— Możemy… — mruknęła w końcu. — Ja po prostu… trochę się przestraszyłam. Nie ugryzienia, tylko tego, jak nagle zrobiło się między nami dziwnie — dodała ciszej, spuszczając wzrok. Jej ogon drgnął nerwowo. — Wiem, że nie zrobiłaś tego specjalnie. Znam cię.
Podniosła spojrzenie i posłała siostrze nieśmiały uśmiech, ten sam, który miała, kiedy były jeszcze młodsze i chowały się razem w legowisku.
— Też mi brakuje rozmów z tobą — przyznała. — Treningi, obowiązki… wszystko jakoś się na siebie nawarstwia. Czasem mam wrażenie, że jeśli na chwilę się zatrzymam, to zostanę w tyle.
Makowa Łapa przesunęła się bliżej Kocimiętki i lekko dotknęła jej ramienia nosem.
— Więc… dobrze, że przyszłaś. Naprawdę.
Na moment w legowisku uczniów zapanowała cicha, ale już nie nieprzyjemna cisza — raczej taka, w której dało się odetchnąć.
Kocimiętkowa Łapa przez chwilę tylko siedziała obok Makowej Łapy, nie ruszając się ani o krok. Ciepło legowiska uczniów kontrastowało z chłodem, który wciąż zdawał się tkwić jej w łapach po treningu. Przestąpiła z łapy na łapę, a potem powoli położyła się, układając ogon ciasno przy boku. Milczenie znów zapadło, ale tym razem było inne — mniej ostre, bardziej miękkie, jakby obie kotki ostrożnie badały, czy mogą sobie pozwolić na szczerość.
— Bałam się, że nic nie powiesz — przyznała w końcu Kocimiętka cicho. — Albo że się na mnie obrazisz i… po prostu odejdziesz.
Jej zielone oczy były utkwione w posłaniu, jakby nie miała odwagi spojrzeć siostrze prosto w pysk.
— Wiesz… ostatnio mam wrażenie, że wszyscy gdzieś się oddalają. Najpierw jedni znikają, potem inni. I czasem boję się, że któregoś dnia obudzę się i zostanę zupełnie sama, nawet jeśli obóz będzie pełen kotów — dodała po chwili, a jej głos lekko zadrżał.
Makowa Łapa słuchała uważnie. Nie przerywała, nie poruszała się, tylko jej uszy lekko drgnęły, gdy Kocimiętka wspomniała o samotności. Bursztynowooka westchnęła i w końcu sięgnęła pyskiem po jedną z piszczek, ale zamiast ją zjeść, zaczęła powoli skubać pióra, jakby potrzebowała czegoś, czym zajmie łapy.
— Ja też się boję — powiedziała w końcu. — Tylko… chyba inaczej niż ty.
Uniosła wzrok i spojrzała na siostrę uważnie, trochę niepewnie.
— Ty zawsze idziesz do przodu. Nawet jeśli się boisz, to robisz krok dalej. A ja często zostaję w miejscu i zastanawiam się, czy w ogóle powinnam ruszać się z miejsca — mruknęła. — Na treningach, w obozie, nawet w rozmowach. Czasem mam wrażenie, że jeśli powiem coś nie tak, to tylko pogorszę sprawę.
Kocimiętka powoli podniosła głowę i spojrzała na Makową Łapę. Przez moment widziała w niej nie uczennicę, nie wojowniczkę w trakcie szkolenia, ale tę samą małą kotkę, z którą kiedyś dzieliła legowisko i ciepło w chłodne noce.
— Nigdy nic nie pogarszasz — odpowiedziała bez wahania. — Może po prostu nie zawsze wiem, że coś czujesz. A to moja wina, nie twoja.
Przysunęła się odrobinę bliżej, ich boki niemal się dotykały.
— W trakcie walki… — zawahała się. — Chciałam tylko dobrze wypaść. Pokazać, że umiem, że się staram. I zupełnie zapomniałam, że to ty. Że to nie jest zwykły trening, tylko my dwie.
Makowa Łapa spuściła wzrok.
— Kiedy mnie ugryzłaś… przez chwilę pomyślałam, że naprawdę walczysz, a nie ćwiczysz — przyznała szczerze. — I to mnie przeraziło. Nie dlatego, że mnie skrzywdziłaś. Tylko dlatego, że nie byłam pewna, czy jeszcze mnie widzisz.
Te słowa zawisły w powietrzu między nimi, ciężkie i delikatne jednocześnie.
Kocimiętka zamrugała kilka razy, czując, jak coś ściska ją w piersi.
— Widzę cię — powiedziała cicho. — Zawsze.
Wyciągnęła łapę i bardzo ostrożnie dotknęła ramienia siostry, jakby bała się, że ten gest może być niechciany. Makowa Łapa nie odsunęła się. Przeciwnie — przysunęła się jeszcze bliżej
— Może powinniśmy częściej robić takie rzeczy — mruknęła. — Nie tylko treningi. Po prostu… usiąść razem. Porozmawiać. Nawet jeśli nie mamy nic ważnego do powiedzenia.
— Chciałabym tego — odparła Kocimiętka niemal natychmiast. — Bardzo.
W legowisku uczniów rozległ się cichy szelest. Ktoś przewrócił się na posłaniu dalej, ktoś inny przeciągnął się przez sen, ale dla sióstr świat na moment jakby się zatrzymał. Dwie młode kotki siedziały obok siebie, dzieląc się ciepłem i ciszą, która wreszcie przestała być ciężarem.
Kocimiętka zerknęła na piszczki.
— Zjemy? — zapytała niepewnie. — Zanim ktoś nam je zabierze.
Makowa Łapa uśmiechnęła się lekko.
— Zjemy. Razem.
I tym razem cisza, która między nimi zapadła, była spokojna.
Kocimiętkowa Łapa pierwsza sięgnęła po jedną z piszczek. Przez chwilę tylko ją obracała, skubiąc pióra, jakby chciała jeszcze nacieszyć się tym momentem, zanim zacznie jeść. W końcu pochyliła głowę i zaczęła powoli odrywać drobne kawałki mięsa. Nie spieszyła się. Po treningu była głodna, ale jeszcze bardziej zależało jej na tym, żeby nie przerywać tej spokojnej atmosfery, która wreszcie między nimi zapanowała.
Makowa Łapa zrobiła to samo. Jadła ostrożnie, małymi kęsami, co jakiś czas podnosząc wzrok i zerkając na siostrę, jakby upewniała się, że ta naprawdę tu jest i nigdzie się nie wybiera. Cisza, która im towarzyszyła, nie była już niezręczna. Była naturalna, wypełniona cichymi dźwiękami skubania mięsa, szelestem piór i przytłumionymi odgłosami obozu dochodzącymi z zewnątrz.
— Dawno nie jadłyśmy razem w legowisku — odezwała się w końcu Makowa Łapa, oblizując pysk. — Zwykle każda łapie coś w biegu, a potem od razu gdzieś znika.
Kocimiętka skinęła głową.
— Prawda. Kiedyś to było normalne. Pamiętam, jak jeszcze jako kocięta potrafiłyśmy tu siedzieć bardzo długo i gadać o wszystkim i o niczym — mruknęła, uśmiechając się do wspomnień. — Zastanawiałyśmy się, kim zostaniemy, jak będziemy wyglądać, kiedy dostaniemy swoje pierwsze blizny.
Makowa Łapa parsknęła cicho.
— Ty zawsze mówiłaś, że będziesz miała ich pełno. I że każda będzie historią do opowiadania.
— A ty mówiłaś, że wolałabyś nie mieć żadnej — odpowiedziała Kocimiętka. — I że jeśli już, to taką małą, ledwo widoczną.
Obie uśmiechnęły się lekko. Makowa Łapa oderwała kolejny kęs mięsa i przez chwilę żuła w milczeniu.
— Nadal trochę tak mam — przyznała. — Nie lubię, kiedy wszyscy na mnie patrzą. Nawet teraz, na treningach, czuję się dziwnie, kiedy mentorka mówi, żebym coś pokazała.
Kocimiętka spojrzała na nią uważnie.
— A ja z kolei lubię, kiedy coś się dzieje — odparła. — Kiedy mogę się ruszać, próbować, nawet jeśli czasem coś mi nie wyjdzie. Ale to nie znaczy, że robię to lepiej od ciebie.
Makowa Łapa poruszyła uchem.
— Czasem tak to wygląda — powiedziała szczerze. — Jesteś bardziej pewna siebie. Przynajmniej z zewnątrz.
Kocimiętka zawahała się na moment, po czym wzruszyła ramionami.
— Może. Ale w środku bywa różnie. Po prostu rzadko o tym mówię.
Zjadły kolejne kęsy. Ptaszyny były chude i niezbyt sycące, ale wystarczyły, żeby uspokoić głód. W legowisku zrobiło się trochę cieplej, albo przynajmniej tak się im wydawało. Makowa Łapa ułożyła się wygodniej, podwijając łapy pod brzuch, a Kocimiętka przeciągnęła się i położyła obok, opierając bark o bark siostry.
— Wiesz — zaczęła Makowa Łapa po chwili — czasem chciałabym być bardziej jak ty. Mieć odwagę po prostu zrobić coś bez zastanawiania się nad wszystkim.
Kocimiętka zaśmiała się cicho.
— A ja czasem chciałabym mieć twoją cierpliwość. Ty potrafisz się zatrzymać i pomyśleć. Ja często robię coś, a dopiero potem się zastanawiam.
Makowa Łapa spojrzała na nią z lekkim rozbawieniem.
— Może dlatego dobrze się uzupełniamy.
— Może — zgodziła się Kocimiętka. — I może dlatego nie powinnyśmy się od siebie oddalać, nawet jeśli każda z nas idzie trochę inną drogą.
Makowa Łapa skinęła głową i na moment oparła głowę o ramię siostry.
— Obiecaj mi jedno — powiedziała cicho. — Jeśli znowu coś będzie nie tak… jeśli poczuję się dziwnie albo ty poczujesz się dziwnie… to powiemy sobie o tym. Bez uciekania.
Kocimiętka nie zastanawiała się ani chwili.
— Obiecuję.
Siedziały tak jeszcze długo, rozmawiając o drobiazgach: o kolejnych treningach, o tym, kto ostatnio wrócił z patrolu zmęczony, o pogodzie i o tym, że Porę Nagich Drzew najbardziej czuć nocą. Rozmowa płynęła spokojnie, bez napięcia, jakby wszystko, co najtrudniejsze, zostało już powiedziane.
A kiedy w końcu obie zaczęły przymykać oczy, legowisko uczniów było dokładnie tam, gdzie powinny być — pełne ciepła, cichego mruczenia i poczucia, że nie są same.
Rozmowa powoli zaczęła cichnąć. Słowa stawały się rzadsze, a między nimi pojawiały się dłuższe chwile ciszy, w których obie kotki po prostu były obok siebie. Kocimiętkowa Łapa ułożyła się wygodniej, wsuwając pysk w futro na piersi, a jej ogon lekko drgnął, kiedy ciepło legowiska zaczęło ją usypiać. Makowa Łapa siedziała jeszcze przez chwilę, jakby nie chciała pierwsza zamknąć oczu, obserwując delikatny ruch boków siostry przy każdym oddechu.
W obozie panował już spokojniejszy gwar. Większość kotów była zajęta swoimi sprawami, a z zewnątrz do legowiska docierały tylko przytłumione głosy i odgłosy kroków na zmarzniętej ziemi. Wszystko zdawało się wracać do normalnego rytmu dnia.
Kocimiętka niemal zasypiała, kiedy nagle poczuła lekkie muśnięcie ogona po boku. Otworzyła jedno oko i spojrzała na Makową Łapę. Bursztynowooka wyglądała na nieco zakłopotaną, jakby dopiero teraz zebrała się na odwagę, by coś powiedzieć.
— Hej… — odezwała się szybko, trochę ciszej niż zwykle. — Idziesz na zgromadzenie, prawda?
Kocimiętka zamrugała, a potem skinęła głową.
— Tak. Mentorka mówiła, że mam iść.
Makowa Łapa przez chwilę milczała, po czym dodała pospiesznie, jakby bała się, że zaraz zabraknie jej odwagi:
— Jak wrócisz… opowiesz mi wszystko?
Na pysku Kocimiętki pojawił się łagodny uśmiech.
— Oczywiście — odpowiedziała cicho.
I z tą myślą obie pozwoliły sobie wreszcie na odpoczynek.
<Kocimiętko?>
[1499 słów]
[przyznano 30%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz