— …na trzy. Gotowy? — spytał Kurka.
Oboje staliśmy na gałęzi drzewa, gotowi do startu. Jakiś czas temu obaj wpadliśmy na genialną i jeszcze bardziej ekscytującą (to jest – jeszcze mniej odpowiedzialną i bardziej śmiertelną) formę treningu. A były to to mianowicie wyścigi. Po gałęziach drzew. Świetna zabawa, ale dopiero po chwili, gdy zapominało się o zdrowym rozsądku i chęć rywalizacji tłumiła strach przed nagłą śmiercią. Nie wydaje mi się, żeby na kociaka obcowanie ze śmiercią i ryzykowanie życiem od niemal urodzenia wpływało dobrze w jakikolwiek sposób, ale…nie żebym narzekał…
— Mhm. Gotowy. Jestem — odparłem, przedłużając moje zdanie o dwa dodatkowe słowa.
— Dobrze. Raz… dwaaa…
Trzy nie padło. Wiedziałem, że nie padnie od razu. Już dwa razy mój ulubiony mentor mnie tak wkręcił, przez co wylądowałem w kępie paproci pod drzewem… Ale nie tym razem. Nie, nie.
— Trzy!
Wystartowałem, przeskakując na gałąź najbliższego drzewa, następnie przebiegłem po niej do samego czubka, wyskoczyłem i wbiłem się w pień młodej brzozy moimi pazurami (już nie pazurkami, gdyż z dumą mogę oświadczyć, że nieco urosły). Tak przesadzałem kolejno gałąź za gałęzią, nie spoglądając na Kurkę, ani na chwilę nie tracąc skupienia. Zdążyłem już się przekonać, że podczas wyścigu rozproszenie kończy się upadkiem w paprocie. To też zdarzyło się co najmniej raz…
Wziąłem głęboki wdech.
W końcu zobaczyłem mój cel. Sporych rozmiarów dąb o pokaźnym, grubym pniu. Miejsce docelowe końca wyścigu. Rozpędziłem się jak tylko mogłem na ostatniej gałęzi, wystrzeliłem w górę i…
Bach.
Wbiłem się pazurami w pień. To tyle.
Huh. Dziwne. Wyjątkowo nie przydarzył mi się żaden niefortunny i bolesny wypadek… Nie uderzyłem głową w pień. Nie potknąłem się. Nie złamałem łapki. Nie oślepłem. Ziemia się nie rozstąpiła. Coś jest nie tak. Nie podoba mi się to. Chociaż z drugiej strony…
— No, no, osiągasz coraz lepsze wyniki, Borowiku! — stwierdził kocur z uśmiechem. — Jesteś już naprawdę szybki! Jeszcze kilka księżyców i nie będę mógł cię dogonić!
Siedział on na gałęzi kawałek nade mną. Musiał tu przybiec dosłownie jeden czy dwa skoki przede mną. W końcu ma dłuższe łapy niż ja moje łapki…
Wdrapałem się na gałąź obok niego i usiadłem ciężko, aż liście zadygotały.
— Oh. No tak. Tak myślę… również… w sensie, że…nieźle idzie mi. — Wyprostowałem się dumnie. Wtedy jednak coś strzyknęło mi w kręgosłupie i się zachwiałem. Na szczęście w porę odzyskałem równowagę.
Nastroszyło mi się futerko. Skrzywiłem się. Zasyczałem z dezaprobatą. Otarłem główkę o mój bark, by choć trochę futerko wyprostować…
Kurka się zaśmiał. Nie wiem, czemu zawsze się śmieje i uśmiecha i ma wyraz pyska, jakby życie non stop opowiadało mu wyjątkowo zabawne żarty… Ja tak samo jak on mam w miarę szczęśliwe życie, ale przecież nie uśmiecham się prawie wcale. Może stare koty tak mają po prostu… W końcu, ile Kurka może mieć księżyców? Trzysta…?
…rozpoznaję tropy zwierząt, znam je już wszystkie i potrafię bezbłędnie odwzorować…
— Lis.
— Nie.
— Zając.
— Nie.
— Bóbr.
— Nie-e.
— No to co?
— Lis.
— No przecież od razu mówiłem — oburzyłem się, tupiąc łapkami o ziemię.
Staliśmy naprzeciwko siebie, pod drzewem, pochyleni nad serią lisich śladów niczym nad miejscem zbrodni.
— Ahh, faktycznie — powiedział Kurka, mrużąc lekko oczy jakby z głębokim zdziwieniem, że mógł się tak pomylić.
— No to co mówisz, że nie, skoro tak. Ja mówię, że tak. Czemu mówisz, że nie? Przecież widzisz! — Ponownie tupnąłem łapkami. Strasznie nie lubię, jak mam rację, a ktoś mówi, że nie mam. Bo jak mam to mam. A jak nie mam, to wiem, chyba że nie mam!
Jak jeszcze raz nastroszy mi się futerko, to ogolę się na łyso.
— Bo przy każdym poprzednim tropie też strzelałeś za pierwszym razem, że to lis. A ani razu nie widzieliśmy dziś wcześniej lisa!
— Aha. – Skrzywiłem się lekko. Moje brwi opadły lekko na boki, irytacja trochę zniknęła. Nie żeby nie była to prawda. Bo była. — Ale słuchaj. Słuchaj. To nie jest…um…to nie przypadek. Słuchaj. Statystycznie wychodziło mi, że za którymś razem to musi być trop lisa. Bo tropy lisa są tu częste. I miałem rację.
Kurka otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. Westchnął.
— Naprawdę? Nie mogłeś po prostu…? — Pokręcił głową. — Ale po co? Przecież ty pamiętałeś wszystkie ślady jeszcze wczoraj!
— No i pamiętam. Nieustannie. Co mam nie pamiętać… Ale chciałem sprawdzić… uh… moją teorię. Czy serio są tak częste, że za którymś razem muszą się pojawić… I się sprawdziła. Jej.
Tropy lisa miały kształt dość ciekawy. Jeden z bardziej charakterystycznych spośród wszystkich zwierząt leśnych posiadających łapy. Przypominały one nieco skrzyżowanie odcisku łapy kota z racicą jakiegoś większego stworzenia. Był bardziej podłużny niż koci czy psi, jednocześnie zostawiając wyraźne odciski pazurów. Są one również nieco drobniejsze niż powyższe…
— Ale i tak mogłeś je nazywać! Nic by to…nic by to nie zmieniło! – powiedział, zdezorientowany.
No dobra. Może nie miało to zbytniego sensu, ale…
— Lis nie lis. Chodzi o wyższą ideę. Wyższą niż ja, ty czy cały świat.
No dobra. Teraz po prostu wymyślam. Bo wiem, że jestem na przegranej pozycji.
— Ughh… — Mentor westchnął z niedowierzaniem, przewrócił oczami.
Od jakiegoś czasu zaczął on wzdychać w sposób podobny do mnie. Nie wiem, czy to znaczy, że mam na niego dobry czy zły wpływ. Ale skoro nie przestaje się uśmiechać, to chyba dobry…
…ale największe postępy to poczyniłem w walce. Naprawdę. Z tego akurat jestem szczerze dumny. Dużo ćwiczyłem. Oj, dużo…
Odkryłem największy sekret pojedynków.
Jestem mały i słaby. Niepozorny, ale to akurat faktycznie taki jestem, nie że mam jakąś tajną magiczną moc czy umiejętność, można mnie zlekceważyć i zupełnie nic to nie zmieni w wyniku walki… Potrzebuję siły. Siły, która dorówna mojej niewiarygodnej wręcz sile umysłu. Mięśni. Czystej masy. Podczas ćwiczeń stopniowo ją zdobywam, ale jest to niezwykle czasochłonne. Nie starczyłoby treningu, żebym nabrał jej tyle, by stała się moim głównym atutem. Dlatego też…muszę być szybki. A przede wszystkim…muszę dezorientować. Walka stała się o wiele ciekawsza, gdy z ziemi przeniosła się na drzewa. I została połączona z kamuflażem…
Siedziałem cicho, skulony w koronie wysokiego dębu. Wyczekiwałem. Nasłuchiwałem.
Była to kolejna aktywność, która pojawiła się dopiero, gdy przenieśliśmy trening na drzewa i która uczyniła go jeszcze bardziej fascynującym. I…zwiększała ryzyko śmiertelności, tradycyjnie.
Polegała ona na tym, że miałem się zakamuflować i ukryć się na drzewie. Za każdym razem kamuflaż i miejsce musiały być inne. Raz oklejałem się zielonymi liśćmi, innym razem kępami trawy, innym razem mchem czy korą. Dzisiejsza kreacja składała się z błota z pobliskiej kałuży i lekko spleśniałych liści w odcieniach ciemnego brązu. Idealnie, by schować się w wyższych partiach drzewa, gdzie gałęzie są gęstsze, jednakże w tych niższych sprawdziłby się równie skutecznie.
Mój mentor miał za zadanie znaleźć mnie w jak najkrótszym czasie. Jeśli nie znalazł mnie do obiadu, to…nie jadłem obiadu. Dobry zwiadowca nie wychodzi z kryjówki, choćby się waliło i paliło naokoło – jeśli nie został zauważony. Aczkolwiek…czasem miałem wrażenie, że gdy ja traciłem obiad, siedząc w ukryciu, on spokojnie szedł sobie go zjeść i wracał…jednakże nie mam na to żadnych dowodów, jedynie przeczucie. Ale dobra. Gdy ostatecznie zostałbym znaleziony – co jak na razie zdarzało się za każdym razem – mogłem jeszcze wygrać tę grę, zrzucając z drzewa Kurkę…
Usłyszałem szelest.
Bach.
Kocur skoczył na mnie bez ostrzeżenia. Ostatnimi czasy już w ogóle nie ostrzegał przed atakiem. Moje umiejętności były na tyle rozwinięte, że po upadku z drzewa miałem jakoś szansę na przeżycie.
Wybrałem przypadkowy ruch z tych najlepiej przeze mnie opanowanych.
Przewrót w bok. Skok na gałąź. Przewrót w przód. Przewrót w przód. Stop.
Kurka skoczył ponownie, celując prosto we mnie.
Skok w bok. Wczepiłem się pazurami w pień, a następnie dostałem się na wyżej położoną gałąź.
Miałem teraz lepszą pozycję.
Ale nie. Przez jednak znaczącą różnicę w wadze i sile nie dawało mi to zbyt wiele. Postanowiłem więc…zniknąć. Wycofałem się i zacząłem wspinać na gałęzie poza polem widzenia mentora. Od razu ruszył on za mną, ale ja miałem plan. Niby go nie widząc, zeskoczyłem kilka poziomów w dół. Kurka wykorzystał sytuację, odbił się od gałęzi i z zawrotną prędkością leciał prosto na mnie! A ja…miast poddać się i zeskoczyć honorowo w dół czy zrobić logiczny unik w bok…wybiłem się do góry. Celując prosto w kocura. Przyczepiłem się do jego futra.
Moje pazury, dzięki ich zakrzywionemu kształtowi, świetnie nadawały się do uczepiania się futra innych kotów. Z drugiej strony, non stop czepiały się ich liście, bliżej nieokreślone puszki i pajęczyny, przez co często wyglądało, jakbym miał gigantyczne łapki.
Kurka odleciał kawałek w bok, strącony z pionowej trajektorii lotu, ale oczywiście z wprawą uczepił się pnia pazurami i lekko zsunął się po nim na ziemię. Z moim ciężarem na sobie – choć malutkim – nie byłby w stanie wskoczyć na żadną gałąź.
Puściłem go i upadłem na plecy. Wyturlałem się spod niego. Odturlałem się w bok. Turluturlu. Kawałek dalej nawet. Bo fajnie się turla. No i czuję, że gdybym wstał, to bym chyba zwrócił Wszechmatce moje dzisiejsze śniadanie w innej formie niż zazwyczaj.
Walka skończona.
To było jedno z nielicznych starć, które faktycznie…wygrałem. No. Prawie. Bo teoretycznie ja też spadłem z drzewa, tyle że zrzuciłem się sam. Więc w sumie nie zostałem pokonany w żaden sposób.
Kurka już zaczął rozpracowywać moją strategię (a raczej jej brak), dlatego dla niego pojedynki takie były o wiele łatwiejsze. No i…przepaść w naszym doświadczeniu bitewnym też była widoczna. Ciekawi mnie niezmiernie, jak zareagowałby jakikolwiek inny kot na takiego przeciwnika…aczkolwiek wolałbym nigdy nie musieć tego sprawdzać.
Oddychałem spokojnie. Kurka już zdążył nauczyć mnie, że w walce jednym z najważniejszych elementów jest oddech. Jak się nie oddycha, to się umiera. Traci się widoczność. Skupienie. Energię. Dlatego po żmudnym treningu jestem już w stanie w miarę się kontrolować. Mogę się skupić na turluturlu. To znaczy…zaawansowanych technikach unikania ataku.
— Dobrze, Borowiku. To była dobra walka — pochwalił mnie kocur, otrzepując się z resztek kory i ściółki. W moim przypadku otrzepywanie nie miało sensu. Błoto na moim futerku już całkiem zaschło.
— Dobra? Nie wiem, czy dobra. Sam siebie pokonałem. Skacząc z drzewa. Ale…nie była zła, pomijając fakt, że pierwsza część, w szczególności szybkość reakcji, pozostawiają duże pole do…
— Była dobra — odparł Kurka, bardziej stanowczo, nie pozostawiając miejsca na dyskusję.
Hm. Kurka mówi, że walka dobra. Więc pewnie tak jest. Nie można się kłócić z mentorem. Bo najczęściej ma rację. Tak myślę. A zwłaszcza mój mentor. On ma rację nawet wtedy, gdy nie ma racji…
<1745 słów>
[Rozpoznawanie tropów lisa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz