"Ciemność się gnieździ, rozpycha i mnoży... Ciemność nie znika, nie ważne, jak bardzo chce ją wyplewić, nieważne jak wiele rozmawiam z Klanem Gwiazdy... Czy to wciąż w Klanie Klifu tkwi problem? Czy zaraza wciąż skrywa się wśród nich, otoczona kotami o rzekomo prawych sercach?" — pomyślała, ale prędko potrzepała gwałtownie głową, wciskając ją między jasne łapy Mżącego Przelotu. Starsza kotka spojrzała na nią z góry i mruknęła.
— Czy coś nie tak? — zapytała ze szczerym przejęciem. Ćmi Księżyc westchnęła jedynie ciężko i zmusiła swój pyszczek, aby wykrzywił się w lekką podkówkę. Leżąc wciąż na Nocniaczce, odwróciła nieznacznie łebek, aby mógł ujrzeć jej spokojniejszą mimikę.
— Nie... Po prostu zgadzam się z tobą... — miauknęła, a smutna tęsknota wylała się z pyska wraz ze słowami. Przez moment zapanowała miękka, spokojna cisza. W końcu jednak medyczka przerwała ją cichym głosem: — Spotkałyśmy się, kiedy byłam jeszcze uczennicą...
— Uratowałam cię przed mewą — zaśmiała się Mżawka, spoglądając na przymknięte, i tak ślepe oczy przyjaciółki.
— Tak... To było tak dawno. — Ten pomruk był przepełniony smutkiem i żalem. Ćma wiele myślała o czasach, które już minęły. Próbowała zrozumieć, jak to wszystko poskładało się na rzeczywistość, z którą teraz musi sobie poradzić. Czy mogła zrobić coś inaczej? Czy mogła zapobiec tym wszystkim nieszczęściom, które zdawały zaciskać wokół niej i jej najbliższych, niczym cierniowe pnącza? Czy mogła prędzej zauważyć nieszczęście, które doprowadziło ostatecznie do upadku moralnego jej siostry, a wcześniej jej matki? Czy była temu w pewnym sensie winna?
— Ale to, co nas czeka, nie musi być złe, prawda? Co prawda z ciężarem księżyców na karku wszystko wydaje się ciemniejsze, ale... Zawsze jest jakieś światełko, prawda? — zapytała ciepło, a potem jeszcze dodała: — Ja jestem całkiem szczęśliwa, a ty?
— Mm... — zamyśliła się na moment. Nie miała najmniejszej ochoty zamartwiać Mżawki swoimi problemami. Ona była wojowniczką, członkiem innego klanu; ufała jej, ale to, co spoczywało na jej barkach, na barkach Klifiaczki, a do tego medyczki... to było jej brzemię, jej frasunek. — Mój brat również doczekał się kociąt. Trójki dokładniej. Są zdrowi, zostali już mianowani...
— To znakomicie. Cieszy cię bycie ciocią? — Polizała srebrne ucho koleżanki.
— Kocięta są takie... głośne... — przyznała szczerze, a miły śmiech Nocniaczki rozgrzał jej serce. — Plączą się pod łapami... Pytają i przestawiają zioła...
— Takie już są, nie musisz MI tego mówić — dodała Mżący Przelot, myśląc zapewne teraz o czasach, kiedy to jej synowie byli jeszcze maluchami.
— Ale cieszy mnie jego szczęście. Jest dobrym wojownikiem. I dobrym ojcem — skomentowała pod nosem, nie będąc do końca pewna tych słów. Miała nadzieje, że jej zawahanie umknie czujnym uszom kotki.
— To dobrze... Młode koty są naszą przyszłością. Ważne tylko jak je nakierujemy na dobra ścieżkę — powiedziała mądrze starsza, otulając się mocniej ogonem. Chociaż pogoda nie była jeszcze tak doskwierająca, wieczory bywały chłodne.
— Tak, tak to prawda... A twój wnuk? — zapytała, przypominając sobie o opowieści Mżącego Przelotu. — Czy jest zdrowy?
— Jak rybka ze strumyczka. Przebywa jeszcze w żłobku i z tego, co widziałam, nie należy do zbyt rozbieganych kociąt, ale nie każdy musi być kłębkiem energii, prawda?
— Ja z pewnością nie byłam — przyznała Ćma.
— No właśnie... Najważniejsze, że jest zdrowy, szczęśliwy i ciekawski. Na pewno jeszcze się otworzy na innych i będzie wspaniałym kocurkiem.
— Tak... J-ja dostałam też uczennice... — dodała znacznie mniej pewnie. Poczuła, jak przyjaciółka nieco rusza się pod jej policzkiem.
— Oh! Znakomicie! To twoja pierwsza, jeśli się nie mylę, prawda? — zapytała, szczerze zaciekawiona.
— Tak... Nie chciałam trenować ucznia od zera... Wiem, że nie dałabym rady pokazać mu wszystkiego, ale Jagienka, znaczy Jagnięca Łapa, była uzdrowicielką, wie już bardzo dużo — opowiedziała spokojnie, cichym głosem, przytłumionym nieco przez długie futro na piersi niebieskiej.
— Jak dobrze, że już nie jesteś sama... Musiałaś się przepracowywać. Nie umiem sobie wyobrazić, że mam na barkach zdrowie i dobrobyt wszystkich kotów w klanie. Jesteś taka dzielna, Ciemko. — Młodsza zamruczała cichutko na te słowa. Zastanawiała się czasami, jakby to było, gdyby Mżawka należała do Klanu Klifu. Czy byłoby jej łatwiej? Czy taka stała obecność kogoś, kto jest dla niej tak bliski, pomógłby znacząco w tym, co odczuwa? A być może ich relacja straciłaby na wyjątkowości, gdyby należały do tego samego klanu? Westchnęła na samą myśl. Musiała być wdzięczna, że w ogóle było jej spotkać kogoś takiego, jak niebieska wojowniczka. Nie każdy miał takie szczęście.
— Tak... To bardzo pomocne — mruknęła, a chłodny wiatr zawiał znad wzburzonych fal. Dreszcz przebiegł po srebrnym grzbiecie. Odruchowo owinęła się szczelniej puchatą kitą. Była zmęczona. O ile Jagienka faktycznie była niezastąpiona, a sama medyczka nie umiała już sobie wyobrazić działania bez jej pomocy, tak nie zmieniało to faktu, że nie sypiała dobrze, od kiedy tylko pamiętała. Głosy szeptały, iskry zasnuwały jej wzrok nawet, kiedy ślepia pozostawały zamknięte, a co najgorsze, dusze wciąż zdawały się od czasu do czasu migać gdzieś na skraju pola widzenia. Szum fal, ciepło drugiego kota i ulga, której nie czuła zwykle w obozie... To wszystko sprawiło, że zapadła w sen. Najspokojniejszy od dawna.
* * *
— Jak tam twój wnuk? — zapytała, kiedy obie usadowiły się na plaży. Piasek był chłodny i wilgotny, ale gęste szaty kotek sprawnie chroniły skórę przed zimnem. Dopiero co przybyły, noc była młoda, a fale nie zdołały się jeszcze rozhulać.
— Wyrasta na eleganckiego kocurka. Dostał już imie ucznia i szkoli się pod okiem Algowej Strugo, znasz ją zapewne... — powiedziała, a w jej głosie brzmiała szczera duma i radość. Na te słowa Ćma uśmiechnęła się. Znała ową kocicę. Była nawet prawie pewna, że rozmawiały kilkukrotnie na zgromadzeniach.
— To wasza zastępczyni, jeśli się nie mylę. Wydawała się zawsze bardzo rozsądna i spokojna.
— Już nie. Od kiedy Mandarynkowa Gwiazda została liderką, Algowa Struga ponownie piastuję rangę wojowniczki, a jej miejsce zajął syn liderki, Błękitna Laguna — wytłumaczyła spokojnie Mżawka — Ale tak, jest bardzo przyjazna i poukładana. Dogadują się i to jest najważniejsze. Mentor powinien być nie tylko naszym przewodnikiem, ale i przyjacielem.
— Nie znam Błękitnej Laguny — pomyślała głośno, marszcząc brwi. Była szczerze zdziwiona. Osoba Algi wydawała jej się idealna do pełnienia takiej rangi w klanie. Już sam fakt, że nie została liderką, był dla niej dziwny, ale nie chciała komentować sposobu wyboru przywódców w innych klanach. — Ale ciesze się, że twój potomek się odnajduję. Życzę mu prędkiego mianowania.
— A twoja uczennica? Jak jej idzie? — zmieniła nieco temat.
— Jest niezastąpiona — przyznała szczerze, uśmiechając się nieco zbyt smutno. Nie widziała, jak brewki Mżawki marszczą się. — Jakiś czas temu natknęłyśmy się na dwójkę kociąt.
— A więc zostałaś opiekunką? Pamiętam, że narzekałaś na zachowania kociąt, czy coś się zmieniło? — Zaciekawione słowa wypływały z pyszczka wojowniczki. Pomyślała prędko o Różeńcu i Pasterzu. O ile pierwszy faktycznie umiał być problemem, umiał być głośny i nieznośny, tak jego brat zwykle doprowadzał go do porządku i potrafił nad nim panować, zwykle z obawy o jego zdrowie, a nie ze strachu przed medyczką, która pokazywała w dość oczywisty sposób, że hałas i nieporządek są niezwykle nie mile widziane w tym legowisku. Wzruszyła ramionami.
— Prędko zostali mianowani. W lecznicy byli tylko na obserwacji, więc szybko odzyskałam swoje zacisze — przyznała na tyle lekko, na ile potrafiła.
— Dobrze, że na was trafiły; zwierzęta zrobią się nieco niebezpieczne, a co dopiero te nocne mrozy... — zrzuciła Mżący Przelot, przysuwając się bliżej do przyjaciółki, jakby samo wspomnienie o chłodzie sprawiał, że kotki drżały z zimna nieco bardziej. Ćma czasami zastanawiała się, czy życie w oddalonym od wody Klanie Burzy, czy Wilka było łatwiejsze. Morze było wspaniałe, ale porywy, które się od niego niosły, często przeszkadzały bardziej niż sam ziąb.
— Nie mogę dzisiaj być długo... — przerwała ciszę Ćmi Księżyc, wpatrując się ślepo w horyzont, który rozpościerał się przed nią. — Nasz starszy protektor się zatruł... Nie chce zostawiać Jagnięcej Łapy samej z nim na całą noc...
— Oczywiście, nie przejmuj się, całkowicie to rozumiem. Nigdy nie chciałabym wchodzić między twoje obowiązki — zapewniła gorliwie.
— Nigdy nie myśl, że wchodzisz — powiedziała pełna powagi. Nie chciała żyć w świecie, w którym przyjaciółka myślała, że jej zawadza, że jest ciężarem lub pewnym... obowiązkiem, który od czasu do czasu trzeba wykonać i skreślić z listy. Na samą myśl musiała przełknąć ślinę i wziąć kilka uspokajających oddechów.
— Wszystko w porządku, moja droga? — Kotka nachyliła się nad młodszą medyczką i dotknęła nosem jej policzka.
— Oczywiście... — mruknęła. — Przejdziemy się?
— Jeśli tego sobie życzysz. — Uśmiechnęła sie i wstała, podpierając bok bladookiej, kiedy szły powoli przez plaże. Fale co kilka uderzeń serca obmywały ich jasne łapki, zostawiając po sobie uczucie chłodu.
Ćmi Księżyc chciałaby, aby ten rodzaj spokoju mógł do końca życia jej towarzyszyć. Kotki nie rozmawiały. Napawały się chwilą niezmąconej ciszy i braku zmartwień, ciesząc się ze zwyczajnego uczucia ciepła drugiego kota. Ich krok był powolny, ale nie leniwy. Medyczka dobrze wiedziała, że patrol nie zaskoczy ich swoją obecnością, wiedziała, że nikt nie powie nic na temat zapachu Klanu Nocy, który zapewne wsiąknie w jej futerko. Gdyby mieli, już dawno by się to stało. Mineralny, solny zapach morskiej bryzy bardzo dobrze maskował też wszelkie inne wonie.
Mówiąc o woniach... Nagle do nosa obu niebieskich kocic dotarł inny, zdecydowanie niespodziewany zapach. Mżący Przelot zrobiła kilka kroków do przodu, wdrapując się na pobliską wydmę. Medyczka stanęła w miejscu, zaciągając się zapachem, w którym prędko rozpoznała morskiego ptaka i delikatny dodatek ryb, a także krwi. Przyjaciółka zawołała:
— To duża mewa, ale... musiała zadławić się rybami. — Srebrna skierowała się w stronę jej głosu, a starsza zbiegła z piaskowej zaspy, aby wspólnie z Klifiaczką podejść do martwego zwierzęcia. — Musiała umrzeć kilka chwil temu, jest jeszcze całkiem ciepła, a do tego ma pysk pełen ryb morskich. Piękna zdobycz.
— Dziwna... — skomentowała pod nosem bladooka.
— Powinnaś zabrać ją do obozu; wykarmi cały klan, a może i zostanie jeszcze. To prawdziwy dar od Klanu Gwiazdy, że nic się jeszcze nie zabrało za taki kąsek — wytrajkotała Mżawka, wpatrując się w niepewną Ćmę.
— Zdecydowanie... Myślę, że masz rację... — Ona nie była aż taka przekonana. To było dziwne, nienaturalne wręcz...
— Pomogę ci przenieść ją do końca plaży, ale potem musiałabym zawrócić. Nie chce cie narażać, Ciemko — zapewniła ciemnooka i złapała ptaszysko za jedno z rozłożystych, jasnych skrzydeł. Wydawało się całkiem ciężkie i medyczka zaczęła się zastanawiać czy uda jej się potem zawlec je do obozu. Może akurat uda jej się złapać jeden z nocnych patroli? Teraz nie mogły rozmawiać z powodu wielkiego skrzydła, które w pysku trzymała Mżawka. Ćmi Księżyc spokojnie dreptała koło niej, uważając, aby jej iskierka pozostała ciągle w tym samym miejscu. Wraz z pierwszym kosmykiem trawy, który przebił się przez piasek, lekkie uderzenie doszło do jej uszu, a zaraz potem, delikatny, nieco smutny głos przyjaciółki.
— Tutaj muszę cię już zostawić, poradzisz sobie? — zapytała niebieska.
— Tak mi się zdaję... — mruknęła medyczka, podchodząc do ptaka. — Czy możemy zobaczyć się znów za księżyc? Przed pełnią?
— Oczywiście, będę zachwycona i zaszczycona, Ciemno — zapewniła wojowniczka, ocierając się o jasny bok. Druga skinęła bez słowa, ale uśmiech wpełzł na jej mordkę. Schyliła się, aby złapać mewę za kark. W tym samym momencie usłyszała jeszcze tylko: — Do zobaczenia!
Pośpieszne kroki Mżącego Przelotu ucichły w końcu. Fale zagłuszyły tupot i zmyły ślady na piasku. Klifiaczka szarpnęła ptaszyskiem. Zapach słonych ryb dotarł do jej czułego nosa; skrzywiła się nieco.
"Nigdy nie lubiłam ryb..."
* * *
— Oho! Ćmi Księżycu, co to masz w pyszczku? — zapytał, podbiegając do niej po tym, jak ujrzał jej zmagania z daleka. — Nie mów, że ta mewa cie zaatakowała, a ty ją tak potraktowałaś? Jeśli tak, to myślę, że szeregi wojowników wołają o twoją obecność.
— Znalazłam ją martwą... Zadławiła się — naprostowała, puszczając opierzony kark. — Weź ją, jest ciężką.
Kremowy wojownik posłusznie ujął ją w swoje zęby i zaczął ciągnąć w górę po kamieniach. Medyczka ostrożnie wdrapywała się przed nim. Kiedy minęła kojący dźwięk wodospadu, rozluźniła się nieco. Rozciągnęła się, czując, jak jej ciało powoli zaczyna przyzwyczajać się do braku dodatkowego ciężaru. Za nią pojawił się Promyk. Wspólnie poszli do stosu na zwierzynę, aby zostawić ptaka. Już chciała odejść, aby udać się na krótki spoczynek, ale odezwał się brat.
— Może zaniosę go do karmicielek? Nawet teraz nie pogardzą posiłkiem, zwłaszcza Źródlana Łuna — zaproponował, a Ćma jedynie machnęła ogonem, jakby chciała powiedzieć "rób, jak uważasz". Nie zwróciła już uwagi na to, co faktycznie zrobił jednooki kocur. Była na to zbyt zmęczona, a przed sobą miała zbyt długi dzień.
* * *
— H-hej, Ćmi Księżycu potrzebujemy cie w kociarni, prosze, szybko — wysapał. Kotka zmarszczyła brwi.
"Czy coś nie tak z kociętami? Jeszcze wczoraj byłam tam, a Szron i Strzępek, a nawet Naparstnica... Wszyscy byli całkowicie zdrowi" — przywołała wspomnienie porannej inspekcji, którą przeprowadzały dziennie z terminatorką. Mimo wątpliwości, czy chodzi o najmłodszą krew Klanu Klifu, nie zadała żadnych zbędnych pytań i od razu ruszyła za kremowym. Już w momencie, w którym wystawiła łapę za kamienne ściany jaskini, usłyszała gwar. Taki poziom harmidru nie był normalny o tak wczesnej porze.
— Co sie dzieje? — zapytała, nie odwracając się; usłyszała za to, że pomarańczowooki przyśpieszył i szedł teraz u jej boku.
— Przyniosłaś wczoraj ptaka, prawda? J-ja z samego rana poszedłem do żłobka, aby go zanieść Źródlanej Łunie i reszcie karmicielek; tak jak zadecydowałaś, znaczy... Tak przynajmniej przekazał mi Promieniste Słońce, więc tak zrobiłem, ale... — umilkł na moment.
— Co? — zniecierpliwiła się medyczka, kiedy byli już niemal na miejscu, a blask kocich iskier zaczynał być uporczywy. Duża grupa zebrała się przed kociarnią, a smród dotarł do nozdrzy srebrzystej. Zakaszlała gwałtownie, a oczy zaszły łzami.
— Łuna... Ona rozcięła ptaka, żeby zobaczyć, jakie ryby ma jeszcze w brzuchu i gardle... Wszystko podobno było zgniłe i czarne, a ten smród... Sama czujesz, Ćmi Księżycu — mruknął cicho, jakby nie chciał przypominać kotom dookoła, że to sama wybrana przez Klan Gwiazdy medyczka przyniosła źródło ich zmartwień... no i tego stęchłego smrodu.
— N-nie możliwe... Ptak był ledwo martwy, a noc mroźna... — szepnęła. Nie interesowało ją czy Królicza Prawda ją usłyszał; próbowała uspokoić siebie i swoje drżące ze stresu serce.
"Och Ćmo... Wiesz, czujesz, kiedy coś jest znakiem, prawda? Wiesz, że gdyby Klan Klifu był miejscem porządnym i cnotliwym, szanującym kodeks i swoich przodków... wiesz, że wtedy ptak wykarmiłby cały klany, a ryby w jego brzuchu odżywiłyby rosnące kocięta... Ale Klan Klifu jest zepsuty i zgniły. Klan Klifu kryję w swoich szeregach zdrajców i fałszywych wybrańców... Czego się więc spodziewałaś?" — Słowa dotarły do jej ucha. Dreszcz przeszedł po grzbiecie, a futro stanęło pionowo.
— Prze-przepuśćcie mnie! — warknęła, a koty faktycznie zrobiły miejsce ślepej pręgusce. Cierpki, słodkawy zapach stęchlizny zaczynał być coraz bardziej dotkliwy i piekący. Czuła go w zamglonych oczach, palił ją w gardło i nos; nieważne czego używała, aby wziąć następny oddech. Zakaszlała po raz kolejny. Poczuła, jak pojedyncza łza spływa z jej podrażnionych oczu. — Gdzie jest Źródlana Łuna?
— T-tutaj jestem... Smród był zbyt duży, wzięłam kociaki, żeby tego nie wdychały — powiedziała kuzynka, wyłaniając się spomiędzy innych Klifiaków. Jej iskra drżała; była zestresowana, a bicie serca było niemal wyczuwalne przed kamienną posadzkę. Medyczka czekała na kolejne słowa, co w końcu zrozumiała karmicielka i dodała: — A-a! Zanim to rozcięłam, wszystko było w porządku. Nic nie śmierdziało... nawet z dzioba... Nie wiem, dlaczego tak się stało, nie wiem, co jest z tym nie tak — tłumaczyła, robiąc kolejny krok bliżej kuzynki.
— Zły omen — wyszeptała, nieco zbyt przestraszona Ćmi Księżyc. Serce wciąż biło jej w piersi. Czuła, że coś jest bardzo, bardzo nie tak, a ona nie wiedziała jeszcze co. Robiło jej sie nie dobrze; na szczęście była w stanie wytłumaczyć to zgnilizną. — N-niech ktoś to wyniesie... — mruknęła, próbując przełknąć ślinę, która nagromadziła jej się w pysku. Odwróciła się na tylnych łapach i chciała odejść jak najszybciej, skryć się i móc na spokojnie, chociaż na moment uciec od tego wszystkiego.
"Dla kogo to znak? Czy to... to Źródlana Łuna?" — Czuła, że coś jest z nimi nie tak. Słyszała, że koty szepczą, rozmawiała z Jagnięcą Łapą o ich aparycji, która przed samą główną medyczką była niestety skryta. Wiedziała, że nie przypominają ani wojowniczki, ani kocura, który został przedstawiony jako ich ojciec.
— Ćmi Księżycu... — odezwała się przy jej uchu głos Rozkwitającego Astra. — Czy... czy to znak? Czy to ostrzeżenie od Klanu Gwiazdy?
Zignorowała protektorkę i wpadła prosto do legowiska, gdzie Jagnięca Łapa zajmowała się zaropionym okiem Słonecznej Łapy. Bladooka zignorował pytania swojej terminatorki i wślizgnęła sie do składziku, gdzie zapach ziół sprawnie ukoił jej skołatane nerwy i wydarł z nosa resztki zgniłego swądu.
Nie mogła nie myśleć o tym, że Źródlana Łuna mogła zdradzić klan. To ona rozcięła ptaka, to jej futro przesiąknięte zostanie zgnilizną. To musiał być znak. Głos, który szeptał jej do ucha, miał rację. Takie rzeczy nie dzieją się z byle powodu. Sam fakt, że znalazły z Mżawką tą wielką mewę, zanim inny drapieżnik się do niej dobrał...
— Mżawka... — szepnęła, a słowa ugrzęzły jej w gardle. Musiała podetrzeć się o kamienną ścianę, gdyż łapy zaczęły jej się trząść zbyt mocno. Poczuła się znów jak kociak; jak ta słaba, przestraszona Księżyc, dla której każdy dzień był walką z samą sobą.
"To wy znalazłyście gnijące ścierwo latającej bestii, Ciemko..." — Groźny pomruk dotarł do ucha, pozostawiając dreszcz i powiew zimna na policzku. "Dławisz się... Dławisz się niczym to ptaszysko, nie czujesz tego? Jak śmiesz obarczać kuzynkę tytułem zdrajcy, kiedy zdrajca siedzi pod twoim futrem... Czy Przodkowie mają przymykać oczy na twoje spotkania, na twoje poufalstwo, a karać innych? Czyżbyś nie poczuła się zbyt komfortowo w swojej roli?" — Poczuła, jak dławi się zimnym, wrogim powietrzem, które otaczało jej pysk. Próbowała chuchać, próbowała odgonić chłód, który mroził jej płuca. Czuła jak powoli traci siły i zesuwa się po kamiennej ścianie.
— N-nie... — warknęła w końcu. To nie był głos Klanu Gwiazdy. Znała uczucie, które napełnia jej ciało, kiedy wstrzymywała dłuższy kontakt z Morskim Okiem lub inną opiekuńczą duszą, która czuwa nad Klanem Klifu. — T-to nie ja...
Nigdy nie dopuściła się niczego złego. Nigdy nie splamiła honoru swojego, swojego klanu, a co najważniejsze nigdy nie pomyślała nawet o tym, aby splamić wspaniałość Przodków. To nie ona miała zostać spostrzeżona, nie ona ukarana.
"W klanie rodzi się zdradziecka krew... Postrzępiony Mróz... Wszyscy wiedzą, że los jej kociąt, i pierwszy, i drugich, był spowodowany jej własnymi postępkami... To, co czeka drugiego zdrajcę, który jak na razie malował się pod postacią Źródlanej Łuny, jeszcze nie zostało przede mną odsłonięte, ale... ale zostało ukazane klanu pod postacią mewy znad klifu, którą do grobu zaprowadził głód... chciwy głód, którego końcem okazała się ryba..." — zdecydowała, podnosząc się niezgrabnie na niepewnych nogach.
O ile jej nerwy zostały nieco uspokojone, zdecydowała, że losu nie można kusić, a Mżący Przelot nie zobaczy jej podczas ich następnego spotkania... Nie ważne, jak ta decyzja skrzywdzi i ją, i Ćmę.
<Mżawka?>
Wyleczeni: Słoneczna Łapa, Pomocny Wróbelek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz