— J-ja? Nigdzie… — odparł, wyraźnie zbity z tropu pytaniem Mistral.
Białofutra zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem, ale niczego nie powiedziała.
Wszystko wskazywało na to, że rudofutry uzdrowiciel sam odebrał sobie życie. Jego zakrwawiona łapa, resztki trujących ziół. Tylko dlaczego to zrobił? Wiciokrzew nie był z nim na tyle blisko, by rozumieć i znać wszystkie jego rozterki, ale raczej nie spodziewał się, że starszy w końcu nie wytrzyma i odejdzie z tego świata. Teraz przynajmniej był w czułych objęciach Wszechmatki i nie musiał już odczuwać tego paraliżującego bólu istnienia… Może liliowy sam powinien już dawno postąpić tak samo, jak jego wspólnik? Przecież już nieraz próbował, a jednak za każdym razem mu się nie udawało. Dlaczego to on miał takie “szczęście”? Dlaczego Wszechmatka pozwoliła Porankowi odejść, a jego samego trzymała w cierpieniu na ziemi? Może on też chciał już wreszcie odpocząć od tego wszystkiego, co dzieje się wokół? Tak bardzo nie chciał zmagać się z myślami o Osetku, Ziemniaku, Rokitniku… To było za dużo jak na jego głowę. Nie mógł pojąć, dlaczego z winy swojego byłego mentora musiał umrzeć jego przybrany syn, którego tak bardzo kochał. Frustrował go też fakt, że z winy Rokitnika aż dwójka kotów umarła — w końcu Ziemniak udał się na walkę z bobrami, w pewnym sensie za karę i przypłacił życiem za swoje czyny, do których został zmuszony przez starszego kocura. To wszystko wydawało się takie… niesprawiedliwe w oczach Wiciokrzewu, choć większość raczej uważała, że czekoladowemu należał się los, który go spotkał.
Na domiar złego teraz spadł na jego barki trening Gołąbka. Zielonooki w jednej chwili musiał zajmować się aż dwoma uczniami, mimo że nie potrafił zająć się nawet samym sobą. Na szczęście Mistral teraz więcej czasu spędzała z Purchawką, ale mimo wszystko Wiciokrzew wciąż był jej mentorem i dobrze by było, gdyby chociaż czasem spróbował przekazać jej cząstkę swojej wiedzy. Choć może lepiej byłoby, gdyby zostawił białofutrą w spokoju? Miał takie dziwne przeczucie, że córka nie za bardzo za nim przepada… Sam nawet nie wiedział czemu, ale nawet nie był tym specjalnie zdziwiony. Sam nie uważał się za kota nadzwyczaj lubianego. Wydawało mu się, że w oczach innych był raczej niezwykle irytujący. Wiecznie się jąkał, niczego nie był pewien i ogólnie był strasznie słaby. I fizycznie, i zresztą psychicznie. Bardziej się nadawał do izolatki niż na uzdrowiciela!
Na zewnątrz zachodziło już słońce, robiło się coraz później. Wiciokrzew leżał teraz na swoim posłaniu, zastanawiając się nad wydarzeniami sprzed ostatnich kilku dni. Przynajmniej do tego czasu — teraz westchnął przeciągle i przymrużył oczy, chcąc już wreszcie zasnąć. Myślenie często męczyło go nawet bardziej niż długie spacery! Oczywiście nie chodziło o samo myślenie, lecz raczej analizowanie wszystkich złych rzeczy, jakie przytrafiły mu się w przeszłości. Dlaczego potrafił myśleć o nich tak często, a mimo wszystko nie wyciągać z nich wniosków? Gdyby uczenie się na błędach działało, Wiciokrzew byłby teraz zdecydowanie nieomylny, a jednak… do tego było mu daleko. Co takiego robił źle, by wciąż żyć w takim smutku? No, teraz to i tak już nieważne, bo liliowy właśnie usypiał, a myśli w jego głowie stopniowo się wyciszały.
Nim otworzył oczy, do jego nozdrzy falą dotarł gryzący zapach krwi. Wiciokrzewowi aż zakręciło się od niego w głowie, lecz mimo wszystko nie otworzył ślepi. Jego powieki były ciężkie niczym kamienie, więc ciężko było cokolwiek z nimi zrobić.
Po chwili słuch liliowego zaczął się jakby rozbudzać. W głowie uzdrowiciela nagle rozbrzmiały liczne krzyki i wrzaski, przez które włos jeżył się na karku. Z tego gwaru wybił się jednak jeden, konkretny głos. Znajomy.
— Wiciokrzewie! — wrzasnął Ziemniak.
Uzdrowiciel otworzył gwałtownie oczy, a wtedy przed sobą ujrzał potworną rzeź. Wszędzie latały krople krwi i strzępki futer. Owocniacy walczyli z bobrami, a w powietrzu unosił się kurz. Zielonooki rozejrzał się wokół, aż nagle jego uwagę przykuła wyprostowana, siedząca postać z wypiętą piersią i złośliwym uśmiechem. Czekoladowy wojownik znajdował się na środku całej tej bitwy, a mimo wszystko wszystkie kły i pazury omijały go, jakby sama Wszechmatka broniła go własnym ciałem.
Po chwili Ziemniak podniósł się z miejsca i zaczął powolnym krokiem iść w stronę uzdrowiciela. Wszyscy pochłonięci walką odsuwali się na jego widok, pozwalając mu bezpiecznie przejść do starszego. Kocur spiął się cały i zrobił chwiejny krok w tył, panicznie chcąc wydostać się z pola bitwy i uciec od Ziemniaka, którego zachowanie wprawiało go w dyskomfort.
Wiciokrzew zamknął na moment ślepia, a gdy je otworzył, znajdował się w zupełnie innym miejscu. Stał właśnie na Drodze Grzmotu, a po walce ani Ziemniaku nie było śladu. Do czasu…
— Teraz jesteśmy kwita, prawda? — odezwał się nagle czekoladowy.
Uzdrowiciel odwrócił się, by ujrzeć przed sobą wojownika. Co oni tu robili? Co się właśnie działo? To wszystko działo się naprawdę, a może było tylko snem?
To musiał być sen. Musiał. Ale… co, jeśli nim nie był?
— C-co? — odezwał się liliowy, zdumiony i niezwykle zakłopotany.
— Ja zabiłem ci syna, a ty… zabiłeś mnie. Więc rachunki zostały wyrównane, tak? — wyjaśnił wojownik, wciąż uśmiechając się niepokojąco w stronę zielonookiego.
— N-nie… Nie za-zabiłem cię! — odparł, choć jego głos załamał się z niepewności. Czy naprawdę nie przyczynił się do śmierci Ziemniaka? Teraz sam już nie był pewien…
— Och, czyżby? W takim razie, dlaczego już nie widujesz mnie w obozie? — syknął czekoladowy, zadzierając brodę.
— To b-bobry cię za-zabiły! — mruknął liliowy, marszcząc nos. — Nie zwa-zwalaj tego na mnie!
W uszach uzdrowiciela nagle poniósł się śmiech wojownika.
— Bobry, tak? To dziwne, że nazywasz się bobrem. Nie pamiętasz już, jak twoje kły rozdzierały moją delikatną skórę? Nie pamiętasz, jak szkarłat plamił twoje futro? Doprawdy zabawne — mówił żółtooki, smagając powietrze ogonem.
Wiciokrzew na moment wstrzymał oddech. Nie pamiętał niczego z tego, co mówił Ziemniak, ale co, jeśli kocur miał rację… Co, jeśli liliowy naprawdę pozbawił go życia?
Gdy się obudził, po Ziemniaku nie było już śladu. W głowie uzdrowiciela zostały tylko jego słowa, a poza nimi dziwny ścisk w klatce piersiowej.
— To ty-tylko głupi s-sen — wymamrotał pod nosem, biorąc w płuca głęboki wdech.
Po chwili rozejrzał się wokół i dostrzegł Purchawkę, która wmasowywała ziołową papkę w skórę Kasztanki. Był dopiero wczesny ranek, a lecznica już pękała w szwach!
Gdy tylko młodsza, rudofutra kotka opuściła legowisko, szamanka zwróciła głowę w stronę Wiciokrzewu.
— Mówiłeś coś? — zapytała, na co uzdrowiciel pokręcił głową. — To chyba coś mi się przesłyszało. Ale, hej! Skoro już wstałeś, to przejdziesz się może do legowiska starszyzny? Słyszałam, że Lis od samego świtu wymiotuje… — dodała, wzdychając ciężko.
Zielonooki skinął głową, nie zastanawiając się dwa razy. Tak bardzo nie chciało mu się dziś wstawać, ale nie miał innej opcji… Wywlókł się ze swojego posłania i chwycił ze składziku kilka ziół przeciwwymiotnych. Potem zrobił krok w tył, lecz wtedy zamarł, jakby nagle coś zupełnie pochłonęło jego myśli. Stał w bezruchu przez jakiś czas, dopóki do lecznicy nie zawitał jakiś kot.
Wtedy dopiero drgnął i spojrzał w jego kierunku.
W progu stała Mistral, obserwując swojego ojca. Wiciokrzew zastanawiał się, czy powinien się z nią przywitać, lecz z ziołami w pysku raczej ciężko było coś powiedzieć. Mruknął jedynie coś niezrozumiałego pod nosem i wyminął córkę, kierując się w stronę legowiska starszych.
Gdy szedł, poniosły się za nim kroki. Czyżby niebieskooka podążała za nim? Mimo to nie odwrócił głowy i spokojnie zawitał u starszych. Jego wzrok od razu skupił się na rudym kocurze, który chwiejnie siedział na swoim posłaniu, nie wyglądając najlepiej. Wydawał się taki blady, a jego oczy były nieobecne.
Wiciokrzew szybko do niego podszedł, na co Lis z trudem zwrócił pysk w jego kierunku.
Liliowy podał mu zioła przeciwwymiotne i szybko wycofał się z legowiska starszych, chcąc wrócić na swoje posłanie i znowu pogrążyć się w myślach. Jak się jednak okazało, Wszechmatka miała wobec niego inne plany, gdyż zamiast wrócić do lecznicy, Wiciokrzew przypadkowo wpadł na swoją córkę. Ciekawe, czy tym razem też kręciła się wokół niego tylko po to, by go skrytykować...
Wyleczeni: Kasztanka, Lis
Białofutra zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem, ale niczego nie powiedziała.
* * *
Po śmierci Poranka
Wszystko wskazywało na to, że rudofutry uzdrowiciel sam odebrał sobie życie. Jego zakrwawiona łapa, resztki trujących ziół. Tylko dlaczego to zrobił? Wiciokrzew nie był z nim na tyle blisko, by rozumieć i znać wszystkie jego rozterki, ale raczej nie spodziewał się, że starszy w końcu nie wytrzyma i odejdzie z tego świata. Teraz przynajmniej był w czułych objęciach Wszechmatki i nie musiał już odczuwać tego paraliżującego bólu istnienia… Może liliowy sam powinien już dawno postąpić tak samo, jak jego wspólnik? Przecież już nieraz próbował, a jednak za każdym razem mu się nie udawało. Dlaczego to on miał takie “szczęście”? Dlaczego Wszechmatka pozwoliła Porankowi odejść, a jego samego trzymała w cierpieniu na ziemi? Może on też chciał już wreszcie odpocząć od tego wszystkiego, co dzieje się wokół? Tak bardzo nie chciał zmagać się z myślami o Osetku, Ziemniaku, Rokitniku… To było za dużo jak na jego głowę. Nie mógł pojąć, dlaczego z winy swojego byłego mentora musiał umrzeć jego przybrany syn, którego tak bardzo kochał. Frustrował go też fakt, że z winy Rokitnika aż dwójka kotów umarła — w końcu Ziemniak udał się na walkę z bobrami, w pewnym sensie za karę i przypłacił życiem za swoje czyny, do których został zmuszony przez starszego kocura. To wszystko wydawało się takie… niesprawiedliwe w oczach Wiciokrzewu, choć większość raczej uważała, że czekoladowemu należał się los, który go spotkał.
Na domiar złego teraz spadł na jego barki trening Gołąbka. Zielonooki w jednej chwili musiał zajmować się aż dwoma uczniami, mimo że nie potrafił zająć się nawet samym sobą. Na szczęście Mistral teraz więcej czasu spędzała z Purchawką, ale mimo wszystko Wiciokrzew wciąż był jej mentorem i dobrze by było, gdyby chociaż czasem spróbował przekazać jej cząstkę swojej wiedzy. Choć może lepiej byłoby, gdyby zostawił białofutrą w spokoju? Miał takie dziwne przeczucie, że córka nie za bardzo za nim przepada… Sam nawet nie wiedział czemu, ale nawet nie był tym specjalnie zdziwiony. Sam nie uważał się za kota nadzwyczaj lubianego. Wydawało mu się, że w oczach innych był raczej niezwykle irytujący. Wiecznie się jąkał, niczego nie był pewien i ogólnie był strasznie słaby. I fizycznie, i zresztą psychicznie. Bardziej się nadawał do izolatki niż na uzdrowiciela!
Na zewnątrz zachodziło już słońce, robiło się coraz później. Wiciokrzew leżał teraz na swoim posłaniu, zastanawiając się nad wydarzeniami sprzed ostatnich kilku dni. Przynajmniej do tego czasu — teraz westchnął przeciągle i przymrużył oczy, chcąc już wreszcie zasnąć. Myślenie często męczyło go nawet bardziej niż długie spacery! Oczywiście nie chodziło o samo myślenie, lecz raczej analizowanie wszystkich złych rzeczy, jakie przytrafiły mu się w przeszłości. Dlaczego potrafił myśleć o nich tak często, a mimo wszystko nie wyciągać z nich wniosków? Gdyby uczenie się na błędach działało, Wiciokrzew byłby teraz zdecydowanie nieomylny, a jednak… do tego było mu daleko. Co takiego robił źle, by wciąż żyć w takim smutku? No, teraz to i tak już nieważne, bo liliowy właśnie usypiał, a myśli w jego głowie stopniowo się wyciszały.
ᶻ 𝗓 𐰁
Po chwili słuch liliowego zaczął się jakby rozbudzać. W głowie uzdrowiciela nagle rozbrzmiały liczne krzyki i wrzaski, przez które włos jeżył się na karku. Z tego gwaru wybił się jednak jeden, konkretny głos. Znajomy.
— Wiciokrzewie! — wrzasnął Ziemniak.
Uzdrowiciel otworzył gwałtownie oczy, a wtedy przed sobą ujrzał potworną rzeź. Wszędzie latały krople krwi i strzępki futer. Owocniacy walczyli z bobrami, a w powietrzu unosił się kurz. Zielonooki rozejrzał się wokół, aż nagle jego uwagę przykuła wyprostowana, siedząca postać z wypiętą piersią i złośliwym uśmiechem. Czekoladowy wojownik znajdował się na środku całej tej bitwy, a mimo wszystko wszystkie kły i pazury omijały go, jakby sama Wszechmatka broniła go własnym ciałem.
Po chwili Ziemniak podniósł się z miejsca i zaczął powolnym krokiem iść w stronę uzdrowiciela. Wszyscy pochłonięci walką odsuwali się na jego widok, pozwalając mu bezpiecznie przejść do starszego. Kocur spiął się cały i zrobił chwiejny krok w tył, panicznie chcąc wydostać się z pola bitwy i uciec od Ziemniaka, którego zachowanie wprawiało go w dyskomfort.
Wiciokrzew zamknął na moment ślepia, a gdy je otworzył, znajdował się w zupełnie innym miejscu. Stał właśnie na Drodze Grzmotu, a po walce ani Ziemniaku nie było śladu. Do czasu…
— Teraz jesteśmy kwita, prawda? — odezwał się nagle czekoladowy.
Uzdrowiciel odwrócił się, by ujrzeć przed sobą wojownika. Co oni tu robili? Co się właśnie działo? To wszystko działo się naprawdę, a może było tylko snem?
To musiał być sen. Musiał. Ale… co, jeśli nim nie był?
— C-co? — odezwał się liliowy, zdumiony i niezwykle zakłopotany.
— Ja zabiłem ci syna, a ty… zabiłeś mnie. Więc rachunki zostały wyrównane, tak? — wyjaśnił wojownik, wciąż uśmiechając się niepokojąco w stronę zielonookiego.
— N-nie… Nie za-zabiłem cię! — odparł, choć jego głos załamał się z niepewności. Czy naprawdę nie przyczynił się do śmierci Ziemniaka? Teraz sam już nie był pewien…
— Och, czyżby? W takim razie, dlaczego już nie widujesz mnie w obozie? — syknął czekoladowy, zadzierając brodę.
— To b-bobry cię za-zabiły! — mruknął liliowy, marszcząc nos. — Nie zwa-zwalaj tego na mnie!
W uszach uzdrowiciela nagle poniósł się śmiech wojownika.
— Bobry, tak? To dziwne, że nazywasz się bobrem. Nie pamiętasz już, jak twoje kły rozdzierały moją delikatną skórę? Nie pamiętasz, jak szkarłat plamił twoje futro? Doprawdy zabawne — mówił żółtooki, smagając powietrze ogonem.
Wiciokrzew na moment wstrzymał oddech. Nie pamiętał niczego z tego, co mówił Ziemniak, ale co, jeśli kocur miał rację… Co, jeśli liliowy naprawdę pozbawił go życia?
ᶻ 𝗓 𐰁
— To ty-tylko głupi s-sen — wymamrotał pod nosem, biorąc w płuca głęboki wdech.
Po chwili rozejrzał się wokół i dostrzegł Purchawkę, która wmasowywała ziołową papkę w skórę Kasztanki. Był dopiero wczesny ranek, a lecznica już pękała w szwach!
Gdy tylko młodsza, rudofutra kotka opuściła legowisko, szamanka zwróciła głowę w stronę Wiciokrzewu.
— Mówiłeś coś? — zapytała, na co uzdrowiciel pokręcił głową. — To chyba coś mi się przesłyszało. Ale, hej! Skoro już wstałeś, to przejdziesz się może do legowiska starszyzny? Słyszałam, że Lis od samego świtu wymiotuje… — dodała, wzdychając ciężko.
Zielonooki skinął głową, nie zastanawiając się dwa razy. Tak bardzo nie chciało mu się dziś wstawać, ale nie miał innej opcji… Wywlókł się ze swojego posłania i chwycił ze składziku kilka ziół przeciwwymiotnych. Potem zrobił krok w tył, lecz wtedy zamarł, jakby nagle coś zupełnie pochłonęło jego myśli. Stał w bezruchu przez jakiś czas, dopóki do lecznicy nie zawitał jakiś kot.
Wtedy dopiero drgnął i spojrzał w jego kierunku.
W progu stała Mistral, obserwując swojego ojca. Wiciokrzew zastanawiał się, czy powinien się z nią przywitać, lecz z ziołami w pysku raczej ciężko było coś powiedzieć. Mruknął jedynie coś niezrozumiałego pod nosem i wyminął córkę, kierując się w stronę legowiska starszych.
Gdy szedł, poniosły się za nim kroki. Czyżby niebieskooka podążała za nim? Mimo to nie odwrócił głowy i spokojnie zawitał u starszych. Jego wzrok od razu skupił się na rudym kocurze, który chwiejnie siedział na swoim posłaniu, nie wyglądając najlepiej. Wydawał się taki blady, a jego oczy były nieobecne.
Wiciokrzew szybko do niego podszedł, na co Lis z trudem zwrócił pysk w jego kierunku.
Liliowy podał mu zioła przeciwwymiotne i szybko wycofał się z legowiska starszych, chcąc wrócić na swoje posłanie i znowu pogrążyć się w myślach. Jak się jednak okazało, Wszechmatka miała wobec niego inne plany, gdyż zamiast wrócić do lecznicy, Wiciokrzew przypadkowo wpadł na swoją córkę. Ciekawe, czy tym razem też kręciła się wokół niego tylko po to, by go skrytykować...
<Mistral?>
[1280 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz