Przeszłość, przed śmiercią Słonecznego Fragmentu
Pora nagich drzew powoli zbliżała się wielkimi krokami do terenów Klanu Burzy, jednak coraz to chłodniejsze porywy wiatrów na otwartych równinach nie zniechęcały do opuszczania obozu, szczególnie iż z każdym dniem będzie coraz mniej zwierzyny, a nadchodząca pora mogła okazać się zbyt sroga, by jakiekolwiek zwierzę wyszło z nory — chyba że w ostateczności, kiedy to głód sięgnie zenitu.
Czarny kocur dość żwawym krokiem przemierzał terytorium klanu, choć od jakiegoś czasu tego typu przechadzki miała w sobie drugie dno. Oprócz polowań zaczął się niemal dzień w dzień kręcić przy granicy z Klanem Klifu. Sam nie wiedział czemu, lecz za każdym razem jego krok od razu kierował się w tym, a nie innym kierunku — tłumaczył to sobie chęci spotkania siostry, szczególnie że ostatnio pojawił się u nich problem z mewami i obawiał się o szylkretkę. Jednakże kotka nie była jedynym powodem, dla którego tak często odwiedzał niewielki kawałek plaży, należącej do Burzaków. Pewien kremowy kocur nieco zawrócił mu w głowie, choć sam przed sobą się do tego nie przyznawał, głównie z obawy, że i także jego straci. Wyglądało to trochę niczym zauroczenie od pierwszego wejrzenia, lecz Szakłak głęboko w duchu czuł kłującą zazdrość, kiedy musiał obserwować coraz to nowsze pary kochających się kotów w klanie. On też chciał tego zaznać, tego ciepła od partnera lub partnerki, czasu spędzanego razem — oczywiście lubił, kiedy to pewne dwie srebrne siostry uwzględniały go w swych planach, jednak uważał, że to nie było to samo.
Docierając do Kamiennych Strażników, czuł, jak jego łapy nieco się zapadając w złocistym piasku. To wystarczyło, by na jego pysku mimowolnie pojawił się lekki uśmiech — odkąd nieco więcej zaczął rozmawiać ze Słonecznym Fragmentem, zdawało się, że kocur zarażał go nieco swoim optymizmem i radością w życiu, gdyż zielonooki częściej się łapał na tym, jak jego mimika pyska samoistnie ulegała zmianie. Było to dla niego coś nowego, lecz w bardzo pozytywnym znaczeniu, w końcu miał wrażenie, że żyje tak, jak chcę, a nie jak mu ktoś to życie zaplanował. Z każdym krokiem w stronę granicy z Klanem Klifu, czuł, jak radość narasta — może i nie zawsze udawało mu się spotkać Pchełkowy Skok lub Króliczą Prawdę, jednak sam fakt, że mogą być gdzieś blisko, wywoływał u Burzaka coś nieopisanego.
Po chwili do jego nozdrzy dotarł charakterystyczny zapach Klanu Klifu oraz nuta słonego morza niesiona przez wiatr. Dzięki temu, że zefir pochodził z terenów Klifiaków, mógł po chwili wyczuć obecność jednego z nich — aż jego serce zabiło przez chwilę nieco szybciej. Po opanowaniu mimiki pyska machnął końcówką ogona i już znacznie spokojniej podszedł do granicy, aż jego oczom ukazała się sylwetka Klifiaka. Kremowe pręgowane klasycznie futro i biel pokrywająca jakoś połowę powierzchni ciała kocura było istnym przeciwieństwem czarnej jednolitej, przypominając bardziej samotny kamień na tle piasku, niżeli sam piasek, z którym nieco stapiał się w jedno pomarańczowooki.
— Nie spodziewałem się ciebie tutaj, Królicza Prawdo — palnął bez większego namysłu.
“Głupi! Jak się nie spodziewałeś?! Przecież znajduje się przy granicy Klanu Klifu z Klanem Burzy…”
— Znaczy… Nie ważne… — mruknął widocznie speszony swoimi wcześniejszymi słowami.
<Królicza Prawdo? Zakop mnie pod ziemią…>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz