazmem, chociaż nadal dość stonowanym. Machnęła ogonem w kierunku Jesionowej Łapy. — Pokażemy jej, jak na nie polować. Przyda jej się, jeśli chce zostać jedną z nas. Pełnoprawną wojowniczką Klanu Wilka — przedstawiła jeszcze dumnie, a sama Kocimiętka w odpowiedzi posłała zielonookiej pokrzepiający uśmiech.
— Chodźmy zatem — do ich uszu dotarła jeszcze odpowiedź rudaski. Pomarańczowooka zamruczała z aprobatą. Prawdopodobnie, gdyby tylko jej pozwolili, to by się rozgadała na cały dzień...
Grunt chrzęścił jej pod łapami, gdy szła u boku jaskrawej wojowniczki, co jakiś czas spoglądając na jej pyszczek. Jesionowa Łapa szła obok Aksamitkowego Nosa, która opowiadała jej jakąś historię. Kocimiętka wyglądała dziś naprawdę pięknie, zresztą ona chyba nigdy nie prezentowała się nagannie, nawet jeśli kosmyki futra odstawały jej kępkami, czy mimowolnie wystawiała i pokazywała każdemu język. Jej melodyjny głos rozbrzmiewał szylkretce w głowie, gdy prowadziła zawziętą konwersację ze swoim podopiecznym.
— Musisz uważać, zające są naprawdę silne i potrzeba kilku doskonale wyszkolonych wojowników, żeby je upolować! Dlatego idziemy taką grupką. Gdybyśmy poszli sami, istnieje ryzyko, że zając by nam zrobił więcej krzywdy, niż my jemu. Mógłby nas nawet na stałe oślepić — tłumaczyła śnieżnobiałemu młodzikowi, który chłonął każde jej słowo z ogromną uwagą, ale i lekkim przerażeniem, pewnie nigdy wcześniej o nich nie słyszał…
— Och, ojej! W takim razie musimy bardzo, bardzo uważać! — Księżycowa Łapa zrobił większe oczka, kiwając łebkiem. Ruda mistrzyni co jakiś czas odpływała myślami, prawie że zapominając, o czym przed chwilą rozmawiała. Ognikowa Słota nie skupiła się na tym jakoś szczególnie.
Dotarli do miejsca, w którym rzekomo było najwięcej zająców. Jeśli uda im się złapać przynajmniej jednego, to już będzie sukces – w końcu były one znane nie dość, że ze swojego nietypowego, wręcz niepokojącego wyglądu, to w dodatku wielkością mogły dorównać nawet kotu, więc nie było dziwne to, że zaatakowanie jednego mogło równać się nawet stałemu okaleczeniu wojownika, nawet takiego najbardziej, najlepiej wyszkolonego. Szylkretka gotowa była podjąć się ryzyka, a wszystko po to, żeby móc go skosztować. Króliki bardzo jej smakowały, więc ciekawa była, czy mięso ich większych przedstawicieli było smaczniejsze. Oczywiście, musiało być, w końcu, gdyby takie nie było, to by nikt na nie nie polował. Gdyby nikt ich nie łapał, to by wyjadły im całe łąki, nie zostawiając za sobą nawet najmniejszego skrawka zieleni! Mistrzyni otworzyła pysk, pozwalając zapachom owiać jej nozdrza. Postawiła uszy czujnie, nasłuchując i doszukując się dookoła nawet najcichszego chrupania pomiędzy źdźbłami trawy. Wreszcie jej nos natrafił na trop, a oczom ukazał się szarawy puch, który ostał się na ostrej gałęzi krzewu jeżyn. Musiał tędy przechodzić zając! Końcówką ogona wskazała poszlakę, a po paru uderzeniach serca dalszej wędrówki, udało jej się znaleźć ślady łap, charakterystyczny wzorek wyżłobiony w błocie. To, że Aksamitkowy Nos znalazła je przed nią, to był... szczegół! Bingo! Na horyzoncie zamajaczyła sylwetka, dokładnie ta, której szukali. Los się do nich dzisiaj uśmiechnął.
— Przygotujcie się. Zaraz na niego naskoczymy! — szepnęła z podekscytowaniem Słota, trzymając ogon nisko, wraz z brzuchem, którym wręcz szorowała po gruncie. Miała szczerą nadzieję, że nikt nie popsuje tego jakże wspaniałego dnia. Oby Jesionowej Łapie udało się wykazać, może zyska w oczach Wilczaczki. Może przestanie nosić miano tej zapchlonej. Towarzystwo miało świadomość ryzyka, więc Słota nie musiała się nadto produkować, więc to nawet lepiej. Podeszła żwawym krokiem do zająca, który skubał sobie trawę w najlepsze. Zwierzątko nagle stanęło na dwóch łapach, stawiając uszy czujnie. Nawigował nimi na wszystkie strony, a nos latał mu tak zabawnie, że brązowooka miała ochotę się szczerze uśmiechnąć. Ciekawe jak długo zajmie mu dostrzeżenie ich grupki?
O dziwo zajęło mu krócej, niż mogłaby zgadywać. Najprawdopodobniej było to spowodowane tym, że w ich szeregach stąpał Księżycowa Łapa. Jego śnieżnobiałe futerko źle wtapiało się w tło, szczególnie jeśli była Pora inna niż Nagich Drzew. Pręguska pokręciła głową ze zrezygnowaniem, gdy zając wydał z siebie głośny, ostrzegawczy dźwięk do własnych, uciekających właśnie towarzyszy i gdy już szykował się do ucieczki, w paru susach do niego dotarła, wczepiając się w jego bok niczym pijawka. Zając fuknął rozwścieczony, tupiąc i próbując dosięgnąć to pazurami, to ostrymi kłami boku Ognikowej Słoty. Kocica odskoczyła od niego, gdy prawie dosięgnął jej łapy. Gdyby się jej w nią wgryzł, to mógłby wyrządzić jej bardzo nieprzyjemne szkody! Księżycowa Łapa zamachnął się, jednak niestety nie trafił. Nie było czasu na tłumaczenie mu, dlaczego to był niezbyt rozsądny ruch. Może ruda mistrzyni zrobi to, gdy już wrócą albo gdy uda im się go powalić.
Zając trzepnął kończyną, niemal trafiając w drobnego Księżycową Łapę. Młodziak pisnął, zamykając ze strachem oczy. Kocimiętkowy Wir odsunęła go w porę, sama zadając zwierzęciu cios prosto w ślepie. Kłapouchy zaskwierczał donośnie, kopiąc, wydawałoby się, na oślep. Ognikowa Słota skoczyła w jego kierunku raz jeszcze i zadała parę zwinnych ciosów, robiąc ze dwie rany otwarte na jego barkach. Aksamitkowy Nos ustawiła się obok niej, wydając od siebie także parę szram. Posoka prysnęła czarnej szylkretce prosto w pysk, na szczęście unikając oczu. Słota wycofała się, gdy tuptająca łapa przeciwnika wyrwała kawałek czarnego futra z jej kity. Syknęła pod nosem, chcąc wymierzyć mu kolejny cios, jednak się wstrzymała, widząc, że Jesionowa Łapa uczepiła się jego grzbietu, tylnymi łapami drapiąc go po brzuchu. Srebrna szylkretka podnosiła się z ziemi. Biały puch sypał się z niego niczym pióra ze świeżo upolowanego grzywacza. Istota próbowała zrzucić ją z siebie, stając na dwóch długich kończynach i prostując kręgosłup. Kocimiętkowy Wir wykorzystała chwilę jego nieuwagi, tnąc go przednimi łapami w odsłonięty brzuch. Księżycowa Łapa podążył śladem swojej mentorki, kopiąc go zwinnie. Liliowa chyżym ruchem zanurkowała mu pod brzuchem, po czym uczepiła się gardła, z którego zaczęła cienkimi strużkami spływać krew. Zając padł na ziemię, otwierając oczy szeroko. Z płuc uszło mu całe powietrze, gdy Ognikowa Słota przygniotła go od boku, a Kocimiętkowy Wir wgryzła się w okolice pleców, szukając kręgosłupa. Jesionowa Łapa zaczęła szarpać, a na trawie pojawiało się z każdym uderzeniem serca coraz to więcej szkarłatu.
Pokonany, okrążony przez czwórkę kotów, wreszcie, zdawało się, poddał się, a w ostatnich konwulsjach zaczął trzepać łapami tak, jakby biegł po raz ostatni. Liliowa pręguska puściła go, gdy wreszcie zesztywniał. Ognikowa Słota podeszła do niego i chwyciwszy go za szyję, poczuła ogromny przypływ dumy. Za drugi kraniec chwyciła mistrzyni tuż obok, pomagając swojej koleżance w niesieniu zdobyczy.
— Udało nam się, naprawdę się udało! — zawołał podekscytowany Księżycowa Łapa. Poruszał śnieżnym ogonkiem na boki, ciesząc się z wygranej.
Brązowooka odwróciła łeb w kierunku Jesionowej Łapy. Pewnie, gdyby nie to, że tak szybko postanowiła go chwycić w celu zaniesienia go na stertę zwierzyny, to by sypnęła jej paroma miłymi słówkami, ponieważ to właśnie zielonooka zadała ostateczny cios, chociaż była to w pełni praca zespołowa.
— Musisz uważać, zające są naprawdę silne i potrzeba kilku doskonale wyszkolonych wojowników, żeby je upolować! Dlatego idziemy taką grupką. Gdybyśmy poszli sami, istnieje ryzyko, że zając by nam zrobił więcej krzywdy, niż my jemu. Mógłby nas nawet na stałe oślepić — tłumaczyła śnieżnobiałemu młodzikowi, który chłonął każde jej słowo z ogromną uwagą, ale i lekkim przerażeniem, pewnie nigdy wcześniej o nich nie słyszał…
— Och, ojej! W takim razie musimy bardzo, bardzo uważać! — Księżycowa Łapa zrobił większe oczka, kiwając łebkiem. Ruda mistrzyni co jakiś czas odpływała myślami, prawie że zapominając, o czym przed chwilą rozmawiała. Ognikowa Słota nie skupiła się na tym jakoś szczególnie.
Dotarli do miejsca, w którym rzekomo było najwięcej zająców. Jeśli uda im się złapać przynajmniej jednego, to już będzie sukces – w końcu były one znane nie dość, że ze swojego nietypowego, wręcz niepokojącego wyglądu, to w dodatku wielkością mogły dorównać nawet kotu, więc nie było dziwne to, że zaatakowanie jednego mogło równać się nawet stałemu okaleczeniu wojownika, nawet takiego najbardziej, najlepiej wyszkolonego. Szylkretka gotowa była podjąć się ryzyka, a wszystko po to, żeby móc go skosztować. Króliki bardzo jej smakowały, więc ciekawa była, czy mięso ich większych przedstawicieli było smaczniejsze. Oczywiście, musiało być, w końcu, gdyby takie nie było, to by nikt na nie nie polował. Gdyby nikt ich nie łapał, to by wyjadły im całe łąki, nie zostawiając za sobą nawet najmniejszego skrawka zieleni! Mistrzyni otworzyła pysk, pozwalając zapachom owiać jej nozdrza. Postawiła uszy czujnie, nasłuchując i doszukując się dookoła nawet najcichszego chrupania pomiędzy źdźbłami trawy. Wreszcie jej nos natrafił na trop, a oczom ukazał się szarawy puch, który ostał się na ostrej gałęzi krzewu jeżyn. Musiał tędy przechodzić zając! Końcówką ogona wskazała poszlakę, a po paru uderzeniach serca dalszej wędrówki, udało jej się znaleźć ślady łap, charakterystyczny wzorek wyżłobiony w błocie. To, że Aksamitkowy Nos znalazła je przed nią, to był... szczegół! Bingo! Na horyzoncie zamajaczyła sylwetka, dokładnie ta, której szukali. Los się do nich dzisiaj uśmiechnął.
— Przygotujcie się. Zaraz na niego naskoczymy! — szepnęła z podekscytowaniem Słota, trzymając ogon nisko, wraz z brzuchem, którym wręcz szorowała po gruncie. Miała szczerą nadzieję, że nikt nie popsuje tego jakże wspaniałego dnia. Oby Jesionowej Łapie udało się wykazać, może zyska w oczach Wilczaczki. Może przestanie nosić miano tej zapchlonej. Towarzystwo miało świadomość ryzyka, więc Słota nie musiała się nadto produkować, więc to nawet lepiej. Podeszła żwawym krokiem do zająca, który skubał sobie trawę w najlepsze. Zwierzątko nagle stanęło na dwóch łapach, stawiając uszy czujnie. Nawigował nimi na wszystkie strony, a nos latał mu tak zabawnie, że brązowooka miała ochotę się szczerze uśmiechnąć. Ciekawe jak długo zajmie mu dostrzeżenie ich grupki?
O dziwo zajęło mu krócej, niż mogłaby zgadywać. Najprawdopodobniej było to spowodowane tym, że w ich szeregach stąpał Księżycowa Łapa. Jego śnieżnobiałe futerko źle wtapiało się w tło, szczególnie jeśli była Pora inna niż Nagich Drzew. Pręguska pokręciła głową ze zrezygnowaniem, gdy zając wydał z siebie głośny, ostrzegawczy dźwięk do własnych, uciekających właśnie towarzyszy i gdy już szykował się do ucieczki, w paru susach do niego dotarła, wczepiając się w jego bok niczym pijawka. Zając fuknął rozwścieczony, tupiąc i próbując dosięgnąć to pazurami, to ostrymi kłami boku Ognikowej Słoty. Kocica odskoczyła od niego, gdy prawie dosięgnął jej łapy. Gdyby się jej w nią wgryzł, to mógłby wyrządzić jej bardzo nieprzyjemne szkody! Księżycowa Łapa zamachnął się, jednak niestety nie trafił. Nie było czasu na tłumaczenie mu, dlaczego to był niezbyt rozsądny ruch. Może ruda mistrzyni zrobi to, gdy już wrócą albo gdy uda im się go powalić.
Zając trzepnął kończyną, niemal trafiając w drobnego Księżycową Łapę. Młodziak pisnął, zamykając ze strachem oczy. Kocimiętkowy Wir odsunęła go w porę, sama zadając zwierzęciu cios prosto w ślepie. Kłapouchy zaskwierczał donośnie, kopiąc, wydawałoby się, na oślep. Ognikowa Słota skoczyła w jego kierunku raz jeszcze i zadała parę zwinnych ciosów, robiąc ze dwie rany otwarte na jego barkach. Aksamitkowy Nos ustawiła się obok niej, wydając od siebie także parę szram. Posoka prysnęła czarnej szylkretce prosto w pysk, na szczęście unikając oczu. Słota wycofała się, gdy tuptająca łapa przeciwnika wyrwała kawałek czarnego futra z jej kity. Syknęła pod nosem, chcąc wymierzyć mu kolejny cios, jednak się wstrzymała, widząc, że Jesionowa Łapa uczepiła się jego grzbietu, tylnymi łapami drapiąc go po brzuchu. Srebrna szylkretka podnosiła się z ziemi. Biały puch sypał się z niego niczym pióra ze świeżo upolowanego grzywacza. Istota próbowała zrzucić ją z siebie, stając na dwóch długich kończynach i prostując kręgosłup. Kocimiętkowy Wir wykorzystała chwilę jego nieuwagi, tnąc go przednimi łapami w odsłonięty brzuch. Księżycowa Łapa podążył śladem swojej mentorki, kopiąc go zwinnie. Liliowa chyżym ruchem zanurkowała mu pod brzuchem, po czym uczepiła się gardła, z którego zaczęła cienkimi strużkami spływać krew. Zając padł na ziemię, otwierając oczy szeroko. Z płuc uszło mu całe powietrze, gdy Ognikowa Słota przygniotła go od boku, a Kocimiętkowy Wir wgryzła się w okolice pleców, szukając kręgosłupa. Jesionowa Łapa zaczęła szarpać, a na trawie pojawiało się z każdym uderzeniem serca coraz to więcej szkarłatu.
Pokonany, okrążony przez czwórkę kotów, wreszcie, zdawało się, poddał się, a w ostatnich konwulsjach zaczął trzepać łapami tak, jakby biegł po raz ostatni. Liliowa pręguska puściła go, gdy wreszcie zesztywniał. Ognikowa Słota podeszła do niego i chwyciwszy go za szyję, poczuła ogromny przypływ dumy. Za drugi kraniec chwyciła mistrzyni tuż obok, pomagając swojej koleżance w niesieniu zdobyczy.
— Udało nam się, naprawdę się udało! — zawołał podekscytowany Księżycowa Łapa. Poruszał śnieżnym ogonkiem na boki, ciesząc się z wygranej.
Brązowooka odwróciła łeb w kierunku Jesionowej Łapy. Pewnie, gdyby nie to, że tak szybko postanowiła go chwycić w celu zaniesienia go na stertę zwierzyny, to by sypnęła jej paroma miłymi słówkami, ponieważ to właśnie zielonooka zadała ostateczny cios, chociaż była to w pełni praca zespołowa.
<Jesionowa Łapo, może za niedługo pozbędziesz się pcheł!>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz