— Jestem gotowa! — Szybko wstała na równe łapy i podbiegła do mentora, który czekał już u wyjścia z obozu.
* * *
— Spokojnie. Nie spiesz się — odezwał się mentor niskim, nieco zmęczonym głosem. — Najpierw pewny chwyt, potem ruch.
Skinęła głową i spróbowała ponownie. Tym razem odbiła się tylnymi łapami, wspinając się nieco wyżej. Nie było to zgrabne ani idealne — jedna łapa ześlizgnęła się, a ogon gwałtownie machnął, by utrzymać równowagę — ale udało jej się utrzymać na pniu. Serce zabiło jej szybciej, a w piersi poczuła znajome podekscytowanie.
— Dobrze — mruknął Wilgowa Gorycz. — Teraz wyżej.
Makowa Łapa zebrała się w sobie i przesunęła łapy kolejny raz. Każdy ruch wymagał skupienia, lecz z każdą chwilą czuła, że drzewo przestaje być takie straszne. Kora nie była już wrogiem, a raczej wyzwaniem, które można było pokonać. Gdy w końcu dotarła do niższej gałęzi, zatrzymała się, ciężko oddychając, lecz na jej pysku pojawił się cień dumy. Zeskoczyła na ziemię chwilę później, lądując niezbyt elegancko, ale bez upadku. Otrzepała futro i uniosła głowę, wyraźnie zadowolona z siebie. To był dopiero początek, lecz wiedziała jedno — następnym razem pójdzie jej jeszcze lepiej.
Wilgowa Gorycz przyjrzał się jej uważnie, mrużąc lekko oczy. Przez krótką chwilę nic nie mówił, jakby oceniał nie tylko samą próbę, ale i to, ile odwagi kosztowało ją podejście do drzewa.
— Widzisz? — odezwał się w końcu. — Nie chodzi o szybkość. Chodzi o kontrolę.
Makowa Łapa skinęła głową, wciąż czując przyspieszone bicie serca. Odeszła kilka kroków, po czym znów stanęła przed pniem. Tym razem nie dotykała kory niepewnie. Wiedziała już, czego się spodziewać. Wzięła głęboki wdech i ruszyła, płynniej niż wcześniej, pewniej stawiając łapy.
Wspinała się wolno, ale stabilnie. Każdy ruch był przemyślany, a ogon pomagał jej utrzymać równowagę. Gdy dotarła do tej samej gałęzi co poprzednio, nie zatrzymała się. Zerknęła w górę, gdzie kolejne konary kusiły, ale i ostrzegały wysokością.
— Nie przesadzaj — rzucił mentor z dołu. — Na dziś wystarczy jeszcze jedna długość.
Posłuchała. Wdrapała się odrobinę wyżej, po czym zatrzymała się, czując zmęczenie w łapach. Tym razem jednak nie było w nim frustracji, a satysfakcja. Zeskok poszedł jej lepiej niż poprzednio — wylądowała miękko, uginając łapy i niemal odruchowo unosząc głowę.
— Było… fajnie — przyznała cicho, jakby nie do końca chciała się do tego przyznać.
Wilgowa Gorycz parsknął krótko. — Jeszcze powiesz, że polubiłaś wspinaczkę.
Makowa Łapa tylko poruszyła ogonem, nie zaprzeczając. Spojrzała raz jeszcze na drzewo. Już nie wydawało się takie ogromne ani groźne. Raczej jak coś, do czego będzie chciała wrócić — jutro, pojutrze, aż w końcu stanie się dla niej tak naturalne, jak bieg po lesie.
* * *
— Teraz nawigacja — oznajmił krótko. — Tunele uczą myślenia.
Makowa Łapa nachyliła się nad wejściem, czując chłodniejszy powiew powietrza wydobywający się z wnętrza. Bez zbędnych pytań wsunęła się do środka, podążając za mentorem. Tunel był wąski, a ziemia pod łapami wilgotna i miękka. Światło szybko zniknęło, zastąpione półmrokiem i zapachem gliny. Wilgowa Gorycz poruszał się pewnie, skręcając bez zawahania. Co jakiś czas zatrzymywał się, zmuszając Makową Łapę do zapamiętywania kierunków.
— Licz zakręty. Słuchaj. Wyczuwaj przeciągi — mruknął.
Kotka skupiła się, starając się zapamiętać każdy szczegół: delikatne nachylenie podłoża, różnice w zapachu, ciche odgłosy dochodzące z oddali. W jednym miejscu tunel rozdzielał się na dwa wąskie korytarze.
— Którędy wrócimy? — zapytał mentor, cofając się o krok.
Makowa Łapa zawahała się, po czym wskazała łapą lewy tunel. Rozpoznała słaby powiew powietrza i ledwie wyczuwalny zapach mchu. Wilgowa Gorycz kiwnął głową i ruszył dalej, nie komentując wyboru. To wystarczyło. Makowa Łapa poczuła, że choć tunel był ciasny i ciemny, ona już się w nim nie gubiła. Tunele stawały się coraz ciaśniejsze, a sufit w niektórych miejscach zmuszał Makową Łapę do przygarbienia się. Ziemia była chłodna, miejscami zbita, a gdzie indziej sypka, osuwająca się cicho pod łapami. Im dalej szli, tym cisza robiła się gęstsza, przerywana jedynie oddechami i cichym szelestem futra ocierającego się o ściany.
Wilgowa Gorycz zatrzymał się nagle, bez ostrzeżenia. Tunel przed nimi rozwidlał się na trzy wąskie przejścia, każde niemal identyczne. Mentor odsunął się na bok, pozwalając uczennicy wyjść na przód.
— Teraz ty prowadzisz — powiedział spokojnie. — Ja już nic nie podpowiem.
Makowa Łapa poczuła lekkie napięcie, ale nie cofnęła się. Zamknęła na chwilę oczy, wsłuchując się w otoczenie. W jednym z tuneli powietrze było wyraźnie cięższe, w drugim czuć było suchą ziemię, a w trzecim — ledwie uchwytny zapach korzeni i wilgoci. Otworzyła oczy i ruszyła w stronę tego ostatniego.
Szła wolno, licząc zakręty w myślach. Jeden. Drugi. Lekki spadek terenu. Potem skręt w prawo. Zapamiętywała każdy szczegół, nawet drobne kamyki pod łapami. Po chwili dostrzegła przed sobą jaśniejszą plamę — światło.
Gdy wyszli na powierzchnię, słońce uderzyło w oczy, a powietrze wydało się nagle zaskakująco ciepłe. Makowa Łapa zatrzymała się i rozejrzała. Rozpoznała miejsce niemal od razu. Byli niedaleko zagajnika, przez który przechodzili wcześniej.
Wilgowa Gorycz wyszedł za nią i spojrzał po okolicy, po czym skinął głową. — Dobra trasa. Nie zgubiłaś się ani razu.
Makowa Łapa poczuła, jak napięcie wreszcie ją opuszcza. Usiadła, owijając ogon wokół łap, i pozwoliła sobie na krótką chwilę dumy. Nawigacja w tunelach nie była łatwa, ale właśnie dzięki temu dawała takie poczucie zwycięstwa. Wiedziała już, że następnym razem nie będzie się bała wejść w ciemność.
* * *
— Robisz postępy — odezwał się w końcu mentor, przerywając ciszę. Nie było w jego głosie surowości, raczej spokojna pewność. — Coraz rzadziej się wahasz.
Makowa Łapa uniosła uszy, zaskoczona. — Naprawdę? — zapytała cicho.
— Tak — potwierdził. — Zaczynasz myśleć sama, a to ważniejsze niż idealna technika. Reszta przyjdzie z czasem.
Kotka poczuła, jak w piersi robi jej się cieplej. Przez moment nic nie mówiła, tylko uważnie stawiała łapy na znanej już ścieżce.
— Dzisiaj… było inaczej — przyznała w końcu. — Jakby wszystko zaczęło się układać.
Wilgowa Gorycz rzucił jej krótkie spojrzenie. — Bo zaczyna. I właśnie dlatego jutro nie będzie łatwiej. Makowa Łapa parsknęła cicho, ale w jej oczach pojawiła się determinacja. Gdy w oddali zamajaczyły znajome zarysy obozu, wiedziała jedno — była zmęczona, lecz z każdym dniem coraz bardziej gotowa na to, co miało nadejść. Gdy wrócili do obozu, pożegnali się, a Makowa Łapa pierwsze co to pobiegła do stosu ze zwierzyną. W jej brzuchu głośno burczało. W końcu sięgnęła po dużego ptaka, z którego zaczęła wygrzebywać pióra. Po chwili zaczęła łapczywie go zjadać, zostawiając kąski zwierzyny na pysku.
[1353 słów]
[przyznano 27% ]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz