TW: depresyjne myśli
Ponure, mroźne dni szybko przeminęły na terenie Klanu Burzy, jednak chłód nadal utrzymywał się w sercu jednego z wojowników. Dotychczas tyle razy powstałe z popiołów zamieniło się w czysty lód, którego zdawało się, że nic nie roztopi. Wiatr wył, niczym z rozpaczy na otwartym terenie Burzaków, nie napotykając większych przeszkód aż do granicy z którymś klanem. Czarny kocur ciężko przemierzał tak dobrze znane tereny, na których już nie raz miał przyjemność polować samemu, czy też w towarzystwie już poległych pobratymców. Na każdym kroku otaczała go śmierć, nieważne z kim nawiązywał bliższą relację — ten kot kończył martwy. Poczciwy Dziwaczek? Nie żyje. Kołysankowa Łapa? Nie żyje. Słoneczny Fragment? Zapewne podzielił ich losy. Każdego dookoła niego spotkał jeden i ten sam koniec — śmierć. Był niczym żniwiarz stąpający pośród żywych, wysłannik wysyłający dusze na Srebrną Skórę.
Zdawać, by się mogło, że wszystko dookoła przemija, dni, pogoda, księżyce, przyjaciele, a on? Nadal jest taki sam, jak dawniej, stojąc w tym samym miejscu, jakby tego łapy niczym korzenie drzew były głęboko osadzone pomiędzy warstwami ziemi. Jedyne, co mógł robić to obserwować, jak wszystko się toczy dalej, ale bez niego, pozostawiając go daleko za sobą, w miejscu, gdzie nikt już nigdy nie wróci, nikt nie spojrzy, chociażby tęsknym wzrokiem. Może i było mu to pisane od początku i powinien się z tym już dawno pogodzić, jednak zawsze jakoś znajdował się cień nadziei, że coś w końcu może ulegnie zmianom — jednak te momenty szybko były obracane w proch, kiedy to kolejne bliskie mu koty opuszczały szarą rzeczywistość, w której on miał tkwić już wiecznie.
Sam nie wiedział, czemu pozwala sobie na ten malutki promyczek obietnicy na lepsze jutro. Czyżby nie zdążył się nauczyć już za pierwszym razem, kiedy to opuścił Poczciwego Dziwaczka, by jako pierwszy wrócić do obozu? Czemu tak bardzo trzymał się tego, co już na samym początku było jedynie nieosiągalnym marzeniem, które nigdy nie zostanie zrealizowane? Czy naprawdę liczył na to, że uda mu się przezwyciężyć fatum i dawno zaplanowany swój los przez Przodków? Dlaczego z tym walczy, zamiast się poddać i w ciszy niczym wieczny obserwator, przyglądać się, jak Gwiezdni kierują jego życiem? Czy marnowanie energii na jakikolwiek bunt było czymś opłacalnym? Przecież już trzy razy się przekonał, że wysiłki te spełzną na niczym.
Ciężko odetchnął, zatrzymując się nagle. Chłodny wiatr targał jego futro, niosąc zapach świadczący o jego obecności w stronę granicy z Klanem Klifu — w tamtym kierunku też po chwili skierował swój wzrok. Miejsce, do którego dotychczas tak często chodził, stało się teraz czymś, co wolał omijać szerokim łukiem, gdyż tak było łatwiej. Nie musiał ukrywać przed siostrą, że coś jest nie tak, nie musiał jej martwić swoim stanem — miała swoje życie w Klanie Klifu, a on swoje w Klanie Burzy. Może i dobrze, by było powiedzieć szylkretce o Słonecznym Fragmencie, lecz co konkretnego miałby powiedzieć? “Hej, Słoneczny Fragment zaginął i zapewne nie żyje”? Na samą myśl, że słowa te miałby opuścić jego pysk, pokręcił ciężko głową.
— Jakie to wszystko… męczące — mruknął pod nosem. Jego głos był zmęczony, niemal wyprany z jakichkolwiek emocji i zachrypnięty, jakby od paru dni nie wypowiedział ani słowa. Czy tak już zawsze to wszystko będzie wyglądać? Już nigdy nie poczuje tego dreszczu radości na myśl o spotkaniu Pchełkowego Skoku lub Króliczej Prawdy? Będzie po prostu egzystował w Klanie Burzy, trzymając się niezmiennej rutyny? Niepotrzebnie snuł chęci i marzenia o zaznaniu partnerskiej miłości i ciepła? Miał już na zawsze zostać marionetką w łapach Gwiezdnych i nieść ze sobą jedynie śmierć, zniszczenie i zagładę dla kocich istnień? Jednak, w takim razie, dlaczego nadal pozostawał w Klanie Burzy? Z ostatnim pytaniem w głowie chciał ruszyć dalej niczym ponury żniwiarz na swe plony, lecz zamarł w połowie kroku. Jego poświadomość przywołała w jego umyśle Barszczową Łodygę i dawną rozmowę z Zawodzącym Echem.
— Ach… Czyli dlatego… — stwierdził na głos, wznawiając swą wędrówkę. Tym razem, zamiast kierować się dalej przez równiny w stronę lasu Klanu Wilka, wykonał spory łuk, by zawrócić i ruszyć w stronę obozu Klanu Burzy. Po drodze upolował jakiegoś niewielkiego szaraka, który kompletnie wyczerpał w nim pokłady jakiejkolwiek energii i z jedną zdobyczą w pysku wkroczył do drugiego tunelu, znajdującego się w pobliżu Skruszonego Drzewa. Półmrok z otwartymi ramionami powitał kocura w swych objęciach, w których ten odetchnął, jakby z ulgą, mimo to nie zatrzymywał się i parł dalej do przodu, aż nie wyłonił się w obozie. Raptem wykonał parę kroków, a na swej drodze spotkał dymnego zastępcę, któremu skinął głową. Niewiele starszy od niego kocur wykonał podobny gest, nie zatrzymując się w drodze do legowiska Króliczej Gwiazdy.
“Zapewne będą omawiać kwestię nowych uczniów” — mruknął w myślach, przywołując w głowie obraz dwóch rudych kulek, które pomimo chłodu krzątały się czasem po obozie, korzystając z tego, iż ich matka, Pożarowa Łapa, nie poświęciła wystarczająco uwagi, by przypilnować swoje dzieci. Szakłak był niczym cień, przemykając pomiędzy kotami, więc nikt nie zwracał na niego większej uwagi i mógł w spokoju przyglądać się temu, co często działo się w sercu bezdrzewnej równiny, którą otaczał mur ostrych krzewów, uszczelniony patykami lub głazami.
Docierając do dwóch kamieni na środku obozu, dorzucił upolowanego szaraka do stosu, znajdującego się pod chłodnym przykryciem. Przy okazji wybrał sobie coś mniejszego na swój posiłek i z nową piszczką w pysku skierował się pod mur między żłobkiem a głównym tunelem, gdzie przestrzeń nie była niczym zagospodarowana, dzięki czemu miał niemal idealny widok na obóz oraz legowiska, które opuszczali wojownicy, uczniowie czy chorzy. Obóz tętnił życiem, jakby każdy wyczuwał w powietrzu nadchodzącą porę nowych liście, podczas gdy zielonooki wojownik o szacie czarnej niczym najgłębiej skrywany mrok w lisim sercu, obserwował to wszystko z kamiennym wyrazem pyska, którego nic nie mogło ruszyć. Cisza z jego strony była przerywana jedynie trzaskiem kości, dźwiękiem rozrywanych mięśni i ścięgien, kiedy to decydował się na zatopienie zębów w wybranej wcześniej piszczce. Zwierzę to już było dawno zimne i martwe, a życie na stałe opuściło ciało, które teraz służyło za pokarm Burzaka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz