Rodzicielska duma. Coś, czego pragnie większość kociąt posiadających (lub nie) rodziców i do czego lgnie przy każdej możliwej okazji. W końcu kto nie chciałby zaznać tego spojrzenia skierowanego od kogoś, komu ufasz, kogo kochasz (chyba) i od kogo oczekujesz uznania? Zawsze przecież dobrze jest się czymś pochwalić i zaimponować, nawet, jeśli nie do końca wyjdzie. Przecież wtedy się starałeś! Tak? Tak powinno być, słodkie słowo powinno wylądować na główce kociaka gdy ten się postara, nie ważne, czy w sałatce którą zrobił znajdują się losowe warzywa z lodówki, pokrojone w niezbyt zgrabną kostkę, którą można by posądzić o pokrewieństwo z Quasimodo, a pomiędzy podartą sałatą pływa kawałek twojego uciętego podczas procesu przygotowawczego palca. Nie ważne, że garnek się spalił, łazienka została zalana, a ściany pomalowane kredkami, w końcu to twórcze wyrażenie! Prawda? ... Prawda? No więc czemu mama teraz chodzi cała wściekła, Pan Zastępca patrzy na niego z nieukrywanym załamaniem kryjącym się za groźnymi oczami, a dwójka kronikarzy załamuje sobie głowy? Przecież chciał dobrze. Po prostu wyszło jak zwykle.
Ale zacznijmy od początku, bo straciliśmy fundamenty tego wydarzenia gdzieś po drodze. Wyjaśnijmy sobie na razie jedno; pomimo swoich ubytków tam i ówdzie, Bursztynek to całkiem normalny kociak. Znaczy, czuje emocje tak jak inni, wygląda mniej więcej tak jak inni, ma cztery łapy, ogon, uszy i oczywiście również potrzebuje uznania rodzica. O uznanie Dzwonka nie miał co się martwić, bo ojciec raz za razem pokazywał mu bezokazjonalnie, że bardzo mu na nim zależy. Podobnie było z babcią czy siostrą. Inaczej niestety sprawa wyglądała z Pożar. Kotka była często oschła, zdystansowana i porównywała go do "prawdziwych" wojowników. Nie przeszkadzało mu to z początku, ale po czasie zaczynał dostrzegać pewne różnice między tym, jak traktowała go mama a jak traktowały swoje kociaki inne mamy. Znaczy, ekhm, ,,kociaki" to trochę mało wyrośnięte w niektórych wypadkach słowo. Mimo wszystko, zaczął się zastanawiać i główkować. No bo, kto to tak naprawdę był? Ten prawdziwy wojownik, o którym tyle słyszał? Na pewno nie żuł maminych uszu, nie przegrywał walk, był silny, rudy i nie miał kataru. Pociągnął obficie nosem. Taaak, to zdecydowanie chodziło o jego zachowanie, budowę, styl bycia, może powinien już zacząć się uczyć punktów z kodeksu wojownika... chociaż? Nieee, to NA PEWNO nie to. Co by to mogło być? Hm hm... AHA! To na pewno chodzi o tą łapę na ścianie! Tak, zdecydowanie o to chodzi, w końcu musiał tylko odbić łapę na tym wielkim kamieniu i wtedy będzie wojownikiem! Tak to działało, nie? Więc po co to szkolenie? Przecież mógł być wspaniały już teraz, wystarczyło, że zrobi pięknego printa swojej kończyny i świat stanie się piękniejszy i dostanie tyle pochwał, że do końca życia mu starczy. Co mogłoby pójść nie tak?
Poczekał na odpowiedni moment, gdy tylko ktoś postanowi spuścić go z oczu, by wymknąć się z przeznaczonego dla kociąt kącika, powoli wcielając w życie swój plan i chyba każdy byłby w szoku gdyby zobaczył, jak skrupulatnie się do niego Bursztyn przygotował. Wiedział, kiedy który kronikarz wychodzi z groty, po co, kiedy kto zazwyczaj wchodzi, kiedy wychodzą po jedzenie czy po to, by rozprostować łapy. Lotosowy Pąk zazwyczaj był w grocie cały dzień, wychodząc jedynie wieczorami i rankami (jak przystało na dziwaka), więc to o niego się najbardziej martwił. Chociaż ,,martwił" to akurat złe słowo. Bardziej: zwracał uwagę. W końcu to największy przeciwnik! I tak się akurat złożyło... że mały demon dostał chwilę dla siebie. Nie było już nikogo, kto by dał radę zająć młody umysł czymś innym i rudzielec podszedł od razu do ściany pamięci, patrząc w górę na odciśnięte ślady. I o to się tyle rozchodzi? O odcisk? Zerknął to na prawo, to na lewo, szukając odpowiedniego barwnika, ale nic nie znalazł. Wzruszył więc barkami. Przecież błoto to błoto, nie ważne, w jakim kolorze! Zaraz dopadł więc do jakiejś luźniejszej ziemi, luzując ją dodatkowo pazurami i plując na wierzch, by później wymieszać wszystko ładnie łapą do uzyskania nieprzyjemnej, ciemnej papki. A potem... cóż. Kilka maźnięć i nie tylko odbił swoją łapę, o nie. Zrobił z niej OGROMNĄ łapę. Namalował, a co! Teraz będzie największą łapą, na jaką będą patrzeć młode pokolenia, zastanawiające się, co to za olbrzym i wspaniały wojownik żył przed nimi. Nie mógł sobie jednak pozwolić, na odciśnięcie jakoś nisko (bo wyżej nie dostawał) więc oczywiście przedtem wlazł po skałkach na wysokość, która każdą matkę wprawiłaby w zawroty głowy, by tam w niezbyt bezpiecznej pozycji zacząć mazać. A gdy skończył i zobaczył swoje dzieło uznał, że czegoś jeszcze brakuje... tylko czego? Zielone ślepia spoczęły niebezpiecznie na białych, ślicznych, pawich piórach...
- Popatrz! Jestem wielkim wojownikiem, tam nawet jest moja łapa, widzisz? - z iskierkami w oczach wskazał na swój malunek, na który kotka pobieżnie rzuciła okiem, zanim znów zerknęła na niego. W żaden sposób nie zmienionego, wciąż głupiutkiego, z wielkim gilem powoli spływającym z nosa, którego zaraz miał w paskudny sposób wytrzeć w swoją łapę. Na próżno mu było szukać w jej spojrzeniu pochwały czy nagrody.
- Coś ty najlepszego zrobił? - Zawodzące Echo w końcu odzyskał swój głos, patrząc tępo na pomazaną ścianę.
- Żeby być wojownikiem, trzeba odbić swoją łapę na ścianie, prawda? - wciąż próbował, chociaż zapał powoli z niego ulatywał - Więc jest! I to wielka! Widzisz mamo? Sam ją zrobiłem! Wspiąłem się oooo tam wysoko! Prawda, że wysoko? I się tam wdrapałem! - cisza odbiła się echem od ścian groty, powodując nagły ciężar w żołądku malca, nim z pyska kotki wydobyły się kolejne słowa.
- Czemu taki jesteś?
jeju jakie wypociny... potrzebuję wakacji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz