BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ćmi Księżyc x Mżący Przelot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ćmi Księżyc x Mżący Przelot. Pokaż wszystkie posty

14 marca 2026

Od Mżącego Przelotu CD. Ćmiego Księżyca

Jakiś czas temu…

Martwiła się. Księżyc, wiszący wysoko na niebie, swoją niepełną tarczą zapewniał ją, że przyszła dobrego dnia. O dobrej porze. Jednak na plaży nie widziała żadnej innej duszy; ani śladu jej ulubionej medyczki.
Wolnym krokiem ruszyła wzdłuż brzegu, wpatrując się w zasnute mgłą klify. Czy Ciemka zapomniała? Nie, to nie w jej stylu. Może… Może była zajęta. Jej bródka zadrżała. Wiedziała, że nie powinna się tym tak przejmować; klifiaczka była dorosłą, pracowitą kocicą. Może obowiązki zatrzymały ją w obozie. Może była zbyt zmęczona – Mżawka nie chciałaby przecież, aby ta traciła cenne godziny snu, by z nią plotkować… Powinna stawiać siebie na pierwszym miejscu. Jednak jej myśli odruchowo wracały do momentu, gdy po wielu księżycach rozłąki Ciemka ukazała jej się z bladymi ślipkami i o jeden zmysł w plecy.

Na granicę wracała regularnie. Na tyle, na ile mogła – od momentu afery z Szałwiowym Sercem wszyscy byli bardziej uważni. Po cichu zastanawiała się, czy w Klanie Klifu kochankę księcia również spotkał podobny los. Czy to dlatego Ciemka unikała spotkań? Nie chciała ściągać na nie żadnych podejrzeń? Nie, żeby łączyło je cokolwiek więcej niż przyjaźń, ale… Każdy mógłby paść ofiarą plotek. Nie chciałaby tego dla niej.
Gdy zobaczyła ją w kręgu medyków na jednym ze zgromadzeń, czuła, jakby kamień spadł jej z serca. Wszystko musiało być dobrze. Żadnych kłopotów, żadnych uszczerbków na zdrowiu zamaskowanych jako "dar od przodków"… Nadal była sceptyczna co do tego, czy utrata wzroku mogła być czymś dobrym.
Cieszyła się, ale nie odważyła postawić łapy bliżej przyjaciółki. Czy powinna? Czy Ciemka chciała by ją teraz zobaczyć? Przysiadła na chłodnej skale, wpatrując się w nią z oddali. Wargi same wywinęły się jej w podkówkę, gdy patrzyła, jak inni medycy coś do niej mówią. Zazdrość, ale i smutek kuły ją w gardło; po paru uderzeniach serca odwróciła pysk. Nie… Nie powinna się tak czuć. Ciemka na pewno miała dobry powód, aby trzymać się na dystans. Ciemka na pewno tym się tak nie przejmowała. Nie powinna histeryzować.

***

Słońce piekło ją w grzbiet, nie dając ani chwili wytchnienia. Żwawym krokiem prowadziła patrol wzdłuż plaży, za nią Morszczynowa Łapa oraz Rosiczkowa Kropla z własnym uczniem.
Poranki były jeszcze znośne. Właśnie dlatego zgłosiła się na pierwszy patrol; mogłaby uniknąć ciągania Morszczyna po lesie w okolicach południa i ukryć się przez falą gorąca. Treningi z nowym podopiecznym nie były złe, ale nie miała ochoty się przemęczać. Całkiem lubiła kocurka. Trochę z niego gbur, i chęci do współpracy za wiele w sobie nie miał… Ale przynajmniej miała co robić.
Dzień zapowiadał się całkiem dobrze. Do momentu, w którym na piasku, w oddali, zaczął odznaczać się jakiś ciemny kształt. Zmarszczyła brwi. Nie przypominała sobie skały w tamtym miejscu. Jednak z każdym krokiem plama przestawała przypominać kamień, tylko bardziej… Kocią sylwetkę. Przemokniętą, z ciężkim futrem i ranami na grzbiecie.
Słowa utknęły jej w gardle. Srebrzysta barwa sierści była okropnie znajoma; podobnie jak odchylony do tyłu łaciaty pysk z parą bladych ślipi. Policzek kotki, dokładniej Ćmiego Księżca, w połowie zatapiany był przez morskie fale.
Dopadła do ciała przyjaciółki szybciej, niż ktokolwiek zdążył pisnąć chociażby słowo. Drżące łapy trąciły poranione barki, a później zaczęły szarpać. Ciemka nie reagowała. Od jej ciała bił nienaturalny chłód, a z futra woda ściekała strużkami. Z pyska Mżawki wydarł się cichy jęk. To musiał być sen. Nosem popchnęła głowę medyczki, jednak ta jedynie wcisnęła srebrzysty policzek głębiej w piasek. Jej niewidzące – już na stałe – oczy straciły blask.
— Może- Może ja pójdę po Mandarynkową Gwiazdę — dotarł do niej niewyraźny głos Rosiczkowej Kropli.
Nie, nie. Po co wołać Mandarynkę? Nie mogła jej tu znaleźć. Nie mogła znaleźć tutaj Ciemki; spojrzałaby na nie surowym wzrokiem i zakazała medyczce się z nią spotykać. Wystarczyłoby poczekać, aż srebrna obudzi się, i- I poczuje się lepiej, i wtedy Mżawka odprowadzi ją na granicę, i wszyscy będą mogli o tym zapomnieć-
Wcisnęła pysk w futro na szyi przyjaciółki. Na plaży można było usłyszeć jej niewyraźne, bezsensowne zawodzenie, w połowie zagłuszane przez morskie fale, i niewiele poza tym.

***

Jej głowa spoczywała na skale, niczym ociężała. Oczy, zwrócone ku niebu, nieobecnym wzrokiem wodziły za słońcem i plamami, które pozostawiało po sobie za jej powiekami.
Nikt nie zadawał jej pytań; może Mandarynka czekała, aż przestanie histeryzować. Nie pytała, czemu jej pysk mokry był od łez, a nos zasmarkany. Czemu kurczowo trzymała się ciała klifiaczki i nie chciała dać go sobie odebrać i zakopać, aby nie gniło na słońcu. Sama nie wiedziała, co mogłaby jej wtedy odpowiedzieć. To wszystko nadal wydawało się jej takie nierealne.
Myśli zlewały się jej w jeden strumień, jak gdyby rozpuszczane przez gorąc, płynąc zgrabnie jedna za drugą. Czy mogło by się to potoczyć jakoś inaczej? Czy mogłaby znaleźć ciało jakiegokolwiek innego kota, tylko nie jej drogiej Ciemki? Nie była pewna, ile leżała tak na plaży. Na ich ulubionej skale, pod promieniami słońca, które już teraz boleśnie parzyło jej skórę. Czy gdyby postarała się bardziej, gdyby była bardziej natrętna i podeszła do niej na zgromadzeniu, Ciemka uważała by bardziej i nie przytrafiło by jej się- Nawet nie chciała myśleć o tym, co jej się przytrafiło. Nie chciała wiedzieć. Ciemka powinna być w swoim obozie, zajmować się swoimi chorymi. Nie w otoczeniu nieznajomych, podczas gdy ona uciekała jak tchórz.
Całe ciało Mżawki było tak ciężkie. Nie poruszała się nawet o długość wąsa, mając wrażenie, że jej łapy zamieniają się jednocześnie w giętkie trzciny, jak i garście rzecznego mułu. Mimo pustego żołądka czuła się, jak gdyby miała zwrócić swoje nieistniejące śniadanie.
Ciemka była młoda, młodsza od niej. W Klanie Klifu miała swoją rodzinę, o której opowiadała, gdy nie miała ochoty dzielić się historiami o pacjentach. Czy wiedzieli, co się z nią stało? Czy też za nią płakali?
Plamki światła przed jej ślepiami przybierały różne kształty, przyprawiając ją o zawroty głowy. Szum morza zaczynał brzmieć jak znajome szepty. Odchyliła głowę do tyłu. Jej świadomość powoli zaczynała gdzieś odpływać; palce u łap mrowiły jej nieprzyjemnie, a myśli ucichły, ich zawiłość rozpłynęła się do jednego, dobrze znanego już wszystkim imienia.

11 stycznia 2026

Od Ćmiego Księżyca CD. Mżącego Przelotu

Kotka uśmiechnęła się delikatnie pod nosem, przyciskając policzek do piersi przyjaciółki nieco mocniej. Nie mogła się z nią nie zgodzić. Czas biegł, nie zatrzymywał się ani na najkrótszy momencik. Wszystko szybko kryło się za horyzontem niczym nieśmiałe, ulotne słońce. Zwłaszcza w tej zimniejszej porze roku... wszystko mknęło, wszystko zdawało się być w nie możliwym do zatrzymania pędzie, jakby próbowało uciec przed chłodem i mrokiem, który napierał z każdej strony nieprzerwanie od wielu, wielu księżyców.
"Ciemność się gnieździ, rozpycha i mnoży... Ciemność nie znika, nie ważne, jak bardzo chce ją wyplewić, nieważne jak wiele rozmawiam z Klanem Gwiazdy... Czy to wciąż w Klanie Klifu tkwi problem? Czy zaraza wciąż skrywa się wśród nich, otoczona kotami o rzekomo prawych sercach?" — pomyślała, ale prędko potrzepała gwałtownie głową, wciskając ją między jasne łapy Mżącego Przelotu. Starsza kotka spojrzała na nią z góry i mruknęła.
— Czy coś nie tak? — zapytała ze szczerym przejęciem. Ćmi Księżyc westchnęła jedynie ciężko i zmusiła swój pyszczek, aby wykrzywił się w lekką podkówkę. Leżąc wciąż na Nocniaczce, odwróciła nieznacznie łebek, aby mógł ujrzeć jej spokojniejszą mimikę.
— Nie... Po prostu zgadzam się z tobą... — miauknęła, a smutna tęsknota wylała się z pyska wraz ze słowami. Przez moment zapanowała miękka, spokojna cisza. W końcu jednak medyczka przerwała ją cichym głosem: — Spotkałyśmy się, kiedy byłam jeszcze uczennicą...
— Uratowałam cię przed mewą — zaśmiała się Mżawka, spoglądając na przymknięte, i tak ślepe oczy przyjaciółki.
— Tak... To było tak dawno. — Ten pomruk był przepełniony smutkiem i żalem. Ćma wiele myślała o czasach, które już minęły. Próbowała zrozumieć, jak to wszystko poskładało się na rzeczywistość, z którą teraz musi sobie poradzić. Czy mogła zrobić coś inaczej? Czy mogła zapobiec tym wszystkim nieszczęściom, które zdawały zaciskać wokół niej i jej najbliższych, niczym cierniowe pnącza? Czy mogła prędzej zauważyć nieszczęście, które doprowadziło ostatecznie do upadku moralnego jej siostry, a wcześniej jej matki? Czy była temu w pewnym sensie winna?
— Ale to, co nas czeka, nie musi być złe, prawda? Co prawda z ciężarem księżyców na karku wszystko wydaje się ciemniejsze, ale... Zawsze jest jakieś światełko, prawda? — zapytała ciepło, a potem jeszcze dodała: — Ja jestem całkiem szczęśliwa, a ty?
— Mm... — zamyśliła się na moment. Nie miała najmniejszej ochoty zamartwiać Mżawki swoimi problemami. Ona była wojowniczką, członkiem innego klanu; ufała jej, ale to, co spoczywało na jej barkach, na barkach Klifiaczki, a do tego medyczki... to było jej brzemię, jej frasunek. — Mój brat również doczekał się kociąt. Trójki dokładniej. Są zdrowi, zostali już mianowani...
— To znakomicie. Cieszy cię bycie ciocią? — Polizała srebrne ucho koleżanki.
— Kocięta są takie... głośne... — przyznała szczerze, a miły śmiech Nocniaczki rozgrzał jej serce. — Plączą się pod łapami... Pytają i przestawiają zioła...
— Takie już są, nie musisz MI tego mówić — dodała Mżący Przelot, myśląc zapewne teraz o czasach, kiedy to jej synowie byli jeszcze maluchami.
— Ale cieszy mnie jego szczęście. Jest dobrym wojownikiem. I dobrym ojcem — skomentowała pod nosem, nie będąc do końca pewna tych słów. Miała nadzieje, że jej zawahanie umknie czujnym uszom kotki.
— To dobrze... Młode koty są naszą przyszłością. Ważne tylko jak je nakierujemy na dobra ścieżkę — powiedziała mądrze starsza, otulając się mocniej ogonem. Chociaż pogoda nie była jeszcze tak doskwierająca, wieczory bywały chłodne.
— Tak, tak to prawda... A twój wnuk? — zapytała, przypominając sobie o opowieści Mżącego Przelotu. — Czy jest zdrowy?
— Jak rybka ze strumyczka. Przebywa jeszcze w żłobku i z tego, co widziałam, nie należy do zbyt rozbieganych kociąt, ale nie każdy musi być kłębkiem energii, prawda?
— Ja z pewnością nie byłam — przyznała Ćma.
— No właśnie... Najważniejsze, że jest zdrowy, szczęśliwy i ciekawski. Na pewno jeszcze się otworzy na innych i będzie wspaniałym kocurkiem.
— Tak... J-ja dostałam też uczennice... — dodała znacznie mniej pewnie. Poczuła, jak przyjaciółka nieco rusza się pod jej policzkiem.
— Oh! Znakomicie! To twoja pierwsza, jeśli się nie mylę, prawda? — zapytała, szczerze zaciekawiona.
— Tak... Nie chciałam trenować ucznia od zera... Wiem, że nie dałabym rady pokazać mu wszystkiego, ale Jagienka, znaczy Jagnięca Łapa, była uzdrowicielką, wie już bardzo dużo — opowiedziała spokojnie, cichym głosem, przytłumionym nieco przez długie futro na piersi niebieskiej.
— Jak dobrze, że już nie jesteś sama... Musiałaś się przepracowywać. Nie umiem sobie wyobrazić, że mam na barkach zdrowie i dobrobyt wszystkich kotów w klanie. Jesteś taka dzielna, Ciemko. — Młodsza zamruczała cichutko na te słowa. Zastanawiała się czasami, jakby to było, gdyby Mżawka należała do Klanu Klifu. Czy byłoby jej łatwiej? Czy taka stała obecność kogoś, kto jest dla niej tak bliski, pomógłby znacząco w tym, co odczuwa? A być może ich relacja straciłaby na wyjątkowości, gdyby należały do tego samego klanu? Westchnęła na samą myśl. Musiała być wdzięczna, że w ogóle było jej spotkać kogoś takiego, jak niebieska wojowniczka. Nie każdy miał takie szczęście.
— Tak... To bardzo pomocne — mruknęła, a chłodny wiatr zawiał znad wzburzonych fal. Dreszcz przebiegł po srebrnym grzbiecie. Odruchowo owinęła się szczelniej puchatą kitą. Była zmęczona. O ile Jagienka faktycznie była niezastąpiona, a sama medyczka nie umiała już sobie wyobrazić działania bez jej pomocy, tak nie zmieniało to faktu, że nie sypiała dobrze, od kiedy tylko pamiętała. Głosy szeptały, iskry zasnuwały jej wzrok nawet, kiedy ślepia pozostawały zamknięte, a co najgorsze, dusze wciąż zdawały się od czasu do czasu migać gdzieś na skraju pola widzenia. Szum fal, ciepło drugiego kota i ulga, której nie czuła zwykle w obozie... To wszystko sprawiło, że zapadła w sen. Najspokojniejszy od dawna.

* * *

Pogoda zaczynała robić się znacznie mniej przyjazna, mniej sprzyjająca wieczornym spotkaniom, zwłaszcza w okolicach morza. Nie przeszkodziło to dwóm bliskim przyjaciółką. Dzięki obecności i pomocy Jagnięcej Łapy, ich następne spotkanie nie zostało aż tak mocno odwleczone w czasie, co niezwykle podniosło Ćmi Księżyc na duchu. Wspólne spędzanie czasu bardzo ją uspokajało i na moment pozwalało zdjąć jej z barków te ogromne brzemię. Z Mżącym Przelotem mogła porozmawiać o wszystkim, o czym chciała, a wojowniczka nigdy dodatkowo nie naciskała, aby wydrzeć z niej to, o czym akurat wolała milczeć.
— Jak tam twój wnuk? — zapytała, kiedy obie usadowiły się na plaży. Piasek był chłodny i wilgotny, ale gęste szaty kotek sprawnie chroniły skórę przed zimnem. Dopiero co przybyły, noc była młoda, a fale nie zdołały się jeszcze rozhulać.
— Wyrasta na eleganckiego kocurka. Dostał już imie ucznia i szkoli się pod okiem Algowej Strugo, znasz ją zapewne... — powiedziała, a w jej głosie brzmiała szczera duma i radość. Na te słowa Ćma uśmiechnęła się. Znała ową kocicę. Była nawet prawie pewna, że rozmawiały kilkukrotnie na zgromadzeniach.
— To wasza zastępczyni, jeśli się nie mylę. Wydawała się zawsze bardzo rozsądna i spokojna.
— Już nie. Od kiedy Mandarynkowa Gwiazda została liderką, Algowa Struga ponownie piastuję rangę wojowniczki, a jej miejsce zajął syn liderki, Błękitna Laguna — wytłumaczyła spokojnie Mżawka — Ale tak, jest bardzo przyjazna i poukładana. Dogadują się i to jest najważniejsze. Mentor powinien być nie tylko naszym przewodnikiem, ale i przyjacielem.
— Nie znam Błękitnej Laguny — pomyślała głośno, marszcząc brwi. Była szczerze zdziwiona. Osoba Algi wydawała jej się idealna do pełnienia takiej rangi w klanie. Już sam fakt, że nie została liderką, był dla niej dziwny, ale nie chciała komentować sposobu wyboru przywódców w innych klanach. — Ale ciesze się, że twój potomek się odnajduję. Życzę mu prędkiego mianowania.
— A twoja uczennica? Jak jej idzie? — zmieniła nieco temat.
— Jest niezastąpiona — przyznała szczerze, uśmiechając się nieco zbyt smutno. Nie widziała, jak brewki Mżawki marszczą się. — Jakiś czas temu natknęłyśmy się na dwójkę kociąt.
— A więc zostałaś opiekunką? Pamiętam, że narzekałaś na zachowania kociąt, czy coś się zmieniło? — Zaciekawione słowa wypływały z pyszczka wojowniczki. Pomyślała prędko o Różeńcu i Pasterzu. O ile pierwszy faktycznie umiał być problemem, umiał być głośny i nieznośny, tak jego brat zwykle doprowadzał go do porządku i potrafił nad nim panować, zwykle z obawy o jego zdrowie, a nie ze strachu przed medyczką, która pokazywała w dość oczywisty sposób, że hałas i nieporządek są niezwykle nie mile widziane w tym legowisku. Wzruszyła ramionami.
— Prędko zostali mianowani. W lecznicy byli tylko na obserwacji, więc szybko odzyskałam swoje zacisze — przyznała na tyle lekko, na ile potrafiła.
— Dobrze, że na was trafiły; zwierzęta zrobią się nieco niebezpieczne, a co dopiero te nocne mrozy... — zrzuciła Mżący Przelot, przysuwając się bliżej do przyjaciółki, jakby samo wspomnienie o chłodzie sprawiał, że kotki drżały z zimna nieco bardziej. Ćma czasami zastanawiała się, czy życie w oddalonym od wody Klanie Burzy, czy Wilka było łatwiejsze. Morze było wspaniałe, ale porywy, które się od niego niosły, często przeszkadzały bardziej niż sam ziąb.
— Nie mogę dzisiaj być długo... — przerwała ciszę Ćmi Księżyc, wpatrując się ślepo w horyzont, który rozpościerał się przed nią. — Nasz starszy protektor się zatruł... Nie chce zostawiać Jagnięcej Łapy samej z nim na całą noc...
— Oczywiście, nie przejmuj się, całkowicie to rozumiem. Nigdy nie chciałabym wchodzić między twoje obowiązki — zapewniła gorliwie.
— Nigdy nie myśl, że wchodzisz — powiedziała pełna powagi. Nie chciała żyć w świecie, w którym przyjaciółka myślała, że jej zawadza, że jest ciężarem lub pewnym... obowiązkiem, który od czasu do czasu trzeba wykonać i skreślić z listy. Na samą myśl musiała przełknąć ślinę i wziąć kilka uspokajających oddechów.
— Wszystko w porządku, moja droga? — Kotka nachyliła się nad młodszą medyczką i dotknęła nosem jej policzka.
— Oczywiście... — mruknęła. — Przejdziemy się?
— Jeśli tego sobie życzysz. — Uśmiechnęła sie i wstała, podpierając bok bladookiej, kiedy szły powoli przez plaże. Fale co kilka uderzeń serca obmywały ich jasne łapki, zostawiając po sobie uczucie chłodu.
Ćmi Księżyc chciałaby, aby ten rodzaj spokoju mógł do końca życia jej towarzyszyć. Kotki nie rozmawiały. Napawały się chwilą niezmąconej ciszy i braku zmartwień, ciesząc się ze zwyczajnego uczucia ciepła drugiego kota. Ich krok był powolny, ale nie leniwy. Medyczka dobrze wiedziała, że patrol nie zaskoczy ich swoją obecnością, wiedziała, że nikt nie powie nic na temat zapachu Klanu Nocy, który zapewne wsiąknie w jej futerko. Gdyby mieli, już dawno by się to stało. Mineralny, solny zapach morskiej bryzy bardzo dobrze maskował też wszelkie inne wonie.
Mówiąc o woniach... Nagle do nosa obu niebieskich kocic dotarł inny, zdecydowanie niespodziewany zapach. Mżący Przelot zrobiła kilka kroków do przodu, wdrapując się na pobliską wydmę. Medyczka stanęła w miejscu, zaciągając się zapachem, w którym prędko rozpoznała morskiego ptaka i delikatny dodatek ryb, a także krwi. Przyjaciółka zawołała:
— To duża mewa, ale... musiała zadławić się rybami. — Srebrna skierowała się w stronę jej głosu, a starsza zbiegła z piaskowej zaspy, aby wspólnie z Klifiaczką podejść do martwego zwierzęcia. — Musiała umrzeć kilka chwil temu, jest jeszcze całkiem ciepła, a do tego ma pysk pełen ryb morskich. Piękna zdobycz.
— Dziwna... — skomentowała pod nosem bladooka.
— Powinnaś zabrać ją do obozu; wykarmi cały klan, a może i zostanie jeszcze. To prawdziwy dar od Klanu Gwiazdy, że nic się jeszcze nie zabrało za taki kąsek — wytrajkotała Mżawka, wpatrując się w niepewną Ćmę.
— Zdecydowanie... Myślę, że masz rację... — Ona nie była aż taka przekonana. To było dziwne, nienaturalne wręcz...
— Pomogę ci przenieść ją do końca plaży, ale potem musiałabym zawrócić. Nie chce cie narażać, Ciemko — zapewniła ciemnooka i złapała ptaszysko za jedno z rozłożystych, jasnych skrzydeł. Wydawało się całkiem ciężkie i medyczka zaczęła się zastanawiać czy uda jej się potem zawlec je do obozu. Może akurat uda jej się złapać jeden z nocnych patroli? Teraz nie mogły rozmawiać z powodu wielkiego skrzydła, które w pysku trzymała Mżawka. Ćmi Księżyc spokojnie dreptała koło niej, uważając, aby jej iskierka pozostała ciągle w tym samym miejscu. Wraz z pierwszym kosmykiem trawy, który przebił się przez piasek, lekkie uderzenie doszło do jej uszu, a zaraz potem, delikatny, nieco smutny głos przyjaciółki.
— Tutaj muszę cię już zostawić, poradzisz sobie? — zapytała niebieska.
— Tak mi się zdaję... — mruknęła medyczka, podchodząc do ptaka. — Czy możemy zobaczyć się znów za księżyc? Przed pełnią?
— Oczywiście, będę zachwycona i zaszczycona, Ciemno — zapewniła wojowniczka, ocierając się o jasny bok. Druga skinęła bez słowa, ale uśmiech wpełzł na jej mordkę. Schyliła się, aby złapać mewę za kark. W tym samym momencie usłyszała jeszcze tylko: — Do zobaczenia!
Pośpieszne kroki Mżącego Przelotu ucichły w końcu. Fale zagłuszyły tupot i zmyły ślady na piasku. Klifiaczka szarpnęła ptaszyskiem. Zapach słonych ryb dotarł do jej czułego nosa; skrzywiła się nieco.
"Nigdy nie lubiłam ryb..."

* * *

Zanim udało jej się przytaszczyć zdobycz do obozu, było dużo po porze szczytowania księżyca. Dobrze znała drogę powrotną, ale przez powolne tempo kilkukrotnie musiała rzucać ptaka i przespacerować się po okolicy, aby upewnić się, gdzie dokładnie jest i gdzie ma teraz pójść. Krzyk Promienistego Słońca, który akurat stał na warcie, rozweselił jej serce. Nigdy aż tak nie cieszyła się z powodu obecności brata.
— Oho! Ćmi Księżycu, co to masz w pyszczku? — zapytał, podbiegając do niej po tym, jak ujrzał jej zmagania z daleka. — Nie mów, że ta mewa cie zaatakowała, a ty ją tak potraktowałaś? Jeśli tak, to myślę, że szeregi wojowników wołają o twoją obecność.
— Znalazłam ją martwą... Zadławiła się — naprostowała, puszczając opierzony kark. — Weź ją, jest ciężką.
Kremowy wojownik posłusznie ujął ją w swoje zęby i zaczął ciągnąć w górę po kamieniach. Medyczka ostrożnie wdrapywała się przed nim. Kiedy minęła kojący dźwięk wodospadu, rozluźniła się nieco. Rozciągnęła się, czując, jak jej ciało powoli zaczyna przyzwyczajać się do braku dodatkowego ciężaru. Za nią pojawił się Promyk. Wspólnie poszli do stosu na zwierzynę, aby zostawić ptaka. Już chciała odejść, aby udać się na krótki spoczynek, ale odezwał się brat.
— Może zaniosę go do karmicielek? Nawet teraz nie pogardzą posiłkiem, zwłaszcza Źródlana Łuna — zaproponował, a Ćma jedynie machnęła ogonem, jakby chciała powiedzieć "rób, jak uważasz". Nie zwróciła już uwagi na to, co faktycznie zrobił jednooki kocur. Była na to zbyt zmęczona, a przed sobą miała zbyt długi dzień.

* * *

Wstała wraz z pierwszym porannym blaskiem. Pierwszym obowiązkiem, za który się zabrała, było podanie wrotyczu i nasączonego mchu, który wcześniej przyniosła Aster, starszemu protektorowi, który właśnie przebudził się ze snu. Delikatna ulga rozlała się po ciele srebrnej, kiedy zapewnił, że czuję się już znacznie lepiej, a ból brzucha już niemal całkowicie zniknął. Spokój i cisza nie trwała długo, bo do lecznicy nagle wpadł Królicza Prawda, a jego rozaferowany głos nie wskazywał na nic dobrego. Wojownik nie mógł wstać dawno temu; jego futro było postrzępione, zdecydowanie nie widziało jeszcze momentu dzielenia języków, ale to było jego najmniejsze zmartwienie. Zatrzymał się nagle, niemal nie wpadając na stos zużytego mchu, który wieczorem wystawiła przed wejście Jagnięca Łapa, aby następnego dnia ktoś wyniósł je poza obozowisko. Ćmi Księżyc usłyszała ciężki oddech.
— H-hej, Ćmi Księżycu potrzebujemy cie w kociarni, prosze, szybko — wysapał. Kotka zmarszczyła brwi.
"Czy coś nie tak z kociętami? Jeszcze wczoraj byłam tam, a Szron i Strzępek, a nawet Naparstnica... Wszyscy byli całkowicie zdrowi" — przywołała wspomnienie porannej inspekcji, którą przeprowadzały dziennie z terminatorką. Mimo wątpliwości, czy chodzi o najmłodszą krew Klanu Klifu, nie zadała żadnych zbędnych pytań i od razu ruszyła za kremowym. Już w momencie, w którym wystawiła łapę za kamienne ściany jaskini, usłyszała gwar. Taki poziom harmidru nie był normalny o tak wczesnej porze.
— Co sie dzieje? — zapytała, nie odwracając się; usłyszała za to, że pomarańczowooki przyśpieszył i szedł teraz u jej boku.
— Przyniosłaś wczoraj ptaka, prawda? J-ja z samego rana poszedłem do żłobka, aby go zanieść Źródlanej Łunie i reszcie karmicielek; tak jak zadecydowałaś, znaczy... Tak przynajmniej przekazał mi Promieniste Słońce, więc tak zrobiłem, ale... — umilkł na moment.
— Co? — zniecierpliwiła się medyczka, kiedy byli już niemal na miejscu, a blask kocich iskier zaczynał być uporczywy. Duża grupa zebrała się przed kociarnią, a smród dotarł do nozdrzy srebrzystej. Zakaszlała gwałtownie, a oczy zaszły łzami.
— Łuna... Ona rozcięła ptaka, żeby zobaczyć, jakie ryby ma jeszcze w brzuchu i gardle... Wszystko podobno było zgniłe i czarne, a ten smród... Sama czujesz, Ćmi Księżycu — mruknął cicho, jakby nie chciał przypominać kotom dookoła, że to sama wybrana przez Klan Gwiazdy medyczka przyniosła źródło ich zmartwień... no i tego stęchłego smrodu.
— N-nie możliwe... Ptak był ledwo martwy, a noc mroźna... — szepnęła. Nie interesowało ją czy Królicza Prawda ją usłyszał; próbowała uspokoić siebie i swoje drżące ze stresu serce.
"Och Ćmo... Wiesz, czujesz, kiedy coś jest znakiem, prawda? Wiesz, że gdyby Klan Klifu był miejscem porządnym i cnotliwym, szanującym kodeks i swoich przodków... wiesz, że wtedy ptak wykarmiłby cały klany, a ryby w jego brzuchu odżywiłyby rosnące kocięta... Ale Klan Klifu jest zepsuty i zgniły. Klan Klifu kryję w swoich szeregach zdrajców i fałszywych wybrańców... Czego się więc spodziewałaś?" — Słowa dotarły do jej ucha. Dreszcz przeszedł po grzbiecie, a futro stanęło pionowo.
— Prze-przepuśćcie mnie! — warknęła, a koty faktycznie zrobiły miejsce ślepej pręgusce. Cierpki, słodkawy zapach stęchlizny zaczynał być coraz bardziej dotkliwy i piekący. Czuła go w zamglonych oczach, palił ją w gardło i nos; nieważne czego używała, aby wziąć następny oddech. Zakaszlała po raz kolejny. Poczuła, jak pojedyncza łza spływa z jej podrażnionych oczu. — Gdzie jest Źródlana Łuna?
— T-tutaj jestem... Smród był zbyt duży, wzięłam kociaki, żeby tego nie wdychały — powiedziała kuzynka, wyłaniając się spomiędzy innych Klifiaków. Jej iskra drżała; była zestresowana, a bicie serca było niemal wyczuwalne przed kamienną posadzkę. Medyczka czekała na kolejne słowa, co w końcu zrozumiała karmicielka i dodała: — A-a! Zanim to rozcięłam, wszystko było w porządku. Nic nie śmierdziało... nawet z dzioba... Nie wiem, dlaczego tak się stało, nie wiem, co jest z tym nie tak — tłumaczyła, robiąc kolejny krok bliżej kuzynki.
— Zły omen — wyszeptała, nieco zbyt przestraszona Ćmi Księżyc. Serce wciąż biło jej w piersi. Czuła, że coś jest bardzo, bardzo nie tak, a ona nie wiedziała jeszcze co. Robiło jej sie nie dobrze; na szczęście była w stanie wytłumaczyć to zgnilizną. — N-niech ktoś to wyniesie... — mruknęła, próbując przełknąć ślinę, która nagromadziła jej się w pysku. Odwróciła się na tylnych łapach i chciała odejść jak najszybciej, skryć się i móc na spokojnie, chociaż na moment uciec od tego wszystkiego.
"Dla kogo to znak? Czy to... to Źródlana Łuna?" — Czuła, że coś jest z nimi nie tak. Słyszała, że koty szepczą, rozmawiała z Jagnięcą Łapą o ich aparycji, która przed samą główną medyczką była niestety skryta. Wiedziała, że nie przypominają ani wojowniczki, ani kocura, który został przedstawiony jako ich ojciec.
— Ćmi Księżycu... — odezwała się przy jej uchu głos Rozkwitającego Astra. — Czy... czy to znak? Czy to ostrzeżenie od Klanu Gwiazdy?
Zignorowała protektorkę i wpadła prosto do legowiska, gdzie Jagnięca Łapa zajmowała się zaropionym okiem Słonecznej Łapy. Bladooka zignorował pytania swojej terminatorki i wślizgnęła sie do składziku, gdzie zapach ziół sprawnie ukoił jej skołatane nerwy i wydarł z nosa resztki zgniłego swądu.
Nie mogła nie myśleć o tym, że Źródlana Łuna mogła zdradzić klan. To ona rozcięła ptaka, to jej futro przesiąknięte zostanie zgnilizną. To musiał być znak. Głos, który szeptał jej do ucha, miał rację. Takie rzeczy nie dzieją się z byle powodu. Sam fakt, że znalazły z Mżawką tą wielką mewę, zanim inny drapieżnik się do niej dobrał...
— Mżawka... — szepnęła, a słowa ugrzęzły jej w gardle. Musiała podetrzeć się o kamienną ścianę, gdyż łapy zaczęły jej się trząść zbyt mocno. Poczuła się znów jak kociak; jak ta słaba, przestraszona Księżyc, dla której każdy dzień był walką z samą sobą.
"To wy znalazłyście gnijące ścierwo latającej bestii, Ciemko..." — Groźny pomruk dotarł do ucha, pozostawiając dreszcz i powiew zimna na policzku. "Dławisz się... Dławisz się niczym to ptaszysko, nie czujesz tego? Jak śmiesz obarczać kuzynkę tytułem zdrajcy, kiedy zdrajca siedzi pod twoim futrem... Czy Przodkowie mają przymykać oczy na twoje spotkania, na twoje poufalstwo, a karać innych? Czyżbyś nie poczuła się zbyt komfortowo w swojej roli?" — Poczuła, jak dławi się zimnym, wrogim powietrzem, które otaczało jej pysk. Próbowała chuchać, próbowała odgonić chłód, który mroził jej płuca. Czuła jak powoli traci siły i zesuwa się po kamiennej ścianie.
— N-nie... — warknęła w końcu. To nie był głos Klanu Gwiazdy. Znała uczucie, które napełnia jej ciało, kiedy wstrzymywała dłuższy kontakt z Morskim Okiem lub inną opiekuńczą duszą, która czuwa nad Klanem Klifu. — T-to nie ja...
Nigdy nie dopuściła się niczego złego. Nigdy nie splamiła honoru swojego, swojego klanu, a co najważniejsze nigdy nie pomyślała nawet o tym, aby splamić wspaniałość Przodków. To nie ona miała zostać spostrzeżona, nie ona ukarana.
"W klanie rodzi się zdradziecka krew... Postrzępiony Mróz... Wszyscy wiedzą, że los jej kociąt, i pierwszy, i drugich, był spowodowany jej własnymi postępkami... To, co czeka drugiego zdrajcę, który jak na razie malował się pod postacią Źródlanej Łuny, jeszcze nie zostało przede mną odsłonięte, ale... ale zostało ukazane klanu pod postacią mewy znad klifu, którą do grobu zaprowadził głód... chciwy głód, którego końcem okazała się ryba..." — zdecydowała, podnosząc się niezgrabnie na niepewnych nogach. 
O ile jej nerwy zostały nieco uspokojone, zdecydowała, że losu nie można kusić, a Mżący Przelot nie zobaczy jej podczas ich następnego spotkania... Nie ważne, jak ta decyzja skrzywdzi i ją, i Ćmę.

<Mżawka?>

Wyleczeni: Słoneczna Łapa, Pomocny Wróbelek

12 listopada 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Ćmiego Księżyca

*dawno*

To nie były słowa, których spodziewała się usłyszeć z pyska przyjaciółki. Duch? Spojrzała na kotkę z szeroko otwartymi oczyma. Zawsze wiedziała, że medycy mieli jakieś… Powiązania, ale nigdy by nie pomyślała, że coś takiego było możliwe.
— Duch? — wydusiła, unosząc brwi. — Tutaj? Teraz?
Rozejrzała się po ciemniejącej plaży. Nie dojrzała jednak niczego dziwnego, nie usłyszała żadnego dźwięku, który mógłby wskazywać na obecność kogokolwiek.
— Ciemko… Jeszcze raz. I powoli.
Młodsza skuliła się nieco.
— Mam ducha — powtórzyła. Jej wąsiki zadrżały. — On mówi, że… Że był z twojego klanu. I później już nie. I, i- I teraz tu jest. Przyleciał ze mną.
Zamrugała. Jednen raz, potem drugi. Ale sytuacja nie stała się ani odrobiny bardziej zrozumiała. Chociaż… Czy w ogóle byłaby w stanie coś takiego zrozumieć? Takie coś chyba przechodziło zakres jej kompetencji. Zastrzygła uszyma. Może… Może powinna po prostu uwierzyć Ciemce na słowo.
Odgarnęła warstwę śniegu ogonem i przysiadła na plaży, delikatnie dotykając barku kotki, sygnalizując, aby zrobiła to samo.
— Dobrze… — westchnęła w końcu. Nieobecne oczy medyczki zwróciły się w jej kierunku. — Cóż. Rozumiem, że… Mówisz mi to, abym ci pomogła? Czy mam po prostu posłuchać.
Głupie pytanie. Wiedziała, że medyczka sama nie przyzna się do potrzebowania żadnej z tych opcji. Położyła po sobie ucho i przysunęła się nieco bliżej.
— Wiesz, jak się nazywa? — spróbowała. — Może go znałam?
Ciemka przełknęła nerwowo ślinę. Myśli Mżawki zaczęły umykać w stronę całej grupy kotów, które kiedyś znała. Co by zdobiła, gdyby z pyska przyjaciółki padło imię Syreniego Lamentu? Lub, co gorsza, Nimfiego Zwierciadła? Jak miałaby zareagować?
— Piórolotkowy… Trzepot.
Mimowolnie odetchnęła z ulgą. Miano, pomimo bycia znajomym, nie było jej bliskie… Zamyśliła się na moment.
— Znałam go — miauknęła. — Nie osobiście, nie wydaje mi się, żebyśmy rozmawiali więcej niż parę razy na patrolach… Z tego, co pamiętam, uciekł z klanu — mina jej nieco zrzedła, a spojrzenie stało się nieco przepraszające. — To zostało nam przekazane. Podobno nie zachowywał się zbyt stabilnie w swoich ostatnich dniach u nas.
Dziwnie było tak… Mówić o kimś, wiedząc, że ten ktoś to słyszy. Dreszcz przebiegł po jej grzbiecie. Ciemka nie odezwała się; wojowniczka dotknęła jej policzka nosem, po czym oparła brodę na czubku jej głowy.
— Chciałabym ci pomóc, ale nie jestem pewna, jak. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam, jak możesz się spodziewać — kontynuowała. — Mogę spróbować, ale… To ty znasz się na tym lepiej. Jeśli chcesz, powiedz Piórolotkowi, aby… Aby zostawił nas na moment, i możemy porozmawiać. Coś cię trapi, więc trzeba temu zaradzić.

*teraźniejszość*

Położyła głowę na łapach. Zimno szczypało ją w nos i uszy, ale ciepłe futerko Ćmiego Księżyca przylegało ciasno do jej boku.
Miała wrażenie, że widywały się rzadziej. Może taka była kolej rzeczy? Może z czasem koty stawały się coraz bardziej zajęte? Wiedziała o bitwie z Klanem Wilka, wiedziała co nieco o tym, że młodsza była teraz główną, i za razem jedyną medyczką w legowisku (choć nie znała okoliczności, w jakich taką funkcję przejęła). Ona sama Ciemce opowiadała o powodzi, o odbudowie obozu… Jednak, nawet na zgromadzeniach nie rozmawiały już tak dużo; poczęła być na nie wybierana rzadziej niż kiedyś, jej miejsce zajęte przez kolejne, młodsze koty.
Nie oznaczało to jednak, że się od siebie oddaliły. Ciemka nadal miała miano jej przyjaciółki – tej, z którą znajomość była najszczersza. Miała w klanie inne koleżanki, inne przyjaciółki, ale nawet po tylu księżycach relacje te nie rozwinęły się na takim poziomie, jak ta z jej najdroższą medyczką.
Zastrzygła uchem, leniwie wodząc wzrokiem po nocnym niebie.
— Jedna z moich przyjaciółek została liderką — miauknęła cicho. Lubiła opowiadać młodszej o przeróżnych rzeczach; w zasadzie, to po prostu lubiła mówić. — Jestem z niej dumna. Zapracowała sobie na tą rolę… Teraz, poniekąd, jesteśmy rodziną. Tak się składa, że zostałam babcią — delikatny uśmiech wstąpił na jej pysk. — Moje przybrane dziecko dorobiło się własnego synka, właśnie z jej córką. Odwiedziłam ich ostatnio w żłobku. Ja… Jeju, dopiero co oboje byli uczniami. Czuję się staro.


<psiapsi?>

17 sierpnia 2025

Od Ćmiego Księżyca CD. Mżącego Przelotu

Kilka księżyców temu, jeszcze przed wojną z Klanem Wilka itp...

Słyszała z czujnością, a jej wąsy drgały z każdym kolejnym słowem, które wypadało z pyszczka Mżącego Przelotu. 
"Kolejny rozlew krwi, kolejne utracone dusze..." — pomyślała, a jej umysł opanował smutek. Trzymając łeb na barku koleżanki faktycznie czuła, że jej uszy natykają się na mniejsze i większe szramy i zabliźnione rany. 
— Czy bolą Cię jeszcze? — zapytała cicho, dotykając jednej z nich delikatnie nosem. Z wyuczoną lekkością przejechała po całej jej długości. Łopatka Nocniaczki zadrżała.
— Już nie, na szczęście, ale za to łaskoczą, kiedy tak robisz Ciemko — odpowiedziała, według medyczki zbyt radośnie jak na temat, który poruszały. — Ale oczywiście... bolały... Ale cieszę się, że mogłam się wykazać i pokazać, że klan może na mnie polegać. 
— Krew krwią... — mruknęła pod nosem niezadowolona. 
— Och... Każdy z nas obiera swoją ścieżkę. Każdy wspiera swój klan tak, jak potrafi. Nie zgadzam się z niepotrzebnym rozlewem krwi, ale to nie na nas spoczywa wina — odpowiedziała w sposób, jakby tłumaczyła coś uczniowi. 
— Wiem — rzuciła może zbyt sucho, zbyt szybko. Ugryzła się w język i złajała w myślach. — Wiem to... — dodała delikatniej, ciszej.
— Wiem, że wiesz. Przepraszam, ale sama rozumiesz, ciężko tak się przerzucić z trenowania na zwyczajną rozmowę. — Uśmiechnęła się, kładąc policzek na głowie młodszej. — Ale nie mówmy tylko o mnie. Czy w Klanie Klifu jest spokojnie? Wiem, że pytałam, ale... Tak mi głupio wiecznie opowiadać. 
— Lubie słuchać — odpowiedziała, a jej głos został przytłumiony przez gęstą kryzę Mżawki.
— To też wiem, moja droga. — Śmiech ponownie rozniósł się po nocnej ciszy. 
— Ale... Nie dzieje się nic, z czym bym sobie nie poradziła... — Na tym zakończyła. Wojowniczka nie naciskała już więcej, nie miałoby to sensu, a brązowooka o tym bardzo dobrze wiedziała. Och... Ona bardzo dużo wiedziała o swojej przyjaciółce. Resztę wspólnego wieczoru spędziły w niemal całkowitej ciszy. W końcu sen zaczął wirować wokół nich, siłą zamykać im ślepia... Wtedy każda z nich wyruszyła w swoją stronę, do swojego obozu, aby zwinąć się w kłębek w swoim legowisku. 

* * *
Teraźniejszość

"To nie jest dobry pomysł... Nie powinnam mieszać w to Mżawki, ona nigdy by mi tego nie zrobiła... Na pewno ma tyle swoich własnych problemów, kłopotów i obowiązków, a ja... Ja powinnam się tym zająć już dawno" — ganiła się w głowie, kiedy łapy przemykały po krótkiej, martwej trawie, przykrytej cienką warstwą śniegu. Migotliwa, jasna łuna tańczyła nad jej uszami. 
— Jak pójdziemy tędy, będzie szybciej. Jest tam też mniej śniegu, będzie łatwiej — zaproponował Piórolotek. — Znaczy, ja nie pójdę, ja polecę, ale tobie będzie prościej.
— Dam sobie radę — rzuciła tylko, przedzierając się przez zaspy, które faktycznie zaczynały być coraz bardziej problematyczne. 
— Skoro tak mówisz. A tak w sumie... Po co idę z tobą? Z tego co rozumiem to... idziesz spotkać się z przyjaciółką, tak? Nie chce wam przeszkadzać, przecież ona i tak mnie nie zobaczy, a skoro po nocach łazisz przez całe tereny klanu, to to musi być jakiś specjalny czas dla was, no i... Pewnie chciałybyście trochę prywatności — pluł słowami jak zwykle. 
— Robie to też dla siebie — przerwała mu w końcu. — Dla spokoju...
— No dobrze. Skoro uważasz, że to może pomóc. — Po tych słowach nastał długi moment ciszy. Skrzypienie śniegu rozbrzmiewało miarowym rytmem. Coraz głośniej słychać było szum morza, którego brzegi pokryte były cieniutką warstewką lodu. Im bliżej plaży, tym łatwiej było się poruszać. Zapach Klanu Nocy nasilał się.
— Mam prośbę — odezwała się w końcu. 
— Hm? 
— Nie odzywaj się — powiedziała całkowicie bez emocji, bez skrupułów.
— To po co mnie tu wzięłaś, nie odpowiedziałaś wcześniej. — Dusza wydawała się być zirytowana.
— N-nie wiem... — powiedziała szeptem, niepewnie i z dozą... żałosnej nutki. 
— Nie wiesz? — dopytał z niedowieszeniem, ale nie obruszył się znacząco. 
— Wszystko może być pomocne — dodała w końcu, aby uspokoić siebie i Piórolotkowy Trzepot. Znów zamilkli. W końcu, niczym najwspanialszy kwiat, dotarł do niej zapach Mżącego Przelotu. Przyśpieszyła mimo zmęczenia i bólu łap, których poduszeczki były przemarznięte i piekące. Usłyszała, że wojowniczka również zaczęła pędzić w jej stronę, w końcu przecinając nocną ciszę swoim miłym głosem. 
— Dobry wieczór Ciemko! — Zwolniła, aby nie uderzyć w zbliżającą się iskierkę. W końcu napotkała pysk przyjaciółki; polizała ją po policzku, a następnie przesunęła policzkiem po jej mordce, aż zatopiła swoją w puchatej kryzie. — Stęskniłam się.
— J-ja też, ale... — zaczęła, ale słowa ugrzęzły jej w gardle. Pierwszy raz miała faktycznie... ochotę wyżalić się przyjaciółce, a nie mogła... Nie mogła teraz przejmować się swoimi problemami. Dusza na nią liczy, a powoli kończyły jej się pomysły.
"Będziesz musiała znów sięgnąć po mak... Nie ma innego wyjścia." — Myśl pojawiła się w jej głowie, ale kocica odtrąciła ją. 
— Mżawko... Posłuchaj mnie, dobrze — poprosiła twardo, siadając na ogonie i próbując ogrzać spód łap. 
— Dobrze, oczywiście. Czy stało się coś poważnego? — Głos starszej widocznie wskazywał na jej przejęcie. 
— Mam ducha... — wypluła te słowa tak szybko, że nie przyjaciółka nie miała czasu nawet zareagować, gdyż Ćmi Księżyc kontynuowała. — O-on... Był od was, ale... potem nie, no i nie wiem, co z nim zrobić... I lata za mną, i-i... Jest tu też

<Mżafko?>

04 czerwca 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Ćmiego Księżyca

Spojrzała na pyszczek Ciemki. Szarawy nosek odsunął się od jej łapy, a słowa wybrzmiały z nutą nadziei, której Mżawka nie rozumiała. Dlaczego utrata czegoś tak ważnego miała być darem? Oczywiście, była pewna, że dla przyjaciółki jako medyczki ważne mogły być inne rzeczy, może czyny Gwiezdnych miały dla niej jeszcze większą wagę… Ale tego nie rozumiała.
— Może i masz rację — miauknęła w końcu, stawiając łapę na ziemi. — Ale co jest ważne, ważniejsze od tego, co mamy teraz? Nie wyobrażam sobie nie móc już ujrzeć mordki żadnego z moich bliskich, ryb w rzece czy słońca, które odbija się od wody… Bałabym się, że zapomniałabym, jak wyglądają. Jakim przepięknym światem nas obdarzono.
Zamrugała, przenosząc wzrok gdzieś na horyzont. Może jednak umiałaby to sobie wyobrazić? Czy nadal pamięta każdą rysę pysków jej sióstr, te jasne iskierki w ich oczach? Gdy próbowała je do siebie przywołać, były zaledwie marnym, rozmazanym obrazem - niczym odbicie w tafli wody. Poczuła ukłucie w sercu, bezskutecznie próbując wyostrzyć wzrok. Umykały jej pręgi, białe łatki, postrzępione uszy. Czy one też o niej zapomniały?
— Według mnie, nie wszystko da się zastąpić — kontynuowała. — Jeżeli… Jeżeli jesteś jednak szczęśliwa, to nie mogłabym się tobie sprzeciwiać, nieprawdaż? Wiesz w tej dziedzinie pewnie więcej odemnie, i kto wie, może teraz ukażą ci się rzeczy, o których ją nie mogłabym nawet pomyśleć.
Oparła podbródek na czole przyjaciółki. Drżący oddech połaskotał jej szyję.
— Widok innych teraz zastąpiły ci ich głosy — podsumowała. — Zapachy. Kroki. Nawet nie umiem wyobrazic sobie rozpoznawania ziół; dla mnie wszystko pachnie tak samo. Czy… Czy trudno jest się przyzwyczaić?
Poczuła, jak Ćma przekręca lekko główkę.
— Na początku — miauknęła cicho, owijając łapki ogonem. Mżawka przytaknęła, przymykając ślipia.
— Jesteś bardzo dzielna.

***

Podniosła spojrzenie znad kwiecia, które ktoś położył na grobie Syreniego Lamentu. Marne jeszcze, nie rozkwitnięte do końca maki. Te, których ziarenka medyczka podawała pointce; prawdopodobnie pozostawione przez Stokrotkę czy jej męża. Przekręciła nieco głowę. Też by mogła czasem się do tego przyłożyć, odgarnąć opadłe liście czy inny bałagan z ziemi, która przykrywała ciało Syrenki.
Westchnęła cicho, podnosząc się na łapy i odwracając się. Z czasem jednak pozwoliła myślom o kotce oddalić się i zamazać, zejść na drugi plan. Była zbyt rozedrgana, aby rozpaczać nad kolejną rzeczą; nawet, jeżeli czuła, że to źle. Wcześniej reszta jej przyjaciółek przechodziła przez żałobę, a teraz ona próbowała to nadrobić, aby poczucie winy od niej uciekło.
Ruszyła w drugą stronę, mijając obóz i kontynuując prosto. Spojrzała na powoli zniżające się słońce, malujące klify w oddali złotym blaskiem. Łapy same zabrały ją w znanym już dobrze kierunku; nos prędko wyczuł granicę. Przysiadła pod jednym ze znajomych krzewów, odrywając swoje myśli od Syrenki i innych chwil, kiedy miała wrażenie, że zawiodła. Przylizała parę odstających kępek sierści na piersi, czując także pod językiem chropowatą skórę. Skórę blizn, które teraz już nie bolały - ale i tak naznaczały więcej powierzchni jej ciała, nóż by sobie tego życzyła. Nie zasługiwała na nie; jednak taka była teraz rzeczywistość, i żyła z nimi, dzień w dzień. Dni od wojny mijały powoli, cały świat zwolnił. Miała wrażenie, jakby cała bitwa stoczyła się wiele księżycy temu, a wszystkie rany - te zewnętrzne i wewnętrzne - zdążyły dawno zasklepić. Pozostała tylko monotonna codzienność, dni i noce spędzane na rozmyślaniu, bardziej i mniej świadomym.
Zauważyła pyszczek Ciemki w kąciku jej oka. Szaro-białe łapki stąpały po jasnym piasku, po chwili zatrzymując się. Głowa koteczki odwróciła się w jej kierunku.
— Witaj Ciemko — miauknęła, podnosząc się z ziemi i podchodząc bliżej. Otarła się policzkiem o ten młodszej, uśmiechając się lekko. — Dawno się nie widziałyśmy. Ah, tyle się zdążyło zadziać…
Blade ślipia Ćmy zwróciły się w jej stronę; coś ukłuło ją w sercu, ale nie tak bardzo, jak ostatnio. Usiadła na plaży, wystawiając mordkę do słońca.
— Jak sobie radzisz? Mam nadzieję, że świetnie — kąciki jej pyszczka uniosły się. — Jejku, ale ty musisz być uzdolniona. Mój nos nie wyczuł by różnicy poza… Makiem a bratkiem, a co dopiero różnymi liśćmi.
— D-dobrze — szepnęła srebrna, nieco zawstydzona. Po chwili jednak podniosła mordkę do góry. — Opowiedz.
— Dużo jest do opowiadania — miauknęła, mrużąc ślipia. — Dostałam pod opiekę drugiego ucznia — zaczęła, z nutką dumy w głosie. — A właściwie uczennicę, Świteziankową Łapę. Biedulka nie rozpoczęła życia najlepiej, ale staramy się pomóc jej wyjść na prostą. Jest… Troszkę podobna do ciebie. Nie wydaje mi się, aby kiedyś odezwała się do mniej czymś więcej niż słówkiem — zachichotała. — Nie wyobrażam sobie, jak ja musieli wcześniej traktować… Byłam naprawdę zdziwiona, kiedy Spieniona Gwiazda przydzieliła mi ją jako uczennicę. Muszę przyznać, nie byłam jeszcze gotowa, ale jestem… Wdzięczna, że mi zaufała. Może jednak nie walczyłam na marne — westchnęła, strzepując uchem.
Ciemka wyprostowała się nieco, a na jej mordkę wstąpił wyraz zaskoczenia. Może zmartwienia.
— Walczyłaś? — spytała się cicho, jak gdyby nie dosłyszała. Mżawka zamruczała, przytakując; jednak moment później zastygła w miejscu.
— O jeju, bo ty przecież nie słyszałaś — uświadomiła sobie. — Nie widziałam ciebie na ostatnim zgromadzeniu, no właśnie. Jakby to ten… Jakiś czas temu, właściwie, to już długie księżyce, nieopodal naszych terenów pojawiła się grupa włóczęg — zaczęła wyjaśniać, wzdrygając się nieco na samą myśl o tym, do czego grupa samotników się przyczyniła. Czy powinna klifiaczce mówić o wszystkim? — Podkradali zwierzynę, atakowali patrole… Aż porwali jedną z naszych medyczek. Spieniona Gwiazda prędko podjęła decyzję, i już parę wschodów słońca później znaleźliśmy ich obóz. Chyba można się domyślić, co się później stało — parsknęła cicho, tracąc jednak uśmiech z pyska. — Byłam jednym z dowódców. Co prawda, nie poszło mi chyba najlepiej, bo parę razy… Parę razy trzeba było mnie ratować, ale udało nam się odzyskać naszą medyczkę. Nawet udało mi się zatrzymać tą, która ją więziła; chciała dać nogę gdzieś do lasu, ale ja byłam szybsza — pochwały Mandarynkowego Pióra czy Nimfiego Zwierciadła nadal kryły się w jej pamięci. — Wróciliśmy… Z paroma stratami, trochę poharatani, ale nikt już nam nie będzie przeszkadzał.


<Ćmo Ciemko?>

08 maja 2025

Od Ćmiego Księżyca CD. Mżącego Przelotu

— Zawsze byłeś taki porządny i rozsądny braciszku — powiedziała siedząca kilka kroków dalej Wieczne Zaćmienie. Kotka wróciła przed chwilką z wyprawy po zioła. Zazwyczaj to na nią spadała odpowiedzialność pozyskiwania leków i pomocy medycznych; Liściaste Futro była coraz starsza, a co ważniejsze, była najbardziej doświadczona, więc najlepiej było, aby ta jak najwięcej czasu spędzała w obozie - bezpieczna i gotowa, aby w każdym momencie wyciągnąć do swoich współklanowiczów pomocną łapę. No i musiała czuwać nad Ćmim Księżycem. Wszyscy zdawali się uważać, że muszą czuwać nad Ćmim Księżycem.
To właśnie srebrzysta kotka powolutku owijała przednią łapę starszego brata po tym, jak usztywniła ją za pomocą patyka. Kocur krzywił się z każdym bardziej nagłym ruchem medyczki, posyłając jej przy tym karcące spojrzenia. Wciąż jednak zapominał, że młodsza na nie nie zareaguje; nawet jakby chciała.
— Co się tak marszczysz? Zaraz ci tak zostanie — skarciła go szylkretka, broniąc młodszej siostry przed spojrzeniem Rozświetlonej Skóry. — A tak dokładnie, jak zdołałeś na jednym treningu, który spodziewam się, że nie mógł trwać zbyt długo, sam wybić sobie bark, a swojego ucznia wepchnąć do szczurzej nory?
— Kiepski zbieg okoliczności — burknął pod nosem obrażony wojownik. Młodszy kocurek, który nie mówił nic, jedynie przysłuchiwał się rozmowom. Rana na tylnej nodze zaczynała go strasznie swędzieć i puchła, a widok tych wyszczerzonych siekaczy wciąż pozostawał w jego głowie.
— Staniesz? — wymruczała nagle Ćmi Księżyc, nie podnosząc nawet głowy. Biały kocur powoli postawił łapę i z widocznym dyskomfortem przeniósł na nią ciężar.
— Miałeś stanąć, a nie naciskać całym cielskiem na jedną kończynę — skarciła go znów Zaćmienie, ale brat jedynie przewrócił oczami.
— Czepiasz się — rzucił do szylkretowej, a następnie zbliżył się do ucha drugiej. — Jest dobrze, dzięki.
— Ciemka jest ślepa, a nie głucha; nie wrzeszcz jej do ucha. — Kocica trzepnęła go w ucho. Wojownik odskoczył, wpadając na Złotą Łapę.
— Ah! Najmocniej przepraszam, mogłem się odsunąć, ale... Zaczynam nie czuć łapy — powiedział uczeń.
— Wiesz, ze nie musisz się tak podlizywać naszemu bratu, prawda? — Szylkretka uśmiechnęła się z politowaniem, ale bengal jedynie pokręcił głową.
Ćmi Księżyc nie ingerowała z te rozmowy. Zaciągnęła się zapachem legowiska; dobrze wiedziała, gdzie co jest, a zioło, którego szukała, miało na szczęście bardzo mocną i charakterystyczną woń. Powstała i podreptała cichutko do jednej ze skalnych półek, gdzie leżał czosnek niedźwiedzi. Wzięła go do pyska, a następnie, gdy niemal czuła na nosie ciepło ciała terminatora, przełożyła go w łapę i potarła o ziemie. Następnie wtarła go w ranę po ugryzieniu; powtórzyła tę czynność kilkukrotnie.
— Czy boli? — zapytała cicho srebrna kotka. Złota Łapa pokiwał łebkiem na nie, ale kiedy tylko zobaczył podniesioną brew mentora, zdał sobie sprawę, że machać może sobie ile chce, ale skutków to nie da żadnych.
— A-a... Nie, nie, wszystko ustało, Szanowna Pani wielkie Ci dzięki — wydukał lekko zawstydzony. Medyczka skinęła delikatnie łebkiem, od razu biorąc się za odkładanie używanych wcześniej użytych medykamentów. Cisza, która zapanowała, była niczym nieme polecenie opuszczenia lecznicy.
Znak szybko został odczytany, a dwójka poszkodowanych zajęła się swoimi sprawami, dostając jeszcze szybki rozkaz od Wiecznego Zaćmienia, że nie mają dziś, ani jutro nadwyrężać kończyn.
Ślepa szybko uwinęła się z tym zadaniem, a następnie, również bez słowa, skierowała się na zewnątrz legowiska, a następnie w kierunku wodospadu. Poczuła, jak ciepłe futro ociera się o jej bok, a do nosa dociera zapach siostry.
— Gdzie się wybierasz, Ciemko? — zapytała niby lekko, ale słychać było lekki strach w jej tonie głosu.
— Na spacer... Nad morze... — mruknęła.
— Ale że sama? Może poprosimy kogoś, aby poszedł z tobą? Z kim chciałabyś pójść? Może mamy będą wolne... Powinny już wrócić z patrolu i treningu — zamyśliła się medyczka, wciąż idąc powoli u boku młodszej.
— Nie trzeba — rzuciła i przyśpieszyła znacznie. Wieczne Zaćmienie nie nalegała; jej siostra nie potrzebowała opiekunki. Nawet jeśli kotka chciała chronić ją najbardziej na świecie, musiała zmusić się do odpuszczenia.
Ćmi Księżyc opuściła obóz.

* * *

Chociaż odwrócenie wzroku od przyjaciółki nie miałoby żadnego sensu, i tak spuściła go na swoje łapy. Myślała o tym. Myślała o tym, że Mżawka będzie... No właśnie, co czuje względem niej Mżawka? Czy jest na nią zła? Czy czuję żal? To, co umiała wyczytać z jej drżącego, łamiącego się głosu, to okropne osłupienie i szok, który wręcz emanował z wojowniczki.
— T-to nic... — odparła niemal niesłyszalnie. Kotka jednak spędziła już tyle miłych wieczorów, tyle razy rozmawiały na zgromadzeniu, że była w stanie usłyszeć nawet najcichszy pomruk.
— Ah! Jak ty możesz tak mówić? Oh... Moja Droga Ciemko... Daj mi spojrzeć. — Jej głos był żałosny, a sam jego dźwięk sprawiał, że serce kruszyło się w drobnej piersi młodszej. Mżący Przelot wierzchem łapy podniosła jej pyszczek i, jak przynajmniej zgadywała, wpatrywała się w jej zamglone oblicze. — Cz-czy... Czy coś, cokolwiek jeszcze możesz ujrzeć? — wydukała.
— Tylko to... — zamilkła na moment. W miejscu, gdzie musiała stać przyjaciółka, widziała gwiazdkę, chociaż przeczuwała, że niebo, które zrobiło się od czasu jej wyjścia, a szwendała się po terenach niemal cały dzień, granatowe, powinno być znacznie, znacznie wyżej. — ... Co ukażą mi Gwiazdy. — Nie było sensu kłamać. Ćma nie miała po co ukrywać tego, że jest to dar właśnie od Przodków. Wiele kotów tego nie rozumiało. Wielu odsuwało się od niej; to rzekł jej pewnego razu Promieniste Słońce. Brat uznał, że będzie na tyle dobromyślny, że przekaże jej tę okrutną prawdę, ale kiedy siostra nie pokazała żadnych oznak strachu, smutku czy lęku, fuknął i szybko odszedł, nawet nie dokańczając drozda. Czy Mżawka, jej Droga Mżawka, postąpi tak samo? Uzna to nie za podarunek, ale za koszmarną klątwę, która będzie niczym piekące znamię, pokazujące wszystkim, że medyczka oddaliła się od swojego przeznaczenia? Mimo że było to okrutne, wolała, aby koty myślały tak i szkalowały jej osobę, ale nie obarczali Klanu Gwiazdy. Nie chciała słów otuchy, nie chciała wysłuchiwać przekleństw skierowanych do Przodków. Zniesie upokorzenie siebie, ale nie mogłaby stać bezczynnie, kiedy ktoś miesza z błotem Gwiazdy na Niebie.
— Ale czemu to musiałaś być ty..? Tyle kotów, tyle możliwych kotów do wyboru, a to ty już nigdy nie ujrzysz kwitnącej łąki, ani pięknego morza... — Wciąż czuła ciepło ciała wojowniczki na swojej brodzie. Pochyliła głowę tak, aby dotknąć łapę brązowookiej swoim noskiem; gest był pełen pocieszenia. — Dlaczego mnie próbujesz uspokoić, dlaczego mi okazujesz wsparcie, skoro to ja powinnam ci je okazywać. — Nocniaczka pokręciła łbem zrezygnowana.
— Kwiaty mają woń — zaczęła powoli. W jej głosie nie było smutku, ani nawet tak częstej senności lub strachu; ton był czysty, wypełniony... Nadzieją? — Fale szumią... Po co mam wzrok, jeśli tak wielu, którzy go posiadają, są ślepi na to, co ważne?


<Mżawiuncja?>

Wyleczeni: Złota Łapa, Rozświetlona Skóra

30 marca 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Ćmiego Księżyca

*timeskip, księżyc później*

Gwiazdy powoli pokazywały się na szarym niebie, gdy siedziała wraz z Ciemką na plaży. Słońce zdążyło już zajść, barwiąc horyzont na lekkie pomarańcze i róże. Gdy spoglądała na przyjaciółkę, mogłaby przysiąc, że i na jej srebrnym futerku odbijają się śliczne kolory. Siedziały tak już przez dłuższy czas, gdy skończyły się tematy, na które mogły by rozmawiać. Żadnej z nich to nie przeszkadzało.
Medyczka podniosła spojrzenie na niebo, gdzie powoli zaczął pojawiać się księżyc. Przypatrzyła się blademu sierpowi, a Mżawka podążyła w jej ślady.
— Jest śliczny, prawda?
— Prawda — przytaknęła jej cicho koteczka. — Niedługo spotkanie medyków...
Połączenie faktów zajęło jej moment, ale prędko podchwyciła temat.
— Może to okazja, aby i twoja siostra została medyczką? — zaproponowała — Powiedz mi... Czy jest to straszne przeżycie? Ja na pewno bałabym się kontaktować z przodkami...
Oczy srebrnej zaiskrzyły lekko.
— To wręcz cudne przeżycie — westchnęła, pochmurniejąc jednak lekko. — Ale nie mogę ci dużo powiedzieć. To by było... Nieodpowiednie.
— Oczywiście, rozumiem — zapewniła ją szybko. — W  takim razie, mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawić. Pozdrów siostrę ode mnie!

***

Przewróciła się na bok na swoim posłaniu, próbując zmrużyć oczy choć na moment. Westchnęła, czując, jak niepokój kłębi się jej w brzuchu. Niczym chmara motyli. Lub bardziej natrętnych much z ich drobnymi skrzydełkami. Ściskały jej wnętrzności, nieprzyjemnie łaskocząc po bokach. Dlaczego? Nie miała przecież powodów do strachu. Ani do obaw. 
Oparła głowę o mech i wbiła spojrzenie nieobecnych oczu w liściaste sklepienie legowiska. To na pewno nic. Nie miała powodów do niepokoju, musiała się po prostu przespać. Tak czasami chyba było.

***

Może jednak miała powody do niepokoju. Siedziała między drzewami, obserwując granice z klanem Klifu. Ta, na którą czekała, nie zjawiała się już przez długi czas. Nerwowo polizała wargi, patrząc na plaże, nie należącą już do jej terytorium. Wypatrywała Ciemki, mrużąc powieki i wytężając wzrok. 
Nawet gdy słońce zniknęło, porwane falami morza, po srebrnej koteczce nie zauważyła nawet śladu. Wolała nie myśleć, dlaczego się nie pokazała, chociaż na krótką chwilkę - w końcu na pewno była zajęta, tak sobie to tłumaczyła. Mimo to w krańce jej umysłu wkradały się gorsze scenariusze, których nawet nie chciała wymawiać na głos, aby przypadkiem nie zapeszyć.
Gdy łapki zaczęły jej marznąć, a zimny wiatr zmierzwił futro, podniosła się z ziemi. Rzuciła ostatnie, smutne spojrzenie w stronę klifów i odwróciła się. Zaczęła powolnym krokiem zagłębiać się w las, kierując się do obozu. Może zobaczy ją na następnym zgromadzeniu i rozwieje swoje wątpliwości.

***

Nie spotkała jej na zgromadzeniu, jednak nie poddawała się i jeszcze raz wybrała się w drogę do ich miejsca spotkań. Miała nadzieję, że tym razem przyjaciółka uraczy ją widokiem swojego pysia i zapewni, że nic się jej nie stało. Że była zapracowana, zajęta pomaganiem chorym i opieką nad klanem.
Późne promienie słońca ogrzewały jej grzbiet, tworząc także wzorki na trawie, gdy przebijały się przez korony drzew. Wyciągnęła w ich stronę pysk, licząc, że ich blask rozświetli trochę jej myśli. Po niedługim czasie dotarła na granice, decydując się usiąść miedzy kępami wysokiej trawy. Pospiesznie wyczyściła futerko próbując ukoić nieco swoje nerwy, jak i podekscytowanie. Czas nieco jej się później dłużył, ale słońce nadal pozostawało raczej wysoko na niebie, więc miała go dużo. Bardzo dużo.
Zrezygnowała z wpatrywania się w klify i majaczące nad nimi chmury, bo jeszcze jej imaginacja ujrzałaby tam przedwcześnie futerko przyjaciółki i rwałaby się na powitanie niepotrzebnie. Uznała, że mogłaby zapolować. Przydać się na coś, może Ciemka będzie głodna. Zaczęła skradać się między krzewami i węszyć uważnie. Już po krótkim czasie pod łapy nawinęła się jej drobna mysz, którą prędko złapała. Podniosła głowę ze zdobyczą w szczękach i odwróciła się, zabierając ją na poprzednio zajęte miejsce i odłożyła, podniosła głowę... I zastygła w miejscu.
Pyszczek zaczął się jej radować na widok przyjaciółki. Od razu podskoczyła do nie, uśmiechając się szczerze, patrząc jej w oczy... Zamarła na moment. Prześliczne, blade ślepia medyczki, niczym dwie gwiazdki, były zamglone i nieco nieobecne. Niegdyś ostre źrenice rozmyły się księżycowo białym blaskiem.
— Ciemko..? — głos jej zadrżał, mimo, że tego nie chciała. Przysunęła się o kroczek bliżej. — Jak ja cię dawno nie widziałam... Dlaczego? Co ci się stało... Moja droga? Ktoś Cię skrzywdził? Oh, Ciemko — miauknęła przestraszona, a jej wąsy zadrżały.

<psiapsia?>

19 marca 2025

Od Ćmiego Księżyca CD. Mżącego Przelotu

 Oh... Jak przyjaciółka dobrze ją znała... Chociaż Ćmi Księżyc nie potrzebowała znać dokładnej przyczyny frasunków Mżawki, aby wpuścić je do swojego, już i tak przepełnionego obawami, serduszka. Może nawet pogorszyło to całą sytuację. Gdyby problemami wojowniczki okazał się ból ucha, głupiutka kłótnia z którymś synem albo powtarzające się, liche w myszy polowania, nadmierne martwienie się, byłoby niepotrzebnym marnowaniem czasu i psuciem sobie nastroju, jednak teraz do głowy medyczki napływały same najgorsze scenariusze. Od takich strasznych rzeczy jak śmierć najbliższych z Klanu Nocy aż do iście abstrakcyjnych i niemożliwych jak nękanie przez duchy z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. 
Aż przeszedł ją dreszcz... Nie mogła o tym myśleć. Nie poradziłaby sobie gdyby Mżący Przelot ją zostawiła; nieważne czy chodziłoby o porzucenie jej przyjaźni, czy o odejście w gwiezdną podróż. 
"Ah! Co ty mówisz! Nie możesz nawet myśleć o takich okropnościach. Sprowadzisz jeszcze kiedyś na kogoś zło i nieszczęście! To prawie jakbyś życzyła swojej drogiej przyjaciółce, aby już wybiegła polować na Srebrną Skórkę... Okropna, straszna, godna pożałowania z ciebie kotka, Ćmi Księżycu" — zbeształa siebie samą okrutnie. 
Zapomniała, o czym dokładnie mówiła wojowniczka. Próbowała odnaleźć zagubiony wątek w jej mordce, ale jedyne co ujrzała to delikatnie zaszklone oczy i ledwie drgające wąsiki. Serce zabiło jej szybciej, po czym, jak jej się zdawało, z bólem nabyło rysę. Widok koteczki, która zawsze była rozweseloną podporą dla Ćmiego Księżyca, wpatrującej się w nią tymi rozedrganymi ślepiami... Czy miała dociekać? Czy tego chciałaby jej droga koleżanka? Czy to był cichy płacz o pomoc, czy raczej niezbyt udana próba ukrycia faktycznych emocji... Nie wiedziała. 
"Przestań... Po co miałaby iść po rade do ciebie? Nie radzisz sobie z tym, co dzieje się w twojej głowie, a co dopiero z problemami innych... Na pewno ma poważniejsze rzeczy na głowie niż ty. Ty tylko sobie wszystko wmawiasz, wymyślasz kłopoty, których nie ma. A to wszystko, aby usprawiedliwić swoją nieudolność." — Głosy rozbrzmiewały, rozlewając się po całym ciele w postaci zimnego potu. Medyczka wbiła pazury w twarde podłoże. Zagryzła zęby. Czemu to wszystko było takie skomplikowane i zagmatwane?! Sama myśl o próbie pokonania przeciwności, które stoją na JEJ drodze, obdzierała ją z wszelkich sił, a co dopiero walka z problemami innych... Ale nie mogła tak zostawić Mżawki. Swojej miłej Mżawki... Więc, co mogła zrobić? W jaki sposób mogłaby pomóc, odgonić niemiłe myśli, bo na pewno owe wirowały wokół nich. Czuła je, nawet jeśli dla bladych ślepi były niewidoczne. 
— M-mżawko... — szepnęła, a starsza, niczym oparzona obróciła głowę, aby spojrzeć w jej stronę.
— T-tak Ciemko? — Jej głos delikatnie dygotał, ale było to niemal niemożliwe do wyłapania. Na niekorzyść nocnej asystenta miała niesamowitą wprawę w słuchaniu innych. 
— Przejdziemy się? — zaproponowała cichutko. To, co wiedziała z własnego doświadczenia, to to, że najlepszym sposobem na pożerające od środka problemy, jest ucieczka, chociaż na momencik. Była to technika, którą stosowała na niej samej Liściaste Futro, a z czasem i Zaćmienie. Kiedy Ćma zaczynała gorączkowo kręcić się po legowisku, przesuwać i na nowo układać, już i tak posegregowane zioła, któraś z nich proponowała właśnie choćby krótką przechadzkę po obozie. Ciemne ślepia rozszerzyły się, ale szybko znów obudziła się w nich delikatna iskierka. Na białą mordkę powoli powracała szczerość uśmiechu.
— Oczywiście, z wielką przyjemnością, ale czy to na pewno dobry pomysł? Siedzenie razem w jednym miejscu to jedno, ale poruszanie się we dwójkę po terenach klanu jednej z nas? Nie chciałabym, żebyśmy wpakowały się w niepotrzebne tarapaty... — zamartwiała się wojowniczka. Miała racje i Ćmi Księżyc o tym wiedziała, ale to było jedyne rozwiązanie, jakie przychodziło jej do łepka. Zanim znalazłaby kolejne i tak pewnie znalazłby je patrol tutaj. Uśmiechnęła się krzepiącą, co rzadko się zdarzało.
— Chodźmy do ciebie... — zaproponowała i zaczęła się kierować się w stronę Klanu Nocy. Jej nikt nic nie zrobi... Przynajmniej na to liczyła; koty z klanu Mżącego Przelotu musiały być przecież porządniejsze i lepiej wychowane niż koty z Klanu Burzy. Nie spotka ją to, co Zaćmioną Łapę. Miała przynajmniej taką nadzieję... Mieli w swoich szeregach jej przyjaciółkę; nie mogli być okrutni i gwałtowni w swych czynach. Ufała im, ufała ciemnookiej. 
— Och... Wpakujesz się niepotrzebnie w kłopoty. Nie powinnyśmy tak kusić losu. 
— Medyk jest... Inaczej traktowany — zapewniała, nie zatrzymując się. Musiała zając przyjaciółkę czymś innym i jak na razie jej się udawało. Martwiła się głupimi pomysłami medyczki, a nie prawdziwymi problemami, które jeszcze przed chwilami szalały w jej głowie. Starsza nie miała wyjścia, musiała ruszyć za nią.

<Mżawko?>

21 lutego 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Ćmiego Księżyca

Lekko zaskoczona postawiła uszy, odciągając spojrzenie od fal i przenosząc je na czubek głowy kotki. Jej łapy odruchowo spięły się lekko, ale zmusiła się do ich zrelaksowania, nie chcąc nieświadomie odgonić Ciemki.
— Na pewno? — zapytała, zniżając ton głosu jeszcze bardziej — Wyglądasz na zmęczoną. Chorzy nie dają ci chwili wytchnienia? Na pewno masz łapki pełne roboty, tym bardziej taką zimną porą.
Niebiesko-biała główka poruszyła się lekko, odwracając się z powrotem w stronę morza, ale nadal pozostając oparta na jej łapach.
— M-można tak powiedzieć... — zaczęła, nerwowo przełykając ślinę. Otworzyła pyszczek poraz kolejny, ale nie przerwała ciszy, widocznie zbierając swoje myśli.
— Nie musisz niczego mi mówić — zapewniła ją szybko wojowniczka — Jeśli nie chcesz. Na pewno masz swoje prywatne sprawy, no i problemy klanu... Nie oczekuję, że wyśpiewasz mi wszystko, tak, jakbyś zrobiła to w rozmowie z przykładowo Klanem Gwiazdy, skoro już o tym wspominałaś. Możemy po prostu tutaj posiedzieć, mi się nigdzie nie śpieszy.
Z góry zauważyła, jak duże oczy Ćmy zamrugała parę razy. Srebrna przetworzyła słowa Mżawki przez parę sekund, aż w końcu skinęła głową i napięcie opuściło jej ciałko; nie była pewna czy do końca, ale to i tak krok do przodu. Starsza zamruczała cicho w odpowiedzi na to, pochylając się i dotykając czubka jej głowy szarawym noskiem. Po paru momentach cofnęła pyszczek i usadowiła się wygodnie, wciskając ogon we własny bok i leniwie wbijając spojrzenie w srebrzyste fale w oddali, na tle ostatnich smug słońca.
— Mogłabym ci coś opowiedzieć — zaproponowała — Na przykład o moim uczniu. Aby nam się nie nudziło.
Nie musiała spuszczać wzroku z horyzontu, wyczuła krótkie skinienie głową i cichy pomruk w piersi Ćmiego Księżyca. Uśmiechnęła się sama do siebie i zaczęła przeszukiwać zakątki pamięci w poszukiwaniu milszych momentów spędzonych z Mewią Łapą, czy też z pozostałą dwójką jej synów.

*teraźniejszość*

Minął prawie rok, długie parę księżycy, zanim spotkały się ponownie w okolicznościach innych niż zgromadzenie. Zimny wiatr mierzwił jej zmatowioną sierść, gdy szła pod łysymi koronami drzew. Dreszcz przeszedł jej po karku. Zima była porą, którą faworyzowała; pomimo tego, ta konkretna nie traktowała jej ulgowo. Biel śnieżynek pląsała jej przed oczami, a skóra piekła od zimna, niczym wiele małych igiełek. Była pewna, że gdzieś między bielą, między pniami brzóz i dębów, widziała czarną sierść i błyski pomarańczowych oczu. Jej umysł znowu płatał jej figle. Węgielek wyjrzała zza zmarzniętego krzewu. Pokręciła głową i odwróciła wzrok. Wypieszczona, o zadbanej mordce siostra przytruchtała do jej boku i zamruczała cicho. Zacisnęła powieki. Musiała przestać o niej myśleć.
Obrała znany już kierunek. Jej łapy zaczęły poruszać się szybciej, szybciej i szybciej. Powietrze powoli nabrało słonego posmaku, a drzewa przerzedziły się. Oszroniona trawa zamieniła się w piasek, drobne kamienie przyszczypywały poduszki jej łap. Wysokie klify wyłoniły się z pomiędzy mgły i śniegu, nadal w oddali, majacząc nad falami morza. 
Zatrzymała się nagle. Złapała oddech, nie wiedząc, kiedy zaczęła biec. Ani dlaczego. Jej głowa pochyliła się akurat w momencie, gdy lodowata fala wody wpłynęła na piasek, cofając się tuż przed jej łapami. Wbiła wzrok w mokry ślad. Wiatr szarpnął mocno jej futrem, ale nie dotarło to do niej zbytnio. Zmarszczyła brwi. Nie powinna tutaj stać, jeszcze nabawi się przeziębienia, i odwoła więcej treningów z Mewą. A nie mogła ciągle tego robić.
Gdzieś daleko, z tyłu głowy, dobiegł do niej cichy głos. Otrząsnęła się, chcąc go odgonić; będąc przekonana, że Węgielek ponownie zagląda do jej myśli i próbuje się pomiędzy nie wcisnąć. Ustał na moment, zanim ponownie rozległ się po ciszy plaży.
— Mżawko? 
Jej ślepia ożywiły się, niby otworzyły, mimo tego, że ich wcześniej nie zamknęła. Czucie powróciło do jej kończyn, a wzrok nieco wyostrzył. Nie był to głos, którego się spodziewała. Odwróciła się powoli. Początkowo zauważyła tylko własne ślady na mokrym piachu. Jednak parę lisich susów dalej, ledwo co trzęsąc się z zimna, stała znajoma jej mordka. Drastycznie inna od tej należącej do siostry. 
— Ciemko? — zamrugała zaskoczona, stawiając niepewny krok do przodu. Srebrna rozejrzała się niepewnie zanim skinęła głową, zapraszając ją bliżej. Mżawka podniosła zdrętwiałe łapy i odeszła od wody. Jej szum nadal wypełniał szare uszy.
— Witaj... — miauknęła młodsza cichym głosem. Jej futro było napuszone, grzbiet opruszony bielą. Dymna rozpromieniła się nieco, nadal jednak lekko odsunięta od rzeczywistości; znalezienie słów zajęło jej parę chwil.
— Jak dobrze Cię widzieć, m-moja droga — tym razem to ona zająknęła się nieco — Co ciebie tu sprowadza w taki mróz? Niech zgadnę, kolejne obowiązki?
Zebrała myśli, czekając na odpowiedź, i wskazała głową ośnieżoną polanę z paroma drzewami, niemal na wyciągnięcie łapy. Ciemka skinęła głową i podążyła za nią w tamtym kierunku. Posłała jej zmartwione spojrzenie, gdy dymna potknęła się o własne łapy conajmniej dwa razy. Jednak ta nie zauważyła tego, zajęta strzepywaniem śniegu z wąsów. Nie zauważyła, kiedy nazbierało się go tam tak dużo.
— Zioła — odpowiedziała w końcu młodsza, gdy wojowniczka usadowiła się pod ochroną paru wiodkich brzóz — I świeże p-powietrze.
Mżawka uśmiechnęła się w jej stronę. Poklepała ogonem miejsce obok, zapraszając koleżankę na pośpiesznie odśnieżone miejsce. Srebrna zastygła na chwilę, ale końcowo przycupnęła na trawie. Jej futro nieco się przygladziło, może z braku wiatru, ale wzrok pozostał nieco rozbiegany.
— Ah, rozumiem... Musicie uzupełnić zapasy, zanim mróz wszystko zniszczy — wydedukowała, nie poruszona krótkimi odpowiedziami. To ona zawsze strzępiła język — Jestem pewna, że nasze medyczki też robią coś podobnego. 
— A ty? — spytała pręgowana, nieco drżącym głosikiem. Mżawka miała wrażenie, że jej myśli znowu muszą owijać jakieś zmartwienia — W-wyglądałaś nieswojo...
Wojowniczka zamyśliła się na moment. Pazury wysunęły się i wbiły w trawę, ugniatając ją. Było bardzo zimno. Dopiero teraz to do niej dotarło.
— Początkowo miałam polować — miauknęła — Ale nie na ryby, woda jest zbyt lodowata, abym długo moczyła w niej łapy. Już i tak musiałam się przeprawić przez rzekę, aby dojść na tą stronę — Aby potwierdzić te słowa, podniosła jedną z kończyn i pokazała koleżance długie, wcześniej mokre futro na brzuchu. Teraz pokrywały je jedynie lodowe kryształki, sklejając kosmyki sierści. Wydęła dolną wargę i strzepnęła ich część — Nie jestem pewna, co robiłam na plaży.
Ćma łypnęła na nią bladym okiem. Wyglądała na zmęczoną. Zmartwienia rysowały się na jej pysku niczym zmarszczki. Chciałby się zapytać, co zaprząta jej głowę, ale wiedziała, że ta nie była wielce otwarta. Nie chciała sprawić, aby poczuła się niekomfortowo, ani nalegać.
— Jak się miewasz? — zapytała jednak. W końcu nie było to jakieś dogłębne pytanie, nie musiała się martwić o jego zły odbiór — Miło spędziłaś czas od ostatniego zgromadzenia?
Srebrna odwróciła wzrok, niezdecydowana. Po jej karku przeszedł dreszcz. Końcowo wzruszyła barkami i przybrała niepewną minę.
— Było... Lepiej — mruknęła po paru momentach ciszy. To była kolej Mżawki, aby zmarszczyć brwi z troską — Ale k-klan Gwiazdy ma nas w opiece.
Zwróciła w jej stronę głowę. Jej mordka otworzyła się, aby skomentować, ale na razie nie powiedziała nic. Zapadła cisza; kątem oka zauważyła, jak Ćma wznosi wzrok do góry, niby w gwiazdy, i kuli się w sobie. Gdyby nie odbijające się od śniegu światło, mogłaby zapomnieć, że jest środek dnia.
— Mam taką nadzieję — miauknęła, chcąc podnieść towarzyszkę na duchu — Przykro mi. Pamiętaj proszę, że zawsze możesz przyjść do mnie po wsparcie, czy radę, dobrze? — jej mordka wygięła się nieco w podkówkę, gdy w końcu złączyła z przyjaciółką wzrok — Nie chcę nalegać, ale nie zamartwiaj się sama. Jak nie do mnie, to idź do siostry, proszę.
Młodsza była widocznie zaskoczona jej słowami. Przełknęła nerwowo ślinę i prędko skinęła głową. Mżawka posłała jej delikatny uśmiech i odwróciła spojrzenie, aby jej nie stresować. Wbiła je w fale na horyzoncie. 
— A u c-ciebie? — srebrna szybko zmieniła temat, nie dając Mżawce momentu na głębsze zamartwianie. Nie uznała tego za coś dziwnego. Na pewno to nic poważnego.
Tym razem to jej myśli uciekły gdzieś w bok. Niepewnie polizała wargę i owinęła ogonem ciasno łapy.
— Bywa różnie. Jestem głównie zajęta treningami, tak jak Ci opowiadałam, i w teorii nic nie odchodzi od normy... — mruknęła, krzywiąc się — Dziwnie to zabrzmiało, wybacz. Ostatnimi czasy czuję się jakoś... Nieswojo. Ale to nie istotne, na pewno ma się do tego szaro-bura pogoda — zapewniła koteczkę, nagle zalana wątpliwościami, co powinna mówić, do czego się przyznawać.
Owiał ja zimny wiatr. Wzdrygnęła się lekko i wbiła pazury w oszronioną ziemię. Ponownie poczuła się nieswoja, ale tym razem z innego, znanego powodu. Wstyd zaczął kłębić się z tyłu jej głowy, uszy ją zapiekły. Nie chciała mówić o koszmarach, o dysocjacji, o tych wszystkich momentach, które uciekały jej w mgnieniu oka, gdy zamyśliła się niby na moment. O słowach, które głosem matki dudniły między jej myślami, o słowach które matce by powiedziała. Wyszła by na głupią. Nie chciała, aby Ćma myślała, że coś jest nie tak, że zachowuje się jak ogarnięte paranojami dziecko.
— W-wiesz, chciałam Ci coś zaproponować — kontynuowała powoli, zmieniając temat, gdy młodsza nie zdecydowała się odezwać; kątem oka zauważyła, jak barki medyczki spinają się lekko, więc prędko zebrała myśli i kontynuowała — Bardzo trudno jest nam znaleźć poza zgromadzeniami, a czasem nawet na nich, więc pomyślałam, że może... Ustaliłybyśmy sobie jeden dzień danego księżyca, w którym spotykałybyśmy się w tych okolicach. Nie musisz się zgadzać, ale uwielbiam z tobą, Ciemko, spędzać czas i serce mi się kraja, gdy przez długi czas nie widzę nawet najdrobniejszego twojego śladu.
Srebrna mordka odwróciła się jej stronę z wymalowaną na niej nutką zaskoczenia. Zastanawiała się przez chwilę. Spojrzenie bladych oczu uciekło gdzieś w dal, ale kąciki jej pysia uniosły się lekko.
— Mogłybyśmy... — młodsza nabrała drżący oddech. Mimo początkowych obaw Mżawki koteczka szybko się rozpromieniła, przynajmniej na tyle, aby mogła mieć pewność, że nie sprawiła jej żadnego dyskomfortu — Kiedy?
— W połowie księżyca, może trochę przed zmrokiem? — zaproponowała — Jestem pewna, że każda z nas znalazła by odrobinę czasu... Chyba, że masz wiele ważnych obowiązków. Nie mogłabym cię prosić o zaniedbywanie twojej roli dla spotkań ze mną.
Ćmi Księżyc szybko pokręciła główką.
— Nie, nie — ton jej głosu uniósł się lekko — Mam czas. D-dużo.
— Na pewno? Nie chciałabym ciebie do niczego zmuszać, ani odciągać od reszty twojego klanu...
Siedząca obok koteczka zacisnęła lekko powieki i zaprzeczyła. Jedno z jej ślipi spojrzało na nią niezdecydowanie, zanim przysunęła się o parę kroczków bliżej i przytuliła mordkę do szyi Mżawki. Wojowniczka zastygła na moment, zaskoczona. 
— Na pewno — słowa młodszej były nieco stłumione, ale nadal dotarły do jej uszu. 
Dymna ucieszyła się, ale zostało to szybko przyćmione przez wzrok, który wbił się w nią. Ostry, zmartwiony... Niepewny. Nie widziała oczu srebrnej, ale czuła ich spojrzenie. Odwzajemniła jednak uścisk. Po paru chwilach zrelaksowała się lekko; głowa Ćmy nadal pozostała na jej barku, medyczka opierała swój ciężar o starszą wojowniczkę. Wcale jej to nie przeszkadzało, wręcz cieszyło, dawało poczucie, że jednak Ciemka jest tuż obok, i to wszystko rzeczywiście dzieje się tu i teraz.
— C-co miałaś na myśli? — jej nowonabyte zadowolenie zostało przerwane przez ciche, ale zawierające nutę stanowczości słowa — Wcześniej. Przez n-nieswojo.
Spuściła nieco uszy. Jej łapy zesztywniały w objęciu przyjaciółki, która teraz podniosła głowę. Spojrzała w żółtawe, blade oczy. Nie chciała się migać, kłamać, ale nie chciała też jej zamartwiać jeszcze bardziej. Klan Gwiazdy wie, ile już ma problemów na głowie.
— Nie jestem pewna. To coś dziwnego, ale naprawdę, nie chciałabym, żebyś się martwiła — wydukała, śmiejąc się nerwowo, niezręcznie pod koniec — Nie zaprzątaj sobie myśli takimi drobnostkami, wszystko jest dobrze. Ja nie noszę na sercu twoich problemów, nie mogłabym cię obarczać moimi. Poza tym, nie miałabym jakimi.
Odwróciła wzrok, czując, jak drętwieją jej kończyny. Oczy ją zapiekły. Bródka zadrżała. Nie będzie płakać, nie będzie. 

<Ciemko?>

13 grudnia 2024

Od Ćmiej Łapy (Ćmiego Księżyca) CD. Mżącego Przelotu

Pora Zielonych Liści

Dzień był piękny; może nawet przesadnie. Słońce już jakiś czas temu minęło moment górowania i teraz powolutku chyliło się ku zasłużonemu spoczynku. Wszyscy zdawali się w końcu oddychać z ulgą; pogoda odpuszczała, a to znaczyło, że wielkimi krokami, popychana przez coraz częstszy, rześki wiatr, nadchodzi Pora Spadających Liści, a z nią rozbiegana, przygotowująca się na mrozy, zwierzyna. Chmury, zwykle puchate i białe jak jagniątka, coraz częściej przysłaniały świetlistą tarczę na niebie. Życie wracało; wreszcie można było powrócić do normalnego rytmu, a nie chować się po jaskiniach i zacienionych zagajnikach.
Dla Ćmy, która była najpewniej najokrąglejszym członkiem Klanu Klifu, gorąc był wręcz nie do wytrzymania. Czuła, jakby wszystko się w niej gotowało; od trzewi, aż po móżdżek. Dziękowała tylko Gwiezdnym, że nie odziedziczyła czarnego futerka swojej mamusi (co oczywiście nie było nawet możliwe), bo chyba skończyłaby jako rozżarzony węgielek. Chowała się po kątach w legowisku medyczek, pomagając segregować, sprzątać i przestawiać zbiory, aby sposób ich aranżacji odpowiadał Czereśniowej Gałązce i jej aktualnemu widzimisię. Nie narzekała. Lubiła te ciche, monotonne i zajmujące zadania, które nie wymagały od niej zbyt dużego nakładu sił. W tej części obozu, co można było łatwo zauważyć, panowały pewne zasady i umowy, których nikt nigdy tak naprawdę nie ustalił. Cztery kotki zamieszkujące lecznice znały się jak czubek własnego nosa. Liściaste Futro lubiła spacerować, a więc często zabierała ze sobą Zaćmioną Łapę, aby razem zapełniać skalne półki nowymi, świeżymi okazami, w tym samym czasie Ćmia Łapa wraz z najstarszą przepytywały klanowiczów o samopoczucie i zajmowały się samym legowiskiem. Nikt nie narzekał. Nikogo nie dziwił ten podział zajęć.
Tym razem było jednak inaczej. Medyczki i jej siostra zajęte były za wodospadem, a na nieszczęście, wyjście po zioła spadło na barki srebrnej. Oczywiście nie była całkowicie sama. Teoretycznie towarzyszył jej Stokrotkowa Pieśń; były uczeń mamy Bożodrzewny Kaprys, ale w praktyce polował on gdzieś bliżej plaży. Granica z Klanem Nocy była jednym z jej ulubionych miejsc. Nie wiedziała do końca dlaczego, zwłaszcza że przecież plaża ciągnęła się aż do wysokich klifów po drugiej stronie terenów Klanu Klifu. Nie było tu wiele do zbierania, ale to, co było, miało wielkie znaczenie. Wiedząc, że liliowy wojownik siedzi gdzieś w okolicy i szuka krabów czy innych potencjalnych ofiar nie czuła się zagrożona w żaden sposób. Szczerze mówiąc, koty z Klanu Nocy wydawały jej się najbardziej sympatyczne z wszystkich "obcych". Szkoda, że to akurat z nimi dzielili najkrótszą granicę. Czułaby się pewniej, gdyby ten skraweczek był wspólny z Klanem Wilka albo gdyby w ogóle nie mieliby z nimi żadnych koneksji. Przerażali ją przepotwornie...
Szum wody był uspokajający, a zapach bryzy wszechogarniający. Słonawy aromat tak namieszał jej w nosie, że niemal nie wyczuła znajomej woni. Woni, najprawdopodobniej najmilszej, najbardziej kochanej postaci spoza jej rodzimego legowiska. Prawie w tym samym momencie co poczuła, to usłyszała Mżawkę.
— Myszko? Pyziu? To ty?! — Zakołysała się na krótkich łapach. Ha? Nie wiedziała, jak ma zareagować? Przecież znały się... Dość dobrze. Tak przynajmniej określiłaby to uczennica. Brała wojowniczkę za dobrą koleżankę, być może nawet było jej najbliżej do tytułu przyjaciółki z wszystkich kotów, które znała (nie licząc Zaćmienie, która jako jedyna w pełni na niego zasługiwała). Przestraszona tą wizją, wytrzeszczyła oczy. Za to wzrok starszej, gdy tylko ją poznała, również zmienił się diametralnie; momentalnie zmiękł, a iskierki ulgi zajaśniały niczym perełki. Równie szybko coś je jednak przyćmiło. — Przepraszam cię najmocniej, C- Ciemko. Pomyliłam cię z moją siostrą… Naprawdę, jeju, jak głupio...
— Ah... To nic. — zapewniła, zanim w ogóle dotarł do niej dokładny sens słów Mżącego Przelotu. Siostra? Nigdy wcześniej nie wspominała nic o rodzeństwie, a przecież było tyle sposobności, zwłaszcza że wiedziała o Zaćmionej Łapie, wiedziała, że trenuje ze swoją... Czy to znaczy, że Myszka, czy Pyzia, nie znalazły swojego miejsca w Klanie Nocy? — Przepraszam, ale... Siostra?
— No tak... Ah, na Klan Gwiazdy, ale wyszło nieprzyjemnie, jeszcze raz cię przepraszam, moja droga. — zaśmiała się niezręcznie puchata koteczka, a jej wzrok wędrował to z czubków łap, to na okrągłą mordkę Klifiaczki. — Miałam siostrę, nawet dwie, ale są daleko. Pomyślałam, że być może, jakimś cudem, Klan Gwiazdy sprowadził je, abyśmy znów były razem. Być może zgubiła się, nie wiem, co sobie myślałam...
Wojowniczka wciąż wydawała się dość przybita swoją wpadką. Ćma pożałowała, że zapytała. Mogła przepuścić ten tema, tę wzmiankę, obok ucha. Mimo że nie była wścibska z natury, cała sytuacja zasiała w niej ziarenko ciekawości. Starała się nie wściubiać nosa w nie swoje sprawy. Nie lubiła doprowadzać innych do nieprzyjemnych stanów ani sprawiać im przykrości. Znała jednak ciężar myśli, które nie zostały wyrzucone. Znała go zbyt dobrze; był to jej niezastąpiony kompan.
— W porządku? — Młodsza podeszła bliżej. Przejęła się stanem koleżanki; nie przejmowała się, że przekroczy granice. Co się stanie, jak zrobi jeden, dwa kroki za dużo? Przecież chciała tylko ją pocieszyć. Gdy Mżawka spojrzała jej w pyszczek i napotkała parę niesamowicie zasmuconych, bladych oczu, szybko zebrała się w sobie i rozchmurzyła. Tak szybkie nałożenie maski zaskoczyło Księżyc.
— Tak! Tak! Nie martw się Ciemko, proszę, nie zniosłabym tego. Już długie nie jesteśmy razem, a ona na pewno jest bardzo, bardzo szczęśliwa i najedzona. Po prostu musiałam być zmęczona, a jakieś dziwne mroczki zasnuły mi wzrok i umysł. — zapewniała. Mimo że początkowo wahała się co do prawdomówności Nocniaczki, tak jej szczery uśmiech rozwiał wszelkie wątpliwości. Krągłe policzki uniosły się delikatnie do góry.
— Ciesze się... — mruknęła. Zapanowała cisza. Wciąż między koteczkami panował dziwny, gęsty nastrój; nie podobało się to żadnej z nich. Ćmia Łapa myślała; myślała, co mogłaby dodać, aby to wszystko stało się mniej żałosne... Przeanalizowała pośpiesznie jeszcze raz informacje, które przekazała koleżanka w swoich wypowiedziach. Ach! — S-sypiasz...?
— Słucham? — Zamrugała zdezorientowana. Klifiaczka zmarszczyła nosek; czy wyciągnęła niepoprawne wnioski? Może zrobiła z siebie głupiutkiego robaczka...
— No... Jesteś z-zmęczona. — Blady wzrok skierował się w otwartą przestrzeń między niebieskimi uszami przed nią. Zakłopotana pocierała jedną łapką o drugą; udawała, że coś ją swędzi. — Cz-czy... Chciałabyś coś?
— Tak. Znaczy nie! — zamotała się Mżawka. Wzięła wdech i zaśmiała się delikatnie z samej siebie. — Sypiam dobrze... Niczego nie potrzebuje, ale niezmierni Ci, Ciemko, dziękuje za taką troskę. Musisz być dumą całego Klanu Klifu; tak opiekuńcza medyczka na stanowisku to prawdziwy skarb! — wymruczała. Jasna, gdyby nie grube futro, stałaby tam cała czerwoniutka, niczym dorodny gil.
— T-ty na pewno jesteś lepsza! — wypaliła, a następnie sprostowała. — Jako wojowniczka.
— No zapewne! Ty masz główkę pełną tajemnych roślinek i życiodajnych, medycznych sztuczek, a ja pełną leśnych zapachów. Czy to nie jest wspaniałe? Każdy może być przydatny. Wojownik nie dałby sobie rady bez pomocy w leczeniu ran zdobytych w bojach czy uszkodzeń, których nabawił się podczas polowania. Medycy za to nie wykarmiliby się; przecież nie będą jeść jagód z krzaka, prawda? — zażartowała, mrużąc ślepka. W międzyczasie usiadła spokojnie, owijając puchaty ogon wokół ciała. Uczennica również chętnie przycupnęłaby, ale coś mówiło jej do ucha, że lepiej będzie wyglądać, w razie pojawienia się Stokrotka, jeśli nie będzie aż tak rozleniwiona i swobodna przy kimś spoza klanu. Mimo wszystko w jej ciele nie było ani jednego napiętego mięśnia.
— No tak... Ciesze się. — powiedziała, a dociekający wzrok Nocniaczki czekał na dalszą część wypowiedzi, na sprostowanie, rozwinięcie. — Że mogę być medyczką... — Znów się zarumieniła. Spotkała się z kotami, które uważały pozycje nie-wojownicze, jako gorsze, ale nie sądziła, aby jej przyjaciółka do nich należała; nie po tych wszystkich przemiłych słowach.
— W takim razie ja również nie mogę się nie cieszyć. Oczka aż Ci się świeciły, gdy pytałaś, czy czegoś nie potrzebuje. Aż lśni w tobie ta iskierka Klanu Gwiazdy... — rzekła, a słowa rozbrzmiały głośnym echem w okrągłej główce Księżyc. Nigdy nikt nie powiedział jej tak miłych rzeczy, tak poruszających i ciepłych... Zaniemówiła, a jej szeroko otwarte oczy mówiły wszystko. Mżący Przelot zaśmiała się ponownie.
Tę miłą chwilę przerwał szmer osypującego się piasku. Jak oparzona, Ćmia Łapa obejrzała się do tyłu, prędko natrafiając na pomarańczowe ślepia. Przestraszyła się. Co jeśli Stokrotek pomyśli, że spiskuje z wrogim klanem?! Wygnają ją?! Srokoszowa Gwiazda na pewno byłby do tego zdolny, nie ma co wątpić w jego pochopne osądy... A może powie wszystko jej mamie... Bożodrzewny Kaprys będzie taka rozczarowana!
— Ćmia Łapo! Czy wszystko w porządku? Czy nic się nie dzieje? — zawołał, patrząc to na nią, to na Mżawkę, która wstała i cofnęła się do tyłu parę kroczków. — Przepraszam, ale co tutaj robisz? — Tym razem zwrócił się bezpośrednio do wojowniczki, która widocznie chciała jak najszybciej i jak najbardziej pokojowo się stamtąd zmyć.
— T-tylko rozmawiałyśmy — wymamrotała cichutko terminatorka, kiedy liliowy podszedł bliżej.
— Tak! Przepraszam, nie chciałam wam przeszkadzać. Ćmia Łapa to moja przyjaciółka, poznałyśmy się na zgromadzeniu. Nic od was nie ukradłam ani źdźbła trawy, którym może pożywić się nornica. Już zmykam. — powiedziała pośpiesznie starsza kotka, a następnie zaczęła truchcikiem odchodzić. Odwróciła się jeszcze ostatni raz. — Do widzenia Ciemko!
Bladooka nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż ogon kocura stanowczo, acz delikatnie nakierował ją w stronę, z której wcześniej przybył. Potulnie poszła.
— Nie powinnaś tak sobie spacerować przy granicy. Teraz spotkałaś swoją koleżankę, ale co jeśli byłby to ktoś, kto ma jakieś niecne zamiary? Jakiś szemrany samotnik albo wojownik w bardzo kiepskim humorze? Nie wiem, kto spuściłby mi największy łomot, gdyby coś Ci się stało... Nawet nie chce myśleć, do czego byłaby zdolna twoja matka.
Słuchała tego pełna skruchy i wyrzutów. Faktycznie; coś jej się stanie, a odpowiedzialność spada od razu na kota, który odpowiedzialny był za jej obronę.
"Głupia, głupia..."

* * *
Pora Nagich Drzew

Dalej nie była pewna.
Nie była pewna... Wszystkiego...
Nie wiedziała, czy decyzja o mianowaniu była dobra. Nie wiedziała, co Klan Gwiazdy chciał przekazać jej i Liściastemu Futerku. Nie wiedziała jaka przyszłość, zła czy dobra, czeka koty w Klanie Klifu...
Była przemęczona wiecznymi, niekończącymi się zmartwieniami. Problemy ze snem, chociaż nie zniknęły całkowicie, doskwierały jej znacznie mniej. Zauważyła, że wystarczy całymi dniami czymś się zajmować, aby pod koniec być tak zmordowanym, że wręcz zasypia się na stojąco. Czereśniowa Gałązka zapierała się, jak mogła, przed podawaniem swojej podopiecznej maku; Ćma nie wiedziała do końca, czym było to spowodowane, ale szanowała zdecydowany sprzeciw starszej.
Na szczęście, nie narzekała na brak zmartwień, nie narzekała na brak pokiereszowanych, chorych kotów. Wszyscy pomagali jej padać z łap.
— Proszę... — mruknęła do Pokrzywowych Zarośli, który przygarbiony siedział na jednym z mchów. Po raz pierwszy przyszedł do niej kilka wschodów słońca temu. Gardło lekko go piekło i swędziało, ale potrafił jeszcze spokojnie mówić i funkcjonować bez większych kłopotów. Asystentka podała mu wtedy trochę miodu do wylizania, mając nadzieje, że problem był w tamtym momencie na tyle błahy, że to w zupełności wystarczy. Poprosiła, żeby pozostał w ciepłym legowisku i powdychał lawendę, ale ten upierał się, że musi polować, aby Melodyjny Trel mogła wybrać ze stosu to, na co ma faktycznie ochotę. Rozczuliło to medyczkę do tego stopnia, że puściła go niemal od razu.
Kocur wrócił następnego dnia, no i potem jeszcze kolejnego; za każdym razem z bardziej zaczerwienionym przełykiem. Blady wzrok Ćmiego Księżyca wlepiony był we wnętrze pyska wojownika. Mrużyła ślepia, przysuwając się bliżej i bliżej, niemal wchodząc mu między zęby. Wtedy po raz pierwszy użyła swojej całkowitej władzy w legowisku. Liliowy kocur musiał ustąpić i zakorzenić się na jakiś czas w spokojnym, ciepłym i suchym leżu.
— Co to? — zapytał zmieszany, przyglądając się kwiatkom i ziółkom pod jego łapami. Skrzywił się tak, jakby najadł się mysiej żółci. — Czy jest niesmaczne?
— To aksamitka. — wyszeptała, przysuwając je bliżej.
— Czy to konieczne, nie czuję się już tak źle. Chwile sobie odpocznę i wszystko będzie okej.
— T-tak? — Zmrużyła ślepia, troszkę podirytowana. Pokrzywowe Zarośla był jednym z najbardziej chorowitych kotów w Klanie Klifu, a jednocześnie jednym z najgorszych, najtrudniejszych pacjentów, z jakim miała do czynienia. Gdyby mógł odsprzedałby swój ogon, za możliwość nie brania leków. Ćmi Księżyc wpadła na pomysł. Wzięła zawiniątek do łapy i spojrzała kocurowi prosto w oczy. — Z-za Melodyjke...
— Przepraszam?
— Za kociaki... — Przysunęła mu je prosto pod pysk, niemal wciskając zioła siłą. — Otwórz...
Wygrała. Liliowy delikatnie rozwarł mordkę, a ona podała mu aksamitkę. Wyglądał, jakby miał zwymiotować, ale dzielnie sobie poradził. Uśmiechnęła się do niego i kiwnęła łebkiem. Odwróciła się do drugiego obecnego w lecznicy kota.
Po raz kolejny musiała robić to, czego tak bardzo obawiała się, gdy rozpoczynała szkolenie; leczenie jej własnej rodziny. Zwinięta w kłębek na mchu leżała Bożodrzewny Kaprys. Matka cierpiała z powodu gorączki. Ciemka niezwykle się martwiła. Dreszcze przechodziły przez grzbiet śpiącej wojowniczki w nieregularnych odstępach czasowych, ale nie ustępowały. Jedyne co mogła jej podać to ogórecznik; nic innego nie było. Liczyła na opatrzność Klanu Gwiazdy i siłę swojej rodzicielki. Nie chciała jej budzić; potrzebowała odpoczynku. Polizała białe czoło, tak jak Bożodrzew robiła, gdy asystentka była jeszcze malutką Księżyc. Modliła się, aby jej stan się poprawił.
Prośby już następnego dnia zostały wysłuchane.

* * *

— Gdzie idziesz, siostrzyczko? — Odwróciła się, żeby napotkać skrzące ślepia Zaćmionej Łapy. Przepołowiona kolorami mordka wyglądała zza kamienia przy legowisku medyczek. Ekspresje miała łagodną, lecz za jej oczami kryła się jakaś przedziwna iskierka... Prędko odwzajemniła delikatny uśmiech.
— Na spacer... — mruknęła, próbując zabrzmieć trochę pewniej. Nie chciała frasować szylkretki swoimi problemami, swoimi lękami i zmartwieniami. Medyczka chciała po prostu oczyścić umysł, popatrzeć w rozbujane morze, popatrzeć na szybujące ptaszyska... To wszystko.
— Sama? To niebezpieczne, ja niestety muszę zająć się obowiązkami, ale może zapytamy się Promienistego Słońca? Może ci potowarzyszyć. Dawno nie spędzaliście czasu albo poproszę Pietruszkową Łapę? Na pewno się zgodzi. — proponowała nieugięcie starsza.
— Nie... — rzuciła. — Dziękuję.
Szybko odwróciła się i skierowała krok poza obóz. Ścisk w sercu, który nagle się pojawił, był niemal tak silny, jak dudnienie w głowie, które nie odstępowało jej na krok od kilku wschodów słońca. Siostra się o nią martwiła, bała, a ona tak okropnie ją potraktowała...
Niosąc na barkach ciężar swoich czynów, opuściła obóz. Szła w swoje ulubione miejsce; skały przy granicy z Klanem Nocy były idealnie obmyte przez dzikie sztormy, co nadało im kształtu wręcz perfekcyjnego do długich rozmyślań. Chciała porozmawiać z Klanem Gwiazdy; chciała rady.

* * *

Przez grubą warstwę śniegu droga była nieprzyjemna i niespodziewanie długa. Wyszła przed szczytowaniem słońca, niemal zaraz po poranku, a już niebo zaczynało zapełniać się fioletem. Mimo widma zapadającego zmroku, Ćmi Księżyc nie niosła w swercu swej zwykłej obawy; dziś czuła bliskość Przodków. Na szczęście przy morzu nie było warstwy puchu, a piasek był zmarznięty, co znacznie ułatwiało poruszanie się po nim. Wybrała skałę zatopiona częściowo w lodowatej toni. Wsadziła łapy całkowicie pod pierś, chroniąc poduszeczki od mroźnej bryzy. Wpatrywała się daleko, daleko w horyzont.
— Klanie Gwiazdy, błagam, błagam jako medyczka, jako wasza wierna wieszczka, jako zwykła kotka... Błagam o wskazanie drogi dla siebie i całego Klanu Klifu... — powiedziała w bezkresny ocean. Otaczały ją tylko odgłosy natury: łomotanie fal, świst wiatru, skrzeczenie mew. Wzięła głęboki wdech, pozwalając zimnemu powietrzu rozlać się po jej ciele; oczyścić i obudzić jej umysł. — Proszę, aby wasza światłość rozpuściła nie tylko śnieżną pokrywę, ale i lód w sercach... J-ja... Ja próbuje to robić... Próbuje, ze wszystkich sił, ale... Ale... — przerwała, aby przełknąć gorzką ślinę — Ale nie potrafię... Słowa uciekają mi niczym zające, a zdania rozlatują się jak przerażone mrówki... Nie słuchają, oni nie słuchają... ON nie słucha naszych próśb, naszych ostrzeżeń.
Narastająca gula w gardle stawała się bolesna, a głosik kotki coraz słabszy. Ból głowy nasilał się, powoli rozlewając się po całym pysku, aż do karku. Zamroczona pochyliła się, przyciskając czoło do chłodnej, wilgotnej skały. Chwilowa ulga ukoiła zszargane nerwy.
— Ciemko? — Znajomy głos wyrwał ją ze stanu błogiego bezruchu. Przez nagły ruch dyskomfort powrócił; skrzywiła się nieznacznie. W krzakach zaraz przy granicy, stała Mżący Przelot. Mimo powrotu bólu asystentka była szczerze przeszczęśliwa na widok przyjaciółki. Posłała jej miły uśmiech, co szybko odwzajemniła, nie ukrywając jednak zmartwienia. — Dzień dobry, ah! Raczej Dobry wieczór. Dawno się nie widziałyśmy, prawda? Nie udało nam się znaleźć na zgromadzeniu, wielka szkoda.
— N-no tak. Prawda... — miauknęła, gdy zobaczyła, że niebieska robi kilka ostrożnych kroków w jej kierunku. Ostatnio ich spotkanie zostało przerwane przez Stokrotka, ale teraz Ćma wiedziała, że nikogo nie ma w okolicy. Nikt tutaj nie poluje; to strata czasu. — Możesz... No... Podejść. — zapewniła, a wojowniczka, wciąż niepewnie, zbliżyła się do kamienia. By jeszcze bardziej zachęcić Nocniaczke, przesunęła się w bok, robiąc jej miejsce. Mżawka wskoczyła na śliski głaz, kładąc się bok w bok z młodszą medyczką.
— Z kim rozmawiałaś? Czyżbyśmy nie były same? Jejku... Nie chce wpakować Cię, Ćmo, w żadne kłopoty. — wyszeptała zakłopotana kotka, ale srebrna tylko pokiwała łebkiem. Wlepiła z powrotem oczy w błękit przed nią. Chwile milczała.
— Z Klanem Gwiazdy... — przyznała się.
— Ah. Rozumiem. — odpowiedziała niebieskooka, również kierując wzrok w fale. Szum był miarowy, jednostajny i niezwykle uspokajający; wręcz zapraszający do kąpieli w swoich tajemniczych odmętach. — Czy coś się stało? Coś cię trapi, wyglądasz dość pochmurnie, a oczy Ci się nie skrzą.
— Nic... — wydukała ledwo słyszalnie. To wszystko bardzo ją męczyło. Przepowiednia, ciężar losu Klanu Klifu, czyhające, duszące macki ciemności, które tylko czekają, aby zacisnąć na nich swoje ramiona... Westchnęła i położyła powoli głowę na wyciągniętych łapach Mżącego Przelotu.
Przynajmniej głowa przestała jej doskwierać.
<Mżawincja?>

Wyleczeni: Pokrzywowe Zarośla, Bożodrzewny Kaprys, Ćmi Księżyc

31 października 2024

Od Mżącej Łapy CD. Ćmiej Łapy

Zachichotała, spoglądając ciepło na towarzyszkę.
— Czego miałabym się bać? Łapanie zwierzyny jest całkiem proste, wystarczy wiedzieć jak – zaśmiała się – Jedyne co, to mogłabym przypadkiem wpaść na drzewo…
Przycupnęła na wygrzanej ziemi, swoją zdobycz kładąc obok, aby nie zapomnieć zabrać jej później ze sobą. Ćmia Łapa po chwili zajęła miejsce naprzeciwko, oglądając się jeszcze na współklanowiczki. Obie siedziały na nasłonecznionym brzegu, grzebiąc coś pochylone nad piaskiem. Pewna dość niska szylkretka mówiła coś większej burej kotce do ucha, podnosząc parę krabich szczypców. Zdobycz lśniła pod złotymi promieniami, a trzymająca ją kotka szczerzyła się w stronę drugiej, pokazując coś ogonem.
— To twoje przyjaciółki? Też są uczennicami? – zapytała, a zaskoczona klifiaczka odwróciła na nią wzrok, zagapiając się wcześniej w ptaka siedzącego między gałęziami.
— Umm… To Melodyjny Trel i Pietruszka. Pietruszkowa Łapa – odparła, strzepując uszami.
Dymna otworzyła szerzej oczy, jeszcze raz spoglądając na nieznajome. Obie wyglądały na uczennice, na pewno młodsze od niej! Buraska w oddali próbowała podnieść kamień; najpewniej, aby dostać się do kolejnego krabowego domku. Jednak jej towarzyszka szybko coś wtrąciła i pokręciła głową. Zgrabnie sama zabrała się za rozwiązanie problemu, szybko przesuwając przeszkodę.
— Ciekawie – mruknęła w końcu – To one pomagały ci w zbieraniu ziół?
Uznała, że to szylkretka musiała być wojowniczką ‐ czyli Melodyjnym Trelem. Wyglądała raczej śmiesznie i młodo na swoich krótkich nóżkach… Ale nie zamierzała oceniać, nie jej sprawa. Skupiła się ponownie na uczennicy przed sobą, oczekując na odpowiedź.
— W sumie to… Tak – pręguska owinęła łapki ogonem – Bardziej do towarzystwa.
Przytaknęła; krótkie odpowiedzi mimo niezręczności zadowalały ją. Miała wrażenie, że czasem trochę przytłaczała młodszą - jak na poprzednim zgromadzeniu, na przykład. Zbaczając z tematu, tamto spotkanie wspominała bardzo dobrze. Muszelkę Ćmiej Łapy schowała w kącie pod posłaniem, gdzie nie zwracała niczyjej uwagi. Uważała też, aby przypadkiem jej nie zgnieść podczas snu, lub aby któryś z jej synów nie nadepnąć,na nią przypadkiem. Bardzo ceniła sobie ten podarunek; nie chciała go zniszczyć!
— To miło! – oznajmiła – Jakie zioła zbierałaś? Ja się nie znam na medykamentach… Może mój ojciec coś umiał, ale nigdy się tym nie dzieliły.
Na wspomnienie rodziny wzdrygnęła się nieznacznie; nie chciała zwracać na to uwagi uczennicy. Nie wiedziała, dlaczego o tym wspomniała. Przecież nie było się czym chwalić? Co to była za radość, że jej własny tatulek nie nauczył jej niczego? Miała ochotę pacnąć się w głowę z głupoty. Przecież wiedziała, że jakiekolwiek tematy dotyczące rodziców sprawiały, że nie wiedziała co powiedzieć. Omijała tych rozmów jak ognia; zawsze znajdując najdrobniejsze i najgłupsze wymówki, aby tylko nie musieć otwierać pyszczka… Gdy to robiła, wypływały z niego historie znacznie mijające się z prawdą, które starannie wiła w swojej głowie, o jak najzwyczajniejszym dzieciństwie, kochającej mamie i dzielnemu tacie. Gdy Ikra i Kijanka pierwszy raz zapytali się jej o dalszą rodzinę, spanikowała, niemal mdlejąc na miejscu. Od tamtego czasu z widoczna ostrożnością nie wspominali tamtej rozmowy, jednak próbując zrozumieć, o co poszło.
— Miętę i malwę – miauknęła niebieska – Na… Ból brzucha.
Przytaknęła, krzywiąc się lekko.
— Ajć, nie miło – odparła – Znaczy, że ból brzucha nie miły! Bo z twojej strony to akurat bardzo miło, że pomagasz reszcie medyczek… Bo z tego, co pamiętam, macie aż dwie? I chyba jest jeszcze jedna uczennica, prawda?
Zalała mniejszą falą pytań, co spowodowało, że ta skuliła się lekko. Zarumieniła się lekko zakłopotana; nie chciała przytłoczyć nowej przyjaciółki. Zawsze to ona trajkotała bez przerwy, a niebieska wtrącała swoje uwagi czy uśmiechała się przyjaźnie.
— Mamy Liściaste Futro i Czereśniową Gałązkę – odpowiedziała po chwili uczennica, oglądając się za siebie – No i właśnie Zaćmienie, moją siostrę…
— Jak fajnie, trenujesz razem z rodzeństwem! – naprawdę się ucieszyła; ciekawe, jak to by było, gdyby ona trenowała wraz z siostrami – Oh, możecie się dzielić nowinkami, i… I razem pomagać chorym, też bym tak chciała!
Pyzia nadawała by się na wojownika, tego była pewna. Siostrzyczka była zawsze pełna energii, skacząc po kątach i irytując rodziców. Za to Niunia, wtedy jeszcze zwana Myszką, prawdopodobnie nie odnalazłaby się w tej roli. Więcej siedziała w miejscu i obserwowała życie dookoła, niż w nim uczestniczyła. Spojrzała na Ćmią Łapę. Koteczka łudząco przypominała jej siostrzyczkę, łypiąc strachliwymi oczkami. Jej boki także pokrywała srebrzyste prążki, zawijające się w ciekawe wzorki; częściowo przykryte przez biel. Futerko było mniej poczochrane, oraz lśniące, wręcz przeciwnie do matowego klębuszka, którym była kiedyś Myszka. Była pewna, że z daleka mogłaby te dwie pomylić ze sobą. Uszka Mżawki położyła się lekko; potrząsnęła głową, aby pozbyć się niechcianych wspomnień.
— Miło się z tobą rozmawiało, Ciemko – zamruczała, podnosząc się z ziemi – Ale muszę wracać do Nimfy, bo będzie się martwić…
Zrobiła krok do przodu i szybkim ruchem przytuliła głowę do puchatej szyi uczennicy, liżąc lekko jej łaciaty policzek. Nim ta zdążyła zareagować, zdążyła odsunąć się, pożegnać i zniknąć między drzewami; zostawiając oszołomioną medyczkę samą.

***

— I jak poszedł Ci trening? – z westchnieniem położyła się obok Ikrowej Łapy – Co robiłeś?
Leniwie przeciągnęła łapy, wbijając pazury w podeschnięty mech. Trudno było znaleźć jakikolwiek, który nadal pozostał żywo-zielony. Jej mentorka, jak i liderka wraz z zastępczynią wspominały o jakimś nowym zadaniu, związanym z sadzeniem roślin… Ale w sumie, to nie wiedziała, o co chodzi. Zdecydowała się w to nie mieszać, zanim nie zostanie konkretnie o coś poproszona.
— Dobrze – oznajmil niebieski, zwracając spojrzenie zielonkawych ślipi na matkę – Byliśmy na patrolu, a później… Pływaliśmy.
Kocurek przewrócił się na plecy, podnosząc jedną z łap do góry. Jego sierść nadal była wilgotna, przyciągając do siebie wszelkiego rodzaju paproszki. Strzepnęła jeden zaplatany między jego uszami, otrzymując cichy pomruk. Jego zgrabny ogon musnął jej bok, na co minimalnie wzdrygnęła się i odsunęła. Wydawał się twgo nie zauważyć, nadal wpatrując się w liściaste sklepienie i wodząc wzrokiem po powieszonych przez Siwka i nią (pod groźbą wsypania piasku na posłanie) piórkach.
Mimo tak bliskiego pokrewieństwa, nie do końca dobrze się czuła z ich dotykiem i ciągłym towarzystwem. Po księżycach spędzonych w żłobku, gdzie jako puchate kuleczki leżeli uczepieni jej brzucha, miała zdecydowanie dosyć. Podczas gdy Kijankowa Łapa raczej nie był przytulaśnym typem, to Ikra podążał za nią jak cień, wciąż uczepiając jej ogona niczym kociak, którym już przecież nie jest. On lubił używać jej jako podpórki na głowę, czy przysuwać własne posłanie bliżej. Była rozdarta pomiędzy odsunięciem tych afekcji, a ich znoszeniem w duchu bycia dobrą matką. Wątpliwości wobec tej kwestii przyprawiał jej fakt, że w przypadku innych kotów trudności z takim zachowaniem nie miała. Ba, wręcz je lubiła! Sama z siebie inicjowała tego typu kontakty, przykładowo z Bagietka czy Baśniową Stokrotką. Lubiła się przytulać; dawało jej to poczucie bezpieczeństwa, niczym to, które w teorii powinna dostać od rodziców. Jej kociaki były wyjątkiem; nie miała pojęcia, dlaczego.
— A ty co robiłaś, mamo?
— Hm? – zatracona we własnych myślach, przestała zwracać uwagę na syna – Ach, ja… Łowiłam ryby. I później pomagałam trochę w żłobku, bo ciocia Stokrotka mnie poprosiła o towarzystwo.
— Jej dzieci są strasznie głośne – mruknął, marszcząc nosek.
— Oj, nie mów tak! To tylko kociaki! – zbesztala niebieskiego – Poza tym, poznałeś ich w ogóle?
— Jeszcze nie – położył główkę na posłaniu – Jakoś… Nie chciało mi się iść.
Westchnęła, spoglądając na ucznia. Niby tak dobrze wychowane, a takie łobuzy…
— No nic, następnym razem zabiorę cię ze sobą. I nie próbuj się wymigać!
— Dobrze, dobrze – burknął po chwili, jednak na jego pyszczku widniał ślad uśmiechu – O, mamo, ktoś cię chyba woła – dodał jeszcze po chwili ciszy.
Skrzywiła się, że stęknięciem podoszac na łapy. Wyjrzała zza liściastej ściany legowiska, stając twarz w twarz z niebieskawą mordką Syreniego Lamentu.
— Oh, cześć Syrenko, co cię tu sprowadza? – miauknęła, uśmiechając się do znajomej – Przyszłaś po Ikrę? Momencik, już go zawołam-
— Właściwie, to chciałam zamienić z tobą słówko – weszła jej w zdanie wojowniczka – Jeżeli masz czas.
Otworzyła szerzej oczy ze zdziwieniem; jednak szybko skinęła głową. O czym pointka chciała porozmawiać? Oczywiście, znały się już jakiś czas i były dobrymi znajomymi, ale rozmawiały ze sobą raczej w gronie innych - tylko parę razy wyszły we dwie na spacer, czy konwersowaly przy posiłku.
— Zauważyłam coś ostatnio – zaczęła starsza, odchodząc kawałek na bok. Uczennica podążyła za nią, nerwowo strzepując uszami – Coś się chyba dzieje z Kijankową Łapą… Nie jestem jego mentorką, ale widzia-
Mżawka przystanęła z pazurami wrytymi w ziemię. Syrenka odwróciła się momentalnie, z cieniem szoku w oczach.
— Oh, nie, to nie tak! – dodała szybko, niezręcznie otulając niebieską ogonem – Miałam na myśli, że coś mu dolega! Zauważyłam, że dużo kaszle i tak dalej…
Momentalnie odetchnęła z ulgą, a jej łapy ugięły się lekko. Zdążyła się przestraszyć, że stało się coś poważnego, że jej syn źle się tu czuje, bądź ktoś mu dokucza… Mimo niechęci, nie chciała traktować żadnego z dzieci źle; nie chciała ich stracić. Jednak po chwili na jej pyszczek ponownie wkroczył niepokój, na co wojowniczka westchnęła, wyglądając, jakby szykowała się na przytrzymanie przyjaciółki w pionie.
— Muszę go znaleźć – oznajmiła – Zabrać do medyczek… Naprawdę, dziękuję Ci za powiadomienie mnie. Niczego nie zauważyłam…
Syreni Lament uśmiechnęła się lekko, cofając o krok. Obejrzała się na legowisko uczniów, z którego wyglądał Ikra.
— Nie martw się, nie ma problemu – odmiauknęła – Mam nadzieję, że to nic poważnego… Naprawdę, nie przejmuj się tym. Masz już i tak dużo na głowie, mogłaś nie zauważyć.
Przestąpiła z łapy na łapę, ostatni raz uśmiechając się do wojowniczki. Z cichym westchnieniem rozejrzała się po obozie, szukając wzrokiem syna.
— Zaraz powinien wrócić wraz z patrolem – wtrąciła jeszcze pointka – Tak mi się wydaje… No nic, pójdę odwiedzić mojego brata. Miłego dnia!
Pożegnała przyjaciółkę i przycupnęła w cieniu legowiska starszych, wyczekując na przybycie rzekomo wracającego patrolu. Już po niedługim chwili w jej polu widzenia pojawiła się grupka kotów, w której rozpoznała właśnie tego kocurka. Szybkim krokiem go dogoniła, i witając się przelotnie z Algową Strugą, zabrała na bok.
— Mamo? – zdezorientowany uczeń zapytał, od razu zanosząc się ostrymi kaszlem – Co się s- stało?
Z poważnym wyrazem pyszczka spojrzała na niego, a jej wąsy zadrżały.
— Nie myślałeś, aby mi powiedzieć, że coś się dzieje?
Otworzył szerzej oczy, w których pojawiła się nutka strachu. Rozejrzał się na boki, próbując jednak zachować fasadę zobojętniałego.
— O czym? – zapytał niewinnie.
— Może trzeba by było iść z tym kaszlem do medyczek, prawda?
Widocznie się zrelaksował, opuszczając ogon spowrotem na ziemię.
— No… Może?
— Dalej, idziemy teraz – westchnęła – Bez dyskusji.

***

Szybko przemknęła między drzewami, próbując odgonić od siebie podejrzany cień, który zdawał się podążać za nią przez całą drogę. Postać Gazika szybko przebierała smolistymi łapami, a jego srebrzyste boki pojawiały w kącikach jej pola widzenia. Jej oddech zatrzymał się na moment, a łapy ustały w miejscu. Pomarańczowe oczy zdawały się przewiercać jej duszę, lśniąc ciepłym, lecz fałszywym blaskiem. Zamrugała parę razy, próbując pozbyć się tego widoku. Zadziałało… Jednak paranoja nie znikła. Z opuszczonymi nisko uszami rozejrzała się po okolicy, całkowicie zagubiona w trawach i drzewach. Nie miała pojęcia, gdzie w panicznym tańcu udało jej się dotrzeć; zaczęło się niewinnie, ojciec wkradał się we fragmenty jej myśli, szepcząc miłe i mniej miłe słówka. Towarzyszył jej na kolejnym polowaniu, rzucając wskazówkami. Jednak te zaczęły zmieniać się w coraz bardziej brutalne, a jego zęby wyostrzyły się i błyskały niebezpiecznie. Poczuła gorący oddech na karku, a do drobnych uszu dobiegł cichy chichot. Jak oparzona rzuciła się do przodu, zwalniając dopiero wtedy, gdy w oddali zaczęła majaczyć srebrzysta sylwetka. Potargane futro odbijało światło białymi łatkami; powiewało na wietrze, zapowiadającym kolejną burzę. Postać wydawała się znajoma, przynosiła dobre wspomnienia. Próbowała wyostrzyć wzrok, aby dostrzec rysy jej twarzy; ale te ciągle się zmieniały. Nie czuła już zębów ojca na ogonie, jednak ten i tak czaił się w zakamarkach jej umysłu. Wraz z matką… Ta też gdzieś musiała się chować.
— Myszko? – zawołała ostatecznie, łamiącym się głosem – Pyziu? To ty?!
Gdy udało jej się zatrzymać, z zaskoczeniem i paniką złączyła spojrzenia z nikim innym, niż Ćmią Łapą. Ta wyglądała na równie zdezorientowana i przerażoną jak sama nocniaczka. Mżawka ostatni raz rozejrzała się, po czym odetchnęła z ulgą. Jednak szybko znowu odczuła dyskomfort; co przyjaciółką sobie pomyśli?
— Przepraszam cię najmocniej, C- Ciemko – miauknęła, nadal biorąc krótkie, paniczne oddechy – Pomyliłam cię z moją siostrą… Naprawdę, jeju, jak głupio…


<Ciemko?>
[1949 słów]

[przyznano 39%]
npc: Ikrowa Łapa, Syreni Lament, Kijankowa Łapa
wyleczeni: Kijankowa Łapa